30 lipca, 2009

In God We Trust

30 lipca to dzień, w którym warto pomyśleć o zaufaniu do Boga. Tego dnia w 1956 roku Kongres Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej zadecydował, że hasło „In God We Trust”, czyli – „W Bogu pokładamy ufność”, będzie oficjalną dewizą USA. Do Prawa Federalnego Stanów Zjednoczonych wprowadzono zapis, że „In God We Trust” jest mottem narodowym. Jest ono dziś znane wszędzie tam, gdzie dotarł dolar amerykański, bo stało się nieodłącznym elementem oznakowania tej waluty. Wprawdzie te słowa po raz pierwszy pojawiły się na monecie amerykańskiej już w 1864 roku, w czasach Wojny Secesyjnej i wynikającego z niej silnego wzrostu przywiązania do wartości chrześcijańskich, ale dopiero wspomniana uchwała Kongresu nadała im rangę motta narodowego.

Tak oto każda moneta i każdy banknot amerykański przypomina swoim posiadaczom, że nie powinni pokładać ufności w pieniądzach, lecz w Bogu! W Izraelu ojcowie mieli obowiązek wpajać to swoim dzieciom, że mają pokładać nadzieję w Bogu i nie zapominać o dziełach Bożych, lecz strzec przykazań jego [Ps 78,7]. A w Polsce? My także mówmy to sobie wzajemnie: Nasza ufność jest w Bogu!

Błogosławiony mąż, który w Panu pokłada nadzieję swoją i nie zwraca się do wyniosłych ani do uwikłanych w kłamstwie [Ps 40,5]. Bóg ma w tym upodobanie, gdy z całej duszy trzymamy się Jego Słowa. Jest zasmucony, gdy nasze serce zwraca się do bezbożnych z nadzieją otrzymania od nich pomocy.

Łatwo jest składać ustne deklaracje zaufania do Boga, o wiele trudniej okazywać tę ufność w sytuacji kryzysowej. Są ludzie, którzy na ustach mają piękne hasła, a gdy przyjdzie co do czego, to zachowują się w sposób całkowicie pospolity. Gdy nagle utracą swoje dolary, to załamują się i są gotowi strzelić sobie w głowę. Ażeby poprawić sobie nastrój albo wyjść z jakiegoś kryzysu – nie czekają na Boga. Czym prędzej idą do psychologa, do wróżki a nawet – jak to się wyraził jeden ze znanych mędrców Europy – gotowi są pójść do samego diabła, jeśli tylko miałoby to pomóc rozwiązać palące problemy.

Biada tym, którzy zstępują do Egiptu po pomoc, polegają na koniach i ufność pokładają w wozach wojennych, że liczne, i w jeźdźcach, że bardzo silni, lecz nie patrzą na Świętego Izraelskiego i nie szukają Pana [Iz 31,1]. Prawda o tym, jakie jest nasze zaufanie do Boga okazuje się dopiero w trudnych chwilach życia. Wtedy ta ufność może zalśnić! Wykazać niezłomność naszej wiary i przynieść chwałę Bogu!

30 lipca proszę Ducha Świętego, aby odświeżył motto Słowa Bożego na tablicy mojego serca: W tobie, Panie ufność pokładam, niech nigdy nie będę zawstydzony! [Ps 71,1].

29 lipca, 2009

Ten zakaz nie powinien pozostać bez echa!

28 czerwca 2009 roku w RPA reprezentacja Brazylii wygrała z USA tegoroczny Puchar Konfederacji. W pierwszej połowie meczu drużyna Stanów Zjednoczonych uzyskała dwubramkową przewagę. Druga połowa należała już jednak do zawodników Brazylii, którzy strzelili trzy bramki. Po zwycięskim finale wszyscy piłkarze, trenerzy i fizjoterapeuci uklęknęli na boisku, wznieśli ręce do nieba i zaczęli się głośno, spontanicznie modlić, dziękując Bogu za wygraną. Niektórzy mieli na sobie koszulki z napisami: "Należę do Jezusa", "Kocham Boga" itd.

Modlitwa Brazylijczyków trochę trwała i aż miło było patrzeć, jak realizator telewizyjny sobie z tym nie radzi: z jednej strony nie chciał pokazywać modlitwy, z drugiej nie mógł przecież przez kilka minut nie pokazywać zwycięzców. To świadectwo wiary nie spodobało się jednak władzom FIFA. Prezydent Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej FIFA, Joseph Blatter skarcił zawodników brazylijskich, nazywając ich zachowanie zagrożeniem dla sportu. Wydał też zakaz modlitwy przed i po meczach reprezentacji krajowych w piłce nożnej.

Minęło od tego wydarzenia kilka tygodni. Spodziewałem się jakiejś reakcji polskich dziennikarzy, tak przecież wyczulonych na wszelkiego rodzaju dyskryminację i brak tolerancji. Jednak mało kto w ogóle podjął ten temat. Wiadomo, że zareagował prezes watykańskiej Fundacji Sportowej im. Jana Pawła II, Eddio Constantini, krytykując prezydenta FIFA za wydany przez niego zakaz modlitwy, chociaż nawiasem mówiąc ta brazylijska modlitwa nie była rzymskokatolickim pacierzem. A kto jeszcze się odezwał? Gdzie się podziali obrońcy praw człowieka? Gdzie głos ludzi, dla których spontaniczna modlitwa jest codziennym oddychaniem atmosferą nieba?

Pismo Święte wprawdzie nie pochwala pobożności na pokaz, ale wzywa do szczerej modlitwy w najrozmaitszych okolicznościach. Chcę tedy, aby się mężczyźni modlili na każdym miejscu, wznosząc czyste ręce, bez gniewu i bez swarów [1Tm 2,8]. W każdej modlitwie i prośbie zanoście o każdym czasie modły w Duchu [Ef 6,18]. Jezus nieraz modlił się publicznie. Tak też robili pierwsi chrześcijanie. Modlitwa jest wyrazem bliskiej więzi człowieka z Bogiem. Kto wierzy, że Jezus żyje i w Duchu Świętym jest tuż obok nas, ten nie może i nie chce się powstrzymywać od rozmowy z Nim. Bez przystanku się módlcie [1Ts 5,17].

Dlaczego miałoby być tak, że można publicznie manifestować swój patriotyzm, podziw dla ulubionych artystów, zamiłowanie do jedzenia i picia a nawet przywiązanie do psa, a swojej wdzięczności dla Boga już nie można? Taki zakaz jest bezprawny. Nie może pozostać bez echa! Niedługo w ogóle zakażą nam mówienia o Jezusie, tak jak na początku. I przywoławszy ich, nakazali im, aby w ogóle nie mówili ani nie nauczali w imieniu Jezusa. Lecz Piotr i Jan odpowiedzieli im i rzekli: Czy słuszna to rzecz w obliczu Boga raczej was słuchać aniżeli Boga, sami osądźcie; my bowiem nie możemy nie mówić o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy [Dz 4,18–20]. Przypominam postawę biblijnego Daniela, który pomimo wydanego zakazu, trzy razy dziennie otwierał okno w stronę Jerozolimy i modlił się do Boga [Dn 6,11].

Uczniowie Jezusa nie poddali się tego rodzaju obostrzeniom. My też nie powinniśmy. Póki co zaś, głośno reagujmy, gdy wydawanie takich zakazów zaczyna komuś przychodzić do głowy.

27 lipca, 2009

Dzień Samotnych

Mamy dziś Dzień Samotnych. Z psychologicznego punktu widzenia samotność to negatywnie odczuwany stan emocjonalny człowieka, wynikający najczęściej z braku pozytywnych relacji z innymi osobami. Przeżywać ją można w różnym stopniu w poszczególnych sferach życia i to z bardzo rozmaitych powodów.

Dość powszechnie za samotne uważa się przede wszystkim osoby pozostające poza związkiem małżeńskim, osoby w dużym stopniu społecznie nieprzystosowane oraz osoby z jakiegoś powodu fizycznie oddzielone od ludzi. Jednakże samotności może doświadczać także osoba otoczona wieloma ludźmi. To przecież kwestia subiektywnych odczuć, a nie warunków zewnętrznych.

Człowiek wierzący, chociaż w dużym stopniu z powodu swej wiary bywa izolowany i odtrącany przez świeckie otoczenie, faktycznie samotny nie jest. Choćby był w całym mieście tylko sam jeden wierzący w Jezusa, ma na co dzień bliską społeczność z Ojcem, Synem i Duchem Świętym! Sam Jezus wyraźnie o tym zaświadczył: A Ten, który mnie posłał, jest ze mną; nie zostawił mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się jemu podoba [Jn 8,29].

Kto nie wierzy w żywego Boga, a chrześcijaństwo jest dla niego jedynie zbiorem życiowych reguł i ceremoniałów, z pewnością tego nie pojmie, jak to się dzieje, że człowiek samotnie mieszkający, może nie czuć się osamotniony?  Jednak prawdziwa wiara, to osobowa więź z Bogiem. Ciągle mamy się do Kogo odezwać i Kogo posłuchać. Nie zostawię was sierotami – obiecał Jezus swoim uczniom. Nigdy nie jesteśmy sami! Oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata [Mt 28,20].

Oczywiście, chociaż prawdziwy chrześcijanin nie jest samotny, to jednak za takiego w świeckim środowisku może być uważany. Odosobnienie jest częścią ceny bycia uczniem Jezusa w tym świecie. Przesądza o tym duchowy poziom życia i stopień jego trudności. Prosta ilustracja: Tego lata znalazłem się na jednym ze szlaków bieszczadzkich. Niemal bez przerwy otaczała mnie chmara innych piechurów. Gdybym jednak podjął się wejścia na tatrzańskie Rysy, natknięcie się tam na drugiego człowieka byłoby już rzadkością. Im wyżej tym samotniej – jak to ktoś mądry powiedział.

Uczeń Jezusa czuje się czasem osamotniony ale nie jest samotny. Trafnie oddaje tę myśl Słowo Boże: W pierwszej obronie mojej nikogo przy mnie nie było, wszyscy mnie opuścili: niech im to nie będzie policzone; ale Pan stał przy mnie i dodał mi sił... [2Tm 4,16-17].

Podsumowując, 27 lipca to nie jest mój dzień. W Dniu Samotnych rozglądam się jednak wokoło. Chociaż sam jako uczeń Jezusa nie czuję się samotny, powinienem pomyśleć o ludziach, którym samotność być może dokucza. Chcę wyciągnąć do nich rękę. Zadzwonić. Zaprosić ich do siebie albo wprosić się do nich. Czasem trzeba tak niewiele, aby złagodzić komuś przykrość samotności, a przy tym może i zapoznać go Jezusem...

22 lipca, 2009

Aproksymacja Boga

Aproksymacja to przybliżenie, ujęcie czegoś w sposób niezupełnie ścisły, to proces określania rozwiązań przybliżonych na podstawie rozwiązań znanych. Mamy z nią do czynienia, gdy na przykład byty skomplikowane przybliżamy i objaśniamy bytami prostszymi.

22 lipca obchodzony jest dzień aproksymacji π, a to dlatego, że data 22/7 przedstawia ułamek, który znany był już około półtora tysiąca lat temu w Chinach, jako przybliżenie liczby PI. Najbardziej popularna i chyba najbardziej do nas przemawiająca definicja liczby PI opisuje ją jako stosunek obwodu koła do jego średnicy. Już kilka tysięcy lat temu, w rozwiniętych kulturach starożytnego Babilonu i Egiptu no i oczywiście Chin zauważono, że stosunek ten ma wartość stałą, niezależną od wielkości koła.

Liczba PI jest liczbą niewymierną. Matematycznie oznacza to, że nie może być zapisana jako iloraz dwu liczb całkowitych, czyli nie można uzyskać jej wartości przez podzielenie dwu liczb całkowitych. Można powiedzieć jeszcze więcej: nie można jej zapisać za pomocą skończonej ilości liczb całkowitych, ułamków lub ich pierwiastków.

Liczby niewymierne reprezentują jeden z dziwów otaczającego nas świata. Pojęcie liczby niewymiernej można przybliżyć następująco: Oto mamy kwadrat o boku równym jedności (wszystko jedno czy to będzie 1 km, 1 m, 1 cm czy jedna mila). Powiedzmy, że chcemy zmierzyć dokładnie przekątną tego kwadratu. Mierząc ją stwierdzimy, że niezależnie od tego na ile części podzielimy naszą metrową miarkę, długość przekątnej będzie zawsze wypadała pomiędzy jakimiś kreskami, a nigdy dokładnie na jakiejś kresce. Będzie tak niezależnie od tego czy najmniejszą podziałką na naszym metrze będzie 1 mm, 0.1 mm, czy 1 mikron (milionowa część metra). Zawsze, gdy stwierdzimy, że długość przekątnej wypadła nam pomiędzy jakimiś kreskami i podzielimy tę podziałkę na 10 mniejszych podziałek, długość przekątnej będzie dalej wypadała gdzieś wewnątrz którejś z tych kolejno mniejszych podziałek, a nigdy nie wypadnie równo na kresce. Ostatecznie stwierdzimy, że przekątna nie daje się dokładnie wymierzyć. I to jest właśnie ta niewymierność.

Niewymierność to jedna z fundamentalnych, trudnych do pojęcia tajemnic naszego świata. W związku z nią nasuwają się natychmiast pytania w rodzaju: Dlaczego występuje? Czy jest w jakimś sensie potrzebna? Czy mogłoby jej nie być, albo inaczej mówiąc, czy świat, taki jakim go znamy, mógłby być zbudowany bez niewymierności? Jaką byśmy wtedy mieli geometrię? Na ile różna musiałaby ona być od obecnej, aby nie występowała w niej niewymierność? Czy jest to w ogóle możliwe? Już parę tysięcy lat temu ludzie odkryli ten dziw natury jakim jest niewymierność. Z pewnością dzięki niej świat jest ciekawszy i piękniejszy.

W dniu aproksymacji PI zachęcam do chwili refleksji po pierwsze nad niedoskonałością ludzkich zmysłów. Nasza wiedza i możliwości poznawcze są niestety dość ograniczone. Gdy natrafiamy na wartości niewymiewrne, to tylko w przybliżeniu postrzegamy je i opisujemy. Teraz bowiem widzimy jakby przez zwierciadło i niby w zagadce, ale wówczas twarzą w twarz. Teraz poznanie moje jest cząstkowe, ale wówczas poznam tak, jak jestem poznany [1Ko 13,12]. Należałoby o tym pamiętać szczególnie wtedy, gdy zaczynamy osądzać i ferować tzw. ostateczne wyroki. Jeśli kto mniema, że coś poznał, jeszcze nie poznał, jak należało poznać [1Ko 8,2]. Wokół nas pełno wartości niewymiernych. Z pokorą trzeba uznać, że można je określić zaledwie w przybliżeniu.

A co z naszym poznaniem Boga? Pismo głosi: Boga nikt nigdy nie widział, lecz jednorodzony Bóg, który jest na łonie Ojca, objawił go [Jn 1,18]. Rzekł mu Filip: Panie, pokaż nam Ojca, a wystarczy nam. Odpowiedział mu Jezus: Tak długo jestem z wami i nie poznałeś mnie, Filipie? Kto mnie widział, widział Ojca; jak możesz mówić: Pokaż nam Ojca? [Jn 14,8–9]. Czy wobec tego można twierdzić, że uczniowie Jezusa poznali Boga całkowicie? Z pewnością nie.

Z Biblii wiadomo, że poznanie Boga jest możliwe tylko w Duchu Świętym. Albowiem nam objawił to Bóg przez Ducha, gdyż Ducha bada wszystko, nawet głębokości Boże. Bo któż z ludzi wie, kim jest człowiek, prócz ducha ludzkiego, który w nim jest? Tak samo kim jest Bóg, nikt nie poznał, tylko Duch Boży [1Ko 2,10-11]. Na ile jednak człowiek jest w stanie skorzystać w pełni z tego objawienia?

Pismo zapowiada, że u kresu dni poznanie na pewno wzrośnie. Wielu będzie to badać i wzrośnie poznanie [Dn 12,4]. Naucza też, że tylko ludzie wierzący będą mieli wgląd w świat duchowy. Żaden bezbożny nie będzie miał poznania, lecz roztropni będą mieli poznanie [Dn 12,10]. I chociaż nigdzie nie mówi, że ktokolwiek pozna tu Boga w pełni, to jednak wskazuje na pragnienie coraz większego poznania. Tedy poznawszy Pana starać się będziemy, abyśmy Go więcej poznali [Oz 6,3 wg BG].

Jedni znają Boga w większym stopniu, drudzy znacznie mniej, jednak nikt z nas nie poznał Go doskonale. Faktycznie możemy mówić tu jedynie o przybliżonym, a nie o pełnym poznaniu. I właśnie ta aproksymacja Boga jest dla mnie dziś powodem do pokornego pokłonu przed Jego Majestatem. Dziękuję za Syna Bożego, który przybliżył nam Ojca i stał się Pośrednikiem między Bogiem a nami. Uniżam się z radością, bo znowu zdałem sobie sprawę z tego, że wierzę w Boga, który jest dla człowieka absolutnie Niewymierny i Nieogarniony.

21 lipca, 2009

Nie jesteśmy tu sami

Czterdzieści lat temu świat na osiem lipcowych dni wstrzymał oddech. Trwała misja amerykańskiego statku kosmicznego Apollo 11. 21 lipca 1969 roku dowódca misji, Neil Armstrong stanął jako pierwszy człowiek na powierzchni Księżyca i wypowiedział słynne zdanie: That's one small step for man, one giant leap for mankind, czyli – to mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości. Wkrótce dołączył do niego drugi członek załogi, Edwin Aldrin. Razem mieli do wykonania na Srebrnym Globie kilka zadań.

Spacer po Księżycu trwał dla Armstronga 2 godziny i 31 minut, a dla Aldrina 1 godzinę i 50 minut. Podczas jego trwania astronauci zebrali ok. 20 kg próbek do celów badawczych, postawili na Księżycu flagę amerykańską i rozmawiali bezpośrednio z prezydentem Nixonem. Umieścili też tabliczkę z następującymi słowami: "W tym miejscu ludzie z planety Ziemia po raz pierwszy postawili stopę na Księżycu. Lipiec 1969. Przybywamy w pokoju dla dobra całej ludzkości".

Neil Alden Armstrong wypowiedział tam na Księżycu jeszcze inne, mniej znane, ale bardzo znaczące słowa: We are not alone here, to znaczy – Nie jesteśmy tu sami. Właśnie te słowa jakoś szczególnie mnie dzisiaj zaintrygowały.

Dla człowieka odrodzonego duchowo i prowadzonego przez Ducha Świętego jest oczywiste, że nigdy nie jest osamotniony. Choćby fizycznie był jedyną osobą na dalekiej planecie, absolutnie nie czuje się samotny. W świetle Biblii tę prawdę widać bardzo wyraźnie: Dokąd ujdę przed duchem twoim? I dokąd przed obliczem twoim ucieknę? Jeśli wstąpię do nieba, Ty tam jesteś, a jeśli przygotuję sobie posłanie w krainie umarłych i tam jesteś. Gdybym wziął skrzydła rannej zorzy i chciał spocząć na krańcu morza, nawet tam prowadziłaby mnie ręka twoja, dosięgłaby mnie prawica twoja [Ps 139,7–10].

Lot w kosmos z pewnością uczy pokory względem Stwórcy. Wiadomo, że inny astronauta, Charles Duke, który w 1972 roku brał udział w wyprawie statku kosmicznego „Apollo” i jako jeden z dwunastu ludzi w historii ludzkości chodził po Księżycu, dziś jest świadomym naśladowcą Jezusa Chrystusa.

Czy Armstrong stojący z kolegą na Księżycu myślał o wszechobecności Boga? Tego nie wiem, ale wiem, że każdy uczeń Jezusa może być absolutnie pewny Jego bliskości na co dzień. A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata [Mt 28,20]. Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki - Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie wiedzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i wśród was będzie. Nie zostawię was sierotami, przyjdę do was [Jn 14,16-18]. Nie jesteśmy tu sami!

16 lipca, 2009

Przewartościowanie?

Dzisiejsza Rzeczpospolita porusza kwestię autorytetów polskiej młodzieży. Sondaż pokazał, że w życiu młodych Polaków najważniejsza jest miłość (79%), rodzina (57%) i przyjaciele (40%). Natomiast trzema pierwszymi osobami publicznymi, które prezentują cenione przez nich cechy i poglądy są – Jerzy Owsiak (40%), Kuba Wojewódzki (32%) i Szymon Majewski (30%).

Już samo zestawienie wyników sondażu jest dość zastanawiające. Należałoby się spodziewać, że miłość, rodzina i przyjaciele będą dobrze uosobione przez wspomnianych trzech panów. Jednak najwyraźniej polska młodzież, z grubsza rzecz biorąc, nie zagłębia się w takie kwestie. Najważniejszy jest dobry pijar, błyskotliwość postaci i przynajmniej odrobina szaleństwa. Spójność uznawanych wartości i gloryfikowanych postaci najwyraźniej przestaje odgrywać większą rolę.

Według Słownika języka polskiego autorytet to „ogólnie uznana czyjaś powaga, wpływ, znaczenie”. To „człowiek, instytucja, doktryna, pismo itp. cieszące się w jakiejś dziedzinie w opinii pewnych ludzi szczególnym uznaniem, poważaniem”. Teoretycznie rzecz biorąc faktyczny autorytet objawia się w tym, że nie tylko go uznajemy, szanujemy i podziwiamy ale także chcemy go naśladować.

Biblia niezmiennie domaga się od nas wyraźnego związku wyznawanych wartości z codziennym postępowaniem. Nie wystarczy pięknie mówić i być błyskotliwym na scenie. Trzeba pięknie żyć na co dzień! Niechaj cię nikt nie lekceważy z powodu młodego wieku; ale bądź dla wierzących wzorem w postępowaniu, w miłości, w wierze, w czystości [1Tm 4,12].

Zastanawiam się kogo na swoje autorytety wybraliby młodzi ludzie z ewangelicznych zborów w Polsce?

11 lipca, 2009

Światowy Dzień Ludności

Mamy dziś Światowy Dzień Ludności [ang. World Population Day]. Został on ustanowiony przez ONZ równo dwadzieścia lat temu, w drugą Rocznicę Dnia Pięciu Miliardów. 11 lipca 1987 roku ludność Ziemi osiągnęła pułap 5 miliardów. W 2001 roku liczba ludzi na świecie wyniosła 6,1 miliarda. Każdego roku w skali całego świata przybywa nas ok. 77 milionów.

Światowy Dzień Ludności ma na celu zwrócenie uwagi opinii publicznej na wagę problemów wynikających ze zbyt szybkiego przyrostu naturalnego. Niby wszystkim wiadomo, że jest nas za dużo, a tu, jakby na ironię, miliony kobiet na Ziemi zachodzi w niechcianą ciążę. Jeżeli tak dalej pójdzie, to w połowie dwudziestego pierwszego wieku będzie nas już ponad dziewięć miliardów.

Jak ta sprawa wygląda w świetle Biblii? Cokolwiek by nie głosiły ludzkie opinie na ten temat, Bóg w następujący sposób określił zadanie dla człowieka: I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich. I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną; panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad wszelkimi zwierzętami, które się poruszają po ziemi! [1Mo 1,27–28].

To samo polecenie Bóg skierował do potomków Noego po potopie: Wy zaś rozradzajcie się i rozmnażajcie! Niech zaroi się od was ziemia i niech was będzie dużo na niej! [1Mo 9,7]. Nie inaczej było z synami Izraela w niewoli babilońskiej: Pojmujcie żony i płodźcie synów i córki; Wybierajcie też żony dla waszych synów, a wasze córki wydawajcie za mąż, aby rodziły synów i córki, by was tam przybywało, a nie ubywało [Jr 29,6].

Światowe trendy dążą do zredukowania liczby urodzeń. Tam, gdzie przyrost jest największy, wręcz każą się wstydzić, gdy w rodzinie pojawia się kolejne dziecko. No cóż? Taka w świecie panuje moda. Słowo Boże prezentuje jednak całkiem inne stanowisko: Oto dzieci są darem Pana, podarunkiem jest owoc łona. Czym strzały w ręku wojownika, tym synowie zrodzeni za młodu. Błogo mężowi, który napełnił nimi swój kołczan! Nie zawiedzie się, gdy będzie się rozprawiał z nieprzyjaciółmi w bramie [Ps 127,3–5].

Jaki nasuwa się wniosek? Pamiętając, że Bóg nie powołał nas, abyśmy w pojedynkę zaludniali całą kulę ziemską, bądźmy otwarci i wdzięczni Panu za każde nowe poczęcie i narodziny dziecka. W rodzinie Isajego dopiero siódmy z kolei, najmłodszy, został namaszczony na króla. Urodzeni wcześniej byli jak najbardziej dobrymi wojownikami, ale żaden z nich nie nadawał się na króla.

Kto w świetle takich faktów biblijnych odważyłby się wchodzić w Boże kompetencje i samodzielnie rozstrzygać, kiedy i ile w jego rodzinie ma być dzieci? Przecież to Bóg powołuje do życia lub tego nowego życia nie stwarza. Niech ktoś pokaże mi choćby jednego żyjącego na Ziemi człowieka, który byłby niechciany przez Boga?

Nadmiernym wzrostem populacji niech martwią się ci, którzy żyją bez Boga na świecie. Człowiek wierzący i w tej dziedzinie korzysta z łaski Bożej.

09 lipca, 2009

Sinusoida wolności?

Jako Gdańszczanin chcę dziś przypomnieć, że 9 lipca 1807 roku, na mocy Traktatu Tylżyckiego powstało Wolne Miasto Gdańsk. Podpisanie pokoju w Tylży [dokładnie na tratwie pośrodku rzeki Niemen] było poprzedzone długotrwałym oblężeniem Gdańska przez wojska napoleońskie. W końcu król pruski "po wieczne czasy" zrzekł się prawa do Grodu nad Motławą i pod faktycznym protektoratem Francji utworzono Wolne Miasto Gdańsk.

Niestety ten status Gdańska nie utrzymał się długo. Już na początku 1814 roku Francuzi poddali miasto nacierającym wojskom pruskim i rosyjskim. Na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku formalnie zdecydowano o likwidacji Wolnego Miasta Gdańska.

Wiadomo, że Wolne Miasto Gdańsk pojawiło się ponownie na mapie Europy w okresie międzywojennym [1920-1939]. Tym razem jako autonomiczne miasto-państwo pod protekcją Ligi Narodów. Po II Wojnie Światowej Gdańsk znowu jednak utracił status Wolnego Miasta. Został przypisany do terytorium i pod administrację PRL.

Gdy myślę o zmianach politycznego statusu Gdańska, sygnalizowanych dopisywaniem mu „Wolne Miasto” lub pozbawianiem go tej cechy, rodzi się we mnie refleksja nad faktycznym stanem chrześcijańskiej wolności w Chrystusie. Ona również w niejednym przypadku przeżywa zmienne losy.

Biblia naucza, że wszyscy ludzie zgrzeszyli, a każdy, kto grzeszy jest niewolnikiem grzechu [Jn 8,34]. Jeśli jednak ktoś z nas uwierzył w Jezusa Chrystusa, to staliśmy się Jego wyzwoleńcami! Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie [Jn 8,36]. Grzech utracił nad nami władzę. Teraz zaś, wyzwoleni od grzechu, a oddani w służbę Bogu, macie pożytek w poświęceniu, a za cel żywot wieczny [Rz 6,22].

Czy jednak status wolnych w Chrystusie w sposób nieodwołalny jest nam przypisany na wieki? Pismo mówi: Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli [Ga 5,1]. Z tych słów wyraźnie wynika, że chociaż celem wyzwolenia jest wolność od grzechu na zawsze, to jednak - niestety - można ją utracić. Ta wolność zależy od trwania w Chrystusie.

Zaniedbując trwanie w Chrystusie, odchodząc od wiernego naśladowania Chrystusa, tracimy wolność w Nim i wracamy do niewoli grzechu. Wówczas nie możemy już mówić, że jesteśmy wolni w Chrystusie. Jest z nami trochę tak, jak z Wolnym Miastem Gdańsk po Kongresie Wiedeńskim lub po II Wojnie Światowej. Pozostało wspomnienie, rozmaite pamiątki i pieśni z okresu wolności, ale statusu wolnego miasta już nie ma... Wraca pies do wymiocin swoich oraz: Umyta świnia znów się tarza w błocie. [2Pt 2,22].

Wolność jest nierozerwalnie powiązana z osobistym trzymaniem się Chrystusa. Czy właściwie rozumuję?

06 lipca, 2009

O, święta naiwności!

Mało kto pamięta, że 6 lipca 1415 roku decyzją Soboru Kościoła Rzymskokatolickiego w Konstancji spalony został na stosie Jan Hus – czeski reformator religijny i bohater narodowy.

Ten światły człowiek, profesor Uniwersytetu Praskiego, twórca literackiego języka czeskiego, ośmielił się krytykować władzę papieską i sprzedaż odpustów oraz twierdzić, że jedynie Pismo Święte może być wiarygodną normą poglądów i postępowania chrześcijan. Okrzyknięto go niebezpiecznym heretykiem i w wieku zaledwie 45 lat odebrano mu życie.

Ponieważ ten okrutny wyrok wykonywano z mocy i w obliczu Soboru, nic więc dziwnego, że wielu prostych - ślepo ufających hierarchom kościelnym - ludzi sądziło, że ów stos jest wyrazem woli Bożej. Nie dziwi więc ich praktyczne zaangażowanie w rzekomo „zbożny” czyn tępienia herezji.

Jakże musiało boleć Husa to omamienie ludzi przez kler i tak strasznie ich rozmijanie się z prawdą. Ponoć, gdy był już na stosie i zobaczył starszą kobietę pomagającą podkładać chrust pod jego stos, zawołał: – O, święta naiwności!

Mamy dziś jakby całkiem inne czasy, a naiwność zdaje się nadal niepodzielnie rządzić tysiącami ludzkich serc. Gorliwi i szczerzy ludzie, nie zadając sobie trudu zbadania w świetle Pisma, jak się rzeczywiście sprawy mają, zupełnie bezrefleksyjnie dają się prowadzić na manowce wiary. Ślepi są przewodnikami ślepych, a jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną [Mt 15,14].

O, święta naiwności! Jak można sądzić, że sakramenty udzielone przez księdza komukolwiek zagwarantują żywot wieczny? Daję im bowiem świadectwo, że mają gorliwość dla Boga, ale gorliwość nierozsądną; bo nie znając usprawiedliwienia, które pochodzi od Boga, a własne usiłując ustanowić, nie podporządkowali się usprawiedliwieniu Bożemu [Rz 10,2–3].

O, święta naiwności! Wciąż są tacy, którzy gotowi są składać ofiary i wspierać ludzi oraz cele budzące co najmniej poważne wątpliwości. Gorliwie o was zabiegają, ale nie w dobrych zamiarach, bo chcą was odłączyć, abyście wy o nich zabiegali [Ga 4,17].

O, święta naiwności! Walka z prawdziwymi uczniami Jezusa oznacza status przeciwnika Bożego. Czyż nie należałoby się najpierw upewnić na podstawie Pism, jakie jest pochodzenie danej nauki, zanim się wystąpi przeciwko niej? Jeśli jednak jest z Boga, nie zdołacie ich zniszczyć, a przy tym mogłoby się okazać, że walczycie z Bogiem [Dz 5,39]

Pytam: Czy w szeregach ewangelicznie wierzących ludzi nie ma przypadkiem podobnych przejawów naiwności? Czy wszyscy jesteśmy dojrzali w myśleniu? Czy aby na pewno wśród nas nie znalazłoby się żadnych podobnych ‘podkładaczy’ chrustu?

02 lipca, 2009

Lekcja z Amistada

Wspomnijmy dziś interesujący incydent sprzed 170 lat. 2 lipca 1839 roku na hiszpańskim statku Amistad miał miejsce bunt niewolników schwytanych w Afryce. U wybrzeży Kuby ponad czterdziestu młodych Murzynów opanowało statek. Nie znając się na żegludze, zdali się na łaskę lub niełaskę pozostawionego przy życiu marynarza hiszpańskiego. Zaufali mu, a on początkowo, zgodnie z ich żądaniem, obrał kurs na Afrykę, lecz potem bez ich wiedzy zawrócił w kierunku wybrzeży Ameryki Północnej.

Po trzech miesiącach błądzenia Amistad został przejęty przez straż przybrzeżną USA i uwięziony w porcie. Tam rozegrał się prawdziwy dramat młodych Afrykańczyków. Otóż nie tylko nie zostali oni zwolnieni, ale prawo do statku oraz do nich, jako do niewolników, zaczęli sobie rościć zarówno dwaj prywatni marynarze, jak i królowa hiszpańska, a nawet rząd Stanów Zjednoczonych.

O ich wolności i możliwości powrotu do Afryki przesądziło zaangażowanie się w tę sprawę zdolnego prawnika Rogera Baldwina, który w 1841 roku, wykorzystując swoją wiedzę prawniczą oraz osobiste kontakty, podjął się walki o uwolnienie tych nieszczęśliwców. Ostatecznie w świetle prawa udowodnił, że ci młodzi Afrykańczycy nie byli niewolnikami. Napadnięci i zniewoleni mieli prawo się bronić. Mieli też prawo wrócić do swoich domów. Wiosną 1842 roku trzydziestu sześciu pozostałych przy życiu tragicznych pasażerów Amistad’a powróciło na Czarny Ląd.

Ta historia dobrze obrazuje znaczenie znajomości prawa i umiejętności jego zastosowania. Los statku i owych niewolników zdawał się być przesądzony. Któż mógłby wygrać z konkurentami tak silnymi, jak królowa Hiszpanii, czy rząd USA? A jednak. Potrzebny był tylko zdolny prawnik, który zechciałby wziąć tych biednych Murzynów w obronę.

Także w świetle Biblii widać, że aktualnie obowiązujące w danym kraju prawo, może i powinno być wykorzystywane w działalności i obronie interesów ludzi wierzących. Apostoł Paweł sięgnął po prawo, gdy chciano go, jako obywatela rzymskiego, biczować. A gdy go skrępowano rzemieniami, rzekł Paweł do setnika stojącego obok: Czy wolno wam biczować obywatela rzymskiego i to bez wyroku sądowego? A gdy to setnik usłyszał, przystąpił do dowódcy, aby mu o tym donieść i rzekł: Co ty chcesz zrobić? Człowiek ten jest przecież obywatelem rzymskim [Dz 22,25–26].

Potem, w sytuacji, gdy Żydzi chcieli przejąć sąd nad nim i go zabić, wykorzystał przysługującą mu możliwość prawną i odwołał się do sądu cesarskiego w Rzymie. Jeśli więc uczyniłem coś złego i popełniłem coś, co zasługuje na śmierć, nie wzbraniam się umrzeć; ale jeśli nie ma nic w tym, o co mnie oskarżają, nikt nie może mnie wydać im na łaskę i niełaskę. Odwołuję się do cesarza. Wtedy Festus, porozumiawszy się z doradcami, odrzekł: Odwołałeś się do cesarza, do cesarza pójdziesz [Dz 25,11–12].

Jakie z tego wnioski płyną dla nas, dzisiejszych chrześcijan? Po pierwsze, nie unośmy się źle pojętą ambicją chrześcijańską i pochopnie nie odrzucajmy możliwości prawnej obrony swoich interesów. Incydent statku Amistad pokazuje, że nawet z beznadziejnej sytuacji ktoś może nas wybronić. Trzeba interesować się, pytać, być świadomym swoich praw i próbować.

Drugi wniosek dotyczy sfery duchowej i wspaniałego Adwokata, którego posłał nam Ojciec. Gdyby nie On, to na tym świecie bylibyśmy jak owi niewolnicy z Amistada bez Rogera Baldwina, zupełnie bezradni i bez szans. Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie. Nie zostawię was sierotami, przyjdę do was [Jn 14,16–18]. Duch Święty – Parakletos – jest z nami i w nas! On wie, jak nas poprowadzić, a w razie potrzeby, wybronić z opresji. Słuchajmy Go uważnie i bądźmy posłuszni Jego wskazówkom, a któregoś dnia na pewno wrócimy do naszej Ojczyzny w niebiesiech.

01 lipca, 2009

Co ma piernik do wiatraka?

Trybunał Konstytucyjny RP odpowie dziś na pytanie, czy włączanie oceny z religii do średniej na świadectwie jest zgodne z Konstytucją. Wprowadzone przez ministra edukacji Romana Giertycha rozporządzenie spotkało się bowiem z krytyką części społeczeństwa i jesienią 2007 roku zostało zaskarżone do TK.

Abstrahując od tego, że nauka religii, wymagana i rozliczana w szkole państwowej na równi z innymi przedmiotami nauczania, kłóci się z zasadą rozdziału kościoła od państwa, w rzeczy samej jest mi wszystko jedno, jak nauka owej religii zostanie potraktowana. Mnie od dawna interesuje, jak do tej sprawy podchodzą ludzie ewangelicznie wierzący i czym w oczach dzieci i rodziców stają się zajęcia nauczania biblijnego w zborach.

Zborowa szkółka niedzielna – to pole ewangelizacji i biblijnej edukacji dzieci należących do zboru. Nauczyciel szkółki niedzielnej jest wobec tego ewangelistą i prorokiem przemawiającym do dzieci z natchnienia Ducha Świętego. W każdym bądź razie kimś takim powinien być, głosząc Słowo Boże za pomocą środków i form dostosowanych do wieku i możliwości percepcyjnych słuchających go dzieci.

Właściwie dobrana treść zwiastowania i nauczania biblijnego skierowana do określonej grupy dzieci zależy od wielu miejscowych czynników i powinna być określana na bieżąco przez powołanego w zborze nauczyciela. Nauczyciel widzi, co dzieje się z jego dziećmi, zastanawia się z modlitwą nad właściwym tematem na niedzielne nauczanie i następnie, zgodnie z odebranymi wskazówkami Ducha Świętego, prowadzi niedzielną lekcję. Może i raczej powinien posiłkować się przy tym dobrym programem nauczania biblijnego. Gdy jednak następuje jakaś nagła zmiana okoliczności, wówczas nauczyciel dostosowuje do tego treść zajęć szkółki niedzielnej. Nie musi sztywno trzymać się jakiegoś obowiązującego programu. Jednym słowem, ma wolność i do duchowych rzeczy przykłada duchową miarę.

Jak jednak utrzymać ten biblijny model głoszenia Słowa Bożego naszym dzieciom z zastosowaniem szkolnego programu nauki religii, zatwierdzanego i egzekwowanego przez świeckich urzędników? Czy to nie wygląda trochę tak, jakby pastorowi zboru tematy jego niedzielnych kazań w danym roku zatwierdzał urzędnik magistratu, a następnie rozliczał go, czy wszystkie owe kazania należycie wygłosił? Co ma piernik do wiatraka? Co mają świeckie urzędy do nauczania biblijnego w zborze?

Niech sobie urządzają naukę religii katolickiej, czy jeszcze jakiejś innej, w szkołach i wystawiają z tego oceny na świadectwach. Chcą? Proszę bardzo. Najwidoczniej mają swoje powody. Jednak niezależnie od tego, co dzisiaj stwierdzi Trybunał Konstytucyjny, jako biblijni chrześcijanie powinniśmy chronić sferę naszego życia duchowego przed wpływem i nadzorem władzy świeckiej.

Oto apostolskie podejście do tematu w sytuacji, gdy władza chciała się wtrącić do tego, czego mają oni nauczać lub czego nie nauczać: I przywoławszy ich, nakazali im, aby w ogóle nie mówili ani nie nauczali w imieniu Jezusa. Lecz Piotr i Jan odpowiedzieli im i rzekli: Czy słuszna to rzecz w obliczu Boga raczej was słuchać aniżeli Boga, sami osądźcie; my bowiem nie możemy nie mówić o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy [Dz 4,18–20].

Wcale apostołom nie poszło z tym tak łatwo. I przywoławszy apostołów, kazali ich wychłostać, zabronili im mówić w imieniu Jezusa i zwolnili ich. A oni odchodzili sprzed oblicza Rady Najwyższej, radując się, że zostali uznani za godnych znosić zniewagę dla imienia jego. Nie przestawali też codziennie w świątyni i po domach nauczać i zwiastować dobrą nowinę o Chrystusie Jezusie [Dz 5,40–42]. Dzięki Bogu za Piotra i Jana! W tych sprawach nie poszli na żaden układ. Nawet pod groźbą surowej kary nie zgodzili się na to, by władza narzucała lub kontrolowała im treść tego, co mają mówić.

Mając więc tak wyraźnie określone stanowisko apostolskie w tych sprawach, dlaczego mielibyśmy teraz sami się prosić o świecki nadzór nad biblijnym nauczaniem? Czyżby chodziło nam o zyskanie opinii 'normalnych' w oczach świata? Przecież nie wierzę, że chodzi o te kilkaset złotych, które wpadną do kieszeni katechety lub do kasy zboru.

Dlaczego wierzącym rodzicom tak bardzo zależy na tym, aby ich dziecko – tak jak inne, nie należące do zboru dzieci – miało na świadectwie ocenę z religii? Czy aby na pewno chodzi tu o złożenie dobrego świadectwa wiary?

PS. Czy to wystawione w jednym z najlepszych LO w kraju świadectwo szkolne jest słabe? Przecież brak na nim oceny z religii ;)