31 stycznia, 2012

Strefa błogosławionego ojcostwa

fot: PAP/Jacek Turczyk
Doniesienia medialne o wczorajszej śmierci gen. Henryka Szumskiego, śmierci zadanej mu przez syna, pobudzają mnie do chwili zadumy nad stanem tych relacji we współczesnym świecie.

Oto człowiek wysoko postawiony, były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, a zakończył swoje życie dźgnięty nożem przez swojego Krzysia. Cóż za okropny los, cóż za potworne fiasko – ginąć z rąk własnego syna?! Jakaż szkoda, że syn gen. Szumskiego nie jest chrześcijaninem!

Abstrahując od bezpośrednich przyczyn akurat tego ojcobójstwa, można powiedzieć, że brak respektu i czci dla ojca - to jeden z objawów bezbożnego życia. Zazwyczaj, gdy młody człowiek oddala się od Boga, wraz z tym coraz łatwiej przychodzi mu nieposłuszeństwo, obojętność, bunt a nawet pogarda w stosunku do ojca. Gdy zaś zaczyna przybliżać się do Boga, jego nastawienie do ojca ulega wyraźnej poprawie.

 Tajemnica tego procesu tkwi w osobie Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Biblia jasno wskazuje, że społeczność z Bogiem można mieć wyłącznie za pośrednictwem Jezusa. Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek Chrystus Jezus [1Tm 2,5].

 Jezus jest w doskonałej, harmonijnej relacji z Ojcem. Chodząc po ziemi na wiele sposobów to podkreślał. Ja i Ojciec jedno jesteśmy [Jn 10,30]. Stały obserwator tego związku Syna z Ojcem, apostoł Piotr napisał w natchnieniu Ducha o Jezusie: Wziął On bowiem od Boga Ojca cześć i chwałę, gdy taki go doszedł głos od Majestatu chwały: Ten jest Syn mój umiłowany, którego sobie upodobałem. A my, będąc z nim na świętej górze, usłyszeliśmy ten głos, który pochodził z nieba [2Pt 1,17–18].

 Każdy więc, kto uwierzył w Jezusa Chrystusa, ten siłą rzeczy zaczyna mieć Jezusowy stosunek i do własnego ojca. Bardzo znamiennie w tym kontekście brzmią ostatnie słowa Starego Testamentu: Oto Ja poślę wam proroka Eliasza, zanim przyjdzie wielki i straszny dzień Pana, i zwróci serca ojców ku synom, a serca synów ku ich ojcom, abym, gdy przyjdę, nie obłożył ziemi klątwą [Ml 3,23–24].

 Kto żyje w bliskiej więzi z Jezusem, czyje życie przez wiarę zostało umieszczone w Chrystusie, ten zaczyna czcić własnego ojca, choćby nawet nie był on człowiekiem, obiektywnie rzecz biorąc, zasługującym na szacunek. Można by wręcz powiedzieć: Pokaż mi swoje nastawienie do ojca, a powiem ci, czy naprawdę jesteś chrześcijaninem. Wierzący w Jezusa Chrystusa syn nie ubliża swojemu ojcu, nie działa przeciwko niemu, a już na pewno nigdy nie podniesie ręki na swojego ojca.

W bezbożnym świecie, pełnym synów bez szacunku dla ich ojców, jest na szczęście Kościół – strefa uznanego i błogosławionego ojcostwa, gdzie synowie czczą swoich, niedoskonałych przecież, ojców. Tutaj ojcowie nie boją się swoich synów. Tutaj cieszą się ich szacunkiem i miłością. Czyś słyszał, że Kościół jest żywy, że miłość zasadą jest tam? - pyta stary hymn. Pójdźcie do Kościoła! Zapraszam i synów, i ojców.

 Jestem szczęśliwy i wdzięczny Bogu, że moje ojcostwo znajduje się w tej strefie. Oczywiście, nie dlatego, że to ja jestem wierzący, ale dlatego, że mój Tomek wierzy w Pana Jezusa Chrystusa J

30 stycznia, 2012

Solidaryzujmy się z ludźmi

Nie wszyscy pamiętają, że równo trzydzieści lat temu administracja Ronalda Reagana ogłosiła światową akcję wsparcia demokratycznej opozycji w Polsce. Nadano jej nazwę – Międzynarodowy Dzień Solidarności z Polską (ang. International “Solidarity Day”) i wyznaczono na dzień 30 stycznia 1982 roku.

 Był to dla Polaków bardzo wymowny i pokrzepiający gest ze strony świata zachodniego. Na całym świecie demonstrowano w obronie zdelegalizowanej "Solidarności", a następnego dnia rozmaite stacje telewizyjne wyemitowały program pt. "Żeby Polska była Polską" (ang. Let Poland be Poland). Audycję obejrzało 185 milionów widzów w 50 krajach świata.

 Wspominając dziś to wydarzenie rozmyślam o tym, jak bardzo jest to ważne i potrzebne, by borykającego się z problemami człowieka wspomóc jakimś dobrym słowem; udzielić mu poparcia i zapewnić, że w razie czego może na nas liczyć. Jakże dobrze jest wiedzieć, że w trudnościach nie jesteśmy sami! Polacy mogli tego dnia poczuć, że są wspierani przez bardzo wiele środowisk na całym świecie.

O ileż cenniejsza jest świadomość bycia wspomaganym przez samego Boga!? Czytając dziś rankiem Biblię natrafiłem na następujący fragment modlitwy króla Dawida: Wysłuchaj, Panie, i zmiłuj się nade mną! Panie, bądź moim wspomożycielem! [Ps 30,11]. Ten wielki sługa Boży dobrze rozumiał, że gdy sam Bóg staje się wspomożycielem człowieka, wówczas taki człowiek nabiera otuchy.

 Jakże jestem szczęśliwy, że dzięki wierze w Jezusa Chrystusa mam prawo wyznawać: Pan światłością moją i zbawieniem moim: Kogóż bać się będę? Pan ochroną życia mego: Kogóż mam się lękać? Gdy nacierają na mnie złoczyńcy, aby pożreć ciało moje - są oni moimi wrogami i nieprzyjaciółmi - potkną się i upadną. Choćby rozbili przeciwko mnie obozy, nie ulęknie się serce moje, choćby wojna wybuchła przeciw mnie, nawet wtedy będę ufał [Ps 27,1–3].

 I - co bardzo ważne - nie jest to wyznanie odnoszące się tylko do jednorazowej akcji Boga, przeprowadzonej dla mojego dobra. Takie przeświadczenie i pozytywne odczucia mam w głębi serca każdego dnia!

 Dzięki temu mogę też solidaryzować się ludźmi, którzy obok mnie przeżywają swoje burze życiowe. Jestem szczęśliwy, że i dziś mogłem posłać w imieniu Jezusa parę takich sygnałów poparcia dla ludzi, których Bóg postawił na mojej drodze. I jutro chcę zrobić podobnie...

27 stycznia, 2012

ACTA - narzędzie dla naciągaczy?

Najwyraźniej nie zanosi się na to, że ta sprawa porozumienia ACTA szybko ucichnie i trafi ad acta. Sieć napina się od wzmożonej aktywności internautów, ulice falują tłumami protestantów,  politycy zaczynają się kłócić, a ambasadorzy kolejnych rządów mimo wszystko podpisują umowę? Dlaczego? Przecież istniejące już przepisy prawne chronią własność intelektualną. Pozwalają też skutecznie walczyć z podróbkami. O co tu chodzi?

 Twórcy, którym zależy na tym, żeby nikt nie kopiował i nie używał ich dzieł, albo trzymają je z dala od Internetu, albo zabezpieczają swoje pliki, uniemożliwiając swobodny do nich dostęp. Ktoś, kto zamieszcza swoją twórczość w Sieci, a potem dziwi się i oburza, że inni po nią sięgnęli, przypomina człowieka, który wystawił w szkolnym holu koszyk ze słodyczami, zostawił je bez żadnego nadzoru, a potem się dziwi, że większość łakoci w czasie przerwy gdzieś zniknęła.

 W porozumieniu ACTA raczej nie chodzi o przeciwdziałanie podróbkom i wprowadzenie przepisów chroniących własność intelektualną. Poczytałem troszkę i coś mi się zdaje, że bardziej chodzi tu o stworzenie dla twórców możliwości swobodnego określania wysokości strat, jakie ich zdaniem ponieśli w wyniku nielegalnego ich skopiowania. Do tej pory takim osobom, jeżeli robili to dla zysku, zazwyczaj wymierzano karę za piractwo i koniec. Teraz, poprzez kliknięcie i ściągnięcie jakiegoś pliku narazimy się nie tylko na karę, jak dotychczas, ale stworzymy właścicielowi tego pliku podstawę do uznaniowego określenia jego strat.

 Na przykład, autor utworu muzycznego po odkryciu, że ktoś skopiował jego kawałek i słucha go z przyjaciółmi, będzie mógł podać konkretne kwoty, jakie jego zdaniem z tego powodu utracił i – jeżeli sprytnie to uzasadni – będzie miał podstawę do egzekwowania tej hipotetycznej kwoty. Na dodatek, umowa ACTA w takich dochodzeniach zapewni mu sojusz państwowych organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości.

 Na czym polega haczyk takiego podejścia do sprawy? Gdy kupujesz coś w realu, to po stwierdzeniu, że dany produkt cię rozczarował, możesz go zwrócić i odzyskać swoje pieniądze. Przy umowie ACTA, gdy nielegalnie coś skopiujesz, to już nieważne, czy jesteś z tego zadowolony, czy rozczarowany. Gdy cię dopadną, będziesz musiał za to zapłacić i to tyle, ile właściciel sobie krzyknie.

 ACTA uruchomi niezłe źródełko dla rozmaitych cwaniaków. Ludzi naiwnych przecież nie brakuje. Wystarczy, żeby ich namówić, naciągnąć na wykonanie kopii danego produktu, a potem będzie można zażądać od nich odszkodowania w ustalonej przez siebie wysokości. Innymi słowy, człowiek sobie kliknie, a rankiem - niczym Sławek Sikora - obudzi się z jakimś dziwnym i rosnącym długiem.

 Kto czyta Biblię, temu Słowo Boże otwiera oczy. Sieć jest niebezpieczna dla ludzi słabo widzących. Lecz na próżno zastawiona jest sieć na oczach wszelkiego ptactwa [Prz 1,17]. Widoczne sidła można ominąć. Pożyjemy, to zobaczymy, jakie będą dalsze losy porozumienia ACTA. W którąkolwiek jednak stronę to pójdzie, Biblia ostrzega przed konsekwencjami ryzykownych kliknięć. Czy może kto zgarnąć ogień do swojego zanadrza, a jego odzienie się nie spali? Czy może kto chodzić po rozżarzonych węglach, a jego stopy się nie poparzą? [Prz 6,27–28].

 Dawid trzymał się następującej zasady: Nie zasiadałem z ludźmi fałszywymi, i nie chodzę z podstępnymi [Ps 26,4]. Ludzi nieuczciwych nie brakuje i dzisiaj, a zdaje się, że ACTA, to prawo, które łatwo będzie mogło stać się narzędziem w ich rękach. Trzeba więc zachować czujność, zwłaszcza, gdy ktoś bardzo nas do czegoś namawia, a plik zawieszony w Sieci aż prosi się o skopiowanie...

O innych aspektach tej sprawy, może innym razem.

25 stycznia, 2012

Nawrócenie godne naśladowania

Nawrócenie św. Pawła Apostoła
obraz Bartolomé Estebana Murilla
Z tej okazji, że w dniu 25 stycznia katolicy wspominają nawrócenie św. Pawła, chcę dziś, odwołując się do przykładu tego dawnego wroga rodzącego się Kościoła, a potem niezwykłego naśladowcy Jezusa Chrystusa, przypomnieć podstawowe cechy prawdziwej pokuty.

 Oto opis wspominanego dziś nawrócenia: A Saul, dysząc jeszcze groźbą i chęcią mordu przeciwko uczniom Pańskim, przyszedł do arcykapłana i prosił go o listy do synagog w Damaszku, aby mógł, jeśliby znalazł jakich zwolenników drogi Pańskiej, zarówno mężczyzn jak i kobiety, uwięzić ich i przyprowadzić do Jerozolimy. I stało się w czasie drogi, że gdy się zbliżał do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba, a gdy padł na ziemię, usłyszał głos mówiący do niego: Saulu, Saulu, czemu mnie prześladujesz? I rzekł: Kto jesteś, Panie? A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz; ale powstań i idź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić. [...] I podniósł się Saul z ziemi, lecz gdy otworzył oczy swoje, nic nie widział; wiodąc go tedy za rękę, zaprowadzili go do Damaszku. I przez trzy dni nie widział i nie jadł, i nie pił. A był w Damaszku pewien uczeń, imieniem Ananiasz. I rzekł Pan do niego w widzeniu: Ananiaszu! On zaś rzekł: Otom ja, Panie. Pan zaś do niego: Wstań i idź na ulicę Prostą, i zapytaj w domu Judy o Saula z Tarsu; oto właśnie się modli. I ujrzał w widzeniu męża, imieniem Ananiasz, jak wszedł, i ręce na niego włożył, aby przejrzał. [...] I poszedł Ananiasz, i wszedł do domu, włożył na niego ręce i rzekł: Bracie Saulu, Pan Jezus, który ci się ukazał w drodze, jaką szedłeś, posłał mnie, abyś przejrzał i został napełniony Duchem Świętym. I natychmiast opadły z oczu jego jakby łuski i przejrzał, wstał i został ochrzczony. A gdy przyjął pokarm, odzyskał siły. I przebywał zaledwie kilka dni z uczniami, którzy byli w Damaszku, a już zaczął zwiastować w synagogach Jezusa, że On jest Synem Bożym [Dz 9,1–20].

 Pierwszym, podstawowym znakiem nawrócenia, niezależnie od dramaturgii tego przeżycia, jest całkowity zwrot w myśleniu i postępowaniu człowieka. Spotkanie Saula z Jezusem zmieniło go o 180 stopni. Uwierzył w Jezusa jako Syna Bożego i dostąpił przebaczenia grzechów. Od razu też zaniechał dalszej realizacji swoich zamysłów i podporządkował się słowom Chrystusa Pana.

 Drugim znakiem upamiętania jest uznanie innych za wyższych od siebie i szczera otwartość na posługę i radę osób już wierzących w Pana Jezusa. Paweł, pomimo tego, że z natury był przywódcą i chociaż miał tak niezwykłe, osobiste przeżycie z Bogiem, pozwolił się poprowadzić w pierwszych krokach wiary prostemu uczniowi Jezusa, Ananiaszowi.

 Trzecim objawem rzeczywistego nawrócenia jest chrzest, jako publiczne świadectwo wewnętrznej przemiany. Upamiętanie i narodzenie na nowo domaga się pogrzebu przeszłości. Poprzez akt zanurzenia w wodzie nawrócony człowiek zaświadcza całemu otoczeniu, że grzebie swoją przeszłość i zmartwychwstaje do nowego życia z Jezusem.

 Kolejną oznaką nawrócenia jest napełnienie Duchem Świętym. Żaden człowiek nie jest w stanie naśladować Jezusa bez codziennego kierownictwa i wsparcia Ducha Świętego. Każdy nowo nawrócony uczeń Jezusa powinien czym prędzej prosić Boga o chrzest w Duchu Świętym, bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi [Rz 8,14]. Jeśli zaś kto nie ma Ducha Chrystusowego, ten nie jest jego [Rz 8,9]. Napełniony Duchem Świętym Paweł natychmiast przestał radzić się ciała i krwi i zaczął żyć według Ducha.

 Ostatnią cechą prawdziwego nawrócenia, jaką chcę tu wymienić, jest ogromna potrzeba opowiadania innym o Jezusie. Apostoł Paweł przebywał zaledwie kilka dni z uczniami, którzy byli w Damaszku, a już zaczął zwiastować w synagogach Jezusa, że On jest Synem Bożym [Dz 9,19–20]. Kto czyta Nowy Testament, ten wie, że Paweł wciąż na nowo opowiadał o swoim nawróceniu do wiary w Jezusa Chrystusa i komu tylko się dało, przybliżał Syna Bożego.

 Podsumowując, podkreślmy, że nawrócenie św. Pawła miało charakter bardzo radykalny: Ale wszystko to, co mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za szkodę. Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa [Flp 3,7–8].

Czy i dzisiaj tak konkretnie można się do Pana Jezusa nawrócić? Co stoi na przeszkodzie? Dlaczego dzisiejsi naśladowcy Jezusa mieliby być mniej jednoznaczni i gorliwi? Zaglądam do lustra i patrząc prosto w oczy napotkanemu człowiekowi, zadaję to natarczywe pytanie.

 Dobrze, że natchnione świadectwo nawrócenia św. Pawła zostało zapisane. Jego wyrazistość rozbudza mnie duchowo i zmusza do zastanowienia się nad jakością mojego nawrócenia i oddania się w służbę Bogu.

24 stycznia, 2012

Nie dam się zaczernić

Dziś kilka słów o kradzieży. Pobudził mnie do tego poranny widok dziury po wyrwanym radiu i połamana deska rozdzielcza w zborowym Sprinterze. Już sobie myślałem, że w Polsce przestali kraść radia, a jednak podarowane przez jednego z naszych braci radio zniknęło nocą z naszego busa.

 Oczywiście, oburzam się w duchu na myśl, że ktoś dla drobnego zysku, bo przecież nie z głodu, ma czelność wkradać się do cudzego samochodu i przy tym go niszczyć. Gniewa mnie to, że jakiś łobuz śledzi mnie, poznaje mój rytm życia, czatuje na moje wyjście z domu i potem wyłamuje drzwi, żeby mnie okraść, nie wiedząc nawet, co mam w mieszkaniu.

 Jakże żałośnie nędzna musi być dusza takiego człowieka, który brutalnie wdziera się w przestrzeń bliźniego i wyrywa mu jego własność? Czy nie pogardza się złodziejem za to, że kradnie, nawet, aby zaspokoić głód? A gdy go złapią, musi oddać siedmiokrotnie, musi oddać całe mienie swojego domu [Prz 6,30–31]. Kradzież nigdy nie jest dobrym sposobem na zdobycie dóbr materialnych.

 Pismo Święte, uwzględniając obecność takich szkodników w społeczeństwie izraelskim, udzielało w ramach Starego Przymierza m.in. następujących wskazówek: Jeżeli ktoś ukradnie wołu lub owcę, a potem je zarżnie lub sprzeda, odda pięć wołów za wołu, a cztery owce za owcę. Jeżeli przy włamaniu złodziej zostanie złapany i pobity tak, że umrze, to nie ponosi się winy za przelanie jego krwi. Jeżeli jednak stało się to po wschodzie słońca, powstaje wina przelania krwi. Złodziej powinien dać odszkodowanie; jeżeli nic nie ma, zostanie za swoją kradzież sprzedany. Jeżeli w jego posiadaniu znaleziono to, co skradł, czy to wołu, czy osła, czy jagnię jeszcze żywe, winien zapłacić podwójnie [2Mo 22,1–4].

 Niestety, sam zakaz kradzieży nie oczyszcza społeczeństwa od złodziei. Nawet w gronie uczniów Jezusa znalazł się jeden taki, co wyciągał rękę po cudzą własność. A Judasz Iskariot, jeden z uczniów jego, syn Szymona, który miał go wydać, rzekł: Czemu nie sprzedano tej wonnej maści za trzysta denarów i nie rozdano ubogim? A to rzekł nie dlatego, iż się troszczył o ubogich, lecz ponieważ był złodziejem, i mając sakiewkę, sprzeniewierzał to, co wkładano [Jn 12,4–6]. Gdyby do sakiewki trafiło trzysta denarów, to Judasz miałby z czego sobie podciągać.

 Złodziejskie ciągotki dobitnie świadczą o niezbawionej duszy, pozostającej pod wpływem diabła i zdolnej do wyrządzania krzywdy. Postawa Jezusa jest temu całkowicie przeciwstawna. Złodziej przychodzi tylko po to, by kraść, zarzynać i wytracać. Ja przyszedłem, aby miały życie i obfitowały [Jn 10,10] - powiedział, opisując siebie, jako pasterza.

 Dobre sumienie chrześcijanina objawia się między innymi prawością jego duszy. Choćby stanął oko w oko z nie wiadomo jaką okazją, to ta okazja nie zrobi z niego złodzieja. Nawet gdy coś znajdzie, to nie zatrzymuje tego dla siebie, lecz stara się dotrzeć do właściciela zguby i mu ją przywrócić.

 Nocnej kradzieży radia z pewnością nie dokonał człowiek wierzący w Pana Jezusa Chrystusa. Nowe narodzenie skutkuje bowiem zaprzestaniem złodziejstwa. Kto kradnie, niech kraść przestanie, a niech raczej żmudną pracą własnych rąk zdobywa dobra, aby miał z czego udzielać potrzebującemu [Ef 4,28]. Prawdziwy chrześcijanin pomaga, a nie okrada.

Ponieważ jednak chrześcijanie żyją na co dzień otoczeni ludźmi bezbożnymi, także złodziejami, mamy następującą wskazówkę Jezusa: Sprzedajcie majętności swoje, a dawajcie jałmużnę. Uczyńcie sobie sakwy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej nie ma przystępu, ani mól nie niszczy [Łk 12,33]. To najlepszy sposób na złodzieja!

 Dziś w nocy bus zborowy jest mniej atrakcyjny dla złodziejaszków. Z dziurą po radiu będzie mógł jednak rankiem wyruszyć, jeśli Pan zechce, i nadal służyć celom Królestwa Bożego. W tej myśli uspokajam moją duszę. Zewsząd uciskani, nie jesteśmy jednak pognębieni, zakłopotani, ale nie zrozpaczeni, prześladowani, ale nie opuszczeni, powaleni, ale nie pokonani [2Ko 4,8–9]. Biblia wspomina o wierzących Żydach, którzy swego czasu przyjęli wręcz z radością grabież swojego mienia, wiedząc, że sami posiadają majętność lepszą i trwałą.

W tych dniach trwa burzliwy spór o umowę ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement). Wiele serwisów w proteście przeciwko jej podpisywaniu zaczerniło swoje strony internetowe. Jedni popierają wprowadzenie kar za sięganie po czyjąś własność intelektualną, inni walczą o swobodne buszowanie po Internecie i możliwość korzystania z tego, co się im spodoba.

 Nie zamierzam zaczerniać swojego życia z powodu wspomnianej nocnej kradzieży. Będę chodził w światłości, radując się ze skarbu, którego żaden złodziej mi nie odbierze.

18 stycznia, 2012

Podglądnijmy Jezusa: Ustalić twarz i ją zachować!

Jak niektórzy już wiedzą, od kilku ładnych miesięcy w środowe wieczory w naszej wspólnocie w Gdańsku omawiamy życie Jezusa. Chcemy przyjrzeć się bliżej ziemskiej służbie naszego Pana i w miarę możliwości ustalić chronologię wydarzeń.

 Idąc śladami Jezusa, dziś opuszczamy już Galileę, w której Chrystus Pan spędził większość czasu swojej publicznej służby. Dochodzimy do momentu Jego decyzji o pozostawieniu stosunkowo przyjaznej Mu Galilei i wyruszeniu w drogę do Jerozolimy, gdzie spotka się z wielką wrogością, zwieńczoną ukrzyżowaniem.

 Rozmyślając dziś o tej ważkiej decyzji Pana Jezusa, jestem pod wrażeniem mocy i stałości Jego postanowienia. Biblia w przekładzie Warszawskim wzmiankuje tę decyzję następująco: I stało się, gdy dopełniały się dni, kiedy miał być wzięty do nieba i postanowił pójść do Jerozolimy... [Łk 9,51]. Słowa te nie wyrażają dostatecznie jednoznaczności i ostateczności Jezusowego postanowienia.

 Spójrzmy, jak ten werset brzmi w przekładzie dosłownym: Stało się zaś, gdy dopełniły się dni wzięcia do góry go i On oblicze utwierdził, by ruszyć do Jeruzalem... [Grecko–polski NT, wyd. interlinearne]. Jezus dosłownie ustalił twarz w tej sprawie i tak trzymał ją już do samego końca. Żadne przeciwne wiatry, żadne złe prognozy, żadne dobre rady i przestrogi nie były w stanie tego zmienić. Jezus trzymał się swego postanowienia, zgodnego z wolą Ojca.

 Powszechną prawdą o wielu ludzkich decyzjach jest ich niestałość i zmienność. Minęła zaledwie połowa stycznia, a już niektóre noworoczne postanowienia poszły w niepamięć. Ustalamy twarz w określonych sprawach, ale nie potrafimy jej zachować. Bóg powiedział kiedyś do Jerozolimy: Jakże lekko ci przychodzi zmieniać swoją drogę! [Jr 2,36].

Tak przedstawia się prawda o niejednym człowieku. Ślubowanie małżeńskie, słowo dane przyjacielowi, liczne zobowiązania, czasem potwierdzone podpisem, a także; publiczne przyrzeczenie naśladowania Jezusa złożone podczas chrztu wiary, przynależność do zboru, postanowienie, że będziemy pracować dla Jego chwały – gdzie się to wszystko podziało? Dobre postanowienia potrzebują stałości i niezłomności!

 Jezus utwierdził swoje oblicze w sprawie rozpoczęcia swej drogi do Jerozolimy. Ustalił, że zrobi tak, a nie inaczej! Pragnę i w tym naśladować Jezusa. Ustalam twarz, aby pozostały czas doczesnego życia poświęcić już nie ludzkim pożądliwościom, lecz woli Bożej [1Pt 4,2]. Utwierdzam moje oblicze, że nie będę się w tym uzależniać od pogody, nastrojów i reakcji otaczających mnie ludzi. Postanawiam i pragnę tak ustaloną twarz zachować aż do końca.

A Ty? Masz już coś w swoim życiu ustalone, czy wszystko wciąż zależy od chwilowych nastrojów?

15 stycznia, 2012

Kikut w nowej roli!

Latarnia morska KIKUT
Na początku lat 60. ubiegłego wieku, z uwagi na rosnący ruch w portach Szczecina i Świnoujścia, zaistniała konieczność dokładniejszego określania pozycji na torze podejściowym do portu dla coraz większych statków wpływających do Świnoujścia. Krótko mówiąc, potrzebna była w tym rejonie druga latarnia morska.

 Pojawił się więc pomysł, aby w latarnię morską zamienić wieżę widokową, stojącą na wzniesieniu Kikut, tuż obok miejscowości Wisełka na wyspie Wolin. Czym prędzej opracowano więc w Gdańsku adaptację owej starej wieży widokowej na latarnię morską. Na okrągłej, zbudowanej z kamieni polnych wieży dobudowano ceglane podwyższenie, ustawiono na nim okrągłą, pomalowaną na biało laternę, zamontowano oświetlenie i w dniu 15 stycznia 1962 roku latarnia po raz pierwszy posłała sygnał świetlny w stronę morza.

 Dziś mija już dokładnie 50. rocznica działania latarni morskiej Kikut. Dodajmy, że jest ona całkowicie zautomatyzowaną i jedyną w Polsce latarnią bezobsługową. Wyjątkowe w niej jest też to, że chociaż po Jastarni jest najniższą ze wszystkich polskich latarń, to jednak ze względu na usytuowanie na wysokim brzegu morza, ma najwyżej położone źródło światła na całej polskiej linii brzegowej, dokładnie 91,5 m.n.p.m. i świeci na odległość około 30 km.

 Latarnia morska Kikut, jej pomysł, położenie, uruchomienie, charakterystyka, a także parametry, stanowią dość trafną ilustrację duchowej roli, jaką Bóg wyznaczył chrześcijanom na świecie. Spróbujmy to sobie dziś nieco przybliżyć.

 Za oczywistą uchodzi potrzeba światła w duchowych mrokach. Wielu ludzi błąka się, nie wiedząc, w którą stronę należy się zwrócić. Biblia oznajmia: Kto mówi, że jest w światłości, a brata swojego nienawidzi, w ciemności jest nadal. Kto miłuje brata swego, w światłości mieszka i nie ma w nim zgorszenia. Kto zaś nienawidzi brata swego, jest w ciemności i w ciemności chodzi, i nie wie, dokąd idzie, gdyż ciemność zaślepiła jego oczy [1Jn 2,9–11].

 Bóg postanowił więc, aby poprzez wiarę w Jezusa Chrystusa powołać grono ludzi, którzy będą pełnić na świecie rolę przewodniego światła. Dotyczy to każdego prawdziwego ucznia Jezusa. Wy jesteście światłością świata; nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu [Mt 5,14–15].

 Jak wiem z autopsji, Boży wybór padł na całkiem zwyczajnych ludzi. Tak jak latania Kikut została umieszczona w miejscu starej wieży z polnych kamieni, tak Bóg miał plan, aby zrobić coś z byle czego, aby z tak marnej jak ja istoty, uczynić narzędzie swojej światłości! I nas, którzy umarliśmy przez upadki, ożywił wraz z Chrystusem - łaską zbawieni jesteście - i wraz z nim wzbudził, i wraz z nim posadził w okręgach niebieskich w Chrystusie Jezusie, aby okazać w przyszłych wiekach nadzwyczajne bogactwo łaski swojej w dobroci wobec nas w Chrystusie Jezusie [...] Jego bowiem dziełem jesteśmy, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili [Ef 2,5–10].

 Dzięki oświeceniu przez Słowo Boże i napełnieniu Duchem Świętym, chrześcijanin stal się – niczym latarnia Kikut – bezobsługowym źródłem światła. Kto trwa w społeczności z Bogiem, ten - by należycie świecić - nie potrzebuje "obsługi" drugiego człowieka. Albowiem Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie i wykonanie. Czyńcie wszystko bez szemrania i powątpiewania, abyście się stali nienagannymi i szczerymi dziećmi Bożymi bez skazy pośród rodu złego i przewrotnego, w którym świecicie jak światła na świecie [Flp 2,13–15].

 Jakość światłości jaką jesteśmy bierze się nie z nas samych, ale ze źródła światła – którym jest sam Jezus Chrystus! To o Nim jest powiedziane: Prawdziwa światłość, która oświeca każdego człowieka, przyszła na świat [Jn 1,9]. Tak, On jest źródłem duchowej światłości!

 Na polskim wybrzeżu jest bodajże szesnaście bardzo pożytecznych latarni morskich. Są też niestety i latarnie już nieczynne. Jedna, wyłączona, bo tuż obok uruchomiono inną, druga, bo starsza okazała się jednak lepsza, czy wreszcie trzecia, wyłączona dlatego, że zbyt często zawodziła. Latarnia Kikut natomiast, chociaż prawie najniższa, wciąż jest źródłem najwyższego na polskiej linii brzegowej źródła światła!

 Ten obraz pobudza mnie do podjęcia wyzwania, jakie rzuca mi dziś Słowo Boże! Tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie [Mt 5,16]. Byliście bowiem niegdyś ciemnością, a teraz jesteście światłością w Panu. Postępujcie jako dzieci światłości, bo owocem światłości jest wszelka dobroć i sprawiedliwość, i prawda. Dochodźcie tego, co jest miłe Panu [Ef 5,8–10].

 Powołanie do bycia światłością dla innych ludzi – to wezwanie do większych i chwalebnych spraw! Kikut przedtem służył wyłącznie do tego, żeby ludzie mogli sobie wejść na wieżę i popatrzeć. Pięćdziesiąt lat temu – 15 stycznia miejsce to nabrało dużo większego znaczenia! Zaczęło wskazywać bezpieczną drogę wejścia do portu!

 A co z nami? Co z naszym życiem!? Czy dla innych pożytkiem twe życie? – pyta stara pieśń chrześcijańska. Wniosek jest prosty: Powołani i oświeceni Słowem Bożym, świećmy innym i wskazujmy im drogę zbawienia!

13 stycznia, 2012

Katapulta to ostateczność!

Piątek, trzynastego, to dobra okazja, aby poruszyć kwestię nagłej ewakuacji. Zwłaszcza, że mamy dziś interesującą rocznicę. Równo siedemdziesiąt lat temu, 13 stycznia 1942 roku niemiecki pilot Helmut Schenk jako pierwszy w historii skorzystał z fotela wyrzucanego siłą sprężonego powietrza i szczęśliwie katapultował się z samolotu, który z powodu nadmiernego oblodzenia całkowicie utracił sterowność.

 Od tego czasu wystrzeliwane fotele, stosowane już nie tylko w samolotach wojskowych, zostały udoskonalone do tego stopnia, że zasiadający w nich piloci mogą czuć się o wiele bardziej bezpieczni. Wystarczy, że w razie czego nacisną przycisk, a ukryta pod fotelem rakieta natychmiast wyrzuci ich ze spadającego lub zderzającego się samolotu. Następnie automatycznie otwierający się spadochron zapewni im bezpieczny powrót na ziemię.

 Jest jednak w zasiadaniu na fotelu katapultowym pewnego rodzaju niebezpieczeństwo. Polega ono na omyłkowym, przedwczesnym lub całkowicie niepotrzebnym uruchomieniem katapulty. Kto tak zrobi, naraża się na wstyd i straty, a do tego poddaje w wątpliwość również swój profesjonalizm.

 Spójrzmy na tę sprawę z duchowego punktu widzenia. Kto wierzy w Boga, ten ma Jego gwarancję bezpieczeństwa. Oto nie drzemie ani nie zasypia stróż Izraela. Pan stróżem twoim, Pan cieniem twoim po prawicy twojej. Słońce nie będzie cię razić za dnia ani księżyc w nocy. Pan strzec cię będzie od wszelkiego zła, strzec będzie duszy twojej. Pan strzec będzie wyjścia i wejścia twego, teraz i na wieki [Ps 121,4–8]. Ważne więc, aby w każdych okolicznościach ufać Bogu i w chwilach zagrożenia przedwcześnie nie spanikować.

 Zobaczmy to na przykładzie biblijnego Nehemiasza, inicjatora i kierownika odbudowy murów Jerozolimy po niewoli babilońskiej. Jak wiadomo był on wielokrotnie i na różne sposoby atakowany przez wrogów, w celu oderwania go od tego wielkiego i chwalebnego przedsięwzięcia. W końcu przyszła na niego próba szczególna:

 A gdy następnie przyszedłem do domu Szemajasza, syna Delajasza, syna Mehetabeela - a był on właśnie w natchnieniu - rzekł on do mnie: Pójdźmy razem do domu Bożego, do wnętrza przybytku, i zamknijmy drzwi przybytku; nadchodzą bowiem ci, którzy cię zabiją. W nocy nadejdą, aby cię zabić. A ja odpowiedziałem: Czy człowiek taki jak ja ma uciekać? Czy ktoś taki jak ja wejdzie do przybytku, aby ratować życie? Nie pójdę! Odgadłem bowiem, że to nie Bóg go wysłał, lecz że wypowiedział tę wyrocznię o mnie, ponieważ Tobiasz i Sanballat przekupili go, a został przez nich przekupiony, abym ja się przeląkł i uczynił tak, a przez to popełnił grzech, i aby oni mieli podstawę do zniesławienia mnie, by mnie zhańbić [Neh 6,10–13].

 Jak widać, Nehemiasz był mocno prowokowany do uruchomienia katapulty, jednak tego nie zrobił! Błogosławiony mąż, który wytrwa w próbie, bo gdy wytrzyma próbę, weźmie wieniec żywota, obiecany przez Boga tym, którzy go miłują [Jk 1,12].

 Ileż razy w życiu zdarzyła mi się przedwczesna, niepotrzebna ewakuacja? Gdy tylko coś zaczęło mi się nie podobać, gdy sprawy przybrały niekorzystny dla mnie obrót, gdy poczułem jakiś dyskomfort – czym prędzej uruchamiałem katapultę i już mnie tam nie było. Dziś rozumiem, że to był błąd.

 Wolna wola, prawo do samodzielnego podejmowania decyzji i zdolność ich wykonania, to fotel o podwyższonym ryzyku przedwczesnego lub niepotrzebnego uruchomiania katapulty. Niektórzy zbyt szybko wciskają ten przycisk.

12 stycznia, 2012

Pokraczne oblicze szacunku

Jednym z obrazów, który w tych dniach mocno utkwił mi w pamięci, to konferencja, podczas której minister Jacek Cichocki ogłaszał odwołanie gen. Adama Rapackiego i powołanie na jego miejsce dwóch innych zastępców.

 Same zmiany personalne, nawet na wysokich stanowiskach w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, nie są niczym nadzwyczajnym i nie leżą w polu moich codziennych zainteresowań. Ten przypadek zaintrygował mnie jednak na tyle, że postanowiłem na jego przykładzie poruszyć dość zdumiewającą sprawę, zauważalną w niejednym środowisku.

 Uśmiechnięty minister Cichocki rozpoczął konferencję prasową opowiadaniem o zasługach i ciężkiej pracy generała Rapackiego. Nie wiedząc do czego zmierza, można było wręcz pomyśleć, że właśnie przedstawia człowieka, którego chce powołać na swojego zastępcę. Tymczasem nic podobnego. Generał Rapacki tak wspaniale wywiązywał się ze swoich obowiązków, tak skutecznie kierował podlegającymi mu służbami i zasłużył sobie na taki szacunek ministra Cichockiego, że nie może już dłużej pełnić swojej funkcji. Ma sobie odpocząć, bowiem po prawej stronie ministra siedzi już dwóch innych panów kolegów, którzy teraz w dwójkę będą się trudzić nad dotychczasowymi obowiązkami generała.

 Szef MSW nie omieszkał podkreślić, że ogłaszana dymisja nie następuje bynajmniej w żadnej atmosferze konfliktu. Relacje między obydwoma panami są jak najbardziej poprawne. Jednym słowem, generał Rapacki po prostu nie mógł już dłużej pracować w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Młody minister Cichocki z lekkim uśmieszkiem na twarzy bardzo ciepło mu podziękował i kropka.

 W czasie tej konferencji prasowej kilkakrotnie była mowa o dużym szacunku do zwalnianego generała.  Jednak o jakim szacunku można tu mówić? Może minister mówił o szacunku podobnym do tego, jaki miewamy wobec chorych w szpitalu, dzieci w szkołach, klientów w urzędzie itd.? Może miał na myśli jedynie jakiś ogólnoludzki szacunek wobec człowieka, niezależny od jego zasług i wybitności. Jeżeli tak, to byłbym w stanie go zrozumieć. Przecież nawet martwym wrogom należy okazać elementarny szacunek i na nich nie sikać.

 Jeżeli zaś twierdził, że ma szacunek do generała w podstawowym znaczeniu tego słowa, czyli że wyraża cześć, poważanie, poszanowanie i uznanie dla jego osoby i pracy, którą generał Rapacki wykonał w ministerstwie, to kompletnie go nie rozumiem. Zdejmując go bowiem ze stanowiska dał do zrozumienia, że takiego szacunku w nim nie ma.

 Dlaczego o tym piszę? Bo zbyt często można dziś, także w kręgach kościelnych, usłyszeć zapewnienia o szacunku, które z prawdziwym szacunkiem nic wspólnego nie mają. Są co najwyżej przemyślanym elementem przebiegłej gry, obmierzonej na zyskanie w środowisku ludzi zabieganych, a więc siłą rzeczy powierzchownych, opinii człowieka bezkonfliktowego, szanującego innych i miłego dla wszystkich. Zazwyczaj pozytywne wrażenie wywołane przez takiego człowieka jest na tyle silne, że już mało kto chce zauważyć kryjący się za tym wrażeniem cynizm.

 Gdy ktoś mówi mi, że mnie szanuje, a jednocześnie widać, że nie chce już mieć ze mną nic do czynienia, to wiem, że nie mówi prawdy. Dlaczego więc sili się na takie udawane grzeczności? Przecież Biblia wyraźnie poucza: Przeto, odrzuciwszy kłamstwo, mówcie prawdę, każdy z bliźnim swoim [Ef 4,25]. Po co komu nieszczere wyrazy szacunku? Lepsza jest jawna nagana, niż nieszczera miłość. Razy przyjaciela są oznaką wierności, pocałunki wroga są zwodnicze [Prz 27,5–6].

Kto mnie lubi, ten w oczywisty sposób dąży do spotkania ze mną i okazuje mi empatię. Kto naprawdę mnie szanuje, ten nie obrabia mi tyłka! Jezus powiedział: Jeśli kto mnie miłuje, słowa mojego przestrzegać będzie [Jn 14,23]. Dobre nastawienie do drugiej osoby zawsze szuka jakiegoś sposobu na to, ażeby potwierdzić się w praktyce życia.

Wzajemna miłość i szacunek wśród prawdziwych chrześcijan, spaja ich nierozerwalnymi więziami. Miłością braterską jedni drugich miłujcie, wyprzedzajcie się wzajemnie w okazywaniu szacunku  [Rz 12,10].  Szacunek do bliźniego wyraża się m.in. tym, że lgniemy do niego i chcemy z nim przebywać, tyle, że z sercem mile drżącym od respektu w stosunku do jego osoby.

Słowa uznania i szacunku, wypowiadane pod adresem człowieka, którego jednocześnie ewidentnie się odpycha, zakrawają na kpinę. Jakże gorzko musi robić się mu w duszy, gdy ma świadomość, co naprawdę oznaczają te białe rękawiczki na rękach bliźniego.

 Może więc i dobrze, że Bóg w swojej wspaniałomyślności względem nas wiele takich gorzkich chwil ukrył przed nami? Dzięki temu przynajmniej przez jakiś czas mogliśmy się pocieszyć smakiem szacunku. A może nie Bóg to sprawia, a tylko nasza naiwność - podczas gdy w rzeczywistości plują nam w oczy - każe mówić, że to deszcz pada..?

Sam już nie wiem, co o tym myśleć.

10 stycznia, 2012

Siła "Zdrowego rozsądku"

Strona tytułowa "Zdrowego rozsądku"
wydanego 10 stycznia 1776 roku
Przenieśmy się dziś na chwilę do osiemnastowiecznej Ameryki Północnej. Kolonizowany przez Brytyjczyków ogromny kontynent – niczym dojrzały wrzód – nabrzmiał napięciem politycznym i problemami społecznymi do tego stopnia, że rozlew krwi był już nieunikniony. Pytanie brzmiało: W którą stronę przechylą się losy Amerykanów?

 W 1774 roku pojawił się w Filadelfii angielski pisarz i myśliciel, Thomas Paine. 10 stycznia 1776 roku opublikował on pamflet polityczny pt. Zdrowy rozsądek (ang. Common Sense), adresowany do mieszkańców kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej. Nawoływał w nim do stworzenia w miejsce dotychczasowych kolonii - niepodległego państwa.

 Oto fragment tego utworu: „Wy, co kochacie ludzkość! Wy co sprzeciwiacie się nie tylko tyranii ale i tyranom – wystąpcie! Każdy skrawek Starego Świata zaznaje ucisku. Na całym globie wolność jest prześladowana, niczym zwierzyna łowna. Azja czy Afryka dawno już ją wypleniły. Idea wolności jest obca Europie, a Anglia pragnie wygnać ją na banicję. O, przyjmijcie więc tego zbiega i przygotujmy azyl dla całej ludzkości.”

 Paine wezwał Brytyjczyków, ażeby – w imię zdrowego rozsądku – zgodzili się na niepodległość Stanów. Argumentował, że mała wyspa, czyli Wielka Brytania, nie powinna rządzić całym kontynentem.

 Broszura w nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy rozeszła się po kraju i zrobiła swoje! "Zdrowy rozsądek" trafił do szerokiej publiczności, zainspirował ją i ukierunkował nadchodzące przemiany. Dziś uznaje się go za pierwszy utwór z serii tych, które poprowadziły Stany Zjednoczone do niepodległości.

 W rocznicę opublikowania " Zdrowego rozsądku" pomyślmy: Gdy sprawy utkną w martwym punkcie, gdy zachodzi niebezpieczeństwo, że pójdą w złą stronę, gdy narastające napięcie zaczyna grozić niekontrolowanym wybuchem emocji – jakże ważne jest, żeby pojawił się ktoś, kto powie coś mądrego, co zmieni atmosferę i skieruje serca w dobrą stronę. Słowo wypowiedziane we właściwym czasie jest jak złote jabłko na srebrnych czaszach [Prz 25,11].

Biblia przybliża wiele takich sytuacji. Zmartwienie w sercu człowieka przygnębia go, lecz słowo dobre znowu go rozwesela [Prz 12,25]. Słowa Eliasza miały zwrócić serca ojców ku synom, a serca synów ku ich ojcom [Ml 3,24]. Najdobitniej zaś ta myśl odnosi się bezpośrednio do Słowa Bożego. Tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust: Nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem. Bo z radością wyjdziecie i w pokoju zostaniecie przyprowadzeni. Góry i pagórki wybuchną przed wami okrzykami radości, a wszystkie drzewa polne będą klaskać w dłonie. Zamiast głogu wyrośnie cyprys, zamiast pokrzywy wyrośnie mirt. I będzie to dla Pana chlubą, znakiem wiecznym, który nie zniszczeje [Iz 55,11–13].

 Rozmyślam dziś o tym, jak wiele można zmienić dobrym i mądrym słowem. Jest to narzędzie o wiele skuteczniejsze niż oręż wojenny. Cycero powiedział: Czyż jest coś wspanialszego, jak siłą wymowy utrzymać tłum ludzki na wodzy, przyciągać ku sobie umysły, naginać wolę lub odwracać od złego? 

Dobre słowa mogą skierować w dobrą stronę losy całego świata. Przede wszystkim zaś mogą odmienić najbliższego słuchacza. Niech żadne nieprzyzwoite słowo nie wychodzi z ust waszych, ale tylko dobre, które może budować, gdy zajdzie potrzeba, aby przyniosło błogosławieństwo tym, którzy go słuchają [Ef 4,29].

 Modlę się, by Bóg nie tylko wypełniał moje usta dobrym i mądrym słowem, ale też uzdolnił mnie do wypowiadania go we właściwym miejscu i czasie.

07 stycznia, 2012

Dzień wyręczania budżetu Państwa z jego konstytucyjnego obowiązku?

Jutro cała Polska zaroi się od ludzi potrząsających kolorowymi puszkami. Wolontariusze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy po raz dwudziesty zbiorą narodową tacę. Za każdym razem cel zbiórki jest wzniosły, a akcja z roku na rok wychodzi naprzeciw nowym, palącym potrzebom społecznym.

 Efekty są imponujące. Chyba nie ma już w Polsce takiego szpitala, a nawet oddziału szpitalnego, w którym nie byłoby sprzętu z naklejką "Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy". Cieszą się lekarze, tysiące ludzi chodzi ze świadomością, że WOŚP uratowała im życie, a mnie zaczynają nachodzić wątpliwości, czy to wszystko jest zdrowe i normalne.

 Sprawa moim zdaniem nosiła znamiona budującej inicjatywy społecznej, dopóki była akcją samej fundacji WOŚP. Cieszyłem się, że grupa aktywnych ludzi, widząc pilną potrzebę i niezdolność Państwa do jej zaspokojenia, ogłosiła zbiórkę pieniędzy, ażby problem rozwiązać. Serce mi rosło, gdy widziałem, jak zwykli, biedni ludzie wrzucają do puszek nawet banknoty! Dumny byłem z Polaków, gdy wieczorem ogłaszano łączną kwotę zebraną w akcji.

 W normalnie funkcjonującym Państwie takie sytuacje, owszem, zdarzają się, ale na okoliczność kataklizmu, wojny, epidemii lub nagłego krachu finansowego. W zwyczajnych warunkach pokojowych środki na zaspokojenie potrzeb ogólnospołecznych wygospodarowuje się z budżetu Państwa. Ambicją i obowiązkiem demokratycznie powołanej władzy państwowej jest takie zarządzanie finansami publicznymi, ażeby wyciąganie od ludzi pieniędzy na ulicach traciło rację bytu.

 W Polsce jest jednak inaczej. Ze zdumieniem zauważam, że szumne, uliczne zbiórki pieniędzy na wyposażenie polskich szpitali w podstawowy sprzęt medyczny, jakoś nie zawstydzają nikogo z rządu i nie wzbudzają zdrowych ambicji, prowadzących do postawienia wreszcie tych spraw na nogi.

 Dzieje się coś wręcz przeciwnego. Z każdym nowym rokiem kolejne urzędy i instytucje państwowe przyłączają się do akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, wspomagając proceder brania od ludzi ich prywatnych pieniędzy na zaspokajanie publicznych potrzeb.

 Zaangażowanie w sprawę prezydenta RP, mediów publicznych, mennicy państwowej, banku narodowego, urzędników państwowych, umundurowanych funkcjonariuszy i żołnierzy dowodzi, że pieniądze są już faktycznie zbierane przez aparat państwowy, a jedynie zagospodarowywane i firmowane przez fundację WOŚP.

 Jakoś nie zanosi się na to, że po upływie dwudziestu paru lat od zmian ustrojowych i rzekomo bardzo dobrej w ostatnich latach kondycji finansowej państwa polskiego, zaspokajanie publicznych potrzeb metodą publicznej zbiórki trafi do lamusa. To zaczyna wyglądać na jakiś doroczny, dodatkowy podatek, z tym, że pobierany prosto z ulicy i przy wesołej muzyce...

 Dlaczego ośmielam się tak pisać o powszechnie akceptowanej i wydaje się, że przez wszystkich lubianej akcji? Ponieważ czasem, zbiorowo lub pojedynczo, bywamy wciągani w coś, co prawidłowe nie jest, a co pod hasłami miłości i wrażliwości społecznej utrwala chory stan rzeczy.

 Czy Biblia porusza gdzieś tego rodzaju kwestię? Apostoł Paweł zaobserwował, że wśród chrześcijan w Koryncie pojawili się ludzie, którzy metodą umiejętnego PR-u do tego stopnia zawładnęli sercami, że tamtejsi wierzący zaczęli zachowywać się tak, jakby byli w amoku. Oto jak wyartykułował on swoją diagnozę: Znosicie bowiem, gdy was ktoś niewolnikami robi, gdy was ktoś wyzyskuje, gdy was ktoś łupi, gdy się ktoś wynosi, gdy was ktoś po twarzy bije [2Ko 11,20].

 Koryntianie tego już nie zauważali. Wszystkie słowa i propozycje nowych arcyapostołów [2Ko 11,5] brali za dobrą monetę. Komukolwiek, kto ośmieliłby się wypowiedzieć coś przeciwko nim gotowi byli raczej wydrapać oczy, niż wsłuchać się w jego zdroworozsądkowe słowa. Nie wiadomo kiedy i jak, a sytuacja we wspaniałym, bogatym w dary duchowe, zborze stała się nienormalna.

 Skoro już pierwsi chrześcijanie borykali się z tego rodzaju zjawiskami, to i my z pewnością nie jesteśmy od nich wolni. Bądźmy czujni, gdy ktoś zaczyna bardzo o nas zabiegać i nas chwalić. Gorliwie o was zabiegają, ale nie w dobrych zamiarach, bo chcą was odłączyć, abyście wy o nich zabiegali [Ga 4,17] – poucza Słowo Boże. Niestety, dość często chodzi o to, aby zdrenować nam kieszeń i zrobić to tak bezboleśnie, żebyśmy się nawet z tego cieszyli...

 Brak świadomości, że coś takiego ma miejsce, jeżeli utrzyma się na dłuższą metę, utrwali nieprawidłowy stan rzeczy. Może nawet dojść do powszechnego przekonania, że tak jest dobrze i normalnie. Nie trzeba już dodawać, jak ważną rolę odgrywa w tym muzyka.

Powróćmy jeszcze na moment do jutrzejszej zbiórki. W niektórych miastach przegania się żebraków z ulicy i wzywa ludzi do tego, żeby nie dawać im pieniędzy, bo to utrwala nieprawidłowe postawy społeczne. Na przykład w Gdańsku ruszyła właśnie trzymiesięczna akcja pod hasłem: Nie dawajcie mi pieniędzy, bo zostanę na ulicy. Czy w takim razie nie rodzi się pytanie: Dlaczego jeden może chodzić z puszką i to z obstawą straży miejskiej, a drugi, wcale nie bogatszy, nie może z nią nawet stanąć gdzieś w tunelu? Coś mi tu nie gra.

 Apostoł Paweł odważył się i podjął próbę otwarcia Koryntianom oczu na to, co naprawdę w ich zborze miało miejsce. Ośmieliłem się dziś i ja, aby na przykładzie ogólnokrajowego zjawiska podzielić się swoimi wątpliwościami na temat tego, co zdarza się w niejednej wspólnocie kościelnej.

Wiem, że nie zawrócę kijem Wisły, ale może przynajmniej w obrębie lokalnej społeczności Kościoła będziemy bardziej korzystać z mądrości Słowa Bożego...

06 stycznia, 2012

Święto Trzech Króli?

Nazwa dzisiejszego święta "Trzech Króli"  budzi w uważnym czytelniku Biblii poważne rozterki.

Po pierwsze, Ewangelia Mateusza wcale nie stwierdza, że byli to królowie, ani że było ich trzech. Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejemie Judzkim za króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest ten nowo narodzony król żydowski? Widzieliśmy bowiem gwiazdę jego na Wschodzie i przyszliśmy oddać mu pokłon [Mt 2,1-2].

 Po drugie, Pismo Święte przestrzega: Bracia moi, nie czyńcie różnicy między osobami przy wyznawaniu wiary w Jezusa Chrystusa, naszego Pana chwały. Bo gdyby na wasze zgromadzenie przyszedł człowiek ze złotymi pierścieniami na palcach i we wspaniałej szacie, a przyszedłby też ubogi w nędznej szacie, a wy zwrócilibyście oczy na tego, który nosi wspaniałą szatę i powiedzielibyście: Ty usiądź tu wygodnie, a ubogiemu powiedzielibyście: Ty stań sobie tam lub usiądź u podnóżka mego, to czyż nie uczyniliście różnicy między sobą i nie staliście się sędziami, którzy fałszywie rozumują? [Jk 2,1-4]. W świetle tej biblijnej wskazówki rodzi się pytanie: Skoro świętuje się wizytę "Trzech Króli", to dlaczego nie ma np. święta Pasterzy, którzy też przyszli oddać pokłon Jezusowi?

Czyż w tej nazwie nie zaznacza się duch tego świata, wg którego wyróżnia się możnych i ważnych, a pomija ludzi ubogich i zwykłych? Uczestnikom dzisiejszych pochodów-procesji rozdawać się będzie korony. Element dekoracyjny na poziomie przedszkola, a jednak tysiące ludzi dzisiaj się nim przystroi.

 I po trzecie, to święto ma na celu uczcić uzdolnienie człowieka do rozumowego poznania Boga, czego rzekomym symbolem jest wizyta mędrców ze Wschodu w Betlejem. Ta myśl również nie znajduje oparcia w Biblii. Napisano bowiem: Wniwecz obrócę mądrość mądrych, a roztropność roztropnych odrzucę. Gdzie jest mądry? Gdzie uczony? Gdzie badacz wieku tego? Czyż Bóg nie obrócił w głupstwo mądrości świata? Skoro bowiem świat przez mądrość swoją nie poznał Boga w jego Bożej mądrości, przeto upodobało się Bogu zbawić wierzących przez głupie zwiastowanie [1Ko 1,19–21].

Jak najbardziej, należy doceniać fakt objawienia Bożego. Pisałem o tym rok temu. Epifanię odnosimy  jednak do osoby Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, lecz jednorodzony Bóg, który jest na łonie Ojca, objawił go [Jn 1,18]. Ludzie wierzący cieszą się z poznania Boga i pojednania z Nim poprzez Jezusa Chrystusa. Mędrcy ze Wschodu objawienia na tym poziomie nie otrzymali i dlatego też go nie reprezentują.

Krótko mówiąc, ewangeliczna wzmianka o wizycie mędrców ze Wschodu w Jerozolimie i Betlejem, nie stanowi dostatecznej podstawy biblijnej do ustanawiania odrębnego święta.

Co więc tak naprawdę świętują dzisiaj Polacy?

05 stycznia, 2012

Owoc przezwyciężonego oporu

5 stycznia to długo wyczekiwany dzień rozpoczęcia w 1933 roku budowy mostu nad cieśniną Golden Gate w amerykańskim mieście San Francisco. Zbudowany w latach: 1933–37 wiszący most Golden Gate o długości 2737 metrów stał się bardzo ważnym obiektem komunikacyjnym i turystycznym. Miesięcznie przejeżdża po nim kilka milionów samochodów.

 Wieloletnie plany budowy mostu łączącego miasto z hrabstwem Marin nabrały konkretów za sprawą Josepha Straussa, konstruktora niemieckiego pochodzenia, autora blisko czterystu projektów mostów w Europie, Ameryce i w Azji. Jego propozycja została entuzjastycznie przyjęta przez władze San Francisco, a ponieważ Strauss miał możliwości techniczne potrzebne do urzeczywistnienia swego projektu, wydawało się, że budowę można rozpocząć bez zbędnej zwłoki.

 Niestety, pomysł budowy mostu, gdy stał się konkretny, napotkał na niezwykle silny opór. Nie trudno się domyśleć, że największymi przeciwnikami okazali się tu właściciele promów. Sprzeciw był tak duży, że pokonanie wszystkich przeszkód zabrało ponad 8 lat. Na szczęście zwolennicy budowy mostu nie poddali się i w końcu wspaniały Golden Gate zawisł nad cieśniną.

 Przyjrzyjmy się raz jeszcze tej paradoksalnej sytuacji: Pojawia się możliwość lepszego rozwiązania problemu i zaspokojenia potrzeb lokalnej społeczności. Społeczeństwo czegoś takiego oczekuje. Dlaczego więc czasem tak trudno jest to wdrożyć? Bo może to naruszyć partykularne interesy jakiegoś ważnego człowieka, grupy osób lub instytucji.

 Ukryta niechęć do nowych rozwiązań potrafi udaremnić najlepsze pomysły, a przynajmniej zrobić im mocno pod górkę. Pamiętam z młodości, że tak było z polskim projektem lokomotywy spalinowej. Wspaniały owoc polskiej myśli technicznej napotkał na tak poważne przeszkody, że w końcu nie doczekał sie realizacji. Dlaczego? Bo był zbyt konkurencyjny w stosunku do sowieckich lokomotyw zwanych potocznie gagarinami. Tak wydaje się wyglądać też bieżąca sprawa z tzw. protestem receptowym. Niby ustawa jest potrzebna i dobra dla pacjentów, a tak jej pod górkę. Najwyraźniej chodzi o to, że mogą na tym ucierpieć czyjeś interesy...

Przejdźmy do kwestii duchowych. Boży plan zbawienia ma na celu wyratowanie ludzi od wiecznego potępienia. Jest dobrą nowiną dla zgubionych grzeszników! Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był przez niego zbawiony [Jn 3,16–17].  Dlaczego więc ewangelia od samego początku napotyka na takie przeszkody? Przecież wszyscy powinni chętnie ją przyjąć i skorzystać z okazanej łaski Bożej.

Wygląda na to, że prostolinijne pójście drogą wyznaczoną przez Jezusa i apostołów mocno narusza interesy wiekowych systemów religijnych. Stąd te sprzeciwy. Ludzie twardego karku i opornych serc i uszu, wy zawsze sprzeciwiacie się Duchowi Świętemu, jak ojcowie wasi, tak i wy! [Dz 7,51].  Zbawienie poprzez wiarę w Jezusa Chrystusa było nie na rękę religijnym przywódcom Izraela.

Pomyślmy, ileż to dobrych inicjatyw nie doczekało się realizacji, ileż osób nie zostało dopuszczonych do głosu tylko dlatego, że mogło to umniejszyć czyjejś pozycji lub naruszyć jakieś jego korzyści?!

 Imponująco rozpięty nad cieśniną Golden Gate i niezwykle użyteczny dla milionów ludzi most od blisko osiemdziesięciu lat świadczy, że mając na uwadze społeczne dobro, nie należy się poddawać. Trzeba przeć do przodu i przezwyciężać przeszkody.

Ci, którzy przyjmują taką postawę w sprawach Bożych mają obietnicę: Przed nimi pójdzie ten, który będzie łamał szyki, przełamie opór na przedzie, przejdą przez bramę i wyjdą. Przed nimi będzie kroczył ich Król, a Pan będzie na ich czele [Mi 2,13].

Niechby nasze życie zaowocowało przezwyciężeniem z pomocą Bożą wielu sprzeciwów w czynieniu dobrze.

04 stycznia, 2012

Czy jesteś na liście chronionych?

Walki o Seul w 1951 roku
Seul współczesny
Sześćdziesiąt lat temu na półwyspie koreańskim toczyła się dramatyczna wojna koreańska (1950–53), wojna pomiędzy rodakami, zwaśnionymi ze względów politycznych. Dziś rocznica złego obrotu losów tego konfliktu. 4 stycznia 1951 roku wojska Korei Północnej wspierane przez Chiny na tyle wzięły przewagę nad Koreą Południową, że zajęły Seul. Na szczęście dzięki spotęgowanemu zaangażowaniu USA po stronie Korei Południowej i mądremu dowództwu Amerykanów, wkrótce udało się odzyskać nie tylko Seul, ale i całe terytorium Korei Południowej.

 Wojna koreańska wybuchła w wyniku podziału narodu, jaki nastąpił po zakończeniu II wojny światowej poprzez dwukierunkowe wpływy polityczne głównych mocarstw i okupację Korei. Wprawdzie w grudniu 1945 roku USA i ZSRR zadeklarowały dążenie do stworzenia jednego rządu ogólnokoreańskiego i scalenia narodu, jednakże już w następnych latach idea ta umarła śmiercią naturalną. Sowieci w swojej strefie okupacyjnej prześladowali koreańską prawicę, natomiast Amerykanie w swojej strefie tępili lewicę. Wybory odbyły się więc w każdej ze stref osobno. W konsekwencji, w sierpniu 1948 roku w Seulu proklamowano utworzenie Republiki Korei, na co odpowiedzią strony północnej było utworzenie miesiąc później Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej.

 Wojska sowieckie i amerykańskie wkrótce wycofały się z terytorium Korei, a przywódcy obydwu państw koreańskich poczuli misję wyzwolenia przeciwległej strony. Ponieważ zarówno Kim Ir Sen, jak i Li Syng Man, czynili przygotowania polityczne i militarne do wypełnienia swoich zamysłów, na granicy rosło napięcie, które w sierpniu 1949 roku przybrało formę tzw. "małej wojny na 38 równoleżniku".

 Ciekawostką wojny koreańskiej, na którą chcę dziś zwrócić uwagę jest pewna wypowiedź sekretarza stanu USA, Deana Achesona. Otóż 12 stycznia 1950 roku, przedstawiając system obrony globalnej Stanów Zjednoczonych, niefortunnie pominął Koreę Południową. Korea Północna, która miała już w rejonie przygranicznym siły militarne zdolne do opanowania całego półwyspu, odebrała wypowiedź Achesona jako sygnał, że aneksja Korei Południowej nie spotka się z reakcją militarną USA. Był to bezpośredni impuls do rozpoczęcia działań militarnych, które kosztowały ponad milion zabitych, nie mniej rannych, a ponadto niewyobrażalne zniszczenia.

 Ktoś może powiedzieć, że niezależnie od wspomnianej, słownej luki w systemie obrony USA do wojny koreańskiej i tak by doszło. Nie wiem. Nie jestem politologiem, więc się nie upieram. Jednak ten przypadek pokazuje, jak ważne są tego rodzaju zapewnienia. Jasno określona ochrona ze strony silnego sojusznika, z jednej strony słabszemu daje poczucie bezpieczeństwa, a z drugiej, powstrzymuje agresora, którzy chciałby zrobić mu krzywdę.

 To psychologiczne prawidło na pewno ma swoje zastosowanie w sferze duchowej. Wiadomo, że diabeł chciałby wyrządzić krzywdę chrześcijaninowi, bo on przychodzi tylko po to, by kraść, zarzynać i wytracać [Jn 10,10]. Właśnie dlatego Jezus zapewnia nas o swojej stałej kompanii: A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata [Mt 28,20]. To powiedziałem wam, abyście we mnie pokój mieli. Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat [Jn 16,33]. Boży przeciwnik, szatan, musi się z tym liczyć.

 Jakie z tego wnioski? Trzeba nam słabszych wyraźnie zapewniać o naszym poparciu i rzeczywiście stać za nimi murem, bowiem czasem już przez sam brak słownego poparcia możemy rozochocić ich przeciwników. Trzeba nam też uważać, żebyśmy poprzez jakieś niefortunne zachowanie lub słowa nie zrobili wyłomu w systemie własnej obronności duchowej. Diabeł czeka na pierwszą lepszą sposobność, by nas dopaść.

 Oczywiście, Amerykanie szybko wspomogli Koreę Południową. Dzięki temu widoczny na pierwszej fotografii Seul dzisiaj wygląda zupełnie inaczej. Nas też Bóg wspomoże, nawet jeśli z powodu naszych błędów zostaniemy zaatakowani przez Złego. Wystarczy, że ukorzymy się przed Bogiem i zaczniemy wzywać Jego imienia nad naszym życiem.

 Stara piosenka chrześcijańska głosi: Zostanę pod przykryciem tej krwi, która chroni mnie zawsze przed złem. Lubię ją śpiewać. Nie raz dodała mi otuchy w chwilach zagrożenia. Jestem wdzięczny Panu Jezusowi za ogłoszenie całemu światu, że zawsze jest ze mną.

03 stycznia, 2012

Krytykować Maję Frykowską, czy błogosławić?

Tematem, który z oczywistych powodów wzbudził w tych dniach moje zainteresowanie jest wiadomość o nawróceniu Frytki, czyli Mai (dawniej: Agnieszki) Frykowskiej. Znana wcześniej z wielu skandalicznych zachowań celebrytka ogłosiła, że znalazła Jezusa Chrystusa.

Otro fragmenty jej świadectwa: Był taki moment, kiedy stwierdziłam, że mam dosyć i zaczęłam szukać samej siebie. Znalazłam Jezusa Chrystusa. Znalazłam go poprzez spotkanie ze znajomymi, którzy zaczęli mi opowiadać swoje świadectwo. Zaczęli mi mówić, jak naprawdę wygląda życie z Jezusem Chrystusem i zapytali mnie, czy chciałabym Go przyjąć do swojego serca. Kiedy zdecydowałam się to zrobić, nie wiedziałam, co mnie czeka, jak będzie, ale wiedziałam, że to jest ten moment, kiedy chcę coś zmienić w swoim życiu. Postanowiłam zaufać

[...] Przyjęłam Jezusa Chrystusa do swojego serca i od tego momentu moje stare życie umarło. Zaczęło się nowe. Wszystko, co stare – przeminęło. W moim życiu zapanował kompletny spokój.

[...] Powiem, że życie z Jezusem Chrystusem jest niesamowite. Daje mi spokój, daje mi miłość i przede wszystkim nie wyobrażam sobie w tej chwili sytuacji, żeby Jezusa w moim życiu nie było. W moim życiu do tej pory nie było żadnej stabilizacji, dlatego postanowiłam znaleźć coś realnego, stabilnego, prawdziwego – żywego Boga. I znalazłam Go, On przyszedł do mojego serca i został w nim, jest w Nim i będzie (źródło: Chrześcijanin24.pl).  Zobacz świadectwo Mai Frykowskiej 

Mówiąc prawdę, nie interesowałem się wcześniej zachowaniem Agnieszki Frykowskiej. Dopiero teraz, poinstruowany nieco doniesieniami medialnymi, posłuchałem rozmowy, jaką swego czasu przeprowadził z nią Wojciech Cejrowski. I przyznam, że niezależnie od informacji o jej nawróceniu, poczułem wielki niesmak do pana Cejrowskiego. Tylko jedno ciśnie mi się do głowy:  Z zagubioną i upadłą kobietą Jezus by nie rozmawiał w taki sposób, jak to zrobił ten rzecznik wiary katolickiej.

Tym bardziej się cieszę, że Pan Jezus okazał tej dziewczynie łaskę i dał jej możliwość rozpoczęcia nowego życia. Jest za wcześnie na mówienie czegokolwiek o jej nowym narodzeniu z Ducha Świętego. Biblia jednak jasno stwierdza, że krew Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu [1Jn 1,7]. Nie ma takiego grzechu, z którego Bóg nie mógłby oczyścić pokutującego grzesznika. Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości [1Jn 1,9].

Prawdziwe świadectwo o tym wydadzą kolejne miesiące i lata. Życzę Mai Frykowskiej, aby wytrwała na drodze wiary, wzrastała w poznaniu Jezusa i stała się zachętą do nawrócenia do Jezusa wielu kolejnych osób.

Niechby też liczyła się z tym, że – po pierwsze – nie wszyscy ludzie religijni z entuzjazmem przyjmą wiadomość o jej przemianie i związku z Jezusem. A gdy uczeni w Piśmie spośród faryzeuszów widzieli, że je z grzesznikami i celnikami, rzekli do uczniów jego: Czemu je z celnikami i grzesznikami? A Jezus, usłyszawszy to, rzekł im: Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają; nie przyszedłem wzywać do upamiętania sprawiedliwych, lecz grzeszników [Mk 2,16–17].  Z pewnością niektórzy będą jej nawrócenie kwestionować.

Po drugie,  byłoby dobrze, gdyby miała świadomość, że jej życie z Jezusem nie będzie – jak opowiada w swoim świadectwie nawrócenia – aż takie spokojne, jakby sobie tego życzyła. Źli ludzie nie zawsze będą schodzić jej z drogi, a tylko dobrzy ją otaczać.

Wspominajmy Maję Frykowską w modlitwach, ażeby Duch Święty wspomógł ją w chwilach zwątpienia i posilił do zwycięskiego przejścia przez czekające ją próby.