26 marca, 2017

Odnowa wpisana w geny

W tych dniach pracuję trochę w przydomowym ogrodzie. Wyciąłem parę przeszkadzających i niebezpiecznych już drzew. Nawiasem mówiąc, błogosławiony niech będzie ten, kto wreszcie ustanowił prawo pozwalające mi  na  mojej własnej ziemi zrobić to, co chcę i co moim zdaniem jest najkorzystniejsze pod tym względem. Ponieważ inne drzewa wymagały  trochę  zabiegów  pielęgnacyjnych, wykonując je, wczoraj na końcówkach gałązek bzu i modrzewia  zauważyłem  zazieleniające się pączki. Ruszyły soki. Wiosna. Wkrótce będzie zielono.

Moje wczorajsze odkrycie dobrze ilustruje prawdę o duchowej odnowie naszego życia, które również charakteryzuje się swego rodzaju cyklicznością.  Narażeni na przeciwności losu, codziennie dźwigając swój krzyż i tocząc duchowy  bój,  z upływem czasu robimy się słabsi, zwalniamy w biegu, a na naszych twarzach gaśnie uśmiech. To jest normalne i naturalne dla wszystkich ludzi. Młodzieńcy ustają i mdleją, a pacholęta potykają się i upadają [Iż 40,30]. Wszyscy podlegamy zjawisku zmęczenia i starzenia. Jednakże ludzie wierzący w żywego Boga są wciąż na nowo odświeżani. Lecz ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają [Iz 40,31]. Trzeba nam tylko zwrócić się do Boga i poprosić o nowe napełnienie Duchem Świętym.

Czujemy się zmęczeni i obciążeni? Od jakiegoś czasu jesteśmy w duchowym zastoju? Zaczynająca się wiosna podpowiada, że i w duchowym życiu możliwa jest odnowa. Czyż nie ożywisz nas znowu, aby lud twój rozradował się w tobie? [Ps 85,7]. Na pewno tak! Soki z Winorośli znowu popłyną i jej pędom umożliwią dalszy wzrost [J 15,5]. Jedyne, co tu konieczne - to należeć do Jezusa. Po miesiącach stagnacji nasze życie ponownie się zazieleni dla chwały Bożej. Tak myślę nie tylko o sobie samym, ale również o całej społeczności ludzi wierzących, której jestem cząstką.  Odnowę  mamy w genach.  Alleluja!

25 marca, 2017

Jedność żelaza i gliny?

Podpisana dziś w Rzymie przez wszystkie kraje Unii Europejskiej Deklaracja Rzymska jest w 60. rocznicę zapoczątkowania Wspólnoty aktem bardzo pożądanym. Doceniamy jedność 27 państw europejskich i jako ich obywatele z dobrodziejstw tej jedności korzystamy. Oczywiste, że nie wszystko na co dzień wygląda tak pozytywnie i wspaniale, jak podczas dzisiejszych uroczystości. Unia Europejska boryka się z rozmaitymi problemami. Narastająca sprzeczność interesów poszczególnych narodów członkowskich, decyzja Brytyjczyków o wystąpieniu z Unii, brak zgody w kwestii imigrantów - to tylko najbardziej znane ostatnio pęknięcia europejskiego monumentu.

Ponieważ Rzym jest dziś na pierwszych stronach europejskich serwisów informacyjnych,  przypomina mi się znana z Księgi Daniela wizja posągu, obrazującego cztery kolejno po sobie następujące  imperia światowe. Zobaczmy, co jest tam napisane o Rzymie? Czwarte królestwo będzie mocne jak żelazo, bo żelazo wszystko kruszy i łamie; i jak żelazo, które kruszy, tak i ono wszystko skruszy i zdruzgocze. A że widziałeś nogi i palce po części z gliny, a po części z żelaza, znaczy, że królestwo będzie rozdzielone, lecz będzie miało coś z trwałości żelaza, jak widziałeś żelazo zmieszane z ziemią gliniastą. A to, że palce u nóg były po części z żelaza, a po części z gliny, znaczy, że królestwo będzie po części mocne, a po części kruche. A że widziałeś żelazo zmieszane z gliniastą ziemią, znaczy: zmieszają się z sobą, lecz jeden nie będzie się trzymał drugiego, tak jak żelazo nie może się zmieszać z gliną. Za dni tych królów Bóg niebios stworzy królestwo, które na wieki nie będzie zniszczone [Dn 2,40-44].

Deklaracje jedności najczęściej mają to do siebie, że są ważne do czasu. Dopóki poszczególnym sygnatariuszom zjednoczenie przynosi wymierne korzyści, dopóty trzymają się razem. Każdemu  przez jakiś czas udaje się na zjednoczeniu kręcić niezłe lody. Gdy jednak trzeba dźwigać wspólne ciężary i nadstawiać głowę za błędy innych, wówczas monolit wspólnoty zaczyna się kruszyć. Obawiam się, że - chociaż chciałoby się życzyć Unii Europejskiej następnych sześćdziesięciu lat - podpisana dziś Deklaracja Rzymska raz po raz będzie poddawana poważnym próbom. Gdybym nie czytał Biblii, to prawdopodobnie wierzyłbym w możliwość zbudowania między narodami pełnej i trwałej jedności. Jednakże powyżej zacytowany fragment Pisma Świętego wskazuje, że nic takiego się nie uda. Mało tego. Gdy mówić będą: Pokój i bezpieczeństwo, wtedy przyjdzie na nich nagła zagłada, jak bóle na kobietę brzemienną, i nie umkną [1Ts 5,3]. Trwały pokój i wspaniałe zjednoczenie wszystkich ludzi nastąpi dopiero w Królestwie Bożym.

Z podobnym zjawiskiem kruchej jedności mamy do czynienia również w Kościele. Na przykład, budujemy się deklaracjami wspaniałej jedności między chrześcijanami w danych społecznościach.  Wygląda na to, że ich członkowie aż do końca będą wspólnie pracować na rzecz Królestwa Bożego. Czemu więc słyszymy, że w kolejnych miastach powstają nowe wspólnoty, podczas gdy te już  istniejące nie osiągnęły jeszcze wspólnie zamierzonych celów? Owszem, można to tłumaczyć chęcią doświadczenia czegoś nowego, ale już na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to takie oczywiste.  Przedostający się do kręgów chrześcijańskich duch tego świata właśnie tak się objawia. Ludzie mówią, że są jedno w Chrystusie, że kochają braci i siostry, a w tym samym czasie, nie wiedzieć dlaczego, oddzielają się od nich i zaczynają zgromadzać się gdzieś na boku. Nieco światła na przyczyny tego zjawiska rzuca tu przekład Biblii Ewangelicznej. Zmieszają się one w ludzkim potomstwie, lecz jeden nie będzie się trzymał drugiego, tak jak żelazo nie miesza się z gliną. Potomstwo Boże charakteryzuje się tym, że utrzymuje trwałą jedność. Potomstwo ludzkie - choćby nie wiem jak jedność deklarowało - utrzymać jej nie potrafi.

A proszę was, bracia, w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa, abyście wszyscy byli jednomyślni i aby nie było między wami rozłamów, lecz abyście byli zespoleni jednością myśli i jednością zdania [1Ko 1,10]. Z żelaza i gliny nie da się utworzyć monolitu. Kto chce się trudzić sklejaniem tego, co z natury rzeczy trwale połączyć nie można, niech się trudzi. Jego sprawa. Tylko ludzie prawdziwie zrodzeni z Ducha Świętego są jedno na zawsze.

22 marca, 2017

Płaczę, bez oglądania

Od kilku dni w polskich kinach oglądać można piękny i wzruszający,  aczkolwiek - z biblijnego punktu widzenia - kontrowersyjny  film  "Chata". Po przeczytaniu w 2009 roku książki, której film jest ekranizacją,  byłem niemal zupełnie przekonany, że w środowisku ludzi ewangelicznie wierzących nie może ona zyskać uznania. Napisałem o tym parę słów i temat uważałem za zamknięty. Okazuje się jednak, że w ocenie  poziomu rozeznania w sprawach duchowych i znajomości Słowa Bożego w naszych zborach  jestem  nazbyt  naiwny.  Słysząc dziś i czytając, jak wielu moich - skądinąd wspaniałych i kochanych - współwyznawców Chrystusa zachwyca się i wzrusza oglądając "Chatę", robi mi się, po prostu,  bardzo  smutno.

Chce mi się płakać, że Jedyny, który ma nieśmiertelność, który mieszka w światłości niedostępnej, którego nikt z ludzi nie widział i widzieć nie może [1Tm 6,16] jest w taki sposób obrazowany. Zwłaszcza, że Boga, który jest Duchem [Jn 4,24] nie można i nie wolno obrazować! Proszę nie mylić tego z cudem Wcielenia Syna Bożego. Artystyczna wartość filmu nie  usprawiedliwia  nieposłuszeństwa Bogu. Rozumiem, że ludzie lubią sobie pofantazjować. Proszę bardzo. Mają do tego niezliczoną ilość tematów i postaci. Ale gdy zaczynają wmyślać różne nieprawdziwe  rzeczy o Bogu [2Krl 17,9] i takie Jego obrazy sprzedawać - to lud Boży kupować tego nie powinien.

Właśnie i dlatego płaczę. Głęboko zasmucam się na myśl o braciach i siostrach, od lat mających przecież dostęp do Biblii, że to nie Pismo Święte, a niebiblijna fantazja jest dla nich źródłem nowych odkryć i wzruszeń związanych z Bogiem. Jak niegdyś bolał Samuel nad Saulem [1Sm 15,35] tak boleję nad chrześcijanami zachwycającymi się twórczością wykrzywiającą proste drogi Pańskie, która jest jak zmącone źródło albo skażony zdrój. Tym bardziej jest mi przykro, bo postrzegam to nawet jako swoisty rodzaj duchowej zdrady.

Płaczę też, bo w tle tak pozytywnego odbioru "Chaty" coraz wyraźniej rysuje się poważne zjawisko deprecjacji Pisma Świętego. Również w naszych środowiskach. Potoki łez płyną z oczu moich, dlatego, że nie strzegą zakonu twego [Ps 119,136]. Wielu ludzi w ewangelicznych zborach coraz mniej obchodzi to, co mówi Biblia. Ważne, żeby im się podobało. Ich głoszenie ewangelii często opiera się więc na zręcznie zmyślonych baśniach [2Pt 1,16]. Liczą się dla nich relacje, a nie doktryna. Reklamują się miłym towarzystwem, jedzeniem i dobrą muzyką. Przede wszystkim chodzi im o skuteczne osiąganie zamierzonych celów. Nieważne w jaki sposób. Bóg ze Swoim Słowem, owszem, brany jest pod uwagę, ale tylko wtedy, gdy pasuje do ich pomysłów i marzeń. I jak tu się nie smucić?

Wzruszam się dziś wszakże i bardzo pozytywnie. Łzy radości napływają mi do oczu na myśl o braciach i siostrach, którzy zachwycają się Bogiem objawionym w Biblii. Jestem szczęśliwy, że Pan ma wciąż na świecie  tysiące wiernych wyznawców obdarzonych duchowym rozeznaniem. Cieszę się słysząc, że przyjęli  oni Słowo z całą gotowością i codziennie badali Pisma, czy tak się rzeczy mają [Dz 17,11]. Jeszcze niejedna "Chata" się pojawi. Nie wywróci nam ukształtowanego przez Pismo Święte obrazu Boga. Niejednemu wręcz pomoże na nowo ustalić, co jest dla niego podstawą  przekonań  oraz źródłem poznania Jedynego Zbawiciela i Pana, Jezusa Chrystusa.

Nie chcę i nie potrzebuję oglądać "Chaty" żeby się wzruszyć, chociaż - jak widać - moje wzruszenia są innego rodzaju...

21 marca, 2017

Czy robisz, co możesz?

Czterdzieści lat temu w piosence  skomponowanej do słów zmarłego w minioną środę Wojciecha Młynarskiego, Anna Jantar śpiewała: Na pół gwizdka nie ma co żyć. Na pół gwizdka nie ma co żyć […] Stając oko w oko, stając oko w oko ze swym życiem skoro świt. Przymierz się wysoko, przymierz się wysoko, żeby ci nie było wstyd. […] Chęci swe uparte, chęci swe uparte rzuć na jedną kartę, rzuć na jedną kartę. Tylko takie życie warte, warte coś jest! Na pół gwizdka nie ma co żyć. Na pół gwizdka nie ma co żyć.

Zdarza się nam sporo rzeczy robić bez pełnego zaangażowania. Nie przykładać się całym sercem do nauki lub pracy. Ociągać się w niesieniu pomocy potrzebującym. Zaniedbywać relacje rodzinne itd. Jako chrześcijanie stańmy dziś przed pytaniem o to, jacy jesteśmy w stosunku do Jezusa? Gdy przebywał w Betanii, w domu Szymona zwanego Trędowatym, i spoczywał przy stole, przyszła pewna kobieta z alabastrowym flakonikiem bardzo kosztownego, czystego olejku nardowego. Odłamała główkę flakonika i całą zawartość wylała na głowę Jezusa.  Wtedy niektórzy zaczęli się oburzać między sobą: Po co to marnotrawstwo olejku? Przecież można go było sprzedać za ponad trzysta denarów i pieniądze rozdać ubogim. Nie szczędzili jej za to cierpkich słów. Jednakże Jezus powiedział: Dajcie jej spokój! Dlaczego sprawiacie jej przykrość? Przecież spełniła względem Mnie dobry uczynek. Ubodzy zawsze będą pośród was i gdy tylko zechcecie, możecie świadczyć im dobro. Ja jednak nie zawsze będę z wami. Ta kobieta zrobiła to, co mogła, z wyprzedzeniem namaściła moje ciało na pogrzeb. Zapewniam was, gdziekolwiek na świecie głoszona będzie dobra nowina, opowiadać będą również o tym, co ona zrobiła – na jej pamiątkę [Mk 14,3-9].

Po pierwsze, jest to historia zderzenia się dwóch bardzo różnych postaw w stosunku do Jezusa. Ewangelista Jan dopisuje do tych postaw nawet konkretne imiona [zobacz J 12,1-8].  Jak scharakteryzowalibyśmy postawę Marii? Jest to taki stan serca i umysłu, gdy w wyniku   poznania Jezusa – wszystko inne odchodzi na dalszy plan. Jedno jest w głowie: Żeby najpełniej – jak to możliwe - okazać Jezusowi miłość! To co najdroższe, najlepsze, najcenniejsze – Jezusowi!

Jeśli ktoś chciałby oddać za miłość wszystko, co posiada, czy będą go mieli w pogardzie? [PnP 8,7]. Oj, niestety, może się tak zdarzyć. W naszej historii taką właśnie postawą wykazał się Judasz. Na czym ona polega? Pomimo poznania Jezusa – nadal ja sam i moje sprawy są na pierwszym miejscu. W głowie mam ciągle jakiś rodzaj interesu. A co ja z tego będę miał? – pytam, myśląc o sobie. A Jezusowi? Jezusowi daję to, co się nie udało, to co zbywa, co mi już niepotrzebne. Nie daję Mu tego, co mogę, a tylko takie tam różne życiowe ochłapy. Uwaga! Do zderzenia się takich skrajnie różnych postaw w stosunku do Jezusa dochodzi i dzisiaj. W obrębie jednego zboru, jednej rodziny, a nawet jednego serca ścierają się tak skrajne myśli i emocje.

Po drugie, historia namaszczenia Jezusa w Betanii jest pytaniem o mój stosunek do Niego. Owszem, robię różne rzeczy ze względu na Jezusa. Angażuję się w kościele, pomagam ludziom, staram się osobiście żyć pobożnie itp. Ale co robię dla samego Jezusa? Czy robię coś, w czym nie mam na uwadze własnej korzyści? Coś, w czym nie ma interesu innych ludzi? Czy oddzielam się dla Niego ze względu na Niego? I jeszcze o coś więcej chodzi: Czy to, co robię dla Jezusa jest piękne? Na gest Marii Jezus powiedział: To był piękny czyn [Mt 26,10]. Czy mam na swoim koncie takie czyny i chwile, które są piękne dla Jezusa?

Po trzecie, jest to historia ogromnego dyskomfortu i sprzeciwu. Jak to możliwe, że przyjemna wonność olejku nardowego niektórych ludzi z otoczenia Jezusa bardziej rozzłościła niż ucieszyła?  Otóż, tak jak wyróżniający się uczeń lub pracownik wzbudza złe emocje w gronie przeciętniaków, tak  bezgraniczne oddanie Jezusowi jest „solą w oku” dla niektórych chrześcijan. Denerwuje ich czyjaś gorliwość i gotowość do przekraczania granic w miłości do Jezusa.  Żaden zapatrzony w siebie człowiek czegoś takiego nie przetrzyma! To właśnie w następstwie tego zdarzenia Judasz powziął postanowienie o odejściu z tego „dziwnego” grona fanatyków Jezusowych i poszukaniu korzyści dla siebie w innym środowisku. Wówczas Judasz Iskariot, jeden z Dwunastu, odszedł do arcykapłanów, aby Go im wydać. A oni, gdy to usłyszeli, ucieszyli się i obiecali dać mu pieniądze [Mk 14,10-11].

Po czwarte, jest to historia konfrontująca mnie z bardzo niewygodnym pytaniem: Na ile jestem oddany Jezusowi? Tak bardzo wiele potrafię zrobić dla siebie i dla moich bliskich. Owszem, robię różne rzeczy ze względu na wiarę w Jezusa. Owszem, różnych rzeczy ze względu na Niego nie robię. Ale najczęściej mam w tym jakiś osobisty  interes. Ta historia każe mi pomyśleć, ile z tego, co robię, jest zadedykowane Jezusowi samemu? Pytanie brzmi: Czy robię dla Jezusa, to co mogę? W istocie, jest to pytanie o miłość. O moją miłość do Jezusa. To nie może być miłość na pół gwizdka!

I wreszcie po piąte, mamy tu do czynienia z historią upamiętniającą ludzi bezgranicznie oddanych Jezusowi. Znamy i uznajemy zwyczaj wyróżniania i honorowania ludzi za to, co wspaniałego zrobili lub robią. Gdyby jakaś kapituła z kręgów Judasza miała oceniać czyn Marii – to raczej nie zdobyłby on pierwszego miejsca. Lecz Jezus jednym zdaniem wyróżnił i upamiętnił go na zawsze! To był piękny czyn! – powiedział i postawę Marii uczynił częścią Swojej ewangelii. Gdziekolwiek na świecie głoszona będzie dobra nowina, opowiadać będą również o tym, co ona zrobiła – na jej pamiątkę.

Jak reagujesz, gdy widzisz w kimś wielkie oddanie i poświęcenie Panu? To zależy kim jesteś. Jeśli z całego serca miłujesz Jezusa Chrystusa, to z całą pewnością bardzo cię to cieszy. Budujesz się widokiem ludzi zakochanych w Jezusie. A co, jeśli irytuje cię czyjaś gorliwość i zapatrzenie się w Jezusa? To może oznaczać, że twoje serce jeszcze nie należy do Jezusa. Ludziom bezgranicznie oddanym Jezusowi należą się tu słowa otuchy. Nieraz usłyszymy od ludzi sporo przykrych słów. Bądźmy jednak pewni, że Pan nie przegapi najmniejszego gestu naszej miłości do Niego. Ludzie nas poniżą, lecz Jezus na końcu drogi uhonoruje nas i wywyższy!

Przyjaciele! Na pół gwizdka nie ma co żyć! Trzeba nam zacząć żyć dla Jezusa na sto procent! Pan powiedział: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się wyrzeknie samego siebie, bierze swój krzyż na siebie codziennie i naśladuje Mnie [Łk 9,23]. Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ceni Mnie bardziej niż swego ojca i matkę, żonę i dzieci, braci i siostry, a także bardziej niż swoją duszę, nie może być moim uczniem [Łk 14,26]. Zachęcam do całkowitego oddania się Jezusowi! Wzywam, byśmy miłowali Go z całego serca. Róbmy dla Niego wszystko, co możemy.  Dobrze tę myśl wyrażają słowa starego hymnu: Wszystko Tobie dziś oddaję, wszystko Twoim musi być. Chce Cię, Jezu, kochać zawsze. W Obecności Twojej żyć. Wszystko daję dziś, wszystko daję dziś. Jezusowi, memu Zbawcy, wszystko daję dziś.

17 marca, 2017

Pozostańmy posłuszni!

Kto dziś przejmuje się posłuszeństwem Słowu Bożemu? Oczywiste, że wśród ludzi niewierzących, albo takich, którzy są chrześcijanami jedynie z nazwy, respekt dla Pisma Świętego jest postawą  raczej  nieznaną. Dla osób ewangelicznie wierzących natomiast Biblia jest Słowem samego Boga, a elementarnym wyrażeniem prawidłowego nastawienia do Boga jest posłuszeństwo Jego Słowu. Każdy akt szczerego respektu dla Słowa Bożego zostaje zauważony przez Boga. Ja patrzę na tego, który jest pokorny i przygnębiony na duchu i który z drżeniem odnosi się do mojego słowa [Iz 66,2]. Nigdzie w Biblii nie mamy przyzwolenia na to, by stosownie do zmieniających się czasów wybierać i dowolnie interpretować sobie poszczególne przykazania Słowa Bożego. Co do mnie, to świadczę każdemu, który słucha słów proroctwa tej księgi: Jeżeli ktoś dołoży coś do nich, dołoży mu Bóg plag opisanych w tej księdze; a jeżeli ktoś ujmie coś ze słów tej księgi proroctwa, ujmie Bóg z działu jego z drzewa żywota i ze świętego miasta, opisanych w tej księdze [Obj 22,18-19].

Są jednak wokół nas chrześcijanie, którzy coraz śmielej dopuszczają się uchybień w stosunku do Pisma Świętego. Wciąż podkreślają swój osobisty związek z Jezusem Chrystusem, deklarują całkowite oddanie się sprawom Królestwa Bożego, ale w wielu dziedzinach mówią i robią rzeczy, które znacznie już odbiegają od ewangelii Chrystusowej. Pod szyldem służenia  Bogu realizują swoje własne pomysły i plany. Owszem, bardzo pragną zrobić coś wyjątkowego dla Boga, ale przy tym zaczynają przekraczać granice, poza które sługom Bożym wychodzić nie wolno. Nawet król Izraela po samowolnym wyjściu poza ramy Słowa Bożego usłyszał: Czy takie ma Pan upodobanie w całopaleniach i w rzeźnych ofiarach, co w posłuszeństwie dla głosu Pana? Oto: Posłuszeństwo lepsze jest niż ofiara, a uważne słuchanie lepsze niż tłuszcz barani. Gdyż nieposłuszeństwo jest takim samym grzechem, jak czary, a krnąbrność, jak bałwochwalstwo i oddawanie czci obrazom. Ponieważ wzgardziłeś rozkazem Pana, więc i On wzgardził tobą i nie będziesz królem [1Sm 15,22-23]. Chciał dobrze, ale zrobił to kosztem uchybienia względem Słowa Bożego.  Proszę zauważyć, że Saul długo jeszcze stał na czele Izraela, lecz w oczach Bożych przestał być namaszczonym królem z chwilą owego nieposłuszeństwa.

Z ust wielu współczesnych kaznodziejów, pastorów i przywódców chrześcijańskich słyszeć będziemy coraz więcej słów wzniosłej troski o rozwój Kościoła i bardziej efektywne głoszenie ewangelii. Wszakże w imię starań o namaszczenie duchowe, liczebność wspólnoty oraz pozyskanie w zborach nowych i oddanych pracowników, będą oni coraz mniej dbać o podporządkowanie się nauce Nowego Testamentu. Powołując się na swoje wykształcenie i najnowsze metody interpretacji Pisma Świętego dokonają rewizji szeregu fundamentalnych poglądów i zwyczajów obowiązujących w zborach Pańskich od samych narodzin Kościoła. W duchu własnych pomysłów na nowoczesny Kościół poprowadzą całe rzesze młodych, nieugruntowanych w wierze chrześcijan, budując w nich święte przekonanie, że Kościół ma dopasowywać się do współczesnego świata. Już dzisiaj, jak grzyby po deszczu, powstają wciąż nowe wspólnoty młodych ludzi przekonanych o powołaniu do szczególnej misji zmieniania świata, a zwerbowanych - niestety - głównie w istniejących zborach.

W obliczu tego co nadchodzi pragnę niezmiennie pozostać na fundamencie nauki apostołów i proroków Nowego Testamentu. Choćby posądzano mnie o nie wiem jak uwstecznioną teologię, brak wiedzy, stosowanie złych metod interpretacji Biblii, czy o wszystko naraz, wciąż będę wzywać do opamiętania, nowego narodzenia, chrztu wiary, chrztu w Duchu Świętym i uświęcenia. Nadal będę głosił, że zbliża się powtórne przyjście Jezusa Chrystusa, a wraz z Nim pochwycenie Kościoła oraz sąd Boży nad bezbożnym światem. Wciąż wierzę w Tysiącletnie panowanie Jezusa Chrystusa na ziemi.Obstawać też będę przy nowotestamentowym modelu zboru Pańskiego, ewangelicznych normach moralności i takim podziale zadań w Ciele Chrystusowym, który rozróżnia płeć, wiek, obdarowanie i doświadczenie poszczególnych członków zboru.

Moim najświętszym obowiązkiem nie jest tworzenie nowoczesnego zboru, lecz pozostanie aż do końca wiernym i posłusznym sługą Słowa Bożego. Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE nie będzie wobec tego z żadną wspólnotą ścigać się na liczebność niedzielnego audytorium, atrakcyjność programu dla dzieci czy profesjonalność zborowych muzyków. Duch Święty nie gromadzi nas, żeby nas zabawiać, lecz zbawiać i kształtować w nas Jezusa Chrystusa. Niech naszą domeną w każdej dziedzinie życia będzie prostolinijne podejście do Biblii. Pozostańmy posłuszni Słowu Bożemu, choćbyśmy z tego powodu znaleźli się na szarym końcu wszelkich rankingów. Któregoś dnia, gdy przyjdzie Pan wymierzając karę tym, którzy nie znają Boga, oraz tym, którzy nie są posłuszni ewangelii Pana naszego Jezusa   [2Ts 1,8] przekonamy się, że posłuszeństwo Bogu warte było zapłacenia w doczesnym świecie każdej ceny.

10 marca, 2017

Sami się o to prosili

Czytałem dziś w Biblii o tym, jak Izrael przejął Ziemię Obiecaną w części zamieszkiwanej przez Amorytów. Początkowo Izraelici chcieli jedynie przejść przez tę ziemię. Zwrócili się do króla Amorytów z następującą prośbą: Pozwól nam przejść przez twoją ziemię. Nie zboczymy na pola ani do winnic i nie będziemy pić wody ze studzien. Pójdziemy Drogą Królewską, aż opuścimy twój kraj. Sychon jednak odmówił Izraelowi zgody na przekroczenie granic. Ponadto zebrał siły i wyruszył na pustynię do walki. Przybył do Jahas i tam natarł na Izraela [4Mo 21,21-23]. I to był ich poważny błąd.

Wkrótce cała kraina Amorejczyków należała do Izraela. Izrael zajął te obszary i zamieszkał we wszystkich miastach Amorytów [4Mo 21,25]. Niezwykłe też znaki towarzyszyły zwycięstwu Izraelitów nad Amorejczykami. Tego dnia, gdy Pan wydał Amorytów Izraelitom, Jozue przemówił do Pana wobec Izraela: Stań, słońce, nad Gibeonem, a ty, księżycu, nad doliną Ajalon! I zatrzymało się słońce, stanął księżyc, dopóki naród nie zemścił się na swoich wrogach. Czy nie jest to zapisane w Zwoju Prawego? Zatrzymało się zatem słońce w środku nieba i nie śpieszyło się z zajściem niemal cały dzień. Takiego dnia nie było nigdy przedtem ani nigdy potem, dnia, w którym PAN był posłuszny głosowi człowieka! PAN bowiem walczył po stronie Izraela [Joz 10,12-14].

Wbrew niektórym pochopnym opiniom, Izraelici w tej historii nie byli agresorami. Faktycznie wykonywali oni Boży wyrok nad tym narodem. Z powodu niegodziwości tych narodów wypędza je Pan, Bóg twój, przed tobą i aby dotrzymać słowa, które Pan dał pod przysięgą twoim ojcom, Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi [5Mo 9,5]. Wszystko odbyło się w ściśle określonym przez Boga czasie. Lecz dopiero czwarte pokolenie wróci tutaj, gdyż przed tym czasem nie dopełni się wina Amorytów [1Mo 15,16]. Kolejne pokolenia miały dany przez Boga czas, aby się opamiętać. Gdy na Bożym zegarze wybiła godzina "zero", Najwyższy - jak przeczytaliśmy - nawet słońce zatrzymał, aby nic nie przeszkodziło Izraelitom  dokonać Bożego sądu na Amorejczykach. Kto mimo wielu upomnień trwa w uporze, będzie nagle, bez ratunku zdruzgotany [Prz 29,1]. Reakcją na prośbę Izraelitów dopełniła się wina Amorejczyka. Kropka.

Czego uczę się z tej historii? Trzeba mi lepiej znać Boga i Jego wyroki, aby prawidłowo odczytywać  to, co dzieje się na moich oczach. Czasem zdarza mi się użalać nad cierpiącym człowiekiem bez uwzględniania faktu, że przez całe lata - wbrew licznym napomnieniom i zachętom - człowiek ów trwał w uporze, lekceważył Boga, krzewił złą naukę lub krzywdził innych. Dla przykładu, któż nie żałowałby młodzieńca, widząc go z wydziobanym okiem? Tymczasem Słowo Boże wskazuje na możliwość innego oglądu takiej  sprawy: Oko, które pogardza ojcem i lekceważy matkę, wydziobią kruki nad rzeką lub zjedzą orlęta [Prz 30,17]. Przykrości spotykające niejednego człowieka nie są przypadkiem ślepego losu. Zarówno pojedynczy człowiek, jak i całe narody - chcą, czy nie chcą - mają do czynienia z Bogiem.

O głębokości bogactwa i mądrości, i poznania Boga! Jakże niezbadane są wyroki jego i nie wyśledzone drogi jego! [Rz 11,33].

05 marca, 2017

Nie zobaczysz tego skupiając się na innych

Mieliśmy dziś w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku Wieczerzę Pańską.  Ustanawiając ów pamiątkowy znak, poprzez który Kościół wspomina i zwiastuje śmierć Pańską za nasze grzechy, Jezus stworzył wszystkim apostołom wyjątkowo dobre warunki do osobistego zbadania własnego serca. Wraz z nastaniem wieczoru, przybył z Dwunastoma. A gdy siedzieli i jedli, Jezus powiedział: Wyznam wam: Jeden spośród was Mnie wyda, ten, który je ze Mną. Wtedy zrobiło im się smutno i jeden po drugim pytali: Czy to ja? [Mk 14,17-19].

Nie mówiąc uczniom wprost, o którego z nich chodzi, Jezus najwidoczniej pobudzał ich do autorefleksji. Piotr nie zajął się jednak sobą. Posługując się Janem przytulonym do Jezusa skupił się na poszukiwaniu zdrajcy, aby maksymalnie skrócić nieprzyjemne chwile dyskomfortu. I odetchnął z ulgą. Doszedł do pochopnego wniosku, że skoro nie o niego Jezusowi chodziło, to z nim wszystko jest w porządku. Uznał siebie za pewniaka. Choćby wszyscy się od Ciebie odwrócili, ja — nie [Mk 14,29]. Nawet gdybym miał z Tobą umrzeć, nie wyprę się Ciebie. Podobnie utrzymywali wszyscy [Mk 14,31]. Jak widać, złudzenia potrafią być zaraźliwe.

Zastanawiam się, dlaczego Piotr owego wieczoru nie skupił się dostatecznie na badaniu własnego serca? Co mu to dało, że czym prędzej dowiedział się, kto jest "Judaszem"? Miał tak dobrą okazję, żeby wejrzeć w siebie i dostrzec kryjącą się głęboko w duszy kruchość charakteru i lęk o własną skórę. Wtedy mógłby przyznać się Panu do swojej słabości. Jestem pewien, że Jezus znalazłby sposób na to, aby swego szczerego ucznia umocnić i przygotować na godzinę próby. Niestety, Piotr gorzko przypłacił tę nieodkrytą, fałszywą pewność siebie. I wybuchnął płaczem [Mk 14,72].

Czego uczę się z tej obserwacji? Że nie powinienem marnować czasu na ustalanie, czy inni są w porządku, czy nie? Nietrudno bowiem w kręgach chrześcijańskich wskazać kogoś, kto okazał się sprzedawczykiem, lub takim się okaże. Rzecz w tym, że znalezienie "Judasza" może we mnie samym wywołać tak dobre samopoczucie, że przestanę badać własne serce, że zacznę uznawać siebie za pewniaka. Własnej kruchości i małości nie zobaczę skupiając się na innych, bo naturalne oko bez trudu zawsze wypatrzy kogoś, w porównaniu z kim poczuję się znakomicie...

Trzeba mi zająć się własnym sercem i sprawdzać, czy we mnie samym nie rodzi się jakiś "Judasz".

04 marca, 2017

Stopniowo...

Rozmyślam dziś nad zdumiewającym procesem zmiany myślenia w nastawieniu mieszkańców Nazaretu do Jezusa. Pan pojawił się w swoich rodzinnych stronach owiany już sławą kogoś absolutnie wyjątkowego. Dokonane przez Jezusa cuda oraz głoszona przez Niego nauka wszędzie wzbudzały w ludziach respekt i podziw. W Nazarecie też na początku wielu słuchaczy dziwiło się i zastanawiało: Skąd On to ma? Co to za mądrość, która jest Mu dana? Takie cuda dzieją się przez Jego ręce?! [Mk 6,2]. Jednak niemal równolegle zrodziły się też bardziej "zdroworozsądkowe" pytania i  uwagi. Czy to nie jest ten cieśla, syn Marii, brat Jakuba, Jozesa, Judy i Szymona? Czy jego siostry nie mieszkają  wśród  nas? I stopniowo odwracali się od Niego [Mk 6,3]. Miejscowe archiwa, wywiad społeczny, ludzka pamiętliwość i sąsiedzkie animozje zawsze swoje zrobią. Potrafią odbrązowić nawet Jezusa.  Nigdzie prorok  nie  spotyka się z lekceważeniem, jak tylko w ojczystych stronach, w gronie swoich krewnych i we własnym domu [Mk 6,4].

Mógłbym przywołać dziesiątki przypadków stopniowego odwracania się od Jezusa. Na początku był wielki zachwyt Chrystusem Panem: Biblia była święta! Nabożeństwo niemożliwe do opuszczenia!  Kazania wspaniałe! Cały zbór był niebem na ziemi! Jednak z upływem czasu zachwytu było coraz mniej. "Usłużni" archiwiści miejscowych historii pomogli odkopać stare sprawy. "Trzeźwo myślący" bracia i siostry ostudzili entuzjazm. Z roku na rok oczarowanie zaczęło ustępować miejsca rozczarowaniu. Zachwyt Panem Jezusem i Kościołem przeminął. Tu i ówdzie pozostały dobre nawyki i rutynowe zachowanie. Zbyt często jednak stopniowe odwracanie się Niego poszło dalej...

Powodów stopniowego odwracania się od Jezusa może być wiele. Liberalizacja poglądów, lekceważenie problemu grzechu, chęć podobania się światu, brak łatwych sukcesów duchowych itd. Każdemu to grozi. Trzeba więc uważać, żeby nie dać się przekierować i duchowo uwstecznić. W Panu Jezusie jest tak wiele jeszcze do odkrycia i uwielbienia! W Biblii tak wiele do poznania! W relacjach tak wiele do przebaczenia,  uzdrowienia i zapomnienia! W zborze tak wiele jest jeszcze do zrobienia, a czasu niewiele.

Zauważasz w sobie słabnącą miłość do Pana Jezusa? Zdrowy rozsadek i życiowe doświadczenie coraz bardziej gaszą twój entuzjazm w pracy na rzecz Królestwa Bożego? Najwyższy czas przerwać proces powolnego odwracania się od Pana. Pomyślmy! Czy w samym Chrystusie  znaleźliśmy  coś, co naprawdę  miało prawo nas rozczarować? Z pewnością nie! Faktycznie mamy wciąż nowe powody do dziękczynienia i oddawania Mu chwały. O to się troszcz, w tym trwaj, żeby postępy twoje były widoczne dla wszystkich [1Tm 4,15].

Nazarejczycy stopniowo odwracali się od Jezusa. Niech Gdańszczanie, zwłaszcza ci, którzy już w Niego wierzą, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej Go znają i kochają. Niech w naszym środowisku  będzie widoczny stopniowy zwrot ku Panu; postęp w uświęceniu życia i stawaniu się podobnym do Jezusa.