14 lipca, 2020

Skutki przedwcześnie przekazywanej odpowiedzialności

Jak sięgam pamięcią, zawsze chciałem pracować w Kościele pod okiem kogoś starszego i bardziej ode mnie doświadczonego. Owszem, samodzielnie rozpoznawać wolę Bożą, przejawiać osobistą inwencję w służbie i z natchnienia Bożego czerpać do niej pomysły, lecz wiedzieć przy tym, że całość mej pracy będzie systematycznie poddawana ocenie braci obdarzonych duchowym autorytetem. Do dzisiaj, chociaż jestem już po sześćdziesiątce, przyłapuję się na odczuciu, że w obliczu niektórych wyzwań w służbie wciąż jestem zbyt młody i niedoświadczony, aby bez nadzoru innych braci mierzyć się z tymi zadaniami.

Od kilkunastu lat zauważam jednak narastające zjawisko stawiania na młodych bez należytej dbałości o ich życiowe doświadczenie. Dość nagminnie, zarówno w środowiskach świeckich jak i kościelnych, głos decyzyjny dobrowolnie zostaje przykazywany ludziom młodym. Bywa już i tak, że bez skrupułów przywództwo jest przejmowane na siłę, gdy parcie młodych natrafia na opór osób bardziej wiekowych, przeciwnych zbyt prędkiemu przekazywaniu odpowiedzialności. Czym skutkuje obsadzanie decyzyjnych stanowisk ludźmi młodymi, którzy - choćby nie wiem jak dobrze byli wykształceni - siłą rzeczy nie mogą jeszcze mieć dostatecznego doświadczenia życiowego?

Najpierw, dla przykładu, posłużę się garścią moich osobistych obserwacji poczynionych na ulicach grodu nad Motławą. Od dawna naszą bolączką jest wiele ulic o katastrofalnym stanie nawierzchni, które wymagają kapitalnego remontu. Tymczasem przebudowuje się ulicę o świetnej nawierzchni i dobrej przepustowości, bo ktoś wpadł na pomysł, że tunelowe przejścia dla pieszych należy zamienić na przejścia naziemne, gdyż dotychczasowa organizacja ruchu na tej ulicy przecina niby tkankę miejską i sprawia, że mieszkańcy Dolnego Miasta czują się odcięci od Głównego. Owszem, można zająć się realizacją i takich wydumanych pomysłów, ale dopiero po załatwieniu spraw stanowiących prawdziwą bolączkę dla mieszkańców. Jakiś inny przykład? Jak świat światem, wygląd dobrze zadbanego miasta pod każdą szerokością geograficzną kojarzy się nam z regularnie strzyżonymi trawnikami. Przejechałem ostatnio całą Polskę i miło było popatrzeć na przydrożne trawniki, które nawet we wioskach są równiutko koszone. Lecz w Gdańsku staliśmy się w ostatnim czasie ofiarami jakiegoś dziwnego pomysłu na tzw. "łąki kwietne" w środku miasta. Zarastają nas więc coraz wyższe chwasty, ale podobno tak jest ładniej i lepiej. Skąd takie "nowatorskie" pomysły? Może się mylę, ale od jakiegoś już czasu najważniejsze biurka w mieście obsadzili ludzie stosunkowo młodzi. Aktualnie średnia wieku ścisłego, pięcioosobowego kierownictwa gdańskiego magistratu wynosi 41 lat. Nie wdając się w szczegóły odnoszę wrażenie, że w tym gronie zabrakło głosu kogoś z nieco większym doświadczeniem życiowym.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Od dawna obserwuję środowisko ewangelicznego chrześcijaństwa w Polsce, a od czterdziestu lat jestem zaangażowany w codzienną, organiczną działalność kościoła na poziomie lokalnego zboru. Normalnie powinno być tak, że młodsi bracia pełnią swą służbę pod okiem starszych braci i przy ich boku wyrastają na dojrzałych przywódców. Pomysłowość młodych musi być bowiem moderowana doświadczeniem i życiową mądrością starszych. Trzeba, aby starsi i młodsi wiekiem oraz stażem wiary, dostatecznie długo pracowali razem w jednym zespole pod przywództwem tych pierwszych. Tylko tak młody sługa Boży może osiągnąć wymaganą przez naukę apostolską zdolność do samodzielnego przywództwa. Starszy zatem ma być nienaganny. Powinien być mężem jednej żony, człowiekiem trzeźwo myślącym, umiarkowanym, przyzwoitym, gościnnym, zdolnym do nauczania, wolnym od nałogów, nie wybuchowym, lecz łagodnym, niekłótliwym, nie nastawionym na pieniądz, dobrze kierującym własnym domem, dzieci trzymającym w posłuszeństwie, z wszelką godnością. Bo skoro ktoś nie potrafi kierować własnym domem, jak może troszczyć sie o kościół Boży? Starszy nie powinien być człowiekiem świeżo nawróconym, aby nie popadł w pychę i nie ściągnął na siebie wyroku podobnego jak diabeł. Powinien natomiast cieszyć sie dobrą opinią u ludzi spoza kościoła, aby nie spotkał się z lekceważeniem i nie wpadł w sidła diabła [1Tm 3,2-7].

Z powyższej instrukcji jasno wynika, że zarówno młodzi wiekiem jak i świeżo nawróceni bracia, zanim samodzielnie staną na czele pracy Pańskiej, potrzebują nabrać duchowych kwalifikacji i życiowego doświadczenia. Wszelkie więc decyzje, zwłaszcza te dla dalszych losów zboru strategiczne, powinny zapadać przy aprobacie starszych wiekiem i bardziej życiowo doświadczonych braci. Tymczasem w kościele nastała moda na młodych przywódców. Ich pomysły i koncepcje, ich wizje jutra zdominowały życie niejednego zboru, zagrażając stabilności i prawowierności całych wspólnot. Sprawy przybrały taki obrót nie tylko dlatego, że braciom starszym zabrakło mądrości w procesie przekazywania odpowiedzialności. Tak, niektórym z nich zamarzył się tytuł awangardzisty pod tym względem do tego stopnia, że na skróty dokonali zmian w przywództwie o więcej, niż jedno pokolenie. Jednak nierzadko zbyt młodzi ludzie zostają przywódcami chrześcijańskimi, bo - nie chcąc się podporządkować braciom starszym - samowolnie zakładają odrębne wspólnoty i stają na ich czele. 

Nie podoba mi się przebudowa dobrych ulic podczas, gdy zniszczone wciąż nie są remontowane. Nie podoba mi się las chwastów w mieście o wdzięcznej nazwie "kwietna łąka". Gdyby nie dominacja młodych fantastów,  którzy za nie swoje pieniądze chcą na nowo poukładać nasz świat, z pewnością decyzje magistratu byłyby bardziej wyważone i rozsądne. Gdyby dawnymi czasy następca tronu po Salomonie otoczył się starszymi, bardziej doświadczonymi doradcami i posłuchał ich głosu, z pewnością nie doszłoby do podziału Królestwa Izraela. Rechabeam jednak zlekceważył tę radę, której udzielili mu starsi, i udał sie po radę do chłopców, do młodych, którzy z nim wyrośli, a teraz pełnili przy nim służbę [1Kr 12,8]. Zdaje się, że nad niejednym współczesnym zborem trzeba będzie zapłakać, jak niegdyś prorok Izajasz ubolewał nad losem Judy: Ciemiężcami mego ludu są dzieci i kobiety nim rządzą. O ludu mój! Twoi wodzowie cię zwodzą i niszczą drogę twoich ścieżek [Iz 3,12]. 

Takie są skutki przedwcześnie przekazywanej odpowiedzialności. W niektórych kościołach i lokalnych zborach  już jest pod tym względem "po ptokach". Któż dziś przeciwstawi się młodzieży, która rzekomo jest "przyszłością kościoła"? Jednakże wszędzie tam, gdzie nie młodzież, a Chrystus jest przyszłością Kościoła, dbajmy o biblijny porządek rzeczy. Utrzymujmy w chrześcijańskim zborze wielopokoleniowe przywództwo, przekazując odpowiedzialność stopniowo i wciąż pod decyzyjnym nadzorem starszych braci. Każdy dzisiejszy Tymoteusz powinien mieć swojego Pawła apostoła, który mu podpowie, jak trzeba sobie radzić w domu Bożym, który jest kościołem żywego Boga, filarem i podporą prawdy [1Tm 3,15], i w którym nie może być miejsca na fantazyjne eksperymenty.

13 lipca, 2020

Co zrobię z tym wynikiem wyborów?

Dzisiaj, 13 lipca 2020 roku obudziłem się z odkryciem, że w kolejnej kadencji prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej będzie dotychczasowy Prezydent Andrzej Duda. Słyszę, że dla jednych chrześcijan jest to wiadomość trudna do zaakceptowania, podczas gdy inni bardzo się z niej cieszą. Niewątpliwie jedni i drudzy poważnie traktują swą wiarę w Boga i modlili się o wynik tych wyborów. Skąd więc w nich tyle tak rozbieżnych emocji?

Od lat jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że niezależnie od tego, kto w kraju sprawuje władzę, mogę mieć pozytywne nastawienie do każdego prezydenta, premiera, parlamentu i samorządu. W świetle Biblii już dawno zobaczyłem bowiem, że jako naśladowca Jezusa Chrystusa mam się nie tylko każdej władzy podporządkowywać ze względu na Chrystusa Pana, ale też się o każdą władzę modlić. 

Niech każda osoba podporządkowuje się władzom sprawującym rządy. Nie ma bowiem władzy, która nie pochodziłaby od Boga. Wszystkie one zostały ustanowione przez Niego. Dlatego kto się opiera władzy, przeciwstawia się Bożemu rozporządzeniu. Ci natomiast, którzy się przeciwstawiają, sami na siebie ściągają wyrok [Rz 13,1-2].  Respektujcie wszelki ludzki porządek ze względu na Pana. Poważajcie króla jako sprawującego władzę. Nie lekceważcie namiestników jako posłanych przez niego, aby karać przestępców i nagradzać uczciwych [1Pt 2,13-14]. 

Mając w sercu tak wyraźne pouczenia płynące z nauki apostolskiej z przyjemnością stosuję się do nich, ufając Bogu, że władzę ostatecznej, najwyższej instancji i tak sprawuje sam Pan, Jezus Chrystus - nasz Pan. Tym bardziej jest mi łatwo uznawać i respektować każdą ziemską zwierzchność i każdy wynik wyborów, że od dawna przynależę do nadchodzącego Królestwa Bożego. Nic w tym dziwnego, że ludzie nie odrodzeni duchowo, przywiązani do ziemskich spraw, biją się o swoje racje, bo to jest ich cały świat. Tymczasem nasza ojczyzna jest w niebie. Stamtąd oczekujemy Zbawcy, Pana Jezusa Chrystusa [Fl 3,20]. 

Podobnie jak dostosowuję się do przepisów obowiązujących w kraju, przez który akurat chwilowo przejeżdżam i nie próbuję zmieniać praw tego kraju, tak - jako uchodźca, jako człowiek nietutejszy [zob. 1Pt 2,11] na tym świecie - skupiam się na interesach Królestwa Bożego, a nie na poprawianiu tego świata. Nie można jednocześnie robić i jednego, i drugiego. Kiedyś Jezus udzielił ważnej rady człowiekowi, który chciał pójść za Nim. Grzebanie umarłych zostaw umarłym, ty natomiast idź i rozgłaszaj Królestwo Boże [Łk 9,60]. Nadchodzące Królestwo Boże, pozyskiwanie dusz dla Chrystusa - oto mój życiowy azymut.

Przypominam więc i zachęcam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby wstawiennicze i podziękowania za wszystkich ludzi, za królów oraz wszystkich na wysokich stanowiskach, abyśmy wiedli życie ciche i spokojne, z całą pobożnością i godnością [1Tm 2,1-2]. 

Poranne odkrycie niczego w moim życiu i służbie nie zmienia. Bez najmniejszego ociągania się w posłuszeństwie ewangelii Chrystusowej uznaję wynik wczorajszych wyborów. Nadal będę się podporządkowywać ziemskiej władzy, pamiętając, że i w ten sposób służę Chrystusowi Panu.

27 czerwca, 2020

Nie daj się odciągnąć

Każdy zrodzony z wody i z Ducha chrześcijanin jest związany z Chrystusem, niczym kobieta zaręczona ze swoim narzeczonym. Wielkim zadaniem chrześcijan jest szczere i serdeczne przywiązanie do Chrystusa, podobnie jak obowiązkiem narzeczonej jest dochowanie wierności jej oblubieńcowi. Czytając Biblię napotykamy jednak na apostolską obawę, że wierzący Koryntianie odwrócą się od szczerego oddania się Chrystusowi. Zabiegam bowiem o was z gorliwością Bożą; albowiem zaręczyłem was z jednym mężem, aby stawić przed Chrystusem dziewicę czystą, obawiam się jednak, ażeby, jak wąż chytrością swoją zwiódł Ewę, tak i myśli wasze nie zostały skażone i nie odwróciły się od szczerego oddania się Chrystusowi. Bo gdy przychodzi ktoś i zwiastuje innego Jezusa, którego myśmy nie zwiastowali, lub gdy przyjmujecie innego ducha, którego nie otrzymaliście, lub inną ewangelię, której nie przyjęliście, znosicie to z łatwością [2Ko 11,2-4].

Przykładem zwiedzenia przywołanym w naszym tekście jest Ewa. Miała w Edenie wszystko. Wystarczyło posłuszeństwo Bogu, a błogość raju trwałaby na wieki wieków. Jednak szatanowi udało się ją przechytrzyć i kobieta, gdy została zwiedziona, popadła w grzech [1Tm 2,14]. Ewa nie wyczuła nikczemnej podstępności węża. Przyjęła jego chytry wywód za dobrą monetę. Dała się oszukać. Powinna była zdecydowanie i od razu odrzucić to, co podważało wiarygodność Boga, na której zbudowane było jej szczęście. Pierwsza kobieta okazała się jednak bardzo otwarta na diabelską propozycję nowego spojrzenia na Boga i to ją zgubiło.

Stąd obawy apostoła Pawła w stosunku do chrześcijan w Koryncie. Zaniepokoiła go zdumiewająca otwartość tamtejszych wierzących. Zdawałoby się, że otwartość to pozytywna, jak najbardziej pożądana postawa. W Gdańsku otwartość uważana jest za jedną z czterech głównych cnót mieszkańców Grodu nad Motławą. Jednak pod niektórymi względami bywa ona bardzo niebezpieczna. Do czego prowadzi otwartość na przykład w sferze etyczno-moralnej, to widać już gołym okiem. Dlatego w kościele trzeba zachować ostrożność. Odrodzeni duchowo ludzie powinni uważać, aby nie popełnić błędu Ewy. 

Niestety, Koryntianie nie zachowywali należytej czujności. Normalnie powinni byli trzymać się apostolskiej zasady: Ale ty trwaj w tym, czegoś się nauczył i czego pewny jesteś, wiedząc, od kogoś się tego nauczył [2Tm 3,14]. Gdy zbór odwiedzili jacyś bliżej im nieznani kaznodzieje, należało sprawdzić ich naukę zadając im szereg pytań i przyglądając się ich życiu. Koryntianie postąpili inaczej. Bo jeśli przechodzień jaki głosi wam Jezusa innego, niż myśmy głosili, lub jeżeli otrzymujecie innego ducha niż ten, ktoregoście otrzymali, albo też inną Ewangelię niż tę, którąście przyjęli, skwapliwie to przyjmujecie (KUL).

Co załapali Koryntianie od takiego niesprawdzonego przechodnia wpuszczonego na kazalnicę? Jakiegoś innego Jezusa, jakiegoś innego ducha i jakąś inną ewangelię. Na domiar złego, zrobili to bez żadnych oporów, skwapliwie i z łatwością. Niespodziewanie znaleźli się na drodze odprowadzającej ich od prostoty i czystości wobec Chrystusa. Ich serca zostały skażone. Przestawali zachowywać się jak narzeczona wyczekująca przyjścia jej oblubieńca.

Jeżeli będziemy zbyt otwarci na wszelkie nowości, przynoszone przez kogoś do zboru lub napotykane przez nas w Internecie, to grozi nam podobne niebezpieczeństwo. Łatwo damy się odciągnąć od Boga, od zboru, od zdrowej nauki, od naszego powołania, a nawet od swoich codziennych powinności. Gdy wilk chce zagryźć owcę, to najpierw stara się ją odciągnąć od stada. Gdy ktoś chce uwieść czyjąś żonę, to najpierw powoli odciąga ją od jej męża. Gdy diabeł chce przejąć serce dorastającego dziecka, to zaczyna odciągać je od jego wierzącej rodziny.

Bądźmy czujni. Chytry wąż wie, że nie może nam zaproponować czegoś zgoła złego, bo byśmy się mu przeciwstawili. On stara się wykorzystać nasze zainteresowanie Jezusem, ewangelią i tematami duchowymi. Posyła więc do nas kogoś z Jezusem i ewangelią na ustach, lecz w innym duchu. Jeżeli w porę się nie połapiemy, to nasze serca powoli odwrócą się od szczerego oddania się Chrystusowi. Nie dajmy się odciągnąć od naszego Zbawiciela i Pana, ani od społeczności Jego Kościoła!

05 czerwca, 2020

Dlaczego ogień?

Błogosławiony skutek działania mojego ognia
W Piśmie Świętym czytamy: Otóż ziemia powstała na Słowo Boga, z wody i przez wodę. Przez nie ówczesny świat - zalany wodą - zginął. Za sprawą tego samego Słowa teraźniejsze niebo i ziemia zachowane są dla ognia, który pochłonie je w dniu sądu i zagłady bezbożnych ludzi [2Pt 3,5b-7]. Myślę, że tej wiosny lepiej zrozumiałem dlaczego Bóg tak postanowił, że niebiosa z wielkim hukiem przeminą, żywioły rozpalone ogniem stopią się, a ziemia i dzieła, które są na niej, spłoną [2Pt 3,10 w przekładzie UBG]. Spojrzałem na to z Bożego punktu widzenia.

Wykonując ostatnio prace pielęgnacyjne przy zieleni na terenie Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE napotkałem na nie lada trudność. Stanowiły ją karpy po kilku usuniętych zimą drzewach. Wykopane z ziemi wielką koparką, zajmowały sporo miejsca w zborowym ogrodzie i psuły jego estetykę. Trzeba je było pociąć na kawałki i uprzątnąć trawnik przed sezonem. Wiedziałem, że jakoś muszę stawić czoła temu wyzwaniu. Kilkakrotnie próbowałem rozwiązać ów problem dostępnymi mi środkami. Użyłem rozmaitych sposobów i narzędzi. Niestety, plątanina korzeni zaklejonych ziemią, kamieniami i gruzem uniemożliwiała skuteczne uporanie się z tym zadaniem. Piła łańcuchowa, piła szablasta, siekiera, kilof, myjka ciśnieniowa - wszystko okazało się niewystarczające. Byłem bliski rezygnacji.

Wtedy błysnęła mi myśl o spaleniu tych karp w całości. Przewiozłem je traktorem w bezpieczne miejsce i poddałem działaniu ognia. Ach, z jakąż ulgą patrzyłem, jak wredne, niedostępne mi sploty korzeni i twardej ziemi, z którymi wiele godzin walczyłem bezskutecznie, zaczęły ulegać cudownej mocy rozpalonych przeze mnie płomieni. To co dla mnie było tak trudne, że wręcz aż niemożliwe, w końcu stało się łatwe, jak bułka z masłem.

Od razu pomyślałem o Bogu, który właśnie ogniem postanowił ostatecznie potraktować ten bezbożny, nie chcący się Mu poddać, świat. Ileż to razy i jakże rozmaitymi środkami Swej łaski Bóg chce doprowadzić ludzi do opamiętania i zbawienia?! Bóg nie jest Bogiem nieporządku ale pokoju [1Ko 14,33]. Zrozumiałe, że jako Stwórca i PAN Wszechświata ma prawo domagać się posłuszeństwa od swego stworzenia. Ludzie jednak, jak świat światem, nie chcą się Mu podporządkować. Buntują się, robią Mu na przekór i odrzucają miłość Bożą. Lekceważą też, prześladują i poniżają osoby, które w imię Boże wzywają do poddania się Bogu. Ignorują nawet samego Syna Bożego, Jezusa Chrystusa! Ten bałagan musi zniknąć. W jaki inny sposób Bóg ma zrobić porządek z tym bezbożnym światem? Ogień. Pewnego dnia Wszechmocny PAN rozpali ogień i problem zostanie ostatecznie rozwiązany.

Swego czasu Jezus zadał faryzeuszom retoryczne pytanie: Jakże będziecie mogli ujść przed sądem ognia piekielnego? [Mt 23,33]. Zapytał ich tak, bo nie chcieli się nawrócić. A ty? Chętnie poddasz się dziś działaniu łaski Bożej, czy raczej ci zostaje tylko jakaś straszna perspektywa sądu i żar ognia mającego strawić przeciwników [Hbr 10,27]?

28 maja, 2020

Co mi dała izolacja?

Chociaż w moim osobistym życiu narzucone rygory antywirusowe praktycznie niewiele zmieniły - bo poruszałem się normalnie i w każdą niedzielę oraz środę w tym okresie byłem w domu modlitwy na swoim stanowisku - to jednak z duszpasterskiego punktu widzenia mogę stwierdzić, że dzięki niej jestem bogatszy o nowe spostrzeżenia. O Jezusie jest powiedziane, że On przejrzał wszystkich i od nikogo nie potrzebował świadectwa o człowieku, sam bowiem wiedział, co było w człowieku [J 2,24-25]. Ponieważ takiej zdolności nie posiadam, muszę przyglądać się ludziom wokoło i na tej podstawie wyciągać wnioski. Tak było w minionych miesiącach. Paromiesięczna izolacja ułatwiła mi w środowisku ewangelicznego chrześcijaństwa poczynić obserwacje, które wcześniej nie były możliwe, a już na pewno nie były dla mnie tak wyraziste.

Pierwszą z nich i zarazem najbardziej budującą, stało się potwierdzenie, że Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE składa się z wielu naprawdę dojrzałych w wierze i stabilnych chrześcijan, którzy na tyle miłują i doceniają swój zbór, że żadna wymuszona izolacja ich od niego nie jest w stanie oddzielić. Ze zrozumieniem przyjęli oni w marcu apel o pozostanie w domu i spokojnie czekali na odwołanie obostrzeń. Niezmiennie pielęgnowali w tym czasie osobistą społeczność z Bogiem, karmili się pokarmem duchowym serwowanym w naszym zborze i w miarę możliwości utrzymywali kontakty braterskie i siostrzane. Nie zapomnieli przy tym, że podtrzymanie pulsu życia zboru z jego finansami włącznie jest naszą wspólną odpowiedzialnością. Te osoby bez cienia sprzeciwu zastosowały się też do ograniczeń i nakazów sanitarnych, a gdy tylko pojawiła się możliwość udziału w zgromadzeniu zborowym, natychmiast i z radością zaczęły z tej możliwości znowu korzystać.

Drugim moim spostrzeżeniem z tego okresu jest odkrycie, że w kręgach ewangelicznie wierzących chrześcijan są osoby, których związek ze zborem, chociaż wydawał się być bardzo silny, okazał się dość kruchym związkiem i łatwo zastępowalnym. Na początku, z chwilą ogłoszenia obostrzeń epidemiologicznych, mocno walczyli o organizowanie spotkań i nabożeństw zboru, nawet za cenę przeciwstawienia się rządowym rozporządzeniom. Reagowali tak, jakby zgromadzenie było najwyższą świętością zboru, a jego odwołanie jakąś zdradą i nieposłuszeństwem wobec samego Pana. Niedługo potem ich optyka uległa dużej zmianie. Przestali wyglądać możliwości udziału we wspólnym zgromadzeniu, szybko zastępując je spotkaniami w wąskim gronie przyjaciół. Odnoszę wrażenie, że ograniczenia liczby uczestników nabożeństwa przestały być dla nich problemem. Odkryli nieznane im wcześniej walory tzw. "kościoła domowego" i poczuli się z tym całkiem dobrze. Kto wie, czy w ogóle zechcą powrócić do udziału w publicznych nabożeństwach z takim samym zaangażowaniem, jak to bywało przed pandemią.

Trzecią grupę osób w naszych środowiskach tworzą ludzie, którym od razu spodobała się niedziela w domu. Nareszcie bez wyrzutów sumienia i denerwujących pytań, mogli dłużej sobie pospać i pocieszyć się wygodami swoich mieszkań. Nieco bardziej religijni spośród nich mogli poprzebierać sobie trochę w transmisjach z różnych zborów, gdzie indziej oglądając uwielbienie, a gdzie indziej szukając miłego dla ucha kazania. Swobodnie można też było odłożyć sobie przegląd niedzielnych transmisji na później, bo pastorzy dwoili się i troili, aby ich wierni niemal każdego dnia mieli możliwość choć trochę na swoich duszpasterzy popatrzeć. Kościół "on-line" okazał się więc dla tych chrześcijan znacznie lepszym rozwiązaniem od tradycyjnego. Stali się zwolennikami transmisji nabożeństw i z pewnością chętnie będą z nich korzystać, wykorzystując teraz każdy powód, aby w niedzielę posiedzieć sobie w domu.

Chciałoby się, ażeby w rezultacie wymuszonej izolacji wyłoniła się nowa grupa braci i sióstr w Chrystusie. Mam na myśli osoby, które już od jakiegoś czasu w ogóle nie brały udziału w życiu zboru. Niechby zaniepokojone kruchością doczesnego życia z nową gorliwością zwróciły się ku Bogu. Czasy epidemii pokazały, że z dnia na dzień człowiek może zostać pozbawiony wszystkiego, na czym opierał swoje życie. Tylko ten, kto narodził się na nowo i żyje w bliskiej, osobistej społeczności z Bogiem, może spać spokojnie. Chcę mieć nadzieję, że przynajmniej niektórzy z moich dawnych współwyznawców Chrystusa otrzeźwieją duchowo i powrócą na drogę wiary. Życie bez Boga nie ma przyszłości. Wszystko w tym świecie może nagle się zachwiać i zawalić. Warownym grodem jest nam Bóg Jakuba [Ps 46].

Co mi dała izolacja? W jej czasach osobiście upewniłem się co do słuszności obranej przeze mnie drogi życiowej, polegającej na szczerym oddaniu się Chrystusowi. Izolacja dobitnie potwierdziła mi też noszone w sercu przekonanie, że na co dzień otacza mnie całkiem spore grono wspaniałych, prostolinijnych towarzyszy wiary, z którymi mogę służyć Bogu i cieszyć się życiem na Jego chwałę. Czas odosobnienia ujawnił również pozorność wiary niektórych, co w ostatecznym rozrachunku też ma wydźwięk pozytywny. Bogu niech będą dzięki za próbę odosobnienia.

24 maja, 2020

Czterdzieści lat minęło...

otrzymane 40 lat temu
Po czterdziestu latach od dnia, gdy Mojżesz nie zgodził się, by go zwano synem córki faraona i wolał raczej znosić uciski wespół z ludem Bożym aniżeli zażywać przemijającej rozkoszy grzechu, uznawszy hańbę Chrystusową za większe bogactwo niż skarby Egiptu [Hbr 11,24-26] nadszedł dla niego czas realizacji największego zadania jego życia. Miał wyprowadzić Izraelitów z niewoli egipskiej i poprowadzić ich do Ziemi Obiecanej. W życiu Mojżesza można wyodrębnić trzy etapy. Mówi się, że pierwsze czterdzieści lat życia Mojżesz poświęcił temu, aby stać się kimś ważnym w tym świecie. Następnie, przez czterdzieści lat pasąc owce, uczył się, jak bardzo musi się stać nieważny dla świata, aby mógł zostać użyty przez Boga. Ostatnie czterdzieści lat w życiu Mojżesza pokazują, jak wielkich rzeczy Bóg może dokonać przez człowieka, który ze względu na Chrystusa świadomie zrezygnował z bycia ważnym i oddał się w służbę Bogu.

pismo urzędowe z tamtych lat
Czterdzieści lat. Gdzie mi do Mojżesza, ale w moim życiu również przyszła pora na podsumowanie takiego odcinka czasu. Pragnę w tych dniach podziękować Bogu za pełne cztery dekady mojego usługiwania Słowem Bożym. Dokładnie dzisiaj mija czterdzieści lat od chwili, gdy 24 maja 1980 roku zakończyłem naukę w Szkole Biblijnej w Warszawie i powróciłem do Gdańska, aby poświęcić się tej służbie. Najpierw w moim macierzystym zborze prowadzonym wówczas przez śp. pastora Sergiusza Waszkiewicza, potem wśród chrześcijan w Piątkowie k. Czarnolasu, Krośnie, Gorzowie Wielkopolskim, Rzeszowie i od 1994 roku ponownie w Gdańsku, miałem i mam przywilej regularnego usługiwania Słowem. Pierwsze kazanie wygłosiłem jako dziewiętnastoletni młodzieniec 12 września 1978 roku w gdańskiej kaplicy przy ul. Menonitów 2a i od tamtej chwili ten rodzaj posługi stał się najważniejszym zadaniem mojego życia. Formalne powołanie mnie do służby w Kościele nastąpiło 2 marca 1980 roku.

Jak mi się wiodło? Lecz o życiu moim mówić nie warto i nie przywiązuję do niego wagi, bylebym tylko dokonał biegu mego i służby, którą przyjąłem od Pana Jezusa, żeby składać świadectwo o ewangeli łaski Bożej [Dz 20,24]. W ciągu minionych czterdziestu lat nie odniosłem żadnego spektakularnego sukcesu. Z ludzkiego punktu widzenia jestem nieważny, ale z łaski Boga jestem tym, czym jestem, a łaska Jego okazana mi nie była daremna [1Ko 15,10]. Mam już za sobą lata młodzieńczych namiętności, zakładania rodziny, zdobywania mieszkania, wychowywania dzieci, tworzenia od podstaw paru zborów i organizowania dla nich miejsca zgromadzeń. Gdyby nie łaska Boża, to na każdym z powyższych etapów poniósłbym klęskę, bo nie jestem ani mądry, ani z natury nie jestem dobrym człowiekiem. Jestem więc dozgonnie wdzięczny mojemu Panu, Jezusowi Chrystusowi, że wspaniałomyślnie przebaczał mi moje grzechy, okazywał wyrozumiałość dla nieudolności moich poczynań, podtrzymywał mnie, gdy opadałem z sił i pozwalał mi nadal pracować w Jego Kościele. Jestem też wdzięczny mojej Gabrysi, że od czterdziestu lat wiernie mi towarzyszy będąc wspaniałą, odpowiednią dla mnie pomocą na wszystkich etapach naszego wspólnego życia i pracy.

Czy teraz nastawiam się na jakieś novum w służbie? Owszem, pragnę świeżej inspiracji Ducha Świętego w moim kaznodziejstwie, ale nie zamierzam głosić żadnej nowej ewangelii. Chciałbym niezmiennie - tak długo, jak tylko Bóg mi pozwoli - być sługą Słowa Bożego. Zarówno na miejscu, w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku, jak i wszędzie tam, gdzie zostanę zaproszony, chcę pamiętać, że Słowo Boże ma być wiernie głoszone. Zgodnie z myślą apostolską jedno mam przy tym w głowie: Zapominając o tym, co za mną i zdążając do tego, co przede mną, zmierzam do celu, do nagrody w górze, do której zostałem powołany przez Boga w Chrystusie Jezusie [Flp 3,13-14].

Ojcze, dziękuję i proszę o Twoją łaskę na następne lata.

18 maja, 2020

Skąd wiedzieć, co przeciwko nam knują?

Eli Cohen w swojej rezydencji w Damaszku
Rok 1963. Foto: Wikimedia
Pięćdziesiąt pięć lat temu, 18 maja 1965 roku w Damaszku, na oczach tysięcy widzów powieszono Eli Cohena, niezwykłego agenta Mosadu, którzy przez całe lata infiltrował najbardziej elitarne środowiska syryjskie i przekazywał Izraelowi mnóstwo cennych informacji politycznych, gospodarczych i wojskowych.

Pierwszy raz o Eli Cohenie usłyszałem w 2009 roku z ust przewodniczki Dvory Maor podczas wycieczki do Izraela. Już wtedy byłem pod wrażeniem przydatności tego człowieka dla władz Izraela. Syria od zawsze była wrogo nastawiona do Żydów, a po proklamacji państwa Izrael, jako jedno z państw arabskich starała się mu szkodzić na wszelkie możliwe sposoby. W tzw. "wojnie o wodę" o mały włos nie przekierowali na swoje terytorium źródeł Jordanu, tak aby przestał on zasilać Jezioro Galilejskie. Z umocnień zlokalizowanych na Wzgórzach Golan prowadzili też regularny ostrzał osiedli izraelskich. Dzięki Cohenowi raz po raz działania syryjskie kończyły się fiaskiem. Dlatego, gdy Syryjczycy w końcu odkryli kim Cohen jest naprawdę, zgładzili go pomimo dyplomatycznych i finansowych starań o jego uwolnienie.

Wspomnienie tego sławnego agenta Mosadu odświeża we mnie myśl o opisanej w Biblii niezwykłej działalności proroka Elizeusza. Gdy król Aramu prowadził wojnę z Izraelem, odbywał narady ze swoimi dowódcami i ustalał: W tym a tym miejscu zasadzimy sie na nich z naszym wojskiem. Wówczas mąż Boży słał do króla Izraela wiadomość: Strzeż się! Nie przechodź tamtędy. Tam zasadzili się Aramejczycy. Król Izraela sprawdzał miejsca wskazane przez męża Bożego i wielokrotnie zdołał uniknąć niebezpieczeństwa. Król Aramu był tym rozdrażniony. W końcu wezwał swoich doradców i zapytał: Czy nie możecie mi donieść, kto z naszych zdradza to wszystko królowi Izraela? Wtedy jeden z jego podwładnych wyjaśnił: Nikt, królu, mój panie. To prorok Elizeusz, który mieszka w Izraelu, donosi swojemu królowi nawet o tym, co mówisz u siebie w sypialni! [2Kr 6,8-12].

W odróżnieniu od Cohena, prorok Elizeusz posługiwał się nadprzyrodzoną wiedzą. Miał ją dzięki Duchowi Bożemu, który objawiał mu to, co było ściśle tajne. Podobnie nadnaturalnego poznania rzeczywistości udziela Bóg i dzisiaj ludziom napełnionym Duchem Świętym. W każdym zaś, dla wspólnej korzyści, w jakiś sposób przejawia się Duch. Jeden za Jego pośrednictwem otrzymuje słowo mądrości. Drugi w podobny sposób otrzymuje słowo poznania [1Ko 12,7-8]. Pełni Ducha chrześcijanie nie są zdani na swoją intuicję, ani na pastwę losu. W każdej chwili mogą skorzystać z objawienia Bożego, bo Duch przenika wszystko, nawet głębie Boga [1Ko 2,10]. Napełnieni Duchem Świętym potrafimy w porę zgasić każdy rozżarzony pocisk złego [Ef 6,16], jego intrygi są nam przecież znane [2Ko 2,11]. Jesteśmy jak król Izraela informowany przez proroka Elizeusza albo jak rząd izraelski korzystający z wywiadowczej działalności Eli Cohena.

Dlatego dbajcie o to, aby Duch mógł was stale napełniać [Ef 5,18] - wzywa Słowo Boże.

16 maja, 2020

Im bliżej, tym lepiej

Może to i prawda, że aby nie doznać jakiegoś uszczerbku na zdrowiu i życiu, należy w tych czasach zachować co najmniej dwumetrowy dystans między osobami. Zrozumiałe, że chorzy powinni być odizolowani od społeczeństwa. Tak samo ludziom zdrowym koniecznie trzeba unikać bliskiego kontaktu z osobami zarażonymi. Separacja wydaje się być zachowaniem jak najbardziej mądrym i zbawiennym. Im dalej od innych, tym lepiej. Tzw. "social distance" - to w tych dniach chyba najpopularniejsze hasło na świecie.

Zupełnie inaczej mają się sprawy w sferze duchowej relacji z Bogiem. Dziesięcioletnia dziewczynka z sąsiedztwa mojego znajomego mieszkającego w Kanadzie, wypisała na przydomowym chodniku: "Don't social distance from God", czyli po polsku - Nie separujcie się od Boga. Nie róbcie tego. Jeżeli chcemy żyć wiecznie, jeżeli chcemy zostać uratowani od wiecznej zguby, to koniecznie powinniśmy znaleźć się jak najbliżej Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Bo oto ci, którzy oddalają się od Ciebie, zginą [Ps 73,27]. Tak mówi Biblia. Wiedzą o tym nawet małe dzieci z Kanady.

Podstawowym czynnikiem oddalającym nas od Boga jest nasz grzech. Gdzie jesteś? [1Mo 3,9] - zawołał Pan Bóg do kryjącego się Adama, po tym jak zgrzeszył on przeciwko Bogu. Oto ręka Pana nie jest tak krótka, aby nie mogła pomóc, a Jego ucho nie jest tak przytępione, aby nie słyszeć. Lecz wasze winy są tym, co was odłączyło od waszego Boga, a wasze grzechy zasłoniły przed wami Jego oblicze, tak że nie słyszy [Iz 59,1-2]. Bliskość i społeczność z Bogiem możliwa jest wyłącznie na drodze opamiętania z grzechów i pojednania się z Nim poprzez ofiarę Syna Bożego, Jezusa Chrystusa.

Zbliżcie się do Boga, a zbliży sie do was [Jk 4,8] - nawołuje Słowo Boże. Najlepiej więc, i to bez żadnej 'maski' przybliżać się codziennie do naszego PANA. Bliżej, o bliżej wznieś mnie i tul do siebie, Chryste, przez radość i ból. Trzymaj mnie zawsze na sercu swym, Synu Człowieczy, i nocą, i dniem. Lubię i często śpiewam tę pieśń. Im bliżej, tym lepiej.

W czasach powszechnego zachowywania dystansu, moim szczęściem być blisko Boga [Ps 73,28]. A ty? Czy przypadkiem nie separujesz się od Boga?

15 maja, 2020

Czy podoba się nam niedziela w domu?

zabytkowy napis upamiętniający
leśne nabożeństwa
Latem 2012 roku, w trakcie wczasów zborowych w Wiśle, odwiedziliśmy tzw. "Leśny kościół na Równicy", czyli jedno z dziewięciu miejsc tajnych nabożeństw tamtejszych ewangelików w czasach prześladowań religijnych w drugiej połowie siedemnastego wieku. Ich pragnienie wspólnego spotkania wokół Słowa Bożego było tak wielkie, że narażając swe zdrowie i życie regularnie zgromadzali się wysoko w lesie.

Nasza wizyta w osławionym tymi nabożeństwami miejscu na Równicy przypomniała mi się na okoliczność organizowania plenerowych nabożeństw Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku. My też, nie godząc się na pozbawiające nas wspólnych spotkań rygory kolejnych rozporządzeń rządowych, postanowiliśmy poszukać nowego sposobu gromadzenia się całego zboru. I go znaleźliśmy. Domem modlitwy stał się dla nas rozległy ogród zborowy. Ustawiliśmy w nim czterometrowy krzyż, wiatę namiotową dla zespołu muzycznego oraz krzesła w dwumetrowych odstępach na trawie i tak urządziliśmy "letnią" kaplicę do odbywania niedzielnych nabożeństw. Miejsca w niej tyle, że w jak najlepszej zgodzie z przepisami zmieszczą się nie tylko wszyscy członkowie zboru z rodzinami, ale także chrześcijanie z innych wspólnot, które odwołały swoje nabożeństwa. Jedyną trudnością do pokonania jest tkwiące w nas umiłowanie komfortu i dbałość o własną skórę.

nasza grupa zborowa w leśnym kościele
Nie ma potrzeby rozpisywać się tutaj o wartości zgromadzenia ludu Bożego w jednym czasie i miejscu. Od zarania Kościoła uczniowie Jezusa odczuwali silną potrzebę wspólnych spotkań. A gdy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, byli wszyscy razem zgromadzeni w jednym miejscu [Dz 2,1]. Żadne inne formy nie są w stanie zastąpić nabożeństwa. Ucieszyłem się, gdy mi powiedzieli: Udamy się do domu Pana! [Ps 122,1]. Gdyż lepszy jest dzień w Twych przedsionkach niż tysiąc na moich włościach! [Ps 84,11] - wołał natchniony psalmista. Trzeba nam pamiętać, że komuś bardzo zależy na tym, aby oddzielić nas od wspólnoty z innymi wierzącymi. W obecnych okolicznościach udało mu się wkręcić nam w głowę, że pozostając w domu jesteśmy bezpieczni, a biorąc udział w nabożeństwie bylibyśmy w niebezpieczeństwie. Nie tak nauczyłem się Chrystusa.

Mając taki ogląd sprawy ani na jedną niedzielę nie zrezygnowałem z organizowania nabożeństw. Znam swoje powinności. Jedną z nich jest zapewnienie braciom i siostrom możliwości udziału w zgromadzeniach zboru. W kolejne niedziele śpiewaliśmy więc, modliliśmy się i głosiliśmy Słowo Boże tak, jakby nasza kaplica była wypełniona po brzegi, podczas gdy faktycznie była niemal zupełnie pusta. Szybko jednak stało się nam jasne, że transmisje "on-line" po niedługim czasie źle wpłyną na morale zboru. Nie czekając więc ani chwili dłużej z początkiem maja powróciliśmy do zgromadzeń niedzielnych, dostępnych dla wszystkich.

Audytorium leśnego kościoła na Równicy
Znakomita część członków naszego zboru po kilku tygodniach absencji skwapliwie i z radością skorzystała z możliwości udziału w nabożeństwach. Cieszymy się, że znowu dane nam jest wspólnie wielbić Boga i karmić się Słowem Bożym. Nieważne, że robimy to w ogrodzie i pod gołym niebem. Wierzący w "leśnym kościele" na Równicy też każdej niedzieli mierzyli się z szeregiem niedogodności. Nabożeństwo ma dla nas tak wielką wartość, że gotowi jesteśmy znieść każdą niewygodę. Będziemy w naszej plenerowej kaplicy wielbić Boga nawet wtedy, gdy będzie lało i wiało...

Czy jednak wszyscy tak samo myślimy?  Czy w najbliższą niedzielę już pojawimy się na nabożeństwie? Kolejne zgromadzenia bez żadnych ograniczeń liczbowych pokażą to jak na dłoni. Niektórym i przed okresem tzw. pandemii z łatwością zdarzało się podpadać pod wezwanie apostolskie: Nie opuszczajmy przy tym wspólnych spotkań, co jest u niektórych w zwyczaju [Hbr 10,25]. Tacy rygory antywirusowe nakazujące pozostawanie w domu powitali wręcz z radością. Próba odosobnienia, o której niedawno pisałem, okazała się dla nich duchową pułapką.

nasza kaplica plenerowa
Nasz zbór znalazł sposób na to, aby już dłużej w niedzielę nie siedzieć w domu. Wszyscy członkowie i przyjaciele Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE mogą wraz z rodzinami uczestniczyć w nabożeństwie. Każdy z nas za natchnionymi słowami psalmisty może dziś powiedzieć PANU: Wysławiać Cię będę w wielkim zgromadzeniu, wobec licznego ludu chwalić Cię będę [Ps 35,18]. Zapraszamy!

15 kwietnia, 2020

Przyjdę znowu

W tych dniach, jak nigdy wcześniej, brzmią mi w głowie słowa Jezusa: A gdy pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem [J 14,3]. Czy jestem na to gotowy?

Na tę okoliczność odświeżam trzy filmy, które w czasach mojej posługi w Gorzowie Wielkopolskim otrzymałem na kasetach VHS od przyjaciela z Niemiec. Przetłumaczyliśmy je na język polski w profesjonalnym studiu tłumaczeń. Trzeba przyznać, że dla wielu z nas stały się one przyczynkiem do uporządkowania relacji z Jezusem i utrzymywania się w gotowości na Jego powrót. Dokładnie te 'oryginały' polskiej wersji, teraz już w formacie cyfrowym, zamieściłem ostatnio na kanale Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE, na YouTube.

1. Złodziej w Nocy (tytuł oryg. A Thief in the Night) prod. Mark IV Pictures, 1972, 69 min

2. Odległy Grzmot (tytuł oryg. A Distant Thunder) prod. Mark IV Pictures, 1978, 79 min

3. Wizja Bestii (tytuł oryg. Image of the Beast) prod. Mark IV Pictures 1980, 94 min.

Chociaż, jak widać, najnowszy z tych filmów ma już 40 lat, to jednak ich przesłanie wciąż pozostaje aktualne. Objawienie św. Jana, najpóźniej napisana księga Biblii, ma już około 1925 lat, a jednak jest bardziej aktualna niż dzisiejsze wydanie gazety, bo mówi o tym, co wciąż jest przed nami. Biblia jednoznacznie i wielokrotnie zapowiada nagły powrót Syna Bożego, Jezusa Chrystusa na ziemię.

W obliczu tego, co nieuchronnie się zbliża, nie ośmielam się wymądrzać ani niczego uszczegółowiać. Nie przejdą mi też przez usta żadne słowa pocieszania i uspokajania, że wszystko znowu na tym świecie będzie dobrze. Z całą mocą natomiast przywołuję natchnione słowa Pisma Świętego:

Przede wszystkim wiedzcie, że w dniach ostatecznych pojawią się szydercy, zainteresowani zaspokajaniem własnych zachcianek. Będą oni drwić: No i co z obietnicą Jego przyjścia?! Jakoś, odkąd zasnęli ojcowie, wszystko trwa tak, jak od początku stworzenia. 

Ludzie ci jednak nie chcą wziąć pod uwagę dawnych dziejów ziemi oraz nieba. Otóż ziemia powstała na Słowo Boga z wody i przez wodę. Przez nie ówczesny świat - zalany wodą - zginął. Za sprawą tego samego Słowa teraźniejsze niebo i ziemia zachowane są dla ognia, który pochłonie je w dniu sądu i zagłady bezbożnych ludzi.

To jedno, kochani, miejcie na uwadze: U Pana jeden dzień jest jak tysiąc lat i tysiąc lat jak jeden dzień. Pan nie zwleka z dotrzymaniem obietnicy, choć niektórzy uważają, że zwleka. Tymczasem On po prostu okazuje cierpliwość względem was. On nie chce, aby ktoś zginął. Przeciwnie, chce, aby wszyscy się opamiętali.

Dzień Pana nadejdzie jak złodziej. Wtedy niebo z trzaskiem przeminie, podstawy świata stopnieją w ogniu, ziemia odpowie za swoje działania i człowiek zda sprawę ze swoich dokonań. 
Skoro w taki sposób to wszystko ma ulec zniszczeniu, to jak święcie i pobożnie wy sami powinniście postępować na co dzień? Mówię do was, oczekujących, a nawet pragnących przyśpieszyć nastanie dnia Bożego, w którym niebo zginie w ogniu i żar stopi podstawy świata. Bo przecież oczekujemy - zgodnie z obietnicą - nowego nieba i nowej ziemi, w których na stałe zamieszka sprawiedliwość.

Dlatego, kochani, w oczekiwaniu tych wydarzeń postarajcie się, aby On mógł was zastać pełnych pokoju, niesplamionych i nienagannych. Cierpliwość naszego Pana uważajcie za zbawienie [2Pt 3,3-15].

10 kwietnia, 2020

Zwróć się ku Nadchodzącemu!

W jakim punkcie na osi naszego ziemskiego życia się znajdujemy? Czy mamy jeszcze dużo czasu? Czy możemy zwlekać? Odkładać ważne sprawy na potem? Zazwyczaj tak robimy, ale są sytuacje, że koniecznie trzeba rozpoznać wagę danej chwili i natychmiast podjąć decyzję. Coś takiego zdarzyło się pewnej kobiecie mieszkającej w biblijnym mieście Jerycho.

Potem Jozue, syn Nuna, wysłał z Szitim, potajemnie, dwóch zwiadowców: Idźcie — polecił im — i obejrzyjcie tę ziemię oraz Jerycho. Zwiadowcy ruszyli w drogę i przybyli do domu pewnej kobiety. Miała ona na imię Rachab, a trudniła się nierządem. U niej zatrzymali się na noc. Królowi Jerycha doniesiono jednak: Na tę noc przyszli tu na przeszpiegi jacyś mężczyźni z Izraela. Król Jerycha wysłał zatem do Rachab gońców z poleceniem: Wyprowadź tych mężczyzn, którzy przyszli do ciebie, do twojego domu. Przybyli oni na przeszpiegi do tej ziemi.

Rachab jednak ukryła obu mężczyzn i powiedziała: Tak, przyszli do mnie mężczyźni, o których mówicie. Nie wiedziałam, skąd są. Jednak z nastaniem ciemności, gdy miano zamknąć bramę miasta, mężczyźni ci wyszli. Nie wiem, dokąd się udali. Ruszajcie za nimi czym prędzej, na pewno ich dogonicie. Sama zaś zaprowadziła ich na dach i ukryła pod łodygami lnu, które tam rozłożyła. Gońcy zatem ruszyli za zwiadowcami w pogoń drogą prowadzącą do brodów Jordanu, a zaraz po ich wyjściu bramy miasta zamknięto.

Tymczasem do zwiadowców, zanim ułożyli się do snu, wyszła na dach Rachab i powiedziała: Wiem, że PAN wydał wam tę ziemię, dlatego że padł na nas strach przed wami. Na wieść o was mieszkańcy tej ziemi truchleją. Słyszeliśmy bowiem, że gdy wychodziliście z Egiptu, PAN wysuszył przed wami wodę Morza Czerwonego. Wiemy też, co uczyniliście dwóm królom amoryckim po tamtej stronie Jordanu, Sychonowi i Ogowi, których obłożyliście klątwą. Gdy o tym usłyszeliśmy, struchlały nasze serca i straciliśmy całą odwagę do walki z wami, ponieważ PAN, wasz Bóg, jest Bogiem na niebie, w górze, i na ziemi, w dole. Ale ponieważ okazałam wam łaskę, przysięgnijcie mi, proszę, na PANA, że wy też okażecie łaskę domowi mojego ojca. Potwierdźcie mi też jakimś znakiem, że pozostawicie przy życiu mojego ojca i matkę, moich braci i siostry, i wszystkich, którzy do nich należą — że ocalicie nas od śmierci.

Zwiadowcy przyrzekli jej to: Ręczymy za was naszym życiem — jeśli nas nie zdradzicie. Gdy więc PAN wyda nam tę ziemię, to dochowamy ci wierności i okażemy ci łaskę.  Po tych słowach Rachab spuściła ich na sznurze przez okno, gdyż jej dom wbudowany był w mur miasta; tam właśnie, w murze miasta, mieszkała. Poradziła im też: Idźcie najpierw w góry, aby nie natknęli się na was gońcy. Ukrywajcie się tam przez trzy dni, dopóki gońcy nie wrócą, a potem ruszajcie w drogę

Zwiadowcy powiedzieli do niej jeszcze: Ustalmy, że w ten sposób spełnimy przysięgę, którą nas związałaś.  Otóż, gdy wejdziemy do tej ziemi, to przywiążesz do okna, z którego nas spuściłaś, tę wstęgę ze szkarłatnej nici. Swoich bliskich: ojca, matkę, braci — całą rodzinę ojca — zbierzesz u siebie w domu.  Każdy, kto wyjdzie na zewnątrz poza drzwi twojego domu, sam sobie będzie winien, że przelano jego krew, my będziemy czyści. Jeśli jednak ktoś skrzywdzi kogokolwiek z zebranych w twoim domu, za to my odpowiemy.  Ponadto, jeśli nas zdradzisz, to będziemy wolni od przysięgi, którą nas związałaś. Niech będzie, jak mówicie — zgodziła się Rachab. Po czym wyprawiła ich i poszli. Ona zaś przywiązała do okna szkarłatną wstęgę [Jz 2,1-21].

Jerycho to prawdopodobnie najstarsze, zamieszkałe miasto świata. Znajduje się około 270 metrów poniżej poziomu morza i jest najniżej położoną miejscowością na świecie. W czasach Jozuego było obwarowane grubym, 3,5 metrowym murem i zajmowało około 2,5 hektara powierzchni. Pomimo wszystkich cech zapewniających "pokój i bezpieczeństwo" jego mieszkańcom, Jerycho zawiodło. Dlaczego? Bo Bóg postanowił położyć kres temu miastu. Z powodu niegodziwości tych narodów PAN, twój Bóg, wypędza je przed tobą…[5Mo 9,5] – obwieścił Mojżesz. Właśnie dlatego tak świetnie obwarowane miasto okazało się miejscem niepewnym.

A czy dzisiejszy świat jest pewnym miejscem? Może i  niektórzy z nas tak o świecie myślą, lecz w Biblii czytamy: Gdy będą mówić: Pokój i bezpieczeństwo, wtedy – niczym bóle na rodzącą kobietę – przyjdzie na nich nagła zguba i nie umkną [1Tm 5,3]. Zjednoczony i obwarowany rozmaitymi sojuszami świat okazuje się jednak kruchy. Dobrze to nam ilustruje obecna epidemia koronawirusa. Wystarczyło zaledwie parę tygodni i wszystko się w nim chwieje.

Ludzie w Jerycho mieli świadomość, że ich świat się kończył. Wiem, że PAN wydał wam tę ziemię, dlatego że padł na nas strach przed wami – wyznała Rachab. Gdy o tym usłyszeliśmy, struchlały nasze serca i straciliśmy całą odwagę do walki z wami. Wszystkich ogarnął paraliżujący strach. Czy obawa mieszkańców Jerycha rzeczywiście była uzasadniona? Biblia mówi, że Jerycho było szczelnie zamknięte z powodu synów Izraela, nikt z niego nie wychodził i nikt do niego nie wchodził [Jz 6,1]. Chociaż wszyscy w nim, podobnie jak dzisiaj, siedzieli w domu, to jednak nie byli bezpieczni. Nad Kanaanem wisiał bowiem sąd Boży. Sam Bóg zajął się upadkiem Jerycha i nic nie mogło tego powstrzymać. Izraelici, jako wykonawcy wyroku Bożego, działali według ustalonego przez Boga scenariusza. Siedmiu kapłanów zadęło w siedem trąb, a siódmego dnia zrobili tak siedem razy!  I jak czytamy: Przez wiarę runęły mury Jerycha, okrążane przez siedem dni [Hbr 11,30].

Zanim to nastąpiło, ludzie się bali. Dzisiejszy świat też ogarnęła pandemia strachu. Pełno w nas obaw o własne życie, o bliskich, o ekonomię, o przyszłość itd. Wielu tak mówi i się lęka, że zbliża się koniec świata. Tak jest. Nadchodzi sąd Boży! Pan bowiem idzie sądzić ziemię! On będzie sądził świat sprawiedliwie i ludy zgodnie z tym, co słuszne [Ps 98,9]. Niech zadrżą ludy! [Ps 99,1] – przeczytałem wczoraj w Biblii. Koronawirus to zaledwie delikatny przedsmak okropności, z jakimi musi się liczyć obecny świat. Nadciąga susza i wynikający z niej głód. Siedem trąb z ósmego rozdziału Księgi Objawienia staną się taką samą rzeczywistością, jak trąbienie siedmiu trąb pod murami Jerycho. Kolejne plagi sądu Bożego ogarną wszystkich mieszkańców ziemi. Chyba, że ktoś w porę się zreflektuje i sercem zwróci się ku Nadchodzącemu!

Za przykład takiej osoby służy nam Rachab, która w porę i z wiarą opowiedziała się po stronie ludu Bożego. Przez wiarę nie zginęła nierządnica Rachab wraz z nieposłusznymi, bo przyjęła przyjaźnie wywiadowców [Hbr 11,31]. Rachab odwróciła się sercem od tego, w czym była. Czy przyszło jej to łatwo? Była przecież osadzona w realiach tamtego społeczeństwa. Winna była jakąś lojalność wobec miejscowej władzy. Miała z pewnością jakieś plany życiowe i konkretne prace domowe do wykonania, bo na przykład na dachu suszyła łodygi lnu. A jednak nie bacząc na to wszystko, ta kobieta zwróciła się ku temu, co nadchodziło! Postanowiła zawrzeć z Izraelitami swoisty układ. Ale ponieważ okazałam wam łaskę, przysięgnijcie mi, proszę, na PANA, że wy też okażecie łaskę domowi mojego ojca. Potwierdźcie mi też jakimś znakiem,  że pozostawicie przy życiu mojego ojca i matkę, moich braci i siostry, i wszystkich, którzy do nich należą — że ocalicie nas od śmierci [Jz 2,12-13]. I otrzymała znak gwarantujący jej bezpieczeństwo na czas upadku Jerycha. Była nim szkarłatna wstęga. Ta sama, po której zwiadowcy bezpiecznie opuścili jej mieszkanie. Historyk żydowski Flawiusz napisał nawet, że były to czerwone płachty.

Zwróćmy uwagę na to, że Rachab od razu oznakowała swój dom tym czerwonym sznurem. Ona rzekła: Jak powiedzieliście, tak będzie. Wypuściła ich tedy, a oni poszli. Ona zaś przywiązała czerwony sznur do okna [Jz 2,21]. Był on świadectwem jej wiary. Użyjmy wyobraźni. Czerwona wstęga powiewająca przy jej oknie mogła intrygować sąsiadów i znajomych. A dlaczego? A w jakim celu? A co to znaczy? Rachab mogła być z powodu tego oznakowania posądzana o niestworzone rzeczy. Ale ona już nie dbała o to, co powiedzą ludzie z Jerycha. Przez wiarę przestawiła się z teraźniejszości na przyszłość! Dodajmy, że Rachab nie była ideałem. Była mieszkanką najstarszego miasta i miała do czynienia z najstarszym zawodem świata. Bez zająknięcia potrafiła kłamać i w swoich poczynaniach raczej nie była bezinteresowna. "Coś za coś" – taką chyba dewizą kierowała się w życiu. Widząc, co się święci, czym prędzej obrała jednak właściwy kurs i wcale już tego nie zamierzała ukrywać.

Biblia mówi, że wiara Rachab została połączona z konkretnymi czynami. Dzięki temu przeżyła. Dzięki wierze Rachab, prostytutka, nie zginęła razem z niewiernymi [Hbr 11,31]. W podobny sposób i Rahab, nierządnica, czyż nie z uczynków została usprawiedliwiona, gdy przyjęła posłów i wypuściła ich inną drogą? [Jk 2,25]. Mało tego, Rachab została uratowana razem ze swoimi najbliższymi. Nierządnicę Rachab, dom jej ojca i wszystko, co należało do niej, Jozue zachował przy życiu. Mieszka ona w Izraelu do dnia dzisiejszego [Jz 6,25]. Jak długo ten czerwony sznur wisiał przy oknie Rachab, zanim spełnił swą funkcję? W międzyczasie Izrael przeprawił się przez Jordan. Powstał obóz w Gilgal. Obrzezano wszystkich mężczyzn. Ustała manna i Izraelici przeszli na odżywianie się plonami Kanaanu. Trochę to więc jeszcze trwało. Niemniej o mieszkańcach Kanaanu czytamy, że struchlało ich serce i stracili całą odwagę wobec synów Izraela [Jz 5,1], a na tym tle powiewała szkarłatna wstęga wiary Rachab.

Spójrzmy teraz, co Biblia mówi o przyszłości całego świata. Niebo i ziemia przeminą… [Mt 24,35]. Przemija bowiem kształt tego świata [1Ko 7,31]. Ziemia i dzieła ludzkie na niej spłoną [2Pt 3,10]. Świat przemija wraz z pożądliwością swoją, ale kto pełni wolę Boża trwa na wieki [1J 2,17]. Słuszny więc jest strach przed nadchodzącym gniewem i sądem Bożym. Bliski jest wielki dzień Pana, bliski i bardzo szybko nadchodzi. Słuchaj! Dzień Pana jest gorzki! Wtedy nawet i bohater będzie krzyczał. Dzień ów jest dniem gniewu, dniem ucisku i utrapienia, dniem huku i hałasu, dniem ciemności i mroku, dniem obłoków i gęstych chmur, dniem trąby i okrzyku wojennego przeciwko miastom obronnym i przeciwko basztom wysokim.

Wtedy ześlę strach na ludzi, tak iż chodzić będą jak ślepi, gdyż zgrzeszyli przeciwko Panu. Ich krew będzie rozbryzgana niby proch, a ich wnętrzności rozrzucone niby błoto. Ani ich srebro, ani ich złoto nie będzie mogło ich wyratować w dniu gniewu Pana, bo ogień gniewu Pana pochłonie całą ziemię. Doprawdy, koniec straszną zagładę zgotuje wszystkim mieszkańcom ziemi [Sof 1,14-18].

Biblia wyraźnie zapowiada powtórne przyjście Jezusa Chrystusa. Chrystus Pan nadchodzi, by zachować tych, którzy w Niego uwierzyli i jednocześnie osądzić bezbożny świat. Ten świat się kończy. Dlatego w porę trzeba nam skierować się ku pewnej przyszłości. Ratujcie się spośród tego pokolenia przeklętego [Dz 2,40]. – wzywa Słowo Boże. Uratować się można tylko przez wiarę w Jezusa Chrystusa.  Do Niego należy przyszłość! Trzeba czym prędzej wejść w przymierze z Nim, dzięki któremu jesteśmy usprawiedliwieni i pojednani z Bogiem. Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny, kto zaś nie słucha Syna, nie ujrzy żywota, lecz gniew Boży ciąży na nim [J 3,36]. Czy to co mówimy, jest zrozumiałe?

Znakiem Nowego Przymierza jest krew Jezusa Chrystusa, jako Baranka Bożego. Ona zmywa grzechy i usprawiedliwia nas w oczach Bożych. A krew ta będzie dla was znakiem na domach, gdzie będziecie. Gdy ujrzę krew, ominę was, i nie dotknie was zgubna plaga, gdy uderzę ziemię egipską [2Mo 12,13] – zapowiedział Bóg Izraelitom w Egipcie. Trzeba osobiście uwierzyć w skuteczność krwi Jezusa i tę wiarę wyznać przed światem.  Nieważne, jak wiele złego zrobiliśmy.  Nieważne, jak bardzo jesteśmy lubiani w społeczeństwie. Nieważne jakie szanse na przeżycie dają nam ludzie. Przestańmy liczyć na ten świat i zwiążmy się z Jezusem Chrystusem. Całym sercem zwróćmy się ku Nadchodzącemu!  Ukryjmy się w miejscu oznakowanym krwią Baranka Bożego.

Jest tylko jeden pewny sposób na życie wieczne! Jak Izraelici w Egipcie – aby przeżyć przejście anioła śmierci – musieli oznakować swoje domostwa krwią baranka paschalnego. Jak Rachab, aby przeżyć, musiała oznakować swój dom szkarłatną wstęgą. Tak i my oznakujmy siebie i swój dom krwią Jezusa! W ten sposób wyznajmy Panu, że już do Niego należymy. A światu zaśpiewajmy prosto w oczy: Z marnością swoją odstąp świecie. Już twoją służbę rzucam dziś. Mnie Jezus krwią swą kupił przecie. O, ja chcę, o, ja chcę za Nim iść.

04 kwietnia, 2020

Próba odosobnienia

Codziennie ostatnio słyszymy, że potrzebujemy testów, że za mało się ich przeprowadza. Najlepiej, żeby można było zrobić je każdemu, bo powinniśmy wiedzieć, kto jest zdrowy, a kto nie...

W sferze życia duchowego również potrzebne są różne testy. Trzeba sprawdzać stan zdrowia naszej duszy. Niektóre z tych badań możemy przeprowadzić sami, inne zaś robią nam ludzie albo sam Bóg. Poddawajcie samych siebie próbie: Czy trwacie w wierze? Doświadczajcie siebie: Czy dostrzegacie u siebie to, że Jezus Chrystus jest w was? Jeśli nie, to może rzeczywiście nie przeszliście próby [2Ko 13,5].

Zdaje się to oczywiste, że powszechnie w tych dniach zostaliśmy poddani próbie zwanej odosobnieniem. To dobrze dla nas, czy źle? Biblia mówi, że jak najbardziej jest to dla nas dobre. Drodzy bracia, za najwyższą radość uważajcie te chwile, gdy jesteście poddawani przeróżnym próbom [Jk 1,2]. Szczęśliwy człowiek, który przechodzi przez próbę, bo gdy zostanie wypróbowany, otrzyma wieniec życia, który Bóg obiecał tym, którzy Go kochają [Jk 1,12].

Co nam daje test odosobnienia? Na jakie pytania taka próba już dziś odpowiada i jaki będzie jej wynik końcowy? Po pierwsze, odosobnienie ujawnia nasz rzeczywisty związek z Jezusem Chrystusem. Czy naprawdę Go kochamy i radujemy się z przebywania z Nim sam na sam? Co nas z Panem Jezusem łączy? Coś osobistego, czy może jesteśmy przy Bogu tylko poprzez relacje z Jego ludźmi, bez których od razu czujemy się samotni i nieszczęśliwi? Zilustrujmy to relacją małżeńską. Są małżonkowie, którzy zdają się dość dobrze funkcjonować w swoim związku gdy są w towarzystwie innych osób. Gdy natomiast ze swoim współmałżonkiem zostają sam na sam, zaczynają czuć się jakoś nieswojo. Dzwonią więc szybko po kogoś, zapraszają do siebie albo się do kogoś wpraszają, aby tylko nie być sam na sam z żoną lub mężem. Abstrahując tu od zalecanej przez Biblię gościnności, można by stwierdzić, że tacy małżonkowie nie mają ze sobą zdrowej i bliskiej relacji.

Weźmy za przykład bohaterów biblijnych. Święci z czasów zarówno Starego jak i Nowego Przymierza oddzielali się od ludzi, aby być sam na sam z Bogiem. Mojżesz, Dawid, prawdziwi prorocy Pana, Jan Chrzciciel - wszyscy często przebywali w odosobnieniu i w tym czasie doznawali duchowego oświecenia. Otrzymywali Słowo od Pana, nabierali jasności co do woli Bożej, a nade wszystko, cieszyli się społecznością z Bogiem. Można wręcz powiedzieć, że bez tego odosobnienia nie byliby w stanie pełnić służby Bożej. Najdobitniejszym przykładem świeci nam w tym sam Jezus. Nasz Pan miał zwyczaj usuwania się gdzieś na ubocze, aby być sam na sam z Ojcem [zob. Mt 14,23; J 6,15].

Jedną z podstawowych form trwania w osobistej relacji z Bogiem jest modlitwa. Jaka? Publiczna? Owszem, czasem trzeba pomodlić się też na oczach innych. Bywało, że i Jezus tak zrobił. Ale z zasady nie powinniśmy modlić się w Internecie, do kamery, żeby wszyscy nas w trakcie modlitwy oglądali. Również gdy się modlisz, nie bądź jak obłudnicy. Ci bowiem lubią się modlić w synagogach i na rogach głównych ulic, aby się pokazać ludziom. Zapewniam was, odbierają swą całą zapłatę. Ty natomiast, gdy pragniesz się modlić, wybierz zaciszne miejsce, zamknij za sobą drzwi i módl się do swego Ojca, który jest w ukryciu, a twój Ojciec, który widzi również to, co ukryte, odpłaci tobie [Mt 6,5-6].

Czas odosobnienia to bardzo ważna próba. Możemy się przekonać na ile rzeczywiście wystarczy nam sam Chrystus, jak to nieraz pięknie śpiewaliśmy w zgromadzeniu. Poprzez swoje zachowanie w odosobnieniu mówimy Panu Jezusowi znacznie więcej o sobie, niż poprzez kwiecistą modlitwę na nabożeństwie. Po miesiącach, a może i latach euforycznych zachwytów publicznych, możemy wreszcie się przekonać, czy stoimy na własnych nogach. Teraz się okaże, czy aby nie żyliśmy jedynie jakąś wiarą zbiorową. Czy nie radowaliśmy się  radością swego pastora i przyjaciół ze zboru, bez których wszystko to zaczyna w nas teraz wygasać. To jest test, który pokaże na ile potrafimy trwać przy Panu bez żadnego "onlajna" i scenicznego "łorszipu", a tylko z Biblią w czterech ścianach.

Po drugie, dzięki próbie odosobnienia zobaczymy, na ile rzeczywiście jesteśmy związani ze swoim zborem. Czy ciągnie nas do naszych rodzimych braci, którzy od lat karmią nas Słowem Bożym, czy jak pies spuszczony z łańcucha biegamy "w te i we wte" po Internecie, łapiąc gdzie popadnie różne kąski z nieznanych bliżej stołów? Czy przywódcy naszego zboru mogą być spokojni o nasze poczucie odpowiedzialności za zbór, czy już powinni zacząć przypominać nam numer zborowego rachunku bankowego? Czy po wznowieniu nabożeństw natychmiast i czym prędzej powrócimy do swego domu duchowego, czy może zakosztowawszy w międzyczasie obcych smaczków, zaczniemy włóczyć się po okolicznych barach i klubach duchowych?

Parę dni temu rozmawiałem z człowiekiem, który niespodziewanie trafił do więzienia. Zaskoczył mnie, bo powiedział o swojej żonie, że samotna może i trochę poczeka na niego, może i odwiedzi go parę razy, ale nie wytrwa w ich związku. Poszuka sobie kogoś innego. Smutne przypuszczenie, prawda? Jakimi członkami zboru my się okażemy w odosobnieniu? Jak przejdziemy ten niespodziewany test? Czy umocnimy się w naszym przywiązaniu do społeczności świętych, czy - nie daj Boże - rozluźni się nasz związek ze zborem? Niektórzy i przed tą próbą potrafili opuszczać wspólne zgromadzenia, lekceważąc Słowo Boże, które mówi: Nie opuszczajmy przy tym wspólnych spotkań, co jest u niektórych w zwyczaju [Hbr 10,25].

Apostoł Piotr po cudownym uwolnieniu z więzienia od razu poszedł tam, gdzie gromadził się zbór. Bardzo ciągnęło go do społeczności świętych. Niechby takie pragnienie Pan zobaczył i w nas. I niech to stanie się jasne czym prędzej, bo może to odosobnienie już będzie trwać aż do pochwycenia Kościoła. Możliwe, że najbliższe pełne zgromadzenie ludu Bożego nastąpi już na obłokach. Stęsknieni za braćmi i siostrami, a jednocześnie w pogłębionej osobistej więzi z naszym Panem, Jezusem Chrystusem, odlecimy na niebiańskie nabożeństwo, aby razem wielbić Boga i karmić się Słowem Bożym. To będzie świadczyć, że dobrze przeszliśmy przez próbę odosobnienia.

Co do większości braci i sióstr w Chrystusie, dotychczasowych uczestników nabożeństw, jestem spokojny. Nie potrzeba ich "doładowywać" ciągłym telefonowaniem do nich, urządzaniem z nimi videospotkań ani organizowaniem im nabożeństw "on-line". Ta próba to dla nich błogosławieństwo, bo mają doskonały czas, by się sprawdzić. Dlaczego moje serce drży, gdy myślę o niektórych..?

03 kwietnia, 2020

Bez Abrahama czeka cię bankructwo

Świat, na który postawił Lot wkrótce musiał się skończyć, ponieważ wszelki przejaw bezbożności i niesprawiedliwości ludzi, którzy nieprawością tłumią prawdę, spotyka się z gniewem nieba [Rz 1,18]. Natomiast Abraham z wiarą mógł marzyć o przyszłości swoich domowników zaludniających ziemię, którą przemierzał. Miał od Boga obietnicę niekończącego się błogosławieństwa. Abraham w tym rozważaniu uosabia Chrystusa Pana i Jego zbór. Lot obrazuje każdego z nas, gdy flirtujemy ze światem, a czasem nawet zupełnie opuszczamy społeczność świętych, by żyć po swojemu.

Niedługo po tym, jak Abraham uratował Lota, a ten z powrotem zamieszkał w Sodomie, nadszedł czas ostatecznego wylania gniewu Bożego na to miasto. Bóg posłał aniołów, aby zniszczyli Sodomę i Gomorę oraz całą tamtejszą okolicę. Lot znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Biblia mówi, że Abraham wstawił się wtedy za Lotem i wyjednał mu u Boga ocalenie. Gdy Bóg niszczył miasta tego okręgu, wspomniał na Abrahama. Kiedy kładł kres miastom, w których mieszkał Lot, jego samego uchronił od zagłady [1Mo 19,29].

Lot w czasie zagłady Sodomy wprawdzie przeżył, ale poza tym wszystko stracił. Przepadł cały dorobek jego życia. Zaręczone córki Lota nie doczekały się nawet ślubu ze swoimi narzeczonymi, bo oni, lekceważąc możliwość ratunku, zginęli w Sodomie. Niedługo potem obydwie z kazirodczych stosunków z ojcem urodziły synów, którymi też nie można było się pochwalić. Wspomnijcie żonę Lota [Łk 17,32] - poradził nam Jezus, bo ta z kolei z powodu nieposłuszeństwa Bogu zamieniła się w słup soli. Tymczasem trwający w wierze i posłuszeństwie Bogu Abraham wraz ze swoją żoną i całym domem cieszyli się spełnionymi obietnicami Bożymi.

Biblia mówi: Nie kochajcie świata ani tego, co go napędza. Kto darzy miłością świat, nie ma w nim miłości Ojca. Bo to wszystko, co steruje światem: żądze ciała, żądze oczu oraz pycha życia, nie pochodzi od Ojca. To należy do świata. Świat natomiast przemija, a wraz z nim jego żądze. Ten zaś, kto pełni wolę Boga, trwa na wieki [1J 2,15-17]. Biblijny zbór jest ustanowionym przez Boga miejscem duchowej obróbki, wzrostu i testowania nas, czy naprawdę staliśmy się podobni do Jezusa. A tak, sądzeni przez Pana, jesteśmy karceni, aby wraz ze światem nie doznać potępienia [1Ko 11,32]. Odchodząc od zboru zrywamy ten zbawienny proces. Jesteśmy jak głupi student, który przed sesją porzucił studia i cieszy się, że nie musi jak inni martwić się o egzaminy.

Opuszczając Abrahama ani sam Lot, ani jego żona i dzieci, nie zbudowali sobie trwałego szczęścia. Lot stał się materialnym i moralnym bankrutem. A ty? Myślisz, że z tobą będzie inaczej? Opuszczając drogę Pańską, lekceważąc to, co obiecałeś Bogu przyjmując chrzest, gardząc społecznością zboru Chrystusowego narażasz się na ostateczne i całkowite fiasko. Dlatego prosimy: Czym prędzej wracaj! Wracaj do społeczności z Bogiem i Jego ludem. Wszystkich, którzy odeszli od społeczności zboru Pańskiego w miejsce Chrystusa błagamy; Pojednajcie się z Bogiem [2Ko 5,20].

02 kwietnia, 2020

Wciąż możesz na Abrahama liczyć

Rozstanie z Abrahamem i coraz bliższe związki Lota z Sodomą okazały się dla niego bardzo zgubne. Władcy okolicznych krain prowadzili działania wojenne, w które bez sukcesu zaangażowała się również Sodoma. Dolina Syddim zaś usiana była dołami wypełnionymi smołą. W czasie ucieczki królowie Sodomy i Gomory ugrzęźli w nich,  pozostali zaś schronili się w górach. Najeźdźcy natomiast zabrali cały dobytek Sodomy i Gomory oraz wszystkie zgromadzone w miastach zapasy żywności i odeszli. Uprowadzili przy tym Lota, bratanka Abrama, ze wszystkim, co posiadał, ponieważ mieszkał on w Sodomie [1Mo 14,10-12].

W towarzystwie bezbożnych trudno jest zbudować trwałą pomyślność. Rzeczywiście stawiasz ich na śliskim gruncie, strącasz w szczęki potrzasku; jedna chwila i ich stan może budzić grozę, mogą dojść do kresu, zginąć w przerażeniu... [Ps 73,18-20]. Tak właśnie, w jednej chwili, zawaliło się szczęście Lota w Sodomie. Krucha jest też pomyślność chrześcijanina nawiązującego przyjaźń ze światem za cenę odejścia od społeczności ludu Bożego. Nie można ot, tak, odwrócić się od Boga, wzgardzić Jego zborem, a następnie żyć sobie długo i szczęśliwie. Od czterech dekad obserwuję to zjawisko. Każdy Lot opuszczający wspólnotę Abrahama naraża się na poważne tarapaty i ostateczne fiasko.

Co zrobił Abraham, gdy usłyszał o nieszczęściu Lota? Na wieść o uprowadzeniu brata Abram uzbroił trzystu osiemnastu służących, mężczyzn wypróbowanych, urodzonych w jego domu, i ruszył w pościg aż po Dan. Tam pod osłoną nocy podzielił swój zastęp między siebie i służących - i uderzył na najeźdźców. Odniósł nad nimi zwycięstwo i ścigał ich aż po Chobę, leżącą na północ od Damaszku. W ten sposób odzyskał zagrabione dobra. Uratował też swego brata Lota wraz z jego dobytkiem, kobietami i pozostałymi ludźmi [1Mo 14,14-16]. Abraham miłował Lota. Wiedział, że w oddaleniu od Boga daleko nie zajdzie. Spodziewając się poniekąd takich wieści o Locie, bezzwłocznie zebrał siły i popędził mu na ratunek.

Również dzisiejszy Abraham dobrze wie, że człowiek opuszczający zbór naraża się na utratę błogosławieństwa Bożego i w każdej chwili może potrzebować pomocy. Jako współczesny Lot, po opuszczeniu zboru, wiedz, że gdy do braci i sióstr w Chrystusie dotrze wiadomość o twoich problemach, nie odwrócą się do ciebie plecami. Wprost przeciwnie, w miarę możliwości czym prędzej wyruszą, by podać ci rękę. Mało tego, nawet w okresie twoich świeckich sukcesów wciąż będą cię wspominać w modlitwie i jak Abraham o Lota, wstawiać się za tobą, by cię ratować od nadciągającego na świat sądu Bożego.

Lot po uratowaniu go przez Abrahama miał dogodną możliwość powrotu do społeczności wierzących i bogobojnych ludzi. Mógł odwrócić się od Sodomy, która okazała się dla niego zawodnym towarzystwem i nie zapewniła mu bezpieczeństwa. Mógł poprosić Abrahama o ponowne przyjęcie go w swoje szeregi. Niestety, nie zrobił tego. Aż trudno w to uwierzyć, ale Lot powrócił do grzesznego miasta. Czy przez to jego stryj stracił do niego serce? O, nie! Niedługo potem wymodlił dla niego kolejny ratunek.

Taki ma być dzisiejszy zbór dla wszystkich swoich pogubionych członków. Jakkolwiek daleko poszli w świat, niech wiedzą, że w zborze nigdy nie zabraknie dla nich serca.

01 kwietnia, 2020

Czy dobrze ci z dala od Abrahama?

Czy Lot oddzielając się od Abrahama przestał wierzyć w Boga? Czy od razu poczuł się z tym źle? Czy tracąc osobisty kontakt z ludźmi wiary zdawał sobie sprawę, jak poważny popełnia błąd? Nie sądzę. Przecież wybrał sobie optymalne miejsce do życia. Lot podniósł oczy i przyjrzał się obszarom nad Jordanem. […] Cały ten okręg, aż po Soar, był dobrze nawodniony, niczym ogród PANA, niczym ziemia egipska [1Mo 13,10]. Lot wreszcie poczuł się w pełni wolny. Nie odczuwał już ciężaru spojrzeń Abrahama ani nie czuł jego oddechu na plecach. Mógł podejmować każdą decyzję bez pytania go o zgodę.

Możliwe, że na początku starał się kultywować wiarę w Boga, tak jak robił to wcześniej, za czasów wspólnego wędrowania z Abrahamem. Jednak z upływem czasu coraz łatwiej przychodziło mu z takiej pobożności rezygnować. Lot trzymał się miast nadjordańskich i rozbijał namioty aż po Sodomę, miasto, którego mieszkańcy byli bardzo zepsuci i grzeszni w stosunku do PANA [1Mo 13,12-13]. Otworzył się na nowe kontakty. Zaczął przyjmować zaproszenia na tamtejsze salony. Niedługo potem - niewykluczone, że z zamiarem pozytywnego wpływu na Sodomę - Lot siedział w bramie Sodomy [1Mo 19,1], a to może oznaczać, że stał się jednym z radnych owego miasta. Krótko mówiąc, Lot na tyle dał się wchłonąć Sodomie, że w końcu się do niej całkiem przeprowadził.

Oczywiście, w Sodomie raziło go sporo rzeczy. Biblia kreśli nam przecież obraz sprawiedliwego Lota, udręczonego rozwiązłym postępowaniem nieprawych [2Pt 2,7]. Wciąż nie był dostatecznie obeznany z tamtejszymi obyczajami, bo gdy mężczyźni z Sodomy wywołali Lota i zapytali: Gdzie są ci mężczyźni, którzy przeszli do ciebie wieczorem? Wyprowadź ich do nas. Chcemy zabawić się z nimi [1Mo 19,5], Lot powiedział: Bracia, proszę was, nie czyńcie im żadnej krzywdy! Posłuchajcie, mam dwie córki. Są jeszcze dziewicami. Mogę je do was wyprowadzić. Zróbcie z nimi, co chcecie, ale nie czyńcie krzywdy moim gościom, gdyż weszli pod cień mego dachu [1Mo 19,7-8].  Lot był w Sodomie jak owa wrona z bajki Iwana Kryłowa, "co od swoich się odbiła, a z pawiami się nie zżyła".

Przypomnijmy, że w tych rozważaniach wchodzimy w skórę Lota, natomiast Abraham ze swoim obozem uosabia nam lokalną wspólnotę Kościoła. Lot przestał kontaktować się z Abrahamem, jak niejeden dzisiejszy chrześcijanin nie uczęszcza już na nabożeństwa. Odejście od zboru być może uwalnia od niepokojących sumienie spotkań z braćmi i siostrami, ale co potem?

Opuszczając zbór, wcześniej czy później dasz się wchłonąć światu. Początkowo może i będzie ci się to podobało, ale - jeżeli naprawdę poznałeś smak życia w Duchu Świętym - po jakimś czasie obudzisz się z ręką w nocniku. Człowiek prawdziwie wierzący w Boga nie będzie szczęśliwy w otoczeniu bezbożnych, choćby uzyskał wśród nich najlepsze notowania i wysokie stanowisko, gdyż Biblia mówi: Błogosławiony człowiek, który nie idzie za radą niegodziwych, nie stoi na drodze grzeszników i nie zasiada w gronie szyderców; lecz ma upodobanie w prawie PANA i nad Jego prawem rozmyśla we dnie i w nocy [Ps 1,1-2]. Chrześcijanin nie przywiązuje się do tego świata. W głębi duszy jest pielgrzymem zdążającym do Królestwa Bożego.

Z dala od Abrahama Lot był coraz bliżej i bliżej Sodomy, aż w końcu w niej zamieszkał. Podobnie ty, z dala od zboru coraz łatwiej będziesz grzeszyć. Z coraz mniejszymi wyrzutami sumienia zaprzestaniesz czytania Biblii i modlitwy, a zaczniesz karmić swą duszę przysmakami ludzi niewierzących.  Prawdopodobnie na początku omami cię poczucie wolności od rygorów zalecanych i praktykowanych w zborze. Rzucisz się w wir nowych aktywności. Może odniesiesz sukcesy zawodowe, bo społeczność z Bogiem i udział w życiu kościoła trochę ukształtowała już twój charakter. Niewykluczone, że docenią cię w świecie, a może nawet zaproponują ci jakąś ważną funkcję w społeczeństwie. Ale to wszystko pozory szczęścia. W głębi duszy będziesz czuć się źle.

Mało tego, twój świat zbudowany poza społecznością z Bogiem i zborem w każdej chwili może się zawalić. Jeśli Bóg pozwoli, przyjrzymy się temu jutro.

31 marca, 2020

Trzymaj się Abrahama

Nawet  w towarzystwie tak ekscytującego człowieka jak Abraham zdarzają się chwile napięć i rozczarowań. Lot bynajmniej nie żałował, że przyłączył się do Abrahama. Obiecane przez Boga błogosławieństwo, którym cieszył się Abraham, udzieliło się i jemu. Lot, który wędrował z Abramem, również miał owce i bydło. Rozstawiał on własne namioty [1Mo 13,5]. Po jakimś jednak czasie wspólnego podróżowania atmosfera się popsuła. Dobytek obu stał się tak wielki, że nie mogli obozować obok siebie, brakowało na to miejsca [1Mo 13,6].

Niejeden dzisiejszy Lot przyłącza się do wspólnoty wierzących i z wielkim entuzjazmem uczestniczy w jej życiu. Mijają miesiące i wydaje się, że z duchowym potomstwem Abrahama na tyle jest mu po drodze, że już nic go od zboru nie oddzieli. Jest wdzięczny, pomocny i szczerze trwa w społeczności. Z czasem jednak pojawia się jakaś niechęć. Lot przestaje być radosnym uczestnikiem karawany...

Co musi się stać z ludzkimi sercami, że zaczyna się im robić za ciasno obok siebie? Kto ma trochę wyobraźni, ten wie, że faktycznej przestrzeni tam raczej nie brakowało. Narosło natomiast sporo wzajemnych animozji między ludźmi Abrahama i Lota. Rozstawianie przez Lota własnych namiotów i zamykanie się we własnym kręgu nie pomagało w zażegnaniu konfliktu. Abram zwrócił się więc do Lota: Nie dopuśćmy do sporu między nami. Niech też nie kłócą się nasi pasterze. Ostatecznie jesteśmy braćmi [1Mo 13,8].

Czy jednak zawsze tak ma być, że utrzymanie względnej zgody między braćmi musi się wiązać z ich rozejściem? Czy nie wystarczyłoby, żeby ukorzyli się przed sobą, odłożyli na bok swoje racje i ambicje oraz poskromili złe zachowanie ludzi, na których mają wpływ? Jestem przekonany, że Abraham widział możliwość naprawienia relacji. Domyślam się więc z jakim trudem przyszły mu na usta słowa: Czyż cały ten kraj nie stoi przed tobą otworem? Rozstańmy się. Jeśli chcesz pójść w lewo, ja udam się w prawo, a jeśli postanowisz iść w prawo, ja wyruszę w lewo [1Mo 13,9]. Ileż dramatyzmu kryje się za tymi słowami! Nie wierzę, że była to chłodna propozycja rozwiązania konfliktu. Myślę, że Abraham z rozdartym sercem wypowiedział je z nadzieją na opamiętanie Lota. Liczył, że jego bratanek się ocknie i zechce postarać się o naprawienie wzajemnych relacji.

Wyobrażam sobie, jakże budujące byłoby to dla wszystkich, gdyby Lot zawołał: O, nie, stryju Abrahamie! Nigdzie nie pójdę! Chcę zostać przy tobie! Poskromię moich pasterzy, dostosuję się do tego, co uzgodnimy, bo twoja wiara i osobisty związek z Bogiem jest dla mnie ważniejszy od moich racji. Niestety, duma podsycana bogactwem materialnym i podszepty ludzi z jego obozu, nie pozwoliły Lotowi ukorzyć się przed Abrahamem. Skwapliwie podchwycił propozycję stryja i się od niego oddzielił. Kuszony widokami dobrze się zapowiadającej przyszłości, poszedł żyć na własną rękę.

Tak bywa dzisiaj z niejednym chrześcijaninem. Gdy pojawiają się jakieś napięcia we wzajemnych  relacjach, gdy to i owo zaczyna mu się w zborze nie podobać, mógłby się temu przeciwstawić. Ze względu na PANA oraz dla własnego dobra mógłby odłożyć na bok swoje racje i trwać w społeczności ludu Bożego.

Lot dał się oddzielić od Abrahama. Czy był to dla niego korzystny krok?

30 marca, 2020

Przyłącz się do Abrahama

Pozwól, że w tym cyklu rozważań będziesz biblijnym Lotem. Abraham natomiast wraz z jego ludźmi niech obrazują nam lokalny zbór Pana Jezusa Chrystusa. Księga Rodzaju opisuje, jak wezwany przez Boga Abraham ze swoimi najbliższymi wyruszył do miejsca, które Bóg obiecał mu wskazać. PAN powiedział do Abrama: Wyjdź ze swojej ziemi, zostaw swoich krewnych i dom swojego ojca i idź do ziemi, którą ci wskażę [1Mo 12,1].

Jednym z krewnych Abrahama, który mógł sobie zostać tam gdzie się znajdował, był jego bratanek Lot. Jego ojciec już nie żył i Lot sam za siebie decydował, co zrobi ze swoim życiem. Należy się domyślać, że miał spory dylemat. Lękał się pójścia w nieznane, a jednak myśl o przyłączeniu się do stryja nie dawała mu spokoju. Co ostatecznie wzięło górę? Abram wyruszył więc, tak jak mu polecił PAN, a poszedł z nim również Lot [1Mo 12,5].

Zbór Chrystusowy to wspólnota ludzi wywołanych ze świata. Jak Abraham uwierzył Bogu na słowo i wyruszył ze swoim obozem w nieznaną mu drogę, tak wierzący w Jezusa Chrystusa oddzielili się duchowo od świata i zgodnie ze Słowem Bożym zmierzają do niebiańskiej Ojczyzny. Jest w postawie chrześcijańskiego zboru na tym świecie coś dziwnego, żeby nie powiedzieć - szalonego, ale na pewno jest też coś, czego smakują tylko nieliczni, a mianowicie wiara w Syna Bożego, Jezusa Chrystusa! Dzięki tej wierze zmierzamy do Królestwa  Bożego, a nasze doczesne życie przeobraża się w cudowną przygodę.

Lot przyłączył się do Abrahama. Docenił wagę danej chwili. Mógł pozostać zapomniany na zawsze w dotychczasowym miejscu, ale w wyprawie Abrahama wyczuł dla siebie niepowtarzalną szansę na nowe, niezwykłe życie. Abraham znał żywego, prawdziwego Boga i z Nim rozmawiał! Wow! Lot też tak chciał.

Od czasu do czasu w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE śpiewamy:

Do cudnej pielgrzymujem chwały
O, czy chcesz, o, czy chcesz z nami iść?
Gdzie cudne pienia będą brzmiały
O, czy chcesz, o, czy chcesz z nami iść?
Zbawionych tylu już na przedzie
W Baranka wąski weszło ślad
I ciebie chętnie On powiedzie
O, czy chcesz, o, czy chcesz z nami iść?

Baranka ujrzeć wierni śpieszą
O, czy chcesz, o, czy chcesz z nami iść?
Czyż wolisz zginąć z grzesznych rzeszą?
O, czy chcesz, o, czy chcesz z nami iść?
Idziemy do przecudnej włości
Gdzie nie ma miejsca grzech, ni złość
I ty masz miejsce w tej radości
O, czy chcesz, o, czy chcesz z nami iść?

Nieprzykra jest do stron tych droga
O, czy chcesz, o, czy chcesz z nami iść?
Więc porzuć grzech i wróć do Boga
Jeśli chcesz, jeśli chcesz z nami iść
Zwie ciebie Zbawca umęczony:
Pójdź do Mnie, dam ci pokój Swój!
Przeze Mnie grzech już zwyciężony!
O, czy chcesz, o, czy chcesz za Nim iść?

Lot postanowił pójść. Ufając, że Abraham nie wpuści go w maliny ani nie zostawi na lodzie, porzucił swój dotychczasowy świat i zaczął z Abrahamem robić swoje pierwsze, własne kroki wiary. A ty? Czy zaśpiewasz z nami ostatnią zwrotkę tej pieśni?

Ja czuję, że iść z wami muszę
O, ja chcę, o, ja chcę z wami iść
Do Zbawcy nieść splamioną duszę
O, ja chcę, o, ja chcę z wami iść
Z marnością swoją odstąp świecie
Już twoją służbę rzucam dziś
Mnie Jezus krwią Swą kupił przecie
O, ja chcę, o, ja chcę za Nim iść 
(Śpiewnik Pielgrzyma Nr 134)

27 marca, 2020

Zamknięcie arki zostaw Bogu

Dlaczego drzwi arki pozostawały otwarte aż do samego momentu rozpoczęcia potopu, a może nawet jeszcze przy pierwszych strugach śmiercionośnej ulewy? Czy Noe ich nie zamykał, bo wciąż liczył na to, że ktoś z jego znajomych pójdzie po rozum do głowy i jeszcze zechce do niej wejść? Czy może Bóg chciał, aby operacja lokowania się w arce stworzeń przeznaczonych do ocalenia trwała pełne siedem dni i aby otwarte drzwi arki do samego końca stwarzały ludziom możliwość opamiętania i skorzystania z ratunku? Jedno jest jasne. Ostatecznie sam Bóg zajął się zamknięciem drzwi arki.

W sześćsetnym roku życia Noego, w drugim miesiącu, siedemnastego dnia tego miesiąca, w tym właśnie dniu, przerwały się wszystkie źródła wielkiej głębi i otworzyły sie okna nieba. I deszcz padał na ziemię czterdzieści dni i czterdzieści nocy. W tym właśnie dniu weszli do arki Noe oraz jego synowie - Sem, Cham i Jafet, a z nimi żona Noego i trzy żony jego synów […] I zamknął PAN za nim drzwi [1Mo 7,11-16].

Pomyślmy o czasie łaski Bożej. Jest to określony przez Boga czas otwartych drzwi arki zbawienia. Biblia mówi o ustalonej przez Boga liczbie zbawionych spoza Izraela, co wiąże się z nieznanym nam okresem czasu, gdy poganie w pełni wejdą [Rz 11,25]. Nikt z nas nie wie, kiedy to nastąpi, bo jak Jezus powiedział: Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec w mocy swojej ustanowił [Dz 1,7]. Jedno jest pewne. Któregoś dnia Bóg zamknie dostęp do zbawienia w Jezusie Chrystusie. Skończy się okres łaski i rozpocznie się czas strasznych sądów Bożych.

Aż do samego krytycznego momentu zamknięcia przez Boga drzwi wejściowych, każdy człowiek może skorzystać z łaski Bożej i przez wiarę w Jezusa Chrystusa znaleźć się w arce zbawienia. Nie powinniśmy przedwcześnie orzekać o czyimkolwiek zbawieniu lub potępieniu. Nie zamykajmy drzwi nikomu. Dopóki trwa czas łaski, raczej bądźmy rzecznikami Boga, który chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy [1Tm 2,4]. Cierpliwie i z nadzieją wskazujmy naszym bliskim i znajomym, że - mimo nadciągającej burzy - drzwi arki zbawienia wciąż jeszcze pozostają otwarte.

Dziękujmy PANU, że pilnuje, aby drzwi pozostawały przed nami otwarte. Oto sprawiłem, że przed tobą otwarte drzwi, których nikt nie może zamknąć [Obj 3,8]. Bądźmy Mu wdzięczni za wskazówki, co należy robić, abyśmy mieli szeroko otwarte wejście do Królestwa Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa [2Pt 1,11]. Jakież to szczęście, że z nami jest Ten, który otwiera, a nikt nie zamknie i Ten, który zamyka, a nikt nie otworzy [Obj 3,7].

Cieszmy się, że - póki co - dostęp do zbawienia stoi szerokim otworem. Rozgłaszajmy to wszystkim ludziom, bo zbliżył się sąd Boży. Zamknięcie drzwi arki pozostawmy Bogu.

26 marca, 2020

Pamiętaj, że jesteś w arce ze względu na potop

Noe znalazł się w arce nie po to, żeby sobie popływać i mieć z rodziną dobrą zabawę. Nadciągał straszny sąd Boży na wszystkich mieszkańców ówczesnego świata, tak straszny, że trudno go opisać. Arka była jedynym sposobem na uratowanie życia. I wszedł Noe, a z nim jego synowie, jego żona i żony jego synów do arki ze względu na wody potopu [1Mo 7,7]. Rozgniewany Bóg niszcząc bezbożny świat jednocześnie okazywał łaskę przeprowadzając operację ocalenia Noego.

Bóg gniewa się z powodu grzechu i swój gniew wywiera. Albowiem gniew Boży objawia się przeciwko wszelkiej bezbożności i nieprawości ludzi [Rz 1,18]. Nawet sam Jezus musiał z gniewem Bożym na Golgocie się zmierzyć. Dlatego, gdy miał - jako Baranek Boży - wziąć na siebie grzech świata, prosił, czy nie mógłby Go ominąć kielich gniewu Ojca. I wiemy, że Syn Boży wypił ten kielich. Jak arka była po to, by stawić czoła odmętom potopu, tak Pan jego dotknął karą za winę nas wszystkich [Iz 53,6].

Arka została pomyślana dla ocalenia Noego ze względu na zbliżającą się zagładę. Syn Boży, Jezus Chrystus, przyszedł po to, aby uratować nas przed nadciągającym gniewem. Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny, kto zaś nie słucha Syna, nie ujrzy żywota, lecz gniew Boży ciąży na nim [J 3,36]. Dlatego wiara w Jezusa Chrystusa nie powinna być traktowana jako sposób na dobre i radosne życie w ciele. To, że Bóg umieścił  nas w Chrystusie - to jest śmiertelnie poważna sprawa. Jesteśmy w Nim, jak Noe w arce. Powinniśmy więc czuć się, jak zabiegający o samolot "#lotdodomu" dzisiejszy Polak, którego epidemia zastała gdzieś w dalekim kraju. Serce mu drży żeby go nie przegapić. Nie może polecieć sobie innymi liniami, bo nie działają. Z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie [Flp 2,12].

Pamiętajmy w jakim celu Bóg umieścił nas w Chrystusie. Nie po to, aby zapewnić nam niekończącą się rozrywkę. Arka to okręt ratunkowy, a nie luksusowy wycieczkowiec. Nie rozglądajmy się za przyjemnościami tego świata. Niech nasze serce w bojaźni Bożej zadrży we wdzięczności, że Bóg nie chce, abyśmy wraz ze światem zostali potępieni [1Ko 11,32]. Syn Boży przyszedł zbawić nas z naszych grzechów i uratować nas od wiecznego potępienia. Tylko w Jezusie nasze ocalenie! I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, przez które moglibyśmy być zbawieni [Dz 4,12].

Pierwsi chrześcijanie wręcz śmiertelnie poważnie traktowali ratunek w Chrystusie. Ratujcie się z pośród tego pokolenia przewrotnego [Dz 2,40] - wołał Piotr apostoł. Nadchodzą sądy Boże, które nawiedzą wszystkich  mieszkańców ziemi. Właśnie dlatego Bóg umieścił nas w Chrystusie. Nie próbujmy wierze w Jezusa Chrystusa nadawać jakiegoś innego znaczenia i bardziej lajtowego charakteru. Skoro to wszystko ma ulec zagładzie, jakimiż powinniście być w świętym postępowaniu i w pobożności [2Pt 3,11].  Marana tha!

25 marca, 2020

Zabierz do arki bliskich!

Noe był człowiekiem sprawiedliwym i doskonałym w swoich czasach [1Mo 6,9], doskonałym jak na swoje pokolenia [Bereszit]. W odróżnieniu od wszystkich innych ludzi, Noe chodził z Bogiem.   Dzięki temu Bóg dawał ratunek w arce nie tylko samemu Noemu ale i jego rodzinie. Wejdź ty wraz z całym twoim domem do arki, gdyż widziałem cię, że jesteś sprawiedliwy przede mną w tym pokoleniu [1Mo 7,1].

Pismo Święte nie jeden raz wskazuje na tę cudowną prawidłowość, że dzięki wierze jednego człowieka uratowani mogą też być ludzie z jego najbliższego otoczenia. Dzięki wstawiennictwu Abrahama wybawiony z ognia Sodomy został jego bratanek Lot z córkami. Chroniąc życie Pawła apostoła, Bóg ze względu na niego ocalił dwustu siedemdziesięciu pięciu jego towarzyszy podróży. Nie bój się Pawle, musisz stanąć przed cesarzem, a oto Bóg darował ci wszystkich, którzy z tobą płyną [Dz 27,24].

Tak jest do dzisiaj. Gdy jakiś człowiek nawraca się do Boga i dostępuje usprawiedliwienia przez wiarę w Jezusa Chrystusa, zyskuje łaskę wprowadzenia do arki zbawienia także swoich bliskich. Uwierz w Pana Jezusa Chrystusa, a będziesz zbawiony ty i twój dom [Dz 16,31] - usłyszał strażnik więzienny z Filippi. Gdy jedno ze współmałżonków poznaje Chrystusa, ma szansę zabrać na pokład partnera. Mąż niewierzący bowiem jest uświęcony przez żonę, a żona niewierząca uświęcona jest przez męża [1Ko 7,14]. Zbawienie całych rodzin w niejednym przypadku zaczęło się od tego, że najpierw jakiś pojedynczy "Noe" z ich kręgu znalazł łaskę w oczach PANA [1Mo 6,8].

Jeżeli już zbudowałeś sobie arkę i otrzymałeś polecenie, aby do niej wejść - to koniecznie postaraj się zabrać do niej swoich bliskich. Wieczne zbawienie w Jezusie Chrystusie jest cudowną, niezasłużoną łaską od Boga. Jakże miałbyś cieszyć się nią bez twoich najbliższych?! Wiem, że czasem łatwiej jest przyprowadzać do Chrystusa ludzi żyjących gdzieś daleko. Czy jednak dalekie akcje misyjne są O.K., gdy twoi bliscy wciąż znajdują się poza arką zbawienia?

Noe nie wszedł do arki sam jeden. Zabrał ze sobą swoich najbliższych. A ty? Nie każdemu jednakowo się to udaje, ale mocno się o to postaraj.