22 września, 2020

Mieczysław Kwiecień - wspomnienie

Podczas kazania w  kwietniu 2010 roku
Czternastego września 2020 roku dotarła do mnie wiadomość, że tego dnia nad ranem zmarł brat Mieczysław Kwiecień z Warszawy. Zrobił to niespodziewanie, tak jakby swoim odejściem nie chciał nikomu zakłócić rytmu życia. Cichutko pożegnał się z doczesnością i odszedł. Natychmiast w mojej pamięci odżyły wspólnie przeżyte lata oraz jego odwiedziny w różnych miejscach i okresach naszej pracy dla Pana.

Moje pierwsze zetknięcie się z bratem Mieczysławem miało miejsce na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku na dworcu kolejowym w Lublinie. Mieszkałem wtedy w Piaskach, wiosce położonej mniej więcej pośrodku między Chełmem a Włodawą. Dopiero co ewangelia dotarła do naszego domu i rozpoczynała się moja przygoda życia z Jezusem. Tamtej niedzieli z mamą i rodzeństwem wracaliśmy z nabożeństwa lubelskiego zboru, prowadzonego przez brata Władysława Rudkowskiego. Nagle odprowadzający nas na pociąg człowiek przywitał się w przejściu z jakimś znanym mu mężczyzną i zaczął przedstawiać mu naszą rodzinę. Nazywam się, jak czwarty miesiąc - uśmiechnął się do nas ów mężczyzna i wyjaśnił, że też wraca z nabożeństwa, tyle że z innego niż my zboru, i pobiegł na pociąg do Warszawy. 

Po sześciu latach, jesienią 1978 roku ze zdumieniem odkryłem, że ów przygodnie napotkany w Lublinie człowiek jest kierownikiem Szkoły Biblijnej w Warszawie i będzie moim najważniejszym nauczycielem. To były naprawdę wyjątkowe dla mnie lata. Jako dziewiętnastoletni, świeżo ochrzczony i wewnętrznie już ukierunkowany na życie dla Jezusa chłopak, pragnąłem jak najwięcej wziąć z wykładów i zajęć w Szkole Biblijnej. Miałem to szczęście, że właśnie wtedy nasz kierownik, brat Mieczysław Kwiecień, przechodził proces odnowy duchowej i czas znaczących zmian w jego własnym życiu. Razem z grupą przyjaciół ze zboru, do którego należał, przeżywał zielonoświątkowe przebudzenie. Zachwycony na nowo Jezusem Chrystusem, napełniony Duchem Świętym, rozmiłowany w Biblii i przejęty uświęcaniem życia - z ogromną pasją wszystko to nam przekazywał. 

Na spacerze ze studentami Szkoły Biblijnej wiosną 1980 roku

Bardzo przylgnąłem duszą do tak rozumianego i przeżywanego chrześcijaństwa. Ponieważ brat Mieczysław mieszkał w tym samym budynku, miał na nas wpływ nie tylko podczas wykładów. Był z nami w modlitwie i rozważaniu Słowa Bożego podczas społeczności porannej. Spożywał z nami posiłki, dużo rozmawiał z nami, dzieląc się też swoimi przeżyciami i odkryciami duchowymi. Jego wykłady do tego stopnia mnie pochłaniały, że gdy z dołu rozlegał się gong obwieszczający przerwę na posiłek, robiło mi się przykro, że z powodu pokarmu fizycznego musimy przerywać tak wspaniałą ucztę duchową. 

Wspominając dziś postać brata Mieczysława Kwietnia z Warszawy chcę uczcić go przywołaniem dwóch szerzej nieznanych szczegółów z jego życia. Pierwszym z nich jest "Straż poranna przed Panem". Tak Mieczysław nazywał praktykę osobistej społeczności z Bogiem wczesnym rankiem. Wpajał nam, że każdego dnia po przebudzeniu, zanim cokolwiek zaczniemy robić, powinniśmy stawić się przed Panem na odprawę. Z otwartą Biblią wsłuchać się w bieżące instrukcje Ducha Świętego i omówić je w modlitwie. Choćbyście mieli zapomnieć wszystko inne ze Szkoły Biblijnej - mawiał wielokrotnie - to koniecznie niech zostanie wam nawyk straży porannej przed Panem. Został. Każdego rana odczuwam wewnętrzne przynaglenie, aby sercem i umysłem zwrócić się ku Bogu i wziąć udział w duchowej odprawie.

Człowiek o tak błyskotliwym umyśle jak Mieczysław Kwiecień, świetnie mówiący po niemiecku i angielsku, dobrze wykształcony teologicznie, znający języki biblijne, obdarzony wysokim ilorazem inteligencji i łatwością przemawiania, niewątpliwie mógł w kręgach chrześcijańskich zaistnieć jako jeden z ważniejszych przywódców chrześcijańskich. Dlaczego więc na listach oficjalnych rad i komitetów kościelnych od lat nie znajdowaliśmy jego nazwiska? Otóż dawno temu brat Mieczysław przez jakiś czas był członkiem pewnej rady kościoła. Przebieg jej obrad przybijał go duchowo. Zszokowany zachowaniem braci wyszedł na chwilę z jednego z takich spotkań do ubikacji i nagle usłyszał głos: Wyjdź! Rozejrzał się wokoło, ale nikogo z ludzi nie zobaczył. Wyjdź i nigdy do niej nie wracaj! - usłyszał ponownie. I wtedy zrozumiał. Poszedł do swego biura, wziął kartkę, odręcznie napisał rezygnację z członkostwa w radzie kościoła, zaniósł na biurko jej przewodniczącego i poszedł do domu. Był sługą Słowa Bożego. Rady i komitety okazały się być miejscem nie dla niego.

Po zakończeniu Szkoły Biblijnej nie utrzymywałem z bratem Mieczysławem regularnych kontaktów. Gdzie mnie do niego - myślałem. Nie śmiałem zajmować mu czasu i uwagi. Silna więź duchowa jednak pozostała i od czasu do czasu mieliśmy ten przywilej, by gościć go w naszym domu i zborze. W październiku 1980 roku wygłosił nam ślubne kazanie w Gdańsku, a potem wielokrotnie przyjeżdżał do miejsc prowadzonej przeze mnie pracy duchowej i służył nam Słowem Bożym. Nosiłem się z zamiarem zaproszenia Mieczysława, aby znowu stanął za kazalnicą w 40. rocznicę naszego z Gabrysią ślubowania małżeńskiego. Się nie udało. 😕 Ostatnie więc kazanie brata Mieczysława Kwietnia, wygłoszone u nas w Gdańsku nosi tytuł: "Naszym szczęściem być blisko Boga". 

Nieodżałowany szczęściarz! - pomyślałem o Mieczysławie, skojarzywszy ten tytuł z wiadomością o jego odejściu. Jutro jadę do Warszawy. Jeśli Bóg pozwoli, 23 września 2020 roku na cmentarzu przy ul. Żytniej 42 w samo południe pochylę głowę w podziękowaniu Bogu za niego i jego wpływ na moje życie.

Pamiętajcie o waszych przewodnikach, którzy wam zwiastowali Słowo Boże. Rozpatrując koniec ich życiowej drogi, naśladujcie ich wiarę [Hbr 13,7].

20 września, 2020

Niech zmężnieją nam serca!

Ostatnio dużo rozmyślam o męstwie. Któregoś dnia napotkałem w Biblii wezwanie: Poszukujący Boga, niech zmężnieją wam serca [Ps 69,33] i od razu skojarzyłem je z ogromną potrzebą obecnych czasów. Męstwo to dzielność, odwaga, nieustraszoność, hart ducha, bohaterstwo, waleczność. Człowiek mężny odznacza się walecznością. Jest śmiały w walce, odważny i nieustraszony. Nie lęka się przeciwności losu. Stawia im czoło. Przejawia siłę charakteru. Jest nieugięty i wytrwały.

Jest w nas tęsknota za męstwem. Świadczy o tym popularność obozów survivalowych, nastawienie społeczeństwa na uprawianie sportu a także wielki boom na ćwiczenia wojskowe tzw. terytorialsów. W praktycznym podejściu do życia niewiele się jednak przez to zmienia. Jesteśmy coraz słabi psychicznie. Rodzice coraz dłużej czekają na usamodzielnienie się dzieci. Młodzi ludzie boją się odpowiedzialności i wybierają życie w pojedynkę. Z danych GUS wynika, że siedem milionów Polaków żyje samotnie. Są to przede wszystkim osoby powyżej dwudziestego piątego roku życia, a blisko połowa z nich, to single z wyboru.

Urabiani i kształtowani przez system tego świata staliśmy się mięczakami. Panicznie boimy się bólu i cierpienia. Obawiamy się biedy i niedostatku. Drżymy na myśl o odrzuceniu i samotności. Tak bardzo boimy się śmierci, że na hasło COVID-19 na całym świecie pozakładaliśmy maseczki, zadekowaliśmy  się w swoich czterech ścianach i wyciągamy rękę po marne grosze od systemu, który coraz bardziej nas od siebie uzależnia.

A chrześcijanie? Z obawy przed wyśmianiem wstydzimy się mówić o Jezusie. Boimy się prześladowania z powodu naszych poglądów. "Goliat" coraz bardziej wyśmiewa wartości chrześcijańskie, a w naszych szeregach brak "Dawida", który odważyłby się mu przeciwstawić. Niektórzy spośród nas sprzeniewierzają się ideałom ewangelii, za którą cierpieli nasi ojcowie. Jawnie już deprecjonują duchowe oddzielenie od świata, uświęcanie życia i trwanie w nauce apostolskiej, a nam brak odwagi, żeby zamknąć im usta. Wkrada się w nasze szeregi zeświecczenie i niemoralność, a my biernie się temu przyglądamy i co najwyżej się dziwimy. Bywa, że czasem wzmaga się nasz jazgot na jakiś temat, ale gdy przychodzi co do czego, to szybko się wycofujemy i nabieramy wody w usta.

Z Biblii wiemy, że Bóg oczekiwał od Izraela odwagi. Nie bój się, bom Ja z tobą, nie lękaj się, bom Ja Bogiem twoim! Wzmocnię cię, a dam ci pomoc, podeprę cię prawicą sprawiedliwości swojej [Iz 41,10]. Zapewniał ich o swojej obecności i pomocy. Nie będziesz się bał nagłych strachów ani nieszczęść, gdy spadają na bezbożnych, gdyż PAN będzie twoją ufnością, będzie strzegł twojej nogi od potrzasku [Prz 3,25-26].

Lud Boży zawsze był wzywany do męstwa. Za przykład niech posłuży nam biblijny Jozue. Jako następca Mojżesza usłyszał: Bądź mocny i mężny, bo ty oddasz temu ludowi w posiadanie ziemię, którą przysiągłem dać ich ojcom. Tylko bądź mocny i bardzo mężny, aby ściśle czynić wszystko według zakonu, jak ci Mojżesz, mój sługa, nakazał. […] Czy nie przykazałem ci: Bądź mocny i mężny? Nie bój się i nie lękaj się, bo Pan, Bóg twój, będzie z tobą wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz [Joz 1,6-9].

Ludzie bojaźliwi nie byli i nie są w stanie wypełniać woli Bożej, a ich obecność pośród ludu Bożego osłabiała morale wierzących. Dlatego w trakcie rekrutacji wojowników przed zbliżającą się walką należało dokonać selekcji. I niech nadzorcy jeszcze dalej mówią do wojowników tak: Jeżeli ktoś jest bojaźliwy i lękliwego serca, niech idzie z powrotem do swego domu, niechaj nie osłabia serca swoich braci jak swoje [5Mo 20,8]. Tak było przy formowaniu armii Gedeona mającej walczyć z Midiańczykami. Każ więc ogłosić ludowi tak, aby usłyszał: Kto bojaźliwy i lękliwy, niech zawróci. I dokonał Gedeon przeglądu, wskutek czego zawróciło z zastępu dwadzieścia dwa tysiące, a pozostało dziesięć tysięcy [Sdz 7,3]. Uczniowie Jezusa też byli bojaźliwi. Bali się burzy [Mt 8,23-26] i aresztowania [Mt 26,56]. Obawiali się też Żydów [J 20,19] i dopiero napełnienie Duchem Świętym rozwiązało problem ich braku męstwa [Dz 4,29-31].

Chciałbym się mylić, ale dzisiejsi chrześcijanie również nie mogą poszczycić się dostatecznym poziomem męstwa. Mamy w naszym gronie wielu zniewieściałych mężczyzn, którzy zarządzanie domem i większość życiowych decyzji oddali w ręce swoich żon, sióstr, córek i matek. Ba, coraz częściej przekazują im nawet kazalnicę i przywództwo w zborze. Mamy kobiety chorobliwie zatroskane o byt doczesny. Widzimy wycofanych ewangelistów, którzy boją się już głosić pełnej ewangelii. Zmanipulowani oczekiwaniem wyłącznie pozytywnych i motywujących przemówień, współcześni  kaznodzieje i prorocy zaprzestali wzywania ludzi do opamiętania z grzechów. Triumfuje akceptacja grzesznych postaw i czynów. W imię miłości, tolerancji i miłej zgody zapanował  powszechny konformizm.

Bezbożny świat napiera na chrześcijan i bierze górę. Stopniało przeto serce ludu i stało się jak woda [Joz 7,5]. Brak naszego męstwa ujawnia się wyraźnie w czasach obecnej pandemii. Diabeł ma niezły ubaw widząc, jak wierzący boją się bardziej choroby i śmierci niż tego, że przez brak odwagi i męstwa zasmucą Pana. Kiedyś takiej próbie poddano biblijnego Nehemiasza. Został on wezwany przez Szemajasza do ukrycia się przed rzekomym zamachem na jego życie. A ja odpowiedziałem: Czy człowiek taki jak ja ma uciekać? Czy ktoś taki jak ja wejdzie do przybytku, aby ratować życie? Nie pójdę! Odgadłem bowiem, że to nie Bóg go wysłał, lecz że wypowiedział tę wyrocznię o mnie, ponieważ Tobiasz i Sanballat przekupili go, a został przez nich przekupiony, abym ja się przeląkł i uczynił tak, a przez to popełnił grzech, i aby oni mieli podstawę do zniesławienia mnie, by mnie zhańbić [Neh 6,11-13].

Tchórzliwość to cecha niegodna dziecka Bożego. Aby zachować się mężnie, trzeba nam spojrzeć na Jezusa! Nasz Pan jaśnieje nam jako najlepszy wzór męstwa. On szedł do Jerozolimy dokładnie wiedząc, co Go tam spotka. Dlatego Ojciec miłuje mnie, iż Ja kładę życie swoje, aby je znowu wziąć. Nikt mi go nie odbiera, ale Ja kładę je z własnej woli. Mam moc dać je i mam moc znowu je odzyskać [J 10,17-18]. Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat – powiedział swoim uczniom [J 16,33]. Ten, który jest w was, większy jest, aniżeli ten, który jest na świecie – uspokaja nas Słowo Boże [1J 4,4]. 

Trzeba nam przejąć się nauką apostolską, która z racji naszego bliskiego związku z Bogiem ogłasza, że możemy z odwagą stawić czoła zagrożeniom. Wszak nie wzięliście ducha niewoli, by znowu ulegać bojaźni, lecz wzięliście ducha synostwa, w którym wołamy: Abba, Ojcze! [Rz 8,15]. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, lecz mocy i miłości, i powściągliwości. Nie wstydź się więc świadectwa o Panu naszym – zachęcał ł św. Paweł młodego Tymoteusza [2Tm 1,7-8]. Gdy więc zaczynają nas ogarniać obawy, patrzmy na Jezusa!  Gdy naszą duszą targa jakiś lęk, prośmy o napełnienie Duchem Świętym.

Męstwo w rozumieniu chrześcijańskim to gotowość do walki duchowej. To odwaga w sprzeciwianiu się złu. To śmiałe głoszenie ewangelii i składanie świadectwa o Jezusie. To nieugiętość w przestrzeganiu przykazań Chrystusowych i pełnieniu codziennych obowiązków. To wytrwałość w wierze pomimo przeciwności i niepowodzeń. To pokój wewnętrzny w obliczu prześladowań i cierpień za wiarę.

Brak męstwa – to wstydliwa plama na mundurze żołnierza Chrystusa. Poszukujący Boga, niech zmężnieją wam serca [Ps 69,33]. Wiedzmy, że każde kolejne doświadczenie normalnie zwiększa nasz hart ducha. Nie bój się nadchodzących cierpień. Oto diabeł wtrąci niektórych z was do więzienia. Zostaniecie poddani próbie. Przez dziesięć dni doświadczać będziecie ucisku. Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia [Obj 2,10]. Wielkim błogosławieństwem w takich chwilach jest dotyk Wszechmocnego. Gdy zaczynamy się trwożyć, prośmy więc, aby Pan nas dotknął. Tak było z Danielem w chwili objawiania mu, co będzie dziać się z Izraelem w dniach ostatecznych. Wtedy ponownie dotknął mnie ktoś podobny do człowieka i posilił mnie, I rzekł: Nie bój się, mężu miły, pokój ci! Bądź mężny, bądź mężny! A gdy rozmawiał ze mną, poczułem siłę i rzekłem: Niech mówi mój Pan, bo mnie posiliłeś [Dn 10,18-19].

Bóg widząc, co dzieje się z naszymi sercami, mówi dziś do nas: Niech zmężnieją wam serca! Patrzmy na Jezusa. Zabiegajmy o napełnienie Duchem Świętym. Niechby Pan dotknął nas dzisiaj, abyśmy poczuli Jego moc i mężnie podejmowali każdą walkę, niezbędną do osiągnięcia celu naszej wiary i oddania Bogu należnej Mu chwały.

12 września, 2020

Dlaczego są tak chwiejni?

Mam taki zwyczaj, że raz w miesiącu, w drodze do miejsca wyjazdowej posługi Słowem Bożym słucham nabożeństw Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE dokładnie sprzed dziesięciu lat. Chcę w ten sposób przypomnieć sobie, czym nasz zbór żył dekadę temu. Kto wśród nas wówczas posługiwał, jakie tematy poruszaliśmy i które pieśni dziesięć lat temu śpiewaliśmy. Cenię sobie tę retrospekcję, bo jest ona dla mnie okazją do wielu przemyśleń.

Wczoraj jechałem daleko, więc wziąłem do słuchania nagrania z września i października 2010 roku. Pierwsze odsłuchane przeze mnie nabożeństwo prowadził Robert, którego od paru lat, niestety, nie ma już w zborze. Jeszcze dziesięć lat temu aktywnie włączał się i współtworzył nabożeństwo, a dzisiaj nie ma go już wcale. Wspólne uwielbianie Boga w trakcie drugiego nabożeństwa z września 2010 roku odbywało się pod kierownictwem Czarka. Ten siedem lat temu pozostawił służbę i odszedł z naszego zboru. Trzecie nabożeństwo, którego słuchałem, było połączone z chrztem czwórki nowo nawróconych wówczas osób. Karolina, Sylwia, Radek i Grzegorz wstępowali owego dnia w przymierze z Bogiem i wyrażali pragnienie naśladowania Pana Jezusa aż po kres swoich dni. Radek składał świadectwo i - ku naszemu ogólnemu zbudowaniu - bardzo dobitnie podkreślał, że teraz to już będzie żył z Jezusem i dla Jezusa. Żadnej z tych osób nie ma dzisiaj w zborze. Wprawdzie Grzegorz zmarł we wierze i go pochowaliśmy, ale trzy pozostałe osoby wciąż chodzą po ulicach Gdańska, lecz ich życiowe ścieżki omijają zbór.

Tym razem wspomnienia sprzed dziesięciu lat okazały się dla mnie bardzo smutne. Brakuje nam stałości w wierze. Owszem, bardzo dziękuję Bogu za wszystkie osoby, które trwają w społeczności z Panem i są aktywne w zborze, ale głęboko ubolewam nad zjawiskiem chwiejności tak wielu osób. Jak się wytłumaczą one przed Panem w chwili Jego przyjścia? Co powiedzą na swoje usprawiedliwienie? Nawet jeśli uda się im przerzucić na mnie odpowiedzialność za ich rezygnację i odejście od zboru, to i tak będą musieli przed Bogiem zdać sprawę z tego, co robią już po zerwaniu więzi z CCNŻ. O ile wiem, żadna z tych osób nie przynależy do zboru. Czy można złożyć obietnicę posłuszeństwa Słowu Bożemu, a potem żyć po swojemu? 

Niestałość to nasz poważny mankament. Nie potrafię przejść nad tym do porządku, zwłaszcza, że Biblia wzywa: Stójcie więc niezachwianie... [Ga 5,1]. Jak więc przyjęliście Jezusa Chrystusa, Pana, tak też - zjednoczeni z Nim - postępujcie jako ludzie zakorzenieni w Nim, jako ci, którzy się w Nim budują i w Nim umacniają  swą wiarę - zgodnie z tym, jak was nauczono [Kol 2,6-8], bo człowiek, który wątpi przypomina falę morską, gnaną i miotaną przez wiatr. Ktoś taki niech nie liczy, że coś od Pana otrzyma, dlatego, że on sam nie wie, czego chce, jest niestały w całym swoim postępowaniu [Jk 1,6-8]. 

Dlaczego niektórzy są tak chwiejni? Wieczorem zastanawialiśmy się nad tym ze zborem, wpośród którego w ten weekend mam przywilej posługiwać Słowem Bożym. Czy to tylko kwestia zaniedbań w bieżącej społeczności z Bogiem, czy może jednak nienależyty fundament nowego życia z Jezusem?

31 sierpnia, 2020

Samarytański typ pobożności


Zachowanie niektórych chrześcijan zdradza, że ich naśladowanie Jezusa Chrystusa wypływa wyłącznie z tego, co zdołają podejrzeć u innych wierzących. Sami nie mają o tym zielonego pojęcia. Brakuje im własnej, wrodzonej świadomości i wyczucia. Nie widać też w nich - naturalnego dla zrodzonych z Boga - zapotrzebowania na duchowy pokarm ani potrzeby bliskiej społeczności z braćmi i siostrami w Chrystusie. Owszem, potrafią zachować się po chrześcijańsku, lecz jest to wynikiem bardziej powielania postaw zaobserwowanych u innych, aniżeli osobistego rozeznania w tym zakresie.

Ciśnie mi się tu do głowy biblijny przykład Samarii i jej mieszkańców. Jak wiadomo, po deportacji rodzimych Izraelitów do Asyrii, na terenach Izraela osiedlono ludzi z narodów podbitych w innych częściach Wschodu. Ponieważ nie mieli oni pojęcia o tym, jak należy czcić JHWH, początkowo źle im było w Ziemi Świętej. Gdy na początku ich zamieszkania tamże nie oddawali czci Panu, nasłał Pan na nich lwy, które ich rozszarpywały. Wtedy doniesiono królowi asyryjskiemu tak: Ludy, które zagarnąłeś i osiedliłeś w miastach samaryjskich, nie znają sposobu oddawania czci Bogu tej ziemi, toteż nasłał on na nich lwy, które pozbawiają je życia, gdyż one nie znają sposobu oddawania czci Bogu tej ziemi [2Kr 17,25-26].

Sytuacja była złożona. Ludność izraelska, która uniknęła deportacji, od lat żyła w bałwochwalstwie i nie czciła Boga jak należy. Jako tubylcy nie byli w stanie zaświecić przybyszom przykładem. Osadnicy przynieśli ze sobą do Samarii własne praktyki religijne, a to najwyraźniej wywoływało gniew JHWH. Wobec tego król asyryjski wydał taki rozkaz. Wyprawcie tam jednego z kapłanów, których stamtąd uprowadziliście, niech uda się i zamieszka tam, i nauczy ich sposobu oddawania czci Bogu tej ziemi. Udał się tam więc jeden z kapłanów, których uprowadzono z Samarii, i zamieszkał w Betel, i on nauczył je jak mają oddawać cześć Panu [2Kr 17,27-28].

Uczenie nowych mieszkańców Samarii oddawania czci Panu nie zmieniło ich serc. Nadal ciągnęło ich do ich wcześniejszych bożków i obyczajów. Czcili więc Boga ale służyli także swoim bogom według zwyczajów tych ludów, z których zostali uprowadzeni do niewoli i aż po dziś dzień postępują według dawnych zwyczajów. Nie czczą więc Pana i nie postępują według Jego zwyczajów i praw... [2Kr 17,33-34]. Bóg 

Tak oto na terenach, gdzie należało czcić tylko samego JHWH, ukształtował się synkretyczny kult będący mieszaniną różnych wierzeń i obyczajów. To wyjaśnia dlaczego później, w czasach Jezusa, Żydzi omijali Samarię szerokim łukiem, a nawet sam Jezus wysyłając uczniów w pierwszą misję zabronił im wchodzenia do miasta Samarytan [zob. Mt 10,5]. Samaria potrzebowała duchowego odrodzenia serc jej mieszkańców, a to mogło nastąpić dopiero po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. I tak się stało.

A Filip dotarł do miasta Samarii i głosił im Chrystusa. Ludzie zaś przyjmowali uważnie i zgodnie to, co Filip mówił, gdy go słyszeli i widzieli cuda, które czynił. [...] I było wiele radości w owym mieście. [...] A gdy apostołowie w Jerozolimie usłyszeli, że Samaria przyjęła Słowo Boże, wysłali do nich Piotra i Jana, którzy przybywszy tam modlili się za nimi, aby otrzymali Ducha Świętego. Na nikogo bowiem z nich nie był jeszcze zstąpił, bo byli tylko ochrzczeni w imię Pana Jezusa. Wtedy wkładali na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego [Dz 8,5- 17].

Przykład Samarytan mówi nam sporo na temat prawdziwego chrześcijaństwa. Nie można się go nauczyć. Bierze się ono ze szczerej pokuty, odrodzenia serca i napełnienia Duchem Świętym. Tylko przez nowe narodzenie człowiek staje się  prawdziwym uczniem Chrystusa. Inaczej praktykuje lepiej lub słabiej wyuczoną pobożność, która nie wypływając z głębi serca, dla jego nieodrodzonej duszy staje się uciążliwym obowiązkiem. Z jednej strony wie, że trzeba stosować się do Słowa Bożego, a z drugiej, gdzieś w głębi serca lgnie do świata.

Obawiam się, że taki typ pobożności dominuje w wielu współczesnych zborach chrześcijańskich. Jak to zmienić? Trzeba w nich głosić pełną ewangelię. Należy członków tych zborów prowadzić do szczerego oddania się Chrystusowi i napełnienia Duchem Świętym.

27 sierpnia, 2020

Stopniowe gorsze od nagłego

Następstwa najazdu ziemi Izraela przez Asyrię i związane z tym przesiedlenia ludności, dobrze ilustrują aktualną sytuację w Kościele. Rozmyślałem dziś o tym od rana po lekturze 17. rozdziału Drugiej Księgi Królewskiej. Rozdział ten opisuje odstępstwo Narodu Wybranego od Boga i jego następstwa. Był to proces powolny i na poszczególnych jego etapach mało zauważalny. Izraelici stopniowo zaczęli postępować w sposób sprzeczny z wolą PANA, swego Boga [2Kr 17,9 BE], albo inaczej: Synowie Izraela robili potajemnie przeciwko PANU, swemu Bogu, to co nie było słuszne [NBG]. 

Pierwszą oznaką sądu nad ludem Bożym był podział. Oderwał bowiem Izraela od domu Dawida, a oni ustanowili królem Jeroboama, syna Nebata. Jeroboam zaś odwiódł Izraela od naśladowania PANA i przywiódł go do popełnienia wielkiego grzechu. I synowie Izraela chodzili we wszystkich grzechach Jeroboama, które czynił, a nie odstąpili od nich [2Kr 17,21-22].

Podział w naszych czasach jest czymś powszechnym nie tylko w świecie. Raz po raz słyszymy, że jakaś grupa osób opuściła zbór, do którego należeli, aby zgromadzać się oddzielnie. Oczywiście wiąże się to z obraniem sobie nowego, lepszego przywództwa. Charyzmatyczność współczesnych "Jeroboamów" polega zaś na tym, że wszystko robią po swojemu, nie dbając już tak bardzo o przestrzeganie Słowa Bożego. Jak więc za czasów Jeroboama Izraelici robili sobie, co tylko chcieli, tak i dzisiaj nowopowstałe wspólnoty, w poczuciu wolności od praw obowiązujących w dotychczasowym zborze, na własną rękę od nowa definiują swoje chrześcijaństwo. Są otwarci na wszystko i na wszystkich. Odstępstwo od praktyk zboru, z którego wyszli, uważają za coś słusznego, a nawet godnego pochwały. 

Drugim etapem sądu Bożego nad Izraelem były przesiedlenia oraz wymieszanie poglądów i obyczajów.  Izrael został uprowadzony ze swojej ziemi do Asyrii (...) Na ich miejsce król Asyrii sprowadził ludność z Babilonu, z Kuty, z Awwy, z Chamat i z Sefarwaim. Osiedlił ich w miastach Samarii zamiast synów Izraela, a oni posiedli Samarię i zamieszkali w jej miastach [2Kr 17,23-24].

Otwartość i akceptacja wszystkiego - wbrew pozorom - nie jest oznaką trwania ludu Bożego Nowego Przymierza na właściwym kursie. Świadczy raczej o duchowym wykorzenieniu. Gdy asyryjscy przesiedleńcy swoim sposobem bycia zaczęli wpływać na Izraelitów, a skierowany przez króla Asyrii kapłan żydowski zaczął pouczać Asyryjczyków jak praktykować kult Jahwe w nowym miejscu, Samaria stała się wielką mieszaniną pogaństwa i wiary w Boga. Podobnie jest dzisiaj. Gdy na przykład zbór otwiera się na obecność i udział w służbie osób nie odrodzonych duchowo, tacy ludzie wnoszą do zboru świeckie obyczaje i swój sposób myślenia. Wprawdzie można ich nauczyć nowych form służenia Bogu, ale bez narodzenia się na nowo w głębi duszy nadal pozostaną oni duchowymi "przesiedleńcami", a ich serca lgnąć będą do starych bożków. 

Stopniowość i złożoność tego procesu sprawia, że mało kto zauważa, jak daleko odeszliśmy już od ideałów ewangelii Chrystusowej. Gdyby dwadzieścia lat temu w ewangelicznym zborze ktoś nagle rozwiódł się z żoną, wziął sobie inną kobietę i chciał nadal brać czynny udział w służbie, to z pewnością nie byłoby to możliwe. To, co dzisiaj w niektórych zborach stało się normalne, kilkadziesiąt lat temu było jawnym odstępstwem od posłuszeństwa Słowu Bożemu. Powoli, krok po kroku ulegamy zeświecczeniu i nawet tego nie dostrzegamy.

Trzecim znakiem tego, że Bóg odwrócił się od Izraelitów, stało się uprawianie w Izraelu kultu, który nie był już prawdziwym kultem JHWH. Czcili więc PANA, ale także służyli swoim bogom według zwyczaju narodów, z których zostali uprowadzeni. (...) Nie czczą zatem PANA, nie postępują według Jego ustaw, rozstrzygnięć, Prawa ani przykazania, które PAN nadał synom Jakuba... [2Kr 17,33-34]. I co najsmutniejsze, Bóg przestał już w to ingerować. 

Podobnie dzieje się ze współczesnymi wspólnotami chrześcijańskimi. Akceptując niebiblijne zachowanie, otwierając się na współpracę z ludźmi oddanymi bałwochwalstwu, stosując świeckie metody w prowadzeniu działalności kościoła, niektórzy przywódcy chrześcijańscy wyprowadzili swoje wspólnoty na duchowe manowce. Myślą, że nadal służą Bogu, ale tego co oni robią - On, Święty - nie bierze już pod uwagę. Oni grają, śpiewają, uwielbiają, nauczają, ogłaszają i działają, a On wcale już nie jest tym zainteresowany. Jeżeli zaś robiąc to powołują się na Jego imię - to tym samym popełniają jeszcze dodatkową nieprawość. Tak może się stać z całą wspólnotą, z grupą przyjaciół, z rodziną, ale również z pojedynczym chrześcijaninem.

Proces stopniowego odstępstwa Izraelitów wstrząsnął mną dziś na nowo. Biorę to sobie głęboko do serca...

17 sierpnia, 2020

Można się na nowo zakochać?!

Czy naprawdę stara miłość nie rdzewieje? Czy każdy kocha na zabój? Bynajmniej. Zbyt często zakochani 'po uszy' już po kilku latach mamy siebie 'po dziurki' w nosie. Bywa, że w takim stanie trwamy całymi latami ale coraz częściej po prostu się rozchodzimy. Rzadko następuje uzdrowienie relacji. Tylko od czasu do czasu, po latach oziębłości, dochodzi do ponownego zakochania.

Ujmują nas przypadki rozkwitu miłości od nowa. Są one wdzięcznym tematem chwytających za serce filmów i powieści. O ile podoba się nam szalona miłość od pierwszego wejrzenia, to rozkwitająca po latach na nowo miłość dojrzałych już ludzi budzi nasz podziw. Mam w ogrodzie magnolię. Podoba się nam, gdy kwitnie wczesną wiosną. Ale tym razem przekwitła i zakwitła znowu. Dla mnie osobiście w tym jej ponownym kwitnieniu jest coś wyjątkowo uroczego.

Zastanowimy się dzisiaj nad naszą miłością do Jezusa. Wielu z nas sporo wie o tej miłości. Pamiętamy cudowne chwile pierwszego zachwytu Panem Jezusem, gdy lejąc łzy pokuty rodziliśmy się na nowo. Pokochaliśmy naszego Zbawiciela i szczerze zaprosiliśmy Go, aby stał się Panem naszego życia. Prawda? Tak było. Raz po raz ogarniała nas fala szczęścia. Poznałem imię najpiękniejsze w świecie. Na dźwięk imienia tego serce drży… – śpiewaliśmy o Panu Jezusie w pierwszych miesiącach i latach po nawróceniu.

Za fundament tego rozważania przyjmijmy pogląd, że ludzka dusza stworzona jest przez Boga i dla Boga. Z tego tytułu potrzebujemy bliskiej społeczności ze Stwórcą. Jedynym sposobem na nawiązanie prawidłowej więzi z Bogiem jest osobista wiara w Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Bez możliwego w Chrystusie pojednania z Bogiem, człowiek jest niekompletny. Nosimy w sercu jakiś rodzaj niedosytu. Na różne sposoby staramy się zaspokoić swój brak. Słono płacimy za swe nienasycenia. Tylko nielicznym zdarza się odkryć i na własnej skórze przekonać, że nasza dusza przez lata pragnęła społeczności z Bogiem.

Pojednana z Bogiem dusza rozkwita. Jak wspomniana magnolia albo bliskowschodni migdałowiec, gdy tylko zaświeci słońce, bez najmniejszej zwłoki i oglądania się na poprawę warunków od razu zakwita - tak serce odrodzonego człowieka, rozgrzane słońcem miłości Bożej, natychmiast rozmiłowuje się w Jezusie Chrystusie. W ten sposób powracamy do naszego przeznaczenia. Jezus odpowiedział: Pierwsze przykazanie jest to: Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest. Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej [Mk 12,29-30]. Z chwilą nowego narodzenia Syn Boży staje się największą miłością naszego życia. 

Biblia naucza, że fundamentem dobrych relacji z Bogiem i z ludźmi jest nasza miłość do Syna Bożego. Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłuje syna albo córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien [Mt 10,37], a kto mnie miłuje, tego też będzie miłował Ojciec i Ja miłować go będę, i objawię mu samego siebie [J 14,21]. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego [1J 4,21].

Co dzieje się z ludzką duszą, gdy jej miłość do Pana Jezusa zaczyna ziębnąć? Czy w ogóle można kogoś takiego jak Jezus przestać miłować? Oj, niestety tak. Lecz mam ci za złe, że porzuciłeś pierwszą twoją miłość. Wspomnij więc, z jakiej wyżyny spadłeś i upamiętaj się, i spełniaj uczynki takie, jak pierwej [Obj 2,4-5]. Innym razem Jezus zapowiedział: A ponieważ bezprawie się rozmnoży, przeto miłość wielu oziębnie [Mt 24,12].

Nasza miłość do Chrystusa Pana nie jest wartością stałą. Zdarza się, że z różnych powodów już nie kochamy Go tak żarliwie, jak wcześniej. Od zarania dziejów Kościoła diabeł dwoi się i troi, aby odciągnąć nasze serca od szczerego oddania się Chrystusowi. I należy przyznać, że dość często mu się to udaje. Dlatego rozważanie o powrocie do pierwszej miłości jest w życiu chrześcijanina tyle drażliwe, co i niezwykle potrzebne. Niejednemu z nas trzeba na nowo zakochać się w Jezusie. Jak to zrobić?

Zastanówmy się najpierw, jak można rozkochać się na nowo w swoich bliskich? Buduje nas widok ponownego zakochania między mężem i żoną. Zwłaszcza ich dzieci są z tego tytułu bardzo szczęśliwe. Nie mniej błogosławiony jest powrót do obopólnej miłości pomiędzy rodzicami i dzieckiem. Serce się rozpływa, gdy po latach wzajemnego niezrozumienia i emocjonalnych krzywd, dzieci znowu czczą swego ojca i matkę, a rodzice znowu przytulają swoje dorosłe już dzieci.

Ponowna miłość do bliskich członków rodziny nie przychodzi samoczynnie. Owszem, czasem więzy krwi mogą na chwilę zjednoczyć zwaśnionych krewnych w walce przeciwko jakiemuś wspólnemu wrogowi rodziny, ale zaraz potem następuje powrót wzajemnych animozji. By prawdziwie odnowić miłość w rodzinie, trzeba aby przynajmniej jedna ze stron przeżyła duchowe odrodzenie. Odnowiony przez Ducha Świętego umysł przestaje oskarżać. Chętnie przebacza i potrafi poprosić o przebaczenie. Pojednanie z Bogiem natychmiast rodzi w sercu potrzebę zbliżenia się do swoich domowników i naprawienia z nimi relacji. Takim dzieciom nie trzeba już mówić, ażeby pomyślały, jak wiele trudu i poświęceń ich rodzice wnieśli w cały proces ich wychowania. Nawracający się do Boga rodzice szybko zaczynają rozumieć, że powinni swoim dzieciom zaświecić przykładem Bożej miłości. Podobny proces obejmuje relacje w rodzeństwie. Choćby nie wiem jakie przykrości nas spotkały ze strony brata lub siostry, wiara w Jezusa Chrystusa pcha nas w ich stronę i każe budować mosty, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego [1J 4,20-21].

Zanim postawimy najważniejsze pytanie, pomyślmy jeszcze, jak można rozmiłować się na nowo w tym, co dobre? Przecież nie tylko biblijny Demas porzucił służbę Bogu, umiłowawszy świat doczesny [2Tm 4,10]. Także nam się zdarza, że po latach umiłowania Słowa Bożego, przebywania w towarzystwie ludzi wierzących, angażowania się w działalność zboru i rozczytywania się w literaturze chrześcijańskiej, coś zaczyna nas ciągnąć w stronę świata. Jeździmy wtedy na świeckie imprezy, karmimy duszę bezbożną twórczością i przesiadujemy w świątyniach próżności. Znowu spędzamy wiele czasu w towarzystwie ludzi nie narodzonych na nowo, bynajmniej nie w celu opowiadania im o naszej miłości do Jezusa. Jak to możliwe, by przyjaźń i twórczość ludzi żyjących bez Boga na świecie stały się dla nas równe wartościom wynikającym z wiary w Chrystusa, a nawet je przewyższały?

Pomyślmy. Gdyby ktoś zabił naszego przyjaciela, a potem urządzał imprezę, czy wzięlibyśmy w niej udział tylko dlatego, że świetnie tam grają albo dobrze karmią? Pamięć o naszym przyjacielu nie pozwoliłaby nam tam pójść i jakby nigdy nic bawić się z nimi. Ludzie lekceważący ewangelię Chrystusową przynależą do systemu, który odrzucił i ukrzyżował Syna Bożego. Nie godzi się, aby uczeń Jezusa łasił się do nich, podziwiał ich twórczość i pragnął ich towarzystwa. Nie pozwól memu sercu skłaniać się ku złej sprawie, trzymać się złych przyzwyczajeń, żyć niegodziwie, jak ludzie czyniący nieprawość – nie dopuść, abym sięgał po ich smakołyki [Ps 141,4]. Ten świat jest za mną, a krzyż przede mną. Nie wrócę już, nie wrócę już – śpiewamy o naszym, raz na zawsze dokonanym wyborze. Jednym słowem, ze względu na prawidłowy stosunek do Pana Jezusa, oferta świata nie jest godna naszej uwagi.

Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały [Flp 4,8]. Ażeby powrócić do miłowania tego, co dobre, trzeba dużo rozmyślać o tym, co miłe jest w oczach Bożych. Każdemu z nas powinno zależeć na tym, aby podobać się Bogu. Także w tej sferze wszystko zasadza się na naszej miłości do Boga, albo o jej brak się rozbija. Nie miłujcie świata ani tych rzeczy, które są na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca [1J 2,15]. Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga [Jk 4,4].

I tak doszliśmy do pytania o fundamentalnym znaczeniu: Jak się rozkochać na nowo w Panu Jezusie? Skoro od tego zależy i nasza wieczność, i teraźniejszość, to jak przestawić nasze serca na stuprocentową miłość do Syna Bożego? Przede wszystkim trzeba nam znowu zacząć rozmyślać o tym, kim On jest i jak wiele Mu zawdzięczamy.

Trzeba codziennie otwierać Biblię i prosić, aby Duch Święty objawiał nam Jezusa. Nasz Zbawiciel, jako Bóg a zarazem prawdziwy Syn Człowieczy, jako trzydziestokilkuletni mężczyzna, oddał za nas swoje życie. Pokonał szatana i otworzył nam drogę do życia wiecznego. Poświęcił się i przez swą ofiarę dokonał naszego usprawiedliwienia. Policz dary, które Pan ci dał, policz dary, któreś Odeń brał. Policz dary, w których miałeś dział, a w twym sercu muszą zabrzmieć pieśni chwał – podpowiada stara pieśń. Pan Jezus godzien jest naszej największej miłości i całkowitego oddania. 

Nieczęste, ale możliwe jest, ażeby twoja oziębła w miłości żona rozkochała się na nowo w swoim podstarzałym już mężu, a ty żebyś ponownie zakochał się w niej. Bo czy można wzgardzić małżonką poślubioną w młodości? - mówi twój Bóg [Iz 54,6]. Możliwe jest, żeby rodzice znowu zaczęli błogosławić swoje dorosłe już dzieci, a dzieci, żeby odnowiły w sobie szacunek i miłość do rodziców, bo Bóg na progu Nowego Przymierza obiecał, że zwróci serca ojców ku synom, a serca synów ku ich ojcom [Ml 3,24]. Takie rzeczy dzieją się z ludźmi, którym dane nam jest na nowo rozmiłować się w Bogu i w Słowie Bożym. 

Stąd – jako sługa Słowa Bożego – zalecam ponowne zakochanie się w Jezusie Chrystusie. Jeśli znowu, albo wreszcie, zaczniemy miłować Pana Jezusa z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, to nasze życie zacznie się prawidłowo układać i cieszyć się będziemy wewnętrzną harmonią. Gdy Jezus zajmie pierwsze miejsce na tronie naszego serca, wtedy i nasi bliscy, i różne wartości, znajdą się na miejscu właściwym. Kochaj się w Panu, a dać prośby serca twego! [Ps 37,4] - nawołuje Biblia Gdańska.

Jak Jezusa swego kochasz, jak? – pyta stary hymn chrześcijański. Z tym pytaniem pragnę dziś dotrzeć do każdego serca i każdej głowy. Kładźmy się z nim do snu i rankiem z nim wstawajmy, aż znowu rozkochamy się w Panu Jezusie tak, jak należy.

14 sierpnia, 2020

Co mówią mi jabłonie i grusza?

Tegoroczna obserwacja znanych mi od lat drzew owocowych zdaje się być dla mnie bardzo wymowną lekcją. Zarówno grusza w moim przydomowym ogrodzie, jak i zborowe jabłonie na Olszynce, wyglądają przygnębiająco. O ile w porze kwitnienia było jeszcze z nimi całkiem nieźle, to gdy nadszedł czas wydawania owoców, nie ma się z czego cieszyć. Niewyrośnięte, gnijące jabłka i gruszki przedwcześnie spadają na ziemię i faktycznie nie nadają się do jedzenia. Nie dość, że jest ich mało, to tym, które się zawiązały, jakby w ogóle nie chciało się dojrzewać. Uszkodzone spady leżą więc w trawie pod drzewami i jedyne, co można z nimi zrobić, to je zebrać i wyrzucić.  

Co chodzi mi po głowie, gdy patrzę na te żałosne zgniłki niedorośniętych jabłek i gruszek? Od kilku dni nachodzą mnie nieodparte myśli, że są one swoistym znakiem czasu. Jako chrześcijanie zostaliśmy powołani do wydawania dobrych owoców dla chwały i przyjemności naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was, abyście szli i przynosili owoc, a wasz owoc trwał... [J 15,16]. Bóg ma prawo do owocu z nowego życia, którym nas obdarował w Chrystusie. Tymczasem co widzi? O ile w początkowej fazie naszego chrześcijaństwa zakwitliśmy miłością Bożą i zapowiadało się na całkiem niezłe owocowanie, to dzisiaj sprawy nie wyglądają już tak budująco. Faktycznie nie za bardzo jest co zbierać. 

Dlaczego myślę o tych owocach, jako znakach czasu? Wiedz o tym, że w dniach ostatecznych nastaną trudne czasy. Ludzie będą samolubni, rozkochani w pieniądzu, chełpliwi, wyniośli, bluźnierczy, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, niegodziwi, nieczuli, nieprzejednani, skorzy do oszczerstw, niepohamowani, okrutni, gardzący tym, co dobre, zdradzieccy, bezmyślni, nadęci, kochający przyjemności bardziej niż Boga, stwarzający pozory pobożności, lecz będący zaprzeczeniem jej mocy. [2Tm 3,1-5]. Jednym słowem, mnóstwo duchowych zgniłków i spadów. Czy tak ma wyglądać zbór tuż przed powrotem Pana?!

Tego roku dałem sobie już spokój z myślą, że w kościelnym ogrodzie wezmę do ręki pachnące, soczyste jabłko, z którego po ugryzieniu wypadną ciemne pestki świadczące o zakończonym procesie dojrzewania. Nie mogę się jednak pogodzić z myślą, że tak miałoby wyglądać duchowe owocowanie naszego zboru. Niechby Bóg w swojej łasce nie dał sobie spokoju z oczekiwaniem, że w końcu przyniesiemy Mu owoce dorodne i dojrzałe. Pan powiedział: Ja jestem prawdziwą winoroślą, a mój Ojciec jest winogrodnikiem. Usuwa każdy pęd we Mnie nie przynoszący owocu i oczyszcza każdy, który owoc przynosi, aby owocował obficiej [j 15,1-2]. Na szczęście Bóg wie, jak osiągnąć w nas obfitość dobrych owoców.

Nosząc w sercu każdego z Was, Bracia i Siostry, żywię nadzieję, że nie zasmucimy naszego Pana i Zbawiciela brakiem owoców. Modlę się też, aby wasza miłość coraz bardziej wzbogacała się w poznanie i doświadczenie, byście rozpoznawali to, co słuszne, byli szczerzy i nienaganni w dniu przyjścia Chrystusa, pełni owocu sprawiedliwości dzięki Jezusowi Chrystusowi, dla chwały i uwielbienia Boga [Flp 1,9-11].

07 sierpnia, 2020

Przekierowani

Każdy w Izraelu wie, jakim dobrodziejstwem są wody Jordanu. Biorąca swój początek w górach Hermonu rzeka wpływa na teren Izraela i zmierza do Jeziora Genezaret zaopatrując w wodę niemal cały kraj. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na konferencji arabskiej w Kairze postanowiono pozbawić Izrael tego przywileju na rzecz Syrii, Jordanii i Libanu. Rozpoczęto budowę kanału w celu przekierowania wód ze źródeł Banias i poprowadzenie ich po terytorium Syrii w kierunku rzeki Yarmuk. Dzięki operatywności agentów Mosadu Izraelici dość szybko odkryli tę inwestycję i ją zbombardowali. Dla pewności w czerwcu 1967 roku zajęli Banias, aby mieć kontrolę nad tym źródłem Jordanu. Arabski pomysł przekierowania życiodajnej rzeki został udaremniony.

Ludziom narodzonym na nowo i napełnionym Duchem Świętym Bóg nadaje chwalebny bieg życia. Tak więc, czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego robicie, wszystko róbcie ku chwale Boga [1Ko 10,31].  A wszystko, co czynicie w słowie lub uczynku, wszystko czyńcie w imię Pana Jezusa [Kol 3,17]. Pamiętajcie: Panu, Chrystusowi służycie [Kol 3,24]. Z chwilą nawrócenia do Boga nasz sposób myślenia ulega całkowitej zmianie. Jedno zaczynamy nosić w głowie i w sercu. Pragniemy podobać się Bogu i naśladować Jezusa Chrystusa aż do śmierci.

Codzienne zajmowanie się sprawami Królestwa Bożego to największy honor i zaszczyt chrześcijanina. Nie może być nic ponad to ważniejszego. W domu i w podróży, w pracy i na urlopie, w młodości i w sędziwości, wszędzie i zawsze jesteśmy nastawieni na pełnienie woli Bożej. W każdej zmianie okoliczności dopatrujemy się nowej okazji do złożenia świadectwa o Jezusie i oddania Mu chwały. Nikt bowiem z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera. Bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy, jeśli umieramy, dla Pana umieramy. Dlatego czy żyjemy, czy umieramy, należymy do Pana [Rz 14,7-8]. Wielka to dla mnie radość, widzieć braci i siostry, jak przez całe dekady utrzymują się na tym kursie, jak żyją dla Boga i wiernie Mu służą. 

A jednak niektórzy dali się przekierować. Pamiętam, jak wcześniej krzątali się wokół duchowych celów. Jeszcze niedawno całą swą inwencję wkładali w to, by zdobywać dusze dla Chrystusa. Kładli się i wstawali z myślą, aby rozsławić Chrystusa Jezusa. Teraz dwoją się i troją, aby wykazać się w dziedzinach z wiarą w Boga zupełnie nie związanych. Skupili się na sobie. Zaniechali służenia Panu. Dalej deklarują wiarę w Boga i pojawiają się na nabożeństwach, ale po ich zachowaniu widać, że coś złego stało się z ich sercami. Nie wiedzieć czemu, rzucili się w wir spraw, które z punktu widzenia życia wiecznego nie tylko nie mają większego znaczenia ale mogą wręcz sprawie ich zbawienia zaszkodzić. 

Znam, na przykład, chrześcijan, którzy po latach mniej lub bardziej owocnej służby duchowej zajęli się teraz zarabianiem pieniędzy. Rozkręcają jakiś swój biznes i próbują zrobić karierę. Kiedyś krzewili wiarę w Jezusa Chrystusa, a teraz z nie mniejszą pasją sprzedają jakieś swoje produkty. Dawniej obserwowałem ich starania o ratowanie dusz i podziwiałem ich za pomysłowość, za poświęcenie w tej dziedzinie. Teraz widzę, że stali się "kaznodziejami" własnych interesów. Nie możecie służyć Bogu i mamonie [Mt 6,24] - powiedział Pan.

Sporą grupę przekierowanych stanowią społecznicy. Każde środowisko potrzebuje aktywistów, którzy chcieliby udzielać się społecznie. Idealne warunki do rozbudzania takich pasji stwarza wspólnota chrześcijańska. Z miłości służcie jedni drugim [Ga 5,13] słyszymy od pierwszych dni  obecności w zborze. Bezinteresownie więc udzielamy się w rozmaitych akcjach kościelnych. Głosimy ewangelię i podajemy przy tym pomocną dłoń. Jednakże mówienie o Bogu i wzywanie ludzi do opamiętania w działalności społecznej coraz częściej bywa niemile widziane. Owszem, społeczeństwo kocha i hołubi wolontariuszy, ale tylko takich, którzy nie krzewią przy tym wiary w Jezusa Chrystusa. Mogą, o dziwo,  prezentować najróżniejsze ideologie, byleby tylko nie mówili o Jezusie. Między innymi z tej właśnie przyczyny, niektórzy chrześcijanie nabrali wody w usta i działają społecznie już bez łączenia tego z ewangelią. Pracują z dziećmi, pomagają biednym, zajmują się terapią uzależnień, prowadzą rozmaite kluby zainteresowań i tak dalej. Są powszechnie lubiani i uznani. Ale nie są już apostołami Chrystusa.

Znam chrześcijan, którzy zajęli się polityką. Próbują piąć się po - przeważnie - lokalnych szczeblach kariery politycznej. Zapragnęli prestiżu i władzy. Chcą coś znaczyć w tym świecie. Niegdyś walczyli o wiarę. Wkrótce, jak tak dalej pójdzie, będą tępić prawdziwą wiarę w Jezusa  Chrystusa. Czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem jest nieprzyjaźnią z Bogiem? Jeśli więc ktoś chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga [Jk 4,4]. Jak mogli dać się aż tak przekierować?

Wśród znajomych chrześcijan widzę też całkiem pokaźną liczbę osób, które zakochały się w rekreacji i turystyce. Coraz mniej mają do powiedzenia o swoich przeżyciach i odkryciach duchowych. Rzadko przyznają się do swojego związku z Jezusem. Za to bardzo chętnie opowiadają o bieganiu, pływaniu, wędrowaniu, zdrowym odżywianiu, zwiedzaniu ciekawych zakątków świata i temu podobnych osiągnięciach. Przestali ćwiczyć się w pobożności. Mocno przykładają się teraz do poprawiania swej kondycji psychofizycznej. Najwyraźniej coś się w nich przestawiło. Ćwiczenie cielesne bowiem przynosi niewiele pożytku, lecz pobożność do wszystkiego jest przydatna, gdyż zawiera obietnicę życia obecnego i przyszłego [1Tm 4,8].

Szatan, przeciwnik Boży, nie może ścierpieć myśli, że moglibyśmy wytrwać na obranym kursie osiągając cel wiary, zbawienie dusz [1Pt 1,9]. Strasznie mu się to nie podoba, gdy przez całe lata wiernie naśladujemy Pana Jezusa i aktywnie służymy Bogu. Dlatego próbuje nas przekierować na cokolwiek innego, skądinąd nawet bardzo szlachetnego i uznanego wśród ludzi, abyśmy tylko odstąpili od gorliwości w poświęceniu się Panu. Przekierowane wody Jordanu przestałyby pełnić rolę, dla której Bóg tę rzekę stworzył. Przekierowany przez partyzantów transport zaopatrzenia frontowego w czasie wojny trafiał w pole albo prosto w ręce wroga. A co będzie z nami, jeśli damy się przekierować?

Nie ma obrazu smutniejszego ponad widok chrześcijanina, który po latach gorliwej służby Bogu zaprzestał troszczyć się o sprawy Królestwa Bożego i skupia się teraz na czymś innym. Czy ktoś taki może jeszcze powrócić do służenia Bogu? Czy jego aktywność można ponownie sprowadzić na właściwe tory?

14 lipca, 2020

Skutki przedwcześnie przekazywanej odpowiedzialności

Jak sięgam pamięcią, zawsze chciałem pracować w Kościele pod okiem kogoś starszego i bardziej ode mnie doświadczonego. Owszem, samodzielnie rozpoznawać wolę Bożą, przejawiać osobistą inwencję w służbie i z natchnienia Bożego czerpać do niej pomysły, lecz wiedzieć przy tym, że całość mej pracy będzie systematycznie poddawana ocenie braci obdarzonych duchowym autorytetem. Do dzisiaj, chociaż jestem już po sześćdziesiątce, przyłapuję się na odczuciu, że w obliczu niektórych wyzwań w służbie wciąż jestem zbyt młody i niedoświadczony, aby bez nadzoru innych braci mierzyć się z tymi zadaniami.

Od kilkunastu lat zauważam jednak narastające zjawisko stawiania na młodych bez należytej dbałości o ich życiowe doświadczenie. Dość nagminnie, zarówno w środowiskach świeckich jak i kościelnych, głos decyzyjny dobrowolnie zostaje przykazywany ludziom młodym. Bywa już i tak, że bez skrupułów przywództwo jest przejmowane na siłę, gdy parcie młodych natrafia na opór osób bardziej wiekowych, przeciwnych zbyt prędkiemu przekazywaniu odpowiedzialności. Czym skutkuje obsadzanie decyzyjnych stanowisk ludźmi młodymi, którzy - choćby nie wiem jak dobrze byli wykształceni - siłą rzeczy nie mogą jeszcze mieć dostatecznego doświadczenia życiowego?

Najpierw, dla przykładu, posłużę się garścią moich osobistych obserwacji poczynionych na ulicach grodu nad Motławą. Od dawna naszą bolączką jest wiele ulic o katastrofalnym stanie nawierzchni, które wymagają kapitalnego remontu. Tymczasem przebudowuje się ulicę o świetnej nawierzchni i dobrej przepustowości, bo ktoś wpadł na pomysł, że tunelowe przejścia dla pieszych należy zamienić na przejścia naziemne, gdyż dotychczasowa organizacja ruchu na tej ulicy przecina niby tkankę miejską i sprawia, że mieszkańcy Dolnego Miasta czują się odcięci od Głównego. Owszem, można zająć się realizacją i takich wydumanych pomysłów, ale dopiero po załatwieniu spraw stanowiących prawdziwą bolączkę dla mieszkańców. Jakiś inny przykład? Jak świat światem, wygląd dobrze zadbanego miasta pod każdą szerokością geograficzną kojarzy się nam z regularnie strzyżonymi trawnikami. Przejechałem ostatnio całą Polskę i miło było popatrzeć na przydrożne trawniki, które nawet we wioskach są równiutko koszone. Lecz w Gdańsku staliśmy się w ostatnim czasie ofiarami jakiegoś dziwnego pomysłu na tzw. "łąki kwietne" w środku miasta. Zarastają nas więc coraz wyższe chwasty, ale podobno tak jest ładniej i lepiej. Skąd takie "nowatorskie" pomysły? Może się mylę, ale od jakiegoś już czasu najważniejsze biurka w mieście obsadzili ludzie stosunkowo młodzi. Aktualnie średnia wieku ścisłego, pięcioosobowego kierownictwa gdańskiego magistratu wynosi 41 lat. Nie wdając się w szczegóły odnoszę wrażenie, że w tym gronie zabrakło głosu kogoś z nieco większym doświadczeniem życiowym.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Od dawna obserwuję środowisko ewangelicznego chrześcijaństwa w Polsce, a od czterdziestu lat jestem zaangażowany w codzienną, organiczną działalność kościoła na poziomie lokalnego zboru. Normalnie powinno być tak, że młodsi bracia pełnią swą służbę pod okiem starszych braci i przy ich boku wyrastają na dojrzałych przywódców. Pomysłowość młodych musi być bowiem moderowana doświadczeniem i życiową mądrością starszych. Trzeba, aby starsi i młodsi wiekiem oraz stażem wiary, dostatecznie długo pracowali razem w jednym zespole pod przywództwem tych pierwszych. Tylko tak młody sługa Boży może osiągnąć wymaganą przez naukę apostolską zdolność do samodzielnego przywództwa. Starszy zatem ma być nienaganny. Powinien być mężem jednej żony, człowiekiem trzeźwo myślącym, umiarkowanym, przyzwoitym, gościnnym, zdolnym do nauczania, wolnym od nałogów, nie wybuchowym, lecz łagodnym, niekłótliwym, nie nastawionym na pieniądz, dobrze kierującym własnym domem, dzieci trzymającym w posłuszeństwie, z wszelką godnością. Bo skoro ktoś nie potrafi kierować własnym domem, jak może troszczyć sie o kościół Boży? Starszy nie powinien być człowiekiem świeżo nawróconym, aby nie popadł w pychę i nie ściągnął na siebie wyroku podobnego jak diabeł. Powinien natomiast cieszyć sie dobrą opinią u ludzi spoza kościoła, aby nie spotkał się z lekceważeniem i nie wpadł w sidła diabła [1Tm 3,2-7].

Z powyższej instrukcji jasno wynika, że zarówno młodzi wiekiem jak i świeżo nawróceni bracia, zanim samodzielnie staną na czele pracy Pańskiej, potrzebują nabrać duchowych kwalifikacji i życiowego doświadczenia. Wszelkie więc decyzje, zwłaszcza te dla dalszych losów zboru strategiczne, powinny zapadać przy aprobacie starszych wiekiem i bardziej życiowo doświadczonych braci. Tymczasem w kościele nastała moda na młodych przywódców. Ich pomysły i koncepcje, ich wizje jutra zdominowały życie niejednego zboru, zagrażając stabilności i prawowierności całych wspólnot. Sprawy przybrały taki obrót nie tylko dlatego, że braciom starszym zabrakło mądrości w procesie przekazywania odpowiedzialności. Tak, niektórym z nich zamarzył się tytuł awangardzisty pod tym względem do tego stopnia, że na skróty dokonali zmian w przywództwie o więcej, niż jedno pokolenie. Jednak nierzadko zbyt młodzi ludzie zostają przywódcami chrześcijańskimi, bo - nie chcąc się podporządkować braciom starszym - samowolnie zakładają odrębne wspólnoty i stają na ich czele. 

Nie podoba mi się przebudowa dobrych ulic podczas, gdy zniszczone wciąż nie są remontowane. Nie podoba mi się las chwastów w mieście o wdzięcznej nazwie "kwietna łąka". Gdyby nie dominacja młodych fantastów,  którzy za nie swoje pieniądze chcą na nowo poukładać nasz świat, z pewnością decyzje magistratu byłyby bardziej wyważone i rozsądne. Gdyby dawnymi czasy następca tronu po Salomonie otoczył się starszymi, bardziej doświadczonymi doradcami i posłuchał ich głosu, z pewnością nie doszłoby do podziału Królestwa Izraela. Rechabeam jednak zlekceważył tę radę, której udzielili mu starsi, i udał sie po radę do chłopców, do młodych, którzy z nim wyrośli, a teraz pełnili przy nim służbę [1Kr 12,8]. Zdaje się, że nad niejednym współczesnym zborem trzeba będzie zapłakać, jak niegdyś prorok Izajasz ubolewał nad losem Judy: Ciemiężcami mego ludu są dzieci i kobiety nim rządzą. O ludu mój! Twoi wodzowie cię zwodzą i niszczą drogę twoich ścieżek [Iz 3,12]. 

Takie są skutki przedwcześnie przekazywanej odpowiedzialności. W niektórych kościołach i lokalnych zborach  już jest pod tym względem "po ptokach". Któż dziś przeciwstawi się młodzieży, która rzekomo jest "przyszłością kościoła"? Jednakże wszędzie tam, gdzie nie młodzież, a Chrystus jest przyszłością Kościoła, dbajmy o biblijny porządek rzeczy. Utrzymujmy w chrześcijańskim zborze wielopokoleniowe przywództwo, przekazując odpowiedzialność stopniowo i wciąż pod decyzyjnym nadzorem starszych braci. Każdy dzisiejszy Tymoteusz powinien mieć swojego Pawła apostoła, który mu podpowie, jak trzeba sobie radzić w domu Bożym, który jest kościołem żywego Boga, filarem i podporą prawdy [1Tm 3,15], i w którym nie może być miejsca na fantazyjne eksperymenty.

13 lipca, 2020

Co zrobię z tym wynikiem wyborów?

Dzisiaj, 13 lipca 2020 roku obudziłem się z odkryciem, że w kolejnej kadencji prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej będzie dotychczasowy Prezydent Andrzej Duda. Słyszę, że dla jednych chrześcijan jest to wiadomość trudna do zaakceptowania, podczas gdy inni bardzo się z niej cieszą. Niewątpliwie jedni i drudzy poważnie traktują swą wiarę w Boga i modlili się o wynik tych wyborów. Skąd więc w nich tyle tak rozbieżnych emocji?

Od lat jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że niezależnie od tego, kto w kraju sprawuje władzę, mogę mieć pozytywne nastawienie do każdego prezydenta, premiera, parlamentu i samorządu. W świetle Biblii już dawno zobaczyłem bowiem, że jako naśladowca Jezusa Chrystusa mam się nie tylko każdej władzy podporządkowywać ze względu na Chrystusa Pana, ale też się o każdą władzę modlić. 

Niech każda osoba podporządkowuje się władzom sprawującym rządy. Nie ma bowiem władzy, która nie pochodziłaby od Boga. Wszystkie one zostały ustanowione przez Niego. Dlatego kto się opiera władzy, przeciwstawia się Bożemu rozporządzeniu. Ci natomiast, którzy się przeciwstawiają, sami na siebie ściągają wyrok [Rz 13,1-2].  Respektujcie wszelki ludzki porządek ze względu na Pana. Poważajcie króla jako sprawującego władzę. Nie lekceważcie namiestników jako posłanych przez niego, aby karać przestępców i nagradzać uczciwych [1Pt 2,13-14]. 

Mając w sercu tak wyraźne pouczenia płynące z nauki apostolskiej z przyjemnością stosuję się do nich, ufając Bogu, że władzę ostatecznej, najwyższej instancji i tak sprawuje sam Pan, Jezus Chrystus - nasz Pan. Tym bardziej jest mi łatwo uznawać i respektować każdą ziemską zwierzchność i każdy wynik wyborów, że od dawna przynależę do nadchodzącego Królestwa Bożego. Nic w tym dziwnego, że ludzie nie odrodzeni duchowo, przywiązani do ziemskich spraw, biją się o swoje racje, bo to jest ich cały świat. Tymczasem nasza ojczyzna jest w niebie. Stamtąd oczekujemy Zbawcy, Pana Jezusa Chrystusa [Fl 3,20]. 

Podobnie jak dostosowuję się do przepisów obowiązujących w kraju, przez który akurat chwilowo przejeżdżam i nie próbuję zmieniać praw tego kraju, tak - jako uchodźca, jako człowiek nietutejszy [zob. 1Pt 2,11] na tym świecie - skupiam się na interesach Królestwa Bożego, a nie na poprawianiu tego świata. Nie można jednocześnie robić i jednego, i drugiego. Kiedyś Jezus udzielił ważnej rady człowiekowi, który chciał pójść za Nim. Grzebanie umarłych zostaw umarłym, ty natomiast idź i rozgłaszaj Królestwo Boże [Łk 9,60]. Nadchodzące Królestwo Boże, pozyskiwanie dusz dla Chrystusa - oto mój życiowy azymut.

Przypominam więc i zachęcam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby wstawiennicze i podziękowania za wszystkich ludzi, za królów oraz wszystkich na wysokich stanowiskach, abyśmy wiedli życie ciche i spokojne, z całą pobożnością i godnością [1Tm 2,1-2]. 

Poranne odkrycie niczego w moim życiu i służbie nie zmienia. Bez najmniejszego ociągania się w posłuszeństwie ewangelii Chrystusowej uznaję wynik wczorajszych wyborów. Nadal będę się podporządkowywać ziemskiej władzy, pamiętając, że i w ten sposób służę Chrystusowi Panu.

27 czerwca, 2020

Nie daj się odciągnąć

Każdy zrodzony z wody i z Ducha chrześcijanin jest związany z Chrystusem, niczym kobieta zaręczona ze swoim narzeczonym. Wielkim zadaniem chrześcijan jest szczere i serdeczne przywiązanie do Chrystusa, podobnie jak obowiązkiem narzeczonej jest dochowanie wierności jej oblubieńcowi. Czytając Biblię napotykamy jednak na apostolską obawę, że wierzący Koryntianie odwrócą się od szczerego oddania się Chrystusowi. Zabiegam bowiem o was z gorliwością Bożą; albowiem zaręczyłem was z jednym mężem, aby stawić przed Chrystusem dziewicę czystą, obawiam się jednak, ażeby, jak wąż chytrością swoją zwiódł Ewę, tak i myśli wasze nie zostały skażone i nie odwróciły się od szczerego oddania się Chrystusowi. Bo gdy przychodzi ktoś i zwiastuje innego Jezusa, którego myśmy nie zwiastowali, lub gdy przyjmujecie innego ducha, którego nie otrzymaliście, lub inną ewangelię, której nie przyjęliście, znosicie to z łatwością [2Ko 11,2-4].

Przykładem zwiedzenia przywołanym w naszym tekście jest Ewa. Miała w Edenie wszystko. Wystarczyło posłuszeństwo Bogu, a błogość raju trwałaby na wieki wieków. Jednak szatanowi udało się ją przechytrzyć i kobieta, gdy została zwiedziona, popadła w grzech [1Tm 2,14]. Ewa nie wyczuła nikczemnej podstępności węża. Przyjęła jego chytry wywód za dobrą monetę. Dała się oszukać. Powinna była zdecydowanie i od razu odrzucić to, co podważało wiarygodność Boga, na której zbudowane było jej szczęście. Pierwsza kobieta okazała się jednak bardzo otwarta na diabelską propozycję nowego spojrzenia na Boga i to ją zgubiło.

Stąd obawy apostoła Pawła w stosunku do chrześcijan w Koryncie. Zaniepokoiła go zdumiewająca otwartość tamtejszych wierzących. Zdawałoby się, że otwartość to pozytywna, jak najbardziej pożądana postawa. W Gdańsku otwartość uważana jest za jedną z czterech głównych cnót mieszkańców Grodu nad Motławą. Jednak pod niektórymi względami bywa ona bardzo niebezpieczna. Do czego prowadzi otwartość na przykład w sferze etyczno-moralnej, to widać już gołym okiem. Dlatego w kościele trzeba zachować ostrożność. Odrodzeni duchowo ludzie powinni uważać, aby nie popełnić błędu Ewy. 

Niestety, Koryntianie nie zachowywali należytej czujności. Normalnie powinni byli trzymać się apostolskiej zasady: Ale ty trwaj w tym, czegoś się nauczył i czego pewny jesteś, wiedząc, od kogoś się tego nauczył [2Tm 3,14]. Gdy zbór odwiedzili jacyś bliżej im nieznani kaznodzieje, należało sprawdzić ich naukę zadając im szereg pytań i przyglądając się ich życiu. Koryntianie postąpili inaczej. Bo jeśli przechodzień jaki głosi wam Jezusa innego, niż myśmy głosili, lub jeżeli otrzymujecie innego ducha niż ten, ktoregoście otrzymali, albo też inną Ewangelię niż tę, którąście przyjęli, skwapliwie to przyjmujecie (KUL).

Co załapali Koryntianie od takiego niesprawdzonego przechodnia wpuszczonego na kazalnicę? Jakiegoś innego Jezusa, jakiegoś innego ducha i jakąś inną ewangelię. Na domiar złego, zrobili to bez żadnych oporów, skwapliwie i z łatwością. Niespodziewanie znaleźli się na drodze odprowadzającej ich od prostoty i czystości wobec Chrystusa. Ich serca zostały skażone. Przestawali zachowywać się jak narzeczona wyczekująca przyjścia jej oblubieńca.

Jeżeli będziemy zbyt otwarci na wszelkie nowości, przynoszone przez kogoś do zboru lub napotykane przez nas w Internecie, to grozi nam podobne niebezpieczeństwo. Łatwo damy się odciągnąć od Boga, od zboru, od zdrowej nauki, od naszego powołania, a nawet od swoich codziennych powinności. Gdy wilk chce zagryźć owcę, to najpierw stara się ją odciągnąć od stada. Gdy ktoś chce uwieść czyjąś żonę, to najpierw powoli odciąga ją od jej męża. Gdy diabeł chce przejąć serce dorastającego dziecka, to zaczyna odciągać je od jego wierzącej rodziny.

Bądźmy czujni. Chytry wąż wie, że nie może nam zaproponować czegoś zgoła złego, bo byśmy się mu przeciwstawili. On stara się wykorzystać nasze zainteresowanie Jezusem, ewangelią i tematami duchowymi. Posyła więc do nas kogoś z Jezusem i ewangelią na ustach, lecz w innym duchu. Jeżeli w porę się nie połapiemy, to nasze serca powoli odwrócą się od szczerego oddania się Chrystusowi. Nie dajmy się odciągnąć od naszego Zbawiciela i Pana, ani od społeczności Jego Kościoła!

05 czerwca, 2020

Dlaczego ogień?

Błogosławiony skutek działania mojego ognia
W Piśmie Świętym czytamy: Otóż ziemia powstała na Słowo Boga, z wody i przez wodę. Przez nie ówczesny świat - zalany wodą - zginął. Za sprawą tego samego Słowa teraźniejsze niebo i ziemia zachowane są dla ognia, który pochłonie je w dniu sądu i zagłady bezbożnych ludzi [2Pt 3,5b-7]. Myślę, że tej wiosny lepiej zrozumiałem dlaczego Bóg tak postanowił, że niebiosa z wielkim hukiem przeminą, żywioły rozpalone ogniem stopią się, a ziemia i dzieła, które są na niej, spłoną [2Pt 3,10 w przekładzie UBG]. Spojrzałem na to z Bożego punktu widzenia.

Wykonując ostatnio prace pielęgnacyjne przy zieleni na terenie Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE napotkałem na nie lada trudność. Stanowiły ją karpy po kilku usuniętych zimą drzewach. Wykopane z ziemi wielką koparką, zajmowały sporo miejsca w zborowym ogrodzie i psuły jego estetykę. Trzeba je było pociąć na kawałki i uprzątnąć trawnik przed sezonem. Wiedziałem, że jakoś muszę stawić czoła temu wyzwaniu. Kilkakrotnie próbowałem rozwiązać ów problem dostępnymi mi środkami. Użyłem rozmaitych sposobów i narzędzi. Niestety, plątanina korzeni zaklejonych ziemią, kamieniami i gruzem uniemożliwiała skuteczne uporanie się z tym zadaniem. Piła łańcuchowa, piła szablasta, siekiera, kilof, myjka ciśnieniowa - wszystko okazało się niewystarczające. Byłem bliski rezygnacji.

Wtedy błysnęła mi myśl o spaleniu tych karp w całości. Przewiozłem je traktorem w bezpieczne miejsce i poddałem działaniu ognia. Ach, z jakąż ulgą patrzyłem, jak wredne, niedostępne mi sploty korzeni i twardej ziemi, z którymi wiele godzin walczyłem bezskutecznie, zaczęły ulegać cudownej mocy rozpalonych przeze mnie płomieni. To co dla mnie było tak trudne, że wręcz aż niemożliwe, w końcu stało się łatwe, jak bułka z masłem.

Od razu pomyślałem o Bogu, który właśnie ogniem postanowił ostatecznie potraktować ten bezbożny, nie chcący się Mu poddać, świat. Ileż to razy i jakże rozmaitymi środkami Swej łaski Bóg chce doprowadzić ludzi do opamiętania i zbawienia?! Bóg nie jest Bogiem nieporządku ale pokoju [1Ko 14,33]. Zrozumiałe, że jako Stwórca i PAN Wszechświata ma prawo domagać się posłuszeństwa od swego stworzenia. Ludzie jednak, jak świat światem, nie chcą się Mu podporządkować. Buntują się, robią Mu na przekór i odrzucają miłość Bożą. Lekceważą też, prześladują i poniżają osoby, które w imię Boże wzywają do poddania się Bogu. Ignorują nawet samego Syna Bożego, Jezusa Chrystusa! Ten bałagan musi zniknąć. W jaki inny sposób Bóg ma zrobić porządek z tym bezbożnym światem? Ogień. Pewnego dnia Wszechmocny PAN rozpali ogień i problem zostanie ostatecznie rozwiązany.

Swego czasu Jezus zadał faryzeuszom retoryczne pytanie: Jakże będziecie mogli ujść przed sądem ognia piekielnego? [Mt 23,33]. Zapytał ich tak, bo nie chcieli się nawrócić. A ty? Chętnie poddasz się dziś działaniu łaski Bożej, czy raczej ci zostaje tylko jakaś straszna perspektywa sądu i żar ognia mającego strawić przeciwników [Hbr 10,27]?

28 maja, 2020

Co mi dała izolacja?

Chociaż w moim osobistym życiu narzucone rygory antywirusowe praktycznie niewiele zmieniły - bo poruszałem się normalnie i w każdą niedzielę oraz środę w tym okresie byłem w domu modlitwy na swoim stanowisku - to jednak z duszpasterskiego punktu widzenia mogę stwierdzić, że dzięki niej jestem bogatszy o nowe spostrzeżenia. O Jezusie jest powiedziane, że On przejrzał wszystkich i od nikogo nie potrzebował świadectwa o człowieku, sam bowiem wiedział, co było w człowieku [J 2,24-25]. Ponieważ takiej zdolności nie posiadam, muszę przyglądać się ludziom wokoło i na tej podstawie wyciągać wnioski. Tak było w minionych miesiącach. Paromiesięczna izolacja ułatwiła mi w środowisku ewangelicznego chrześcijaństwa poczynić obserwacje, które wcześniej nie były możliwe, a już na pewno nie były dla mnie tak wyraziste.

Pierwszą z nich i zarazem najbardziej budującą, stało się potwierdzenie, że Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE składa się z wielu naprawdę dojrzałych w wierze i stabilnych chrześcijan, którzy na tyle miłują i doceniają swój zbór, że żadna wymuszona izolacja ich od niego nie jest w stanie oddzielić. Ze zrozumieniem przyjęli oni w marcu apel o pozostanie w domu i spokojnie czekali na odwołanie obostrzeń. Niezmiennie pielęgnowali w tym czasie osobistą społeczność z Bogiem, karmili się pokarmem duchowym serwowanym w naszym zborze i w miarę możliwości utrzymywali kontakty braterskie i siostrzane. Nie zapomnieli przy tym, że podtrzymanie pulsu życia zboru z jego finansami włącznie jest naszą wspólną odpowiedzialnością. Te osoby bez cienia sprzeciwu zastosowały się też do ograniczeń i nakazów sanitarnych, a gdy tylko pojawiła się możliwość udziału w zgromadzeniu zborowym, natychmiast i z radością zaczęły z tej możliwości znowu korzystać.

Drugim moim spostrzeżeniem z tego okresu jest odkrycie, że w kręgach ewangelicznie wierzących chrześcijan są osoby, których związek ze zborem, chociaż wydawał się być bardzo silny, okazał się dość kruchym związkiem i łatwo zastępowalnym. Na początku, z chwilą ogłoszenia obostrzeń epidemiologicznych, mocno walczyli o organizowanie spotkań i nabożeństw zboru, nawet za cenę przeciwstawienia się rządowym rozporządzeniom. Reagowali tak, jakby zgromadzenie było najwyższą świętością zboru, a jego odwołanie jakąś zdradą i nieposłuszeństwem wobec samego Pana. Niedługo potem ich optyka uległa dużej zmianie. Przestali wyglądać możliwości udziału we wspólnym zgromadzeniu, szybko zastępując je spotkaniami w wąskim gronie przyjaciół. Odnoszę wrażenie, że ograniczenia liczby uczestników nabożeństwa przestały być dla nich problemem. Odkryli nieznane im wcześniej walory tzw. "kościoła domowego" i poczuli się z tym całkiem dobrze. Kto wie, czy w ogóle zechcą powrócić do udziału w publicznych nabożeństwach z takim samym zaangażowaniem, jak to bywało przed pandemią.

Trzecią grupę osób w naszych środowiskach tworzą ludzie, którym od razu spodobała się niedziela w domu. Nareszcie bez wyrzutów sumienia i denerwujących pytań, mogli dłużej sobie pospać i pocieszyć się wygodami swoich mieszkań. Nieco bardziej religijni spośród nich mogli poprzebierać sobie trochę w transmisjach z różnych zborów, gdzie indziej oglądając uwielbienie, a gdzie indziej szukając miłego dla ucha kazania. Swobodnie można też było odłożyć sobie przegląd niedzielnych transmisji na później, bo pastorzy dwoili się i troili, aby ich wierni niemal każdego dnia mieli możliwość choć trochę na swoich duszpasterzy popatrzeć. Kościół "on-line" okazał się więc dla tych chrześcijan znacznie lepszym rozwiązaniem od tradycyjnego. Stali się zwolennikami transmisji nabożeństw i z pewnością chętnie będą z nich korzystać, wykorzystując teraz każdy powód, aby w niedzielę posiedzieć sobie w domu.

Chciałoby się, ażeby w rezultacie wymuszonej izolacji wyłoniła się nowa grupa braci i sióstr w Chrystusie. Mam na myśli osoby, które już od jakiegoś czasu w ogóle nie brały udziału w życiu zboru. Niechby zaniepokojone kruchością doczesnego życia z nową gorliwością zwróciły się ku Bogu. Czasy epidemii pokazały, że z dnia na dzień człowiek może zostać pozbawiony wszystkiego, na czym opierał swoje życie. Tylko ten, kto narodził się na nowo i żyje w bliskiej, osobistej społeczności z Bogiem, może spać spokojnie. Chcę mieć nadzieję, że przynajmniej niektórzy z moich dawnych współwyznawców Chrystusa otrzeźwieją duchowo i powrócą na drogę wiary. Życie bez Boga nie ma przyszłości. Wszystko w tym świecie może nagle się zachwiać i zawalić. Warownym grodem jest nam Bóg Jakuba [Ps 46].

Co mi dała izolacja? W jej czasach osobiście upewniłem się co do słuszności obranej przeze mnie drogi życiowej, polegającej na szczerym oddaniu się Chrystusowi. Izolacja dobitnie potwierdziła mi też noszone w sercu przekonanie, że na co dzień otacza mnie całkiem spore grono wspaniałych, prostolinijnych towarzyszy wiary, z którymi mogę służyć Bogu i cieszyć się życiem na Jego chwałę. Czas odosobnienia ujawnił również pozorność wiary niektórych, co w ostatecznym rozrachunku też ma wydźwięk pozytywny. Bogu niech będą dzięki za próbę odosobnienia.

24 maja, 2020

Czterdzieści lat minęło...

otrzymane 40 lat temu
Po czterdziestu latach od dnia, gdy Mojżesz nie zgodził się, by go zwano synem córki faraona i wolał raczej znosić uciski wespół z ludem Bożym aniżeli zażywać przemijającej rozkoszy grzechu, uznawszy hańbę Chrystusową za większe bogactwo niż skarby Egiptu [Hbr 11,24-26] nadszedł dla niego czas realizacji największego zadania jego życia. Miał wyprowadzić Izraelitów z niewoli egipskiej i poprowadzić ich do Ziemi Obiecanej. W życiu Mojżesza można wyodrębnić trzy etapy. Mówi się, że pierwsze czterdzieści lat życia Mojżesz poświęcił temu, aby stać się kimś ważnym w tym świecie. Następnie, przez czterdzieści lat pasąc owce, uczył się, jak bardzo musi się stać nieważny dla świata, aby mógł zostać użyty przez Boga. Ostatnie czterdzieści lat w życiu Mojżesza pokazują, jak wielkich rzeczy Bóg może dokonać przez człowieka, który ze względu na Chrystusa świadomie zrezygnował z bycia ważnym i oddał się w służbę Bogu.

pismo urzędowe z tamtych lat
Czterdzieści lat. Gdzie mi do Mojżesza, ale w moim życiu również przyszła pora na podsumowanie takiego odcinka czasu. Pragnę w tych dniach podziękować Bogu za pełne cztery dekady mojego usługiwania Słowem Bożym. Dokładnie dzisiaj mija czterdzieści lat od chwili, gdy 24 maja 1980 roku zakończyłem naukę w Szkole Biblijnej w Warszawie i powróciłem do Gdańska, aby poświęcić się tej służbie. Najpierw w moim macierzystym zborze prowadzonym wówczas przez śp. pastora Sergiusza Waszkiewicza, potem wśród chrześcijan w Piątkowie k. Czarnolasu, Krośnie, Gorzowie Wielkopolskim, Rzeszowie i od 1994 roku ponownie w Gdańsku, miałem i mam przywilej regularnego usługiwania Słowem. Pierwsze kazanie wygłosiłem jako dziewiętnastoletni młodzieniec 12 września 1978 roku w gdańskiej kaplicy przy ul. Menonitów 2a i od tamtej chwili ten rodzaj posługi stał się najważniejszym zadaniem mojego życia. Formalne powołanie mnie do służby w Kościele nastąpiło 2 marca 1980 roku.

Jak mi się wiodło? Lecz o życiu moim mówić nie warto i nie przywiązuję do niego wagi, bylebym tylko dokonał biegu mego i służby, którą przyjąłem od Pana Jezusa, żeby składać świadectwo o ewangeli łaski Bożej [Dz 20,24]. W ciągu minionych czterdziestu lat nie odniosłem żadnego spektakularnego sukcesu. Z ludzkiego punktu widzenia jestem nieważny, ale z łaski Boga jestem tym, czym jestem, a łaska Jego okazana mi nie była daremna [1Ko 15,10]. Mam już za sobą lata młodzieńczych namiętności, zakładania rodziny, zdobywania mieszkania, wychowywania dzieci, tworzenia od podstaw paru zborów i organizowania dla nich miejsca zgromadzeń. Gdyby nie łaska Boża, to na każdym z powyższych etapów poniósłbym klęskę, bo nie jestem ani mądry, ani z natury nie jestem dobrym człowiekiem. Jestem więc dozgonnie wdzięczny mojemu Panu, Jezusowi Chrystusowi, że wspaniałomyślnie przebaczał mi moje grzechy, okazywał wyrozumiałość dla nieudolności moich poczynań, podtrzymywał mnie, gdy opadałem z sił i pozwalał mi nadal pracować w Jego Kościele. Jestem też wdzięczny mojej Gabrysi, że od czterdziestu lat wiernie mi towarzyszy będąc wspaniałą, odpowiednią dla mnie pomocą na wszystkich etapach naszego wspólnego życia i pracy.

Czy teraz nastawiam się na jakieś novum w służbie? Owszem, pragnę świeżej inspiracji Ducha Świętego w moim kaznodziejstwie, ale nie zamierzam głosić żadnej nowej ewangelii. Chciałbym niezmiennie - tak długo, jak tylko Bóg mi pozwoli - być sługą Słowa Bożego. Zarówno na miejscu, w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku, jak i wszędzie tam, gdzie zostanę zaproszony, chcę pamiętać, że Słowo Boże ma być wiernie głoszone. Zgodnie z myślą apostolską jedno mam przy tym w głowie: Zapominając o tym, co za mną i zdążając do tego, co przede mną, zmierzam do celu, do nagrody w górze, do której zostałem powołany przez Boga w Chrystusie Jezusie [Flp 3,13-14].

Ojcze, dziękuję i proszę o Twoją łaskę na następne lata.

18 maja, 2020

Skąd wiedzieć, co przeciwko nam knują?

Eli Cohen w swojej rezydencji w Damaszku
Rok 1963. Foto: Wikimedia
Pięćdziesiąt pięć lat temu, 18 maja 1965 roku w Damaszku, na oczach tysięcy widzów powieszono Eli Cohena, niezwykłego agenta Mosadu, którzy przez całe lata infiltrował najbardziej elitarne środowiska syryjskie i przekazywał Izraelowi mnóstwo cennych informacji politycznych, gospodarczych i wojskowych.

Pierwszy raz o Eli Cohenie usłyszałem w 2009 roku z ust przewodniczki Dvory Maor podczas wycieczki do Izraela. Już wtedy byłem pod wrażeniem przydatności tego człowieka dla władz Izraela. Syria od zawsze była wrogo nastawiona do Żydów, a po proklamacji państwa Izrael, jako jedno z państw arabskich starała się mu szkodzić na wszelkie możliwe sposoby. W tzw. "wojnie o wodę" o mały włos nie przekierowali na swoje terytorium źródeł Jordanu, tak aby przestał on zasilać Jezioro Galilejskie. Z umocnień zlokalizowanych na Wzgórzach Golan prowadzili też regularny ostrzał osiedli izraelskich. Dzięki Cohenowi raz po raz działania syryjskie kończyły się fiaskiem. Dlatego, gdy Syryjczycy w końcu odkryli kim Cohen jest naprawdę, zgładzili go pomimo dyplomatycznych i finansowych starań o jego uwolnienie.

Wspomnienie tego sławnego agenta Mosadu odświeża we mnie myśl o opisanej w Biblii niezwykłej działalności proroka Elizeusza. Gdy król Aramu prowadził wojnę z Izraelem, odbywał narady ze swoimi dowódcami i ustalał: W tym a tym miejscu zasadzimy sie na nich z naszym wojskiem. Wówczas mąż Boży słał do króla Izraela wiadomość: Strzeż się! Nie przechodź tamtędy. Tam zasadzili się Aramejczycy. Król Izraela sprawdzał miejsca wskazane przez męża Bożego i wielokrotnie zdołał uniknąć niebezpieczeństwa. Król Aramu był tym rozdrażniony. W końcu wezwał swoich doradców i zapytał: Czy nie możecie mi donieść, kto z naszych zdradza to wszystko królowi Izraela? Wtedy jeden z jego podwładnych wyjaśnił: Nikt, królu, mój panie. To prorok Elizeusz, który mieszka w Izraelu, donosi swojemu królowi nawet o tym, co mówisz u siebie w sypialni! [2Kr 6,8-12].

W odróżnieniu od Cohena, prorok Elizeusz posługiwał się nadprzyrodzoną wiedzą. Miał ją dzięki Duchowi Bożemu, który objawiał mu to, co było ściśle tajne. Podobnie nadnaturalnego poznania rzeczywistości udziela Bóg i dzisiaj ludziom napełnionym Duchem Świętym. W każdym zaś, dla wspólnej korzyści, w jakiś sposób przejawia się Duch. Jeden za Jego pośrednictwem otrzymuje słowo mądrości. Drugi w podobny sposób otrzymuje słowo poznania [1Ko 12,7-8]. Pełni Ducha chrześcijanie nie są zdani na swoją intuicję, ani na pastwę losu. W każdej chwili mogą skorzystać z objawienia Bożego, bo Duch przenika wszystko, nawet głębie Boga [1Ko 2,10]. Napełnieni Duchem Świętym potrafimy w porę zgasić każdy rozżarzony pocisk złego [Ef 6,16], jego intrygi są nam przecież znane [2Ko 2,11]. Jesteśmy jak król Izraela informowany przez proroka Elizeusza albo jak rząd izraelski korzystający z wywiadowczej działalności Eli Cohena.

Dlatego dbajcie o to, aby Duch mógł was stale napełniać [Ef 5,18] - wzywa Słowo Boże.

16 maja, 2020

Im bliżej, tym lepiej

Może to i prawda, że aby nie doznać jakiegoś uszczerbku na zdrowiu i życiu, należy w tych czasach zachować co najmniej dwumetrowy dystans między osobami. Zrozumiałe, że chorzy powinni być odizolowani od społeczeństwa. Tak samo ludziom zdrowym koniecznie trzeba unikać bliskiego kontaktu z osobami zarażonymi. Separacja wydaje się być zachowaniem jak najbardziej mądrym i zbawiennym. Im dalej od innych, tym lepiej. Tzw. "social distance" - to w tych dniach chyba najpopularniejsze hasło na świecie.

Zupełnie inaczej mają się sprawy w sferze duchowej relacji z Bogiem. Dziesięcioletnia dziewczynka z sąsiedztwa mojego znajomego mieszkającego w Kanadzie, wypisała na przydomowym chodniku: "Don't social distance from God", czyli po polsku - Nie separujcie się od Boga. Nie róbcie tego. Jeżeli chcemy żyć wiecznie, jeżeli chcemy zostać uratowani od wiecznej zguby, to koniecznie powinniśmy znaleźć się jak najbliżej Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Bo oto ci, którzy oddalają się od Ciebie, zginą [Ps 73,27]. Tak mówi Biblia. Wiedzą o tym nawet małe dzieci z Kanady.

Podstawowym czynnikiem oddalającym nas od Boga jest nasz grzech. Gdzie jesteś? [1Mo 3,9] - zawołał Pan Bóg do kryjącego się Adama, po tym jak zgrzeszył on przeciwko Bogu. Oto ręka Pana nie jest tak krótka, aby nie mogła pomóc, a Jego ucho nie jest tak przytępione, aby nie słyszeć. Lecz wasze winy są tym, co was odłączyło od waszego Boga, a wasze grzechy zasłoniły przed wami Jego oblicze, tak że nie słyszy [Iz 59,1-2]. Bliskość i społeczność z Bogiem możliwa jest wyłącznie na drodze opamiętania z grzechów i pojednania się z Nim poprzez ofiarę Syna Bożego, Jezusa Chrystusa.

Zbliżcie się do Boga, a zbliży sie do was [Jk 4,8] - nawołuje Słowo Boże. Najlepiej więc, i to bez żadnej 'maski' przybliżać się codziennie do naszego PANA. Bliżej, o bliżej wznieś mnie i tul do siebie, Chryste, przez radość i ból. Trzymaj mnie zawsze na sercu swym, Synu Człowieczy, i nocą, i dniem. Lubię i często śpiewam tę pieśń. Im bliżej, tym lepiej.

W czasach powszechnego zachowywania dystansu, moim szczęściem być blisko Boga [Ps 73,28]. A ty? Czy przypadkiem nie separujesz się od Boga?

15 maja, 2020

Czy podoba się nam niedziela w domu?

zabytkowy napis upamiętniający
leśne nabożeństwa
Latem 2012 roku, w trakcie wczasów zborowych w Wiśle, odwiedziliśmy tzw. "Leśny kościół na Równicy", czyli jedno z dziewięciu miejsc tajnych nabożeństw tamtejszych ewangelików w czasach prześladowań religijnych w drugiej połowie siedemnastego wieku. Ich pragnienie wspólnego spotkania wokół Słowa Bożego było tak wielkie, że narażając swe zdrowie i życie regularnie zgromadzali się wysoko w lesie.

Nasza wizyta w osławionym tymi nabożeństwami miejscu na Równicy przypomniała mi się na okoliczność organizowania plenerowych nabożeństw Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku. My też, nie godząc się na pozbawiające nas wspólnych spotkań rygory kolejnych rozporządzeń rządowych, postanowiliśmy poszukać nowego sposobu gromadzenia się całego zboru. I go znaleźliśmy. Domem modlitwy stał się dla nas rozległy ogród zborowy. Ustawiliśmy w nim czterometrowy krzyż, wiatę namiotową dla zespołu muzycznego oraz krzesła w dwumetrowych odstępach na trawie i tak urządziliśmy "letnią" kaplicę do odbywania niedzielnych nabożeństw. Miejsca w niej tyle, że w jak najlepszej zgodzie z przepisami zmieszczą się nie tylko wszyscy członkowie zboru z rodzinami, ale także chrześcijanie z innych wspólnot, które odwołały swoje nabożeństwa. Jedyną trudnością do pokonania jest tkwiące w nas umiłowanie komfortu i dbałość o własną skórę.

nasza grupa zborowa w leśnym kościele
Nie ma potrzeby rozpisywać się tutaj o wartości zgromadzenia ludu Bożego w jednym czasie i miejscu. Od zarania Kościoła uczniowie Jezusa odczuwali silną potrzebę wspólnych spotkań. A gdy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, byli wszyscy razem zgromadzeni w jednym miejscu [Dz 2,1]. Żadne inne formy nie są w stanie zastąpić nabożeństwa. Ucieszyłem się, gdy mi powiedzieli: Udamy się do domu Pana! [Ps 122,1]. Gdyż lepszy jest dzień w Twych przedsionkach niż tysiąc na moich włościach! [Ps 84,11] - wołał natchniony psalmista. Trzeba nam pamiętać, że komuś bardzo zależy na tym, aby oddzielić nas od wspólnoty z innymi wierzącymi. W obecnych okolicznościach udało mu się wkręcić nam w głowę, że pozostając w domu jesteśmy bezpieczni, a biorąc udział w nabożeństwie bylibyśmy w niebezpieczeństwie. Nie tak nauczyłem się Chrystusa.

Mając taki ogląd sprawy ani na jedną niedzielę nie zrezygnowałem z organizowania nabożeństw. Znam swoje powinności. Jedną z nich jest zapewnienie braciom i siostrom możliwości udziału w zgromadzeniach zboru. W kolejne niedziele śpiewaliśmy więc, modliliśmy się i głosiliśmy Słowo Boże tak, jakby nasza kaplica była wypełniona po brzegi, podczas gdy faktycznie była niemal zupełnie pusta. Szybko jednak stało się nam jasne, że transmisje "on-line" po niedługim czasie źle wpłyną na morale zboru. Nie czekając więc ani chwili dłużej z początkiem maja powróciliśmy do zgromadzeń niedzielnych, dostępnych dla wszystkich.

Audytorium leśnego kościoła na Równicy
Znakomita część członków naszego zboru po kilku tygodniach absencji skwapliwie i z radością skorzystała z możliwości udziału w nabożeństwach. Cieszymy się, że znowu dane nam jest wspólnie wielbić Boga i karmić się Słowem Bożym. Nieważne, że robimy to w ogrodzie i pod gołym niebem. Wierzący w "leśnym kościele" na Równicy też każdej niedzieli mierzyli się z szeregiem niedogodności. Nabożeństwo ma dla nas tak wielką wartość, że gotowi jesteśmy znieść każdą niewygodę. Będziemy w naszej plenerowej kaplicy wielbić Boga nawet wtedy, gdy będzie lało i wiało...

Czy jednak wszyscy tak samo myślimy?  Czy w najbliższą niedzielę już pojawimy się na nabożeństwie? Kolejne zgromadzenia bez żadnych ograniczeń liczbowych pokażą to jak na dłoni. Niektórym i przed okresem tzw. pandemii z łatwością zdarzało się podpadać pod wezwanie apostolskie: Nie opuszczajmy przy tym wspólnych spotkań, co jest u niektórych w zwyczaju [Hbr 10,25]. Tacy rygory antywirusowe nakazujące pozostawanie w domu powitali wręcz z radością. Próba odosobnienia, o której niedawno pisałem, okazała się dla nich duchową pułapką.

nasza kaplica plenerowa
Nasz zbór znalazł sposób na to, aby już dłużej w niedzielę nie siedzieć w domu. Wszyscy członkowie i przyjaciele Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE mogą wraz z rodzinami uczestniczyć w nabożeństwie. Każdy z nas za natchnionymi słowami psalmisty może dziś powiedzieć PANU: Wysławiać Cię będę w wielkim zgromadzeniu, wobec licznego ludu chwalić Cię będę [Ps 35,18]. Zapraszamy!

15 kwietnia, 2020

Przyjdę znowu

W tych dniach, jak nigdy wcześniej, brzmią mi w głowie słowa Jezusa: A gdy pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem [J 14,3]. Czy jestem na to gotowy?

Na tę okoliczność odświeżam trzy filmy, które w czasach mojej posługi w Gorzowie Wielkopolskim otrzymałem na kasetach VHS od przyjaciela z Niemiec. Przetłumaczyliśmy je na język polski w profesjonalnym studiu tłumaczeń. Trzeba przyznać, że dla wielu z nas stały się one przyczynkiem do uporządkowania relacji z Jezusem i utrzymywania się w gotowości na Jego powrót. Dokładnie te 'oryginały' polskiej wersji, teraz już w formacie cyfrowym, zamieściłem ostatnio na kanale Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE, na YouTube.

1. Złodziej w Nocy (tytuł oryg. A Thief in the Night) prod. Mark IV Pictures, 1972, 69 min

2. Odległy Grzmot (tytuł oryg. A Distant Thunder) prod. Mark IV Pictures, 1978, 79 min

3. Wizja Bestii (tytuł oryg. Image of the Beast) prod. Mark IV Pictures 1980, 94 min.

Chociaż, jak widać, najnowszy z tych filmów ma już 40 lat, to jednak ich przesłanie wciąż pozostaje aktualne. Objawienie św. Jana, najpóźniej napisana księga Biblii, ma już około 1925 lat, a jednak jest bardziej aktualna niż dzisiejsze wydanie gazety, bo mówi o tym, co wciąż jest przed nami. Biblia jednoznacznie i wielokrotnie zapowiada nagły powrót Syna Bożego, Jezusa Chrystusa na ziemię.

W obliczu tego, co nieuchronnie się zbliża, nie ośmielam się wymądrzać ani niczego uszczegółowiać. Nie przejdą mi też przez usta żadne słowa pocieszania i uspokajania, że wszystko znowu na tym świecie będzie dobrze. Z całą mocą natomiast przywołuję natchnione słowa Pisma Świętego:

Przede wszystkim wiedzcie, że w dniach ostatecznych pojawią się szydercy, zainteresowani zaspokajaniem własnych zachcianek. Będą oni drwić: No i co z obietnicą Jego przyjścia?! Jakoś, odkąd zasnęli ojcowie, wszystko trwa tak, jak od początku stworzenia. 

Ludzie ci jednak nie chcą wziąć pod uwagę dawnych dziejów ziemi oraz nieba. Otóż ziemia powstała na Słowo Boga z wody i przez wodę. Przez nie ówczesny świat - zalany wodą - zginął. Za sprawą tego samego Słowa teraźniejsze niebo i ziemia zachowane są dla ognia, który pochłonie je w dniu sądu i zagłady bezbożnych ludzi.

To jedno, kochani, miejcie na uwadze: U Pana jeden dzień jest jak tysiąc lat i tysiąc lat jak jeden dzień. Pan nie zwleka z dotrzymaniem obietnicy, choć niektórzy uważają, że zwleka. Tymczasem On po prostu okazuje cierpliwość względem was. On nie chce, aby ktoś zginął. Przeciwnie, chce, aby wszyscy się opamiętali.

Dzień Pana nadejdzie jak złodziej. Wtedy niebo z trzaskiem przeminie, podstawy świata stopnieją w ogniu, ziemia odpowie za swoje działania i człowiek zda sprawę ze swoich dokonań. 
Skoro w taki sposób to wszystko ma ulec zniszczeniu, to jak święcie i pobożnie wy sami powinniście postępować na co dzień? Mówię do was, oczekujących, a nawet pragnących przyśpieszyć nastanie dnia Bożego, w którym niebo zginie w ogniu i żar stopi podstawy świata. Bo przecież oczekujemy - zgodnie z obietnicą - nowego nieba i nowej ziemi, w których na stałe zamieszka sprawiedliwość.

Dlatego, kochani, w oczekiwaniu tych wydarzeń postarajcie się, aby On mógł was zastać pełnych pokoju, niesplamionych i nienagannych. Cierpliwość naszego Pana uważajcie za zbawienie [2Pt 3,3-15].