04 grudnia, 2025

Duchowa bezdomność

Każdego roku późną jesienią w naszym społeczeństwie na nowo ożywa temat bezdomności. Wiele osób, które latem - zdawać by się mogło - całkiem nieźle radziło sobie bez własnego kąta, staje się obiektem społecznej troski. Służby socjalne dwoją się i troją, by z nadejściem mrozów bezdomnym ludziom zapewnić warunki niezbędne do przetrwania zimy. Niektóre z tych osób same w porę szukają dla siebie schronienia na zimowe miesiące, lecz wciąż są i takie, które na tyle cenią swą "wolność", że trzeba je tropić i namawiać na ciepłe łóżko, aby uratować je przed zamarznięciem. Niech to zjawisko społeczne w niniejszym rozważaniu posłuży nam, jako ilustracja zachowania coraz większej liczby ewangelicznych chrześcijan.

Zacznijmy od tego, że każdy normalny chrześcijanin przynależy do jakiegoś Zboru. Najczęściej jest to wspólnota blisko miejsca zamieszkania. Bywa jednak i tak, że naszym domem duchowym jest Zbór oddalony nawet o wiele kilometrów, co przy dzisiejszych środkach komunikacji nie stanowi większego problemu. Ważne, że Pismo Święte wszystkich naśladowców Chrystusa widzi w społeczności lokalnego Zboru Kościoła a Duch Święty nieodpartą potrzebę przynależności i trwania we wspólnocie świętych wpisuje w duszę osób narodzonych na nowo. Dzięki temu, niezależnie od warunków zewnętrznych, osobistych nastrojów oraz życiowych sytuacji, jesteśmy domownikami wiary. Ciesząc się domem duchowym, czujemy się za niego współodpowiedzialni. Korzystamy z różnych zasobów wspólnoty ale też razem z innymi jej członkami dbamy o bieżące utrzymanie Zboru. Podobnie jak normalni użytkownicy mieszkania regulują rachunki, utrzymują porządek i myślą o zaopatrzeniu lodówki, tak też członkowie Zboru mają to na uwadze w odniesieniu do miejsca wspólnych zgromadzeń.

Dużo łatwiej jest nie mieć na głowie tego rodzaju odpowiedzialności. Bezdomność wielu ludzi właśnie stąd się wzięła, że w jakimś momencie życia machnęli ręką na te przyziemne obowiązki. Poczuli wiosnę. Przestali pracować, regulować rachunki i dbać o swoje kąty. Lato wolności szybko minęło i zanim nadeszły mrozy niedostatku, stracili klucze do swego miejsca schronienia. Nastał czas rozglądania się za jakąś ogrzewalnią, jadłodajnią, noclegownią lub domem pomocy społecznej. Tak zachowują się też niektórzy chrześcijanie. Przestają miłować i doceniać swój Zbór. Powoli odpływają na fali źle pojętej wolności w Chrystusie. Jacyś inni, duchowo bezdomni ludzie, "zaświecili" im walorami życia bez kościelnej przynależności, tak że do pewnego czasu są wręcz święcie przekonani o słuszności  pójścia za ich przykładem. Jednak wcześniej, czy później staje się jasne, że potrzebują wspólnoty Kościoła. 

Dzisiaj przed sklepem widziałem młodego człowieka, jak zagadywał ludzi, żeby mu coś kupili. Dlaczego? Ponieważ przebimbał lato i nie ma nawet na chleb. Nieraz widzimy, jak po ciepły posiłek ustawia się długa kolejka. Dlaczego? Bo ci ludzie nie mają kuchenki ani warunków do jego przygotowania. Do miejskiej ogrzewalni cisną się osoby, którym zrobiło się naprawdę zimno, a niestety nie mają już własnego kąta i piecyka. Do czego piję? Ludzie zwący się chrześcijanami, a żyjący bez przynależności do Zboru, w jakimś momencie zaczynają łaknąć chleba, pragną zasiąść z innymi do stołu, no i nieco ogrzać się duchowo. Co wtedy robią? Jeżeli własna duma nie stanie im na przeszkodzie, wtedy idą do jakiegoś Zboru albo jadą na konferencję. Pojawiają się w różnych miejscach, bo są przecież duchowo bezdomni. Niektórzy z nich przypominają sobie o wspólnocie w sytuacji potrzeby, gdy na horyzoncie zarysuje się im jakaś chwilowa korzyść lub zawiśnie nad nimi widmo poważnej choroby. Pamiętam, jak przed laty w Zborze regularnie zaczęła pojawiać się dawno nie widziana kobieta, co wywołało wśród nas oczywistą radość. Wkrótce okazało się, że jej mąż śmiertelnie choruje. Zorganizowaliśmy mu za friko chrześcijański pogrzeb oraz poczęstunek dla uczestników uroczystości, a parę tygodni potem owa "chrześcijanka" znowu zniknęła nam z oczu.

Mam świadomość rozmaitych przykrości i rozczarowań, których można doświadczyć w Zborze. Właśnie tym najczęściej tłumaczą swoje odejścia od społeczności osoby bez przynależności kościelnej. Wszakże podobnie jak normalni ludzie z powodu jakiejś usterki i konieczności remontu nie porzucają swego domu, tak też odpowiedzialni chrześcijanie nie decydują się na duchową bezdomność z uwagi na jakiś mankament w lokalnej wspólnocie Kościoła. Biblia oczekuje od nas dojrzałości w wierze. Wyrażamy ją m.in. staraniami o naprawę i odbudowę tego, co się popsuło, bo przynależność do Zboru jest wartością na wagę złota. O jedno proszę Jahwe i tego tylko pragnę gorąco: bym mógł przebywać w Domu Jahwe po wszystkie dni mojego życia, doświadczając łaskawości Jahwe i odwiedzając Jego Świątynię. On skryje mnie w swym Przybytku w dzień przeciwności, schroni mnie w głębi swego Namiotu, wyniesie wysoko na opokę [Ps 27,4-5].

Miłujmy swój Zbór, jakikolwiek jest - mały, średni czy duży. Dbajmy o nasz dom duchowy bez względu na to, jak wygląda na tle innych wspólnot, a nigdy nie popadniemy w duchową bezdomność.

Więcej na ten temat w tekście: Czy potrzebujemy przynależności do lokalnego Zboru Kościoła?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz