01 września, 2026

Zdolni innych nauczać

MB we wrześniu 1966 roku
Dzisiaj mija dokładnie 60 lat od czasu, gdy zacząłem moją szkolną przygodę. Począwszy od tego pamiętnego dnia, stosownie ubrany, z tornistrem na plecach, sześć razy w tygodniu pokonywałem piechotą dystans trzech kilometrów, by znaleźć się w miejscu podstawowej edukacji. Wreszcie mogłem przez kilka godzin każdego dnia skupić się na zdobywaniu wiedzy. Moim wielkim atutem w tamtym czasie była nasza nauczycielka, pani Gałęzowa - dojrzała, mądra kobieta z życzliwym, aczkolwiek wymagającym, podejściem do każdego z jej uczniów. Kluczowe, pierwsze lata nauki pod jej okiem miały zbawienny wpływ na moje podejście do wszelkich, późniejszych wyzwań życiowych. Myślę, że - obok mojej Mamy - miała spory udział w procesie wpajania mi pracowitości, uczciwości, odpowiedzialności i staranności, które okazały się niezastąpione również w - praktykowaniu pobożności.

Tajemnicą sukcesu szkoły są jej nauczyciele. A Kościoła? Starszy zatem ma być nienaganny. Powinien być mężem jednej żony, człowiekiem trzeźwo myślącym, umiarkowanym, przyzwoitym, gościnnym, zdolnym do nauczania, wolnym od nałogów, nie wybuchowym, lecz łagodnym, niekłótliwym, nie nastawionym na pieniądz, dobrze kierującym własnym domem, dzieci trzymającym w posłuszeństwie, z wszelką godnością. Bo skoro ktoś nie potrafi kierować własnym domem, jak może troszczyć się o kościół Boży? (1Tm 3,2-5). Lokalne zbory Kościoła pilnie potrzebują takich nauczycieli. Skąd ich wziąć? To, co usłyszałeś ode mnie wobec wielu świadków, przekaż ludziom godnym zaufania, którzy będą zdolni nauczać również innych (2Tm 2,2). Zatem, nie każdemu Bóg powierza rolę duszpasterską i nauczycielską w Kościele. Biblia wskazuje na kilkustopniowy proces przygotowywania i powoływania do posługi Słowem i to pod okiem doświadczonych sług Bożych.

Sporym problemem naszych czasów jest zjawisko samopowoływania. Jak grzyby po deszczu, na lewo i na prawo, zwłaszcza w większych miastach, wyrastają samozwańczy pastorzy, nauczyciele i prorocy. Nikt ich nie zweryfikował pod względem etycznym i moralnym. Nikt nie zrobił im egzaminu z teologii. Sami, bez żadnego duchowego zwierzchnictwa, zaczynają nauczać nie pytając nikogo o zdanie. Przecież nawet apostoł Paweł miał potrzebę skonsultowania się z innymi sługami Bożymi aby jego posługa nie okazała się daremna (Ga 2,2). Prawdziwy Kościół nie jest miejscem działania na własną rękę. Niech oni najpierw odbędą próbę, a potem, jeśli się okaże, że są nienaganni, niech przystąpią do pełnienia służby (1Tm 3,10). Niestety, Internet nie żąda przedstawienia listów uwierzytelniających, nie pyta o poglądy, nie sprawdza charakteru i nie zagląda do życiorysu. Wystarczy założyć konto na Facebooku lub YouTube, zatytułować się po swojemu – i już! Bądźmy ostrożni. Biblia uczy, że On ustanowił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, a innych pasterzami i nauczycielami, aby przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego (Ef 4,11-12).

Pani Gałęzowa z jej uczniami
Sześćdziesiąt lat temu stając się uczniem, sam nie wybierałem sobie nauczyciela, od którego będę czerpać wiedzę. Przesądziła o tym moja lokalizacja i dyrektor miejscowej szkoły. Tak też jest z „pierwszakami” w sensie duchowym. Są formowani przez ludzi ze środowiska, w którym narodzili się na nowo. Dopiero potem mogą decydować, kto będzie ich nauczycielem. Chrystus Pan przestrzegł, aby robić to bardzo rozważnie. Wy nazywacie mnie Nauczycielem i Panem, i słusznie mówicie, bo jestem nim (Jn 13,13). Jednakowoż, w naszej wolności doboru możemy popełnić błąd i wybrać sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce (2Tm 4,3). Tak wielu chrześcijan już zrobiło. Mają swoją internetową listę ulubionych mówców. Nie potrzebują już słuchać miejscowego pastora, zwłaszcza, że jest mniej błyskotliwy. Tamci, z Internetu, powoli przejmują jego nauczycielską rolę. A kto może na odległość, w świecie wirtualnej iluzji, być pewnym, że są to nauczyciele wiarygodni i tym samym zdolni innych nauczać?