 |
| uczeń MB we wrześniu 1966 roku |
Dzisiaj mija dokładnie 60 lat od czasu, gdy zacząłem moją szkolną
przygodę. Począwszy od tego pamiętnego dnia, stosownie ubrany, z tornistrem na
plecach, sześć razy w tygodniu pokonywałem piechotą dystans trzech kilometrów,
by znaleźć się w miejscu podstawowej edukacji. Wreszcie mogłem przez kilka
godzin każdego dnia skupić się na zdobywaniu wiedzy. Moim wielkim atutem w
tamtym czasie była nasza nauczycielka, pani Gałęzowa - dojrzała, mądra kobieta
z życzliwym, aczkolwiek wymagającym, podejściem do każdego z jej uczniów.
Kluczowe, pierwsze lata nauki pod jej okiem miały zbawienny wpływ na moje
podejście do wszelkich, późniejszych wyzwań życiowych. Myślę, że - obok mojej Mamy - miała spory
udział w procesie wpajania mi pracowitości, uczciwości, odpowiedzialności i
staranności, które okazały się niezastąpione również w - praktykowaniu
pobożności.
Tajemnicą sukcesu szkoły są jej nauczyciele. A Kościoła? Starszy
zatem ma być nienaganny. Powinien być mężem jednej żony, człowiekiem trzeźwo
myślącym, umiarkowanym, przyzwoitym, gościnnym, zdolnym do
nauczania, wolnym od nałogów, nie wybuchowym, lecz łagodnym, niekłótliwym,
nie nastawionym na pieniądz, dobrze kierującym własnym domem, dzieci
trzymającym w posłuszeństwie, z wszelką godnością. Bo skoro ktoś nie potrafi
kierować własnym domem, jak może troszczyć się o kościół Boży? (1Tm
3,2-5). Lokalne zbory Kościoła pilnie potrzebują takich nauczycieli. Skąd ich
wziąć? To, co usłyszałeś ode mnie wobec wielu świadków, przekaż ludziom
godnym zaufania, którzy będą zdolni nauczać również innych (2Tm 2,2). Zatem,
nie każdemu Bóg powierza rolę duszpasterską i nauczycielską w Kościele. Biblia
wskazuje na kilkustopniowy proces przygotowywania i powoływania do posługi Słowem
i to pod okiem doświadczonych sług Bożych.
Sporym problemem naszych czasów jest zjawisko samopowoływania.
Jak grzyby po deszczu, na lewo i na prawo, zwłaszcza w większych miastach, wyrastają
samozwańczy pastorzy, nauczyciele i prorocy. Nikt ich nie zweryfikował pod
względem etycznym i moralnym. Nikt nie zrobił im egzaminu z teologii. Sami, bez
żadnego duchowego zwierzchnictwa, zaczynają nauczać nie pytając nikogo o
zdanie. Przecież nawet apostoł Paweł miał potrzebę skonsultowania się z innymi sługami
Bożymi aby jego posługa nie okazała się daremna (Ga 2,2). Prawdziwy Kościół nie
jest miejscem działania na własną rękę. Niech oni najpierw odbędą próbę, a
potem, jeśli się okaże, że są nienaganni, niech przystąpią do pełnienia służby
(1Tm 3,10). Niestety, Internet nie żąda przedstawienia listów uwierzytelniających,
nie pyta o poglądy, nie sprawdza charakteru i nie zagląda do życiorysu.
Wystarczy założyć konto na Facebooku lub YouTube, zatytułować się po swojemu –
i już! Bądźmy ostrożni. Biblia uczy, że On ustanowił jednych apostołami,
drugich prorokami, innych ewangelistami, a innych pasterzami i nauczycielami, aby
przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego
(Ef 4,11-12).
 |
| Pani Gałęzowa z jej uczniami |
Sześćdziesiąt lat temu stając się uczniem, sam nie wybierałem
sobie nauczyciela, od którego będę czerpać wiedzę. Przesądziła o tym moja lokalizacja
i dyrektor miejscowej szkoły. Tak też jest z „pierwszakami” w sensie duchowym. Są
formowani przez ludzi ze środowiska, w którym narodzili się na nowo. Dopiero
potem mogą decydować, kto będzie ich nauczycielem. Chrystus Pan przestrzegł,
aby robić to bardzo rozważnie.
Wy nazywacie mnie Nauczycielem i Panem, i
słusznie mówicie, bo jestem nim (Jn 13,13). To wybór podstawowy i najsłuszniejszy! Jednakowoż, w naszej wolności doboru
możemy popełnić błąd i wybrać sobie nauczycieli,
żądni tego, co ucho łechce
(2Tm 4,3). Tak wielu chrześcijan już zrobiło. Mają swoją internetową listę
ulubionych mówców. Nie potrzebują już słuchać miejscowego pastora, zwłaszcza,
że jest mniej błyskotliwy. Tamci, z Internetu, powoli przejmują jego nauczycielską rolę. A kto może na odległość, w świecie wirtualnej iluzji,
być pewnym, że są to nauczyciele wiarygodni i tym samym zdolni innych nauczać?
Wszyscy twierdzą, że występują w imieniu Jezusa. Większość bez zmrużenia oka przypisuje Duchowi Świętemu autorstwo ich osobistych fantazji i poglądów. Całkiem spore grono internetowych nauczycieli uprawia domorosłą interpretację Pisma Świętego, natchnionym tekstom nadając znaczenie, które pasuje do ich prywatnych przekonań i celów. Owszem, przemawiają pięknie i porywająco, ale czy to przesądza o tym, że mają prawo nauczać w Kościele?