01 września, 2026

Zdolni innych nauczać

MB we wrześniu 1966 roku
Dzisiaj mija dokładnie 60 lat od czasu, gdy zacząłem moją szkolną przygodę. Począwszy od tego pamiętnego dnia, stosownie ubrany, z tornistrem na plecach, sześć razy w tygodniu pokonywałem piechotą dystans trzech kilometrów, by znaleźć się w miejscu podstawowej edukacji. Wreszcie mogłem przez kilka godzin każdego dnia skupić się na zdobywaniu wiedzy. Moim wielkim atutem w tamtym czasie była nasza nauczycielka, pani Gałęzowa - dojrzała, mądra kobieta z życzliwym, aczkolwiek wymagającym, podejściem do każdego z jej uczniów. Kluczowe, pierwsze lata nauki pod jej okiem miały zbawienny wpływ na moje podejście do wszelkich, późniejszych wyzwań życiowych. Myślę, że - obok mojej Mamy - miała spory udział w procesie wpajania mi pracowitości, uczciwości, odpowiedzialności i staranności, które okazały się niezastąpione również w - praktykowaniu pobożności.

Tajemnicą sukcesu szkoły są jej nauczyciele. A Kościoła? Starszy zatem ma być nienaganny. Powinien być mężem jednej żony, człowiekiem trzeźwo myślącym, umiarkowanym, przyzwoitym, gościnnym, zdolnym do nauczania, wolnym od nałogów, nie wybuchowym, lecz łagodnym, niekłótliwym, nie nastawionym na pieniądz, dobrze kierującym własnym domem, dzieci trzymającym w posłuszeństwie, z wszelką godnością. Bo skoro ktoś nie potrafi kierować własnym domem, jak może troszczyć się o kościół Boży? (1Tm 3,2-5). Lokalne zbory Kościoła pilnie potrzebują takich nauczycieli. Skąd ich wziąć? To, co usłyszałeś ode mnie wobec wielu świadków, przekaż ludziom godnym zaufania, którzy będą zdolni nauczać również innych (2Tm 2,2). Zatem, nie każdemu Bóg powierza rolę duszpasterską i nauczycielską w Kościele. Biblia wskazuje na kilkustopniowy proces przygotowywania i powoływania do posługi Słowem i to pod okiem doświadczonych sług Bożych.

Sporym problemem naszych czasów jest zjawisko samopowoływania. Jak grzyby po deszczu, na lewo i na prawo, zwłaszcza w większych miastach, wyrastają samozwańczy pastorzy, nauczyciele i prorocy. Nikt ich nie zweryfikował pod względem etycznym i moralnym. Nikt nie zrobił im egzaminu z teologii. Sami, bez żadnego duchowego zwierzchnictwa, zaczynają nauczać nie pytając nikogo o zdanie. Przecież nawet apostoł Paweł miał potrzebę skonsultowania się z innymi sługami Bożymi aby jego posługa nie okazała się daremna (Ga 2,2). Prawdziwy Kościół nie jest miejscem działania na własną rękę. Niech oni najpierw odbędą próbę, a potem, jeśli się okaże, że są nienaganni, niech przystąpią do pełnienia służby (1Tm 3,10). Niestety, Internet nie żąda przedstawienia listów uwierzytelniających, nie pyta o poglądy, nie sprawdza charakteru i nie zagląda do życiorysu. Wystarczy założyć konto na Facebooku lub YouTube, zatytułować się po swojemu – i już! Bądźmy ostrożni. Biblia uczy, że On ustanowił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, a innych pasterzami i nauczycielami, aby przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego (Ef 4,11-12).

Pani Gałęzowa z jej uczniami
Sześćdziesiąt lat temu stając się uczniem, sam nie wybierałem sobie nauczyciela, od którego będę czerpać wiedzę. Przesądziła o tym moja lokalizacja i dyrektor miejscowej szkoły. Tak też jest z „pierwszakami” w sensie duchowym. Są formowani przez ludzi ze środowiska, w którym narodzili się na nowo. Dopiero potem mogą decydować, kto będzie ich nauczycielem. Chrystus Pan przestrzegł, aby robić to bardzo rozważnie. Wy nazywacie mnie Nauczycielem i Panem, i słusznie mówicie, bo jestem nim (Jn 13,13). To wybór podstawowy i najsłuszniejszy! Jednakowoż, w naszej wolności doboru możemy popełnić błąd i wybrać sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce (2Tm 4,3). Tak wielu chrześcijan już zrobiło. Mają swoją internetową listę ulubionych mówców. Nie potrzebują już słuchać miejscowego pastora, zwłaszcza, że jest mniej błyskotliwy. Tamci, z Internetu, powoli przejmują jego nauczycielską rolę. A kto może na odległość, w świecie wirtualnej iluzji, być pewnym, że są to nauczyciele wiarygodni i tym samym zdolni innych nauczać?

Wszyscy twierdzą, że występują w imieniu Jezusa. Większość bez zmrużenia oka przypisuje Duchowi Świętemu autorstwo ich osobistych fantazji i poglądów. Całkiem spore grono internetowych nauczycieli uprawia domorosłą interpretację Pisma Świętego, natchnionym tekstom nadając znaczenie, które pasuje do ich prywatnych przekonań i celów. Owszem, przemawiają pięknie i porywająco, ale czy to przesądza o tym, że mają prawo nauczać w Kościele?

31 sierpnia, 2026

Jubileusz 80-lecia Zboru w Hniszowie

Modlitwa dziękczynna za 80 lat Zboru w Hniszowie
Tutejsza wspólnota ludzi ewangelicznie wierzących miała swoje początki zaraz po przejściu przez te tereny frontu kończącego Drugą Wojnę Światową. Powstanie Zboru w Hniszowie datujemy wszakże na rok 1946, bowiem w dwóch pierwszych latach po wojnie były to spontaniczne spotkania w różnych okolicznych miejscowościach i dopiero wtedy, w ich wyniku, zgromadzający się bracia i siostry zdecydowali, że będą tworzyć konkretny Zbór.

Te pierwsze zgromadzenia zawdzięczamy współpracy śp. Józefa Wołoszczuka sen. i śp. Władysława Rudkowskiego. Pochodzący z Hniszowa Józef, po kilkuletnim pobycie na Wołyniu, jako świeżo nawrócony i napełniony Duchem Świętym piętnastoletni młodzieniec powrócił z matką i bratem w 1944 roku do rodzinnej wioski. Wprawdzie musiał na co dzień ciężko pracować na roli, ale bardzo pragnął też głosić ewangelię w swoich stronach. Wspomógł go w tym mieszkający wówczas w Woli Uhruskiej prezbiter Władysław Rudkowski, który – niestety – po kilku latach na stałe wyprowadził się z Woli. Po jego wyjeździe cała odpowiedzialność za dalsze losy powstającej wspólnoty spadła na brata Józefa Wołoszczuka sen., wybranego i ordynowanego do tej roli w 1961 roku przez prezbiterów, Edwarda Czajko z Warszawy i wspomnianego Władysława Rudkowskiego.

Urzędowa rejestracja hniszowskiego zboru miała miejsce siedem lat później. Nastąpiło to 3 marca 1968 roku. Od tego czasu tutejsza społeczność formalnie dołączyła do grona zborów dzisiejszego Kościoła Zielonoświątkowego. Na przełożonego zboru wybrano prezbitera Józefa Wołoszczuka sen., który tę funkcję sprawował przez kolejne trzydzieści lat, aż do roku 1998.

Senior Wołoszczuk zasługuje na szczególnie dobre słowa w naszych dzisiejszych wspomnieniach. Razem z jego żoną Katarzyną od pierwszych spotkań w połowie lat czterdziestych otworzyli na ten cel swoje prywatne mieszkanie w Hniszowie. Przez dekady wiernie ponosili trud organizacyjny tutejszych nabożeństw i gościli ich uczestników. Na takie domowe nabożeństwo w ich nieistniejącym już starym domu z werandą obrośniętą dzikim winem, na początku lat siedemdziesiątych ub. wieku trafiłem z moją mamą i rodzeństwem. Nigdy nie zapomnę po raz pierwszy tu usłyszanej pieśni: „Czyś słyszał, że Kościół jest żywy, gdzie Chrystus kapłanem jest sam?” Zawsze też będę miał w pamięci żywiołową modlitwę tutejszych chrześcijan, po której dla naszej rodziny stało się jasne, że to jest miejsce, gdzie ludzie naprawdę spotykają się i rozmawiają z Bogiem.

Rodzina i dom Wołoszczuków natychmiast stał się dla mnie drugim domem, a moi rówieśnicy, wówczas Józek i Rysiek, stali się moimi najbliższymi przyjaciółmi, zwłaszcza że z powodu duchowego odrodzenia i przyłączenia się do zielonoświątkowców, zostaliśmy odrzuceni przez naszych krewnych i sąsiadów. Gdy tylko mogłem, przyjeżdżałem do Hniszowa i spędzałem z chłopakami jak najwięcej czasu. Dodatkowym magnesem przyciągającym mnie tutaj w młodzieńczych latach był motocykl pastora Józefa. Bywało, że z Józkiem robiliśmy sobie przejażdżkę tą „wueską” poza wiedzą jego taty. Myślę, że właśnie tutaj złapałem bakcyla motocyklizmu, którego nie potrafię i nie chcę pozbywać się do dzisiaj.

4 lipca 1971 roku w Uherce, niewielkiej rzeczce płynącej do Bugu przez pola Podrudzia, moja mama Halina i najstarsza siostra, Irena wraz z trzema innymi osobami, zostały ochrzczone w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Tym samym, także moja rodzina formalnie stała się częścią hniszowskiego zboru. O ile dobrze pamiętam, w tamtych latach nabożeństwa Zboru odbywały się tutaj w Hniszowie, w Rudzie u Jana i Marii Wołoszczuków, w Woli Uhruskiej w mieszkaniu Antoniego i Marii Milewskich, a kilka razy również w naszym domu w Piaskach.

W październiku 1974 roku, w ślad za mamą i rodzeństwem, również i ja wyjechałem do Gdańska. Mój codzienny kontakt ze zborem hniszowskim został tym samym przerwany, lecz duchowa więź trwa do dzisiaj. Najpierw, przez całe lata z Józefem Wołoszczukiem juniorem prowadziliśmy regularną korespondencję listowną, potem razem uczyliśmy się w Szkole Biblijnej w Warszawie, a gdy już stałem się sługą Słowa Bożego i zacząłem troszkę z posługą Słowa podróżować po kraju, wykorzystywałem każdą okazję, aby choć na chwilę zajrzeć do Hniszowa.

Dzięki temu wciąż jestem z tutejszym zborem w serdecznych relacjach. Niemałą w tym zasługę ma fakt, że od 1998 roku służbę duszpasterską pełni tu pastor Ryszard, młodszy syn seniora Wołoszczuka. Wprawdzie nie mogłem być z nim w dniu 1 września 2002 roku – gdy miała miejsce jego ordynacja i formalne objęcie przez niego funkcji pastora. Ale już dwa lata później razem z siostrą Alą i bratem Ryszardem modliliśmy się o ich małego Szymona i nasze kontakty znowu się zacieśniły. W międzyczasie przeszli do wieczności rodzice pastora oraz kilka innych, znanych mi z dzieciństwa osób, a Zbór hniszowski wciąż istnieje i w tym zakątku naszego kraju wydaje dobre świadectwo żywej wiary w Jezusa Chrystusa. Dodajmy, że zbór hniszowski, jako najstarszy w tej okolicy, ma swój udział w powstaniu zboru w Chełmie oraz punktu misyjnego we Włodawie.

Jestem pod wrażeniem stabilności w wierze braci i sióstr tworzących tutejszy Zbór. Osiemdziesiąt lat nieprzerwanej działalności w czasach tak dużych zmian społeczno-kulturowych, zachodzących w naszym kraju – to wielka rzecz! Chylę dziś przed Wami czoła i dziękuję Bogu za Was! Jestem też wdzięczny Bogu za nowe pokolenie, które już ma udział w duchowej sztafecie o dar życia wiecznego, a wkrótce całkowicie przejmie z naszych rąk sztandar ewangelii i będzie go wysoko trzymać, tutaj - między Chełmem a Włodawą.

Pewien misjonarz głoszący ewangelię w jednym z islamskich krajów powiedział kiedyś, że owoce jego posługi nigdy nie będą wielkie, ponieważ większość nowo nawróconych chrześcijan albo czym prędzej wyjeżdża, albo zostają zamordowani przez fanatycznych muzułmanów.

Podobnie, choć nie tak drastycznie, przedstawiają się losy zboru działającego na wsi. Zarówno w odniesieniu do naturalnie rodzących się nam dzieci, jak i do osób rodzących się na nowo w sensie duchowym, trzeba się z tym liczyć, że któregoś dnia – podobnie jak w tych dniach bociany – wyfruną z naszego gniazda i polecą gdzieś do szkoły, do pracy, do nowego miejsca zamieszkania lub służby - uszczuplając liczebność wspólnoty.

Chcę Wam dzisiaj – w imieniu Pana Jezusa Chrystusa, jako Głowy Kościoła – wskazać, jak wielkie znaczenie ma Wasza wierność w małym. Będzie wtedy podobnie jak z człowiekiem, który wybierał się w podróż. Przywołał swoich służących i przekazał im mienie. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, a trzeciemu jeden — każdemu według jego możliwości. Potem wyjechał. Sługa, który wziął pięć talentów, zaraz poszedł, zaczął nimi obracać i zyskał dalsze pięć. Podobnie sługa, który wziął dwa, zyskał dalsze dwa. Ten natomiast, który wziął jeden talent, odszedł, wykopał w ziemi schowek i ukrył pieniądze swojego pana. 

Po dłuższym czasie pan wraca i wzywa służących do rozliczeń. Ten, który otrzymał pięć talentów, przyniósł dalsze pięć i oznajmił: Panie! Powierzyłeś mi pięć talentów. Proszę — zyskałem dalsze pięć. Pan na to: Wspaniale, dobry i wierny sługo! Okazałeś się wierny w paru sprawach, teraz postawię cię nad wieloma. Wejdź, wesel się razem ze mną. Następnie przyszedł ten, który otrzymał dwa talenty. Panie — powiedział — powierzyłeś mi dwa talenty. Zobacz, zyskałem dalsze dwa. Pan odpowiedział: Wspaniale, dobry i wierny sługo, okazałeś się wierny w paru sprawach, postawię cię teraz nad wieloma. Wejdź, wesel się razem ze mną! (Mt 25, 14-23).

Wierność w małym zostanie doceniona i wspaniale uhonorowana! Dobrze sługo, przeto iż w małym byłeś wierny, obejmij władzę nad dziesięciu miastami! (Łk 19,17). Apeluję więc:

  • Nadal mówicie o Panu Jezusie wszędzie, gdzie tylko się da!
  • Pilnie bierzcie udział w zgromadzeniach Zboru, jakbyście... np. imiennie byli zaproszeni na kameralne spotkanie z Prezydentem.
  • Śpiewajcie Panu i sobie nawzajem ku zbudowaniu, jakbyście... np. nagrywali pieśń własnego autorstwa do konkursu o nagrodę Fryderyka.
  • Bracia, przygotowujcie się i zawsze głoście Słowo Boże, jakbyście... np. mieli wygłosić kazanie życia przed wielotysięcznym zgromadzeniem.
  • Dbajcie o codzienne świadectwo życia, jakbyście... np. przez siedem dni w tygodniu całą dobę non-stop byli na wizji, podglądani jak żubry w Puszczy Białowieskiej.

Na okoliczność Jubileuszu 80-Lecia Zboru, mam propozycję podziękowania Bogu za poprzedników w wierze:

  • za śp. pastora Józefa i Katarzynę Wołoszczuków oraz ich dzieci; Lucynę, Elę, Józefa i Ryszarda, którzy przez wiele lat tworzyli dobrą atmosferę tego Zboru,
  • za śp. Władysława Rudkowskiego i jego rodzinę,
  • za śp. Jana i Marię Wołoszczuków oraz ich córki, Lilę i Danutę,
  • za braci śp. Piotra Wawrzyka, Franciszka Kudzio,
  • za takie osoby jak Maria Milewska, które z nieustającą pasją dzieliły się ewangelią.

Z okazji tak doniosłej Rocznicy Zboru podziękujmy też dzisiaj Bogu za wszystkie osoby aktualnie tworzące hniszowski Zbór. Za pastora Ryszarda, siostrę Alinę oraz za każdą osobę która współdziała i pracuje (1Ko 16,16) na rzecz głoszenia ewangelii oraz dobrego świadectwa i pomyślności tutejszego Zboru Pańskiego! Zechciejmy też pomodlić się o ich dalsze losy, aby z pomocą Ducha Świętego, oczekując powtórnego przyjścia Jezusa Chrystusa, pięknie pisali teraz historię kolejnej, dziewiątej już dekady Zboru.

13 sierpnia, 2026

Zbawienne burze

Wychowywani w duchu wszędobylskiego humanizmu, a także wzywani przez Słowo Boże, abyśmy byli jedni dla drugich uprzejmi, serdeczni (Ef 4,32), unikamy wszystkiego, co mogłoby źle wpłynąć na samopoczucie innych osób, a zwłaszcza braci i sióstr w Chrystusie. Staramy się nikogo nie urazić. Okazujemy zrozumienie i wystrzegamy się osądzania. Akceptujemy ludzi, takimi, jacy są. Rezygnujemy z napominania, a jeśli już, to staramy się nadać mu charakter pozytywnej zachęty. Dzięki temu nasze kontakty zdają się być wolne od napięć i rozmaitych przykrości. Przez wszystkich jesteśmy mile widziani, bo też i nikomu nie załazimy za skórę.

Czy jednak postawa powszechnej tolerancji jest zgodna z duchem ewangelii? Czy w świetle Biblii przemilczanie złych postaw i czynów dla tzw. miłej zgody, można uznać za słuszne? Czy Jezus Chrystus i Jego apostołowie unikali konfrontacji z osobami popełniającymi grzech? Czy przymykali oko na zło? Nie. Z całą pewnością tacy nie byli! Owszem, byli łagodni, życzliwi i współczujący, bo są to postawy właściwe i godne naśladowców Chrystusa. Niemniej jednak, gdy zauważali jakąś nieprawidłowość, zdecydowanie reagowali i to nawet czasem bardzo ostro. I nie miejcie nic wspólnego z bezowocnymi uczynkami ciemności, ale je raczej karćcie, bo to nawet wstyd mówić, co się potajemnie wśród nich dzieje. Wszystko to zaś dzięki światłu wychodzi na jaw jako potępienia godne (Ef 5,11-13). Głoś Słowo, bądź w pogotowiu w każdy czas, dogodny czy niedogodny, karć, grom, napominaj z wszelką cierpliwością i pouczaniem (2Tm 4,2).

Biblia mówi, że sam Bóg nie szczędził swemu ludowi burzliwych przeżyć. Głód, susza, szkody w uprawach, choroba, śmierć bliskich, utrata majątku, kataklizmy (Am 4) – to przykłady zastosowanych przez Boga środków wychowawczych. Wszystko po to, by skruszyć ich oporne serca i doprowadzić do opamiętania. Nie inaczej było w okresie Wczesnego Kościoła. Celem wielu przykrych i zasmucających napomnień apostolskich było doprowadzenie ówczesnych chrześcijan do nawrócenia, a co za tym idzie, do naprawienia społeczności z Bogiem i ludźmi. Aby zyskać prawdziwy pokój z Bogiem, trzeba wcześniej przeżyć niejedną burzę. Bo nawet jeśli zasmuciłem was listem, nie żałuję. A jeśli żałowałem — widzę bowiem, że tamten list przynajmniej na chwilę was zasmucił — to teraz się cieszę. Nie dlatego, że zostaliście zasmuceni, ale dlatego, że zostaliście zasmuceni dla opamiętania. Znaczy to, że zostaliście zasmuceni po Bożemu, tak że niczego z naszego powodu nie straciliście. Gdyż smutek pochodzący od Boga wywołuje opamiętanie, którego się nie żałuje. Ono prowadzi do zbawienia. Natomiast smutek wzbudzany przez świat, prowadzi do śmierci. Zauważcie, co wynikło z tego Bożego smutku. Jaka obudziła się w was tęsknota, jakie oburzenie na zło, jaka chęć wymierzenia kary! We wszystkim — jeśli chodzi o tę sprawę — okazaliście się czyści (2Ko 7,8-11).

Zatem, prawdziwi chrześcijanie ani sami nie unikają przykrych chwil prawdy o sobie, ani też nie starają się za wszelką cenę oszczędzać ich innym osobom. Burzliwe momenty w życiu chrześcijanina mogą się dla niego okazać wielkim dobrodziejstwem. Zbawienie jest warte przeżycia każdej burzy. Cieszcie się nim, mimo że teraz — gdy trzeba — bywacie po trosze zasmucani różnorodnymi próbami. Spotykają was one po to, aby wasza szczera wiara, cenniejsza niż zniszczalne przecież złoto ogniem uszlachetniane, mogła tym bardziej wywyższyć, zaznaczyć chwałę i uwypuklić cześć Jezusa Chrystusa, kiedy się objawi (1Pt 1,6-7).

10 sierpnia, 2026

Pokaż, że czekasz!

Gdy dowiadujemy się o przyjeździe ważnej dla nas osoby, zaczynamy się do tych odwiedzin przygotowywać. W tym czasie raczej nie wybieramy się na wycieczkę ani nie rozpoczynamy remontu domu. Skupiamy się na higienie osobistej, posprzątaniu mieszkania, wykoszeniu trawy i przyrządzeniu czegoś smacznego na stół. Wiarygodna informacja, że wkrótce będziemy mieli upragnionego gościa, potrafi wiele zmienić w naszym planie dnia.

A jak jest z naszym wyczekiwaniem na powtórne przyjście Syna Bożego na ziemię? Biblia mówi, że Chrystus jeden raz ofiarował się, aby wziąć na siebie grzechy wielu. Ukaże się po raz drugi już nie w związku z grzechem, ale dla zbawienia tych, którzy pilnie Go wyczekują (Hbr 9,28). Chrześcijanin – to naśladowca Chrystusa, którzy wyczekuje Jego powtórnego przyjścia. W wyznaniu wiary Kościoła Zielonoświątkowego, w 3. pkt dot. Syna Bożego, zaświadczamy, że wierzymy „w Jego wniebowstąpienie i powtórne przyjście w chwale”. Pierwsi chrześcijanie, zgodnie z anielską zapowiedzią: Ten Jezus, który został zabrany od was w górę, do nieba, przyjdzie w taki sam sposób, w jaki widzieliście, że odszedł (Dz 1,11), spodziewali się powrotu Pana w każdej chwili.

Niestety, obecnie nie wszyscy chrześcijanie jednakowo wierzą w powtórne przyjście Jezusa Chrystusa na ziemię. Przede wszystkim wiedzcie, że w dniach ostatecznych pojawią się szydercy, zainteresowani zaspokajaniem własnych zachcianek. Będą oni drwić: No i co z obietnicą Jego przyjścia?! Jakoś, odkąd zasnęli ojcowie, wszystko trwa tak, jak od początku stworzenia (2Pt 3,3-4). Dane z badań przeprowadzonych w USA mówią, że wprawdzie wciąż 63% katolików wierzy w powrót Chrystusa „któregoś dnia”, ale już tylko 27% uznaje, że żyjemy w czasach ostatecznych i liczy się z tym, że przyjście Syna Bożego może nastąpić w każdej chwili. Lepiej pod tym względem jest wśród ewangelicznych chrześcijan. Globalnie rzecz biorąc, póki co 80-90% osób w naszych środowiskach wierzy w powtórne przyjście Jezusa Chrystusa lecz tu i ówdzie można usłyszeć, że tej zapowiedzi Pana nie należy brać dosłownie.

Cokolwiek mówią ludzie, Pismo Święte niezmiennie wzywa do niezachwianej postawy wyczekiwania Chrystusa i do gotowości na tę chwilę. Jeśli chodzi o przyjście naszego Pana, Jezusa Chrystusa, i nasze spotkanie z Nim, to prosimy was, bracia: Nie dajcie wprowadzić się w błąd. Nie bójcie się ani żadnego ducha, ani słowa, ani listu, rzekomo przez nas napisanego, że niby już nastał dzień Pana. Niech was nikt w żaden sposób nie zwiedzie (2Ts 2,1-3). Nieprawidłowo ukształtowane poglądy na temat powtórnego przyjścia Chrystusa mogą skutkować brakiem należytego przejęcia się tą sprawą. Stąd ważne uściślenie: Pan ukaże się po raz drugi już nie w związku z grzechem, ale dla zbawienia tych, którzy pilnie Go wyczekują. W natchnionym tekście zostało tu użyte greckie słowo apekdechomai, co znaczy - oczekiwać żarliwie. W interlinearnym przekładzie Nowego Testamentu czytamy, że Pan da się zobaczyć tym Go wyczekującym ku zbawieniu.

Nie ma więc mowy o beznamiętnym czekaniu, jak się np. czeka na zawiadomienie o wysokości podatku od nieruchomości na kolejny rok. Określenie „wyczekiwanie ku zbawieniu” bardziej można zilustrować emocjami dziecka uwięzionego w zepsutej windzie albo nadzieją zakładników terrorysty, czekających na akcję komandosów. Poniekąd całe Boże stworzenie wygląda wybawienia, a nie tylko ono. Podobnie my sami, którzy już mamy pierwszy owoc — Ducha, wzdychamy w sobie, oczekując usynowienia, odkupienia naszego ciała. Z taką właśnie nadzieją zostaliśmy zbawieni (Rz 8,23-24). Pewność zbawienia nierozerwalnie jest powiązana z wiarą w pochwycenie Kościoła.

Jak więc w codziennym życiu objawia się to, że czekamy na powtórne przyjście Syna Bożego na ziemię? Po pierwsze, tym, że pragniemy być tam, gdzie jest Pan. W domu mojego Ojca jest wiele mieszkań. Gdyby było inaczej, powiedziałbym wam, bo przecież idę przygotować wam miejsce. A gdy pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (Jn 14,2-3). Syn Boży dobrze wie, jak ta Jego obietnica wpływa na nasze codzienne życie. Żyjemy więc ufnością, choć wolelibyśmy raczej opuścić ciało i zamieszkać u Pana. Lecz zanim się to stanie, stawiamy sobie za cel, aby niezależnie od tego, czy zostajemy tu, czy też stąd odchodzimy, Jemu się podobać (2Ko 5,8-9).

Po drugie, nasze oczekiwanie na powrót Pana wyrażamy trwaniem w procesie uświęcenia. Drodzy, teraz jesteśmy dziećmi Boga, a kim będziemy, to się jeszcze okaże. Choć już wiemy, że gdy się okaże, będziemy podobni do Niego, gdyż zobaczymy Go takim, jaki jest. I każdy, kto łączy z Nim taką nadzieję, oczyszcza się, podobnie jak On jest czysty (1Jn 3,2-3). Gdy pojawi się Chrystus, który jest waszym życiem, wtedy i wy wraz z Nim pojawicie się w chwale. Zadajcie zatem śmierć temu, co w członkach ziemskie. Mam na myśli rozwiązłość, nieczystość, zmysłowość, złe pragnienia i zachłanność równoznaczną z bałwochwalstwem (Kol 3,4-5). Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do uświęcenia, bez którego nikt nie zobaczy Pana (Hbr 12,14).

O naszym czekaniu na przyjście Jezusa Chrystusa na ziemię świadczy również to, że z dumą przyznajemy się do wiary w Niego i do naszego osobistego związku ze Zbawicielem. Zależy nam na tym, aby całe nasze otoczenie wiedziało, z kim utrzymujemy stały kontakt. Kto wstydzi się Mnie i moich słów przed tym cudzołożnym i grzesznym pokoleniem, tego i Syn Człowieczy będzie się wstydził, gdy przyjdzie w chwale swego Ojca wraz ze świętymi aniołami (Mk 8,38). Zapewniam was też: Do każdego, kto Mnie wyzna wobec ludzi, Syn Człowieczy przyzna się wobec aniołów Bożych (Łk 12,8). Chcemy owego dnia, gdy Pan powróci, dostąpić wielkiego zaszczytu? Mnie na tym zależy, dlatego zgodnie z przekładem Biblii Gdańskiej, jako Gdańszczanin mówię, że nie wstydzę się za Ewangieliję Chrystusową, ponieważ jest mocą Bożą ku zbawieniu każdemu wierzącemu (Rz 1,16).

Po czwarte, prawdziwe wyczekiwanie na powrót Chrystusa jest powiązane z pełnieniem dobrych uczynków. Gdyż Syn Człowieczy przyjdzie w chwale swojego Ojca, ze swoimi aniołami. Wtedy odpłaci każdemu według jego czynów (Mt 16,27). Związek wiary w Chrystusa z dobrymi uczynkami wyraźnie widać w nauce apostolskiej. Jesteśmy Jego dziełem. Zostaliśmy stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów. Bóg przygotował je już wcześniej, by były treścią naszego życia (Ef 2,10). Kto chce być przygotowany na powrót Syna Bożego, ten nie może bagatelizować znaczenia dobrych uczynków. Dlatego i my od dnia, gdy o tym usłyszeliśmy, nie przestajemy się za was modlić. Prosimy, aby Bóg napełnił was poznaniem swojej woli we wszelkiej duchowej mądrości i rozeznaniu, po to, byście postępowali w sposób godny Pana, mogli Mu się we wszystkim podobać, wydawali owoc w każdym dobrym czynie i wzrastali w poznaniu Boga (Kol 1,9-10). Powracający Pan mówi: Oto przychodzę wkrótce. Moja zapłata jest ze Mną. Oddam każdemu zgodnie z jego czynem (Obj 22,12).

W różny jeszcze inny sposób wyrażamy swoją postawę wyczekiwania na powtórne przyjście Jezusa. W tym rozważaniu ograniczę się jeszcze tylko do pielęgnowania w sobie stałej świadomości, że On powróci niespodziewanie. I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o godzinie, której się nie domyślacie (Łk 12,40). Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny, o której Syn Człowieczy przyjdzie (Mt 25,13). Wielka mądrość Boża kryje się w tym, że nie znamy dnia ani godziny powrotu Syna Bożego i pochwycenia Kościoła. Nie ma sensu tego dociekać. Jest natomiast wielka potrzeba, aby pokazać, że czekamy na Jego powrót. Czyńmy to w każdym czasie i w najróżniejszych okolicznościach. Pokażmy, że czekamy na powrót Jezusa Chrystusa układając plany życiowe, rozmawiając z ludźmi, a także modląc się codziennie do Boga. I uwaga! Proszę zauważyć, że nie jest to mój pomysł na życie. To... mówi Ten, który to poświadcza: Tak, przyjdę wkrótce. Amen! Przyjdź, Panie Jezu!(Obj 22,20).

Podobnie jak w sobie właściwy sposób przygotowujemy się na przybycie zapowiedzianych gości, tak też w codziennym życiu pokazujemy, że czekamy na powtórne przyjście Syna Bożego na ziemię. Jak to wyrażamy? Powtórzmy: Pragniemy być tam, gdzie jest PAN. Trwamy w procesie uświęcenia. Z dumą przyznajemy się do wiary w Pana Jezusa Chrystusa. Staramy się pełnić dobre uczynki. Spodziewamy się, że PAN powróci niespodziewanie. Do takich postaw pragnę w tym rozważaniu pobudzić wszystkich współwyznawców Chrystusa. Modlę się też, aby wasza miłość coraz bardziej wzbogacała się w poznanie i doświadczenie, byście rozpoznawali to, co słuszne, byli szczerzy i nienaganni w dniu przyjścia Chrystusa, pełni owocu sprawiedliwości dzięki Jezusowi Chrystusowi, dla chwały i uwielbienia Boga (Flp 1,9-11). Amen.

30 lipca, 2026

Czy zainteresowany weźmie udział?

Kto ma konto na Facebooku ten z łatwością może się domyśleć, co takim tytułem chcę zasygnalizować. Zazwyczaj wiele osób jest zainteresowana zapowiadanym wydarzeniem. Znacznie mniej natomiast bierze w nim udział. Jest pewna ewangeliczna opowieść, od której chciałbym zacząć. A gdy wybierał się w drogę, przybiegł ktoś, upadł przed Nim na kolana i pytał Go: Dobry Nauczycielu! Co mam czynić, aby odziedziczyć życie wieczne? Jezus odpowiedział: Dlaczego nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden — Bóg. Znasz przykazania: Masz nie zabijać, nie cudzołożyć, nie kraść, nie poświadczać nieprawdy, nie oszukiwać, szanować ojca i matkę. A on Mu odpowiedział: Nauczycielu, tego wszystkiego przestrzegałem od młodych lat. Wtedy Jezus przyjrzał mu się z miłością i powiedział: Jednego ci brak. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj Mnie. On jednak sposępniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości (Mk 10,17-22).

Niejeden człowiek jest zainteresowany zbawieniem swej duszy i życiem wiecznym. Przychodzi z tym do Jezusa. Zostaje ochrzczony i przyłącza się do lokalnej wspólnoty Kościoła. Formalnie staje się chrześcijaninem. Przy bliższym kontakcie z Jezusem, którego imię też brzmi: Słowo Boże (Obj 19,3), okazuje się jednak, że nie stać go na pełne podporządkowanie się Chrystusowi Panu. Połowiczność jego oddania się Bogu wcześniej czy później wychodzi na jaw, gdyż Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż jakikolwiek obosieczny miecz. Przenika ono aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne jest osądzić zamysły i zamiary serca. Nie ma też stworzenia zdolnego skryć się przed Jego obliczem. Przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami Tego, przed którym przyjdzie nam zdać sprawę (Hbr 4,13-14). Tak właśnie się stało w wyniku osobistego kontaktu majętnego dostojnika z Panem Jezusem. Nie potrafił odwiązać serca od posiadanych dóbr i pozycji.

Piszę te słowa przejęty głęboką obawą o zbawienie wielu dzisiejszych chrześcijan. Samo ich zainteresowanie zbawieniem nie oznacza, że na pewno wejdą do Królestwa Bożego. W dużym stopniu przyczyniają się do tego źli nauczyciele Słowa Bożego. Natchniona wypowiedź apostolska: Gdyż z łaski jesteście zbawieni, przez wiarę. Nie jest to waszym osiągnięciem, ale darem Boga. Nie stało się to dzięki uczynkom, aby się ktoś nie chlubił (Ef 2,8-9), często i gęsto służy dziś do wypaczania ewangelii Chrystusowej. Przywołując ją, mówi się ludziom, że ich uczynki są nieważne i wystarczy, aby zwrócili się do Jezusa, a od ręki zostaną zbawieni. Faktycznie zaś te słowa wcale nie odsuwają uczynków na dalszy plan. Już w następnym wersecie czytamy, że zostaliśmy stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów. Bóg przygotował je już wcześniej, by były treścią naszego życia (Ef 2,10). Syn Boży zapowiedział, że odda każdemu według uczynków jego (Mt 16,27; Rz 2,6; Obj 22,12). Wszyscy, bez wyjątku, musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy odebrał zapłatę za to, czego dokonał w ziemskim życiu — dobrego czy złego (2Ko 5,10).

Łatwiej by mi było dołączyć do grona piewców hiper łaski Bożej, usypiających ludziom sumienia i ogłaszających powszechne zbawienie niezależne od uczynków, ale tak nie mogę. Dlaczego? Bo Syn Boży powiedział, że nie każdy, kto się do Mnie zwraca: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios. Wejdzie tam tylko ten, kto pełni wolę mojego Ojca, który jest w niebie. W tym Dniu wielu mi powie: Panie, Panie, przecież prorokowaliśmy w Twoim imieniu, w Twoim imieniu wypędzaliśmy demony i w Twoim imieniu dokonaliśmy wielu cudów. Wówczas im oświadczę: Nigdy was nie poznałem. Odejdźcie ode Mnie wy wszyscy, którzy dopuszczacie się bezprawia (Mt 7,21-23). Tak! Dzięki ofierze złożonej przez Jezusa Chrystusa, Bóg – dla tych, co uwierzą w Syna Bożego - z łaski uchyla ciążący na całej ludzkości wyrok wiecznego potępienia i otwiera dostęp do zbawienia. W tym sensie jest ono darem łaski Bożej. Niezasłużenie obdarowani tym dostępem jesteśmy wszakże zobowiązani do opamiętania się i do całkowitej zmiany życia. Objawiła się bowiem łaska Boża, zbawienna dla wszystkich ludzi. Poucza nas ona, abyśmy wyrzekli się bezbożności oraz świeckich żądz i żyli w obecnym wieku rozsądnie, sprawiedliwie i pobożnie (Tt 2,11-12).

Wspomnianego na wstępie bogacza Chrystus Pan zaprosił do grona zbawionych, lecz ten – chociaż był zainteresowany darem życia wiecznego – uznał, że zbyt wiele od niego się żąda. Miłe spotkanie z Jezusem nie zmieniło jego serca. Poszedł swoją drogą. Nie inaczej bywa i dzisiaj. Wielu ludzi – owszem - chciałoby żyć wiecznie. Są zainteresowani Królestwem Bożym, lecz nie wezmą w nim udziału, bo - bez rzeczywistego narodzenia się na nowo - wezwania Słowa Bożego są dla nich zbyt wygórowane. Dawca życia sprawę postawił bardzo jasno: Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się wyrzeknie samego siebie, weźmie swój krzyż i naśladuje Mnie. Kto bowiem pragnie swoją duszę ocalić, utraci ją, a kto utraci swoją duszę ze względu na Mnie i dobrą nowinę, ocali ją (Mk 8,34-35). Gdyby Bóg obdarowywał życiem wiecznym i obsypywał nagrodami w niebie za samo tylko zainteresowanie się Jezusem Chrystusem, to ludzi zbawionych byłoby bardzo wielu. Ponieważ jednak ciasna jest brama oraz wąska droga, która prowadzi do życia (Mt 7,14) - niewielu jest tych, którzy ją znajdują. Wielu bowiem jest zaproszonych, lecz niewielu wybranych (Mt 22,14) - powiedział Pan.

Zwykliśmy na Facebooku okazywać zainteresowanie proponowanymi nam wydarzeniami. Łatwo jest nam kliknąć i komuś sprawić w ten sposób jakąś tam przyjemność. Przeważnie jest wszakże tak, że zainteresowanie nie jest równoznaczne z udziałem. Oby tak nie było z naszym wejściem do Królestwa Bożego.

19 lipca, 2026

Zmienić, lecz nie opuścić!

Po wpisie sprzed paru dni pt. "Nigdy nie bawiłem się w kościół" winienem zainteresowanym Czytelnikom mojego bloga kilka słów wyjaśnienia. Otóż dzieląc się przedwczoraj moimi obserwacjami nasilającej się krytyki wobec zorganizowanych, istniejących od lat wspólnot kościelnych, miałem na uwadze jej szkodliwość dla szczerych, prostolinijnie myślących chrześcijan, przynależących do zboru, w środowisku którego poznali Pana Jezusa. Wpisy pod hasłem: "Przestańcie bawić się w kościół" w oczach takich osób podważają słuszność ich dotychczasowego stosunku do zboru. Autorzy tych wpisów, zestawiając przykłady niedoskonałej działalności zboru z idyllicznymi obrazami idealnej wspólnoty i przeciwstawiając je sobie, mogą wzbudzać wśród członków niezadowolenie z istniejącego stanu rzeczy. Krótko mówiąc, nawet zadowolony ze swojego zboru i budujący się w nim chrześcijanin, natrafiając na takie treści, może zacząć rozpamiętywać poszczególne postawy i czyny braci i sióstr, zwłaszcza przywódców zboru, co wkrótce mu ich odbrązowi, a nawet wzbudzi w nim do nich niechęć.

Wiem, co piszę, bo sam czasem dawałem złapać się na ten haczyk. Wczytywałem się i wsłuchiwałem w twórczość ludzi krytykujących Kościół i jego zbory, dociekałem wielu zakulisowych szczegółów, a potem trudno mi przychodziło praktykowanie szczerej społeczności z takimi zborami i ich przywódcami. Biblia mówi, że wszyscy potykamy się w wielu sprawach (Jk 3,2). Skupianie się na potknięciach braci i sióstr może skończyć się naszym własnym upadkiem. Może też pobudzać w innych osobach myśl o odejściu od zboru, a nikt z nas nie chciałby przecież podpaść pod słowa instrukcji apostolskiej: Z kimś, kto wywołuje rozłamy, po pierwszym i drugim ostrzeżeniu przestań mieć cokolwiek do czynienia (Tt 3,10). Dobrze jest też pamiętać, że sianie niezgody między braćmi (Prz 6,19) jest wymienione wpośród rzeczy, których Pan nienawidzi.

Koronnym argumentem przemawiającym za odejściem od lokalnej wspólnoty Kościoła, którym często posługują się osoby ją opuszczające, jest krzywda, jakiej w swoim zborze te osoby doznały. Jako przyczynę zazwyczaj podają brak miłości i zrozumienia, nieudzielenie im spodziewanej pomocy, wygórowane oczekiwania, odsunięcie od służby, manipulację itd. Poczucie krzywdy urosło w nich do takich rozmiarów, że dłużej już nie chcą przynależeć do zboru. Oczywiste, że nikt w zborze nie ma prawa kogokolwiek krzywdzić. Biblia wyraźnie ostrzega, że jeśli ktoś wyrządza krzywdę, otrzyma odpłatę za krzywdę bez względu na osobę (Kol 3,25). Jednakowoż Słowo Boże, zauważając ten problem, nie daje skrzywdzonemu przyzwolenia do opuszczania zboru. W ogóle, już to przynosi wam ujmę, że się z sobą procesujecie. Czemu raczej krzywdy nie cierpicie? Czemu raczej szkody nie ponosicie? Tymczasem wy sami krzywdzicie i szkodę wyrządzacie, i to braciom (1Ko 6,7-8). Wolą Bożą jest raczej wzajemne odpuszczanie krzywd, aniżeli ich rozpamiętywanie i kierowanie się nimi. W cierpliwości zaznacza się roztropność człowieka, a chlubą jego jest, gdy zapomina o krzywdach (Prz 19,11). Przebaczenie w cudowny sposób naprawia związki międzyludzkie i niejeden zbór uchroniło przed rozłamem.

Chociaż więc doznanie jakiejś krzywdy w zborze automatycznie nie usprawiedliwia porzucenia społeczności, to jednak istnieją przyczyny, dla których zmiana przynależności zborowej może być jak najbardziej zasadna, a nawet wskazana. Z pewnością do takich przyczyn należy przyjęcie przez zbór fałszywej nauki, bądź porzucenie moralnych i etycznych norm ewangelii Chrystusowej. Gdy takie zjawisko ma charakter jednostkowy, a zbór wraz z jego przywódcami reaguje nań prawidłowo, wówczas następuje usunięcie zagrożenia. Zgodnie z nauką apostolską mamy nie przestawać z tym, który się mieni bratem, a jest wszetecznikiem lub chciwcem, lub bałwochwalcą, lub oszczercą, lub pijakiem, lub grabieżcą, żebyście z takim nawet nie jadali. Bo czy to moja rzecz sądzić tych, którzy są poza zborem? Czy to nie wasza rzecz sądzić raczej tych, którzy są w zborze? Tych tedy, którzy są poza nami, Bóg sądzić będzie. Usuńcie tego, który jest zły, spośród siebie (1Ko 5,11-13). Podobnie ma się rzecz z infekowaniem zboru zwodniczą nauką. Kto się za daleko zapędza i nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga. Kto trwa w niej, ten ma i Ojca, i Syna. Jeżeli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie (2Jn 1,9-10).

Gdy więc ktoś zaczyna głosić w zborze jakąś błędną naukę, nie powinniśmy opuszczać zboru, a starać się o wykazanie błędności jego nauczania i neutralizację tej aktywności. Prawdziwy problem pojawia się wówczas, gdy fałszywa doktryna zagości w sercach przywódców zboru i w większości jego członków. Wtedy - po kilku wezwaniach do opamiętania - jeżeli nie odnoszą one żadnego skutku, trzeba pomyśleć o zmianie przynależności zborowej. Podkreślam, o zmianie, a nie opuszczeniu wspólnoty wierzących i dalszym praktykowaniu pobożności w pojedynkę. Jest w Polsce wiele społeczności chrześcijan żyjących w bojaźni Bożej i trzymających się prawowiernej, zdrowej nauki. Trzeba tylko dobrze się rozejrzeć, poprosić Ducha Świętego o prowadzenie, a z pewnością każdy, kto znajdzie się w takiej potrzebie, nie będzie musiał całymi miesiącami pozostawać poza zborem Pańskim.