30 września, 2026

Lewe (po)ziomki przy domu modlitwy

Wzdłuż domu modlitwy Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE od strony ogrodu rosną dziwne rośliny. Pojawiły się ubiegłego lata i rosną intensywnie, wypuszczając wciąż nowe pędy. Mają piękne, czerwone owoce, łudząco przypominające poziomki. Początkowo nawet myślałem, że to naprawdę są poziomki. Gdy jednak wziąłem je do ust, od razu stało mi się jasne, że poza wyglądem, do naszych poziomek jest im bardzo daleko. Cóż więc to za rośliny? Otóż są to poziomki indyjskie. Cechą ich owocników jest to, że rosną w górę, a nie zwisają jak poziomki rodzime. Nade wszystko zaś charakteryzują się tym, że chociaż nie są trujące ani toksyczne, to są całkowicie pozbawione smaku i zapachu.

Jak te "poziomki" zasiały się w przykościelnym ogrodzie? Tego nie wiem, ale od razu przyszła mi do głowy myśl, że podobnie ma się rzecz z ludźmi. Prawdziwi chrześcijanie wydają woń Chrystusową. To Bóg sprawił, że jesteśmy dla Niego zapachem Chrystusa — zarówno wśród tych, którzy dostępują zbawienia, jak i tych, którzy giną. Dla jednych jest to woń śmierci zapowiadająca śmierć, dla drugich zapach życia — obwieszczający życie (2Ko 2,15-16). Ich życie, dzięki wierze w Jezusa Chrystusa, nabrało też odpowiedniego smaku. Wy jesteście solą ziemi (Mt 5,13) - powiedział Jezus. Mowa wasza niech będzie zawsze uprzejma, zaprawiona solą, abyście wiedzieli, jak macie odpowiadać każdemu (Kol 4,6). 

W ogrodach lokalnej wspólnoty Kościoła nie wiadomo jak potrafią się zasiać też ludzie, którzy wyglądem przypominają chrześcijan, a nimi nie są. Podobnie jak poziomki indyjskie ładnie wyglądają, lecz nie mają smaku ani zapachu prawdziwych poziomek, tak też owi "chrześcijanie" odgrywają tylko rolę ludzi wierzących. Wprawdzie nie stanowią dla społeczności śmiertelnego zagrożenia, ale też niczego dobrego do niej nie wnoszą. Przy bliższym kontakcie szybko staje się jasne, że wcale nie pachną Chrystusem, a ich życie jest duchowo jałowe i bez smaku. W pierwszym kontakcie traktujemy ich jak braci i siostry w Chrystusie, ale wkrótce przekonujemy się, że są jedynie imitacją prawdziwego chrześcijaństwa.

Czy powinienem wytępić poziomki indyjskie i usunąć je z przykościelnego ogrodu? Nie zrobię tego. Niech rosną tuż przy oknie sali nabożeństw i będą naoczną lekcją, że nie po zewnętrznym wyglądzie i przybranej pozie rozpoznaje się prawdziwego chrześcijanina. A może będzie z nimi podobnie jak z "lewymi" chrześcijanami? Nie wiadomo z czyjego nadania w zborze się pojawiają i nie wiadomo kiedy i z jakiego powodu znikają...

09 września, 2026

Dwulicowość ma się dobrze

Wczoraj zrobiło się głośno, że liderka skrajnie prawicowej partii, która w tę niedzielę wygrała wybory samorządowe w jednym z niemieckich landów, żyje w związku homoseksualnym. Szok. Publicznie walczy o rodzinę w jej tradycyjnym kształcie, podczas gdy prywatnie sama jest lesbijką i żyje w związku z inną kobietą. To jakaś zadziwiająca niekonsekwencja i obłuda! Zdumieni i wzburzeni są nawet ludzie o bardzo liberalnych poglądach. Nie zmienia to faktu, że owa partia wraz z jej liderką są na fali i mają się całkiem dobrze.

O ile wśród ludzi żyjących bez Boga na świecie dwulicowość nie jest rzadkością, to w kręgach chrześcijańskich w ogóle nie powinna mieć racji bytu. Chrystus Pan zdecydowanie ją piętnuje. Ślepi przewodnicy! Przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda. Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Dbacie o czystość zewnętrznych części kielicha i misy, nie o to, że środek pełny grabieży i gwałtu. Ślepy faryzeuszu! Czyszczenie kielicha zaczynaj od wnętrza, a wtedy to, co na zewnątrz, też zalśni czystością. Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Przypominacie groby pokryte białą farbą. Na zewnątrz są piękne, a wewnątrz — kości zmarłych i wszelka zgnilizna. Wy też w oczach ludzi uchodzicie za sprawiedliwych, ale w waszych wnętrzach pełno obłudy i bezprawia (Mt 23,24-28).

Chrześcijanie, a zwłaszcza ich przywódcy i duszpasterze, mają dbać o to, by ich codzienne życie było spójne z tym, co wyznają i głoszą. A jednak - niestety - bywa inaczej. Zachowanie w prywatnym życiu wielu chrześcijan drastycznie rozmija się z nakazaną nam przez Pana miłością. O pomstę do nieba wołają takie sytuacje, że mąż jest miły dla żony w otoczeniu innych osób, a gdy zostają sam na sam, przeradza się w jej gnębiciela. Jest nie do pomyślenia w środowiskach ewangelikalnych, by kaznodzieja wzywał innych do przestrzegania biblijnych norm moralności, a sam skrycie je łamał. Jeśli masz przekonanie, że jesteś przewodnikiem niewidzących, światłem pogrążonych w mroku, wychowawcą niemądrych, nauczycielem ludzi nieświadomych rzeczy, człowiekiem znajdującym w Prawie wyraz poznania i prawdy — jeśli więc ty pouczasz drugiego, dlaczego sam nie czerpiesz z tej wiedzy? Dlaczego głosisz, by nie kraść, a kradniesz? Mówisz, by nie cudzołożyć, a cudzołożysz? Brzydzisz się bożkami, a bezcześcisz świątynię? Szczycisz się Prawem, a przez przekraczanie Prawa znieważasz Boga? Gdyż to z waszego powodu — jak czytamy — imię Boga obraża się wśród pogan (Rz 2,19-24).

Tak. Rozdźwięk między publicznie wyznawanymi wartościami a praktycznym postępowaniem, wywołuje zgorszenie i przynosi ujmę imieniu Bożemu. Prawdziwi chrześcijanie nie prowadzą podwójnego życia. Wyrzekliśmy się tego, co ludzie wstydliwie ukrywają, i nie postępujemy przebiegle ani nie fałszujemy Słowa Bożego, ale przez składanie dowodu prawdy polecamy siebie samych sumieniu wszystkich ludzi przed Bogiem (2Ko 4,2). W kręgach naśladowców Jezusa Chrystusa nie akceptujemy żadnego udawania i fałszu. Pamięć o tym, co stało się z Ananiaszem i Safirą (Dz 5), wciąż pobudza nas do życia w bojaźni Bożej. Wiedząc zatem, co to znaczy bać się Pana, przekonujemy ludzi, a wobec Boga wszystko w nas jest jawne. Spodziewam się, że podobnie jawne jest w waszych sumieniach. Nie polecamy się wam ponownie, ale dajemy wam powód do chluby z naszego powodu, abyście mogli odeprzeć zarzuty tych, którzy szczycą się pozorami, a nie tym, co jest w sercu (2Ko 5,11-12).

 Kto sam jest obłudny, ten nie ma moralnego prawa do napominania innych ludzi. Sami w czymś uchybiając, wolimy przemilczać też cudze błędy. Chyba dlatego dwulicowość ma się tak dobrze. W środowisku Kościoła tak być nie może! Każdy chrześcijanin ma nie tylko zadbać o zgodność teorii z praktyką we własnym życiu, ale być też zdolnym do napominania tych, którzy w prywatnym życiu grzeszą, a publicznie udają wierzących. Dlatego - byśmy mieli do tego moralne prawo - nauka apostolska świeci nam przykładem i wzywa nas do osobistej szczerości, żebyście mieli co mówić przeciwko tym, którzy się chlubią z powierzchownych rzeczy, a nie z serca (Biblia Gdańska 2Ko 5,12).

05 września, 2026

Straż poranna przed Panem

Kilka lat temu ktoś pochwalił się w Internecie tym, że zadał sztucznej inteligencji pytanie, co by zrobiła, gdyby była diabłem i chciała zniewolić ludzi bez użycia przemocy? Jeden z punktów jej "diabelskiej" odpowiedzi dotyczył rozpraszania uwagi i brzmiał następująco: "Zależałoby mi na tym, aby ludzie nigdy nie mieli czasu na głębsze refleksje czy rozwój duchowy. Wypełniłbym ich życie rozrywkami, technologią, mediami społecznościowymi, natłokiem informacji, a nawet sztucznie wzbudzanymi lękami i problemami. W ten sposób trudno byłoby im spojrzeć na życie w sposób bardziej świadomy". Jakkolwiek to się dzieje, czy rzeczywiście z inspiracji diabelskiej, czy jedynie z ludzkiego braku rozsądku i uważności, wciąż powielamy ten wspomniany w Biblii błąd marnowania czasu. Bo sami Ateńczycy, podobnie jak mieszkający tam cudzoziemcy, niczemu innemu nie poświęcali tyle czasu, co opowiadaniu lub słuchaniu najświeższych nowin (Dz 17,21).  

Dzisiaj rano przeczytałem w Biblii natchnione słowa proroka Izajasza: Każdego ranka budzi moje ucho, abym słuchał jak ci, którzy się uczą. Wszechmogący Pan otworzył moje ucho, a ja się nie sprzeciwiłem ani się nie cofnąłem (Iz 50,4-5). Od razu odżyła we mnie myśl o znaczeniu porannej, osobistej społeczności z Bogiem. Wpajał nam to w Szkole Biblijnej w Warszawie nasz nauczyciel, śp. Mieczysław Kwiecień. Każdego dnia rano; zanim zaczniemy rozmawiać, sięgniemy po telefon, spotkamy się z ludźmi, pójdziemy do sklepu, wyjdziemy do pracy, włączymy radio itd., - chociaż kilkanaście minut spędźmy z Bogiem czytając Biblię z modlitwą. Czytając fragment Pisma Świętego zadawajmy sobie pytania pomocnicze typu: Co Pan Jezus przez te słowa mówi dzisiaj do nas? Jakiej wskazówki nam udziela? Na co zwraca nam uwagę? Do czego przez ten fragment nas wzywa? Za co nas pochwala, a za co gani? O co powinniśmy dzisiaj zadbać? Itp. 

W Szkole Biblijnej ten osobisty czas z Bogiem nazywaliśmy "Strażą poranną przed Panem". Chodzi o to, by zaczynając dzień, zanim pójdziemy do pracy czy szkoły, zanim podejmiemy się jakichkolwiek czynności, najpierw stanąć przed Bogiem na poranną odprawę. Skoro tak robi się nawet w zwykłej firmie, że pracownicy przed rozpoczęciem pracy, choćby na chwilę, spotykają się ze swoim kierownikiem i otrzymują instrukcję dotyczące najbliższych zadań, to tym bardziej jest wskazane, by - podejmujący się rankiem swoich codziennych obowiązków - chrześcijanin potrafił zatrzymać się i zapytać, co Duch Święty podpowiada mu na najbliższe godziny. Może byłoby warto prowadzić też sobie osobiste zapiski z tej odprawy, by co jakiś czas je przejrzeć i wyciągnąć szersze wnioski...

Żyjemy w czasach ogromnego natłoku napływających do nas z każdej strony najróżniejszych informacji. Nie jesteśmy w stanie tego zjawiska zatrzymać, ani go uniknąć. Możemy wszakże należycie stawić mu czoła ukierunkowując swoje myśli, słowa i czyny poprzez poranną odprawę przed Panem. Zwracajcie zatem uwagę na własne postępowanie. Nie zachowujcie się jak niemądrzy. Żyjcie raczej jak ludzie mądrzy, którzy nie marnują najdrobniejszej chwili, szczególnie że przyszło nam żyć w trudnych czasach. Dlatego koniec z brakiem rozsądku. Starajcie się pojąć, co jest wolą Pana (Ef 5,15-17).

01 września, 2026

Zdolni innych nauczać

uczeń MB we wrześniu 1966 roku
Dzisiaj mija dokładnie 60 lat od czasu, gdy zacząłem moją szkolną przygodę. Począwszy od tego pamiętnego dnia, stosownie ubrany, z tornistrem na plecach, sześć razy w tygodniu pokonywałem piechotą dystans trzech kilometrów, by znaleźć się w miejscu podstawowej edukacji. Wreszcie mogłem przez kilka godzin każdego dnia skupić się na zdobywaniu wiedzy. Moim wielkim atutem w tamtym czasie była nasza nauczycielka, pani Gałęzowa - dojrzała, mądra kobieta z życzliwym, aczkolwiek wymagającym, podejściem do każdego z jej uczniów. Kluczowe, pierwsze lata nauki pod jej okiem miały zbawienny wpływ na moje podejście do wszelkich, późniejszych wyzwań życiowych. Myślę, że - obok mojej Mamy - miała spory udział w procesie wpajania mi pracowitości, uczciwości, odpowiedzialności i staranności, które okazały się niezastąpione również w - praktykowaniu pobożności.

Tajemnicą sukcesu szkoły są jej nauczyciele. A Kościoła? Starszy zatem ma być nienaganny. Powinien być mężem jednej żony, człowiekiem trzeźwo myślącym, umiarkowanym, przyzwoitym, gościnnym, zdolnym do nauczania, wolnym od nałogów, nie wybuchowym, lecz łagodnym, niekłótliwym, nie nastawionym na pieniądz, dobrze kierującym własnym domem, dzieci trzymającym w posłuszeństwie, z wszelką godnością. Bo skoro ktoś nie potrafi kierować własnym domem, jak może troszczyć się o kościół Boży? (1Tm 3,2-5). Lokalne zbory Kościoła pilnie potrzebują takich nauczycieli. Skąd ich wziąć? To, co usłyszałeś ode mnie wobec wielu świadków, przekaż ludziom godnym zaufania, którzy będą zdolni nauczać również innych (2Tm 2,2). Zatem, nie każdemu Bóg powierza rolę duszpasterską i nauczycielską w Kościele. Biblia wskazuje na kilkustopniowy proces przygotowywania i powoływania do posługi Słowem i to pod okiem doświadczonych sług Bożych.

Sporym problemem naszych czasów jest zjawisko samopowoływania. Jak grzyby po deszczu, na lewo i na prawo, zwłaszcza w większych miastach, wyrastają samozwańczy pastorzy, nauczyciele i prorocy. Nikt ich nie zweryfikował pod względem etycznym i moralnym. Nikt nie zrobił im egzaminu z teologii. Sami, bez żadnego duchowego zwierzchnictwa, zaczynają nauczać nie pytając nikogo o zdanie. Przecież nawet apostoł Paweł miał potrzebę skonsultowania się z innymi sługami Bożymi aby jego posługa nie okazała się daremna (Ga 2,2). Prawdziwy Kościół nie jest miejscem działania na własną rękę. Niech oni najpierw odbędą próbę, a potem, jeśli się okaże, że są nienaganni, niech przystąpią do pełnienia służby (1Tm 3,10). Niestety, Internet nie żąda przedstawienia listów uwierzytelniających, nie pyta o poglądy, nie sprawdza charakteru i nie zagląda do życiorysu. Wystarczy założyć konto na Facebooku lub YouTube, zatytułować się po swojemu – i już! Bądźmy ostrożni. Biblia uczy, że On ustanowił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, a innych pasterzami i nauczycielami, aby przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego (Ef 4,11-12).

Pani Gałęzowa z jej uczniami
Sześćdziesiąt lat temu stając się uczniem, sam nie wybierałem sobie nauczyciela, od którego będę czerpać wiedzę. Przesądziła o tym moja lokalizacja i dyrektor miejscowej szkoły. Tak też jest z „pierwszakami” w sensie duchowym. Są formowani przez ludzi ze środowiska, w którym narodzili się na nowo. Dopiero potem mogą decydować, kto będzie ich nauczycielem. Chrystus Pan przestrzegł, aby robić to bardzo rozważnie. Wy nazywacie mnie Nauczycielem i Panem, i słusznie mówicie, bo jestem nim (Jn 13,13). To wybór podstawowy i najsłuszniejszy! Jednakowoż, w naszej wolności doboru możemy popełnić błąd i wybrać sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce (2Tm 4,3). Tak wielu chrześcijan już zrobiło. Mają swoją internetową listę ulubionych mówców. Nie potrzebują już słuchać miejscowego pastora, zwłaszcza, że jest mniej błyskotliwy. Tamci, z Internetu, powoli przejmują jego nauczycielską rolę. A kto może na odległość, w świecie wirtualnej iluzji, być pewnym, że są to nauczyciele wiarygodni i tym samym zdolni innych nauczać?

Wszyscy twierdzą, że występują w imieniu Jezusa. Większość bez zmrużenia oka przypisuje Duchowi Świętemu autorstwo ich osobistych fantazji i poglądów. Całkiem spore grono internetowych nauczycieli uprawia domorosłą interpretację Pisma Świętego, natchnionym tekstom nadając znaczenie, które pasuje do ich prywatnych przekonań i celów. Owszem, przemawiają pięknie i porywająco, ale czy to przesądza o tym, że mają prawo nauczać w Kościele?

31 sierpnia, 2026

Jubileusz 80-lecia Zboru w Hniszowie

Modlitwa dziękczynna za 80 lat Zboru w Hniszowie
Tutejsza wspólnota ludzi ewangelicznie wierzących miała swoje początki zaraz po przejściu przez te tereny frontu kończącego Drugą Wojnę Światową. Powstanie Zboru w Hniszowie datujemy wszakże na rok 1946, bowiem w dwóch pierwszych latach po wojnie były to spontaniczne spotkania w różnych okolicznych miejscowościach i dopiero wtedy, w ich wyniku, zgromadzający się bracia i siostry zdecydowali, że będą tworzyć konkretny Zbór.

Te pierwsze zgromadzenia zawdzięczamy współpracy śp. Józefa Wołoszczuka sen. i śp. Władysława Rudkowskiego. Pochodzący z Hniszowa Józef, po kilkuletnim pobycie na Wołyniu, jako świeżo nawrócony i napełniony Duchem Świętym piętnastoletni młodzieniec powrócił z matką i bratem w 1944 roku do rodzinnej wioski. Wprawdzie musiał na co dzień ciężko pracować na roli, ale bardzo pragnął też głosić ewangelię w swoich stronach. Wspomógł go w tym mieszkający wówczas w Woli Uhruskiej prezbiter Władysław Rudkowski, który – niestety – po kilku latach na stałe wyprowadził się z Woli. Po jego wyjeździe cała odpowiedzialność za dalsze losy powstającej wspólnoty spadła na brata Józefa Wołoszczuka sen., wybranego i ordynowanego do tej roli w 1961 roku przez prezbiterów, Edwarda Czajko z Warszawy i wspomnianego Władysława Rudkowskiego.

Urzędowa rejestracja hniszowskiego zboru miała miejsce siedem lat później. Nastąpiło to 3 marca 1968 roku. Od tego czasu tutejsza społeczność formalnie dołączyła do grona zborów dzisiejszego Kościoła Zielonoświątkowego. Na przełożonego zboru wybrano prezbitera Józefa Wołoszczuka sen., który tę funkcję sprawował przez kolejne trzydzieści lat, aż do roku 1998.

Senior Wołoszczuk zasługuje na szczególnie dobre słowa w naszych dzisiejszych wspomnieniach. Razem z jego żoną Katarzyną od pierwszych spotkań w połowie lat czterdziestych otworzyli na ten cel swoje prywatne mieszkanie w Hniszowie. Przez dekady wiernie ponosili trud organizacyjny tutejszych nabożeństw i gościli ich uczestników. Na takie domowe nabożeństwo w ich nieistniejącym już starym domu z werandą obrośniętą dzikim winem, na początku lat siedemdziesiątych ub. wieku trafiłem z moją mamą i rodzeństwem. Nigdy nie zapomnę po raz pierwszy tu usłyszanej pieśni: „Czyś słyszał, że Kościół jest żywy, gdzie Chrystus kapłanem jest sam?” Zawsze też będę miał w pamięci żywiołową modlitwę tutejszych chrześcijan, po której dla naszej rodziny stało się jasne, że to jest miejsce, gdzie ludzie naprawdę spotykają się i rozmawiają z Bogiem.

Rodzina i dom Wołoszczuków natychmiast stał się dla mnie drugim domem, a moi rówieśnicy, wówczas Józek i Rysiek, stali się moimi najbliższymi przyjaciółmi, zwłaszcza że z powodu duchowego odrodzenia i przyłączenia się do zielonoświątkowców, zostaliśmy odrzuceni przez naszych krewnych i sąsiadów. Gdy tylko mogłem, przyjeżdżałem do Hniszowa i spędzałem z chłopakami jak najwięcej czasu. Dodatkowym magnesem przyciągającym mnie tutaj w młodzieńczych latach był motocykl pastora Józefa. Bywało, że z Józkiem robiliśmy sobie przejażdżkę tą „wueską” poza wiedzą jego taty. Myślę, że właśnie tutaj złapałem bakcyla motocyklizmu, którego nie potrafię i nie chcę pozbywać się do dzisiaj.

4 lipca 1971 roku w Uherce, niewielkiej rzeczce płynącej do Bugu przez pola Podrudzia, moja mama Halina i najstarsza siostra, Irena wraz z trzema innymi osobami, zostały ochrzczone w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Tym samym, także moja rodzina formalnie stała się częścią hniszowskiego zboru. O ile dobrze pamiętam, w tamtych latach nabożeństwa Zboru odbywały się tutaj w Hniszowie, w Rudzie u Jana i Marii Wołoszczuków, w Woli Uhruskiej w mieszkaniu Antoniego i Marii Milewskich, a kilka razy również w naszym domu w Piaskach.

W październiku 1974 roku, w ślad za mamą i rodzeństwem, również i ja wyjechałem do Gdańska. Mój codzienny kontakt ze zborem hniszowskim został tym samym przerwany, lecz duchowa więź trwa do dzisiaj. Najpierw, przez całe lata z Józefem Wołoszczukiem juniorem prowadziliśmy regularną korespondencję listowną, potem razem uczyliśmy się w Szkole Biblijnej w Warszawie, a gdy już stałem się sługą Słowa Bożego i zacząłem troszkę z posługą Słowa podróżować po kraju, wykorzystywałem każdą okazję, aby choć na chwilę zajrzeć do Hniszowa.

Dzięki temu wciąż jestem z tutejszym zborem w serdecznych relacjach. Niemałą w tym zasługę ma fakt, że od 1998 roku służbę duszpasterską pełni tu pastor Ryszard, młodszy syn seniora Wołoszczuka. Wprawdzie nie mogłem być z nim w dniu 1 września 2002 roku – gdy miała miejsce jego ordynacja i formalne objęcie przez niego funkcji pastora. Ale już dwa lata później razem z siostrą Alą i bratem Ryszardem modliliśmy się o ich małego Szymona i nasze kontakty znowu się zacieśniły. W międzyczasie przeszli do wieczności rodzice pastora oraz kilka innych, znanych mi z dzieciństwa osób, a Zbór hniszowski wciąż istnieje i w tym zakątku naszego kraju wydaje dobre świadectwo żywej wiary w Jezusa Chrystusa. Dodajmy, że zbór hniszowski, jako najstarszy w tej okolicy, ma swój udział w powstaniu zboru w Chełmie oraz punktu misyjnego we Włodawie.

Jestem pod wrażeniem stabilności w wierze braci i sióstr tworzących tutejszy Zbór. Osiemdziesiąt lat nieprzerwanej działalności w czasach tak dużych zmian społeczno-kulturowych, zachodzących w naszym kraju – to wielka rzecz! Chylę dziś przed Wami czoła i dziękuję Bogu za Was! Jestem też wdzięczny Bogu za nowe pokolenie, które już ma udział w duchowej sztafecie o dar życia wiecznego, a wkrótce całkowicie przejmie z naszych rąk sztandar ewangelii i będzie go wysoko trzymać, tutaj - między Chełmem a Włodawą.

Pewien misjonarz głoszący ewangelię w jednym z islamskich krajów powiedział kiedyś, że owoce jego posługi nigdy nie będą wielkie, ponieważ większość nowo nawróconych chrześcijan albo czym prędzej wyjeżdża, albo zostają zamordowani przez fanatycznych muzułmanów.

Podobnie, choć nie tak drastycznie, przedstawiają się losy zboru działającego na wsi. Zarówno w odniesieniu do naturalnie rodzących się nam dzieci, jak i do osób rodzących się na nowo w sensie duchowym, trzeba się z tym liczyć, że któregoś dnia – podobnie jak w tych dniach bociany – wyfruną z naszego gniazda i polecą gdzieś do szkoły, do pracy, do nowego miejsca zamieszkania lub służby - uszczuplając liczebność wspólnoty.

Chcę Wam dzisiaj – w imieniu Pana Jezusa Chrystusa, jako Głowy Kościoła – wskazać, jak wielkie znaczenie ma Wasza wierność w małym. Będzie wtedy podobnie jak z człowiekiem, który wybierał się w podróż. Przywołał swoich służących i przekazał im mienie. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, a trzeciemu jeden — każdemu według jego możliwości. Potem wyjechał. Sługa, który wziął pięć talentów, zaraz poszedł, zaczął nimi obracać i zyskał dalsze pięć. Podobnie sługa, który wziął dwa, zyskał dalsze dwa. Ten natomiast, który wziął jeden talent, odszedł, wykopał w ziemi schowek i ukrył pieniądze swojego pana. 

Po dłuższym czasie pan wraca i wzywa służących do rozliczeń. Ten, który otrzymał pięć talentów, przyniósł dalsze pięć i oznajmił: Panie! Powierzyłeś mi pięć talentów. Proszę — zyskałem dalsze pięć. Pan na to: Wspaniale, dobry i wierny sługo! Okazałeś się wierny w paru sprawach, teraz postawię cię nad wieloma. Wejdź, wesel się razem ze mną. Następnie przyszedł ten, który otrzymał dwa talenty. Panie — powiedział — powierzyłeś mi dwa talenty. Zobacz, zyskałem dalsze dwa. Pan odpowiedział: Wspaniale, dobry i wierny sługo, okazałeś się wierny w paru sprawach, postawię cię teraz nad wieloma. Wejdź, wesel się razem ze mną! (Mt 25, 14-23).

Wierność w małym zostanie doceniona i wspaniale uhonorowana! Dobrze sługo, przeto iż w małym byłeś wierny, obejmij władzę nad dziesięciu miastami! (Łk 19,17). Apeluję więc:

  • Nadal mówicie o Panu Jezusie wszędzie, gdzie tylko się da!
  • Pilnie bierzcie udział w zgromadzeniach Zboru, jakbyście... np. imiennie byli zaproszeni na kameralne spotkanie z Prezydentem.
  • Śpiewajcie Panu i sobie nawzajem ku zbudowaniu, jakbyście... np. nagrywali pieśń własnego autorstwa do konkursu o nagrodę Fryderyka.
  • Bracia, przygotowujcie się i zawsze głoście Słowo Boże, jakbyście... np. mieli wygłosić kazanie życia przed wielotysięcznym zgromadzeniem.
  • Dbajcie o codzienne świadectwo życia, jakbyście... np. przez siedem dni w tygodniu całą dobę non-stop byli na wizji, podglądani jak żubry w Puszczy Białowieskiej.

Na okoliczność Jubileuszu 80-Lecia Zboru, mam propozycję podziękowania Bogu za poprzedników w wierze:

  • za śp. pastora Józefa i Katarzynę Wołoszczuków oraz ich dzieci; Lucynę, Elę, Józefa i Ryszarda, którzy przez wiele lat tworzyli dobrą atmosferę tego Zboru,
  • za śp. Władysława Rudkowskiego i jego rodzinę,
  • za śp. Jana i Marię Wołoszczuków oraz ich córki, Lilę i Danutę,
  • za braci śp. Piotra Wawrzyka, Franciszka Kudzio,
  • za takie osoby jak Maria Milewska, które z nieustającą pasją dzieliły się ewangelią.

Z okazji tak doniosłej Rocznicy Zboru podziękujmy też dzisiaj Bogu za wszystkie osoby aktualnie tworzące hniszowski Zbór. Za pastora Ryszarda, siostrę Alinę oraz za każdą osobę która współdziała i pracuje (1Ko 16,16) na rzecz głoszenia ewangelii oraz dobrego świadectwa i pomyślności tutejszego Zboru Pańskiego! Zechciejmy też pomodlić się o ich dalsze losy, aby z pomocą Ducha Świętego, oczekując powtórnego przyjścia Jezusa Chrystusa, pięknie pisali teraz historię kolejnej, dziewiątej już dekady Zboru.

13 sierpnia, 2026

Zbawienne burze

Wychowywani w duchu wszędobylskiego humanizmu, a także wzywani przez Słowo Boże, abyśmy byli jedni dla drugich uprzejmi, serdeczni (Ef 4,32), unikamy wszystkiego, co mogłoby źle wpłynąć na samopoczucie innych osób, a zwłaszcza braci i sióstr w Chrystusie. Staramy się nikogo nie urazić. Okazujemy zrozumienie i wystrzegamy się osądzania. Akceptujemy ludzi, takimi, jacy są. Rezygnujemy z napominania, a jeśli już, to staramy się nadać mu charakter pozytywnej zachęty. Dzięki temu nasze kontakty zdają się być wolne od napięć i rozmaitych przykrości. Przez wszystkich jesteśmy mile widziani, bo też i nikomu nie załazimy za skórę.

Czy jednak postawa powszechnej tolerancji jest zgodna z duchem ewangelii? Czy w świetle Biblii przemilczanie złych postaw i czynów dla tzw. miłej zgody, można uznać za słuszne? Czy Jezus Chrystus i Jego apostołowie unikali konfrontacji z osobami popełniającymi grzech? Czy przymykali oko na zło? Nie. Z całą pewnością tacy nie byli! Owszem, byli łagodni, życzliwi i współczujący, bo są to postawy właściwe i godne naśladowców Chrystusa. Niemniej jednak, gdy zauważali jakąś nieprawidłowość, zdecydowanie reagowali i to nawet czasem bardzo ostro. I nie miejcie nic wspólnego z bezowocnymi uczynkami ciemności, ale je raczej karćcie, bo to nawet wstyd mówić, co się potajemnie wśród nich dzieje. Wszystko to zaś dzięki światłu wychodzi na jaw jako potępienia godne (Ef 5,11-13). Głoś Słowo, bądź w pogotowiu w każdy czas, dogodny czy niedogodny, karć, grom, napominaj z wszelką cierpliwością i pouczaniem (2Tm 4,2).

Biblia mówi, że sam Bóg nie szczędził swemu ludowi burzliwych przeżyć. Głód, susza, szkody w uprawach, choroba, śmierć bliskich, utrata majątku, kataklizmy (Am 4) – to przykłady zastosowanych przez Boga środków wychowawczych. Wszystko po to, by skruszyć ich oporne serca i doprowadzić do opamiętania. Nie inaczej było w okresie Wczesnego Kościoła. Celem wielu przykrych i zasmucających napomnień apostolskich było doprowadzenie ówczesnych chrześcijan do nawrócenia, a co za tym idzie, do naprawienia społeczności z Bogiem i ludźmi. Aby zyskać prawdziwy pokój z Bogiem, trzeba wcześniej przeżyć niejedną burzę. Bo nawet jeśli zasmuciłem was listem, nie żałuję. A jeśli żałowałem — widzę bowiem, że tamten list przynajmniej na chwilę was zasmucił — to teraz się cieszę. Nie dlatego, że zostaliście zasmuceni, ale dlatego, że zostaliście zasmuceni dla opamiętania. Znaczy to, że zostaliście zasmuceni po Bożemu, tak że niczego z naszego powodu nie straciliście. Gdyż smutek pochodzący od Boga wywołuje opamiętanie, którego się nie żałuje. Ono prowadzi do zbawienia. Natomiast smutek wzbudzany przez świat, prowadzi do śmierci. Zauważcie, co wynikło z tego Bożego smutku. Jaka obudziła się w was tęsknota, jakie oburzenie na zło, jaka chęć wymierzenia kary! We wszystkim — jeśli chodzi o tę sprawę — okazaliście się czyści (2Ko 7,8-11).

Zatem, prawdziwi chrześcijanie ani sami nie unikają przykrych chwil prawdy o sobie, ani też nie starają się za wszelką cenę oszczędzać ich innym osobom. Burzliwe momenty w życiu chrześcijanina mogą się dla niego okazać wielkim dobrodziejstwem. Zbawienie jest warte przeżycia każdej burzy. Cieszcie się nim, mimo że teraz — gdy trzeba — bywacie po trosze zasmucani różnorodnymi próbami. Spotykają was one po to, aby wasza szczera wiara, cenniejsza niż zniszczalne przecież złoto ogniem uszlachetniane, mogła tym bardziej wywyższyć, zaznaczyć chwałę i uwypuklić cześć Jezusa Chrystusa, kiedy się objawi (1Pt 1,6-7).