29 czerwca, 2026

śp. Pastor Sergiusz Waszkiewicz

pastor Sergiusz Waszkiewicz w rozmowie po nabożeństwie. Lata 70. ub. wieku 
Dokładnie dzisiaj mija trzydzieści lat od śmierci śp. prezbitera Sergiusza Waszkiewicza, założyciela i pierwszego pastora zboru zielonoświątkowego w powojennym Gdańsku. Bóg odwołał go spośród nas w dniu 29 czerwca 1996 roku, dwa miesiące po założeniu Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE. Nie mogłem go wówczas powiadomić o fakcie utworzenia nowego zboru w Gdańsku, ponieważ brat Waszkiewicz przez parę ostatnich lat życia pozostawał już bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Ośmielam się wszakże uważać nasz Zbór, jako spadkobiercę i kontynuatora - tu w Gdańsku - jego sposobu życia i podejścia do służby Bożej. 

Pastor Sergiusz Waszkiewicz był dla mnie człowiekiem wyjątkowym. Poznałem go jesienią 1974 roku, gdy przyjechałem do Gdańska, by dołączyć do mojej mamy i rodzeństwa, którzy dotarli tu z Lubelszczyzny kilka miesięcy przede mną. Okazanie zainteresowania naszym losem, godność i powaga posługi duchowej, niezwykłe poczucie humoru i dbałość o zdrową naukę biblijną - wszystko to bardzo mnie w nim pociągało. W zborze pod duchowym przywództwem "wujka" Waszkiewicza od razu poczułem się jak w rodzinie. W ciągu kilku kolejnych lat dane mi było wielokrotnie rozmawiać z nim osobiście. Dzięki temu poznałem go nie tylko z jego publicznych wystąpień ale również z jego prywatnych przekonań oraz reakcji na to, co działo się w świecie i w Kościele.

Gdy jesienią 1978 roku znalazłem się w Szkole Biblijnej w Warszawie, z niemałą satysfakcją odkryłem, że pastor Waszkiewicz był znany i otaczany szacunkiem w różnych stronach Polski. Przez wiele wcześniejszych lat reprezentował sporą grupę zborów zielonoświątkowych w Radzie ówczesnego Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego. Byłem wręcz dumny, gdy został też zaproszony do naszej szkoły w celu przeprowadzenia kilku wykładów. Tym bardziej czułem się wyróżniony, gdy w trakcie nauki od czasu do czasu otrzymywałem od niego list, w którym dzielił się ze mną tym, co przeżywał. Już w pierwszym roku mojej nauki parokrotnie zaprosił mnie też do usługi Słowem Bożym w naszym gdańskim zborze. 

Chrzest mojej Gabrieli w 1976 roku (druga od strony pastora Waszkiewicza)
Jako młody chrześcijanin i początkujący kaznodzieja, w towarzystwie pastora Waszkiewicza odczuwałem zarówno przyjemność z bliskości tak ważnej dla mnie osoby jak i drżenie serca, by zachować się przy nim, jak należy. Mój pastor, choć był człowiekiem taktownym, to jednak niczego nie owijał w bawełnę. Dla przykładu, w prowadzonym w tamtych latach moim osobistym dzienniku, w dniu 21 czerwca 1979 roku pisałem: "Czwartek. Słoneczny dzień. Odwiedziłem brata Waszkiewicza w szpitalu. Spotkałem tam Daniela Ciszuka z żoną. Odwiedziny upłynęły w serdecznej atmosferze z tym tylko, że dostałem po głowie za kazanie, które mówiło o tym, jak Izraelici, wchodząc do Kanaanu, mieli wytępić pogańskie ludy. Izraelici zrobili to, jednak zlekceważyli resztki tych narodów. Poselstwo kazania brzmiało: Nie toleruj w sobie żadnych resztek starego życia". Zarzucono mi, że za dużo mówię o tych krwawych faktach Starego Testamentu i że ludzi to gorszy...". Przełknąłem tę krytykę, jak gorzką pigułkę, mając świadomość, że jest ona dla mojego dobra, bo przecież uwagę zwracał mi doświadczony, a zarazem bardzo mi życzliwy duszpasterz. Dodam, że pastor Waszkiewicz nie tylko ochrzcił mnie w 1977 roku. Także on trzy lata później, 25 października 1980 roku usłużył nam, gdy z Gabrysią zawieraliśmy związek małżeński, a następnie, po roku, modlił się o błogosławieństwo Boże dla naszej pierwszej córki, Agnieszki. Po prostu, był naszym pastorem.

Przejście pastora Sergiusza Waszkiewicza na emeryturę zostało poniekąd wymuszone podjętą przez ówczesną Radę Kościoła uchwałą, wyznaczającą wiek siedemdziesięciu lat, jako górną granicę sprawowania funkcji pastora. Byłem wtedy świeżo upieczonym kaznodzieją, powołanym wiosną 1980 roku na ewangelistę w gdańskim zborze. Trzeba tu dać świadectwo prawdzie, że już wcześniej nie wszyscy członkowie naszej wspólnoty jednakowo cieszyli się z przywództwa naszego pastora. Pamiętam, jak jeden z nich zaprosił mnie do kawiarenki na Starym Mieście w pobliżu Wielkiego Młyna i próbował namawiać do stworzenia wspólnego frontu przeciwko pastorowi, aby usunąć go ze stanowiska. Byłem wstrząśnięty i zbulwersowany tą propozycją. Na szczęście niedługo potem w naszym zborze zaczął pojawiać się brat Anatol Matiaszuk z Zielonej Góry jako oficjalny kandydat na przyszłego pastora, a ponieważ został zaakceptowany także przez samego brata Waszkiewicza, sprawy potoczyły się gładko i przykładnie.

W czasie pastorskiej zmiany warty w zborze przy ul. Menonitów nie było mnie już w Gdańsku. Latem 1982 roku - uzyskując błogosławieństwo gdańskiego Zboru - wyjechałem, by organizować wiejski zbór w Piątkowie (dawne woj. radomskie), potem zbór w Krośnie (1984) a następnie zbór w Gorzowie Wielkopolskim (1987). Za każdym razem jednak, gdy tylko przyjeżdżałem do Gdańska, starałem się odwiedzić brata Waszkiewicza, albo w jego mieszkaniu, albo na działce letniskowej w Wiczlinie k. Gdyni. Emerytowany pastor wciąż żywo interesował się życiem Kościoła i nowymi trendami w jego łonie. Dopytywał się też, jak radzę sobie w nowych miejscach mojej służby. Po moim powrocie do Gdańska w 1993 roku nie było już możliwości rozmowy z moim pastorem. Mogłem tylko posiedzieć przy jego łóżku, popatrzeć na niego i dziękować Bogu za jego służbę i dobry wpływ na wielu chrześcijan, w gronie których i dla mnie znalazło się miejsce.

Kalendarium:

  • Urodzony 7 listopada 1907 roku w Dołginowie k. Nowogródka [dzisiejsza Białoruś].
  • Nawrócenie przeżył w 1921 roku jako 14 letni chłopiec, w rok po śmierci swojego ojca. 
  • Chrzest wiary przyjął 25 września 1930 r.
  • W okresie międzywojennym wędrowny ewangelista na terenach Wileńszczyzny, Polesia i Wołynia.
  • W 1938 roku został pastorem zboru w Baranowiczach [dzisiejsza Białoruś].
  • W 1947 roku przyjechał do Gdańska i rozpoczął służbę duszpasterską. 
  • W 1953 roku został przełożonym gdańskiego zboru.
  • Na emeryturę przeszedł w 1982 roku, przekazując prowadzenie zboru gdańskiego prezb. Anatolowi Matiaszukowi.
  • Zmarł 29 czerwca 1996 roku w Gdańsku.

Wiele już lat temu, w 2007 roku na okoliczność setnej rocznicy urodzin Sergiusza Waszkiewicza, poprosiłem osoby z naszego środowiska kościelnego o odpowiedź na pytanie: Jak wspominasz śp. pastora Sergiusza Waszkiewicza? Kilka osób przysłało mi swoje wspomnienia, które bez żadnych zmian ponownie publikuję poniżej.

***

"Dla mnie jest on jak drugi ojciec, taki prawdziwy duchowy autorytet, szczególnie w okresie moich pierwszych kroków wiary. Dobrze pamiętam jego wizyty w naszym domu, gdy byłem jeszcze chłopcem. Przyjaźnił sie z moimi rodzicami. W Baranowiczach mój tata stacjonował w wojsku i brat Waszkiewicz był mu bardzo pomocny w rożnych sytuacjach. Był to czas wojny i dzięki jego wstawiennictwu, tata nie poszedł na front, o co bardzo się modlił jako młody chrześcijanin. Brat Waszkiewicz był moim chrzcicielem w 1964 roku. Chętnie słuchałem jego wykładów na kursach biblijno - umuzykalniających. Pamiętam jego stały temat: "Dlaczego nie jestem adwentystą". Szczególnie zapamiętałem jedną z jego wizyt w moim już domu, bodajże w 1981 roku. Kiedy wszedł do naszego mieszkania, a mieliśmy na ścianie, modną wówczas fototapetę z dużymi kwiatami i zielonymi roślinami. Myśląc, że to prawdziwe rośliny, chciał chwycić ręką za liście i mówiąc "jakie wspaniale rośliny", o mało co nie połamałby sobie palców.

Zawsze z wdzięcznością w sercu wspominam brata Waszkiewicza i Bogu dziękuję, że miałem możliwość znać go osobiście. - Henryk Hukisz [Chicago]".

***

Pamiętam GO jako bardzo dobrego wujka/bo tak nazywaliśmy jako dzieci naszych starszych wiernych/, rozdawał nam na wigilię paczki. Pamiętam jak po nabożeństwie zawsze się witał z członkami zboru. Te wspomnienia są ze zboru na ul. Traugutta i ze zboru na Menonitów. Moja MAMA grała w zborze na fisharmonii /pianinie/. Jak zobaczyłem JEGO zdjęcie na Waszej stronie to zrobiło mi się jakoś miło. - Z poważaniem Włodzimierz Sacewicz, wnuk pastora Jerzego Sacewicza. Szczęśliwego Nowego Roku 2008.

***

Podziwiałem go, że w rozmaitych sytuacjach konfliktowych, których przecież na przestrzeni tylu lat nie brakowało w życiu zboru, potrafił tak umiejętnie zażegnywać spory i rozładowywać napięcie. Spokojnie wysłuchał, nie próbował przekonywać ani bronić racji żadnej ze stron, ale w oparciu o Słowo Boże doprowadzał do zgody. Dobrze znał Słowo Boże i tak potrafił je zastosować do konkretnych sytuacji, że nieraz miałem skojarzenie, jakby mówił Gamaliel z Dziejów Apostolskich. - Mikołaj Jakoniuk (wieloletni współpracownik pastora Waszkiewicza, sekretarz Rady Zboru w Gdańsku)

***

Moje wspomnienia o nim kojarzą się z wczesnym dzieciństwem i smakiem gumy do żucia, którą nas częstował wraz z braćmi z Szwecji! Trudno mi określić datę, ale był to 1946/47r. Działo się to w Białowieży, w moim domu rodzinnym. Rodzice byli odrodzonymi chrześcijanami, a nasz ojciec należał do zaangażowanych w szerzenie prawdy o Zbawicielu! Z tej racji w naszym domu odbywała się ewangelizacja, na której to usługiwał brat Waszkiewicz. Było jak na wiejskie warunki dużo słuchaczy! Z relacji mojego starszego rodzeństwa wynika że posługa była dobrze przyjęta! Moja starsza siostra wspomniała także o tym że nas, dzieci, zebrał na klęczki wokoło siebie i sam klęcząc modlił się o nasze dusze i nawrócenie. A potem przyszedł taki czas, że każde z nas (a było nas siedmioro) oddało swoje życie w ręce Jezusa. Później w 1976 roku brat Sergiusz Waszkiewicz zanurzał mnie wodach chrztu! Na pewno będziemy pamiętać jego kazania a także jego słynne powiedzonka i anegdoty. - Paweł Prus

***

Pamiętam bardzo niewiele. Wspominam dziadka jako człowieka spokojnego, stonowanego. Prawdopodobnie starali się z babcią dbać o jedność i utrzymanie wzajemnych kontaktów w całej rodzinie - w niedzielę zazwyczaj można było liczyć na wspólny obiad w ich mieszkaniu przy budynku zborowym. W czasie dziadka kazań raczej dobrze mi się spało - o ile wypadała niedziela z wieczerzą Pańską i nie było szkółki niedzielnej. Kiedy go odwiedzałem, gdy był już na emeryturze, zawsze poświęcał chwilę czasu na rozmowę ze mną, pytał co się dzieje w moim młodym życiu. Ostatnie wspomnienia wiążą się z czasem, kiedy dziadek już nie miał kontaktu z otoczeniem, nie słyszał, nie widział, a opiekowała się nim babcia. Mieszkali wtedy w domu w gdyńskiej dzielnicy Wiczlino, ale wydawało się, że jest to wieś. Prawdę mówiąc chyba więcej pamiętam dziadka z opowiadań różnych ludzi, niż z "własnego doświadczenia". - Szymon Irzabek (wnuk Sergiusza Waszkiewicza).

***

Są ludzie, których pamięta się od "zawsze" i na zawsze.... Taką osobą dla mnie jest postać br. Sergiusza Waszkiewicza. Jego osoba związana jest z naszą rodziną przez kilkadziesiąt lat (blisko 50). Ja osobiście pamiętam Go, gdy mieszkał wraz z rodziną na ul. Trawki (boczna od ul. Słowackiego) – odwiedzaliśmy ich i zbór na ul. Traugutta. To były lata 50-te ub. wieku!!! Jak ten czas szybko leci... Brat Waszkiewicz chrzcił nas, udzielał ślubów, odwiedzał, nauczał Słowa, pocieszał, płakał razem z nami i cieszył się razem z nami... Przypominam sobie, jak bardzo smakowały mu placki ziemniaczane podane z kwaśną śmietaną usmażone przez moją mamę, kiedy byłem małym chłopcem. Był bardzo częstym gościem w naszym domu, a ja bardzo lubiłem słuchać jego opowieści z dawnych lat. Wpadał z br. Kudzinem na chwilę, a wychodzili po paru godzinach. Wielkim przeżyciem dla mnie było słuchanie tego, o czym mówił. A miał niesamowity dar przekazywania tego, co mówił w sposób prosty i zrozumiały dla słuchacza. Wiele z tych historii pamiętam do dzisiejszego dnia. Myślę, że wielu z nas pamięta Go jako człowieka z wielkim poczuciem humoru. Sypał przykładami z życia wziętymi przede wszystkim. Kiedyś zapisywałem jego powiedzonka i stwierdzenia. Przykład: CHRZEŚCIJANIN POWINIEN MIEĆ GORĄCE SERCE, ALE ZIMNĄ GŁOWĘ. NIE MOŻNA Z DRABINĄ W POPRZEK PRZEJŚĆ PRZEZ LAS. LEPIEJ JEST PROSTO IŚĆ, NIŻ WYSOKO SKAKAĆ.

Praktyka i czas pokazały, że miał rację w stu procentach. Najbardziej popularny i myślę, że znany w całej Polsce był w Jego wydaniu wąż (szatan). Był on określany jako "ŹMIEJ". Do dziś uśmiecham się, gdy wspominamy te zabawne powiedzonka i historie. Potrafił też, jeśli Go coś szczególnie "zeźliło" załatwić sprawę od ręki na poczekaniu. Oto przykład: Pewnej siostrze która podczas kazania oglądała się za siebie mocno wychylając się z ławki w celu zaspokojenia ciekawości, kto wchodzi do kaplicy, oświadczył kiedyś prosto z kazalnicy: SIOSTRO (tu wymienił jej nazwisko) WSZEDŁ BRAT... (podał jego nazwisko). Po tym fakcie przestała wychylać się z ławki. Nigdy nie zapomnę wizyt w Jego domu – wielkiego pieca, ogromnego biurka za wielkimi drzwiami i wielkiej biblioteki. Już wtedy marzyłem o książkach, wyobrażałem sobie ile ciekawych i niesamowitych historii zawierają. W tym miejscu należy wspomnieć o gościnności tego domu – WIELKIEJ ! Gospodarz miał zawsze czas dla gościa. Jeszce jedna sprawa – Jego przyjaciele, to samo pokolenie – bracia: Maksymowicz, Rapanowicz, Ciszuk sen., Poysti, Huk, Kapitaniak – można było ich słuchać dzień i noc. A kto pamięta wspaniały duet (śpiewający) szczególnie na Ścianie Wschodniej naszego kraju Waszkiewicz – chyba baryton i Maksymowicz na pewno bas...??? Może są gdzieś nagrania archiwalne?

Na zakończenie sprawa najważniejsza dla mnie – jego wierność Słowu. To zawsze było na pierwszym miejscu. Wszystko inne przeminęło... i ludzie, i ich nauki, trendy, ruchy, zachwyty i inne rzeczy. Podziwiałem Go za to, ceniłem i kochałem. Myślę, że kiedyś się spotkamy drogi Bracie… - Andrzej Gigiel (Wieloletni członek Rady Zboru w Gdańsku).

Trzydzieści lat po śmierci, pastor Sergiusz Waszkiewicz wciąż pozostaje żywy w mojej wdzięcznej pamięci. Pisząc te słowa patrzę na podarowaną mi przez niego, stojącą centralnie na półce mojej biblioteczki, dwutomową Podręczną Encyklopedię Biblijną, wydaną w1959 roku przez Księgarnię św. Wojciecha. Patrzę i dziękuję Bogu, że we wczesnym okresie mojej wiary i służby ktoś taki otoczył mnie duchową opieką i był dla mnie wzorem. Czuję się wyróżniony, że dane mi było uczyć się Chrystusa od człowieka tak zwyczajnego i dostępnego, a zarazem tak nietuzinkowego, jak śp. prezbiter Sergiusz Waszkiewicz.

Cześć Jego Pamięci!

15 czerwca, 2026

Na przykładzie Dawida i Natana

Różne miewamy fazy w życiu, w wierze i w duchowym rozwoju. Biblia mówi, że jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas zbiorów. Jest czas ranienia i czas leczenia; jest czas burzenia i czas budowy. Jest czas płaczu i czas uśmiechu… (Kzn 3,2-8). Przechodząc przez kolejne etapy, stajemy się dojrzalsi, mądrzejsi i bardziej użyteczni dla Boga. O Mojżeszu mówi się, że przez pierwsze czterdzieści lat jego życia stawał się wielki w tym świecie. W następnych czterdziestu latach dowiadywał się, jak wiele trzeba stracić w świecie, aby zyskać w oczach Bożych. Ostatnie czterdzieści lat Mojżesza, to faza, w której widzimy, jak wiele może osiągnąć człowiek, który stał się nikim w oczach świata, aby być narzędziem w rękach Bożych. W tym rozważaniu zapraszam do przyjrzenia się dwóm fazom w myśleniu i działaniu króla Dawida oraz dwóm fazom w posłudze proroka Natana. 

Oczywiste, że w życiu Dawida można wyodrębnić znacznie więcej różnych etapów, lecz tutaj ograniczymy się do dwóch. Gdy Dawid zamieszkał w pałacu, powiedział do proroka Natana: Oto ja mieszkam w cedrowym pałacu, a skrzynia Przymierza z PANEM — pod zasłonami! Natan odpowiedział: Czyń zatem wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ Bóg jest z tobą. Ale jeszcze tej samej nocy Bóg skierował do Natana Słowo tej treści: Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie (1Krn 17,1-4).

Po latach niedoli i tułaczki w życiu Dawida, nadszedł dla niego złoty wiek panowania. Przeszedł w fazę królewskich możliwości i wielkich planów. Dawid nabrał pewności, że to PAN ustanowił go królem nad Izraelem i że ze względu na swój lud przydał znaczenia jego królewskiej władzy (1Krn 14,2), sława Dawida rozeszła się po wszystkich krajach, a PAN rzucił strach przed nim na wszystkie narody (1Kn 14,17). Gdy król zamieszkał w pałacu, a PAN dał mu wytchnienie od wszystkich jego okolicznych wrogów, Dawid oznajmił prorokowi Natanowi: Spójrz, proszę, ja mieszkam w cedrowym pałacu, a skrzynia Boża — za kotarą namiotu! (2Sm 7,1-2).

Proroka Natana żyjącego pod berłem tak wspaniałego i zwycięskiego króla, najwyraźniej także na tyle opanowała atmosfera pomyślności, że znalazł się w fazie entuzjastycznego poparcia dla wszelkich pomysłów Dawida. Natan na to: Czyń, królu, wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ PAN jest z tobą (2Sm 7,3). Wszystko wydawało się oczywiste. Bóg pobłogosławił Dawida, więc Natan bez głębszego namysłu i dociekania, jak naprawdę się rzeczy mają, czym prędzej w imię Boże zapewnił króla, że może realizować swój zamiar. Prorok Boży poniekąd znalazł się na usługach króla. Zaczął służyć bardziej w duchu „teologii sukcesu”, aniżeli w Duchu Bożym. Ale jeszcze tej samej nocy PAN skierował do Natana Słowo tej treści: Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Czy ty miałbyś zbudować Mi dom na mieszkanie? (2Sm 7,4-5). Bóg nie pozwolił Natanowi spać spokojnie. Trzeba było czym prędzej wycofać się z pochopnego poparcia. Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie (1Krn 17,4). Zadanie budowy świątyni było wyznaczone dla kogoś innego. A gdy dopełnią się twoje dni i będziesz miał połączyć się z twoimi ojcami, wzbudzę ci potomka, który będzie jednym z twoich synów - i utrwalę jego panowanie. On zbuduje Mi dom, a Ja na wieki utrwalę jego tron (1Kn 17,11-12).

I tak oto prorok Natan przeszedł w fazę wiernego przekazywania woli Bożej. To rozstrzygnięcie Pańskie z pewnością nie było miłe dla uszu Dawida. Miał przecież tak wspaniały plan! Był władcą.  Miał możliwości i pełne poparcie, nawet ze strony innych władców. Mógłby uprzeć się przy swoim i dalej realizować swój pobożny zamysł. Jednakże król Dawid przeszedł w fazę pokornego uznania tego, że chociaż jest królem, to jednak nie wszystko może. Następnie Dawid wezwał swojego syna Salomona i nakazał mu zbudować świątynię PANU, Bogu Izraela. Synu — powiedział — to ja miałem na sercu zbudowanie tej świątyni dla imienia PANA, mojego Boga. Jednak PAN skierował do mnie Słowo tej treści: Ty przelałeś wiele krwi i prowadziłeś wielkie wojny. Nie możesz zbudować świątyni dla mojego imienia. Tak, wiele krwi wylałeś przede Mną na ziemię. Ale urodzi ci się syn, który będzie człowiekiem spokojnym. Pozwolę mu wytchnąć od wszystkich okolicznych wrogów. Bo jak na imię będzie miał Salomon, tak też za jego dni obdarzę Izrael trwałym pokojem. On zbuduje świątynię dla mojego imienia (1Krn 22,6-10).

Wyżej wyodrębnione dwie fazy w postawie Dawida i w służbie prorockiej Natana, dobrze ilustrują nasze myślenie i postępowanie na różnych etapach naszej drogi wiary. Mogą też pomóc nam zrozumieć, dlaczego nawet najlepsze nasze pomysły czasem wymagają korekty, a nawet zmiany. Chciejmy się z nich uczyć, bo cokolwiek zaś wcześniej napisano, ma służyć naszemu pouczeniu, abyśmy dzięki wytrwałości i pociesze, których źródłem są Pisma, trwali przy nadziei (Rz 15,4).

Gdy po latach niewiary i życia bez Boga dane nam jest poznać Jezusa Chrystusa, dostąpić odpuszczenia grzechów i pojednania z Bogiem – roztacza się przed nami „morze możliwości”. Każdy chrześcijanin szybko przechodzi wtedy w fazę myślenia o nieograniczonych możliwościach. Spory udział mają w tym rozmaici ewangeliści i nauczyciele, którzy „nakręcają” w nas taki sposób myślenia. Owszem, nie bez racji uświadamiają nowo nawróconym, że oto stali się dziećmi Bożymi i że w Chrystusie są beneficjentami wszystkich obietnic Bożych. Jest dzisiaj wielu takich proroków, którzy, jak Natan Dawidowi, tak i oni świeżo upieczonym chrześcijanom pochopnie przyklaskują i udzielają błogosławieństwa, nie dociekając, jaka naprawdę jest dla nich wola Boża.

Wszakże rozentuzjazmowany chrześcijanin, pełen nowych pomysłów i gotowy do wielkich czynów na chwałę Bogu, będąc w fazie nastawienia na duchowe sukcesy, dość często potrzebuje niezwłocznej korekty. Potrzebuje sługi Słowa Bożego, który po nieprzespanej nocy zmagania się z niepopularnym przesłaniem, ogłosi mu i objaśni rozstrzygnięcia Pańskie, obowiązujące w Kościele. Czasem będą to słowa wzywające – jak w przypadku Dawida - do zaniechania powziętych planów. Dzięki temu chrześcijanin ma szansę znaleźć się w fazie zrozumienia, że może też czegoś nie móc. Nie dlatego, że brakuje mu wiary, albo że jest gorszy od innych, ale dlatego, że taka jest wola Boża. Uznać swoje miejsce w szeregu i zgodzić się z wolą Bożą, to jest wcale nie mniej ważny, ani nie mniej błogosławiony stan umysłu i serca! 

Nie każdy potrafi zgodzić się z tym, że z różnych powodów coś nie jest mu dane. Nie każda gorliwa, pragnąca służyć Bogu kobieta, chce uznać apostolskie rozstrzygnięcie: Nie pozwalam natomiast kobiecie ani nauczać, ani przewodzić mężowi; niech żyje w cichości. Przecież pierwszy został stworzony Adam, a potem Ewa. I nie Adam został zwiedziony, ale kobieta dała się zwieść i popełniła przestępstwo (1Tm 2,12-14). Nie każdy mężczyzna okazuje zrozumienie, że z racji wcześniejszych błędów i rys na życiorysie, niektóre rodzaje posługi w zborze nie są już dla niego. Nie każdy pastor gotów jest pogodzić się z myślą, że nie powinien forsować swoich planów, albo że inni zrobią coś lepiej od niego.

Przejście z fazy: - Czyń zatem wszystko, co ci leży na sercu, w fazę: - Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie, nie jest łatwym procesem. Gdy jednak znajdziemy się na takim etapie, to mamy dobrą okazję do sprawdzenia się, czy naprawdę trwamy w wierze i w posłuszeństwie Słowu Bożemu. Nasze zachowanie w takich chwilach jest też możliwością udzielenia wsparcia innym i przyczynienia się do ich rozwoju. Jeżeli bowiem zobaczą, że w czasie niepomyślności potrafimy zachować się tak, jak Dawid, to zaświecimy im dobrym przykładem i przygotujemy ich na sytuacje, gdy i oni któregoś dnia usłyszą, że coś nie jest dla nich.

Ostatecznie chodzi o to, abyśmy, za przykładem jednego z apostołów Jezusa Chrystusa, znaleźli się w fazie, że możemy i jedno, i drugie. Nauczyłem się cieszyć tym, co jest. Wiem, co to skromność, znany mi dostatek. Radzę sobie wszędzie, w każdej sytuacji. Poznałem sytość, nieobcy mi głód; wiem, jak mieć dużo, i umiem żyć w biedzie. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie (Flp 4,11-13). Zbyt wielu chrześcijan na końcowych słowach tego cytatu buduje wiarę w swój sukces, nie biorąc pod uwagę tego, że wskazują one także na możliwość porażki. Dobrze jest słyszeć, że możemy realizować swoje pomysły i marzenia, bo Bóg jest z nami! Dla równowagi wszakże czasem trzeba usłyszeć, że czegoś nie możemy, że coś nie jest dla nas. Wówczas także należy przyjąć to z godnością i z pełnym zaufaniem do Boga.

A teraz parę słów nauki wynikającej z zachowania Natana. Lubimy być w sytuacji przekazywania wyłącznie pozytywnych treści. Łatwo jest stać się - jak w pierwszej fazie Natan - prorokiem chętnie słuchanym. Tak zresztą Biblia charakteryzuje nasze czasy. Gdyż przyjdzie czas, że przestaną tolerować zdrową naukę, a skłonni do słuchania tego, co odpowiada ich upodobaniom, otoczą się nauczycielami przyklaskującymi ich własnym żądzom. Czyniąc to, odwrócą się od słuchania prawdy i zwrócą ku baśniom (2Tm 4,3-4). W niektórych sytuacjach Pismo Święte wręcz obnaża niski poziom duchowy zarówno takich proroków, jak też ich słuchaczy. Tak mówi PAN Zastępów: Nie słuchajcie słów tych proroków, którzy wam prorokują! Oni wam głoszą widzenia własnego serca — nie to, co pochodzi z ust PANA! Wciąż powtarzają ludziom gardzącym Słowem PANA: Pokój mieć będziecie! A tym wszystkim, którzy żyją w uporze swego serca, powtarzają: Nie spadnie na was żadne nieszczęście! (Jr 23,16-17).

Na szczęście niejednego „Natana” Bóg nawraca do przekazywania Słowa Bożego, a nie własnych myśli. Przecież ani dla świata, ani dla innych chrześcijan, nie mamy jedynie przesłania o wydźwięku: Czyń wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ Bóg jest z tobą! Ponieważ wszyscy potykamy się w wielu sprawach (Jk 3,2), potrzebujemy korekty, napomnienia i opamiętania. Obyśmy wszyscy znaleźli się w fazie wiernego mówienia prawdy. Głoś Słowo! Bądź gotowy w porę i nie w porę, aby poprawić, upomnieć, zachęcić — z całą cierpliwością, umiejętnie. […] Ty jednak zachowaj trzeźwość we wszystkim, znoś niedole, wykonuj pracę ewangelisty, rzetelnie pełnij swoją służbę (2Tm 4,2 i 4). Bóg potrzebuje odważnych i bezkompromisowych mężczyzn i kobiet, do utrzymywania biblijnego poziomu etyki i moralności w Kościele. Dobrze i miło jest głosić pozytywne treści, pełne zachęty! Liczmy się jednak i z tym, że niejeden raz Bóg pośle nas do kogoś z przesłaniem: „To nie dla ciebie”! 

Jesteśmy w różnych fazach naszego rozwoju duchowego i służby. Bywamy na fali, że wszystko nam się należy, a czasem boleśnie się przekonujemy, że jednak nie, i lądujemy „na czterech łapach”. Bywamy lubiani, bo przynosimy ludziom miłe dla nich, zgodne z ich oczekiwaniem, słowa, a czasem trzeba im przekazać jakąś gorzką prawdę. Bądźmy pewni, że w każdej fazie Pan Jezus jest z nami! Miejmy w pamięci Jezusa Chrystusa i Jego los na ziemi. Miejmy na uwadze los Jego apostołów, którzy w różnych fazach swej posługi, przetrwali wiele prześladowań i okazali się wiernymi sługami Bożymi. Trwając w Chrystusie jesteśmy niezatapialni! Różne fazy i zmiany w naszym życiu prowadzą nas w kierunku większej dojrzałości w wierze. Doskonalą nas w służbie. Dzięki nim możemy pełniej oddawać chwały Bogu.

Dawid usłyszawszy, że dzieło, na jakie się mocno nastawił, nie jest zadaniem dla niego – nie obraził się, nie popadł w apatię. Natan z dnia na dzień mocno skorygowany - zyskał zdolność głoszenia także bolesnej prawdy! My też bądźmy otwarci i pewni tego, że Bóg we wszystkim współdziała ku naszemu dobru!

09 czerwca, 2026

Odwrotny kierunek postępu

Z upływem lat coraz bardziej doceniam niezmienność i ponadczasowość Ewangelii. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki (Hbr 13,8). Mijają pokolenia, zmieniają się poglądy, pojawiają się nowe trendy społeczne, a tracą znaczenie wartości, za które dawniej ludzie oddawali życie. W imię postępu i rozwoju depcze się niejedną świętość minionych pokoleń. Niebo i ziemią przeminą, ale słowa moje nie przeminą (Mt 24,35) - powiedział Chrystus Pan. Nic dziwnego, że w tym świecie to co stare wciąż jest wypierane przez tzw. nowości i obserwujemy tak wiele zmian, gdyż wszelkie ciało jest jak trawa, a wszelka chwała jego jak kwiat trawy. Uschła trawa, i kwiat opadł, ale Słowo Pana trwa na wieki. A jest to Słowo, które wam zostało zwiastowane [1Pt 1,24-25].

Jakże lekko ci przychodzi zmieniać swoją drogę! (Jr 2,36) - zarzucił Bóg Izraelowi. W dziejach ludu Bożego z czasów Starego Przymierza wyraźnie widać, do czego doprowadziło postępowe myślenie Izraelitów. Bóg ich wybrał. Objawił się im i ogłosił wśród nich swoje Prawo. Mieli ściśle postępować według przykazań Bożych, trwać w posłuszeństwie Słowu Bożemu, a Bóg obiecał Izraelitom piękne i błogosławione życie w podarowanej im Ziemi Obiecanej. Wśród ludu Bożego pojawiły się jednak idee postępowe. Chcieli, na przykład, jak inne narody, mieć swojego króla. Przyjęli zasadę akceptacji i tolerancji wobec otaczającej ich bezbożności. Wbrew wyraźnym ostrzeżeniom, uznali za stosowne, by otworzyć się na kulturę okolicznych społeczeństw. Nie minęło wiele czasu, jak zaczęli kłaniać się obcym bóstwom, a Ziemia Święta zapełniła się miejscami pogańskiego kultu. Taki był społeczny i duchowy rezultat ich postępowych postaw.

Duch Chrystusowy prowadzi w zupełnie przeciwnym kierunku. Ludzi tkwiących w bałwochwalstwie wzywa do nawrócenia się od bałwanów do Boga, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu i oczekiwać Syna jego z niebios (1Ts 1,9). Ludziom zajętym naprawianiem świata Duch Święty zaleca skupienie się na sprawach Królestwa Bożego, tak jak żaden żołnierz nie daje się wplątać w sprawy doczesnego życia, aby się podobać temu, który go do wojska powołał (2Tm 2,4), nawet za cenę odrzucenia i prześladowania. Osobom myślącym, że osiągną duchową jedność z ludźmi pozostającymi w  niezgodzie z prawdziwą pobożnością, jednoznacznie nakazuje zaprzestanie ekumenicznych umizgów. Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością? Albo jaka zgoda między Chrystusem a Belialem, albo co za dział ma wierzący z niewierzącym? Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? Myśmy bowiem świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, i będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim. Dlatego wyjdźcie spośród nich i odłączcie się, mówi Pan, i nieczystego się nie dotykajcie; a Ja przyjmę was i będę wam Ojcem, a wy będziecie mi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący (2Ko 6,14-18). Chrześcijan przyjaźniących się z bezbożnym światem ostrzega: Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga (Jk 4,4).

Kiedyś moje myśli ewoluowały w stronę otwierania się na to, co w tym świecie aktualnie jest na topie. Myślałem, że jako duszpasterz i osoba odpowiedzialna za organizację życia lokalnej wspólnoty Kościoła, powinienem zadbać o to, aby zbór miał opinię społeczności wsłuchującej się w ludzkie oczekiwania. Chciałem być nowoczesny. Z upływem lat stało mi się jasne, że wielkim ewenementem i prawdziwą wartością Kościoła w tym świecie jest jego niezmienność i odmienność! W myśl nauki apostolskiej postanowiłem wręcz o niczym nie wiedzieć pośród was, jak tylko o Jezusie Chrystusie — i to tym ukrzyżowanym (1Ko 2,2). Kościół nie został powołany po to, by dostarczać ludziom rozrywki, próbując w tym dorównywać świeckim przybytkom kultury. Lokalny zbór Kościoła nie został zaprojektowany jako klub towarzyski. Ludzie potrzebują udziału w zgromadzeniach Kościoła, by zetknąć się z tym, co święte, a nie z tym, co pospolite! Topowej muzyki, rozmaitych uciech i rozkoszy podniebienia mają pod dostatkiem przy każdym rogu ulicy. Ludzka dusza potrzebuje Boga! Ma poznać drogę zbawienia, ukorzyć się przed Bogiem, nauczyć się bojaźni Bożej, oddać chwałę Bogu i usłyszeć, co Duch mówi do zborów (Obj 2,7). W tym kierunku biegną moje myśli. Tak dzisiaj rozumiem postęp. Na to się nastawiam, gdy myślę o funkcji niedzielnego nabożeństwa Zboru.

Z upływem lat coraz bardziej doceniam niezmienność i ponadczasowość Ewangelii. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki (Hbr 13,8).

02 czerwca, 2026

Kosztowny wybryk młodości

Podczas dzisiejszego czytania Pisma Świętego naszła mnie myśl, jak łatwo można bezpowrotnie stracić pozycję i błogosławieństwo, o które nawet nie musieliśmy zabiegać, bo zostały przypisane nam już z samego faktu urodzenia. Z synami Rubena rzecz ma się następująco. Był on pierworodnym Izraela, jednak zbezcześcił łoże swego ojca. Dlatego jego prawa pierworodztwa nie zostały wpisane do rodowodu. Zostały one przekazane synom Józefa, który był synem Izraela (1Krn 5,1).

Powyższa informacja o zmianie w rodowodzie synów patriarchy Jakuba odwołuje się do pewnego incydentu w jego rodzinie. Gdy Izrael mieszkał w tej ziemi, między Rubenem a Bilhą, nałożnicą jego ojca, doszło do zbliżenia — i Izrael dowiedział się o tym (1Mo 35,22). Sprawa przeszła jakby bez echa i najstarszy syn Jakuba mógł sobie myśleć, że nic takiego złego się nie stało. - Ot, zwykły wybryk młodości. O ciężarze gatunkowym swego czynu przekonał się dopiero w chwili, gdy sędziwy ojciec udzielał swoim synom końcowego błogosławieństwa. Rubenie, jesteś mym pierworodnym, moją siłą i pierwociną męskości, szczytem uniesienia i mocy. Lecz utracisz pierwszeństwo, ty, wzburzony jak woda, bo wszedłeś na łoże swego ojca! Splamiłeś je! Wszedłeś na me posłanie! (1Mo 49,3-4).

Dzięki temu, że uwierzyliśmy w Jezusa Chrystusa, zostaliśmy usprawiedliwieni, pojednani z Bogiem i nazwani dziećmi Bożymi. W żaden sposób nie musieliśmy sobie na to zapracowywać. Z łaski zostało nam przypisane całe błogosławieństwo Syna Bożego. Jego Boska moc obdarzyła nas wszystkim, co jest potrzebne do życia i pobożności. Otrzymujemy to dzięki poznaniu Tego, który nas powołał w swojej własnej chwale i wspaniałości. Dzięki nim darowane nam zostały drogocenne, największe obietnice, abyście przez nie stali się uczestnikami Boskiej natury, jako ci, którzy nie ulegli zepsuciu, do którego na tym świecie doprowadzają żądze (2Pt 1,3-4). Nic, tylko żyć, korzystać z danych nam praw i się cieszyć!

Biorąc wszakże pod uwagę przypadek Rubena, w ślad za natchnionym apostołem Pawłem powtarzam: czyńcie użytek ze swego zbawienia, w poczuciu czci i odpowiedzialności wobec Pana. Bóg to bowiem jest sprawcą waszych pragnień i działań płynących z dobrej woli (Flp 2,12-13). To, że samowola i lekceważenie przykazań Pańskich póki co uchodzi nam na sucho, nie oznacza, że Bóg przymyka na to oko. Co do fundamentu, nikt nie może położyć innego, poza tym, który już jest, a którym jest Jezus Chrystus. Natomiast, czy ktoś na tym fundamencie buduje ze złota, srebra, drogich kamieni, z drewna, siana czy słomy, to się okaże w tym Dniu. Każde dzieło przejdzie próbę ognia i w ten sposób wyjdzie na jaw jego wartość. Jeśli czyjeś dzieło, wzniesione na tym fundamencie, przetrwa, ten otrzyma nagrodę. Jeśli czyjeś dzieło spłonie, ten poniesie stratę, choć sam będzie zbawiony, tak jednak, jakby został ocalony z ognia (1Ko 3,11-15). Owszem, Ruben nie został zabity z powodu swego czynu. Jednak konsekwencje jego wybryku zaciążyły na całej przyszłości samego Rubena, jak i wszystkich jego potomków.

Myślę sobie, jakże wielu dzisiejszych chrześcijan łamie biblijne zasady życia i służby Bożej, nic sobie z tego nie robiąc. Oby w Dniu Pańskim nie usłyszeli czegoś podobnego, co usłyszał Ruben, a wcześniej także Ezaw.

21 maja, 2026

Dobro wymieszane ze złem

W przeddzień Święta Zesłania Ducha Świętego natrafiłem na biblijną opowieść o tym, jak Duch Boży odstąpił od króla Saula i spoczął na młodym Dawidzie. Oczywiście nie nastąpiło to, ot tak, bez żadnego powodu. Przyczyną Saulowej utraty obecności Ducha Bożego było jego nieposłuszeństwo Bogu i brak opamiętania. Wtedy na Dawidzie spoczął Duch PANA, od tego dnia i na dalsze […]. Kiedy Duch PANA odstąpił od Saula, zaczął go trapić, za sprawą PANA, duch zły (1Sm 16,13-14).

Myślę, że warto bliżej przyjrzeć się zachowaniu tych obydwu mężczyzn w kontekście obecności i działania Ducha Świętego w życiu dzisiejszych chrześcijan. Dawid, gdy zdarzyło mu się zgrzeszyć, bardzo tego żałował, a usilnie prosząc Boga o przebaczenie, wołał: Zasłoń swoje oblicze przed moimi grzechami i wymaż wszystkie me winy. Czyste serce stwórz we mnie, o Boże, prawość ducha odnów w moim wnętrzu. Nie wypędzaj mnie sprzed Twego oblicza i nie odbieraj mi swego Ducha Świętego (Ps 51,9-11). Niestety, o Saulu czegoś takiego przeczytać nie można. Szedł w zaparte. Nawet gdy przyznał się do błędu, szybko powracał do złego. Owszem, miał on wspaniałe początki. Wówczas zstąpi na ciebie Duch PANA i będziesz prorokował wraz z nimi - i przemienisz się w innego człowieka. A gdy te znaki spełnią się na tobie, poczynaj sobie dzielnie, ponieważ Bóg jest z tobą! (1Sm 10,6-7). Potem dobro mocno w nim pomieszało się ze złem. Bóg złemu duchowi przyzwolił na dostęp do Saula. 

Po tym, jak Duch PANA odstąpił od Saula, jeszcze przez wiele lat pozostawał on królem Izraela. Stał się jednak człowiekiem wewnętrznie bardzo niespójnym. Był zazdrosny, podejrzliwy, ulegał gwałtownym zmianom nastroju i na różne sposoby próbował zaszkodzić Dawidowi, a nawet go zabić. W tak złym stanie duchowym stał na czele narodu i - o dziwo - zdarzało się, że w tym czasie nawet prorokował. Wprawdzie w niektórych przekładach Pisma Świętego czytamy, że Saul szalał, lecz Biblia Gdańska mówi o prorokowaniu Saula. Najnowszy przekład dosłowny również. Już następnego dnia spoczął na Saulu duch Boży zły, tak że prorokował u siebie w domu. Dawid - jak zawsze - grał tego dnia [na strunach] swoją ręką, a Saul miał w ręku włócznię. Wtem Saul rzucił włócznią i powiedział: Przygwożdżę Dawida do ściany! Lecz Dawid - dwukrotnie - przed nim uskoczył. I Saul zaczął bać się Dawida, ponieważ JHWH był z nim, a od Saula odstąpił (1Sm 18,10-12). Prorokował także idąc z zamiarem zabicia Dawida. Saul ruszył więc do siedziby proroków w Ramie, ale również na niego zstąpił Duch Boży. Szedł i prorokował, aż dotarł na miejsce (1Sm 19,23).

Czy również chrześcijanin, podobnie jak Saul, może do tego stopnia popaść w duchowe zamieszanie, że będzie mówił i robił rzeczy przeciwne sobie? Czy może nadal prorokować, pomimo tego, że Duch Święty od niego odstąpił? Czy może zazdrościć, szkodzić, knuć intrygi, a w międzyczasie - jakby nigdy nic - zachowywać się jak człowiek duchowy? Dawid by tak nie potrafił. Za każdym razem, gdy zgrzeszył, żałował tego i szybko jednał się z Bogiem. Dlatego - jak mówi Biblia Gdańska - został Duch Pański nad Dawidem od onegoż dnia, i na potem. Saul szybko utracił społeczność z Duchem Bożym. Całymi latami żył w duchowym rozdwojeniu i bardzo źle skończył.

Święto Zesłania Ducha Świętego - to dobry czas na osobiste przemyślenia tej kwestii.

13 maja, 2026

Nowy etap

Przypadający na 21 kwietnia 2026 roku Jubileusz 30-lecia Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE to dla mnie mentalny początek nowego etapu w życiu i w służbie. Jestem wdzięczny Bogu za okazaną mi łaskę, że pomimo wielu popełnionych przeze mnie błędów, przez całe trzy dekady pozwalał mi służyć naszej wspólnocie kościelnej i organizować jej działalność. Jako zbór miewaliśmy trudniejsze chwile, zwłaszcza gdy zgromadzaliśmy się we Wrzeszczu i w Oliwie, wszakże Chrystus Pan, jako Głowa Kościoła, na tyle zachował nas w jedności, że pod każdym względem mogliśmy nieprzerwanie kontynuować naszą służbę. W ciągu minionych trzydziestu lat, również w czasach tzw. pandemii, w każdą niedzielę w naszej siedzibie odbywało się nabożeństwo ku chwale i czci naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Zorganizowaliśmy całkiem sporo rozmaitych konferencji, koncertów i spotkań. Mieliśmy trzydzieści osiem uroczystości chrztu wiary, podczas których łącznie ochrzciliśmy sto siedemdziesiąt siedem osób. Nieprzerwanie prowadziliśmy też pracę z dziećmi i młodzieżą. Wszystko dzięki temu, że wspierał nas Duch Święty, za co bardzo dziękuję Bogu.

Myśląc o minionych trzydziestu latach istnienia Zboru, coraz wyraźniej też widzę, że tajemnicą naszego wiernego trwania w nauce apostolskiej, we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach [Dz 2,42], byli otaczający mnie ludzie. Owszem, zdarzały się nam osoby zawodne i chimeryczne, lecz znakomita większość z grona członkowskiego Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE, to chrześcijanie miłujący Boga i Zbór, zarówno w dniach dobrych, jak i w złych. Ich stałość w wierze, wytrwałość w służbie, pracowitość, ofiarność finansowa, cierpliwe znoszenie przeciwności, gotowość do przebaczania i okazywania wzajemnej pomocy, te i inne jeszcze ich cechy, skutecznie stabilizowały działalność naszego Zboru. Bardzo jestem wdzięczny Bogu za moich towarzyszy w wierze i w służbie. Nigdy tego nie zapomnę, jak pod koniec drugiej dekady istnienia Zboru, gdy przechodziłem najtrudniejsze chwile, Bóg w szczególny sposób posłużył się wieloma z nich, zwłaszcza moją żoną i synem, dzięki którym przetrwałem tamte burzliwe miesiące. Takich osób w naszym gronie jest coraz więcej. Mógłbym - podobnie jak apostoł Paweł w końcówce Listu do Rzymian - długo ich wymieniać. 

Niezmiernie jestem też wdzięczny Bogu za miejsce, w którym na stałe już ulokował nasz Zbór. Przez niespełna dwie pierwsze dekady istnienia Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE borykaliśmy się z problemami lokalowymi. Najpierw zbyt mały lokal na Zaspie. Potem zbyt duży, trudny do ogrzania i mało funkcjonalny obiekt we Wrzeszczu. Następnie znowu za małe i trudno dostępne miejsce w Oliwie. Aż Bóg w swojej łasce wskazał nam zespół dworsko-parkowy na Olszynce i - wprawdzie nie bez trudności - wprowadził nas do tej "ziemi obiecanej" dla naszego Zboru. Hektarowa działka. Dwa funkcjonujące już budynki. Przestronny parking. Możliwość odbudowania w celach socjalnych budynku trzeciego, który pozwoli nam lepiej zatroszczyć się o seniorów i znacznie poszerzy zborową ofertę noclegową. Wszystko to jest dziś własnością Zboru. Nie było nam dane korzystać ani z pomocy finansowej Kościoła, ani ze wsparcia macierzystego zboru, ani też z tzw. środków publicznych. Zaczynaliśmy z niczym, a dzięki ofiarności i pracowitości naszych członków oraz wspaniałomyślności różnych darczyńców spoza Zboru, cieszymy się teraz wspaniałą "miejscówką", zaspokajającą nie tylko bieżące potrzeby nas samych, ale pozwalającą też na dalszy rozwój pracy Pańskiej. Bogu niech będą dzięki.

Wkraczając w wiek emerytalny, przywódcy wielu zborów borykają się z problemem znalezienia w służbie stosownych następców. Mnie Bóg okazał i tę łaskę, że przyglądając się braciom z Rady Starszych Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE mogę spać spokojnie. Niektórzy z nich są tu od dziecka, inni zaś przyłączyli się do naszego Zboru już jako dojrzali chrześcijanie. Wszyscy są sprawdzonymi w służbie, odpowiedzialnymi i spolegliwymi pracownikami Pańskimi. Wśród nich jest też mój syn, absolwent Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i Biblijnego Seminarium Teologicznego. Wiele lat temu zrezygnował z dalszej kariery zawodowej w korporacji na rzecz poświęcenia się pracy Pańskiej w naszym Zborze. Od dekady jest duchownym Kościoła Zielonoświątkowego, a od siedmiu lat pełni tu funkcję pastora pomocniczego. Jestem wdzięczny Bogu, że mam sprawdzonego i odpowiedzialnego następcę, otoczonego gronem wspaniałych współpracowników. Śmiało mogę zejść z pierwszej linii, bo naprawdę jest komu mnie zastąpić. 

 Mam nadzieję, że zarówno Starsi Zboru jak i całe grono członkowskie Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE, zaakceptują mój plan przekazania służby. Zamierzam w najbliższej przyszłości zapoczątkować - określone Prawem Wewnętrznym Kościoła Zielonoświątkowego - procedury, zmierzające do tego, by podczas Jesiennego Zebrania Członkowskiego dokonać zmiany na stanowisku pastora naszego Zboru. Przechodząc na emeryturę pragnę nadal być użytecznym w służbie. W miarę moich możliwości i zapotrzebowania zgłaszanego ze strony przywódców Zboru, chcę być gotowy do posługi Słowem Bożym i do każdej innej pracy na rzecz naszej społeczności. Mówiąc trochę żartobliwie, nasz PAN, już po spełnieniu swojego zasadniczego dzieła, został w pewnej chwili wzięty za ogrodnika, więc i ja uznam to za zaszczyt, gdy dane mi będzie pełnić rolę ogrodnika w naszym przykościelnym ogrodzie. Mam też zamiar odwiedzać inne, zwłaszcza mniejsze, zbory na terenie kraju, by wspierać w nich posługę Słowa Bożego, jeżeli oczywiście ich pastorzy będą mnie do tego zapraszać. 

Tak z grubsza widzę nowy etap mojego życia w naśladowaniu Chrystusa Pana. Wszystkich członków i przyjaciół Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE serdecznie proszę o wsparcie w modlitwie.