15 czerwca, 2026

Na przykładzie Dawida i Natana

Różne miewamy fazy w życiu, w wierze i w duchowym rozwoju. Biblia mówi, że jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas zbiorów. Jest czas ranienia i czas leczenia; jest czas burzenia i czas budowy. Jest czas płaczu i czas uśmiechu… (Kzn 3,2-8). Przechodząc przez kolejne etapy, stajemy się dojrzalsi, mądrzejsi i bardziej użyteczni dla Boga. O Mojżeszu mówi się, że przez pierwsze czterdzieści lat jego życia stawał się wielki w tym świecie. W następnych czterdziestu latach dowiadywał się, jak wiele trzeba stracić w świecie, aby zyskać w oczach Bożych. Ostatnie czterdzieści lat Mojżesza, to faza, w której widzimy, jak wiele może osiągnąć człowiek, który stał się nikim w oczach świata, aby być narzędziem w rękach Bożych. W tym rozważaniu zapraszam do przyjrzenia się dwóm fazom w myśleniu i działaniu króla Dawida oraz dwóm fazom w posłudze proroka Natana. 

Oczywiste, że w życiu Dawida można wyodrębnić znacznie więcej różnych etapów, lecz tutaj ograniczymy się do dwóch. Gdy Dawid zamieszkał w pałacu, powiedział do proroka Natana: Oto ja mieszkam w cedrowym pałacu, a skrzynia Przymierza z PANEM — pod zasłonami! Natan odpowiedział: Czyń zatem wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ Bóg jest z tobą. Ale jeszcze tej samej nocy Bóg skierował do Natana Słowo tej treści: Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie (1Krn 17,1-4).

Po latach niedoli i tułaczki w życiu Dawida, nadszedł dla niego złoty wiek panowania. Przeszedł w fazę królewskich możliwości i wielkich planów. Dawid nabrał pewności, że to PAN ustanowił go królem nad Izraelem i że ze względu na swój lud przydał znaczenia jego królewskiej władzy (1Krn 14,2), sława Dawida rozeszła się po wszystkich krajach, a PAN rzucił strach przed nim na wszystkie narody (1Kn 14,17). Gdy król zamieszkał w pałacu, a PAN dał mu wytchnienie od wszystkich jego okolicznych wrogów, Dawid oznajmił prorokowi Natanowi: Spójrz, proszę, ja mieszkam w cedrowym pałacu, a skrzynia Boża — za kotarą namiotu! (2Sm 7,1-2).

Proroka Natana żyjącego pod berłem tak wspaniałego i zwycięskiego króla, najwyraźniej także na tyle opanowała atmosfera pomyślności, że znalazł się w fazie entuzjastycznego poparcia dla pomysłów Dawida. Natan na to: Czyń, królu, wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ PAN jest z tobą (2Sm 7,3). Wszystko wydawało się oczywiste. Bóg pobłogosławił Dawida, więc Natan bez głębszego namysłu i ustalenia, jak naprawdę się rzeczy mają, czym prędzej w imię Boże zapewnił króla, że może realizować swój zamiar. Innymi słowy, prorok Boży poniekąd znalazł się na usługach króla. Zaczął służyć bardziej w duchu „teologii sukcesu”, aniżeli w Duchu Bożym. Ale jeszcze tej samej nocy PAN skierował do Natana Słowo tej treści: Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Czy ty miałbyś zbudować Mi dom na mieszkanie? (2Sm 7,4-5). Bóg nie pozwolił Natanowi spać spokojnie. Trzeba było czym prędzej wycofać się z pochopnego poparcia. Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie (1Krn 17,4). Zadanie budowy świątyni było wyznaczone dla kogoś innego. A gdy dopełnią się twoje dni i będziesz miał połączyć się z twoimi ojcami, wzbudzę ci potomka, który będzie jednym z twoich synów - i utrwalę jego panowanie. On zbuduje Mi dom, a Ja na wieki utrwalę jego tron (1Kn 17,11-12).

I tak oto prorok Natan przeszedł w fazę wiernego przekazywania woli Bożej. To rozstrzygnięcie Pańskie z pewnością nie było miłe dla uszu Dawida. Miał przecież tak wspaniały plan! Miał możliwości i pełne poparcie, nawet ze strony innych władców. Mógłby uprzeć się przy swoim i dalej realizować swój pobożny zamysł. Jednakże król Dawid przeszedł w fazę pokornego uznania tego, że chociaż jest królem, to jednak nie wszystko może. Następnie Dawid wezwał swojego syna Salomona i nakazał mu zbudować świątynię PANU, Bogu Izraela. Synu — powiedział — to ja miałem na sercu zbudowanie tej świątyni dla imienia PANA, mojego Boga. Jednak PAN skierował do mnie Słowo tej treści: Ty przelałeś wiele krwi i prowadziłeś wielkie wojny. Nie możesz zbudować świątyni dla mojego imienia. Tak, wiele krwi wylałeś przede Mną na ziemię. Ale urodzi ci się syn, który będzie człowiekiem spokojnym. Pozwolę mu wytchnąć od wszystkich okolicznych wrogów. Bo jak na imię będzie miał Salomon, tak też za jego dni obdarzę Izrael trwałym pokojem. On zbuduje świątynię dla mojego imienia (1Krn 22,6-10).

Wyżej wyodrębnione dwie fazy w postawie Dawida i w służbie prorockiej Natana, dobrze ilustrują nasze myślenie i postępowanie na różnych etapach naszej drogi wiary. Mogą też pomóc nam zrozumieć, dlaczego nawet najlepsze nasze pomysły, czasem wymagają korekty, a nawet zmiany. Cokolwiek zaś wcześniej napisano, ma służyć naszemu pouczeniu, abyśmy dzięki wytrwałości i pociesze, których źródłem są Pisma, trwali przy nadziei (Rz 15,4).

Gdy po latach niewiary i życia bez Boga dane nam jest poznać Jezusa Chrystusa, dostąpić odpuszczenia grzechów i pojednania z Bogiem – roztacza się przed nami „morze możliwości”. Każdy chrześcijanin szybko przechodzi wtedy w fazę myślenia o nieograniczonych możliwościach. Spory udział mają w tym rozmaici ewangeliści i nauczyciele, którzy „nakręcają” w nas taki sposób myślenia. Nie bez racji uświadamiają nowo nawróconym, że oto stali się dziećmi Bożymi i że w Chrystusie są beneficjentami wszystkich obietnic Bożych. Jest dzisiaj wielu takich proroków, którzy, jak Natan Dawidowi, tak i oni świeżo upieczonym chrześcijanom, pochopnie przyklaskują i udzielają błogosławieństwa, nie dociekając, jaka naprawdę jest dla nich wola Boża.

Rozentuzjazmowany chrześcijanin, pełen nowych pomysłów i gotowy do wielkich czynów na chwałę Bogu, będąc w fazie nastawienia na duchowe sukcesy, dość często potrzebuje niezwłocznej korekty. Potrzebuje sługi Słowa Bożego, który po nieprzespanej nocy zmagania się z niepopularnym przesłaniem, ogłosi mu i objaśni rozstrzygnięcia Pańskie obowiązujące w Kościele. Czasem będą to słowa wzywające – jak w przypadku Dawida - do zaniechania powziętych planów. Dzięki temu chrześcijanin ma szansę znaleźć się w fazie zrozumienia, że może też czegoś nie móc. Nie dlatego, że brakuje nam wiary albo że jesteśmy gorsi od innych, ale dlatego, że taka jest wola Boża. To jest równie ważny oraz błogosławiony stan umysłu i serca!

Nie każdy potrafi zgodzić się z tym, że z różnych powodów coś nie jest mu dane. Nie każda gorliwa, pragnąca służyć Bogu kobieta, chce uznać apostolskie rozstrzygnięcie: Nie pozwalam natomiast kobiecie ani nauczać, ani przewodzić mężowi; niech żyje w cichości. Przecież pierwszy został stworzony Adam, a potem Ewa. I nie Adam został zwiedziony, ale kobieta dała się zwieść i popełniła przestępstwo (1Tm 2,12-14). Nie każdy mężczyzna okazuje zrozumienie, że z racji wcześniejszych błędów i rys na życiorysie, niektóre rodzaje posługi w zborze nie są dla niego. Nie każdy pastor gotów jest pogodzić się z myślą, że nie powinien realizować swoich planów, albo że inni zrobią coś lepiej od niego.

Przejście z fazy: - Czyń zatem wszystko, co ci leży na sercu, w fazę: - Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie, nie jest łatwym procesem. Gdy jednak znajdziemy się na takim etapie, to mamy dobrą okazję do sprawdzenia się, czy naprawdę trwamy w wierze i posłuszeństwie Słowu Bożemu. Nasze zachowanie w takich chwilach jest możliwością udzielenia wsparcia innym i przyczynienia się do ich rozwoju. Jeżeli bowiem zobaczą, że w chwilach niepomyślności potrafimy zachować się tak, jak Dawid, to zaświecimy im dobrym przykładem i przygotujemy ich na czas, gdy i oni usłyszą, że coś nie jest dla nich.

Ostatecznie chodzi o to, abyśmy, za przykładem apostoła Jezusa Chrystusa, znaleźli się w fazie, że możemy i jedno, i drugie. Nauczyłem się cieszyć tym, co jest. Wiem, co to skromność, znany mi dostatek. Radzę sobie wszędzie, w każdej sytuacji. Poznałem sytość, nieobcy mi głód; wiem, jak mieć dużo, i umiem żyć w biedzie. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie. (Flp 4,11-13). Dobrze jest słyszeć, że możemy realizować swoje pomysły i marzenia, bo Bóg jest z nami! Dla równowagi wszakże czasem trzeba usłyszeć, że czegoś nie możemy, że coś nie jest dla nas. Wówczas także należy przyjąć to z godnością i z pełnym zaufaniem do Boga.

A teraz parę słów nauki wynikającej z zachowania Natana. Lubimy być w fazie przekazywania wyłącznie pozytywnych treści. Łatwo jest stać się - jak w pierwszej fazie Natan - prorokiem chętnie słuchanym. Tak zresztą Biblia charakteryzuje nasze czasy. Gdyż przyjdzie czas, że przestaną tolerować zdrową naukę, a skłonni do słuchania tego, co odpowiada ich upodobaniom, otoczą się nauczycielami przyklaskującymi ich własnym żądzom. Czyniąc to, odwrócą się od słuchania prawdy i zwrócą ku baśniom (2Tm 4,3-4). W niektórych sytuacjach Pismo Święte wręcz obnaża niski poziom duchowy zarówno takich proroków, jak też ich słuchaczy. Tak mówi PAN Zastępów: Nie słuchajcie słów tych proroków, którzy wam prorokują! Oni wam głoszą widzenia własnego serca — nie to, co pochodzi z ust PANA! Wciąż powtarzają ludziom gardzącym Słowem PANA: Pokój mieć będziecie! A tym wszystkim, którzy żyją w uporze swego serca, powtarzają: Nie spadnie na was żadne nieszczęście! (Jr 23,16-17).

Na szczęście niejednego „Natana” Bóg nawraca do przekazywania Słowa Bożego, a nie własnych myśli. Przecież ani dla świata, ani dla innych chrześcijan, nie mamy jedynie przesłania o wydźwięku: Czyń wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ Bóg jest z tobą! Ponieważ wszyscy potykamy się w wielu sprawach (Jk 3,2), potrzebujemy korekty, napomnienia i opamiętania. Obyśmy wszyscy znaleźli się w fazie wiernego mówienia prawdy. Głoś Słowo! Bądź gotowy w porę i nie w porę, aby poprawić, upomnieć, zachęcić — z całą cierpliwością, umiejętnie. […] Ty jednak zachowaj trzeźwość we wszystkim, znoś niedole, wykonuj pracę ewangelisty, rzetelnie pełnij swoją służbę (2Tm 4,2 i 4). Bóg potrzebuje odważnych i bezkompromisowych mężczyzn i kobiet, do utrzymywania biblijnego poziomu etyki i moralności w Kościele. Dobrze i miło jest głosić pozytywne treści, pełne zachęty! Liczmy się jednak i z tym, że niejeden raz Bóg pośle nas do kogoś z przesłaniem: „To nie dla ciebie”! 

Jesteśmy w różnych fazach naszego rozwoju duchowego i służby. Bywamy na fali, że wszystko nam się należy, a czasem boleśnie się przekonujemy, że jednak nie, i lądujemy „na czterech łapach”. Bywamy lubiani, bo przynosimy ludziom miłe dla nich, zgodne z ich oczekiwaniem, słowa, a czasem trzeba im przekazać jakąś gorzką prawdę. Bądźmy pewni, że w każdej fazie Pan Jezus jest z nami! Miejmy w pamięci Jezusa Chrystusa i Jego los na ziemi. Miejmy na uwadze los Jego apostołów, którzy w różnych fazach swej posługi, przetrwali wiele prześladowań i okazali się wiernymi sługami Bożymi. Trwając w Chrystusie jesteśmy niezatapialni! Różne fazy i zmiany w naszym życiu prowadzą nas w kierunku większej dojrzałości w wierze. Doskonalą nas w służbie. Dzięki nim możemy pełniej oddawać chwały Bogu.

Dawid usłyszawszy, że dzieło, na jakie się mocno nastawił, nie jest zadaniem dla niego – nie obraził się, nie popadł w apatię. Natan z dnia na dzień mocno skorygowany - zyskał zdolność głoszenia także bolesnej prawdy! My też bądźmy otwarci i pewni tego, że Bóg we wszystkim współdziała ku naszemu dobru!

09 czerwca, 2026

Odwrotny kierunek postępu

Z upływem lat coraz bardziej doceniam niezmienność i ponadczasowość Ewangelii. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki (Hbr 13,8). Mijają pokolenia, zmieniają się poglądy, pojawiają się nowe trendy społeczne, a tracą znaczenie wartości, za które dawniej ludzie oddawali życie. W imię postępu i rozwoju depcze się niejedną świętość minionych pokoleń. Niebo i ziemią przeminą, ale słowa moje nie przeminą (Mt 24,35) - powiedział Chrystus Pan. Nic dziwnego, że w tym świecie to co stare wciąż jest wypierane przez tzw. nowości i obserwujemy tak wiele zmian, gdyż wszelkie ciało jest jak trawa, a wszelka chwała jego jak kwiat trawy. Uschła trawa, i kwiat opadł, ale Słowo Pana trwa na wieki. A jest to Słowo, które wam zostało zwiastowane [1Pt 1,24-25].

Jakże lekko ci przychodzi zmieniać swoją drogę! (Jr 2,36) - zarzucił Bóg Izraelowi. W dziejach ludu Bożego z czasów Starego Przymierza wyraźnie widać, do czego doprowadziło postępowe myślenie Izraelitów. Bóg ich wybrał. Objawił się im i ogłosił wśród nich swoje Prawo. Mieli ściśle postępować według przykazań Bożych, trwać w posłuszeństwie Słowu Bożemu, a Bóg obiecał Izraelitom piękne i błogosławione życie w podarowanej im Ziemi Obiecanej. Wśród ludu Bożego pojawiły się jednak idee postępowe. Chcieli, na przykład, jak inne narody, mieć swojego króla. Przyjęli zasadę akceptacji i tolerancji wobec otaczającej ich bezbożności. Wbrew wyraźnym ostrzeżeniom, uznali za stosowne, by otworzyć się na kulturę okolicznych społeczeństw. Nie minęło wiele czasu, jak zaczęli kłaniać się obcym bóstwom, a Ziemia Święta zapełniła się miejscami pogańskiego kultu. Taki był społeczny i duchowy rezultat ich postępowych postaw.

Duch Chrystusowy prowadzi w zupełnie przeciwnym kierunku. Ludzi tkwiących w bałwochwalstwie wzywa do nawrócenia się od bałwanów do Boga, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu i oczekiwać Syna jego z niebios (1Ts 1,9). Ludziom zajętym naprawianiem świata Duch Święty zaleca skupienie się na sprawach Królestwa Bożego, tak jak żaden żołnierz nie daje się wplątać w sprawy doczesnego życia, aby się podobać temu, który go do wojska powołał (2Tm 2,4), nawet za cenę odrzucenia i prześladowania. Osobom myślącym, że osiągną duchową jedność z ludźmi pozostającymi w  niezgodzie z prawdziwą pobożnością, jednoznacznie nakazuje zaprzestanie ekumenicznych umizgów. Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością? Albo jaka zgoda między Chrystusem a Belialem, albo co za dział ma wierzący z niewierzącym? Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? Myśmy bowiem świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, i będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim. Dlatego wyjdźcie spośród nich i odłączcie się, mówi Pan, i nieczystego się nie dotykajcie; a Ja przyjmę was i będę wam Ojcem, a wy będziecie mi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący (2Ko 6,14-18). Chrześcijan przyjaźniących się z bezbożnym światem ostrzega: Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga (Jk 4,4).

Kiedyś moje myśli ewoluowały w stronę otwierania się na to, co w tym świecie aktualnie jest na topie. Myślałem, że jako duszpasterz i osoba odpowiedzialna za organizację życia lokalnej wspólnoty Kościoła, powinienem zadbać o to, aby zbór miał opinię społeczności wsłuchującej się w ludzkie oczekiwania. Chciałem być nowoczesny. Z upływem lat stało mi się jasne, że wielkim ewenementem i prawdziwą wartością Kościoła w tym świecie jest jego niezmienność i odmienność! W myśl nauki apostolskiej postanowiłem wręcz o niczym nie wiedzieć pośród was, jak tylko o Jezusie Chrystusie — i to tym ukrzyżowanym (1Ko 2,2). Kościół nie został powołany po to, by dostarczać ludziom rozrywki, próbując w tym dorównywać świeckim przybytkom kultury. Lokalny zbór Kościoła nie został zaprojektowany jako klub towarzyski. Ludzie potrzebują udziału w zgromadzeniach Kościoła, by zetknąć się z tym, co święte, a nie z tym, co pospolite! Topowej muzyki, rozmaitych uciech i rozkoszy podniebienia mają pod dostatkiem przy każdym rogu ulicy. Ludzka dusza potrzebuje Boga! Ma poznać drogę zbawienia, ukorzyć się przed Bogiem, nauczyć się bojaźni Bożej, oddać chwałę Bogu i usłyszeć, co Duch mówi do zborów (Obj 2,7). W tym kierunku biegną moje myśli. Tak dzisiaj rozumiem postęp. Na to się nastawiam, gdy myślę o funkcji niedzielnego nabożeństwa Zboru.

Z upływem lat coraz bardziej doceniam niezmienność i ponadczasowość Ewangelii. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki (Hbr 13,8).

02 czerwca, 2026

Kosztowny wybryk młodości

Podczas dzisiejszego czytania Pisma Świętego naszła mnie myśl, jak łatwo można bezpowrotnie stracić pozycję i błogosławieństwo, o które nawet nie musieliśmy zabiegać, bo zostały przypisane nam już z samego faktu urodzenia. Z synami Rubena rzecz ma się następująco. Był on pierworodnym Izraela, jednak zbezcześcił łoże swego ojca. Dlatego jego prawa pierworodztwa nie zostały wpisane do rodowodu. Zostały one przekazane synom Józefa, który był synem Izraela (1Krn 5,1).

Powyższa informacja o zmianie w rodowodzie synów patriarchy Jakuba odwołuje się do pewnego incydentu w jego rodzinie. Gdy Izrael mieszkał w tej ziemi, między Rubenem a Bilhą, nałożnicą jego ojca, doszło do zbliżenia — i Izrael dowiedział się o tym (1Mo 35,22). Sprawa przeszła jakby bez echa i najstarszy syn Jakuba mógł sobie myśleć, że nic takiego złego się nie stało. - Ot, zwykły wybryk młodości. O ciężarze gatunkowym swego czynu przekonał się dopiero w chwili, gdy sędziwy ojciec udzielał swoim synom końcowego błogosławieństwa. Rubenie, jesteś mym pierworodnym, moją siłą i pierwociną męskości, szczytem uniesienia i mocy. Lecz utracisz pierwszeństwo, ty, wzburzony jak woda, bo wszedłeś na łoże swego ojca! Splamiłeś je! Wszedłeś na me posłanie! (1Mo 49,3-4).

Dzięki temu, że uwierzyliśmy w Jezusa Chrystusa, zostaliśmy usprawiedliwieni, pojednani z Bogiem i nazwani dziećmi Bożymi. W żaden sposób nie musieliśmy sobie na to zapracowywać. Z łaski zostało nam przypisane całe błogosławieństwo Syna Bożego. Jego Boska moc obdarzyła nas wszystkim, co jest potrzebne do życia i pobożności. Otrzymujemy to dzięki poznaniu Tego, który nas powołał w swojej własnej chwale i wspaniałości. Dzięki nim darowane nam zostały drogocenne, największe obietnice, abyście przez nie stali się uczestnikami Boskiej natury, jako ci, którzy nie ulegli zepsuciu, do którego na tym świecie doprowadzają żądze (2Pt 1,3-4). Nic, tylko żyć, korzystać z danych nam praw i się cieszyć!

Biorąc wszakże pod uwagę przypadek Rubena, w ślad za natchnionym apostołem Pawłem powtarzam: czyńcie użytek ze swego zbawienia, w poczuciu czci i odpowiedzialności wobec Pana. Bóg to bowiem jest sprawcą waszych pragnień i działań płynących z dobrej woli (Flp 2,12-13). To, że samowola i lekceważenie przykazań Pańskich póki co uchodzi nam na sucho, nie oznacza, że Bóg przymyka na to oko. Co do fundamentu, nikt nie może położyć innego, poza tym, który już jest, a którym jest Jezus Chrystus. Natomiast, czy ktoś na tym fundamencie buduje ze złota, srebra, drogich kamieni, z drewna, siana czy słomy, to się okaże w tym Dniu. Każde dzieło przejdzie próbę ognia i w ten sposób wyjdzie na jaw jego wartość. Jeśli czyjeś dzieło, wzniesione na tym fundamencie, przetrwa, ten otrzyma nagrodę. Jeśli czyjeś dzieło spłonie, ten poniesie stratę, choć sam będzie zbawiony, tak jednak, jakby został ocalony z ognia (1Ko 3,11-15). Owszem, Ruben nie został zabity z powodu swego czynu. Jednak konsekwencje jego wybryku zaciążyły na całej przyszłości samego Rubena, jak i wszystkich jego potomków.

Myślę sobie, jakże wielu dzisiejszych chrześcijan łamie biblijne zasady życia i służby Bożej, nic sobie z tego nie robiąc. Oby w Dniu Pańskim nie usłyszeli czegoś podobnego, co usłyszał Ruben, a wcześniej także Ezaw.

21 maja, 2026

Dobro wymieszane ze złem

W przeddzień Święta Zesłania Ducha Świętego natrafiłem na biblijną opowieść o tym, jak Duch Boży odstąpił od króla Saula i spoczął na młodym Dawidzie. Oczywiście nie nastąpiło to, ot tak, bez żadnego powodu. Przyczyną Saulowej utraty obecności Ducha Bożego było jego nieposłuszeństwo Bogu i brak opamiętania. Wtedy na Dawidzie spoczął Duch PANA, od tego dnia i na dalsze […]. Kiedy Duch PANA odstąpił od Saula, zaczął go trapić, za sprawą PANA, duch zły (1Sm 16,13-14).

Myślę, że warto bliżej przyjrzeć się zachowaniu tych obydwu mężczyzn w kontekście obecności i działania Ducha Świętego w życiu dzisiejszych chrześcijan. Dawid, gdy zdarzyło mu się zgrzeszyć, bardzo tego żałował, a usilnie prosząc Boga o przebaczenie, wołał: Zasłoń swoje oblicze przed moimi grzechami i wymaż wszystkie me winy. Czyste serce stwórz we mnie, o Boże, prawość ducha odnów w moim wnętrzu. Nie wypędzaj mnie sprzed Twego oblicza i nie odbieraj mi swego Ducha Świętego (Ps 51,9-11). Niestety, o Saulu czegoś takiego przeczytać nie można. Szedł w zaparte. Nawet gdy przyznał się do błędu, szybko powracał do złego. Owszem, miał on wspaniałe początki. Wówczas zstąpi na ciebie Duch PANA i będziesz prorokował wraz z nimi - i przemienisz się w innego człowieka. A gdy te znaki spełnią się na tobie, poczynaj sobie dzielnie, ponieważ Bóg jest z tobą! (1Sm 10,6-7). Potem dobro mocno w nim pomieszało się ze złem. Bóg złemu duchowi przyzwolił na dostęp do Saula. 

Po tym, jak Duch PANA odstąpił od Saula, jeszcze przez wiele lat pozostawał on królem Izraela. Stał się jednak człowiekiem wewnętrznie bardzo niespójnym. Był zazdrosny, podejrzliwy, ulegał gwałtownym zmianom nastroju i na różne sposoby próbował zaszkodzić Dawidowi, a nawet go zabić. W tak złym stanie duchowym stał na czele narodu i - o dziwo - zdarzało się, że w tym czasie nawet prorokował. Wprawdzie w niektórych przekładach Pisma Świętego czytamy, że Saul szalał, lecz Biblia Gdańska mówi o prorokowaniu Saula. Najnowszy przekład dosłowny również. Już następnego dnia spoczął na Saulu duch Boży zły, tak że prorokował u siebie w domu. Dawid - jak zawsze - grał tego dnia [na strunach] swoją ręką, a Saul miał w ręku włócznię. Wtem Saul rzucił włócznią i powiedział: Przygwożdżę Dawida do ściany! Lecz Dawid - dwukrotnie - przed nim uskoczył. I Saul zaczął bać się Dawida, ponieważ JHWH był z nim, a od Saula odstąpił (1Sm 18,10-12). Prorokował także idąc z zamiarem zabicia Dawida. Saul ruszył więc do siedziby proroków w Ramie, ale również na niego zstąpił Duch Boży. Szedł i prorokował, aż dotarł na miejsce (1Sm 19,23).

Czy również chrześcijanin, podobnie jak Saul, może do tego stopnia popaść w duchowe zamieszanie, że będzie mówił i robił rzeczy przeciwne sobie? Czy może nadal prorokować, pomimo tego, że Duch Święty od niego odstąpił? Czy może zazdrościć, szkodzić, knuć intrygi, a w międzyczasie - jakby nigdy nic - zachowywać się jak człowiek duchowy? Dawid by tak nie potrafił. Za każdym razem, gdy zgrzeszył, żałował tego i szybko jednał się z Bogiem. Dlatego - jak mówi Biblia Gdańska - został Duch Pański nad Dawidem od onegoż dnia, i na potem. Saul szybko utracił społeczność z Duchem Bożym. Całymi latami żył w duchowym rozdwojeniu i bardzo źle skończył.

Święto Zesłania Ducha Świętego - to dobry czas na osobiste przemyślenia tej kwestii.

13 maja, 2026

Nowy etap

Przypadający na 21 kwietnia 2026 roku Jubileusz 30-lecia Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE to dla mnie mentalny początek nowego etapu w życiu i w służbie. Jestem wdzięczny Bogu za okazaną mi łaskę, że pomimo wielu popełnionych przeze mnie błędów, przez całe trzy dekady pozwalał mi służyć naszej wspólnocie kościelnej i organizować jej działalność. Jako zbór miewaliśmy trudniejsze chwile, zwłaszcza gdy zgromadzaliśmy się we Wrzeszczu i w Oliwie, wszakże Chrystus Pan, jako Głowa Kościoła, na tyle zachował nas w jedności, że pod każdym względem mogliśmy nieprzerwanie kontynuować naszą służbę. W ciągu minionych trzydziestu lat, również w czasach tzw. pandemii, w każdą niedzielę w naszej siedzibie odbywało się nabożeństwo ku chwale i czci naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Zorganizowaliśmy całkiem sporo rozmaitych konferencji, koncertów i spotkań. Mieliśmy trzydzieści osiem uroczystości chrztu wiary, podczas których łącznie ochrzciliśmy sto siedemdziesiąt siedem osób. Nieprzerwanie prowadziliśmy też pracę z dziećmi i młodzieżą. Wszystko dzięki temu, że wspierał nas Duch Święty, za co bardzo dziękuję Bogu.

Myśląc o minionych trzydziestu latach istnienia Zboru, coraz wyraźniej też widzę, że tajemnicą naszego wiernego trwania w nauce apostolskiej, we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach [Dz 2,42], byli otaczający mnie ludzie. Owszem, zdarzały się nam osoby zawodne i chimeryczne, lecz znakomita większość z grona członkowskiego Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE, to chrześcijanie miłujący Boga i Zbór, zarówno w dniach dobrych, jak i w złych. Ich stałość w wierze, wytrwałość w służbie, pracowitość, ofiarność finansowa, cierpliwe znoszenie przeciwności, gotowość do przebaczania i okazywania wzajemnej pomocy, te i inne jeszcze ich cechy, skutecznie stabilizowały działalność naszego Zboru. Bardzo jestem wdzięczny Bogu za moich towarzyszy w wierze i w służbie. Nigdy tego nie zapomnę, jak pod koniec drugiej dekady istnienia Zboru, gdy przechodziłem najtrudniejsze chwile, Bóg w szczególny sposób posłużył się wieloma z nich, zwłaszcza moją żoną i synem, dzięki którym przetrwałem tamte burzliwe miesiące. Takich osób w naszym gronie jest coraz więcej. Mógłbym - podobnie jak apostoł Paweł w końcówce Listu do Rzymian - długo ich wymieniać. 

Niezmiernie jestem też wdzięczny Bogu za miejsce, w którym na stałe już ulokował nasz Zbór. Przez niespełna dwie pierwsze dekady istnienia Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE borykaliśmy się z problemami lokalowymi. Najpierw zbyt mały lokal na Zaspie. Potem zbyt duży, trudny do ogrzania i mało funkcjonalny obiekt we Wrzeszczu. Następnie znowu za małe i trudno dostępne miejsce w Oliwie. Aż Bóg w swojej łasce wskazał nam zespół dworsko-parkowy na Olszynce i - wprawdzie nie bez trudności - wprowadził nas do tej "ziemi obiecanej" dla naszego Zboru. Hektarowa działka. Dwa funkcjonujące już budynki. Przestronny parking. Możliwość odbudowania w celach socjalnych budynku trzeciego, który pozwoli nam lepiej zatroszczyć się o seniorów i znacznie poszerzy zborową ofertę noclegową. Wszystko to jest dziś własnością Zboru. Nie było nam dane korzystać ani z pomocy finansowej Kościoła, ani ze wsparcia macierzystego zboru, ani też z tzw. środków publicznych. Zaczynaliśmy z niczym, a dzięki ofiarności i pracowitości naszych członków oraz wspaniałomyślności różnych darczyńców spoza Zboru, cieszymy się teraz wspaniałą "miejscówką", zaspokajającą nie tylko bieżące potrzeby nas samych, ale pozwalającą też na dalszy rozwój pracy Pańskiej. Bogu niech będą dzięki.

Wkraczając w wiek emerytalny, przywódcy wielu zborów borykają się z problemem znalezienia w służbie stosownych następców. Mnie Bóg okazał i tę łaskę, że przyglądając się braciom z Rady Starszych Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE mogę spać spokojnie. Niektórzy z nich są tu od dziecka, inni zaś przyłączyli się do naszego Zboru już jako dojrzali chrześcijanie. Wszyscy są sprawdzonymi w służbie, odpowiedzialnymi i spolegliwymi pracownikami Pańskimi. Wśród nich jest też mój syn, absolwent Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i Biblijnego Seminarium Teologicznego. Wiele lat temu zrezygnował z dalszej kariery zawodowej w korporacji na rzecz poświęcenia się pracy Pańskiej w naszym Zborze. Od dekady jest duchownym Kościoła Zielonoświątkowego, a od siedmiu lat pełni tu funkcję pastora pomocniczego. Jestem wdzięczny Bogu, że mam sprawdzonego i odpowiedzialnego następcę, otoczonego gronem wspaniałych współpracowników. Śmiało mogę zejść z pierwszej linii, bo naprawdę jest komu mnie zastąpić. 

 Mam nadzieję, że zarówno Starsi Zboru jak i całe grono członkowskie Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE, zaakceptują mój plan przekazania służby. Zamierzam w najbliższej przyszłości zapoczątkować - określone Prawem Wewnętrznym Kościoła Zielonoświątkowego - procedury, zmierzające do tego, by podczas Jesiennego Zebrania Członkowskiego dokonać zmiany na stanowisku pastora naszego Zboru. Przechodząc na emeryturę pragnę nadal być użytecznym w służbie. W miarę moich możliwości i zapotrzebowania zgłaszanego ze strony przywódców Zboru, chcę być gotowy do posługi Słowem Bożym i do każdej innej pracy na rzecz naszej społeczności. Mówiąc trochę żartobliwie, nasz PAN, już po spełnieniu swojego zasadniczego dzieła, został w pewnej chwili wzięty za ogrodnika, więc i ja uznam to za zaszczyt, gdy dane mi będzie pełnić rolę ogrodnika w naszym przykościelnym ogrodzie. Mam też zamiar odwiedzać inne, zwłaszcza mniejsze, zbory na terenie kraju, by wspierać w nich posługę Słowa Bożego, jeżeli oczywiście ich pastorzy będą mnie do tego zapraszać. 

Tak z grubsza widzę nowy etap mojego życia w naśladowaniu Chrystusa Pana. Wszystkich członków i przyjaciół Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE serdecznie proszę o wsparcie w modlitwie.

09 maja, 2026

Rozprawka o wielu dzisiejszych "kościołach"

Czytając w tych dniach Księgę Sędziów, opisującą czasy, gdy każdy robił, co mu się podobało [Sdz 17,6] natrafiłem na dość trafną analogię do tego, co obserwuję w dzisiejszych środowiskach ewangelicznych i charyzmatycznych. Podłoże i okoliczności powstawania wielu nowych wspólnot jako żyw przypomina tamtejsze zachowanie ludzi będących potomkami Jakuba i – bądź co bądź – przynależących do ludu Bożego.

Pierwszym spostrzeżeniem tej analogii stał się opis reakcji na niegodziwe postępowanie, żeby nie powiedzieć przestępstwo. Gdy pewnej matce stało się jasne, że pieniądze uważane przez nią za skradzione, przywłaszczył sobie jej rodzony syn, w jednej chwili zmieniła front i zamiast nagany, udzieliła mu błogosławieństwa. Oddajmy głos Słowu Bożemu. Był pewien mąż z pogórza efraimskiego imieniem Micheasz. Rzekł on do swojej matki: Te tysiąc sto srebrników, które ci ukradziono, a ty przeklęłaś ten postępek, mówiąc to także przede mną, otóż srebrniki te są u mnie, ja je wziąłem, ale ci je zwracam. I rzekła jego matka: Niech będzie mój syn błogosławiony przez Pana! [Sdz 17,1-2].

Niejeden raz widziałem coś podobnego. Najpierw był jasno wyrażany sprzeciw wobec określonych, nagannych postaw i czynów, a potem – gdy się okazywało, że dotyczą one kogoś bliskiego i lubianego – następowała niespodziewana zmiana w podejściu do sprawy. Tak. Nepotyzm i kolesiostwo jak najbardziej ma miejsce także w środowiskach ewangelikalnych. Tak, bracia moi, być nie powinno [Jk 3,10]. Ponieważ u Boga nie ma względu na osobę [Rz 2,11] i On nie jest przekupny, bo nie przyjmuje darów [5Mo 10,17], dlatego też słudzy Boży powinni być zdolni – gdy zachodzi taka potrzeba - do bezstronnego piętnowania grzechu, czy to brat, czy przyjaciel, czy krewny [2Mo 32,27].

I oto w atmosferze tej przedziwnej akceptacji, a nawet zachwytu człowiekiem, którego raczej należało dyscyplinować aniżeli go błogosławić, otóż na podłożu owego przyzwolenia na zło, powstało nowe miejsce kultu. Wtedy rzekła jego matka: Poświęciłam te srebrniki Panu od siebie na rzecz mojego syna, aby zrobiono z tego posąg ryty i lany. Zwrócił więc owe srebrniki swojej matce. Matka jego wzięła z tego dwieście srebrników i dała je odlewaczowi, a ten zrobił z tego posąg ryty i lany, który potem był w domu Micheasza. Tak więc ten mąż, Micheasz, miał dom Boży. Kazał też sporządzić efod kapłański i bożki domowe i powołał jednego ze swoich synów, aby był jego kapłanem [Sdz 17,3-5]. Trefne srebrniki w rękach owej kobiety zasponsorowały - alternatywny dla domu Bożego w Sylo – projekt „rodzinnego domu Bożego”.

Biblia mówi, że to, co było, znowu będzie, a co się stało, znowu się stanie; nie ma nic nowego pod słońcem. Czy jest coś, o czym można by powiedzieć: Oto jest coś nowego? Dawno to już było w czasach, które były przed nami [Kzn 1,9-10]. Nie trzeba być bacznym obserwatorem, by zauważyć do iluż podobnych inauguracji nowych miejsc spotkań dochodzi obecnie. Abstrahując od kwestii płci, gdy ludzie żywiący w sobie ducha niezależności dostaną do dyspozycji też trochę pieniędzy, bardzo łatwo przystępują do tworzenia nowej wspólnoty. I niezależnie od tego, czy będzie to formalnie zarejestrowany zbór, czy jakiś tzw. kościół domowy, tak czy owak, zazwyczaj chodzi o utworzenie czegoś lepszego, bo - własnego autorstwa.

Rzeczony założyciel domu Bożego, Micheasz, nie musiał nikogo pytać o zgodę i robił we własnym sanktuarium, co tylko chciał. Najwidoczniej odczuwał jednak jakiś dyskomfort, że jego projekt nie był zgodny z Prawem Bożym. Potrzebował nadać swojej prywatnej inicjatywie trochę więcej powagi i autorytetu poprzez zwerbowanie kogoś z plemienia Lewiego. Nie musiał nawet specjalnie szukać, a jedynie skorzystać z tego, że po świecie błąkał się jakiś lewita nie mogący znaleźć dla siebie miejsca. Wędrując tak, przyszedł na pogórze efraimskie do domu Micheasza. I rzekł do niego Micheasz: Skąd przybywasz? A ten odpowiedział: Jestem Lewitą z Betlejemu judzkiego, a idę, aby osiedlić się jako obcy przybysz gdziekolwiek się nadarzy. I rzekł do niego Micheasz: Zamieszkaj u mnie i bądź mi ojcem i kapłanem; dam ci za to dziesięć srebrników rocznie, odzienie i żywność. I przymusił Lewitę. Zgodził się tedy Lewita pozostać u tego męża i młodzieniec ten był dlań jak jeden z jego synów. Micheasz powołał tego Lewitę i młodzieniec ten został jego kapłanem, i pozostał w domu Micheasza [Sdz 17,8-12]. Swój znalazł swego. Szybko się polubili, a Micheasz mógł odetchnąć, że jego „dom Boży” wreszcie ma licencjonowanego kapłana.

Współcześni „Micheasze” tworzący swoje prywatne społeczności też nie są w ciemię bici. Wiedzą, że potrzebne im jest jakieś znane nazwisko, ktoś z duchowym autorytetem, kto uwierzytelniłby organizowane przez nich spotkania. Najlepiej, żeby był to człowiek słynący z duchowego obdarowania i z tego, że odniósł jakiś sukces. Byłoby wręcz idealnie, gdyby dał się zaprosić do posługi w ich „kościele” i można by potem pokazywać się z nim na wspólnej fotografii. Jeszcze lepszym sposobem na podbudowanie powagi niezależnej od nikogo społeczności, jest zwerbowanie do niej kogoś powszechnie znanego z niegdysiejszej służby w Kościele. Teraz takich wędrownych „mężów Bożych” jest coraz więcej. Utraciwszy miejsce swojej posługi, są otwarci na każdą propozycję, zwłaszcza, gdy w grę wchodzą też jakieś srebrniki, a przy tym nikt nie pyta o etyczną i moralną przeszłość. Całkiem skutecznym też sposobem na zwiększenie popularności wspólnoty jest możliwość pochwalenia się przynależnością do niej kogoś ze znanych celebrytów. Zawsze też w celu zwiększenia frekwencji na spotkaniach, w odwodach pozostaje oferta szybkiej ścieżki awansu dla osób przyłączających się do założonego „kościoła”. Łatwość dojścia w nim do głosu przyciąga ludzi głodnych akceptacji i poczucia bycia ważnym.

Micheasz był zadowolony: Teraz wiem, że PAN będzie mi szczęścił, kapłanem bowiem został u mnie Lewita! [Sdz 17,13]. Podobnie myślą dzisiejsi, od nikogo niezależni, założyciele prywatnych społeczności. Lecz pewność oparta na upozorowanych cechach Kościoła jest uczuciem zwodniczym. Przywódcy i członkowie okolicznych zborów z czasem może i zaczną uznawać samozwańczych pastorów za partnerów w służbie, lecz Chrystus Pan nie da się w coś takiego wciągnąć. „Kościół”, który powstał na miałkich fundamentach ludzkich ambicji i niezdolności do podporządkowania się duchowej zwierzchności, nie może cieszyć się Bożą przychylnością. Wspólnota zrodzona w atmosferze rozłamu bądź pogardy dla istniejących - mających świadectwo biblijnej, wieloletniej działalności - społeczności chrześcijańskich, po jakimś czasie także mierzyć się będzie z podziałem, a nawet z rozpadem.

Dobrze to obrazują dalsze losy „domu Bożego” Micheasza. Otóż pojawiła się w nim pięcioosobowa grupa ludzi poszukujących miejsca dla siebie i dla swoich ziomków. W trakcie tego rekonesansu, gdy byli obok domu Micheasza, przykuł ich uwagę głos młodego Lewity. Wstąpili do niego i zapytali: Kto cię tutaj sprowadził? Co tu robisz? I co cię tutaj trzyma? Lewita opowiedział, jak postąpił z nim Micheasz, i zakończył: Wynajął on mnie i jestem u niego kapłanem. Skoro tak — powiedzieli przybysze — to zapytaj, prosimy, Boga, czy powiedzie się nam w naszej drodze? Chcielibyśmy to wiedzieć. Kapłan odpowiedział: Idźcie w pokoju. PAN ma waszą drogę przed sobą [Sdz 18,3-6]. Zakontraktowany przez Micheasza kapłan okazał się dla tych pięciu mężczyzn bardzo otwarty i życzliwy. Udzielił im poparcia, a to nie pozostało bez echa. Po jakimś czasie bowiem, gdy już owi zwiadowcy znaleźli dla siebie miejsce, zjawili się z bardzo konkretną, a nawet nieznoszącą sprzeciwu, propozycją.

Krótko mówiąc, przyszli podebrać Micheaszowi jego kapłana wraz z wyposażeniem. Gdy zwiadowcy weszli do domu Micheasza i zabierali bożka, efod oraz terafy wraz z ulanym posągiem, kapłan wykrzyknął: Co wy robicie?!  Milcz! — nakazali. — Połóż rękę na ustach i chodź z nami. Będziesz naszym doradcą i kapłanem. Co wolisz? Być kapłanem dla rodziny jednego człowieka czy być kapłanem dla plemienia i całego rodu w Izraelu? Kapłan się rozchmurzył. Zabrał efod, terafy oraz bożka i dołączył do przybyłych [Sdz 18,18-20]. Tak oto niedawno powołany i uposażony kapłan poszedł do służby w liczniejszym zborze, tym razem Danitów. Mniejsza o to, że samowolnie utworzona przez Micheasza wspólnota została ogołocona i przeżywała rozżalenie. Danici byli na fali ekspansji. Bezprawnie przejęli nowe tereny i właśnie lokowali się w nich na stałe. Zapowiadała się im świetlana przyszłość. I postawili sobie posąg, który sobie sporządził Micheasz, na cały czas, dopóki dom Boży był w Sylo [Sdz 18,31]. Mogłoby się wydawać, że nasz lewita, opuszczając „dom Boży” Micheasza, dobrze trafił. Mógł teraz działać w szerszym towarzystwie innych kapłanów. Co z tego, że był to także nielegalny ośrodek kultu. Przecież nawet wnuk Mojżesza był w tym gronie! Niestety, okazało się, że była to służba tylko do dnia uprowadzenia mieszkańców tej ziemi do niewoli [Sdz 18,30].

Proszę mi wybaczyć, że tym razem “rozprawiałem” się z nielegalnymi, samozwańczymi ośrodkami kultu. Wolałbym być myślami przy domu Bożym w Sylo, chociaż i tam – jak wiemy z Biblii – działy się rzeczy niegodne sług Bożych. Jednakże dom Boży w Sylo miał Bożą rekomendację. Służyli tam powołani przez Boga kapłani i lewici, a prorocy Pańscy mieli go na oku. Gdy coś złego się w nim działo,  było komu reagować i wzywać do opamiętania. Prywatny “dom Boży” Micheasza takiego nadzoru duchowego w ogóle nie posiadał.

Dzisiejsze zbory, powstałe zgodnie z zasadami ewangelii Chrystusowej, też borykają się z rozmaitymi trudnościami. Lecz w każdym normalnym zborze Pańskim jest rada braci Starszych, którzy na co dzień dbają o prawowierność głoszonej w nim nauki, a także troszczą się o zgodne z nauką apostolską praktykowanie pobożności. Gdyby zaś nie udawało się im utrzymać wszystkiego w należytym porządku, to z racji denominacyjnej przynależności lokalnego zboru, mają wsparcie duchowe i nadzór zwierzchnictwa całego Kościoła.

Kończąc dodam, że poszczególne wspólnoty chrześcijańskie łączy w Kościół wspólna doktryna i podobny sposób praktykowania pobożności. Mamy różne Kościoły, bo różnimy się w zrozumieniu Pisma Świętego i różne miewamy wyniki działalności misyjnej. Nowe zbory, powstające w wyniku zdrowego pączkowania istniejących, lokalnych społeczności, bądź w rezultacie ich pracy misyjnej, charakteryzują się tym, że chętnie przynależą do Kościoła i poddają się duchowemu zwierzchnictwu jego przywódców. Czerwona lampka niech pali się nam przy tych wspólnotach, które nad sobą żadnego zwierzchnictwa nie uznają, bądź przynależą do Kościoła pozornie, jedynie ze względu na jakieś korzyści i przywileje.

Wszakże fundament Boży stoi niewzruszony, a ma tę pieczęć na sobie: Zna Pan tych, którzy są jego, i: Niech odstąpi od niesprawiedliwości każdy, kto wzywa imienia Pańskiego [2Tm 2,19].