02 października, 2022

Za co w tym roku szczególnie jestem wdzięczny Bogu?

Wzorem poprzednich lat, każdego roku w pierwszą niedzielę października, w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE zgromadzamy się przed obliczem Bożym, aby podziękować Mu za błogosławieństwa i dary, którym obdarował nas w ciągu minionego roku. Dziękujemy za plony ziemi, za naszą pracę i zarobki, za bliskich, za zdrowie, za wszelkie błogosławieństwa duchowe i materialne.

Podczas nabożeństwa zwanego Zborowym Dniem Dziękczynienia mamy czas na indywidualne świadectwa odpowiadające na pytanie: Za co w tym roku szczególnie jestem wdzięczny Bogu? Zawsze jest to bardzo poruszający i budujący czas w naszej wspólnocie. Serce rozpływa się we wdzięczności Bogu, gdy słuchamy, jak w życiu poszczególnych osób w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy Bóg okazywał swą dobroć i łaskę. 

Ponieważ nie mogę dzisiaj stanąć przed zborem, pragnę w tej formie wyrazić wdzięczność Bogu za tegoroczne dary w moim życiu, a w szczególności:

Po pierwsze, chcę w tym roku bardzo podziękować Bogu za moją żonę, Gabrysię. Nie robię tego często przed ludźmi i nie obnoszę się z moją miłością do niej. Jednakowoż tym razem chcę publicznie wyrazić Bogu wdzięczność za wierną towarzyszkę mojego życia i służby. Od czterdziestu dwóch lat jest u mego boku i mnie wspiera. Dziękuję Bogu, że w minionym roku, w dobrym zdrowiu przeszła na emeryturę i od kilku miesięcy zaczynamy 'nowe życie' we dwoje :) Cieszę się z tego, bo z racji pracy zarobkowej Gabrysi, bardzo brakowało mi jej udziału w służbie w ciągu tygodnia. Teraz przed nami nowe możliwości.

Po drugie, dziękuję Bogu za całą rodzinę duchową Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE. Jestem szczęśliwy, że Bóg obdarza mnie przywilejem służenia naszemu zborowi. Dziękuję Bogu za wiernych i stabilnych duchowo braci, z którymi każdego miesiąca omawiamy sprawy naszej społeczności, podejmujemy stosowne decyzje i razem pracujemy dla PANA. Jestem szczęśliwy, obserwując rozwój braci i coraz większą ich dojrzałość duchową. Jestem wdzięczny Bogu, że z roku na rok mogę coraz spokojniej myśleć o przyszłości naszej wspólnoty. Dziękuję Bogu także za stałe grono sióstr, które wspierają nas, wytrwale i wiernie niosąc ciężar funkcjonowania zboru.

Trzecim tematem mojego szczególnego podziękowani w tym roku są nowe okna na parterze dworu olszyńskiego. Troska o zabytkowy budynek wymaga wielu uzgodnień konserwatorskich i sporych nakładów finansowych. Bardzo jestem szczęśliwy, że w tym roku zrealizowaliśmy trzeci (po adaptacji dawnej wozowni na dom modlitwy i po kapitalnym remoncie dachu dworu), jak na nasze możliwości - duży projekt w tym zakresie. W miejsce zniszczonych lub nieistniejących okien na parterze dworu wstawiliśmy piękne, drewniane okna historyzujące. Kosztowało nas to ponad sto dwadzieścia tysięcy złotych, ale daliśmy radę. Dziękuję Bogu za ofiarność członków naszego zboru.

Za wszystko dziękujcie; taka jest bowiem wola Boża w Chrystusie Jezusie względem was [1Ts 5,18].

01 października, 2022

Nie o krawat tu chodzi

Od dzisiaj kierowcom gdańskich autobusów i tramwajów nie stawia się już wymagania, aby pełnili swoje obowiązki zawodowe pod krawatem. Taki wniosek, umotywowany obecnymi trendami, postulatami samych pracowników oraz względami praktycznymi, złożył w magistracie szef spółki Gdańskie Autobusy i Tramwaje. Władze Gdańska przychyliły się do prośby i od teraz kierowcy w kwestii krawatów mają wolną rękę.

'Uwolnienie' się gdańskich kierowców i motorniczych od krawatów może posłużyć jako ilustracja dużo szerszej tendencji panującej w dzisiejszym świecie. Ludzie nie lubią żadnych rygorów i obowiązkowych reguł. Chcą żyć, działać, pracować i odpoczywać tak, jak im wygodniej - po swojemu. Chcą czuć się na tyle swobodnie, żeby nie musieć też dbać o to, jak będą ubrani. Uważają, że mają do tego prawo wszędzie i zawsze. W każdym środowisku odczuwa się więc presję, by zgodnie z duchem czasów luzować normy i rezygnować z jakichkolwiek obostrzeń.

Czyż jednak nie jest zastanawiające to, że ci sami ludzie, którzy "nie cierpią chodzić pod krawatem", w pewnych okolicznościach bez słowa narzekania ubierają się w garnitur? Robią tak, gdy mają np. spotkać się z kimś naprawdę ważnym albo wystąpić podczas jakiejś podniosłej uroczystości. Sami jakoś wyczuwają, że wyjątkowość i ranga czekającego ich wydarzenia wymaga przywdziania uroczystego stroju. Tak więc nawet najbardziej wyluzowani faceci na wielkich galach zazwyczaj pojawiają się odświętnie ubrani. Komu dane jest stanąć przed prezydentem lub królem, ten sam wie, że trzeba też zadbać o odpowiedni ubiór. 

A chrześcijanin? Jak powinien się ubrać stając np. za kazalnicą pośród zgromadzenia dzieci Bożych? Nie o krawat tu chodzi, a o świadomość spotkania z Chrystusem Panem i udziału w służbie Bożej, gdzie sam PAN naprawdę jest obecny. Jeżeli obecność Chrystusa w zgromadzeniu ma dla nas charakter jedynie iluzoryczny, wówczas bez drżenia serca i oporów wewnętrznych łatwo zaczynamy przechodzić do tego, co nam się podoba i co nam sprawia przyjemność. W imię służby Bogu służymy swoim własnym upodobaniom. Gramy muzykę zgodną z własnymi gustami muzycznymi. Przemawiamy w sposób, który nas inspiruje. Ubieramy się w to, co wśród nas jest modne i wygodne. Zaczynamy zachowywać się coraz swobodniej, bo wkręciliśmy sami sobie do głowy, albo daliśmy sobie wkręcić, że Bóg jest taki jak my i lubi to, co my lubimy.

Przy takim podejściu do sprawy już tylko krok dzieli nas od poglądu, że zgromadzenie Kościoła jest miejscem, które ma podobać się ludziom. Czynimy go więc coraz bardziej ludzkim; dostosowanym do ludzkich obyczajów, do aktualnie panujących trendów oraz oczekiwań uczestników zgromadzeń. Z łatwością porzucamy dotychczasowe formy praktykowania pobożności. Każdy głos zmierzający w stronę liberalizacji dotychczasowych poglądów i praktyk jest mile widziany, a każdy wzywający do zachowania biblijnych norm, niepożądany.

A jakie są te biblijne normy? W świetle Biblii widać, że świadome zbliżenie się człowieka do Boga wymaga uświęconego zachowania. Klasycznym miejscem, gdzie Bóg zakomunikował to ludziom, było spotkanie pod górą Synaj. I rzekł Pan do Mojżesza: Idź do ludu i nakaż im, by przygotowali się na święto dziś i jutro i wyprali swoje szaty, by byli gotowi na trzeci dzień, gdyż trzeciego dnia zstąpi Pan na oczach całego ludu na górę Synaj [2Mo 19,10]. Dobitnie świadczą o tym wytyczne dla osób sprawujących służbę Bożą. Porozmawiaj też ze wszystkimi wprawionymi w rzemiośle, których obdarowałem duchem mądrości, aby zrobili szaty dla Aarona, by wyświęcony pełnił mi służbę jako kapłan. A oto szaty, które mają zrobić: Napierśnik, efod, płaszcz, tunika haftowana, zawój i pas. I zrobią te święte szaty dla Aarona, twojego brata, i dla jego synów, aby mi pełnili służbę jako kapłani [2Mo 28,3]. Aaron i jego synowie będą je nosić, gdy będą wchodzić do Namiotu Zgromadzenia lub zbliżać się do ołtarza, aby sprawować służbę w miejscu świętym, by nie ściągnęli na siebie winy i nie pomarli [2Mo 28,43]. Wszyscy biorący udział w służbie kapłani i lewici mieli obowiązek odpowiednio się ubierać i zachowywać. 

Gdy dochodziło do jakiegoś grzechu czy zwykłego zaniedbania w sprawowanej służbie, należało to natychmiast skorygować. Dobrze to ilustruje postępowanie z arcykapłanem Jozuem. A Jozue był ubrany w szatę brudną i tak stał przed aniołem. A ten tak odezwał się i rzekł do sług, którzy stali przed nim: Zdejmijcie z niego brudną szatę! Do niego zaś rzekł: Oto ja zdjąłem z ciebie twoją winę i każę cię przyoblec w szaty odświętne. Potem rzekł: Włóżcie mu na głowę czysty zawój! I włożyli mu na głowę czysty zawój, i przyoblekli go w szaty. A anioł Pana stał przy tym. Potem dał anioł Pana uroczystą obietnicę Jozuemu: Tak mówi Pan Zastępów: Jeżeli będziesz chodził moimi drogami i będziesz pilnował mojego porządku, będziesz zawiadywał moim domem oraz strzegł moich dziedzińców, dam ci dostęp do tych, którzy tu stoją.[Za 3,3-7]. Najwyraźniej prawo udziału w służbie Bożej wiązało się z przestrzeganiem porządku ustanowionego przez Boga. 

Czy w okresie Nowego Przymierza Bóg się zmienił i jest Mu teraz wszystko jedno, jak się zachowujemy i ubieramy? Ale wy jesteście rodem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym, abyście rozgłaszali cnoty tego, który was powołał z ciemności do cudownej swojej światłości; wy, którzy niegdyś byliście nie ludem, teraz jesteście ludem Bożym, dla was niegdyś nie było zmiłowania, ale teraz zmiłowania dostąpiliście [1Pt 2,9-10]. Czy z łaski Bożej podniesieni do tak wysokiej rangi, możemy sobie robić, co chcemy? Z pewnością nie!

Usprawiedliwieni krwią Baranka Bożego, Jezusa Chrystusa, powinniśmy tym bardziej respektować i doceniać daną nam możliwość społeczności z Bogiem. Oto fragment nauki apostolskiej na ten temat. Wy nie podeszliście bowiem do góry, której można dotknąć, do płonącego ognia, mroku, ciemności i burzy ani do dźwięku trąby i głośnych słów, na których odgłos ci, którzy je słyszeli, prosili, aby już do nich nie przemawiano; nie mogli bowiem znieść nakazu: Gdyby nawet zwierzę dotknęło się góry, ukamienowane będzie. A tak straszne było to zjawisko, iż Mojżesz powiedział: Jestem przerażony i drżący. 

Lecz wy podeszliście do góry Syjon i do miasta Boga żywego, do Jeruzalem niebieskiego i do niezliczonej rzeszy aniołów, do uroczystego zgromadzenia i zebrania pierworodnych, którzy są zapisani w niebie, i do Boga, sędziego wszystkich, i do duchów ludzi sprawiedliwych, którzy osiągnęli doskonałość, i do pośrednika nowego przymierza, Jezusa, i do krwi, którą się kropi, a która przemawia lepiej niż krew Abla. 

Baczcie, abyście nie odtrącili tego, który mówi; jeśli bowiem tamci, odtrąciwszy tego, który na ziemi przemawiał, nie uszli kary, to tym bardziej my, jeżeli się odwrócimy od tego, który przemawia z nieba. (...) Przeto okażmy się wdzięcznymi, my, którzy otrzymujemy królestwo niewzruszone, i oddawajmy cześć Bogu tak, jak mu to miłe: z nabożnym szacunkiem i bojaźnią. Albowiem Bóg nasz jest ogniem trawiącym [Hbr 12,18-29].

Święty Bóg oczekuje od nas uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy Pana [ Hbr 12,14]. Masz wiedzieć, jak należy postępować w domu Bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i podwaliną prawdy [1Tm 3,15]. Nie tak, jak sobie chcesz albo jak ci wygodniej, albo jak inni to robią, ale tylko tak, jak mówi Słowo Boże! Kościół nie jest ludzką organizacją, żeby można było go sobie organizować na własną modłę i dostosowywać jego działalność do swoich potrzeb. Charakter Kościoła i zasady funkcjonowania jego lokalnego zboru zostały raz na zawsze określone przez naukę apostolską. Kto waży się cokolwiek kombinować przy Kościele Chrystusowym, ten musi się liczyć z czekającymi go konsekwencjami. Czy nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was? Jeśli ktoś niszczy świątynię Bożą, tego zniszczy Bóg, albowiem świątynia Boża jest święta, a wy nią jesteście [1Ko 3,16-17].

Dlatego apeluję, abyśmy będąc wdzięczni Bogu za Kościół, z najwyższym respektem podchodzili do niego. Ceńmy sobie przywilej przynależności do lokalnego zboru. Gdy udajemy się na nabożeństwo, idźmy tam z radosnym drżeniem serca, że oto razem mamy stanąć przed Bożym Tronem! Nie spóźniajmy się, bo jak to by wyglądało, gdyby Najwyższy miał czekać na osoby niższe rangą? Niech zawsze towarzyszy nam myśl, że obecny w Duchu Świętym Chrystus Pan będzie się nam przysłuchiwał i przyglądał. Dlatego idźmy też zawsze odświętnie ubrani, nie tylko wtedy, gdy mamy przemawiać lub śpiewać wchodząc do prezbiterium sali nabożeństw. Ponieważ nie obowiązuje nas określony dress code i w zborze wszystko jest dobrowolne, tym większą przyjemność sprawimy naszemu Panu, gdy na publiczne spotkanie z Nim zawsze będziemy schludnie i świątecznie ubrani.

Powtarzam: Nie o krawat tu chodzi, a o naszą świadomość osobistego spotkania z żywym Bogiem w czasie wspólnych zgromadzeń zboru. Chodzi o szacunek dla innych członków Bożej rodziny, zgromadzonych w niedzielę, by świętować zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, bo przecież w pokorze uważamy ich za wyższych od siebie [Flp 2,3]. Wreszcie, chodzi też o należytą godność służby Bożej, w której wielu z nas każdego tygodnia ma udział.

Gdy powyższe biorę pod uwagę, to nawet do głowy mi nie przychodzi, że chciałbym w niedzielę luźniej się ubrać, przyciemnić salę, dać upust swojej cielesności, pojechać sobie tam, gdzie moim zdaniem lepiej grają lub głoszą i cokolwiek innego robić po swojemu. Znam swoje miejsce w szeregu. Wiem, że każde nabożeństwo jest spotkaniem z żywym, świętym i umiłowanym Chrystusem Panem. 

27 września, 2022

Podsumowanie wykładu Listu do Rzymian

Wczoraj zakończyliśmy rozważanie Listu do Rzymian. Pierwszego września zaczynając, przez kolejne dwadzieścia dwa dni, z wyjątkiem niedziel, omówiliśmy pokrótce cały natchniony tekst tej księgi Nowego Testamentu. Całość wykładów została zadedykowana braciom i siostrom z Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku, którzy w 1999 roku co tydzień regularnie spotykali się ze mną, by zagłębiać się w treść Słowa Bożego. Ich zainteresowanie i miłość do Pisma Świętego motywowały mnie do cotygodniowej pracy nad kolejnym wykładem, co - jak się okazało - wymagało aż dwudziestu dwu spotkań. Nie byłoby dziś tego obszernego materiału, gdyby nie umiłowani współwyznawcy Jezusa Chrystusa, z którymi miałem przywilej pochylać się nad świętym tekstem.

Raz jeszcze pragnę serdecznie podziękować Magdzie Piech i jej siostrze Wioli za spisanie tych wykładów z analogowej taśmy magnetofonowej. Jestem im wdzięczny za to, że przed wieloma laty podjęły się tego trudu i wytrwały w nim do samego końca. Zbiorowi tych wykładów nadałem potem wspólny tytuł "Abyśmy nowe życie prowadzili", przywołując tym samym kapitalną myśl z czwartego wersetu szóstego rozdziału Listu do Rzymian. Nawiasem mówiąc stąd pochodzi także oficjalna nazwa naszej wspólnoty kościelnej w Gdańsku. Pragnę także podziękować Ani Tuttas za korektę językową, mojemu synowi za zmotywowanie mnie do opracowania całego zbioru oraz Piotrowi Aftanasowi za pomoc w wyłapywaniu literówek podczas wrześniowego publikowania kolejnych odcinków na blogu.

Na koniec pragnę zachęcić wszystkich Czytelników bloga "Dzisiaj w świetle Biblii" do osobistego zapoznania się z tymi wykładami. Okazuje się bowiem, że List do Rzymian w najmniejszym stopniu nic nie utracił ze swej ważności i aktualności. Czytając i rozważając ten List z modlitwą, dobitnie przekonujemy się, że trawa usycha, kwiat opada; ale słowo Boga naszego trwa na wieki [Iz 40,8]. Chwalebność i prostota nauki apostolskiej tego Listu sprawia nam radość, buduje naszą wiarę i rozjaśnia nam drogę naśladowania naszego Zbawiciela i Pana, Jezusa Chrystusa. Bogu niech będą dzięki za List do Rzymian.

Widzę, że co najmniej kilkaset osób dołączyło do nas i List do Rzymian z pewnością na nowo ubogacił nas duchowo. Jeśli natomiast ktoś nie miał czasu, by od początku września uczestniczyć z nami we wszystkich wykładach, może teraz zrobić to we własnym tempie, najlepiej zaczynając od wykładu pierwszego. Zapraszam.

26 września, 2022

Abyśmy nowe życie prowadzili - wykład 22. [Rz 16,1-27]

[zapis słowa mówionego]

Dzisiaj kończymy już rozważanie Listu do Rzymian. Pozostał nam tylko rozdział szesnasty, czyli zakończenie listu i osobiste pozdrowienia apostoła Pawła. Zaczynamy od pewnego zagadnienia, znanego już we wczesnym chrześcijaństwie, a mianowicie od listów polecających. Apostoł napisał do wierzących w Rzymie następujące słowa: „A polecam wam Febę, siostrę naszą, która jest diakonisą zboru w Kenchreach, abyście ją przyjęli w Panu, jak przystoi świętym, i wspierali ją w każdej sprawie, jeśliby od was tego potrzebowała, bo i ona była wielu pomocna, również mnie samemu” [w. 1-2].

Jak wynika z tego fragmentu, już wtedy praktykowano pisanie listów polecających. Gdy jakiś wierzący wybierał się w drogę i miał trafić do środowiska, w którym nie był znany, wówczas ci, którzy byli tam znani, pisali specjalny list, który zabierał ze sobą, aby gdy dotrze do celu, nie musiał się przebijać przez barierę nieznajomości i budować zaufanie od podstaw, lecz żeby od razu mógł tam zaistnieć jako brat w Chrystusie.

Nie można było wszędzie, tak po prostu wkroczyć sobie jako brat, gdyż już na samym początku chrześcijaństwa pełno było fałszywych braci, kombinatorów i naciągaczy, ludzi żądnych łatwego zysku i popularności. Gdy więc wierzący kilkakrotnie „przejechali” się na takich ludziach, doszli do wniosku, że dobrą rzeczą byłoby wysłanie listów polecających. Wzmiankę o takiej praktyce spotykamy na przykład w Drugim Liście do Koryntian, w trzecim rozdziale, gdzie czytamy: „Czy znowu zaczynamy polecać samych siebie? Alboż to potrzebujemy, jak niektórzy, listów polecających do was albo od was?” [w. 1]. Cóż to znaczyło?

Znaczyło to, że praktykowano wysyłanie takich listów, lecz apostoł Paweł, jako postać znana we wszystkich zborach, nie potrzebował listu polecającego. Gdy do naszego zboru przyjeżdża prezbiter naczelny, nie musi mieć listu polecającego, bo jest powszechnie znany. Jednak gdybym ja pojechał gdzieś do zboru, z którym nigdy nie miałem do czynienia i chciał tam głosić Słowo Boże, to dobrze byłoby, gdybym miał ze sobą list polecający od kogoś znanego ludziom w tamtejszym zborze.

Podobnie, gdyby ktoś z naszego zboru udawał się na studia do innego miasta, wówczas zadzwoniłbym lub napisałbym list do pastora tamtejszego zboru z prośbą, by go przyjął, jak siostrę czy brata w Chrystusie. Taki anons sprawiłby, że młody człowiek trafiający do obcego mu środowiska, jest tam od razu przyjęty i obdarzony stosownym zaufaniem.

Nieraz już bywało tak, że niektórzy wierzący ponieśli szkody przyjmując ludzi przez nikogo nie polecanych. Nawet w naszym zborze mieliśmy taki problem. Któregoś dnia pojawił się jakiś pseudo brat imieniem Damian, niby z Filadelfii, będący tu na wakacjach, a potrzebujący pieniędzy na dojazd do Frankfurtu. Gdy nie dałem wiary jego opowieściom i zacząłem telefonować tu i ówdzie, okazało się, że ten człowiek tak naprawdę, to jest gdzieś spod Wejherowa i chciał nas tylko pociągnąć za kieszeń.

Potrzeba więc było dawniej i nadal potrzeba w środowisku chrześcijańskim listów polecających.  Głównie z tego powodu, że jest to środowisko bardzo otwarte. Bardzo dobrze, że takie jest. Ponieważ jednak otwartość wiąże się z tym, że przez otwarte drzwi może się też zawsze wślizgnąć ktoś fałszywy, stąd była wtedy potrzeba listów polecających. W Dziejach Apostolskich - jeśli kogoś to  interesuje, niech poszuka - jest wzmianka o tym, że nawet taki wybitny kaznodzieja jak Apollos, także potrzebował polecenia, gdy wybierał się do innego zboru.

Tak więc w naszym tekście mamy siostrę Febę, diakonisę w zborze w Kenchreach. Udawała się ona do Rzymu z rekomendacją apostoła Pawła. Feba pełniła funkcję polegającą na udzielaniu pomocy prawnej osobom obcym i wyzwoleńcom w Kenchreach, porcie korynckim, w którym przebywało wielu obcokrajowców. I jak czytamy: „(...) była wielu pomocna (...)” [w. 2]. Była więc taką obrotną i skuteczną kobietką, która umiała odpowiednio się zakręcić i pomóc ludziom w różnych kwestiach prawnych. Należała do zboru i jej służba nie ograniczała się do udziału w nabożeństwie. Myślała także o tym, jak w inny sposób być przydatną dla ludzi.

Teraz udawała się do Rzymu i sama poniekąd była w potrzebie. Nie wiemy dokładnie w jakim celu tam jechała, lecz to kim była, może wskazywać, że jechała tam w celu załatwienia określonych spraw, być może spraw sądowych, związanych z jej działalnością w Kenchreach. 

Apostoł Paweł napisał więc do Rzymian, aby ci przyjęli ją w Panu i zaopiekowali się nią, osamotnioną w obcym mieście. Wyznaczył przy tym normę, w jaki sposób powinni się nią zająć: „(...) jak przystoi świętym (...)” [w. 2]. Taka instrukcja jest dla nas wystarczająca. Każdy w sercu czuje, co to znaczy postąpić tak, jak przystoi świętemu. Więcej tłumaczyć nie trzeba. Święty to ktoś, kto postępuje, jak sam Pan Jezus by na jego miejscu postąpił.

Apostoł Paweł polecał Febę i myślę, że odczuwał przy tym czystą przyjemność. Ja też zawsze odczuwam samą przyjemność, gdy mogę kogoś polecić innym. Gdy mogę o kimś powiedzieć, że to jest sprawdzony brat, sprawdzona siostra, że tyle czasu trwają w Panu, że są praktycznie pomocni i życzliwi. Jest to wspaniałe i piękne uczucie.

Czytajmy następne wersety: „Pozdrówcie Pryskę i Akwilę, współpracowników moich w Chrystusie Jezusie, którzy za moje życie szyi swej nadstawili, którym nie tylko ja sam dziękuję, ale i wszystkie zbory pogańskie, także zbór, który jest w ich domu” [w. 3-5].

Czytamy tu o Prysce i Akwili – małżeństwie, prowadzącym dość koczowniczy tryb życia. Jak wynika z osiemnastego rozdziału Dziejów Apostolskich, wpierw mieszkali oni w Rzymie, skąd musieli się wynieść, kiedy to w 52 roku cesarz Klaudiusz wydał edykt wydalający Żydów z Rzymu. Wtedy przenieśli się do Koryntu, gdzie spotkali Pawła. Prowadzili zakład rzemieślniczy zajmujący się szyciem namiotów, a że Paweł znał się na tym, dołączył do nich. Już wtedy założyli oni zbór w swoim domu, a Paweł głosił tam ewangelię.

Potem Paweł udał się do Efezu, a oni razem z nim. Tam znów założyli zbór w swoim domu. W tym czasie do Efezu przybył Apollos, wybitny kaznodzieja, niedostatecznie jednak znający drogę Bożą. Pryska i Akwila posłuchali go i zajęli się nim, wykładając mu dokładniej drogę Pańską. Pomyślmy: Zwykli rzemieślnicy wykładali wybitnemu kaznodziei drogę Pańską! Czy tak można? Oj, można, a nawet trzeba! Dlatego odważnie podchodźcie do kaznodziejów i jeżeli w ich posłudze widzicie duchowe braki, wskazujcie im na nie. Jeśli to prawdziwi bracia, to posłuchają i postarają się skorzystać z tej rady. Apollos skorzystał.

Później, najwidoczniej małżeństwo to znów znalazło się w Rzymie, czytamy bowiem w naszym tekście, że Paweł prosił zbór w Rzymie o to, by ich pozdrowili. Na tym jednak nie koniec. Ostatnia wzmianka biblijna o Prysce i Akwili  każe wnioskować, że znów przenieśli się do Efezu. Ciągle się przemieszczali. Byli jednak ludźmi zaangażowanymi, otwartymi, chętnie kontaktującymi się z innymi wierzącymi. Mieli otwarte nie tylko serce, ale i swój dom.

Było coś zadziwiającego w tym małżeństwie. Posiadali dar łączenia pracy zawodowej ze służbą Pańską. Byli rzemieślnikami. Mieli swój interes i musieli go pilnować, by się należycie kręcił. Jednocześnie jednak patrzyli na to, czego Bóg od nich chciał, gotowi wszystko zostawić, by iść tam, gdzie Pan chciał ich posłać. Tajemnicą dla nas pozostaje to, jak Bóg im objawiał, że mają się przenosić. Stwierdzamy natomiast, że jeśli ktoś naprawdę służy Bogu, to sprawy zawodowe będą na drugim miejscu. Przynajmniej tak było w tym małżeństwie. Apostoł Paweł nazwał ich współpracownikami swoimi w Chrystusie. Byli tak znani, że wszystkie zbory poganochrześcijańskie coś im zawdzięczały.

Dzisiaj także, nawet w naszym zborze, mogą być takie domy, takie mieszkania, gdzie ludzie chętnie przebywają, do których wręcz lgną wszyscy, bo tam spotyka ich ciepło, bo tam chce się być. Takie ośrodki ciepła duchowego, gdzie miłość chrześcijańska jest odczuwalna.

Niech ten przykład Pryski i Akwili pobudzi nas do refleksji, czy czasem i z naszego domu nie warto byłoby zrobić takiego ośrodka? Warto byłoby tak zrobić! Można to zrobić i oby takich rodzin było jak najwięcej!

Wspomnę jeszcze tylko, że Pryska musiała być wybitną osobą, ponieważ na sześć wzmianek w Nowym Testamencie, cztery razy jest ona wymieniona przed jej mężem Akwilą, co było ewenementem w tamtych czasach. Zwyczajowo bowiem najpierw wymieniało się mężczyznę, a dopiero potem kobietę.

Od wersetu 5. rozpoczyna się bardzo długa lista rozmaitych pozdrowień. Mamy tu dość pokaźną liczbę różnych ludzi z różnych stron, którzy tam, w tym rzymskim zborze przebywali. Nie ma co się dziwić, skoro „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”. Tak samo dzisiaj, w większych ośrodkach miejskich przebywają ludzie z różnych mniejszych miejscowości. Na przykład w Warszawie, w zborze stołecznym można spotkać ludzi z całej Polski. Jeżeli więc pisałbym list do tego zboru, a wiedziałbym, że są tam moi znajomi, prosiłbym przywódców, by pozdrowili tego lub owego, chociaż faktycznie nie są oni stałymi mieszkańcami Warszawy.

Apostoł Paweł też zetknął się z różnymi ludźmi podczas swojej służby, którzy potem przebywali w Rzymie. Wymienia ich więc po kolei: „(...) Pozdrówcie Epeneta, umiłowanego mojego, który jest pierwszym wierzącym w Chrystusa w Azji. Pozdrówcie Marię, która wiele dla was się natrudziła. Pozdrówcie Andronika i Junię, rodaków moich i współwięźniów moich, którzy są zaszczytnie znani między apostołami: a którzy już przede mną byli chrześcijanami. Pozdrówcie Ampliata, umiłowanego mojego w Panu. Pozdrówcie Urbana, współpracownika naszego w Chrystusie, i Stachysa, umiłowanego mego. Pozdrówcie Apellesa, wypróbowanego w Chrystusie. Pozdrówcie tych, którzy są z domu Arystobula.

Pozdrówcie Herodiona, rodaka mego. Pozdrówcie tych, którzy są z domu Narcyza, a należą do Pana. Pozdrówcie Tryfenę i Tryfozę, które pracują w Panu. Pozdrówcie Persydę, umiłowaną, która wiełe pracowała w Panu. Pozdrówcie Rufa, wybranego w Panu, i matkę jego, i moją. Pozdrówcie Asynkryta, Flegonta, Hermesa, Patrobę, Hermasa i braci, którzy są z nimi. Pozdrówcie Filologa i Julię, Nereusza i siostrę jego, i Olimapasa, i wszystkich świętych, którzy są z nimi” [w. 5-15].

Przyjrzyjmy się niektórym z tych pozdrowień. „(...) Pozdrówcie Epeneta, umiłowanego mojego, który jest pierwszym wierzącym w Chrystusa w Azji” [w. 5]. Apostoł Paweł dotarł więc do Azji, głosił ewangelię, a ten człowiek  pierwszy się nawrócił. To jest piękne. Był to pierwszy człowiek z Azji, który postanowił iść za Jezusem. Jest więc powód do pozdrowień.

Pozdrówcie Andronika i Junię, rodaków moich i współwięźniów moich, którzy są zaszczytnie znani między apostołami, a którzy już przede mną byli chrześcijanami” [w. 7]. Oto  jakieś małżeństwo pochodzenia żydowskiego.  Sami nie pełnili służby apostolskiej, ale odegrali jakąś ważną rolę w służbie apostołów. Słudzy Boży potrzebują dojrzałych, wieloletnich chrześcijan, którzy mogliby stać się ich powiernikami i mentorami. Są tacy ludzie. Nie muszą być wcale zaangażowani w publiczną posługę, a jednak są bardzo cenieni w środowisku aktywnych kaznodziejów. Służą im radą, wspierają dobrym słowem, udzielają gościny. Czasem tak bywa, że człowiek nie pełniący publicznie żadnej służby, jest bardziej znany niż ci, którzy tę służbę pełnią. Piękne jest to, że apostoł Paweł zauważał takich ludzi i słał im pozdrowienia.

Pozdrówcie Ampliata, umiłowanego mojego w Panu. Pozdrówcie Urbana, współpracownika naszego w Chrystusie, i Stachysa, umiłowanego mego” [w. 8-9]. Jest w tych pozdrowieniach jakiś ładunek emocjonalny. Jest szczere uczucie! Jest  coś, co pochodzi prosto z serca apostoła Pawła. To nie było chłodne pozdrowienie, ani wysyłane zwyczajowo życzenia świąteczne, według listy kontrahentów. Tutaj wyczuwa się miłość.

Pozdrówcie Apellesa, wypróbowanego w Chrystusie” [w. 10]. Oto człowiek cieszący się w środowisku ciekawą opinią. Mówiło się o nim, że jest wypróbowany w Chrystusie. Musiał więc przejść przez wiele ucisków i doświadczeń. Najwidoczniej wytrwał  w tych próbach. To wielka rzecz! „Błogosławiony mąż, który wytrwa w próbie, bo gdy wytrzyma próbę, weźmie wieniec żywota, obiecany przez Boga tym, którzy go miłują” [Jk 1,12]. Apelles w oczach apostoła Pawła miał opinię człowieka wypróbowanego.

Pozdrówcie tych, którzy są z domu Arystobula” [w. 10]. Być może chodzi tutaj o dom z rodziny królewskiej, związany z królem Herodem Agrypą II. Jeden z kuzynów Agryppy nazywał się właśnie Arystobul i mieszkał w Rzymie. Wpływ ewangelii był wielki. Nawracali się ludzie z bardzo różnych środowisk społecznych. Przy innej okazji apostoł przekazywał innemu zborowi następujące pozdrowienia: „Pozdrawiają was wszyscy święci, zwłaszcza zaś ci z domu cesarskiego” [Flp 4,22]. 

Pozdrówcie tych, którzy są z domu Narcyza, a należą do Pana” [w.11]. Interesująca formuła pozdrowienia, czyż nie? Trzeba zauważyć, że pozdrowienia apostoł przesłał nie dla wszystkich domowników Narcyza, a tylko dla tych, którzy należą do Pana. Zauważył tę różnicę wśród domowników Narcyza. Utożsamił się z tymi, którzy należeli do Pana i ich pozdrowił. Być może w tym domu byli i tacy, którzy się naśmiewali z wiary w Chrystusa, dokuczali wierzącym domownikom. Pozdrowienia Pawłowe nie były więc zwyczajowo zaadresowane do wszystkich. Paweł pozdrawiał w duchu jedności. Pozdrawiał tych, którzy żyli we wspólnocie wiary. 

Pozdrówcie Tryfenę i Tryfozę, które pracują w Panu” [w. 12]. Jest domysł, że Tryfena i Tryfona to były bliźniaczki. Ich imiona znaczą Delikatna i Wątła. Czytamy jednak, że pracowały w Panu. Dosłownie użyty jest tu czasownik kopiao, co znaczy trudzić się, aż do całkowitego wyczerpania, wszystko poświęcić swojej pracy, pracować do kresu możliwości. Trudziły się więc w Panu. Jeżeli te imiona w jakiś sposób odzwierciedlały ich kondycję psychofizyczną, to wydane tu o nich świadectwo, nabiera szczególnej wymowy. Delikatne i wątłe, łatwo mogłyby usprawiedliwić rezygnację z pracy. One jednak pracowały. Bierzmy z nich przykład.

Pozdrówcie Rufa, wybranego w Panu, i matkę jego, i moją” [w. 13]. Być może Ruf był synem Szymona Cyrenejczyka, który niósł krzyż Pana Jezusa, kiedy Ten upadał pod krzyżem i nie dał rady nieść go sam. W Ewangelii Marka, 15,21, napisane jest bowiem: „I zmusili niejakiego Szymona Cyrenejczyka, ojca Aleksandra i Rufa, który szedł z pola i przechodził mimo, aby niósł krzyż jego”. Niewykluczone, że chodzi o tego właśnie Rufa. Nie mamy pewności, ale jeśliby tak było, to jakże byłoby to piękne! Ojciec został pewnego dnia przymuszony przez rzymskiego żołnierza do tego, by nieść krzyż Chrystusowi, a jego synowie stali się potem naśladowcami tegoż Chrystusa! 

Na tej liście znalazła się też matka Rufa, która najwidoczniej potrafiła matkować nie tylko własnemu synowi. Są matki, które bardzo troszczą się o swoje dzieci, ale jakby nie mają serca do obcych. Ta kobieta okazała apostołowi Pawłowi – człowiekowi, który codziennie znosił trudy służby i zmagał się z nienajlepszym zdrowiem – matczyną troskę. Być może jakoś zadbała o jego ubranie albo o odżywianie. Nie wiemy tego dokładnie, ale niewątpliwie przypadła mu do serca, skoro nazwał ją też swoją matką.

Ta lista pozdrowień pokazuje, że apostoł Paweł wcale nie był antyfeministą. Docenił tutaj cały zastęp kobiet. Zauważał ich służbę, użyteczność i chwalił je. Uwiecznił ich imiona w Piśmie Świętym. Jeśli więc apostoł Paweł napisał przy innej okazji, że nie pozwala kobiecie głosić w zborze, to na pewno kierował się objawieniem Bożym, a nie osobistą niechęcią do kobiet.

Werset 16.: „Pozdrówcie jedni drugich pocałunkiem świętym. Pozdrawiają was wszystkie zbory Chrystusowe”. Czytamy tutaj o pocałunku świętym. Niektórzy napisali pokaźne książki wyjaśniające kwestię świętego pocałunku. Apostoł Paweł zachęcał do niego w Pierwszym i w Drugim Liście do Koryntian, w Pierwszym Liście do Tesaloniczan, a apostoł Piotr w Pierwszym Liście Piotra, w piątym rozdziale. O jaki pocałunek chodzi?

Mowa jest o tym, żeby się po prostu serdecznie ucałować. Jednak z grecko-polskiego Nowego Testamentu dodatkowo dowiadujemy się, co ma towarzyszyć temu pocałunkowi: „Pozdrówcie jedni drugich przez ukochanie święte”. Użyte tutaj greckie słowo wyraża najwznioślejszą miłość, jaka może zaistnieć między ludźmi. Chodzi mianowicie o przyjaźń, o serdeczne nastawienie jednego do drugiego. Jeśli człowiek naprawdę tak serdecznie miłuje bliźniego, to mówi: Daj buziaka! A dlaczego jest on nazwany świętym pocałunkiem? Po to, by odróżnić go od pocałunków nieświętych, od rozmaitych innych pocałunków, jakie ludzie między sobą wymieniają. Po prostu jest to pocałunek czysty moralnie i etycznie. 

To piękne, że wierzący w tamtych czasach tak się pozdrawiali. Wyrażało to ich serdeczną więź, przyjaźń, wdzięczność jaką żywili względem siebie nawzajem. Niektórzy mówią, że pozdrowienia nie mają większego znaczenia. Osobiście uważam, że są ważne i na podstawowym poziomie wyrażają miłość wzajemną. Gdy ktoś zostaje chory w domu, podczas gdy jego rodzina idzie na zgromadzenie zboru, to po ich powrocie oczekuje on pozdrowień. Jest to dla niego tak ważne, czy ktoś ze zboru zauważył jego nieobecność. Jest to naprawdę ważne. Dlatego pozdrawiajmy się wzajemnie! Jak najbardziej także poprzez święty pocałunek!

Po tych pozdrowieniach, apostoł Paweł nagle powrócił jeszcze do bardzo ważnej sprawy. Czytajmy od 17. wersetu: „A proszę was, bracia, abyście się strzegli tych, którzy wzniecają spory i zgorszenia wbrew nauce, którą przyjęliście; unikajcie ich. Tacy bowiem nie służą Panu naszemu, Chrystusowi, ale własnemu brzuchowi, i przez piękne a pochlebne słowa zwodzą serca prostaczków. Albowiem posłuszeństwo wasze znane jest wszystkim; dlatego raduję się z was i chcę, abyście byli mądrzy w tym, co dobre, a czyści wobec zła. A Bóg pokoju rychło zetrze szatana pod stopami waszymi. Łaska Pana naszego, Jezusa, niechaj będzie z wami” [w. 17-20].

Dla kogoś takiego jak apostoł Paweł, kto wielu ludzi przyprowadził do Chrystusa, kto globalnie myślał o rozwoju Kościoła, była to sprawa bardzo ważna. Paweł nie mógł nie myśleć o zagrożeniach, jakie zakradały się do zborów ze strony niektórych złych ludzi. Przestrzegł więc wierzących w Rzymie przed tymi, którzy wzniecają spory i zgorszenia wbrew nauce, którą Rzymianie przyjęli. Zborowi nie groziła herezja, że zaczną nagle głosić złą naukę ale groziło im niebezpieczeństwo polegające na wzniecaniu sporów między sobą i na zgorszeniach.

Spory są niezgodne z nauką, którą przyjęliśmy. Są jednak ludzie, którzy wprawdzie nie próbują zasiać nowej nauki w zborze, ale mają w sobie diabelski talent do tego, żeby ludzi poróżnić między sobą. Zawsze coś tam zauważą, podpowiedzą, zasugerują, w wyniku czego ludzie zaczynają na siebie krzywo patrzeć. Apostoł pouczył, by takich ludzi unikać. W grece napisane jest, byśmy się dosłownie „odchylali” od takich. Jaki mogą oni wywierać na nas wpływ? Tak jak tutaj czytamy: „(...) przez piękne a pochlebne słowa zwodzą serca prostaczków” [w. 18]. W Biblii niemieckiej: „(...) przez słowa dobrotliwe i błogosławione…”. W grecko-polskim Nowym Testamencie oddane jest to tak: „(...) poprzez łagodne mówienia i wysławiania zwodzą serca nieznających zła”.

Zwodzili więc ludzi, którzy niczego złego się nie spodziewali. Którym do głowy by nie przyszło, że ktoś w zborze może coś knuć, że za jego pozytywną mową mogły kryć się jakieś złe zamiary. Rzeczywistość okazała się brutalna. Byli tam tacy, którzy przez piękne słowa urabiali sobie serca prostolinijnych, żeby nie powiedzieć, naiwnych braci i sióstr. Takie rzeczy wtedy miały miejsce. I niestety, mają miejsce nadal!

Na czym polega podchwytliwość takiego działania? Pozwolę sobie zacytować fragment z komentarza Listu do Rzymian Vernera de Boora: „Oto zwodziciele wyrażali się tak pięknie w słowach pełnych miłości i pobożności, że każdy, kto ośmieliłby się wystąpić przeciwko tym łagodnym ludziom, musiałby wydać się sobie złym człowiekiem. Prostaczkowie dają się na to złapać. Nie umieją oceniać przenikliwie i trzeźwo w swej niewinności. Nie wyobrażają sobie, że za przyjaznymi i pobożnymi słowami kryją się egoistyczne i zmysłowe cele”.

Niektórzy wierzący, jak słyszą, tak przyjmują. Nie mają tej wnikliwości, by dostrzec kryjące się za pozytywnym postępowaniem egoistyczne cele. Posłużmy się ilustracją: Oto ktoś zapragnął zaistnieć, wybić się jakoś w zborze, wyrobić sobie markę duchowego człowieka. W jakimś momencie zaczyna nawoływać zbór do modlitwy o uznanego już przywódcę, który rzekomo zaczął coś nie tak głosić. Zakłada nawet post w jego intencji, aby go ratować. Nieświadomi rzeczy ludzie zaczynają postrzegać go więc, jako prawdziwie uduchowionego brata. Jednak rzeczywisty cel jego kampanii jest taki, by wszyscy wierzący w tym zborze za rok uznali go za lepszego i bardziej duchowego od dotychczasowego przywódcy. Takie postawienie sprawy gwarantuje mu w zborze lepsze notowania, nawet jeśli dotychczasowy przywódca w niczym wcale nie uchybił. Najzwyczajniej pastor nadal wiernie trwa przy Panu, a ludzie już myślą, że zawdzięczają to modlitwie wstawienniczej owego „bohatera”. Bądźmy świadomi, że takie nieczyste motywacje mogą wystąpić nawet w kręgach zborowych.

Oczywiście, nie zawsze, gdy ktoś w czyjejś sprawie zakłada post, oznacza to, że stoi za tym podobny pomysł. Próbuję tu jedynie zilustrować to, jak to może się stać, że człowiek przez piękne i pochlebne słowa może zwodzić serca prostaczków i tak naprawdę doprowadzać do napięć między wierzącymi. Inny przykład: Oto dowiadujesz się, że ktoś popełnił grzech i wymaga napomnienia. Ogół wierzących nic jednak nie wie o tym grzechu. Nie wie też i tego, że narażenie się temu człowiekowi mogłoby cię wiele kosztować, czego ty jesteś świadomy. I tak oto któregoś dnia dochodzi do sytuacji, gdy publicznie wypowiadasz się na jego temat. Mówisz o  tym upadłym grzeszniku w samych superlatywach. Chwalisz go i nie poruszasz kwestii jego grzechu, która przecież domaga się publicznego napiętnowania tego człowieka, a nie wychwalania go pod niebiosa. Gdy tak sympatycznie wypowiadasz się o tym nicponiu, ludzie zaczynają przyjmować twoje słowa, jako prawdę o nim. Udaremniasz więc pewien Boży proces, który koniecznie powinien zostać zapoczątkowany. Pominąłeś naganę, ponieważ miałeś ku temu jakieś ukryte powody. Nie chciałeś się narazić temu człowiekowi. Za cenę swojego tak zwanego świętego spokoju zwiodłeś serca prostaczków.

Jeszcze inny przykład. Wyobraźmy sobie, że jestem człowiekiem, który boi się jakiegokolwiek konfliktu z innymi ludźmi i za wszelką cenę unika konfrontacji. Chcę być po prostu przez wszystkich lubiany i ceniony jako miły brat Marian. Ktoś w moim otoczeniu jednak źle wywiązuje się ze swoich obowiązków. Niedbale pełni służbę, psuje dobre pomysły i jest leniwy. Należałoby to zmienić, ja jednak nadal prawię mu komplementy, gratuluję mu wytrwałości i przemilczam jego złe postawy. Większość z was powoli ulega moim opiniom. Wprawdzie sami też poniekąd obserwujecie jego zachowanie i służbę, ale słyszycie, co mówię o nim. Coś wam tu nie gra, ale pomimo wewnętrznego niepokoju, zaczynacie myśleć, że chyba tak należy na niego patrzeć. Ten człowiek, oczywiście, jest z tego jak najbardziej zadowolony. Wydaje się, że tak jest dobrze, bo wszystkim jest miło. Niestety, nie! Z powodu tej maskarady ktoś mógłby pomyśleć, że chyba jednak nie trzeba się aż tak bardzo przejmować służbą Bożą, skoro źle wykonane zadania spotykają się wśród nas z pochwałami. Wypaczylibyśmy zdrową naukę apostolską, która mówi, że jeśli ktoś dobrze służy, powinien być podwójnie nagrodzony, a jeśli kto nawala w służbie, powinien być napomniany.

Taka jest ta droga. Otaczają nas ludzie działający z różnych pobudek. Apostoł Paweł chciał, aby wierzący byli mądrzy w tym, co dobre. Chciał uchronić wierzących przed takimi ludźmi. Mądrość potrafi przecedzić piękne słowa i zajrzeć głębiej, by zobaczyć ich motywy. Potrafi spojrzeć na historię, która stoi za człowiekiem wypowiadającym piękne słowa. Mądry, zanim da posłuch jakimś słowom, upewni się wpierw, co one znaczą? Czy stoi za tym rzeczywistość, czy są to tylko piękne, puste słowa, używane do tego, by zwieść prostaczków, by zrobić na ludziach dobre wrażenie.

Wbrew pozorom ostrzeżenie to jest wciąż na czasie i ważne jest ono także w naszych zborach. Niektórzy już się o tym przekonali, bo nieźle przejechali się na pochlebnych słowach. Myśleli, że jest tak, jak słyszeli, a okazało się, że jest inaczej. Były piękne słówka, gładka mowa, a za nią kryło się mnóstwo przewrotności.

Wierzący w Rzymie mieli opinię ludzi posłusznych Bogu. Ta postawa była miła w oczach Bożych i wywoływała radość w sercu Pawła. Apostoł napisał więc: „Albowiem posłuszeństwo wasze znane jest wszystkim; dlatego raduję się z was i chcę, abyście byli mądrzy w tym, co dobre, a czyści wobec zła” [w. 19]. Co to znaczy być mądrym w tym, co dobre? Co to znaczy być czystym wobec zła? 

Dla człowieka butnego i samowolnego powyższe polecenia uwierają, niczym kość w gardle. Dla człowieka posłusznego natomiast stanowią wielką motywację i otwierają możliwości osobistego rozwoju. Postawa posłuszeństwa i uległości kryje jednak w sobie ten mankament, że może być źle wykorzystywana i nadużywana. Posłuszny człowiek łatwo może stać się łupem niegodziwca. Może dojść do tego, że mając czyste motywacje, będzie służył złym celom. Może też się zapętlić w tym co dobre. Gdy zabraknie mu mądrości, nawet jako rzecznik dobrej sprawy zacznie szkodzić sobie i swoim bliźnim. „Gdzie nie ma rozwagi, tam nawet gorliwość nie jest dobra; kto śpiesznie kroczy naprzód, może się potknąć” [Prz 19,2]. Dlatego apostoł zalecił wierzącym mądrość w tym, co dobre i czystość wobec zła. Dopóki siły ciemności działają na świecie, wierzący wciąż jest niepokojony i zwodzony. Wciąż trzeba zachowywać czujność. Wciąż trzeba rozpoznawać taktykę diabła i prowadzić duchową walkę. Wkrótce jednak nadejdzie ostateczne zwycięstwo! „Bóg pokoju rychło zetrze szatana pod stopami waszymi” - zapewnia Słowo Boże [w. 20]. Gwarancją dotrwania do samego końca jest przyobiecana nam łaska Pana naszego, Jezusa Chrystusa.

Następnie apostoł przeszedł do przekazania Rzymianom pozdrowień od ludzi z kręgów swoich współpracowników: „Pozdrawia was Tymoteusz, współpracownik mój, i Lucjusz, i Jazon, i Sozypater, rodacy moi. Pozdrawiam was w Panu, ja, Tercjusz, który ten list pisałem. Pozdrawia was Gajus, gospodarz mój i całego zboru. Pozdrawia was Erast, skarbnik miejski, i brat Kwartus. Łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa, niech będzie z wami wszystkimi. Amen” [Rz 16,21-24].

Nie tylko tam w Rzymie byli ludzie oczekujący na pozdrowienia. Obok Pawła byli ludzie, którzy pragnęli pozdrowienia przekazać. To ważna wskazówka. Lubimy otrzymywać pozdrowienia? Miło nam jest, gdy ktoś o nas pamięta i przesyła nam pozdrowienia? „A jak chcecie, aby ludzie wam czynili, czyńcie im tak samo i wy” – nauczał nasz Pan. Pamiętajmy więc, by pozdrawiać wierzących z innych zborów i miejscowości! To wyraża naszą więź i wspólnotę wiary w Pana naszego, Jezusa Chrystusa!

W zakończeniu tego wielkiego Listu pojawia się hymn pochwalny na cześć samego Boga. „A temu, który ma moc utwierdzić was według ewangelii mojej i zwiastowania o Jezusie Chrystusie, według objawienia tajemnicy, przez długie wieki milczeniem pokrytej, ale teraz objawionej i przez pisma prorockie według postanowienia wiecznego Boga obwieszczonej wszystkim narodom, żeby je przywieść do posłuszeństwa wiary - Bogu, który jedynie jest mądry, niech będzie chwała na wieki wieków przez Jezusa Chrystusa. Amen” [Rz 16,25-27].

Nie byłoby ewangelii, nie byłoby zboru w Rzymie. Nie byłoby apostoła Pawła ani też żadnego Listu do Rzymian. Nie byłoby ani jednego człowieka posłusznego Bogu, gdyby Bóg w swojej łasce i mądrości nie postanowił odkryć ludziom tajemnicy, w jaki sposób mogą z Nim się pojednać! Wszystko to ma swoje źródło w Bogu i jest owocem Jego mądrości! Całe to błogosławieństwo przyszło do nas i  urzeczywistniło się w Jezusie Chrystusie!

Dlatego też to nie święty Paweł jest mądry i godzien podziwu. Nie starotestamentowi prorocy, którzy zapowiadali nadchodzące zbawienie są godni pochwały. Bóg jest godzien chwały!

Pora kończyć nasze rozważania Listu do Rzymian. Przed nami sześćdziesiąt pięć innych ksiąg biblijnych. "Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany" [2Tm 3,16-17].

24 września, 2022

Abyśmy nowe życie prowadzili - wykład 21. [Rz 15,1-33]

[zapis słowa mówionego]

Będziemy się dzisiaj zajmować piętnastym, przedostatnim rozdziałem Listu do Rzymian. Jak pamiętacie, pierwsza część tego listu, to część teologiczna, gdzie przedstawiono dużo doktryny, nauki Bożej na temat pogan, Żydów i Kościoła. Słuszną rzeczą jest, aby każdy chrześcijanin posiadł dobrą, zdrową doktrynę. Jednakże już od dwunastego rozdziału w Liście do Rzymian pojawiła się strona praktyczna. Rozważaliśmy, jak ta teologia ma być zastosowana. Drugą, nie mniej ważną stroną życia każdego chrześcijanina jest umiejętność przełożenia nauki Bożej na język praktyczny. W jaki sposób zdrową naukę realizować w swoim życiu? Trzeba koniecznie to wiedzieć.

Jednak nie tylko należy znać naukę i potrafić ją umiejscowić w praktyce, ażeby wiedzieć, co w danym momencie należy robić. Potrzebne jest jeszcze coś więcej. Rzecz w tym, by tę dwustronną wiedzę naprawdę zastosować. Nie raz mówimy, że nie mamy problemu z brakiem poznania, jak wierzyć i co w danej sytuacji należałoby zrobić. Nasz problem tkwi w tym, że tak nie postępujemy.

Mamy dobre poglądy. Potrafilibyśmy drugiemu człowiekowi łatwo powiedzieć, co powinien zrobić w danym momencie, tylko że nieraz sami tego nie robimy. Dlatego rozdziały czternasty i piętnasty tego listu są dobitnym przymuszeniem do tego, że nie wolno nam się zatrzymać na samym poznaniu lub teoretycznym przełożeniu tego poznania na język praktyczny. Coś takiego zaledwie pozwala nam na łatwe udzielanie instrukcji dla drugiego człowieka. Koniecznie musimy sami stosować to, co wiemy i czego nauczamy innych. Nie mamy tylko wiedzieć, że trzeba i jak trzeba, ale mamy stosować to w życiu, bo tu dopiero pojawia się prawdziwe chrześcijaństwo.

Wszystko wcześniej to jest tylko teoria. To tylko przygotowanie. To tak, jak człowiek najpierw marzy o jakiej profesji, przygląda się jej, ma pewien obraz danego zawodu i wie, że chce go wykonywać.  Idzie więc do szkoły, poznaje ten zawód od kuchni, ale wciąż nie jest tym policjantem, kucharzem czy marynarzem. Aż wreszcie przychodzi dzień, kiedy dają mu uniform i gdy rozpoczyna się jego praca. Dopiero wtedy można o nim powiedzieć, że jest policjantem czy kimś tam innym. Z pewnością nie od chwili, kiedy w przedszkolu ubrał czapkę policyjną i nazwał się policjantem. Wtedy jeszcze nie był policjantem, choć bardzo poważnie to traktował. Nikt nie jest też jeszcze chrześcijaninem, przez to, że ma dobre poglądy, bo się dowiedział, bo poczytał dobrą książkę, albo wysłuchał serii dobrych kazań. Chrześcijanami stajemy się wtedy, kiedy sami zaczynamy wykonywać Słowo Boże.

Mówię to, dlatego, byśmy nie podeszli do dzisiejszego rozważania jedynie teoretycznie. Nikt z nas nie powinien spędzić tego wieczoru w odczuciu, że bawimy się w teoretyczne dywagacje: Jak to czy tamto powinno wyglądać w zborze i czy tak jest? W tych rozważaniach nie chodzi o odpowiedź na pytanie, jak to powinno wyglądać? Najwyższy czas, abyśmy aż do bólu przejęli się tą sprawą, że musimy naprawdę wykonywać Słowo Boże, bo inaczej będzie to tylko zabawa w Kościół, a nie prawdziwe chrześcijaństwo. „A bądźcie wykonawcami Słowa, a nie tylko słuchaczami, oszukującymi samych siebie” [Jk 1,22]. Dlatego nie wolno nam zbagatelizować żadnego słowa i z piętnastego rozdziału, bo apostoł Paweł, natchniony Duchem Świętym, napisał List do Rzymian, by na nich nacisnąć: Hej! Macie być praktyczni! Gdzie jest to wasze chrześcijaństwo?!

Czytamy więc: „A my, którzy jesteśmy mocni, winniśmy wziąć na siebie ułomności słabych, a nie mieć upodobania w sobie samych. Każdy z nas niech się bliźniemu podoba ku jego dobru, dla zbudowania. Bo i Chrystus nie miał upodobania w sobie samym, lecz jak napisano: Urągania urągających tobie na mnie spadły” [w. 1-3].

Oto wezwanie mówiące, że w zborze Pańskim, nawet jeśli pojawia się coś takiego, jak pewna rozbieżność, że jeden jest dojrzały, mocniejszy w wierze, a drugi słabszy, to w ogóle nie może to być odczuwalne. Taka różnica między wierzącymi nie może się w ogóle rysować. Nie może być tak, że ci silniejsi spotykają się we własnych grupach domowych, mają wspólny język, mają dużą wiedzę, są mądrzy, a ci słabsi, to gdziekolwiek mogą się sobie spotykać, bo są to słabi wierzący.

W zborze Pańskim tak być nie może! „A my, którzy jesteśmy mocni, winniśmy wziąć na siebie ułomności słabych ...” [w. 1]. Czujemy się słabi? Nie. Czujemy się mocni! Więc co mamy robić? Co to praktycznie dla nas znaczy? Oznacza to, że już w ogóle nie widać tych ułomności słabszych, bo wzięliśmy je na siebie. Jeśli widzimy jakąś rysę, zauważamy w kimś jakieś ubóstwo duchowe, natychmiast bierzemy to na siebie. Jak to praktycznie wygląda? Silniejsi po prostu wspomagają, a nawet wyręczają, słabszego i wszystko jest wykonane jak trzeba. Jeśli jest jakaś słabość w którymś z wierzących, inni nie wytykają mu tej niemocy, a biorą ją na siebie, robią to za tego słabego i w świadectwie zboru nie widać żadnej luki!

Nie stają obok i nie kpią: „O! Słaby w wierze!”. To nie jest branie na siebie jego ułomności. To jest  naigrywanie się z jego słabości. Nie zwołują narady nad jego słabością. Nie zostawiają go też samego, skazując go na pastwę losu. W miłości Chrystusowej pamiętają na Słowo Boże: „Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy” [Ga 6,2].

W chrześcijańskim zborze ma panować wzajemny szacunek i wszystko ma służyć zbudowaniu. „Każdy z nas niech się bliźniemu podoba ku jego dobru, dla zbudowania” [w. 2]. Każdy z nas ma zadbać o to, by się podobać drugiemu. Nie w znaczeniu „za wszelką cenę”, bo może dojść do nadużycia, do jakiejś skrajności i nawet Bogu wtedy przestaniemy się podobać. Mądrość w tym jest następująca: Mam się podobać bliźniemu dla jego dobra, ku zbudowaniu. Jest to wyższa szkoła jazdy. To jest właśnie to, czego Bóg oczekuje od zboru.

On oczekuje tego, że nie będę miał upodobania w sobie samym, ale w tym, żeby podobać się drugiemu. Po to, żeby zadbać o jego dobro, o jego zbudowanie. Dlaczego? Bo Chrystus, nasz Mistrz, nie miał upodobania w sobie samym. On stanowi nasz wzorzec. Pan nie przyszedł po to, by Jemu służono, żeby Siebie wynosić, ale po to, by szukać dobra drugiego: „Bo i Chrystus nie miał upodobania w sobie samym, lecz jak napisano: Urągania urągających tobie na mnie spadły” [w. 3]. Przemawia do nas mądrość Słowa Bożego?

Czwarty werset powiada nam, że w zborze obecne winno być studiowanie Słowa Bożego: „Cokolwiek bowiem przedtem napisano, dla naszego pouczenia napisano, abyśmy przez cierpliwość i przez pociechę z Pism nadzieję mieli”. Apostoł pokazał zborowi Pańskiemu potrzebę rozpamiętywania, rozczytywania się w pismach, abyśmy przez pociechę z nich płynącą, mieli nadzieję. Zbór charakteryzuje się tym, że ludzie studiują w nim Pismo Święte, bo z tego Pisma płynie pouczenie. Po to zostało ono w ogóle dane ludziom przez Boga, żeby przez studiowanie tego Pisma, ludzie mogli mieć nadzieję.

Nie jest tak, że wierzący ludzie potrafią utrzymać dobry kontakt ze sobą na dłuższą metę, jeżeli nie będą studiować Słowa Bożego. Nie utrzymają się razem, jeżeli nie będą wczytywać się w Pismo i z niego czerpać nadzieję i pociechę dla siebie. Gdy będą się spotykać, a Pismo Święte pójdzie na bok, bo – jak to czasem słyszę – „mamy taką dobrą relację ze sobą, taki wspaniały kontakt, tak się rozumiemy” – to wcześniej czy później dojdzie do krachu w tych relacjach. Pojawi się jakieś nieporozumienie i cudowna grupa się rozleci. Stanie się tak, ponieważ zabraknie tego, co jest fundamentem, podstawą dobrej społeczności i nadziei zboru. Zbór tylko wtedy emanuje nadzieją, gdy jest w nim obecne studiowanie Pisma Świętego.

Kwestia nadziei pojawia się także w wersecie 13.: „A Bóg nadziei niechaj was napełni wszelką radością i pokojem w wierze, abyście obfitowali w nadzieję przez moc Ducha Świętego”. Nadzieja w zborze jest więc elementem niezwykle ważnym. Prawdziwe grono wierzących ludzi charakteryzuje się nadzieją. Jeżeli zaczyna nam brakować nadziei, co może się zdarzyć, znaczy to, że coś jest nie tak w naszej społeczności z Bogiem. Prawdziwie wierzący ludzie nigdy nie tracą nadziei. Zawsze są pełni nadziei.

Mamy w nadzieję obfitować. Obfitujemy? Czy też łatwiej nam przychodzi widzieć przyszłość w ciemnych barwach? Wierzący człowiek obfituje w nadzieję. Nigdy jej nie traci. Mamy troszczyć się o to, by ta nadzieja była w zborze wyraźna i żywa. Byśmy, jako społeczność, nigdy nie dali się wpędzić w jakiś ślepy zaułek, tam gdzie nadzieja wygasa.

Wersety 5. i 6. powiadają: „A Bóg, który jest źródłem cierpliwości i pociechy, niech sprawi, abyście byli jednomyślni między sobą na wzór Jezusa Chrystusa, abyście jednomyślnie, jednymi usty wielbili Boga i Ojca Pana naszego, Jezusa Chrystusa”. Jest tu więc także wezwanie do jednomyślności. Zbór ludzi wierzących ma być jednomyślny. Niekiedy, może dlatego, że żyjemy w czasach demokracji i każdy ma prawo do własnego zdania, nie bardzo nam pasuje, że wszyscy mamy się ze sobą zgadzać. Nie chcemy, żeby między nami było tak, jak „za komuny”. Gotowi jesteśmy przyjąć taki punkt widzenia, że jeśli w zborze ludzie myślą rozmaicie, że im bardziej różnorodne mają poglądy, tym lepiej.

Oczywiście, że każdy powinien zachowywać swoją osobowość, odrębność i samodzielność myślenia. W apostolskim wezwaniu chodzi jednak o to, żebyśmy w Duchu Świętym, dlatego, że jesteśmy kierowani tym samym Duchem Świętym, osiągali jednomyślność. Wzorcem dla nas wszystkich jest Jezus. Wszyscy mamy tak samo czynić jak On. W ten sposób stajemy się do siebie podobni i w myśleniu, i w działaniu. 

Jest w tym coś złego? Nie. Wręcz przeciwnie. Jest w tym coś dobrego, budującego i pięknego! I nie wolno do siebie dopuszczać tej diabelskiej myśli, że to rzekomo nie za bardzo dobrze wygląda, gdy wszyscy podobnie myślimy i działamy. Mamy być na wzór Jezusa Chrystusa. Można się wstydzić wzorowania na jakimś innym człowieku, ale nie wolno się nigdy wstydzić wzorowania się na Chrystusie. Wręcz odwrotnie. Należy dążyć do tego, by się na Nim wzorować. A czy w Chrystusie jest jakieś rozdwojenie?

Niestety, pomiędzy wierzących ludzi może się coś takiego zakraść, że szczere i prostolinijne naśladowanie Jezusa Chrystusa będzie odbierane jako przesada i fanatyzm. Może się zdarzyć, że jednomyślny zbór spotka się z zarzutem prania ludziom mózgów, despotycznego kierownictwa i działania jak sekta. W oczach tego świata dużo lepiej postrzegana jest taka sytuacja, gdy ludzie w zborze nie są za bardzo jednomyślni duchowo i chętni do dzieł duchowych. Ten duch może się zakraść do zboru. Kiedyś trafiłem w takie środowisko, niby bardzo chrześcijańskie, w którym zaproponowanie wspólnej modlitwy było odbierane, jak jakiś fanatyzm. Przecież wiadomo, że jesteśmy wierzący, że się modlimy, więc co nam tu będziesz proponował modlitwę? Co ty taki pobożniś jesteś? Coś takiego wisiało tam w powietrzu. Słowo Boże natomiast nakreśla następujący obraz zboru: „(...) niech [Bóg] sprawi, abyście byli jednomyślni (...), abyście jednomyślnie, jednymi usty wielbili Boga i Ojca Pana naszego, Jezusa Chrystusa” [w. 4-5].

Jednomyślnie, jednym chórem. Bez skrępowania, bez ograniczeń. Wszystko zawdzięczamy naszemu Panu i nie ma takiej obawy, abyśmy mogli przesadzić w oddaniu Mu chwały i w składaniu Mu dziękczynienia. Niech sobie o nas mówią, że jesteśmy fanatykami, żeśmy monotematyczni, bo ciągle mówimy tylko o tym Jezusie! Ach, żeby ktoś kiedyś o naszym zborze tak powiedział! Byłby to dla nas największy komplement. Gdybym usłyszał taką opinię o naszym zborze, to mógłbym już odchodzić do nieba. Nie wolno nam spocząć, dopóki praktycznie do tego nie dojdziemy.

Teoretycznie to jak najbardziej wiemy, że wierzący powinni razem uwielbiać Boga i robić to jednymi usty. A praktycznie? Praktycznie, to wiemy tylko tyle, że tak trzeba i że tak kiedyś będziemy robić. Jednak, gdy się spotykamy, każdy mówi o czymś innym i nierzadko ograniczamy się do krótkiej modlitwy dziękczynnej za jedzenie, które stoi na stole, a jednymi zgodnymi usty, to co najwyżej zabieramy się do konsumpcji.

Dalej Słowo Boże wzywa wierzących do wzajemnej otwartości i przychylności. Bez tego zbór nie istnieje. Czytamy od 7. do 13. wersetu: „Przeto przyjmujcie jedni drugich, jak i Chrystus przyjął nas, ku chwale Boga. Gdyż powiadam, że Chrystus stał się sługą obrzezanych ze względu na prawdę Bożą, aby potwierdzić obietnice dane ojcom. I aby poganie wielbili Boga za miłosierdzie, jak napisano:, Dlatego będę cię wyznawał między poganami i będę śpiewał imieniu twemu. I znowu mówi: Weselcie się, poganie, z jego ludem. I znowu: Chwalcie Pana, wszyscy poganie, i niech go wysławiają wszystkie ludy. I znowu Izajasz powiada: Wyrośnie odrośl z pnia Jessego i powstanie, aby panować nas poganami; W nim poganie nadzieję pokładać będą. A Bóg nadziei niechaj was napełni wszelką radością i pokojem w wierze, abyście obfitowali w nadzieję przez moc Ducha Świętego”.

Słowo Boże wzywa nas do tego, abyśmy byli w stosunku do siebie otwarci i przyjmowali się nawzajem, bez względu na pochodzenie. W zborze rzymskim był taki problem, że niektórzy byli z Żydów, inni zaś z pogan. Jeden zbór skupiał różnych ludzi. Tak i dzisiaj, nawet w Polsce, w niektórych większych zborach mamy ludzi różnej narodowości, rasy i o różnym wykształceniu. A apostoł napisał: „(...) przyjmujcie jedni drugich, jak i Chrystus przyjął nas, ku chwale Boga” [w. 7]. Co jest tym argumentem, dla którego mamy się tak otworzyć, jak Chrystus? Właśnie przykład samego Chrystusa.

Chrystus przyszedł i dla Żydów, i dla pogan. Chociaż wiemy, że w pierwszej kolejności Pan przyszedł do owiec, które zginęły z Izraela i im głosił zbawienie, im najpierw mówił o Królestwie Bożym. Jednak w praktyce okazało się, że przyszedł nie tylko do Żydów. Powiedział, że ma i inne owce, które także musi przyprowadzić, żeby była jedna owczarnia i jeden pasterz. Żeby wszyscy byli razem. 

Apostoł Paweł, żeby nie zostać posądzonym o herezję dopuszczania pogan, przytoczył tutaj cztery miejsca ze Starego Testamentu, które stanowią dowód na to, że już prorocy Starego Testamentu głosili, że Chrystus przyjdzie także ze względu na pogan. Jest to dowód historyczny, dowód Pisma Świętego Starego Testamentu. Już Dawid mówił: „Dlatego będę cię wyznawał między poganami (...)” A Izajasz: „Wyrośnie odrośl z pnia Jessego i powstanie, aby panować nad poganami; W nim poganie nadzieję pokładać będą”. 

Jest to dowód na to, że skoro Chrystus, chociaż był z innego narodu, gdyż według ciała narodził się jako Żyd – a trzeba tu pamiętać o silnym nacjonalizmie narodu żydowskiego – skoro On przyjął pogan – to i nam nie wolno odsuwać kogoś od siebie, trzymać go na dystans, tylko dlatego, że jest słaby w wierze lub ma inne poglądy. Nie wolno nam się od niego odsuwać tylko dlatego, że jest inny. „(...) przyjmujcie jedni drugich, jak i Chrystus przyjął nas, ku chwale Boga” [w.7]. 

Bóg ma w tym chwałę, gdy jeden wierzący jest otwarty dla drugiego wierzącego, pomimo tego, że ten drugi inaczej się modli, inne ma poglądy, inaczej reaguje na rozmaite sytuacje. Mamy być otwarci i przychylni dla siebie nawzajem. I nie ma to pozostawać samą tylko teorią. Nikt z nas nie może spokojnie pójść spać, dopóki nie zostanie to wprowadzone w praktykę. Jeżeli ktoś zamyka swoje serce dla drugiego chrześcijanina dlatego, że on inaczej wierzy, myśli, wygląda – to nie spełnia norm Słowa Bożego i nie może spokojnie iść spać. Jest to poważna sprawa, bo będziemy z tego rozliczeni przed obliczem Bożym. Wszystko stanie się tam jawne.

Każdego dnia powstaje film z naszych myśli, postaw i zachowań. Niewidzialny, duchowy „tachometr” wszystko dokładnie rejestruje. Zapisuje to, co dzieje się w naszej duszy, gdy patrzymy na innych i co sobie przy tym myślimy. To wszystko zostanie kiedyś ujawnione. Dopóki więc na naszym koncie zapisują się złe rzeczy, nie wolno nam iść spokojnie spać. Przecież powinniśmy się nawzajem przyjmować z otwartością i w przychylności. 13. werset oznajmił nam, że prawdziwą społeczność chrześcijańską cechuje nadzieja, radość, pokój w wierze i zbór, przez moc Ducha Świętego, obfituje w nadzieję!

Teraz przechodzimy do fragmentu, w którym apostoł Paweł przedstawia motywy swojego działania. Czytamy wersety 14. i 15. „Ja sam zaś, bracia moi, mam pewność co do was, że i wy jesteście pełni dobroci, napełnieni umiejętnością wszelkiego rodzaju i możecie jedni drugich pouczać. Jednak napisałem do was, bracia, tu i ówdzie nieco śmielej, chcąc wam to odświeżyć w pamięci, a to na mocy łaski, która mi jest dana przez Boga (...)”.

Zwróćmy uwagę, jak wielkim taktem wykazał się apostoł Paweł, pisząc do zboru w Rzymie. W powyższych słowach dał wyraz pewności, że wierzący Rzymianie są umiejętni, wypełnieni dobrocią, że mogą jedni drugich pouczać. Nie miał takiej postawy, że on wie wszystko, a oni nic. Zobaczmy, jak potrafił doceniać zbór, z którym faktycznie nie miał jeszcze do czynienia. Nawet ich wcześniej nie widział, a tylko słyszał o zborze rzymskim. Pisząc rzeczy mocne, śmiałe, jednocześnie potrafił docenić wartość tego zboru. Wierzył w ich zdolność napominania się i usługiwania sobie nawzajem. Jednakże chociaż był przekonany o ich wysokim poziomie, napisał do nich, chcąc im odświeżyć w pamięci pewne rzeczy. 

Oto piękna postawa troski o drugiego człowieka, w tym wypadku o cały zbór. Uwzględnia ona osiągniętą już dojrzałość i nabytą wiedzę zboru, ale pamięta, że nie wolno nikogo zostawiać samego z tym, co wie, ponieważ w chrześcijaństwie niezwykle ważne jest wzajemne przypominanie i motywowanie się do dalszego działania. 

Powiedzieliśmy już sobie, że raczej nie mamy problemu ze rozumieniem tego, jak należy postępować. Trudność mamy z tym, że brakuje nam bodźca, by w danym momencie zadziałać tak, jak wiemy, że należałoby zadziałać. Dlatego właśnie potrzebny jest nam zbór, społeczność, żeby jeden wierzący przychodził do drugiego i przypominał mu, nawet te najbardziej oczywiste rzeczy. 

Rozmawiałem niedawno z jednym z naszych braci. Gdy zacząłem wskazywać mu określone prawdy Słowa Bożego, on się uśmiechnął i powiedział, że to samo dosłownie przed chwilą mówił komuś innemu. Był podekscytowany, że mu to powiedziałem. Odrzekłem, że faktycznie wypowiedziałem mu same oczywistości, że aż mi wstyd, bo to wszystko jest powszechnie wiadome. A on mi na to, że bardzo dobrze się stało, bo dla upewnienia się w swoich przekonaniach, potrzebował od kogoś to usłyszeć.

Oto dlaczego wzajemnie się potrzebujemy. Dlaczego nikt z nas nie może w odniesieniu do drugiego wierzącego pomyśleć, że skoro jest on dorosły, ma Biblię, uwierzył w Jezusa Chrystusa – to niech sam sobie radzi. W razie czego, gdy będzie miał problem i nas poprosi, to ewentualnie mu pomożemy. A teraz? Po cóż mielibyśmy wtrącać się mu w życie? 

Gdybyśmy byli ludźmi niewierzącymi, może i moglibyśmy taką postawę przyjąć, zwłaszcza będąc w opozycji jedni wobec drugich. Jednakże dlatego, że jesteśmy braćmi i siostrami, przynależymy jedni do drugich – to jesteśmy zobowiązani do okazywania zainteresowania sobą nawzajem. Mamy oczywiście podchodzić do bliźnich taktownie. Nie jak do zupełnych laików, którzy nic nie wiedzą. Mamy uwzględniać to, że inni wierzący też żyją z Bogiem, że mają własne, często już bardzo bogate, doświadczenia z Bogiem i rozmawiają z Nim może nawet więcej niż my. Doceniając ich poznanie, trzeba jednak odważyć się mówić im też pewne rzeczy, które już może są oczywiste.  Należy do nich powracać z miłością, by im ją przypomnieć, by ich zmotywować do dalszej wytrwałości.  Wtedy przyjdą do nas któregoś dnia i powiedzą z miłością coś, co my z kolei wiemy, ale czego być może od jakiegoś czasu już nie robimy. I wtedy dla nas będzie to zbawienne. Tak trzeba nam ze sobą wzajemnie współdziałać.

Apostoł Paweł, odnosząc się z takim szacunkiem do wierzących w Rzymie, jednocześnie przedstawił charakter swojej służby. Objaśnił, że dana mu była przez Boga ta moc łaski, żeby „(...) był dla pogan sługą Chrystusa Jezusa, sprawującym świętą służbę zwiastowania ewangelii Bożej, aby poganie stali się ofiarą przyjemną, poświęconą przez Ducha Świętego” [w. 16]. 

On traktował swoją służbę jako wielki zaszczyt, jako wyróżnienie dane mu przez Boga. Miał przekonanie, że służy to konkretnemu celowi. Był jakby narzędziem w ręku Jezusa Chrystusa, ażeby poganie, czyli ci, którzy przedtem byli dalecy, bez obietnic Bożych, bez żadnej nadziei w tym świecie, „stali się ofiarą przyjemną, poświęconą przez Ducha Świętego”.

Poświęcenie przez Ducha Świętego – to wielka myśl! Co to praktycznie znaczy „być poświęconym”? Znaczy to być oddzielonym od wszystkiego, co pospolite i grzeszne, i przeznaczonym dla Boga. Taka jest – przypominam – główna idea poświęcenia. Święty to nie ktoś z aureolą nad głową, lecz ktoś, kto jest oddzielony od grzechu i jest całym sercem nakierowany na Boga, połączony z Nim. Apostoł Paweł właśnie stwierdził w powyższych słowach, że ma taką służbę w Jezusie Chrystusie, aby ci poganie, którzy dotąd byli zatopieni w grzechu i bez Boga, przez Ducha Świętego stali się święci, aby Duch Święty ich ogarnął i oddzielił od tego wszystkiego, co ich otaczało, a co było grzeszne. 

Wyobrażam to sobie następująco: Oto był jakiś poganin, który przeżył ileś tam lat obracając się w towarzystwie, które organizowało imprezy rozrywkowe, mocno zakrapiane alkoholem. Pewnego dnia usłyszał on ewangelię od apostoła Pawła, przyjął ją i narodził się na nowo. Duch Święty zamieszkał w nim. Nadszedł kolejny piątek i wszyscy jak zwykle szykowali się do tego, by wyskoczyć do pubu czy dyskoteki, by sobie popić i się zabawić. Lecz ten poświęcony przez Ducha Świętego czlowiek, gdy inni ruszali, on nigdzie w takie miejsca już nie chciał iść. Pytali go więc: Co się stało? Czy ci żona zabroniła? Nie masz pieniędzy? Może chory jesteś? Takie powody, to by jeszcze zrozumieli. Ale on im odpowiadał: Nie. Ja się tam źle czuję! Narodziłem na nowo. Chcę teraz w piątek iść na modlitwę, a nie do pubu! Chcę być z wierzącymi.

Tak oto widzimy, że ten poświęcony człowiek, praktycznie zaczął oddzielać się od towarzystwa, któremu przedtem wszędzie dotrzymywał kroku. Faktycznie, nadal wśród nich się obraca, na przykład ze względów zawodowych, ale są już pewne momenty, w których się od nich oddziela. Dlaczego?  Ponieważ Duch Święty poświęcił go, czyli oddzielił go w jego myślach, w sercu od tego, co jest grzeszne. Z tego powodu ten chrześcijanin już nie pójdzie wszędzie tam, gdzie wcześniej chodził.

Taką właśnie rolę pełnił apostoł Paweł i taką rolę również my mamy na tym świecie. Mamy tę zaszczytną służbę, żeby w sercach, w umysłach pogan, czyli w ludziach żyjących bez Boga – chociaż żyjących w chrześcijańskim kraju – mamy zapalać Boże światło, zapoczątkować Boże działanie! Czynimy starania, aby ci ludzie, choć świat brnie sobie coraz bardziej w grzech, oddzielali się od świata i w poświęceniu przez Ducha nie szli już tam, gdzie wcześniej chodzili, a wybierali to, co dobre, czyste i święte! Takim właśnie zaszczytem chlubił się apostoł Paweł: „Mam tedy powód do chluby w Chrystusie Jezusie ze służby dla Boga” [w. 17].

Oto powód do chluby! Byłem w różnych miastach i głosiłem. Przeszedłem rozmaite trudności i idę dalej, i nie mogę spokojnie usiedzieć, bo gdzieś tam przede mną są ludzie, którzy potrzebują Chrystusa, bo gdzieś tam, na rubieżach świata są miejsca, gdzie nie dotarła jeszcze ewangelia. I apostoł Paweł napisał dalej: „Nie odważę się bowiem mówić o czymkolwiek, czego Chrystus nie dokonał przeze mnie, aby przywieść pogan do posłuszeństwa. Słowem i czynem, przez moc znaków i cudów oraz przez moc Ducha Świętego, tak iż, począwszy od Jerozolimy i okolicznych krajów aż po Ilirię, rozkrzewiłem ewangelię Chrystusową” [w. 18-19].

Apostoł Paweł nie chlubił się tym, co sam zrobił, ale tym, co było mu dane zrobić z łaski Bożej. Traktował się bowiem jako narzędzie w rękach Chrystusa, a narzędzie samo z siebie nic by nie mogło zrobić. Łopata nie może stanąć nad dołem i powiedzieć, że wykopała dół. Nic by nie uczyniła sama, gdyby nie przyszedł odpowiednio silny człowiek i nie zaczął nią kopać, wziąwszy ją w swoje ręce.

Zdarza się tu i ówdzie, że jakiś chrześcijanin, który coś tam zrobił, zaczyna z tego tytułu wypinać pierś do orderu. Pamiętajmy: Niczego byśmy nie dokonali, gdyby nie to, że Chrystus wziął nas w swoje ręce – „bo beze mnie nic uczynić nie możecie” – powiedział Pan [Jn 15,5]. Apostoł Paweł czuł, że jest narzędziem w rękach Chrystusa. Był takim narzędziem, które dało się używać Panu.

Był narzędziem, które całkowicie oddało się Chrystusowi we władanie. A my? Może i nie chlubimy się, żeśmy czegoś sami dokonali, ale czy mamy powody do chluby z tego, że czegoś dokonał przez nas Chrystus? Czasem możemy zetknąć się z taką skromnością, gdy wierzący mówi: Ja nic sam z siebie nie dokonałem, a prawda jest taka, że i Pan niczego przez niego nie dokonał.

Chodzi nie o to, żebyśmy sami czegoś dokonali, ale żeby każdy z nas, choć troszeczkę, miał takie świadectwo, jak apostoł Paweł. Że w miejscu naszej pracy, w miejscu naszego zamieszkania albo gdzieś w podróży byliśmy narzędziem Chrystusowym. W jakichkolwiek okolicznościach, ale że Pan mógł nami się posłużyć. I dopóki tak nie jest, to wyglądamy dość żałośnie.

Zacznijmy zabiegać o to, by Pan nas zechciał użyć: Panie! Oto ja, marne narzędzie, ale weź mnie i użyj choć troszeczkę! Nie chcę rdzewieć! Nie chcę mieć w życiu tzw. świętego spokoju, jak jakaś łopata, stojąca od lat w tym samym kącie i w ogóle już nie brana przez gospodarza do rąk. Chcę być pożyteczny w Twoich rękach.

Apostoł Paweł powiedział, że nie odważyłby się mówić o czymkolwiek, czego Chrystus przez niego nie dokonał. Ale jak najbardziej mógłby się odważyć mówić o tym, czego dokonał Chrystus, bo dokonał wiele. A czy my moglibyśmy coś takiego powiedzieć? Czego dokonał przez nas Chrystus w tym roku? Mamy starać się o to, by On nas używał! Taką właśnie postawę miał apostoł Paweł i miał powód do chluby. I nie zadowalał się chodzeniem ścieżkami już przetartymi przez poprzedników. Pragnął być pionierem! Tak przynajmniej wynika z dwóch kolejnych wersetów: „A przy tym chlubą moją było głosić ewangelię nie tam, gdzie imię Chrystusa było znane, abym nie budował na cudzym fundamencie, lecz jak napisano: Ujrzą go ci, do których wieść o nim nie doszła, a ci, co o nim nie słyszeli, poznają go” [w. 20-21].

Takie właśnie miał powołanie święty Paweł. Miał pragnienie od Ducha Świętego, żeby iść tam, gdzie nikt jeszcze nie był, żeby nieść ewangelię tam, gdzie jeszcze ludzie jej nie słyszeli. Wprost nie mógł usiedzieć w miejscu. Robił ciągle nowe plany w służbie Bożej, o czym mówią następne wersety: „Dlatego też często miałem przeszkody, które mi nie dozwoliły przyjść do was; lecz teraz, nie mając już pola pracy w tych stronach, a pragnąc już od wielu lat przyjść do was, mam nadzieję, że po drodze, kiedy pójdę do Hiszpanii, ujrzę was i że wy mnie tam wyprawicie, gdy się już wami trochę nacieszę. A teraz idę do Jerozolimy z posługą dla świętych. Macedonia bowiem i Achaja postanowiły urządzić składkę na ubogich spośród świętych w Jerozolimie. Tak jest, postanowiły, bo też w samej rzeczy są ich dłużnikami, gdyż jeżeli poganie stali się uczestnikami ich dóbr duchowych, to powinni usłużyć im dobrami doczesnymi" [w. 22-27].

Spójrzcie, jak dalekosiężne były te plany apostolskie. Paweł  chciał iść i głosić w Hiszpanii i w Rzymie. W swoich stronach już był i chciał ruszać dalej. Nie chciał osiąść w jednym miejscu, ale pełen energii pragnął pójść dalej. Jednocześnie, oprócz głoszenia ewangelii, zajmował się niesieniem pomocy materialnej. Zbór w Jerozolimie potrzebował pomocy, a zbory w Macedonii i Achai postanowiły urządzić dla nich składkę. Paweł zauważył, że ta pomoc, to nawet swego rodzaju ich powinność. Bo skoro z Jerozolimy wyszła ewangelia i oni mogli uwierzyć, mogli karmić się dobrami duchowymi, to czymże było to, że po jakimś czasie usłużyli wierzącym z Jerozolimy dobrami materialnymi? To była ich braterska powinność.

Paweł nie ograniczał się więc tylko i wyłącznie do głoszenia ewangelii, pozostawiając sprawy pomocy materialnej służbom charytatywnym. Nie. O różne sprawy się troszczył. Jedną z ważnych rzeczy, które bracia wyznaczyli mu, gdy miał iść do pogan, to właśnie to, że miał się troszczyć o ubogich, o wdowy i sieroty. I tym się gorliwie zajął. Tym razem, idąc do Jerozolimy, też zbierał pieniądze, żeby zanieść je wierzącym. Tak wielki, duchowy człowiek, a zajął się organizacją wsparcia materialnego. I dalej zapowiedział: „Gdy więc załatwię tę sprawę i doręczę im ten plon, wybiorę się do Hiszpanii, wstępując po drodze do was. A wiem, że idąc do was, przyjdę z pełnią błogosławieństwa Chrystusowego. Proszę was tedy, bracia, przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa, i przez miłość Ducha, abyście wespół ze mną walczyli w modlitwach, zanoszonych za mnie do Boga, bym został wyrwany z rąk niewierzących w Judei i by posługa moja dla Jerozolimy została dobrze przyjęta przez świętych, tak iżbym za wolą Bożą z radością przyszedł do was i wśród was zaznał odpoczynku, a Bóg pokoju niech będzie z wami wszystkimi. Amen” [w. 28-33].

A więc apostoł Paweł miał wspaniałe plany, by pójść do Hiszpanii. Doszedł do Jerozolimy i przyniósł te datki, które zebrali i tam został aresztowany. Miał wspaniałe plany i realizował je z wielkim zapałem. Chciał służyć Panu wciąż dalej i dalej. Jak wiemy, jeśli chodzi o dotarcie do Hiszpanii, nic z tych planów nie wyszło, gdyż został aresztowany. Dwa lata siedział w więzieniu u Żydów, dwa lata potem w Rzymie i skończyło się. Kropka. O ile dobrze wiemy, nie zobaczył Hiszpanii.

Wspominam te fakty, żeby na koniec dzisiejszego rozważania zwrócić nam uwagę na jedną jeszcze sprawę. To nie jest prawda, że należy robić tylko plany krótkoterminowe, dotyczące działań, co do których już widać jak na dłoni, że da się je zrealizować. Apostoł Paweł jest przykładem człowieka, który miał w sobie wielką pasję służenia Bogu, niesienia ewangelii na krańce świata. Planował więc na szeroką skalę i nie wstydził się wcale, że z części tych planów nic nie wyszło. Plany bowiem były jak najbardziej słuszne. Kierunek był właściwy. Bogu jednak upodobało się, żeby swojego, tak pełnego zapału sługę, pewnego dnia zatrzymać. 

Potrzeba było, aby trochę pogłosić ewangelię więźniom i strażnikom w Rzymie. Taki był Boży plan. To, co mnie jednak bardzo ujmuje w postawie apostoła, to właśnie ta pasja! – Iść do przodu, wciąż planować, jak dalej służyć Panu. Chrześcijanin, który nie ma pomysłu na to, co jutro będzie robił dla Pana, który nie planuje, do kogo, gdzie może dotrzeć z ewangelią – to chyba jakiś półżywy chrześcijanin. Apostoł Paweł jest przykładem człowieka, który ma marzenia i plany, i je realizuje aż do momentu, kiedy Pan powie mu: Stop. Chodź do domu. Pora odpocząć.

Niech charakter i motywy działania apostoła Pawła, niech jego dalekosiężne planowanie, pomimo tego, że nie wszystko zostało zrealizowane, rozbudzą nas do tego, byśmy i my ruszyli się z miejsca! Kto wie, ile nam czasu zostało? Być może już mamy go całkiem niewiele. A gdy ruszymy do działania, rzecz w tym, byśmy przed obliczem Bożym nie próbowali chlubić się tym, cośmy sami osiągnęli, ale żeby było dużo tego, co przez nas zrobił Pan. (cdn.)

23 września, 2022

Abyśmy nowe życie prowadzili - wykład 20. [Rz 14,8-23]

[zapis słowa mówionego]

Na uniwersytecie w Cambridge jest podobno takie sławne powiedzenie „Czyń to, co wpadło ci pod rękę, pamiętając, że ktoś myśli o tym inaczej”. Problem bierze się stąd, że gdy człowiek coś robi i kiedy coś myśli, to podświadomie oczekuje, aby wszyscy tak samo jak on robili i myśleli. Takie nastawienie prowadzi do konfliktu. Jeśli jednak coś myślimy, a jednocześnie pamiętamy, że ktoś może myśleć o tym samym w inny sposób, to wszystko jest w porządku.

Niemniej jednak różnice zdań i poglądów między ludźmi, odmienność zachowania w tych samych okolicznościach, to może prowadzić do napięcia pomiędzy ludźmi. Człowiek może stwierdzić, że skoro inni nie chcą robić i myśleć tak jak on, to jedynym wyjściem jest odizolowanie się, odsunięcie się na bok, żeby się z nikim nie spierać, nie napinać się wewnętrznie i nie walczyć. Jednak choćby nawet ktoś bardzo chciał, to w pełni odizolować się nie może.

Po pierwsze człowiek nie może się odizolować od swojej przeszłości. Nie może jej wykreślić, ponieważ niektóre kwestie naszej przeszłości mamy niejako we krwi. Na przykład, nasze osobiste zachowania, odruchy zapisane w genach, dziedzictwo kulturowe, tradycje narodowe, normy społeczne. To wszystko jest w nas gdzieś głęboko schowane. To wszystko nas ukształtowało i dlatego nie możemy się od tego odciąć. Ten niewidzialny obłok świadków naszej przeszłości towarzyszy nam i żyje w nas ciągle, a my nie mamy nawet potrzeby od niego uciekać. Człowiek nie może oderwać się od pnia, z którego wyrasta, bo inaczej przestałby żyć.

Po drugie człowiek nie może się odizolować od swojej teraźniejszości, ponieważ wszystko, cokolwiek czynimy, ma jakiś wpływ na innych ludzi. Wszystko jest ze sobą powiązane, niemal zazębione. Nasze obecne zachowanie innych uszczęśliwia albo zasmuca. Może to mieć różną dynamikę i siłę oddziaływania, ale tych wzajemnych połączeń nie można uniknąć.

Wbrew pozorom każdy człowiek przez swój codzienny kontakt z otoczeniem ma wpływ, ma wielką moc czynienia innych dobrymi lub złymi. Możemy wpływać budująco albo gorsząco. Na przykład, postanawiasz oddzielić się od zboru, bo coś ci się w nim nie podoba, coś ci w nim nie pasuje. Zastanów się nad tym. Takie odejście nie pozostanie bez wpływu na całe środowisko zborowe. Ktoś się tym zaniepokoi, ktoś się może zmartwi, może ktoś się ucieszy, a ktoś inny może się nawet zgorszy. 

Tak samo postanowienie o dalszej przynależności do zboru będzie miało wpływ na innych. Każda nasza decyzja znajduje jakiś oddźwięk, bo człowiek jest częścią wiązki życia, jest spleciony z innymi ludźmi. Od tego nie da się oddzielić. Słowo Boże mówi: „Nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera” [Rz 14,7].

Po trzecie człowiek nie może się oddzielić od swojej przyszłości. Nie może powiedzieć, że przyszłość go nie obchodzi, bo on nie będzie żył w przyszłości i się do niej w ogóle nie wybiera. Przyszłość istnieje i nie da się od niej oddzielić tylko dlatego, że się tak samemu zadecydowało.

Człowiek jest ogniwem w łańcuchu życia i łączy to, co jest teraz, z tym, co będzie się działo później, gdy odejdziemy. To my mamy wpływ na to, jacy będą ludzie, którzy przyjdą po nas. To, jacy jesteśmy w zborze dzisiaj, będzie miało wpływ na to, jacy będą ludzie w zborze za czterdzieści czy pięćdziesiąt lat, gdy nas już na tej ziemi nie będzie. My kształtujemy niejako charakter życia własnego zboru i własnych rodzin. Przyszłość naszych dzieci jest w dużym stopniu zależna od tego, jacy my sami dzisiaj jesteśmy. 

Nasz grzech także ma wpływ na to, jaki będzie los przyszłego pokolenia. Gdyby grzech był sprawą tylko jednego człowieka i gdyby obciążał i wyniszczał tylko jednego człowieka, to nie byłby wcale taki straszny. Okropność grzechu polega na tym, że wyniszcza kolejnych i kolejnych ludzi. Jeśli rodzice żyją w grzechu, to ich dzieci tym grzechem nasiąkają i nabywają tych samych nawyków. Wszystko jest ze sobą powiązane i splecione. Tak więc nie można się oddzielić ani od przeszłości, ani od teraźniejszości, ani od przyszłości.

Jeszcze trudniej jest oddzielić się od Boga. Gdyby komuś kiedyś przyszło do głowy, że będzie sobie żył odseparowany zupełnie od Boga i Jego spraw, to niech wie, że nawet gdyby uciekł na Marsa, tam też się nie oddzieli od Boga. Spójrzmy, co mówi o tym Słowo Boże w Psalmie 139, wersety 7-12: „Dokąd ujdę przed duchem twoim? I dokąd przed obliczem twoim ucieknę? Jeśli wstąpię do nieba, Ty tam jesteś, a jeśli przygotuję sobie posłanie w krainie umarłych. Gdybym wziął skrzydła rannej zorzy i chciał spocząć na krańcu morza, nawet tam prowadziłaby mnie ręka twoja, dosięgłaby mnie prawica twoja. A gdybym rzekł: Niech ciemność mnie ukryje i nocą się stanie światło wokoło mnie, to i ciemność nic nie ukryje przed tobą, a noc jest jasna jak dzień, ciemność jest dla ciebie jak światło”.

Człowiek nie ma szans na to, żeby oddzielić się od Boga i uciec przed Jego obliczem. Nawet śmierć nie może nas odłączyć od Boga. „Bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy. Na to bowiem Chrystus umarł i ożył, aby i nad umarłymi, i nad żywymi panować” [Rz 14,8-9]. Z naszego punktu widzenia, ci którzy odeszli z tego świata, to zmarli, którzy mają już wszystko z głowy. Jednak okazuje się, że Chrystus i nad tymi zmarłymi panuje.

Chrystus każdego dnia patrzy na moje życie tutaj i widzi mnie jak na dłoni. A gdybym nawet chciał dać nogę na tamtą stronę, to tam On sam witać mnie będzie w bramie. Chrystus jest i tutaj, i tam. Jest wszędzie. Jest Panem życia i śmierci! Nikt nie żyje dla siebie i dla siebie nie umiera. To jest ważna myśl. Ona popycha nas ku życiu, ku społeczności, ku sobie i ku Bogu. Ona uniemożliwia nam wszelkie próby odizolowania się, ukrycia się lub ucieczki we własny świat. Nie pytajmy się więc, czy nie lepiej byłoby się odizolować. Pytajmy się raczej, jak to nasze życie, pozostające w nierozerwalnym związku z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, z Bogiem, z innymi ludźmi, jak to życie uczynić pożytecznym i miłym w oczach Bożych? Zwłaszcza wtedy, kiedy są konflikty i napięcia między ludźmi, gdy uwidaczniają się różnice. Nie zastanawiajmy się dłużej nad tym, czy i jak uciec, lecz nad tym jak zostać!

Przejdźmy dalej, by zobaczyć co jest napisane w wersetach 10-12: „Ty zaś czemu osądzasz swego brata? Albo i ty, czemu pogardzasz swoim bratem? Wszak wszyscy staniemy przed sądem Bożym. Bo napisano: Jakom żyw, mówi Pan, ugnie się przede mną wszelkie kolano i wszelki język wyznawać będzie Boga. Tak więc każdy z nas za samego siebie zda sprawę Bogu”.

Ponieważ Chrystus Pan panuje nad żywymi i umarłymi, ponieważ nie możemy się oddzielić od środowiska, w którym żyjemy, Słowo Boże poddaje nam tu bardzo ważną myśl. Abyśmy nie zajmowali się osądzaniem swojego brata, ani też abyśmy nikim nie  pogardzali. Jeśli bowiem tak robimy, to zapominamy o podstawowej kwestii, że faktycznie nikt z nas nie ma prawa sądzić drugiego człowieka. Dlaczego? Ponieważ sami, wszyscy bez wyjątku, jesteśmy podsądnymi i podlegamy sądowi. Wszyscy idziemy do sali sądowej, aby stanąć przed trybunałem Bożym.

Gdy angażujemy się w sądzenie jedni drugich, to dla Boga musi to być zabawny, jeśli nie żałosny widok. Z punktu widzenia naszego rzeczywistego położenia, opiniowanie i osądzanie siebie nawzajem to dziecinada. Nie jesteśmy sędziami, a sądzonymi. Gdy zadzwoni dzwonek i zostaniesz wezwany na salę sądową, jakie będzie to miało znaczenie, co ty myślałeś o tym, czy o tamtym bracie? Słowo Boże w tym fragmencie zadaje pytanie: Czemu osądzasz swego brata lub czemu nim pogardzasz? Gdyby chodziło tu tylko o niewinne opinie, a nie o pogardę! O, gdybyśmy potrafili rozdzielić te dwie rzeczy, tzn. osądzić kogoś bez wzgardzenia nim i jego postępowaniem! Niestety, te dwie rzeczy, osąd i pogarda, niemal zawsze idą w parze. Bóg na to nie pozwala i wszystko, co kiedykolwiek powiedziałeś lub pomyślałeś o swoim bracie, On ma odnotowane. Gdy wejdziesz na salę, twoje słowa będą od razu na wokandzie. Wszyscy staniemy przed sądem Bożym. Bóg powiedział, że "my wszyscy musimy stanąć przed sądem Chrystusowym" [2Ko 5,9], a "każdy z nas za samego siebie zda sprawę Bogu".

Nad tym powinniśmy rozmyślać i tym właśnie zawracać sobie głowę. W jaki sposób zdam sprawę za samego siebie przed obliczem Bożym? Całe szczęście, mamy tę fantastyczną prawdę Słowa Bożego, że gdy staniemy przed sądem Bożym, by zdawać sprawę za samego siebie, to nie będziemy sami! Obok nas będzie nasz Orędownik, Jezus Chrystus! On będzie się wstawiał za nami, On powie: Ojcze, tego to Ja biorę na siebie. Wszystkich wierzących w Niego, On okrywa swoim płaszczem sprawiedliwości.

Każdy musi stanąć przed obliczem Bożym, przed sądową stolicą Chrystusową, ale usprawiedliwieni przez krew Baranka nie muszą się bać! To jest piękne! Jeśli tylko będziemy o tym pamiętać, to przestaniemy zabawiać się w sędziów. Przestaniemy oceniać, poniżać i gardzić drugim człowiekiem.

Czytajmy dalej: „Przeto nie osądzajmy już jedni drugich, ale raczej baczcie, aby nie dawać bratu powodu do upadku lub zgorszenia. Wiem i jestem przekonany w Panu Jezusie, że nie ma niczego, co by samo w sobie było nieczyste; nieczyste jest jedynie dla tego, kto je za nieczyste uważa. Jeżeli zaś z powodu pokarmu trapi się twój brat, to już nie postępujesz zgodnie z miłością; nie zatracaj przez swój pokarm tego, za którego Chrystus umarł. Niechże tedy to, co jest dobrem waszym, nie będzie powodem do bluźnierstwa" [w. 13-16].

Apostoł Paweł w związku z tym, iż każdy zda sprawę za samego siebie przed obliczem Bożym, zachęcał wierzących, aby nie tylko nie zajmowali się osądzaniem i potępianiem innych ludzi, ale aby do tego stopnia się przejęli tą sprawą i tak zaczęli sami postępować, ażeby bliźni mógł dzięki ich właściwemu postępowaniu skorzystać. Aby nie tylko nie byli jego sędziami, ale aby stali się jego pomocnikami i sojusznikami.

Paweł znów podjął tu kwestię słabego w wierze. Może tak być, że jakaś sprawa sama w sobie jest neutralna. Nawet nauka apostolska mówi, że żadna rzecz sama w sobie nie jest nieczysta. Jest nieczysta dla tego, który ją za nieczystą uważa. Ta sama rzecz może więc być dla jednego czysta i pozytywna, a dla drugiego może być brudna i gorsząca. Słowo Boże wzywa nas do tego, żebyśmy w naszym postępowaniu dbali nie tylko o własne sumienie, ale byśmy też brali pod uwagę sumienie drugiego człowieka, naszego bliźniego. Byśmy przypadkiem z powodu swojej wolności i własnej oceny stanu rzeczy, drugiego człowieka nie rozbijali duchowo.

Najprostszym przykładem jest tzw. lampka wina czy kufel piwa. Same w sobie nie są one nieczyste i złe. Lecz dla nowo nawróconego człowieka, który miał wcześniej problem z nadużywaniem alkoholu, sprawa się komplikuje. Gdy jako nowe stworzenie patrzy na starszego stażem chrześcijanina, którego miał za przykład i widzi go pijącego, to w jego duszy pojawia się rozterka. Dla niego piwo jednoznacznie kojarzy się z grzechem. Z lekceważeniem rodziców i nauczycieli w młodości, a później, z zaniedbywaniem różnych obowiązków zawodowych i rodzinnych.

Słowo Boże mówi do dojrzałych chrześcijan, gdy sięgają po coś, co sami uważają nawet za absolutnie neutralne, żeby pomyśleli, czy przypadkiem ich wolność nie zacznie hamować rozwoju innych chrześcijan. Czy nie wprowadzi do ich serc niepotrzebnej rozterki i zaniepokojenia.

Chrześcijanin powinien zadbać o sumienie drugiego człowieka. Należy przyjąć taką zasadę, że będziemy patrzeć na wszystko i oceniać wszystko nie tylko od strony skutków, jakie będzie to mieć na nasze osobiste życie. Decydując się na określone zachowanie, trzeba nam pomyśleć także o tym, jaki to będzie miało wpływ na innych ludzi. W ten sposób będziemy bezpieczni i naprawdę wolni, by z odwagą stanąć przed obliczem Bożym.

Jeśli jednak bylibyśmy egocentrykami i nie obchodziłby nas duchowy wzrost innych ludzi, to by znaczyło, że nie ma w nas miłości Chrystusowej. Chrystus nie przyszedł, żeby Jemu służono, ale żeby służyć i oddać życie za wszystkich. Jeżeli dla pożytku brata i siostry nie potrafimy oddać z naszego życia czegoś, co uważamy za dobre, to nie żyje w nas Chrystus. Wciąż pierwsze skrzypce gra nasze ego. To ono broni się, jakby przed zniewoleniem i przed myślą, że już nigdy nie będzie mogło robić pewnych rzeczy, które w naszym mniemaniu są przecież dobre, a przede wszystkim, przyjemne dla nas. W istocie zazwyczaj chodzi w tym o przezwyciężenie w sobie jakiegoś zamiłowania, chodzi o opanowanie własnych zmysłów.

Stanowisko Pisma Świętego w tej kwestii jest następujące: Nawet jeśli chrześcijanin miałby do końca życia nigdy już nie wypić butelki piwa, mimo tego, że bardzo je lubi, choćby miał nigdy już gdzieś tam nie pójść, czy pojechać, to z uwagi na dobro bliźniego, z uwagi na to, by gdzieś nie spowodować zgorszenia, chętnie się od tego powstrzyma. Czyż z miłości do bliźniego nie warto tego zrobić? Sami osądźcie.

Prawdziwego chrześcijanina stać na to, by jego życie było na tyle nieograniczone, aby móc się ograniczyć w niektórych sprawach. To jest wielka sztuka. Pamiętajmy, że gdy broniąc swej osobistej wolności mówimy: Nie dam ograniczyć, – to tak naprawdę bardzo często jesteśmy ograniczeni naszym własnym „chce mi się”. Pełna wolność – to także panowanie nad własnymi zmysłami.

Apostoł dalej wskazał na istotę Królestwa Bożego, co pozwala dość łatwo sprawdzić, czy jest ono w nas? „Albowiem Królestwo Boże, to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym. Bo kto w tym służy Chrystusowi, miły jest Bogu i przyjemny ludziom. Dążmy więc do tego, co służy ku pokojowi i ku wzajemnemu zbudowaniu. Dla pokarmu nie nisz dzieła Bożego. Wszystko wprawdzie jest czyste, ale staje się złem dla człowieka, który przez jedzenie daje zgorszenie” [w. 17-20].

Gdyby w chrześcijaństwie chodziło o napój i pokarm, to może i byłoby się o co spierać i o co walczyć. Jednak Królestwo Boże to nie napój i pokarm. Te rzeczy są sprawami drugoplanowymi. Królestwo Boże to „sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym”. Sprawiedliwość w Duchu Świętym to nie jest ciągłe pilnowanie tego, co mnie się należy. To nie ustawiczna walka o swoje i dochodzenie swoich praw. To jest sprawiedliwość od Boga, która myśli o prawach innych ludzi, która szuka dobra bliźniego i tego, co jest miłe w oczach Chrystusa Jezusa.

Drugi chrześcijanin ma prawo do tego, żebym go zbudował. Sprawiedliwość Chrystusowa jest taka, że przyszedł On i oddał samego Siebie, żebyśmy my byli usprawiedliwieni. Królestwo Boże, to także pokój w Duchu Świętym. Hebrajskie shalom oznacza troskę, działanie na czyjąś korzyść i oddawanie swojemu bliźniemu tego, co najlepsze. Nie o święty spokój tu chodzi, ale o pokój oparty na trosce i staraniu o drugiego, a nie o siebie samego.

Często jest tak, że to co najlepsze dla naszego bliźniego, jednocześnie nie jest najlepsze dla nas. Szukanie dobra innych ludzi czasem dużo nas będzie kosztować. Jeśli jednak należymy do Królestwa Bożego, to stać nas na to, ażeby dbać o dobro innych.

Trzeci aspekt Królestwa Bożego, to radość w Duchu Świętym. To nie radość z własnego powodzenia, sukcesu i szczęścia. Prawdziwa radość w Duchu Świętym ma zawsze związek z dobrem i powodzeniem innych. Jest to dzielenie z innymi ich szczęścia, bo właśnie taką radością obdarza Duch Święty. To jest radość, która się ożywia, gdy w życiu bliźniego dzieje się coś dobrego. Wszelka inna radość jest radością egoistyczną. Radość w Duchu Świętym sprawia, że chrześcijanin cieszy się, gdy jego brat czy siostra coś zrozumie, coś zobaczy, dojrzeje duchowo lub zwyczajnie im się powiedzie. 

Taką radością raduje się całe niebo, gdy jeden grzesznik się nawróci. A jaki interes ma niebo w tym, że się grzesznik nawraca? Żaden. Ale raduje się właśnie dlatego, że to jest radość Boża i Jego miłość, bo po cóż Bogu grzesznik w niebie? Miłość Boża objawia się w tym, że chociaż grzesznik nie jest Mu w niebie potrzebny, On jednak bardzo pragnie go w niebie mieć. Zupełnie bezinteresownie! 

Jako chrześcijanie mamy wolność i powinniśmy się z nią obchodzić mądrze. Należy sprawdzać czy rzeczywiście funkcjonujemy w obrębie Królestwa Bożego? Czy nasze zachowania mają w sobie jakość Królestwa Bożego, czyli sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym? Te cechy charakteryzują chrześcijan prawdziwie żyjących w wolności Chrystusowej.

Apostoł Paweł zaapelował w wersetach 18-19: „Kto w tym służy Chrystusowi, miły jest Bogu i przyjemny ludziom. Dążmy więc do tego, co służy ku pokojowi i ku wzajemnemu zbudowaniu”.

To jest właściwy kierunek. Gdybyśmy każdego dnia to właśnie mieli na uwadze, gdybyśmy za każdym razem, gdy podejmujemy jakąś decyzję czy działanie, zadawali sobie pytanie, czy idziemy we właściwym kierunku, jakże często uniknęlibyśmy niepotrzebnych ślepych uliczek, z których trzeba później zawracać.

Mówiąc bardziej obrazowo, gdybyśmy zrobili sobie stosowną mapkę i w miarę jak posuwamy się do przodu, sprawdzali na tej mapce, czy przypadkiem nie skręciliśmy gdzieś po drodze, czy numer drogi się cały czas zgadza, nie musielibyśmy kluczyć i zawracać. Często jest tak, że się gdzieś zagapimy, coś pochopnie wypowiemy, zaczniemy działać zanim pomyślimy, a potem z tego nie wychodzi ani pokój, ani wzajemne zbudowanie, tylko niepokój i rozdarcie, a być może i zgorszenie.

Słowo Boże zachęca nas więc, abyśmy uważali, gdyż w tej chrześcijańskiej wolności jest pewna doza niebezpieczeństwa. Człowiek może się nagle poczuć tak pewnie, że nie musi już patrzeć na mapkę i sprawdzać. Wydaje mu się, że nie musi zwracać uwagi na drogowskazy, bo przecież jeździ tą trasą już parę dobrych lat i ją zna. Taki człowiek może się niespodziewanie znaleźć w ślepym zaułku i nie będzie wiedział, jak bez strat się z niego wydostać.

Paweł idzie krok dalej i mówi: „Dla pokarmu nie niszcz dzieła Bożego. Wszystko wprawdzie jest czyste, ale staje się złem dla człowieka, który przez jedzenie daje zgorszenie” [w. 20]. Taka zwykła sprawa, jak jedzenie, a może zniszczyć dzieło Boże przez to, że w swojej wolności robimy, to co chcemy, że się koncentrujemy tylko na tym, co my uważamy za dobre. Pokarm to błahostka, ale niszczenie dzieła Bożego to już jest wielkie wykroczenie, gdyż Słowo Boże powiada: „Kto niszczy świątynię Bożą, tego zniszczy Bóg”. Wszyscy jesteśmy świątynią Bożą. Pomyślmy: Taka drobna sprawa jak jedzenie, a ma tak poważne konsekwencje. „Dobrze jest nie jeść mięsa i nie pić wina ani nic takiego, co by twego brata przyprawiło o upadek” [w. 21].

Dobrze jest przyjąć sobie taką zasadę, że jeśli cokolwiek miałoby mojego brata przyprawić o upadek, to nie zrobię tego. Naprawdę można żyć bez telewizji, bez kina, bez muzyki i bez innych rzeczy, problematycznych dla niektórych chrześcijan. Nie ma rzeczy samej w sobie nieczystej, ale jeśli wiem, że jakiś wierzący mógłby popaść w wewnętrzny niepokój z powodu danej rzeczy, powinniśmy zwrócić na to uwagę. Paweł wypowiedział następnie bardzo ważną myśl: „Przekonanie jakie masz, zachowaj dla siebie przed Bogiem” [w. 22].

Jeżeli moje przekonanie razi mojego brata lub siostrę, to mam obowiązek zachować je dla siebie przed Bogiem. Nawet nie wolno mi się ścierać z tym bratem czy siostrą i próbować mu wbijać to moje przekonanie do głowy. „Szczęśliwy ten, kto nie osądza samego siebie za to, co uważa za dobre” [w. 22]. Oto kolejna rewelacyjna myśl! Szczęśliwy ten, kto potrafi nie wchodzić na takie ścieżki i nie czynić niczego, co potem nie tylko miałoby hamujący wpływ na innych chrześcijan, ale także jemu samemu przyniosłoby do serca rozterkę i wyrzuty sumienia. „Lecz ten, kto ma wątpliwości, gdy je, jest potępiony, bo nie postępuje zgodnie z przekonaniem; wszystko zaś, co nie wypływa z przekonania, jest grzechem” [w. 23]. W oryginale werset ten brzmi: „wszystko, co nie jest z wiary, jest grzechem”.

To jest bardzo proste kryterium. Jeśli robimy coś, co nie wypływa z wiary w Chrystusa, jest to grzechem. Tego nie pojmie człowiek nieodrodzony. To może pojąć tylko chrześcijanin żyjący tak, jak Chrystus. Oby Pan nam w tym pomógł, żebyśmy zawsze mogli działać zgodnie z przekonaniem. Żeby to wiara określała nasz stosunek do Boga i bliźniego. Żeby nasz każdy krok wynikał z wiary. To jest właśnie wolność, która nigdy nie podepcze słabego, która nad każdym chętnie się pochyli. To jest wolność, która nie jeździ czołgiem, tylko stąpa delikatnie i żadnego kwiatka nie podepcze. (cdn.)