25 lutego, 2021

Uszlachetniająca moc ewangelii

W tych miesiącach w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE rozważamy Listy św. Pawła do Tesaloniczan. Słuchając wczoraj wykładu wprowadzającego w Drugi List do Tesaloniczan uświadomiłem sobie kolejny aspekt działania łaski Bożej. Tym razem mój zachwyt skupił się na mocy ewangelii Chrystusowej, zdolnej przeobrazić wrogów w prawdziwych przyjaciół i nieprzejednanych gburów w braci pełnych współczucia. Na przykładzie tego miasta można zobaczyć, jak w najbardziej nieprzychylnym i złym otoczeniu może zrodzić się i rozwinąć nieopisane dobro.

Gdy św. Paweł po raz pierwszy dotarł do Tesalonik, tamtejsze środowisko jego rodaków okazało się być bardzo nieprzychylne dla ewangelii. Gdy powodowani zazdrością Żydzi podburzyli przeciwko apostołom całe miasto i chcieli ich zlinczować, natychmiast w nocy bracia wysłali Pawła i Sylasa do Berei. Kiedy tam przybyli, poszli do synagogi Żydów. Ci byli szlachetniejsi od Tesaloniczan [Dz 17,10-11]. Prawda była taka, że  paru niegodziwców spośród próżnujących na rynku mężczyzn [Dz 17,5] miało w Tesalonikach większy wpływ na ludzi, aniżeli wielka liczba pobożnych Greków oraz niemało wybitnych kobiet [Dz 17,4]. Ogólnie rzecz biorąc, Tesaloniczanie nie byli ludźmi szlachetnego usposobienia. 

W otoczeniu takich ludzi zrodził się zbór w Tesalonikach. W ciągu kilku kolejnych lat ewangelia Chrystusowa na tyle rozkwitła w tym środowisku i tak niesamowicie je przeobraziła, że znający początki rzeczonego zboru bracia, napisali: Ewangelię naszą głosiliśmy wam nie tylko słowami, lecz również mocą Ducha Świętego i z głębokim przekonaniem. Wiecie przecież, jakimi byliśmy dla was, gdyśmy u was przebywali. A wy, przyjmując słowo w ucisku wielkim, z radością Ducha Świętego, zostaliście naśladowcami naszymi i naśladowcami Pana do tego stopnia, że staliście się wzorem dla wszystkich wierzących w Macedonii i Achai. Dzięki wam słowo Pańskie rozeszło się nie tylko po Macedonii i Achai, ale wieść o waszej wierze w Boga dotarła wszędzie, tak że nie trzeba nawet o tym mówić. Ludzie bowiem sami opowiadają, jakiego przyjęcia doznaliśmy u was i jak, porzuciwszy bożków, zwróciliście się do Boga, żeby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu [1Ts 1,5-9].

Również drugi List do Tesaloniczan rozpoczyna się od podobnej wzmianki o wielkich zmianach, jakie w tym mieście dzięki ewangelii nastąpiły. Słuszną jest rzeczą, bracia, abyśmy nieustannie składali Bogu dzięki za was, gdyż wiara wasza bardzo wzrasta i pogłębia się miłość wzajemna, tak że chlubimy się w Kościołach Bożych waszą wytrwałą wiarą i cierpliwością, z jaką znosicie wszystkie przeciwności i uciski [2Ts 1,3-4]. Zboru w Tesalonikach nie utworzyli sami dobrzy ludzie, wyalienowani z tamtejszego środowiska. Bez wątpienia Słowo Boże w mocy Ducha Świętego dotarło również do próżnujących na rynku mężczyzn. Komu, jak nie takim ludziom, apostołowie głosili ewangelię, skoro napisali: Gdy byliśmy u was, uczyliśmy, że kto nie chce pracować, niech też nie je. Kilka lat później ta wskazówka była potrzebna kolejnej grupie nawracających się osób. A teraz słyszymy, że niektórzy z was żyją nieporządnie. Zamiast poświęcać się pracy, zajmują się tym, czym nie trzeba. Takim osobom nakazujemy, i takie zachęcamy w Panu Jezusie Chrystusie, by ze spokojem podjęły pracę i zarabiały na własne utrzymanie [2Ts 3,10-12].

Pomimo nielicznych, takich jak wyżej, udzielonych im napomnień apostolskich, Tesaloniczanie stanowią dobitny przykład przeobrażającej mocy ewangelii. Bo kto, jeśli nie wy, jest naszą nadzieją, radością i wieńcem chluby przed naszym Panem Jezusem, gdy już się pojawi? Tak! Wy jesteście naszą chwałą i radością [1Ts 2,19-20]. Na ich przykładzie śmiało możemy i dzisiaj z nadzieją patrzeć na najbardziej zdeprawowanych, zepsutych i bezbożnych ludzi, którym głosimy ewangelię, bo wciąż jest w niej moc Boża dla zbawienia każdego, kto wierzy [Rz 1,16].

Oczywiście, radujemy się gdy do zbawczej wiary w Jezusa Chrystusa nawracają się tzw. "dobrzy" grzesznicy. W każdym przypadku jest to wielkim cudem łaski Bożej, ponieważ wiara nie jest rzeczą wszystkich [2Ts 3,2]. Kiedy zaś ewangelia wkracza w środowisko ludzi do cna zepsutych, przeobrażając ich w szlachetne kobiety i mężczyzn pełnych miłości wzajemnej oraz współczucia - to serce nam rośnie wzbierając chwałą dla naszego Zbawiciela i Pana, Jezusa Chrystusa.

23 lutego, 2021

Z ludźmi tak, jak z drzewami?

Biblia czasem mówi o ludziach jak o drzewach. Przyrównując nas do drzew, zazwyczaj porusza przy tym jakiś aspekt wydawania owoców. Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą bezbożnych ani nie stoi na drodze grzeszników, ani nie zasiada w gronie szyderców, lecz ma upodobanie w zakonie Pana i zakon jego rozważa dniem i nocą. Będzie on jak drzewo zasadzone nad strumieniami wód, wydające swój owoc we właściwym czasie, którego liść nie więdnie, a wszystko, co uczyni, powiedzie się [Ps 1,1-3]. Sprawiedliwy wyrośnie jak palma, rozrośnie się jak cedr Libanu. Zasadzeni w domu Pańskim wyrastają w dziedzińcach Boga naszego. Jeszcze w starości przynoszą owoc, są w pełni sił i świeżości... [Ps 92,13-15].

Drzewom owocowym Pismo Święte nadaje szczególną wartość i nawet w czasach wojny nakazuje je chronić. Jeżeli będziesz oblegał jakieś miasto przez długi czas, walcząc przeciwko niemu, aby je zdobyć, nie niszcz jego drzew podnosząc na nie siekierę, bo z nich możesz się żywić; nie wycinaj ich więc, bo czyż drzewo polne jest człowiekiem, aby miało być przez ciebie oblegane? Tylko drzewo, które znasz jako drzewo nie wydające owocu, możesz zniszczyć, ściąć i budować z niego narzędzia oblężnicze przeciwko miastu, które wszczęło z tobą wojnę, aż padnie [5Mo 20,19-20].

Zdaniem Jezusa jakość drzewa przekłada się na jakość owocu. Zasadźcie drzewo dobre, to i owoc będzie dobry, albo zasadźcie drzewo złe, to i owoc będzie zły; albowiem z owocu poznaje się drzewo [Mt 12,33]. Tak też jest z ludźmi. Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, ale złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, wycina się i rzuca w ogień. Tak więc po owocach poznacie ich [Mt 7,16-20]. Bez wątpienia mówiąc te słowa, Pan podpowiadał swoim uczniom, jak rozpoznawać fałszywych proroków.

Czytając dzisiaj Biblię napotkałem na interesującą instrukcję dotyczącą drzew owocowych. A gdy wejdziecie do ziemi i zasadzicie różnorodne drzewa owocowe, pozostawcie pędy ich nieobrzynane wraz z ich owocem przez trzy lata. Miejcie je za nie nadające się do obrzynania, owocu ich jeść nie będziecie. W czwartym roku wszystek ich owoc będzie poświęcony na uroczystości pochwalne dla Pana. Dopiero w piątym roku jeść możecie ich owoc, i tak przysporzy On wam jego urodzaju; Ja, Pan, jestem Bogiem waszym [3Mo 19,23-25].

W czasach, gdy wszystko ma dziać się szybko i od razu, powyższa wskazówka wydaje się bardzo nieżyciowa. Chcielibyśmy, ażeby z posadzonego jesienią drzewka już na wiosnę mieć jakiś pożytek. Podobnie też postępujemy z nowymi osobami w Kościele. Gdy w winnicy Pańskiej pojawiają się nowi ludzie, niemal natychmiast zaczynamy oczekiwać od nich udziału w służbie. Zachwycamy się ich świadectwami i działalnością, mocno tym samym stymulując proces, który musi zakończyć się przeciążeniem i duchowym fiaskiem.

Boże przykazanie o drzewach owocowych dane Izraelitom może nas wiele nauczyć w postępowaniu z nowymi ludźmi w zborze. Jaki z tego przykazania wyłania się scenariusz? Przez pierwsze trzy lata nowo nawrócone osoby powinny rozwijać się we wspólnocie wierzących bez żadnych obciążeń i oczekiwań. Jeżeli ostoją się w wierze - a zazwyczaj dopiero po tym czasie krystalizują się w ludziach trwalsze i dojrzalsze postawy - wtedy można ich zaangażowanie i osiągnięcia zacząć głośno dedykować chwale Bożej. Musimy przekonać się, że nie szukają oni chwały ani korzyści dla siebie, i że chętnie wszystko robią na chwałę Bogu. Gdy to stanie się oczywiste, wówczas można się spodziewać, że takie osoby będą bardzo pożyteczne w zborze Pańskim.

Cokolwiek pomyślimy o takim odczytaniu biblijnej instrukcji o drzewach owocowych, jedno jest pewne. Przedwczesne zapraszanie ludzi za kazalnicę lub zachwycanie się jakimkolwiek innym ich działaniem, zbyt często kończy się wstydem i zgorszeniem. Chwilowy pożytek nawet nie równoważy późniejszych strat duchowych. Niech oni najpierw odbędą próbę, a potem, jeśli się okaże, że są nienaganni, niech przystąpią do pełnienia służby [1Tm 3,10].

Popełniłem zbyt wiele błędów z pośpiesznym angażowaniem ludzi w służbę, by nie zamyślić się dzisiaj nad tą instrukcją Słowa Bożego.

19 lutego, 2021

Tu potrzebna jest mądrość

W środowiskach chrześcijańskich narasta wielka kontrowersja. Dotyczy ona trwających na świecie od dwóch miesięcy szczepień przeciw wirusowi covid-19. Szczepią się ludzie pod każdą szerokością geograficzną. Szczególnie interesujące jest to, że narodem zaszczepionym dziś w najwyższym stopniu jest naród izraelski. Zachowując elementarny obiektywizm trudno byłoby twierdzić, że akcja szczepień jest wymierzona przeciwko wierze w Jezusa Chrystusa. Póki co, nie wygląda to na nic więcej, jak tylko na walkę z dziwnym wirusem, który od roku atakuje ludzkie organizmy. Niejeden z nas na własnej już skórze przekonał się, że naprawdę jest on groźny.

Głównym argumentem podnoszonym przeciwko szczepieniu jest niedostateczne przetestowanie działania szczepionek i obawa, że mogą one zaszkodzić, a nawet spowodować śmierć. Mnożą się opowiadania i niepokojące doniesienia o pogorszeniu stanu zdrowia, a nawet zgonach osób, które się zaszczepiły. Trudno jest zweryfikować prawdziwość tych doniesień. Złe samopoczucie po przyjęciu szczepionki wydaje się być rzeczą oczywistą. Organizm musi przecież zwalczyć wszczepioną mu porcję wirusa i się na niego uodpornić. Od zawsze tak było przy szczepieniach przeciwko różnym innym chorobom. 

Wierzącym osobom obawiającym się o swoje zdrowie, proponuję, by spojrzały na tę kwestię w świetle Biblii. Bóg powołał nas do życia na tym świecie, jednocześnie wyznaczając nam miejsce zamieszkania w określonych warunkach i czasach. Jako obywatele ziemskiego państwa, dopóki jesteśmy w ciele, podlegamy panującym tu powszechnie prawom i obowiązkom. W ostatnich miesiącach nasz naród zmaga się z pandemią. Rząd przeprowadza ogólnonarodową akcję szczepienia. Ludzie boją się śmierci. A my?

Z punktu widzenia wiary w Jezusa Chrystusa śmierć fizyczna jest krokiem we właściwą stronę. Pragnę rozstać się z życiem i być z Chrystusem, bo to daleko lepiej [Flp 1,23] - zaświadczył apostoł Paweł. Zgodnie wierzymy, że nasz Pan trzyma klucze śmierci [Obj 1,18] i nasze odejście z tego świata nie nastąpi ani jeden dzień wcześniej, ani później, niż On postanowił. Jednym ze znaków towarzyszących tym, którzy uwierzyli w Jezusa Chrystusa jest to, że choćby coś trującego wypili, nie zaszkodzi im [Mk 16,18]. Nie trzeba tłumaczyć, że słowa te dotyczą sytuacji, gdy ktoś podstępnie chciałby nas otruć, albo my sami bezwiednie połknęlibyśmy jakąś szkodliwą substancję. Gdyby więc nawet było tak, że ktoś celowo i podstępnie poda nam w szczepionce coś szkodliwego, to śmiało możemy ufać naszemu Panu, że to nam nie zaszkodzi. Czyż nie? A gdyby nam trzeba było już umrzeć, bo PAN postanowił w tych dniach nas odwołać z tego świata, to przecież w takiej sytuacji jako naśladowcy Chrystusa jesteśmy ludźmi, którzy nie umiłowali życia swojego tak, by raczej je obrać niż śmierć [Obj 12,11]. 

Innym problemem w kręgach ludzi biblijnie wierzących jest szerzący się pogląd, że szczepionka to wstępna faza czipowania ludzi, a nawet, że jest ona nadawaniem im znamienia bestii w rzeczy samej. Gdyby tak naprawdę było, to nasz dylemat nie dotyczyłby już jedynie śmierci fizycznej. Chodziłoby o oddanie się duszą i ciałem pod władzę Antychrysta. Czy coś takiego rzeczywiście już ma miejsce? Przypatrzmy się biblijnej zapowiedzi tego procederu, ale wraz z najbliższym mu kontekstem. 

I widziałem inne zwierzę, wychodzące z ziemi, które miało dwa rogi podobne do baranich, i mówiło jak smok. A wykonuje ono wszelką władzę pierwszego zwierzęcia na jego oczach. Ono to sprawia, że ziemia i jej mieszkańcy oddają pokłon pierwszemu zwierzęciu, którego śmiertelna rana była wygojona. I czyni wielkie cuda, tak że i ogień z nieba spuszcza na ziemię na oczach ludzi. I zwodzi mieszkańców ziemi przez cuda, jakie dano mu czynić na oczach zwierzęcia, namawiając mieszkańców ziemi, by postawili posąg zwierzęciu, które ma ranę od miecza, a jednak zostało przy życiu. I dano mu tchnąć ducha w posąg zwierzęcia, aby posąg zwierzęcia przemówił i sprawił, że wszyscy, którzy nie oddali pokłonu posągowi zwierzęcia, zostaną zabici. On też sprawia, że wszyscy, mali i wielcy, bogaci i ubodzy, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na swojej prawej ręce albo na swoim czole, i że nikt nie może kupować ani sprzedawać, jeżeli nie ma znamienia, to jest imienia zwierzęcia lub liczby jego imienia. Tu potrzebna jest mądrość... [Obj 13,11-18].

Czy widzimy to, że chociaż wątek o możliwości kupowania i sprzedawania może i trochę zaczyna pasować do obecnej sytuacji, to jednak wszystko inne nie pasuje?! Jeżeli dzisiejsza szczepionka przeciw covid-19 jest przyjmowaniem znamienia bestii, to gdzie są inne opisane w tym samym tekście wydarzenia? Jeżeli wierzymy na podstawie Pisma, że łaska Boża u kresu dni zwróci się ku Żydom, aby wreszcie poznali swojego Mesjasza, to jak wytłumaczyć masowe szczepienia w Izraelu, gdyby ta szczepionka miałaby być przyjmowaniem znamienia bestii? 

Tu potrzebna jest mądrość. Aby kierować się Bożą mądrością w tych dziwnych dniach, czytajmy z modlitwą Pismo Święte, uświęcajmy nasze życie i szczerze powierzajmy się PANU. Nie ulegajmy rozgorączkowanym miłośnikom teorii spiskowych i domorosłym ekspertom od czasów ostatecznych. Zwróćmy uwagę, że przeważnie opierają się oni na tym, co im się przyśniło, co wyczytali lub zobaczyli w Internecie, na tym, co czują w duchu albo na ich własnym rozumieniu Pisma. Bądźmy ostrożni słuchając różnych takich ludzi, to przede wszystkim wiedząc, że żadne proroctwo Pisma nie podlega własnemu wykładowi. Nie z ludzkiej bowiem woli przyniesione zostało kiedyś proroctwo, ale święci Boży ludzie przemawiali prowadzeni przez Ducha Świętego [2Pt 1,20-21].

Na koniec pytanie do osób bijących na alarm, ostrzegających przed szczepieniem i wzywających do niepoddawania się rozporządzeniom rządowym: O co faktycznie wam chodzi? O ratowanie ludzi przed śmiercią fizyczną? O zatrzymanie biegu wydarzeń zapowiedzianych w Biblii?  Jakoś nie potrafię zrozumieć waszego alertu...

16 lutego, 2021

Nie zgadzajmy się na to!

Gdy Bóg wyprowadził Izraelitów z niewoli egipskiej to początkowo wszystko odbywało się zgodnie z planem. Po wielu wspaniałych przeżyciach dotarli do góry Synaj. I wtedy, podczas gdy Mojżesz odbierał od Boga Dekalog, według którego należało zorganizować życie ludu Bożego, Izraelici ulali sobie złotego cielca. W reakcji na to bałwochwalstwo, na rozkaz Boży trzy tysiące ludzi poniosło śmierć. Wtedy Bóg przedstawił zaskakującą zmianę w dalszej drodze do Ziemi Obiecanej.

PAN przemówił jeszcze do Mojżesza: Idź, wyrusz stąd, ty i lud, który wywiodłeś z ziemi egipskiej. Idźcie do ziemi, którą przysiągłem dać Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi, gdy powiedziałem, że dam ją ich potomstwu. Ja natomiast poślę przed tobą anioła i wypędzę Kananejczyków, Amorytów, Chetytów, Peryzytów, Chiwitów i Jebuzytów. Wyrusz do ziemi opływającej w mleko i miód. Ja nie udam się tam razem z wami. Jesteście ludem twardego karku. Przez to wygubiłbym was po drodze [2Mo 33,1-3].

Dzięki wspaniałomyślności JHWH Izraelici mogli kontynuować rozpoczętą wędrówkę. Cel pozostawał bez zmian, a była nim ziemia opływająca w mleko i miód. Otrzymaliby nawet wsparcie aniołów, tyle, że dalej mieli już iść bez codziennej obecności Boga. Dlaczego? Ponieważ jeżeli Bóg nadal miałby być z nimi – to musieli się liczyć z tym, że będą po drodze umierać. Jak zareagowali Izraelici na wieść o takiej zmianie?

Gdy lud usłyszał te przykre słowa, ogarnął go głęboki smutek. Nikt też nie przywdział swoich ozdób. Bo PAN powiedział do Mojżesza: Przekaż synom Izraela: Jesteście ludem twardego karku. Gdybym choć chwilę podążał wśród was, to mógłbym was wygubić! Zdejmijcie z siebie swoje ozdoby, aż postanowię, co z wami zrobić. Właśnie dlatego pod górą Horeb Izraelici przestali przystrajać się w ozdoby [2Mo 33,4-6].

Najwyraźniej zabolało ich to, co Bóg o nich powiedział. Zastosowali się do nakazu zdjęcia ozdób, aż do czasu Bożego werdyktu, co dalej z nimi będzie. Hebrajskie słowo przetłumaczone tutaj jako ozdoby, w Biblii Gdańskiej tłumaczone jako 'ochędóstwo', może oznaczać też piękny strój. Nastąpił czas namysłu nad nowym wariantem pielgrzymowania do Ziemi Obiecanej. Trzeba było skupić uwagę na tym, jak ważna jest dla nich obecność Boża, a nie – ozdoby, piękne stroje i dobra prezencja.

Lud się zasmucił, ale koncepcja wędrowania z Bożym wsparciem bez osobistej obecności Boga wydawała się dla nich korzystna.  A jak zareagował Mojżesz? Mojżesz na to: Jeśli Twoje oblicze nie miałoby iść z nami, to nie każ nam stąd wyruszać. Bo po czym miałbym poznać, że znalazłem łaskę w Twoich oczach — ja i Twój lud — jak nie po tym, że Ty pójdziesz z nami? Tylko to nas może wyróżnić — mnie i Twój lud — spośród wszystkich ludów na ziemi. PAN ponownie zapewnił Mojżesza: Stanie się zadość temu, o czym mówisz, dlatego że znalazłeś łaskę w moich oczach i znam cię po imieniu [2Mo 33,15-17].

Obecność i towarzystwo Boga było dla Mojżesza najwyższą wartością i wyróżnieniem. Nie chciał dalszej drogi bez Boga. Nie chciał ziemi mlekiem i miodem płynącej, jeżeli miałby ją osiągać bez Boga. Nie potrzebował się nad tym zastanawiać. Od razu zaczął wstawić się za lud, prosić Boga o przebaczenie i dalsze towarzystwo. Mojżesz natychmiast pochylił się ku ziemi, oddał pokłon i poprosił: Jeśli znalazłem łaskę w Twoich oczach, Panie, to zechciej pójść z nami. Owszem, to lud twardego karku, ale przebacz nasze winy i grzechy i weź nas w dziedziczne posiadanie. Wtedy Pan oznajmił: Oto Ja zawieram przymierze. Wobec całego twojego ludu dokonam cudów, jakich nie dokonano ani na ziemi, ani wśród żadnego narodu. Cały lud, wśród którego przebywasz, ujrzy dzieło PANA, ponieważ to, co będę z nim czynił, napawać będzie lękiem [2Mo 34,8-10]. Bóg przychylił się do prośby Mojżesza. Obiecał, że pójdzie z nimi, że nadal będzie im towarzyszył. Wymierające potem po drodze całe pokolenie Izraelitów, symbolizuje nam nasze grzechy, świecki sposób myślenia i bezbożne obyczaje, z których musimy zostać oczyszczeni osiągając cel wiary, zbawienie dusz [1Pt 1,9].

Jako chrześcijanie jesteśmy pielgrzymami zmierzającymi do Niebiańskiej Ojczyzny. Jaka jest największa wartość i co jest wielkim atutem naszej wędrówki? Obecność Chrystusa Pana! Syn Boży zwie się Immanuel, co znaczy - Bóg z nami. On przyszedł do nas i po nas, aby nas zbawić i zaprowadzić do Ojca. Jego obecność praktycznie polega dziś na napełnieniu Duchem Świętym i Jego prowadzeniu. Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki - Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie. Nie zostawię was sierotami, przyjdę do was. [Jn14,16-18]. Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi [Rz 8,14].

Wędrówka z Jezusem stawia radykalne wymagania. Konieczne jest uświęcanie życia. Oznacza to sukcesywne wymieranie tego, co pochodzi ze świata. Umartwiajcie tedy to, co w waszych członkach jest ziemskiego: wszeteczeństwo, nieczystość, namiętność, złą pożądliwość i chciwość, która jest bałwochwalstwem, z powodu których przychodzi gniew Boży [Kol 3,5-6]. To jest bardzo bolesne dla naszej starej natury. Podążanie do Królestwa Bożego w towarzystwie samego PANA domaga się pełnego oddania Mu serca. Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłuje syna albo córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien. I kto nie bierze krzyża swego, a idzie za mną, nie jest mnie godzien [Mt 10,37-38]. Krzyż oznacza umieranie. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami [Ga 5,24].

Na każdego chrześcijanina przychodzi więc chwila próby, czy aby nie łatwiej byłoby mu zdążać do nieba bez aż tak wymagającego towarzystwa Ducha Świętego na co dzień. Bardzo kusząco jawi się nam taka możliwość. Mieć zapewnioną pomoc Bożą i błogosławieństwo w drodze. Cieszyć się obietnicą Królestwa Bożego. A to wszystko bez uciążliwości obecności Pana w czasie wędrówki. Droga do nieba – bez Boga po drodze!

Uff. Nie będzie trzeba aż tak na wszystko uważać. Nikt nie zginie, choćby – jak synowie Aarona – zaczął rozpalać w społeczności jakiś obcy ogień. Nikt się nie rozchoruje, nie pokryje się trądem – jak Miriam, siostra Mojżesza – źle wypowiadając się o bracie. Nawet jeżeli będzie buntować się przeciwko przywódcom zboru, pod nikim – jak pod Korachem -  nie zapadnie się ziemia. Nikt nie zostanie ukamienowany – jak człowiek, który w sabat zbierał chrust – choćby w Dzień Pański pojechał sobie na zakupy, zamiast uczestniczyć w nabożeństwie. Można będzie mnóstwo rzeczy zrobić – tak jak się chce! Czemu by nie skorzystać – skoro propozycja wychodzi niejako od samego Boga!

Co się dzieje, gdy chrześcijanie podchwycą tę myśl i przystaną na taką propozycję? Wtedy mamy Kościół bez Ducha Świętego, bez rzeczywistej obecności Bożej. W tej sytuacji już można w kościele rozwijać skrzydła własnych pomysłów i fantazji, bez dyktatu nauki apostolskiej typu: Tak też zarządzam we wszystkich zborach [1Ko 7,17]. Można robić uwielbianie Boga bez obowiązku nabożnego szacunku i bojaźni, nie bacząc na Słowo Boże: Przeto okażmy się wdzięcznymi, my, którzy otrzymujemy królestwo niewzruszone, i oddawajmy cześć Bogu tak, jak mu to miłe: z nabożnym szacunkiem i bojaźnią. Albowiem Bóg nasz jest ogniem trawiącym [Hbr 12,28-29]. Wtedy można sprawować zbawienie już bez bojaźni i drżenia. Ciąży nam bowiem wezwanie apostolskie: z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie, albowiem Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie i wykonanie [Flp 2,12-13].

Czyż nie obserwujemy społeczności chrześcijańskich, gdzie zapomniano już, co to jest bojaźń Pańska? Gdzie już nie widzi się potrzeby zabiegania o uświęcenie życia? Oczywiście, wszyscy idą do nieba! Wszyscy niezmiennie liczą na Królestwo Boże! Wielu chlubi się błogosławieństwem Bożym i rozwojem zboru. Wielu składa świadectwo, jak wspaniale Bóg im błogosławi. W niektórych środowiskach – o, dziwo – zaczęto mówić, że On to robi nomen omen przez aniołów! Słowami i gestami imituje się obecność Bożą, a faktycznie Boga dawno już nie ma między nimi. I co najsmutniejsze, rzeczywista obecność PANA dla wielu współczesnych chrześcijan przestała już być aż tak bardzo potrzebna.

Czy JHWH rzeczywiście chciał puścić Izraelitów samych do Ziemi Obiecanej? Posłużę się prostą ilustracją: Swego czasu byłem z rodziną w Izraelu. Ponieważ mam niełatwy charakter, dość zgrzytało nam we wspólnym eksplorowaniu Ziemi Świętej. Któregoś wieczoru zaproponowałem moim bliskim, aby następnego dnia pojechali zwiedzać beze mnie. I oni skrzętnie to podchwycili. Czy rzeczywiście tego chciałem?

Jestem przekonany, że Bóg chciał Izraelitów nadal prowadzić i być przy nich! Pomysł, żeby dalej poszli sami – stanowiła próbę ich miłości i przywiązania do Boga. Całe szczęście, że Mojżesz przeszedł tę próbę jak trzeba i wszyscy ten sam pokarm duchowy jedli, i wszyscy ten sam napój duchowy pili; pili bowiem z duchowej skały, która im towarzyszyła, a skałą tą był Chrystus [1Ko 10,3-4].

Jesteśmy stworzeni do społeczności z Bogiem. W duszę mamy wpisaną potrzebę Boga. Dlatego mówi się, że człowiek jest nieuleczalnie religijny. Ale uwaga! Zbyt często się zdarza, że człowiek jak najbardziej chce mieć błogosławieństwo Boże, podczas gdy bliskość samego Boga jest dla niego problematyczna. Jak nastolatek chciałby mieć przychylność rodziców, ale bez nich samych, bez ich obecności, tak i nam może się zdarzyć, że tak samo zaczniemy traktować naszego Pana, Jezusa Chrystusa.

Rozważony dziś tekst Pisma – to opis poddania Izraelitów próbie, na ile zależało im na tym, aby Bóg im codziennie towarzyszył. Wielu chrześcijan na przestrzeni wieków – niestety - podchwyciło pomysł drogi do nieba bez Boga po drodze. Nie zgadzajmy się na to! Bądźmy jak Mojżesz, który powiedział, że nie chce Ziemi Obiecanej bez obecnego w niej JHWH! On chciał obecności Bożej, chociaż wiąże się ona z umieraniem! My też powiedzmy PANU, że nie chcemy nieba bez Niego! Że nie chcemy Królestwa Bożego bez stałej obecności Chrystusa Króla! Powiedzmy Mu, że nie chcemy błogosławieństwa Bożego wpośród naszej cielesności. Powiedzmy PANU, że chcemy iść z Nim. Z Nim i dla Niego żyć! Brać krzyż i po drodze umartwiać to, co w naszych członkach jest ziemskiego! Uświęcać się przy Nim każdego dnia!

Rzekłem do Pana: Tyś Panem moim, nie ma dla mnie dobra poza Tobą [Ps 16,2]. Są chrześcijanie, którym łatwiej się żyje bez codziennej społeczności z Panem Jezusem w Duchu Świętym. Lecz moim szczęściem być blisko Boga [Ps 73,28]. A co z tobą?

13 lutego, 2021

Jedność w duchowym odżywianiu

Kończąc omawianie Pierwszego Listu do Tesaloniczan w tę środę, natknęliśmy się na dość zdumiewające wezwanie apostolskie: Zaklinam was na Pana, aby ten list odczytany został wszystkim braciom [1Ts 5, 27]. Zdumiewające jest nie tyle samo wezwanie do publicznego odczytania wszystkim członkom zboru apostolskiego listu, co bardziej natarczywość, z jaką św. Paweł na to nalegał. W greckim tekście mamy tu słowo horkidzo co znaczy: zaprzysięgać kogoś, zaklinać na kogoś. W różnych polskich przekładach Pisma Świętego rozmaicie je przetłumaczono, ale wszystkie oddają apostolską determinację, aby koniecznie tak się stało.  Zobowiązuję was... (BE). Proszę was bardzo w imię samego Pana... (BW-P). Poprzysięgam was przez Pana, aby ten list przeczytany był wszystkim braciom świętym (BG). Najwyraźniej Duch Święty chciał podkreślić, jak wielkie miało to dla zboru w Tesalonikach znaczenie, aby - bez wyjątku - wszyscy jego członkowie przyjęli naukę zawartą w tym Liście. 

Mogło być co najmniej kilka powodów, dla których wszyscy wierzący z tamtejszej społeczności chrześcijańskiej powinni byli jednakowo odżywić się nadesłanym pokarmem Słowa Bożego. Jest prawdopodobne, że w czasie zakładania zboru w Tesalonikach zaistniały pewne luki w nauczaniu apostolskim, które ten list uzupełniał. Możliwe, że niektórzy bracia nie uczestniczyli w każdym ze spotkań z Pawłem apostołem, w czasach jego bytności w Tesalonikach. Niewykluczone, że do Aten, skąd list był pisany, dotarły informacje, że niektórzy bracia zaczynają ulegać wpływom obcych nauczycieli i zborowi grozi rozdźwięk. Dlatego koniecznie wszyscy w Tesalonikach powinni zapoznać się z treścią apostolskiego przesłania. Chyba najmniej chodziło o to, że św. Paweł chciał się przed wszystkimi w Tesalonikach zaprezentować jako autor ;)

W dobie Internetu stało się całkowicie oczywiste, że poszczególni wierzący, nawet jeśli przynależą do tego samego zboru, przeważnie odżywiają się duchowo na własną rękę. Czasy ograniczeń pandemicznych tylko spotęgowały tę praktykę. Prawie już wszyscy członkowie zborów mają swoich ulubionych nauczycieli Słowa Bożego, których sami słuchają, i których polecają innym. Zazwyczaj nie jest to ich miejscowy pastor czy kaznodzieja. Coraz częściej rodzi to sytuację, że na niedzielnym nabożeństwie spotykają się ludzie, którzy w ciągu minionych tygodni karmili się kompletnie odmiennym pokarmem duchowym. Ba, bywa i tak, że w niektórych przypadkach był to pokarm podawany w duchu obcym duchowi nauczania miejscowego zboru. 

Coś takiego musi wpłynąć nie tylko na jakość pojedynczego zgromadzenia ale i na stan duchowy całego zboru. Zamiast więc atmosfery błogosławionej jedności między uczestnikami nabożeństwa, w powietrzu wyczuwa się napięcie i duchową niezgodę. Ktoś jest niezadowolony z tematu kazania. Komuś przeszkadza zbyt dużo cytatów z Pisma Świętego. Ktoś przez kilka tygodni napatrzył się na chodzących po scenie mówców i zaczęło mu uwierać to, że jego pastor podaje pokarm zbyt statycznie, jakby był przyczepiony do kazalnicy. Pamiętam, jak pewna siostra, w kratkę pojawiająca się i to jedynie na niedzielnych nabożeństwach, zgłosiła mi pretensję, dlaczego w naszym zborze nie ma nauczania dla małżeństw. Zupełnie nie wzięła pod uwagę faktu, że nauczanie Słowa Bożego u nas odbywa się także w środowe wieczory.

Zaklinam was na Pana, Bracia i Siostry, abyśmy zadbali o regularne uczestnictwo przy zborowym stole. To, że nie ma na nim łakoci takich, jak gdzieś hen, daleko w wirtualnym świecie, nie zmienia faktu, że każdego tygodnia Duch Święty przemawia do naszego zboru. Jeżeli nasz Pan widzi, że garniemy sie do pokarmu, który nam daje, wówczas z pewnością będzie posyłał nam wciąż świeże porcje duchowej strawy. Mam za oknem karmnik dla ptaków. Gdy widzę, że chętnie i gromadnie do niego przylatują, staram się znowu coś dobrego im tam nasypać. Gdybym zobaczył, że się moim karmnikiem nie interesują, po cóż miałbym zadawać sobie trud dostarczania doń nowego pokarmu?

Wszyscy możemy i mamy wpływ na jakość duchowego pokarmu w swoim zborze. Jak? Osobiście korzystając z niego, zachęcając do tego braci i siostry, udostępniając nasze rodzime nauczanie w Internecie w trosce, aby dotarło do wszystkich członków i przyjaciół naszego zboru. Duchową jedność zboru budujemy też wymieniając między sobą uwagi i świadectwa, jak pokarm duchowy z naszego stołu nam posłużył i jak wpływa na nasz wzrost. 

Rzecz nie w tym, by nikt z nas nie sięgał po nauczanie Słowa Bożego z innych zborów. Chodzi o to, abyśmy wszyscy regularnie przyjmowali pokarm przy rodzinnym stole. To zapewni nam szereg wspólnych przeżyć i przemyśleń mających kapitalne znaczenie przy pielęgnowaniu jedności duchowej zboru. A coś na deser jak najbardziej można zamówić sobie w jakimś barze. ;)

P.S. Przy okazji zapraszam do posłuchania wspomnianego na wstępie wykładu.

11 lutego, 2021

Zdać się na Boga?

Jakiś czas temu pisałem o niewidomym od urodzenia człowieku. Uzdrawiając go Jezus powiedział, że narodził się on niewidomym, aby się na nim objawiły dzieła Boże [Jn 9,3]. Dzisiaj w czasie porannego czytania Biblii natrafiłem na kolejny przypadek, gdy już w trakcie ciąży, zanim dziecko przyszło na świat, już w łonie matki było kalekie. A był w Listrze pewien człowiek chory na bezwład nóg; był on chromy od urodzenia i nigdy jeszcze nie chodził [Dz 14,8], będąc chromy z żywota matki swojej - jak czytamy w Biblii Gdańskiej. Tydzień temu, zaczynając lekturę Dziejów Apostolskich przeczytałem: A mąż niektóry będąc chromy, zaraz z żywota matki swojej był noszony, którego na każdy dzień sadzano u drzwi kościelnych, które zwano piękne, aby prosił jałmużny od tych, którzy wchodzili do kościoła [Dz 3,2 BG].

Ktoś mógłby powiedzieć, że ówczesna wiedza medyczna oraz brak badań prenatalnych nie dawały możliwości określania zdrowia płodu i dlatego matki rodziły wtedy niepełnosprawne dzieci. Trudniej byłoby chorobę płodu w tamtych czasach argumentować zanieczyszczeniem bądź skażeniem środowiska. Faktem pozostaje, że w starożytności też rodziły się niepełnosprawne dzieci i nawet matek w Izraelu przed taką przykrością Bóg nie zabezpieczył. 

Przywołane w pierwszym akapicie, biblijne przypadki narodzin w stanie niepełnosprawności, zgodnie wskazują, że takie nieszczęścia zawierają w sobie zalążek cudu i potencjał do objawienia się mocy Bożej. Nie zawsze chwała Boża objawia się poprzez uzdrowienie. Chwalebność dzieł Bożych po odkryciu choroby może wyrażać się na wiele sposobów. Odsyłam do październikowego wpisu "Aby objawić wielkość dzieł Bożych". Dzisiaj chcę podkreślić znaczenie zdania się w takich okolicznościach na Boga. Ma to ogromne znaczenie w czasach wielkiego postępu technologicznego w medycynie i prężnie działających fundacji pomocowych. Mając takie możliwości w zasięgu, nawet biblijnie wierzący rodzice mogą się tu pogubić. Bywa, że całą swą nadzieję zaczynają upatrywać w zagranicznych lekarzach i w nowatorskich sposobach leczenia. Jeżeli zaś takiej nadziei nikt im nie daje, wówczas gotowi są, by dokonać aborcji.

Bogu podobają się ludzie, którzy - jak Abraham - wbrew nadziei żywiąc nadzieję [Rz 4,18] nie chwieją się w wierze nawet, gdy nie widzą żadnych możliwości pozytywnego rozwiązania problemu. Trwając w przekonaniu, że u Boga wszystko jest możliwe [Mk 10,27] swą wiarą sprawiamy Bogu przyjemność i możemy spodziewać się cudu. Pismo Święte dobitnie świadczy, że - choćby po latach - może on nastąpić. Aborcja w jednej chwili wygasza jakąkolwiek nadzieję na cuda Boże. Staje się manifestacją niewiary.

Ludzie niewierzący mogą sobie myśleć i robić, jak chcą. To ich sprawa. Naśladowcy Jezusa Chrystusa postępują zgodnie z wiarą. Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu; kto bowiem przystępuje do Boga, musi uwierzyć, że On istnieje i że nagradza tych, którzy go szukają [Hbr 11,6]. Jeżeli któraś wierząca w Jezusa Chrystusa mama urodziła niepełnosprawne dziecko i jeszcze nie doczekała się jego uzdrowienia, niech wie, że jej wiara wciąż ma sens, a jej zapłata będzie sowita! [1Mo15,1].  

10 lutego, 2021

Dydaktyka konsekwencji

W rozważanym dziś rano 13. rozdziale Dziejów Apostolskich mocno zabrzmiały mi słowa skierowane do żydowskiego maga, Elimasa: Synu diabelski, pogrążony w najgorszym oszustwie i bezwstydzie, nieprzyjacielu wszelkiej sprawiedliwości! Czy nie przestaniesz wykrzywiać prostych dróg Pana?! Oto ręka Pana spocznie na tobie! Oślepniesz i przez pewien czas nie będziesz oglądał słońca! [Dz 13,10-11]. Tak, napełniony Duchem Świętym, apostoł Paweł przemówił do fałszywego proroka, który swoimi wywodami przeszkadzał w ewangelizowaniu prokonsula Sergiusza Pawła. Na te słowa mag ociemniał i błądząc bezradnie dookoła, prosił, by go ktoś wziął za rękę i poprowadził.

Muszę przyznać, że jak na sam początek swej pierwszej podróży misyjnej, Paweł mocno pojechał po bandzie. Nie tak - według dzisiejszych poradników - prowadzi się misję i ewangelizuje ludzi. Należało działać pozytywnie. Można było wdać się w dialog i miłymi słowami wpłynąć na tego człowieka, zachęcając go, by przemyślał swoją postawę. Tymczasem pełen Ducha Świętego apostoł wcale nie patyczkował się z przemądrzałym Barjezusem.  Fałszywy prorok od razu poniósł konsekwencje psucia prostoty ewangelii. I co? Gdy prokonsul zobaczył, co się stało, uwierzył, zdumiony nauką Pana [Dz 13,12].

Biblia wielokrotnie mówi o konsekwencjach spotykających ludzi, którzy w jakiejś formie, wyraźnej bądź zawoalowanej, są nieposłuszni Bogu i swoim zachowaniem szkodzą sprawie Bożej. Kilka dni temu czytałem o Ananiaszu i Safirze, którzy kłamliwą machlojką zacienili piękno i przejrzystość funkcjonowania prazboru w Jerozolimie. Dlaczego zmówiliście się, by kusić Ducha Pańskiego? Oto nogi tych, którzy pogrzebali męża twego, są u drzwi i ciebie wyniosą. I upadła zaraz u nóg jego, i wyzionęła ducha [Dz 5,9-10]. Konsekwencje przyszły natychmiast. W niedzielę wieczorem słuchałem kazania o Nabalu, który zlekceważył Dawida i jego żołnierzy. A po mniej więcej dziesięciu dniach dotknął Pan Nabala, i ten umarł [1Sm 25,38]. Samego Dawida też spotkały konsekwencje, gdy zgrzeszył z Batszebą. Pan zaś ugodził dziecię, które żona Uriasza urodziła Dawidowi, i ono zachorowało [2Sm 12,15]. 

Jakkolwiek by na sprawę patrzyła współczesna pedagogika i psychologia, Bóg niezmiennie zsyła konsekwencje na ludzi szkodzących interesom Królestwa Bożego. Każde fałszywe proroctwo, każda próba redefiniowania ewangelii Chrystusowej, wzgardzenie zborem Bożym, wprowadzanie do zboru Pańskiego świeckich idei i obyczajów, wszystko to - jeśli w skrusze serca nie zostanie wyznane Bogu jako grzech - musi spotkać się z konsekwencjami. Jeśli ktoś niszczy świątynię Bożą, tego zniszczy Bóg, albowiem świątynia Boża jest święta, a wy nią jesteście [1Ko 3,17]. Nawet niegodny udział w Wieczerzy Pańskiej grozi poważnymi skutkami. Dlatego jest między wami wielu chorych i słabych, a niemało zasnęło. Bo gdybyśmy sami siebie osądzali, nie podlegalibyśmy sądowi [1Ko 11,30-31]. To jest tylko kwestia czasu. Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy - głosi przysłowie.

Surowość reakcji PANA na nieposłuszeństwo, na wyniosłość serca, na lekceważenie Syna Bożego, Jezusa Chrystusa i na fałszowanie prostych dróg Pańskich - służy naszemu zbawieniu. Dzięki widzialnym konsekwencjom grzechu nabieramy bojaźni Bożej, niezbędnej do utrzymania się na właściwym kursie i do trwania w wierze. A dusze wszystkich ogarnięte były bojaźnią, albowiem za sprawą apostołów działo się wiele cudów i znaków [Dz 2,43]. I wielki strach ogarnął cały zbór i wszystkich, którzy to słyszeli [Dz 5,11]. I padł strach na nich wszystkich, a imię Pana Jezusa było wielbione [Dz 19,17]. Tymczasem kościół, budując się i żyjąc w bojaźni Pańskiej, cieszył się pokojem po całej Judei, Galilei i Samarii, i wspomagany przez Ducha Świętego, pomnażał się [Dz 9,31].

Jak można uniknąć konsekwencji popełnionych grzechów? Jest tylko jeden sposób. Krew Jezusa Chrystusa, Syna jego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu [1Jn 1,7b]. Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości [1Jn 1,9].

09 lutego, 2021

Wybór czy podział większy?

W kraju zdominowanym przez Kościół Rzymskokatolicki, a regionalnie także przez parę innych kościołów historycznych, jak sięgam pamięcią, zbory i wspólnoty ewangeliczne stanowią znikomy odsetek polskiego chrześcijaństwa. W latach mojej młodości w całym Trójmieście, aż po Tczew i Wejherowo, mieliśmy tylko jeden zbór zielonoświątkowy i jeden zbór baptystyczny. Mało tego, zbory te chętnie współpracowały ze sobą. Wymagało to - oczywiście - wzajemnej miłości, szacunku i pokory, bo przecież i w tamtych latach ludzie mieli odmienne poglądy oraz rozbieżne stanowiska w wielu kwestiach.

Dzisiaj zadałem sobie trud przeliczenia tutejszych zborów, wspólnot i rozmaitych społeczności ewangelikalnych. Proszę sobie wyobrazić, że w samym tylko Trójmieście naliczyłem ich aż ponad czterdzieści! Tak duża ilość oddzielnie zgromadzających się wyznawców Chrystusa nie świadczy, bynajmniej, o wielkim rozwoju liczebnym chrześcijaństwa ewangelicznego na terenie Trójmiejskiej Metropolii. Tylko nieliczne zbory z tej listy powstały na drodze zdrowego procesu rozwojowego istniejących zborów lub w wyniku grupowego nawrócenia się ludzi z jednorodnego środowiska. Większość obecnych w Trójmieście wspólnot tworzą ludzie, którzy albo opuścili zbór, do którego wcześniej należeli, albo z chwilą nawrócenia nie chcieli się do nikogo przyłączać i wybrali los sezonowego uczestnictwa w życiu poszczególnych społeczności.

Mało kto chce dziś żyć i działać pod czyimś autorytetem. Wielu ma swoją koncepcję kościoła i najlepszy sposób na chrześcijaństwo. Osoby świeżo nawrócone bądź przeprowadzające się do Trójmiasta jak najbardziej mogłyby przyłączać się do istniejących zborów, stawać się dla nich błogosławieństwem i zwiększać ich możliwości misyjne. Napływający z Ukrainy zielonoświątkowcy i baptyści mogliby odczuwalnie zasilić zbory funkcjonujące tu zgodnie z ich denominacją. Czemu więc zamiast budującego współdziałania obserwujemy zjawisko tworzenia odrębnych wspólnot, nieraz nawet na drodze zaskakującego i bolesnego rozdźwięku? Czemu tak wielu ewangelicznie wierzących chrześcijan wciąż krąży między zborami i nigdzie na dłużej nie mogą znaleźć dla siebie miejsca?

Ten, kto czterdzieści lat temu w Trójmieście nawracał się do Chrystusa albo przyjeżdżał jako już odrodzony duchowo człowiek, by tutaj żyć i pracować, miał dość klarowną sytuację. Wiedział, że trzeba przyłączyć się do jednego z dwóch istniejących, bratnich zborów. Dzisiaj tak już nie jest. Zbyt często bywa dziś tak, że ktoś w jednym zborze się nawraca, w drugim przyjmuje chrzest, w trzecim korzysta z pomocy materialnej, uczestniczy w grupie domowej zboru czwartego, angażuje się w akcje misyjne organizowane przez piąty, aby po jakimś czasie zbuntować się przeciwko starszym szóstego zboru i założyć zbór siódmy. 

Jedynym uzasadnionym powodem stronienia od członkostwa w danym zborze lub przeniesienia się do innego zboru może być obawa o poprawność głoszonej w nim nauki, bądź zadomowienie się w nim niebiblijnych praktyk. Pewna doza podziału jest wpisana w życie Kościoła od zarania jego dziejów. Słyszę bowiem najpierw, że gdy się jako zbór schodzicie, powstają między wami podziały; i po części temu wierzę. Zresztą, muszą nawet być rozdwojenia między wami, aby wyszło na jaw, którzy wśród was są prawdziwymi chrześcijanami [1Ko 11,18-19]. Zawsze jednak trzeba pamiętać, że cechą zdrowych, wypróbowanych chrześcijan jest zgoda, jednomyślność duchowa i trzymanie się razem.

Skąd wojny i skąd kłótnie między wami? Czy nie stąd: z żądz waszych, które walczą w was? [Jk 4,1 BPK). A proszę was, bracia, w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa, abyście wszyscy byli jednomyślni i aby nie było między wami rozłamów, lecz abyście byli zespoleni jednością myśli i jednością zdania [1Ko 1,10]. Jeśli jednak gorzką zazdrość i kłótliwość macie w sercach swoich, to przynajmniej nie przechwalajcie się i nie kłamcie wbrew prawdzie [Jk 3,14].

Jak traktować aktualną sytuację w Trójmieście? Jako możliwość większego wyboru, czy jako szerzące się zjawisko podziału?

04 lutego, 2021

Czy z namiotu od razu do domu?

Rok 2020. to w Polsce rok największej ilości zgonów od czasów II Wojny Światowej. W ciągu 52 tygodni ubiegłego roku zmarło ponad 485 tysięcy osób, podczas gdy w 2019 roku zgonów mieliśmy 409 tysięcy. Duża ilość pogrzebów w naturalny sposób nasuwa pytanie o to, co dzieje się z ludzką duszą po śmierci?

Odpowiedź wymaga paru wstępnych objaśnień. Człowiek – to duch, dusza i ciało, które skażone grzechem potrzebują zbawienia. Bóg chce, aby cały duch, dusza i ciało były bez nagany na przyjście Pana naszego, Jezusa Chrystusa [1Ts 5,23]. Duch każdego naturalnie narodzonego człowieka jest martwy z powodu grzechu i nie odgrywa żadnej roli. Dusza takiego człowieka jest pod wpływem ciała – co Biblia nazywa cielesnością. Sytuacja się zmienia, gdy człowiek rodzi się na nowo. Wtedy duch człowieczy zostaje zbawiony, to znaczy, ożywiony i połączony z Duchem Bożym. Dusza dostaje się pod wpływ ożywionego ducha, który zaczyna wypierać dotychczasową cielesność. W odrodzonym duchowo człowieku toczy się wewnętrzna walka. Jej wyniki zależne są od tego, której stronie daje on posłuch. Mówię więc: Według Ducha postępujcie, a nie będziecie pobłażali żądzy cielesnej. Gdyż ciało pożąda przeciwko Duchowi, a Duch przeciwko ciału, a te są sobie przeciwne [Ga 5,16-17].

Zapoczątkowany nowym narodzeniem proces zbawienia trwa aż do śmierci fizycznej człowieka. Dotyczy to osób, które uwierzyły w Jezusa Chrystusa, opamiętały się i zostały ochrzczone w wodzie. Przez wiarę w Jezusa ich duch został ożywiony. Otrzymali rękojmię Ducha Świętego, który przejął kontrolę nad ich życiem. Ich duch jest już zbawiony. Za życia w ciele trwa proces zbawienia ich duszy. Chodzi w nim o to, aby w sferze woli, umysłu i emocji stali się podobni do Jezusa. Tego miłujecie, chociaż Go nie widzieliście, wierzycie w Niego, choć go teraz nie widzicie, i weselicie się radością niewysłowioną i chwalebną, osiągając cel wiary, zbawienie dusz [1Pt 1,8-9].

A co z ciałem? Zbawienie ciała nastąpi dopiero w chwili zmartwychwstania. Ciało jest jakby ubraniem, okryciem dla ludzkiej duszy. Na ziemi, w doczesności, nasz wewnętrzny człowiek przebywa w fizycznym ciele. Po zmartwychwstaniu wewnętrzny człowiek otrzyma ciało chwalebne, niematerialne, na wzór zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa. Doczesne ciało fizyczne jest w Biblii porównane do namiotu. Rozpada się moje mieszkanie, zostaje mi odebrane jak gdyby namiot pasterski. Jak tkacz - zwijam [nić] mego życia [Iz 38,12 BPzn]. Metafora namiotu pojawia się również w świadectwie św. Piotra. Uważam jednak za słuszne - jak długo mieszkam w tym namiocie - raz po raz pobudzać was zachętą, świadom, że  zwinięcie mojego namiotu jest już bliskie według tego, co i Pan nasz, Jezus Chrystus, mi objawił [2Pt 1,13-14].

Chwalebne ciało, które wierzący człowiek otrzyma w czasie zmartwychwstania, porównane jest do domu. Bo my wiemy, że gdy ten namiot naszego ziemskiego zamieszkiwania zostanie zwinięty, otrzymamy dom od Boga, wieczne mieszkanie w niebie, nie ręką zbudowane [2Ko 5,1]. Ze wstępnych uwag już wiemy, że  zwinięcie namiotu, to śmierć fizyczna ciała. Natomiast otrzymanie domu od Boga (wiecznego mieszkania w niebie) – to zmartwychwstanie ciała. Tak na pewno się stanie. Otrzymamy niematerialne, chwalebne ciała – na wzór Jezusa Chrystusa. Intryguje nas wszakże pytanie: Co stanie się z naszą duszą po śmierci fizycznej, oczekującej na zmartwychwstanie?

Wiemy z Biblii, że z chwilą śmierci fizycznej od razu będziemy z PANEM, ale jest coś, co może nas niepokoić. Z "namiotu" (fizycznego ciała) nie od razu przechodzimy do "domu" (chwalebnego ciała), chyba że zmartwychwstanie nastąpiłoby za naszego życia w ciele. Niestety, nikt z nas tego nie wie. Dlatego w tym teraz wzdychamy, bo już pragniemy przywdziać tamten nasz niebieski przybytek, o ile tylko z tego rozebrawszy się, nie okażemy się nagimi. I tak naprawdę, przebywając w tym namiocie, udręczeni wzdychamy, bo nie chcielibyśmy się rozbierać, lecz od razu wdziać tamten na wierzch, aby śmiertelne ogarnięte zostało przez życie. [2Ko 5,2-4].

Obawiamy się momentu, gdy nasza dusza zostanie pozbawiona osłony ciała. Podobnie jak dyskomfortem dla normalnego człowieka jest pozbawienie go ubrania i wystawienie jego nagości na pokaz, tak w sensie duchowym nasza dusza nie chciałaby się rozbierać z tego ciała, lecz od razu przywdziać ciało chwalebne. Osłona fizycznego ciała umożliwia nam ukrycie niektórych myśli i postaw serca. Na przykład, uśmiechamy się do kogoś, podczas gdy w głębi serca jesteśmy do niego źle nastawieni. Kto nienawidzi, nie wyjawia tego swymi wargami, ale we wnętrzu swoim żywi zdradę [Prz 26,24]. Słusznie się więc obawiamy, bo gdy przejdziemy w stan bezcielesny, wówczas cała prawda o naszej duszy wyjdzie na jaw.

Jest tylko jeden sposób na to, aby nasza dusza, rozebrawszy się z ciała ziemskiego, nie okazała się naga. W porę trzeba nam zadbać o oczyszczenie i usprawiedliwienie, o odpuszczenie grzechów i o dobre uczynki! Jezus powiedział: radzę ci, abyś nabył u mnie złota w ogniu wypróbowanego, abyś się wzbogacił i abyś przyodział szaty białe, aby nie wystąpiła na jaw haniebna nagość twoja [Obj 3,18]. Oto przychodzę jak złodziej; błogosławiony ten, który czuwa i pilnuje szat swoich, aby nie chodzić nago i aby nie widziano sromoty jego [Obj 16,15].

Dla nas wierzących, którzy nie chcielibyśmy się rozbierać, lecz od razu wdziać tamten na wierzch, aby śmiertelne ogarnięte zostało przez życie Pismo Święte ogłasza dobrą nowinę. Dusza człowieka wierzącego po opuszczeniu ziemskiego ciała ma zapewnione okrycie i ukojenie u PANA! Bardzo się będę radował z Pana, weselić się będzie moja dusza z mojego Boga, gdyż oblókł mnie w szaty zbawienia, przyodział mnie płaszczem sprawiedliwości [Iz 61,10]. Lecz masz w Sardes kilka osób, które nie skalały swoich szat, więc chodzić będą ze mną w szatach białych, dlatego że są godni. Zwycięzca zostanie przyobleczony w szaty białe, i nie wymażę imienia jego z księgi żywota, i wyznam imię jego przed moim Ojcem i przed jego aniołami [Obj 3,4-5].

Dzięki łasce Bożej po zwinięciu namiotu doczesnego ciała nie staniemy przed Bogiem obnażeni do widoku własnej sprawiedliwości! Chociaż naturalnie chciałoby się w chwili opuszczenia ciała fizycznego od razu otrzymać ciało chwalebne, to jednak jako ludzie duchowo odrodzeni nie drżymy przed stanem bezcielesności. Wątpliwości i obawy pomaga nam przezwyciężyć uświadomienie sobie, że Bóg nas do tego przygotował. To Bóg jest tym, który nas do tego przygotował. On też dał nam Ducha jako porękę. Zawsze więc ufni jesteśmy, choć wiemy, że przebywając w ciele, przebywamy oddaleni od Pana. Idziemy bowiem za wiarą, a nie za widzialną postacią. Ufni jesteśmy, choć wolelibyśmy raczej wyprowadzić się z ciała i być przy Panu [2Ko 5,5-8]. Podstawą naszego zaufania jest dany nam Duch Święty jako poręka, zadatek, rękojmia od Boga, że mamy dom w niebie, że zmartwychwstaniemy w chwalebnych, niematerialnych ciałach!

Przypatrzmy się naszej drodze z 'namiotu' do 'domu'. Plan Boży jest taki, że opuszczając ten ziemski namiot (ciało fizyczne) nie od razu otrzymujemy w niebie dom (ciało niematerialne). Otrzymamy je w dniu pierwszego zmartwychwstania. Pewne jest wszakże, że dusza człowieka wierzącego w Chrystusa od razu idzie do raju - miejsca odpocznienia i błogości! Pismo Święte dobitnie na to wskazuje. O żebraku, Łazarzu, czytamy: I stało się, że umarł żebrak, i zanieśli go aniołowie na łono Abrahamowe [Łk 16,22]. Ukrzyżowany z Jezusem złoczyńca, gdy tuż przed śmiercią wyraził wiarę w Niego, usłyszał z usta Pana: Zaprawdę, powiadam ci, dziś będziesz ze mną w raju [Łk 23,43]. Również apostoł Paweł w rozterce, co lepsze, życie czy śmierć fizyczna, napisał: Albowiem jedno i drugie mnie pociąga: pragnę rozstać się z życiem i być z Chrystusem, bo to daleko lepiej [Flp 1,23].

Po dotarciu do kresu naszej ziemskiej pielgrzymki, doznamy przyjemności odpoczynku. Pomyślmy, czego pragniemy i czego potrzebujemy po długiej, męczącej pracy bądź podróży? Tylko jedno mamy w głowie: Ażeby odpocząć. Biblia zapewnia ludzi wierzących w Jezusa Chrystusa, że gdy już znajdziemy się u Niego, będziemy mogli odpocząć. I usłyszałem głos z nieba mówiący: Napisz: Błogosławieni są odtąd umarli, którzy w Panu umierają. Zaprawdę, mówi Duch, odpoczną po pracach swoich; uczynki ich bowiem idą za nimi [Obj 14,13]. A tak pozostaje jeszcze odpocznienie dla ludu Bożego; kto bowiem wszedł do odpocznienia jego, ten sam odpoczął od dzieł swoich, jak Bóg od swoich. Starajmy się tedy usilnie wejść do owego odpocznienia [Hbr 4,9-11].

Tak więc nasza wieczność z PANEM rozpocznie się od odpoczynku po ziemskiej pielgrzymce. A co jest najlepszą i najpełniejszą formą odpoczynku? Co byśmy powiedzieli o dobrym, głębokim śnie w bezpiecznym i przyjaznym miejscu? Jak przyjmujemy taką propozycję po długiej, męczącej podróży, po stresujących przeżyciach albo po ciężkiej pracy? Osobiście witam ją, jak największe dobrodziejstwo.

Biblia mówi, że dusza wierzącego człowieka po rozstaniu się z fizycznym ciałem zasypia w oczekiwaniu na zmartwychwstanie. Zauważmy, że w Piśmie Świętym śmierć fizyczna wielokrotnie nazwana jest snem. Łazarz, nasz przyjaciel, zasnął; ale idę zbudzić go ze snu. Tedy rzekli uczniowie do niego: Panie! Jeśli zasnął, zdrów będzie. Ale Jezus mówił o jego śmierci; oni zaś myśleli, że mówił o zwykłym śnie. Wtedy to rzekł im Jezus wyraźnie: Łazarz umarł [Jn 11,11-14]. I kamienowali Szczepana modlącego się i mówiącego: Panie Jezu! przyjmij ducha mojego! A klęknąwszy na kolana, zawołał głosem wielkim: Panie! nie poczytaj im tego za grzech! A to rzekłszy, zasnął [Dz 7,59-60 BG]. Po zmartwychwstaniu Jezus ukazał się więcej niż pięciuset braciom naraz, z których większość dotychczas żyje, niektórzy zaś zasnęli [1Ko 15,6].

Klasycznym przykładem nauki apostolskiej o śmierci, jako zaśnięciu, jest fragment Pierwszego Listu do Tesaloniczan. A nie chcemy, bracia, abyście byli w niepewności co do tych, którzy zasnęli, abyście się nie smucili, jak drudzy, którzy nie mają nadziei. Albowiem jak wierzymy, że Jezus umarł i zmartwychwstał, tak też wierzymy, że Bóg przez Jezusa przywiedzie z nim tych, którzy zasnęli. A to wam mówimy na podstawie Słowa Pana, że my, którzy pozostaniemy przy życiu aż do przyjścia Pana, nie wyprzedzimy tych, którzy zasnęli [1Ts 4,13-15].

Biblia zapowiada, że zbliża się zmartwychwstanie wierzących i pochwycenie Kościoła. Nikt z tych, którzy zasnęli w Chrystusie, nie musi obawiać się, że prześpi ten chwalebny moment. Albowiem jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy zostaną ożywieni. A każdy w swoim porządku: jako pierwszy Chrystus, potem ci, którzy są Chrystusowi w czasie jego przyjścia [1Ko 15,20-23]. Czeka nas podniosła i fantastyczna chwila zamieszkania naszej duszy w uwielbionym, niematerialnym ciele.

Ale uwaga! Taką perspektywę na przyszłość mają wyłącznie ludzie narodzeni na nowo, którzy trwają w pojednaniu z Bogiem przez Jezusa Chrystusa i uświęcają swoje życie. Kluczową rolę odgrywa tu nasz obecny stosunek do osoby Pana Jezusa Chrystusa! Taką konkluzją kończy się rozważany tu wywód apostolski.  I przez to, czy blisko przebywając, czy daleko, bardzo się staramy Jemu być mili. Przecież my wszyscy musimy stanąć bez osłony przed trybunałem Chrystusa, by każdy otrzymał według tego, co zdziałał w ciele: czy to dobro, czy zło [2Ko 5, 9-10]. Innymi słowy, abyśmy po śmierci fizycznej zostali zabrani do raju, abyśmy okryci płaszczem sprawiedliwości zasnęli i odpoczywali, abyśmy w chwili zmartwychwstania otrzymali chwalebne ciała, które będą już nie tymczasowym namiotem (jak ciało fizyczne) a trwałym domem – potrzebujemy znaleźć upodobanie w oczach Pana Jezusa. Dlatego stawiamy sobie za cel, aby niezależnie od tego, czy zostajemy tu, czy też stąd odchodzimy, Jemu się podobać.

Niektórzy z nas borykają się z problemem bezsenności. Takie osoby dobrze wiedzą, jaka to katorga, gdy pomimo zmęczenia w żaden sposób nie udaje się zasnąć. Obawiam się, że takie przekleństwo czeka dusze ludzi bezbożnych, niepojednanych z Bogiem. Straszliwe oczekiwanie sądu [Hbr 10,27] nie byłoby aż tak przykre, gdyby na ten czas udało się zapaść w głęboki sen. Według Jezusa piekło jest miejscem, gdzie robak ich nie umiera, a ogień nie gaśnie [Mt 9,44]. Nie wierzę więc, że tam będzie można się wyspać.

Dobrodziejstwo snu – to błogosławieństwo zarezerwowane dla zbawionych dusz. Raz jeszcze przywołajmy tę ilustrację: Po długiej i męczącej podróży, po dotarciu do celu, po ciężkiej pracy i wielu stresujących przeżyciach – umyty, w czystej piżamie, okryty miękką pościelą, w bezpiecznym i przyjaznym domu ojcowskim – kładziesz się do snu, aby wreszcie odpocząć. Uff. Jakaż ulga! Biblia mówi: Ze spokojem mogę się kłaść na spoczynek i tak samo zasypiać, bo Ty sam, Panie, utwierdzasz mnie w nadziei [Ps 4,9]. Czyż tych słów nie można odnieść również do błogiego snu zbawionych dusz w oczekiwaniu na zmartwychwstanie?

Skoro tak się rzeczy mają, to czy postawiliśmy już sobie za cel, aby zawsze podobać się Jezusowi Chrystusowi, który jako jedyny może okryć nas po śmierci płaszczem sprawiedliwości? A tak przy okazji, skoro jeszcze nie było zmartwychwstania wierzących i dusze zbawionych śpią, to jaki sens ma kierowanie do nich jakichkolwiek próśb?

03 lutego, 2021

Wyższość powrotu nad przyjazdem

Powrót Tomka
Do najbardziej błogosławionych i szczęśliwych chwil mojego życia w ostatnich latach z pewnością należą powroty mojego syna z bliższych lub dalszych wyjazdów. Widok, jak wjeżdża na podwórze Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE zawsze napawa mnie radością i pobudza do okazania wdzięczności Bogu. Tomek kocha Jezusa i nie wstydzi się Go. Miłuje nasz zbór i parę lat temu postanowił całkowicie poświęcić się pracy na rzecz naszej wspólnoty. Zrezygnował z wypracowanej pozycji w międzynarodowej korporacji i bez żadnych warunków wstępnych oddał się do dyspozycji naszego zboru. Razem z żoną, Anią, zamieszkali w surowych warunkach Dworu Olszyńskiego i już od kilku lat zajmują się wszystkim, co w danej chwili trzeba tu zrobić.

Tak oto każdy wjazd Tomka na dziedziniec zborowy nie jest już jego przyjazdem, a stał się powrotem. Do naszego zboru na Olszynce przyjeżdża wielu ludzi. Jedni przybywają z ciekawości. Drudzy pojawiają się w celu załatwienia jakiejś sprawy. Jeszcze innych sprowadza tu życiowy kryzys. Przyjeżdżają i więcej się już nie pojawiają. Pojawiają się wśród nas parę razy, lecz po jakimś czasie już ich nie ma. Z zachwytem na ustach przyłączają się do nas, a potem bez słowa znikają. Chociaż wielokrotnie przyjeżdżają, to wciąż nie można o nich powiedzieć, że tutaj wracają.

Przyjeżdża gość, interesant, poszukiwacz, turysta. Wraca mieszkaniec, ten, kto jest domownikiem. Tak właśnie jest w zborze, który jest domem Bożym na ziemi. Domownicy wiary mają w nim swoje miejsca i obowiązki. Sercem przynależą do swojej wspólnoty. Nie trzeba ich zapraszać, okazywać szczególnego zainteresowania ani robić sensacji z ich pojawienia się w zborze. Ich obecność jest czymś normalnym. Wciąż wracają, bo miłują swój zbór i nawet nie przychodzi im to do głowy, że mogliby poszukać sobie innego miejsca. W rzeczywistości są darem Bożym i błogosławieństwem dla braci i sióstr. Gdyby któregoś dnia nie wrócili, zrobiłoby się w zborze bardzo smutno.

Przyjazdy wywołują poruszenie. Zazwyczaj są jakimś rodzajem sensacji. Zaciekawieni dopytujemy się i opowiadamy, kto i dlaczego do nas przyjechał. Powrót domownika jest czymś normalnym. Nie robi się z niego wielkiego wydarzenia, chyba że jest to powrót, kogoś kto dawno temu wyjechał i długo do domu nie wracał. Takie powroty świętujemy! Ojciec zaś rzekł do sług swoich: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie też pierścień na jego rękę i sandały na nogi, i przyprowadźcie tuczne cielę, zabijcie je, a jedzmy i weselmy się, dlatego, że ten syn mój był umarły, a ożył, zginął, a odnalazł się. I zaczęli się weselić [Łk 15,22-24]. Modlę się, abyśmy i my w naszym zborze mieli jeszcze wiele podobnej radości.

Przyjazd zwykle jest w jakimś stopniu niewiadomą. Może nawet niepokoić. Kim jest przyjeżdżający? Co nas z jego strony czeka?  Czy przybywa w dobrych zamiarach? Powrót natomiast uspokaja. Świadczy o swego rodzaju przywiązaniu do miejsca już wcześniej poznanego. Wraca się do domu, do swoich. Wraca się, bo zna się swoje miejsce, bo jest się świadomym swojej tożsamości i wynikającej z niej przynależności. Albowiem lepszy jest dzień w przedsionkach Twoich, niż gdzie indziej tysiąc; Wolę stać raczej na progu domu Boga mego, niż mieszkać w namiotach bezbożnych [Ps 84,11]. Wraca się, bo się zatęskniło...

Cieszę się z przyjazdu nowych osób, ale szczególnie dziękuję Bogu za osoby, które się u nas  zadomowiły.

02 lutego, 2021

Widoczny przyrost

Równo rok temu, w lutym 2020 roku na koronie rosnącej u nas wierzby dokonaliśmy niezbędnych cięć pielęgnacyjnych. Jak widać na załączonej fotografii, wystarczył jeden sezon wegetacyjny, a z przyciętych konarów wyrosły gęste i długie pióropusze nowych gałęzi. Zdumiewająco dużo sił życiowych musi kryć się w tej wierzbie, skoro w tak krótkim czasie nastąpił aż taki jej przyrost.

Ta prosta i spodziewana przeze mnie obserwacja dobrze ilustruje prawdę o duchowym wzroście chrześcijanina. Wierzba pobiera soki życiowe z gleby za pomocą systemu korzeniowego. Chrześcijanin ma swoje życiowe źródło w Chrystusie Jezusie, który jest Głową całego Kościoła. Jesteśmy zobowiązani  trzymać się głowy, z której całe ciało, odżywiane i spojone stawami i ścięgnami, rośnie wzrostem Bożym [Kol 2,19].

Imponujący przyrost świeżych gałęzi, zaobserwowany na kościelnej wierzbie, jednocześnie ucieszył mnie i zaniepokoił. Czy otaczający mnie bracia i siostry w Chrystusie, dostrzegają w moim życiu duchowym podobny przyrost? Czy w ciągu minionego roku zauważalnie wzrosłem w wierze? Czy moim towarzyszom wiary dostarczam budującej przyjemności obserwowania mojego rozwoju duchowego, czy może serwuję im przykrość patrzenia na moją stagnację?   

Pismo Święte wzywa: O to się troszcz, w tym trwaj, żeby postępy twoje były widoczne dla wszystkich [1Tm 4,15]. Młode drzewo każdego roku cieszy oko bujnym wzrostem. Starym drzewom nie tylko grozi zanik dalszego rozwoju. Z powodu przerostu w burzliwe dni mogą stać się wręcz zagrożeniem dla przebywających w ich pobliżu ludzi. Dlatego starym drzewom od czasu do czasu przycina się korony. Wtedy pojawia się nadzieja, że znowu zaczną rosnąć, a ich wzrost nie będzie przerostem 😉

20 stycznia, 2021

Poprzez zbory Kościoła

Bóg działa na ziemi poprzez lokalne zbory Kościoła. Wszystko zaczęło się od zboru w Jerozolimie. Utworzyli go pierwsi naśladowcy Chrystusa, napełnieni Duchem Świętym i trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach [Dz 2,42]. Gdy ewangelia docierała do nowych miejscowości, zawiązywały się tam lokalne zbory. Czytamy, że nadzorujący ten proces apostołowie przez wkładanie rąk wyznaczyli im w każdym zborze starszych, wśród modlitw i postów poruczyli ich Panu, w którego uwierzyli [Dz 14,23]. Z nauki apostolskiej wynika, że niezależnie od lokalizacji poszczególnych społeczności, obowiązywało w nich jednakowe podejście do kwestii praktycznych i ta sama doktryna, bo żadne proroctwo Pisma nie powstaje z prywatnej wypowiedzi [2Pt 1,20 BPK]. 

Apostoł Paweł w natchnieniu Ducha Świętego nauczając któryś z konkretnych zborów, nie wahał się tego samego oczekiwać od innych wspólnot Kościoła. A gdy ten list będzie u was odczytany, postarajcie się o to, aby został odczytany także w zborze Laodycejczyków, a ten, który jest z Laodycei, i wy też przeczytajcie [Kol 4,16]. Tak też zarządzam we wszystkich zborach [1Ko 7,17] - pisał i wzywał: Zaklinam was na Pana, aby ten list był odczytany wszystkim braciom [1Ts 5,27].

Słowo Boże wzywa do jednomyślności i wzajemnej uległości członków zboru. Sprzeciwia się niesubordynacji i samowoli wierzących. A jeśli się komuś wydaje, że może się upierać przy swoim, niech to robi, ale my takiego zwyczaju nie mamy ani też zbory Boże [1Ko 11,16]. Zachęca do uporządkowanej służby. Wszystko niech się odbywa godnie i w porządku [1Ko 14,40]. A jeśli ktoś jest nieposłuszny słowu naszemu, w tym liście wypowiedzianemu, baczcie na niego i nie przestawajcie z nim, aby się zawstydził [2Ts 3,14].

Tak daleko idąca apostolska troska o jedność i wysoki poziom duchowy zborów, wynikała z przekonania, że zbory reprezentują Chrystusa na ziemi i są narzędziami, a zarazem ośrodkami Jego zbawczego działania. Znakomita większość pism Nowego Przymierza nie widzi chrześcijanina żyjącego w oderwaniu od społeczności świętych. Zawsze umieszcza go w zborze. Jezus Chrystus, jako Głowa Kościoła, siedmiokrotnie powiedział: Kto ma uszy, niechaj słucha, co Duch mówi do zborów [Obj 2,7], a całe biblijne objawienie kończy się słowami: Ja, Jezus, wysłałem anioła mego, by poświadczył wam to w zborach [Obj 22,16]. 

Obserwując zjawiska i procesy zachodzące we współczesnym Kościele z całym naciskiem podkreślam, że Bóg w działaniu na ziemi przede wszystkim posługuje się swoimi zborami. Normalny, wielopokoleniowy zbór chrześcijański ma bowiem wszystkie cechy i narzędzia niezbędne do ratowania dusz ludzkich i do wzajemnego umacniania się w wierze. W służbie Bożej nie powinno być miejsca dla  samozwańczych, domorosłych misjonarzy, którzy jak 'wolne elektrony' krążą między zborami, a nierzadko z ewangelii próbują ciągnąć też jakieś zyski. Mnogość jednoosobowych inicjatyw, fundacji rodzinnych i parakościelnych organizacji, świadczy nie tyle o rzeczywistej, wyznaczonej im przez Boga misji, co bardziej o rosnącej modzie na niezależność i niechęć do podporządkowywania się duchowym autorytetom. 

Jeżeli Bóg zamierza dokonać czegoś nowego w okolicy, to przeważnie przychodzi z tym do miejscowego zboru. Żaden prawdziwy apostoł, prorok, nauczyciel, duszpasterz czy ewangelista nie żyje dziś ani nie działa w oderwaniu od wspólnoty świętych. Każdy z nich przynależy do lokalnej cząstki Kościoła, jaką jest zbór. Żyjąc na co dzień wpośród wierzących na bieżąco jest przez nich obserwowany i zyskuje duchowy autorytet do sprawowania służby. Gdy Duch Święty stawia przed zborem Bożym jakieś nowe zadanie, wówczas wiadomo, kogo do tego wyznacza. Co równie ważne, podejmując się nowej misji taki pracownik Boży ma w swoim zborze rzeczywistą bazę i oparcie. Nie musi zbierać pieniędzy po ludziach, ani szukać dla siebie zagranicznych mentorów.

Biblijnym, wręcz klasycznym przykładem działania poprzez zbór jest wyprawa misyjna zboru antiocheńskiego. W Antiochii, w tamtejszym zborze, byli prorokami i nauczycielami: Barnaba i Symeon, zwany Niger, i Lucjusz Cyrenejczyk, i Manaen, który się wychowywał razem z Herodem tetrarchą, i Saul. A gdy oni odprawiali służbę Pańską i pościli, rzekł Duch Święty: Odłączcie mi Barnabę i Saula do tego dzieła, do którego ich powołałem. Wtedy, po odprawieniu postów i modlitwy, nałożyli na nich ręce i wyprawili ich [Dz 13,1-3]. Proszę zauważyć, że faktycznie to zbór wysłał Pawła i Barnabę w tzw. pierwszą podróż misyjną. 

Ktoś mógłby pomyśleć, że święty Paweł działał samodzielnie, że nie był członkiem żadnego zboru i nie podlegał żadnym autorytetom. Powyższa relacja z Antiochii wskazuje, że jednak pełnił służbę w konkretnym zborze, a więc do niego przynależał. Pomijając fakt, że gnany pragnieniem zaniesienia ewangelii na krańce świata, potem zakładał wciąż nowe zbory i siłą rzeczy nie mógł przez lata pozostawać w jednym miejscu, ciągle odczuwał potrzebę konsultowania swej posługi z innymi braćmi. Potem po czternastu latach udałem się z Barnabą znowu do Jerozolimy, zabrawszy z sobą i Tytusa; a udałem się tam na skutek objawienia i wyłożyłem im na osobności, zwłaszcza znaczniejszym, ewangelię, którą zwiastuję między poganami, żeby się czasem nie okazało, że daremnie biegnę czy biegłem [Ga 2,1-2]. 

Paweł jako apostoł Chrystusa był człowiekiem Kościoła składającego się z poszczególnych zborów. Pisma Nowego Testamentu ustanawiają tu następujący porządek rzeczy: Kościół tworzą lokalne zbory ludzi odrodzonych duchowo, a pojedynczy chrześcijanie odczuwają potrzebę przynależności do miejscowej wspólnoty Kościoła. Duch Święty przemawia do zgrupowanych w zborze wierzących, podnosi poziom ich poznania PANA, we wspólnocie kształtuje ich charaktery i hartuje ich duchowo, aby stawali się gotowi do pełnienia służby. W ten sposób lokalny zbór jest narzędziem w ręku Boga do wykonania każdego zadania. 

Oczywiste, że grupa zborów może we wzajemnym porozumieniu podjąć się wspólnej inicjatywy i realizować projekty międzyzborowe. W świetle Biblii nie do zaakceptowania natomiast jest sytuacja, gdy ktoś działający na własną rękę wymyśla na boku jakiś 'autorski' projekt i sam nie należąc do żadnego zboru, zaczyna wciągać w tę swoją działalność ludzi przynależących do zboru. Moim zdaniem nie ma potrzeby, aby jakoś specjalnie z takimi ludźmi walczyć. Wystarczy, że będziemy trzymać się swojego domu duchowego, wszystkie osobiste talenty i możliwości włączając w miejscową pracę duchową i w jej rozwój. Wtedy okaże się, że nasz niewielki nawet zbór, będzie o wiele bardziej i to pod każdym względem zdolny do wielu nowych projektów, także o charakterze misyjnym.

Powtarzam: Bóg działa poprzez zbory Kościoła. Masz pragnienie służby? Masz jakiś pomysł? Marzysz o nowych przedsięwzięciach ewangelizacyjnych? Chciałbyś zaangażować się w jakąś działalność misyjną? Idź z tym pragnieniem do swojego zboru. Przedstaw je braciom i siostrom. Bóg posłuży się tobą i w zborze rozkwitnie praca Pańska na chwałę Bogu. Angażując się poza zborem, uszczuplasz zasoby i możliwości swojej wspólnoty. Nie daj się wciągać ludziom, którzy nikomu nie podlegając, żerują na gorliwości szczerych, prostolinijnych chrześcijan pociągając ich za sobą. Amen.

19 stycznia, 2021

Zobaczymy!

Księga Rodzaju pełna jest niezwykłych historii, wydarzeń i stwierdzeń. Ponieważ jej treść w pełni została natchniona przez Ducha Świętego, od zawsze jest ona źródłem mądrości Bożej i licznych obrazów ilustrujących najróżniejsze aspekty życia duchowego. Dzisiaj mocno zabrzmiały mi w uszach słowa braci Józefa: I zobaczymy, co będzie z jego snów [1Mo 37,20b]. 

Bracia źle myśleli o Jozefie. Nabrali do niego niechęci nie tylko dlatego, że ich ojciec, Jakub, go faworyzował. Znienawidzili go głównie z powodu paru jego snów, które szczery i prostolinijnie myślący brat im opowiedział. Całą duszą byli przeciwni spełnieniu się snów Józefa. Zasadzili się więc na jego życie z intencją całkowitego odwrócenia zapowiadanego w snach scenariusza, całą sprawę kwitując następująco: i ujrzymy, że bez znaczenia są jego sny [w przekładzie KUL]. 

Tymczasem sam Bóg czuwał nad losami sprzedanego do Egiptu brata. A Pan był z Józefem, tak że wiodło mu się dobrze [1Mo 39,2]. Dane mu przez Boga sny powoli zaczęły się urzeczywistniać. Bracia Józefa przekonali się o tym na własnej skórze. A gdy przyszli bracia Józefa, oddali mu głęboki pokłon aż do ziemi [1Mo 42,6b]. Potem cała ich siedemdziesięcioosobowa rodzina z ojcem, Jakubem, na czele, przybyła i zdała się na łaskę Józefa, jako zarządcy Egiptu. Wy wprawdzie knuliście zło przeciwko mnie, ale Bóg obrócił to w dobro, chcąc uczynić to, co się dziś dzieje [1Mo 50,20]. Bracia Józefa jakby "wyprorokowali" to sobie i w końcu zobaczyli to, co wyszło z jego snów.

Jako chrześcijanie śnimy o powtórnym przyjściu Jezusa Chrystusa. Dzisiaj znowu obudziłem się z tymi myślami. Na podstawie Pisma Świętego wierzymy, że nasz Zbawiciel i Pan powróci na ziemię, aby osądzić bezbożny świat, zaprowadzić sprawiedliwość i na wieki wieków ustanowić Królestwo Niebios, a jego królestwu nie będzie końca [Łk 1,33]. Ludzie bezbożni i różnej maści sceptycy kpią sobie z naszej nadziei. Czy stać się może coś takiego, aby na imię Jezusa zginało się wszelkie kolano na niebie i na ziemi, i pod ziemią i aby wszelki język wyznawał, że Jezus Chrystus jest Panem, ku chwale Boga Ojca [Flp 2,10-11]?

Marana tha! Oto przychodzi wśród obłoków, i ujrzy go wszelkie oko, a także ci, którzy go przebili, i będą biadać nad nim wszystkie plemiona ziemi. Tak jest! Amen [Obj 1,7]. Podobnie jak Józef opowiadał braciom swoje sny, tak Kościół ogłasza zbliżające się zmiany. Biblia mówi, że nadchodzi całkowite odwrócenie obecnego porządku i układu sił. I oto ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi [Łk 13,30]. 

Kto o tej wielkiej nadziei Kościoła - w duchu wypowiedzi braci Józefa - mówi: Zobaczymy, co wyjdzie z jego snów, niech zważy, że 'prorokuje' o swojej przyszłości. Wszyscy to zobaczymy. Jedni wszakże - kłaniając się PANU - zobaczą to jako chwalebny akt ich ostatecznego wybawienia. Inni natomiast zobaczą zagniewanego PANA, który przyszedł ich sądzić.

Czy powracający Jezus Chrystus dokona wśród ludzi aż takiego podziału? Zobaczymy.

15 stycznia, 2021

Na straży dobrego imienia Zboru i Kościoła

Widziałem wczoraj film dokumentalny pt. "Wąż z Alabamy". Opowiada on tragiczną historię z 1991 roku, kiedy to - mieniący się pastorem zielonoświątkowym - niejaki Glenn Summerford, został oskarżony o próbę zamordowania swojej żony przy pomocy grzechotnika. Bulwersujący, koszmarny dokument. Co gorsza, łączący zielonoświątkowców z szaloną praktyką poskramiania węży i z demonami. 

Nie wdając się w szczegóły obejrzanego obrazu, przyznaję, że poruszył on mocno już napiętą we mnie strunę. Od lat z drżeniem serca obserwuję, jak łatwo jest dzisiaj uzyskać tytuł pastora. Wystarczy, że ktoś, nie wiadomo skąd, zbierze kilka osób i zacznie się z nimi spotykać, a już zwie się pastorem. Gdy zaś rozpocznie regularne transmisje w Internecie i pozyska dla swej domorosłej twórczości wielu odbiorców, to szybko staje się uznanym "autorytetem", cytowanym i udostępnianym na lewo i na prawo.

Od czterdziestu lat przynależę do wspólnoty zborów zwanej w Polsce Kościołem Zielonoświątkowym. Nauczono mnie bojaźni Bożej, szacunku dla starszych i respektu dla służby Bożej. A wszystko niech się odbywa godnie i w porządku [1Ko 14,40] - głęboko zapadło mi w serce wezwanie apostolskie. Wiem, że posługę duchową podczas nabożeństw mogą sprawować wyłącznie ci, którzy żyją nienagannie. Każda, nawet pomocnicza służba w Kościele, wymaga poważnego podejścia. Ważny jest nie tylko schludny wygląd osób usługujących, ale także ich poglądy i przekonania. Niech oni najpierw odbędą próbę, a potem, jeśli się okaże, że są nienaganni, niech przystąpią do pełnienia służby [1Tm 3,10]. Prowadzenie uroczystości zborowych, takich jak chrzty, śluby, pogrzeby czy Wieczerza Pańska, należy powierzać sprawdzonym, ordynowanym braciom. 

Z bólem serca patrzę na to, jak wiele dzisiejszych zborów odchodzi od apostolskich wzorców sprawowania służby Bożej. Wystrój miejsca zgromadzeń zboru, ubiór osób sprawujących służbę, klubowa atmosfera, dowolność w doborze osób do posługi, minimalizowanie praktycznego udziału zgromadzonych na sali ludzi na rzecz błyszczących na scenie liderów, głośnej muzyki i multimedialnych projekcji - to wszystko zaczyna prowadzić do pytania, czy coś takiego można jeszcze nazywać chrześcijańskim nabożeństwem? 

Inną - a przecież najważniejszą w niedzielę - kwestią jest kazanie Słowa Bożego. Apostolska zasada, że Słowo Boże ma być poważnie i wiernie głoszone, w wielu społecznościach w ogóle nie jest brana pod uwagę. Mówcy niedzielni prześcigają się dziś w pomysłach na najbardziej nowatorską 'inspirację'. Wierne i bezkompromisowe głoszenie ewangelii Chrystusowej w niektórych zborach przestało być mile widziane. Nauczaniem, czy raczej, motywowaniem zboru zajmują się ludzie świeżo nawróceni, głoszący idee, poglądy i pomysły bardziej zaczerpnięte z Internetu, aniżeli zdobyte na kolanach i z Biblią w ręku. 

Gdy do tego wszystkiego dodać niski poziom przygotowania niektórych liderów do pełnionej służby od strony merytorycznej, przy ich silnym pragnieniu wyrobienia sobie w środowisku opinii człowieka wyjątkowo obdarowanego i ważnego, to jesteśmy już tylko krok od kompromitacji. Niestabilność poglądów, nielojalność i brak podporządkowania starszym oraz nastawienie na szybki sukces, musi źle się skończyć. 

W czasach tak łatwego przekazu informacji, gdy każdy swoim telefonem może nagrać i całemu światu pokazać, co się w danej grupie mówi i robi, dbałość o dobre imię Kościoła nabiera wielkiego znaczenia. Albowiem z waszej winy, jak napisano, poganie bluźnią imieniu Bożemu [Rz 2,24]. Gdy ludzie zobaczą coś tak szalonego, jak w filmie "Wąż z Alabamy", lub tak miernego bądź luzackiego, jak to bywa w wielu dzisiejszych społecznościach, to w żaden sposób nie skojarzą tego z prawdziwym Kościołem Chrystusowym. Któż w takiej sytuacji upadłszy na twarz, odda pokłon Bogu i wyzna: Prawdziwie Bóg jest pośród was [1Ko 14,25]?

Biblia wzywa chrześcijan do godnego i przykładnego postępowania, aby Słowu Bożemu ujmy nie przynoszono [Tt 2,5]. Stójmy na straży dobrego imienia swojego Zboru i całego Kościoła. Przede wszystkim zadbajmy o dobre świadectwo własnego życia, ale też miejmy odwagę przeciwstawiać się zjawiskom, które - jeśli dalej tak pójdzie - za jakiś czas doprowadzą do całkowitej utraty poparcia i obecności Ducha Świętego w naszych zborach. Owszem, jak najbardziej ludzie będą się świetnie czuć i bawić, ale przestanie to być zgromadzenie prawdziwych chrześcijan.

Nie wolno nam utracić charakterystyki kościoła czasów apostolskich, o którym czytamy, że budując się i żyjąc w bojaźni Pańskiej, cieszył się pokojem po całej Judei, Galilei i Samarii, i wspomagany przez Ducha Świętego, pomnażał się [Dz 9,31]. Zadbajmy o należyty poziom służby, którą sprawujemy. Doskonalmy ją. Trzymajmy się nowotestamentowych zasad doboru osób do posługi świętym. Nie dopuszczajmy do niej ludzi przypadkowych, dopiero co nawróconych i jeszcze nie wypróbowanych. 

Jeżeli będziemy trzymać się tych elementarnych zasad, jeżeli zadbamy o należytą powagę i wysoki poziom duchowy naszych zgromadzeń, to nawet jeśli ktoś wpadnie z ukrytą kamerą na nabożeństwo i będzie chciał nas skompromitować, nie zarejestruje niczego takiego, jak twórcy wspomnianego filmu. Prowadźcie wśród pogan życie nienaganne, aby ci, którzy was obmawiają jako złoczyńców, przypatrując się bliżej dobrym uczynkom, wysławiali Boga w dzień nawiedzenia [1Pt 2,12].

Kościól Zielonoświątkowy w Polsce to wspólnota różnorodnych zborów. To mój Kościół, w którym przez cztery pełne dekady nieprzerwanie służę Bogu. To duchowe dziedzictwo wypracowane przez naszych poprzedników w służbie i przekazane nam w nadziei, że należycie o nie zadbamy i - jeśli Pan wcześniej nie powróci - przekażemy je, niesplamione światem, następnemu pokoleniu. Niech w naszym Kościele będzie wiadome, że każdego z was, niczym ojciec dzieci swoje, napominaliśmy i zachęcali, i zaklinali, abyście prowadzili życie godne Boga, który was powołuje do swego Królestwa i chwały [1Ts 2,11-12].

14 stycznia, 2021

Nieodwracalne konsekwencje

Rozważam dziś fragment Księgi Rodzaju opisujący życiowy dramat Ezawa. Ledwie Izaak pobłogosławił Jakuba i ledwie Jakub od niego wyszedł, z łowów wrócił jego brat, Ezaw. Również on przyrządził potrawę i przyniósł swemu ojcu: Niech mój ojciec wstanie - zaprosił - i niech skosztuje z łowów swego syna, aby potem mógł mi błogosławić. Kim ty jesteś? - zapytał Izaak. To ja, Ezaw - usłyszał - twój syn pierworodny! Izaak zadrżał. Kim więc był ten - zapytał - który był tu przed tobą? Przyniósł mi potrawę z tego, co upolował, ja to zjadłem i pobłogosławiłem go. I będzie on błogosławiony! 

Gdy Ezaw usłyszał słowa ojca, wydał z siebie gorzki krzyk rozpaczy. Potem jęknął: Mnie też pobłogosław, mój ojcze! Ojciec powiedział: Twój brat przyszedł podstępnie i przejął twe błogosławieństwo. Słusznie nazwano go Jakub - zawołał Ezaw. - Podszedł mnie już dwukrotnie. Wziął moje pierworództwo, a teraz - błogosławieństwo. I zapytał: Czy nie zachowałeś błogosławieństwa również dla mnie? Wtedy Izaak powiedział do Ezawa: Ustanowiłem go panem nad tobą. Dałem mu za sługi wszystkich jego braci, wsparłem go zbożem i winem, co więc mogę zrobić dla ciebie, mój synu? Czy masz tylko jedno błogosławieństwo, mój ojcze? - nie ustawał Ezaw. - Mnie też pobłogosław, mój ojcze! I po chwili Ezaw wybuchł głośnym płaczem [1Mo 27,30-38 w przekładzie Biblii Ewangelicznej].

Tę gorzką w życiu Ezawa chwilę poprzedził pozornie drobny incydent między braćmi. Ot, zwykła sytuacja, jakich zdarza się wiele. Pewnego razu Jakub przyrządził posiłek. Ezaw akurat przyszedł z pola zmęczony. Poprosił Jakuba: Daj mi się najeść tej twojej czerwonej zupy, bo padam ze zmęczenia. Dlatego nazwano go Edom. Najpierw sprzedaj mi pierworództwo - odpowiedział Jakub. Posłuchaj - wyrzucił z siebie Ezaw - ja umieram! Co mi po pierworództwie?! Jakub nie ustępował: Więc najpierw mi przysięgnij. I Ezaw przysiągł. Sprzedał swe pierworództwo Jakubowi. Wtedy Jakub podał Ezawowi chleb oraz potrawę z soczewicy - ten zaś jadł i pił, i wstał, i poszedł. I tak pogardził Ezaw pierworództwem [1Mo 25,29-34].

Pierworództwo w czasach patriarchów było tak szczególne i ważne, że może obrazować zbawienie w Jezusie Chrystusie. On wybrał nas w Nim przed założeniem świata, abyśmy wobec Niego byli święci, nienaganni i żyli w miłości. Przeznaczył nas, abyśmy przez Jezusa Chrystusa stali się Jego dziećmi zgodnie z życzeniem Jego woli, dla tym większej chwały Jego łaski, którą obdarzył nas w Ukochanym. W Nim mamy odkupienie przez Jego krew, przebaczenie upadków według ogromu Jego łaski [Ef 1,4-7]. Usynowieni przez Boga, dzięki wierze w Syna Bożego, otrzymaliśmy prawo współdziedziczenia wraz z Chrystusem. On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale go za nas wszystkich wydał, jakżeby nie miał z Nim darować nam wszystkiego? [Rz 8,32]. Nie bój się, mała trzódko! Gdyż waszemu Ojcu spodobało się dać wam Królestwo [Łk 12,32] - powiedział Jezus do swoich uczniów. 

Zbawienie jest największym aktem wspaniałomyślności Boga w stosunku do nawracających się grzeszników. Ciążył na nas wyrok wiecznego potępienia, a Syn Boży wykupił nas z tego drogocenną krwią swoją. Oczyścił nas od wszelkich zarzutów i usprawiedliwił. Przeniósł nas ze śmierci do życia, powołał z ciemności do cudownej swojej światłości [1Pt 2,9]. Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto Weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny [Jn 3,16]. Dar zbawienia to dar dany nam jeden raz w życiu. Raz na zawsze. 

Biblia mówi, że wiara nie jest rzeczą wszystkich [2Ts 3,2]. Gdy Bóg nas nawiedza, gdy objawia nam Siebie i wskazuje nam drogę zbawienia, to oznacza, że zostaliśmy przez Niego wybrani. Dar życia wiecznego to największy nasz skarb. Nie ma prawa nigdy nam spowszednieć. Nie wolno nam go zaniedbywać. Z drżeniem serca każdego dnia powinniśmy dziękować Bogu za zmiłowanie i to zbawienie z najwyższą starannością sprawować. Ciesząc się zbawieniem, powinniśmy trzymać się z dala od wszelkiego rodzaju zła i wystrzegać się każdego ryzykownego kroku, poprzez który moglibyśmy Bogu dać do zrozumienia, że przestaliśmy doceniać okazaną nam łaskę.

Dramat Ezawa powinien wielce dać nam do myślenia. Ten lekkomyślny człowiek zaprzepaścił daną mu z urodzenia możliwość i wartość. Zaspokojenie doraźnej potrzeby ciała wzięło w nim górę nad błogosławieństwem pierworództwa. Wystarczyło, że chwilowo 'umierał z głodu', a duchowe wartości poszły w kąt. Zachował się, jak zwierzak. Poniósł więc nieodwracalne konsekwencje, jak napisano: Jakuba umiłowałem, a Ezawem wzgardziłem [Rz 9,13]. Jeden fałszywy, samowolny krok, a losy Ezawa od tamtej chwili potoczyły się zupełnie inaczej, niż miały i mogłyby wyglądać. Jedną, niegodną decyzją Ananiasz i Safira stracili nie tylko dobre imię hojnych darczyńców w jerozolimskim zborze.

Biblia wzywa nas do życia w bojaźni Bożej. Owszem, każdy z nas ma wolną wolę i może postępować po swojemu. Uważajmy jednak, ażeby nasz Pan i Zbawiciel, Jezus Chrystus, który każdego dnia widzi nas jak na dłoni, nie zobaczył w nas czegoś podobnego do postawy Ezawa. Dopilnujcie, aby nikt nie był rozwiązły lub bezbożny jak Ezaw, który za jeden posiłek oddał prawa swego pierworództwa. A wiecie, że potem, gdy chciał otrzymać błogosławieństwo, został odrzucony. Nie mógł już skorzystać z możliwości opamiętania, chociaż zabiegał o to ze łzami [Hbr 12,16-17].

12 stycznia, 2021

Niech was nie zwodzą wasi prorocy

Kto czyta Biblię ten wie, jak poważną przeszkodę w prawidłowym rozumieniu woli Bożej mogą stanowić niektórzy prorocy. Z natury rzeczy powinni ogłaszać i wyjaśniać ludziom poselstwo od Boga. Tymczasem bywa, że ich proroctwa wprowadzają ogromne zamieszanie i dezorientację. Z lektury Biblii wiadomo, że nieraz wpośród ludu Bożego dochodziło do swoistego dwugłosu prorockiego. Większość zgodnie przepowiadała to, co ludzie pragnęli słyszeć. Rzeczy miały się zupełnie inaczej, gdy odzywał się prawdziwy prorok PANA. Klasycznym przykładem takiej sytuacji było pytanie o wolę Bożą przed wspólną wyprawą wojenną Izraela i Judy.

Król izraelski zgromadził więc proroków w liczbie około czterystu mężów i zapytał ich: Czy mam wyruszać na wojnę pod Ramot Gileadzkie, czy też mam tego zaniechać? A oni odpowiedzieli: Wyrusz, a Pan wyda je w rękę króla. Lecz Jehoszafat zapytał: Czy nie ma tutaj jeszcze jakiegoś proroka Pana, abyśmy i jego zapytali? Król izraelski odpowiedział Jehoszafatowi: Jest jeszcze jeden mąż, przez którego moglibyśmy zapytać się Pana, lecz ja go nienawidzę, gdyż nie zwiastuje mi nigdy nic dobrego, a tylko zło. Jest to Micheasz, syn Jimli. A Jehoszafat rzekł: Niech król tak nie mówi. Wtedy król izraelski zawołał jednego z dworzan i rzekł: Sprowadź tu szybko Micheasza, syna Jimli. Król izraelski zaś i Jehoszafat, król judzki, siedzieli na swoich tronach przyodziani w szaty uroczyste na placu, naprzeciwko bramy wjazdowej do Samarii, a wszyscy prorocy prorokowali przed nimi. Jeden z nich, Sedekiasz, syn Kenaany, sporządził sobie żelazne rogi i mówił: Tak mówi Pan: Nimi będziesz bódł Aramejczyków, dopóki ich zupełnie nie wytępisz.Wszyscy też prorocy tak samo prorokowali, mówiąc: Wyrusz do Ramot Gileadzkiego, a poszczęści ci się i Pan wyda je w ręce króla.

A posłaniec, który poszedł aby przywołać Micheasza, rzekł do niego tak: Oto wszystkie wypowiedzi proroków są jednakowo pomyślnie dla króla; oby i twoje słowa były jak słowa każdego z nich: przepowiadaj dobrze. A Micheasz odpowiedział: Jako żyje Pan, że będę mówił tylko to, co mi powie Pan. A gdy przyszedł do króla, król rzekł do niego: Micheaszu, czy mamy ruszyć przeciwko Ramot Gileadzkiemu na wojnę, czy też tego zaniechać? A on odpowiedział: Wyrusz, a poszczęści ci się i Pan wyda je w ręce króla. Tedy rzekł król do niego: Ileż razy mam cię zaklinać, abyś mi nie mówił nic innego, jak tylko prawdę w imieniu Pana? Wtedy rzekł: Widziałem całego Izraela rozproszonego po górach Jak owce, które nie mają pasterza. Pan zaś rzekł: Ci nie mają pana, Niechaj każdy wraca do swego domu w pokoju.

Wtedy król izraelski rzekł do Jehoszafata: Czy nie mówiłem ci, że ten nie zwiastuje mi nic dobrego, a tylko złe? On zaś rzekł: Słuchaj przeto słowa Pańskiego: Widziałem Pana siedzącego na swoim tronie, a cały zastęp niebieski stał przy nim, po jego prawicy i po lewicy. A Pan rzekł: Kto zwiedzie Achaba, aby wyruszył i poległ w Ramot Gileadzkim? I jeden mówił to, a drugi owo. Wtedy wystąpił Duch i stanął przed Panem, i rzekł: Ja go zwiodę. A Pan rzekł do niego: W jaki sposób? A on odpowiedział: Wyjdę i stanę się duchem kłamliwym w ustach wszystkich jego proroków. Wtedy On rzekł: Tak, ty go zwiedziesz, ty to potrafisz. Idź więc i uczyń tak! Otóż teraz włożył Pan ducha kłamliwego w usta tych wszystkich twoich proroków; Pan zapowiedział tobie nieszczęście. Wtedy przystąpił Sedekiasz, syn Kenaana, i uderzył Micheasza w policzek, mówiąc: Jak to? Więc Duch Pana odszedł ode mnie, aby mówić przez ciebie? A Micheasz rzekł: Przekonasz się o tym w tym dniu, kiedy będziesz biegał z izby do izby, aby się ukryć.

Wtedy król izraelski rzekł: Zabierz Micheasza i zaprowadź go z powrotem do Amona, dowódcy miasta, i do Joasza, syna królewskiego, i powiedz im: Tak mówi król: Osadźcie go w więzieniu i żywcie go skąpo chlebem i wodą, dopóki nie wrócę szczęśliwie. Micheasz zaś rzekł: Jeżeli ty szczęśliwie powrócisz, to Pan nie mówił przeze mnie. I dodał jeszcze: Słuchajcie tego wszyscy ludzie! [1Krl 22,6-28].

Z podobnym dwugłosem prorockim spotykamy się w Księdze Jeremiasza, na okoliczność zbliżającej się wówczas niewoli babilońskiej. Bóg zapowiedział tę niewolę, a mimo to wielu proroków głosiło, że do niej nie dojdzie. Tak mówi Pan Zastępów: Nie słuchajcie słów proroków, którzy wam prorokują, oni was tylko mamią, widzenie swojego serca zwiastują, a nie to, co pochodzi z ust Pana! Ustawicznie mówią do tych, którzy gardzą słowem Pana: Pokój mieć będziecie. A do tych wszystkich, którzy kierują się uporem swojego serca, mówią: Nie przyjdzie na was nic złego [Jr 23,16-17]. 

Po uprowadzeniu Judejczyków do Babilonii uaktywnili się prorocy tym razem ogłaszający rychły koniec niewoli, podczas gdy Bóg zapowiedział, że potrwa ona siedemdziesiąt lat. Gdyż tak mówi Pan Zastępów, Bóg Izraela: Niechaj was nie zwodzą wasi prorocy, którzy są wśród was, ani wasi wróżbici, i nie słuchajcie waszych snów, które się wam śnią. Albowiem oni kłamliwie wam prorokują w moim imieniu, nie posłałem ich - mówi Pan [Jr 29,8-9].

Rozmijanie się wielu proroków z prawdą nie dotyczyło wyłącznie czasów Starego Przymierza. Mówi o nich również Nowy Testament. I powstanie wielu fałszywych proroków, i zwiodą wielu [Mt 24,11]. Zjawisko prorockiego dwugłosu to także problem współczesnego Kościoła. Pamiętam proroctwa sprzed lat, ogłaszające przebudzenie duchowe oraz ogromny wpływ niektórych wybranych środowisk i ludzi na sytuację w Polsce. Po kilku dekadach widać jak na dłoni, że nijak mają się one do rzeczywistości. Mało kto wyciąga jednak z tego wnioski, a przecież Biblia udziela wyraźnej wskazówki: A jeśli powiesz w swoim sercu: Po czym poznamy słowo, którego Pan nie wypowiedział? Jeżeli słowo, które wypowiedział prorok nie w imieniu Pana, nie spełni się i nie nastąpi, jest ono słowem, którego Pan nie wypowiedział, lecz w zuchwalstwie wypowiedział je prorok; więc nie bój się go [5Mo 18,21-22]. Nie trać też już czasu na ponowne słuchanie takiego proroka - chciałoby się dopowiedzieć.

Ostatni rok stał się sceną najświeższej aktywności rozmaitych proroków. Część z nich zapowiada koniec pandemii, powrót do tzw. normalności i wspaniałe czasy nowych możliwości dla ludu Bożego na ziemi. Inni ogłaszają, że już rozpoczęła się era antychrysta. Wzywają, aby nie przyjmować szczepionki i nie podporządkowywać się rozporządzeniom władzy, gdyż nie pochodzi ona od Boga. Nie ufam ani jednym, ani drugim. Nie będę karmił się złudzeniami optymistycznych wizji przyszłości. Nie poddam się też przepowiedniom czarnowidzów. Jestem i pragnę pozostać człowiekiem Biblii. A jaką przyszłość ona mi ogłasza?

Biblia tj. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu dobitnie świadczy, że zarówno losy całego świata, jak i każdego poszczególnego człowieka, są w rękach Wszechmogącego Boga. Na bezbożny świat nieuchronnie nadchodzi sąd Boży. Kto chce być zbawiony, ten powinien uwierzyć w Syna Bożego i całkowicie podporządkować się wezwaniom ewangelii Chrystusowej. 

Jak powinienem - jako chrześcijanin - ukierunkować moją aktywność w tych dniach? Jezus powiedział: Dana mi jest wszelka moc na niebie i na ziemi. Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata [Mt 28,18-20]. 

Do zbawienia nie jest potrzebne zrozumienie wszystkiego, co dzieje się na świecie. Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec w moc y swojej ustanowił, ale weźmiecie moc Ducha Świętego, kiedy zstąpi na was, i będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi [Dz 1,7-8]. Potrzebne jest oddanie serca Jezusowi Chrystusowi. Konieczne jest nowe narodzenie, opamiętanie z grzechów, chrzest, napełnienie Duchem Świętym i życie w posłuszeństwie Słowu Bożemu.

Znam swoje miejsce w szeregu. Trzeba mi trwać w społeczności z Bogiem poprzez wiarę w Jezusa Chrystusa. Mam pielęgnować społeczność z Panem Jezusem i codziennie chodzić w Duchu Świętym. Trzeba mi uświęcać moje własne życie ale też składać innym ludziom świadectwo o Jezusie, aby ich przyprowadzić do posłuszeństwa ewangelii Chrystusowej. Nic na świecie i w moim osobistym życiu nie stanie się bez woli Bożej lub bez Jego przyzwolenia. Gdy jestem pojednany z Bogiem i trwam w posłuszeństwie Słowu Bożemu, to jestem bezpieczny. Mogę spać spokojnie.

Większość współczesnych proroków zdaje się koncentrować uwagę wierzących na utrzymaniu zdrowia i życia doczesnego oraz na wyjaśnianiu tego, co obecnie dzieje się na świecie. Tymczasem Biblia podkreśla potrzebę i wyższość troski o życie wieczne. Jezus powiedział: Kto stara się zachować życie swoje, straci je, a kto straci życie swoje dla mnie, znajdzie je [Mt 10,39]. Pochwałą ludzi wierzących w niebie jest to, że nie pokochali też swego życia na tyle, by cofnąć się w obliczu śmierci [Obj 12,11]. 

Zborowi w Filadelfii Chrystus Pan powiedział: Ponieważ zachowałeś nakaz mój, by przy mnie wytrwać, przeto i Ja zachowam cię w godzinie próby, jaka przyjdzie na cały świat, by doświadczyć mieszkańców ziemi [Obj 3,10]. Widać zatem, że Pan potrafi uchronić pobożnych w czasie próby, a bezbożnych zachować dla ukarania w dniu sądu [1Pt 2,9].

Dzięki niech będą Bogu za Biblię. Gdy ją czytamy i rozważamy z modlitwą, nie potrzebujemy gorączkowego przeszukiwania Internetu w celu poznania woli Bożej dla naszego życia. Nie szukamy pociechy ani oparcia w pozabiblijnych objawieniach. Wystarcza nam Słowo Boże, które trwa na wieki.