27 października, 2021

Który początek nas obowiązuje?

Osoby głoszące ewangelię, wzywając ludzi do nawrócenia, dość często natrafiają na opór tłumaczony obowiązkiem pozostawania w wierze ojców. W takiej wierze się urodziłem i w takiej pozostanę - pada z ust wielu ludzi, co w danej chwili przesądza o ich stosunku do tego, co usłyszeli. Czy takie stanowisko jest zawsze złe i świadczy o duchowym zacofaniu? A może  jest jak najbardziej właściwe?

Jeśli chodzi o was, pozostawajcie przy tym, co usłyszeliście na początku. Jeżeli pozostaniecie przy tym, co usłyszeliście na początku, to pozostawać będziecie również w Synu oraz w Ojcu. A łączy się z tym obietnica, którą sam nam złożył - życie wieczne [1Jn 2,24-25].

Początek, o którym Biblia w tym miejscu mówi, to nie początek czyjegoś życia ani też nie początek działalności jakiejś wspólnoty chrześcijańskiej. Także nie chodzi tu o początkowe lekcje z chrześcijaństwa, których po nawróceniu udzielają nam nasi pierwsi nauczyciele. Wszystkie takie "początki" są oczywiście bardzo ważne. Środowisko, w jakim przychodzimy na świat, charakter zboru, w który robimy pierwsze kroki na drodze wiary oraz chrześcijanie, którzy jako pierwsi uczą nas drogi Bożej - to czynniki mające kolosalny wpływ na to, jakimi chrześcijanami się stajemy. 

Fakty są jednak takie, że rodząc się w kraju o chrześcijańskiej tradycji i kulturze, nie stajemy się automatycznie chrześcijanami. Zdarza się, że po przeżyciu duchowego odrodzenia, w poszukiwaniu wspólnoty, w której chcielibyśmy się rozwijać duchowo i budować, trafiamy między ludzi żyjących nie całkiem zgodnie z Biblią. Oczywiste więc, że w zacytowanym fragmencie Pisma Świętego nie może chodzić o pozostawaniu przy takich 'początkach'. Niebiblijna tradycja narodowa czy wspólnota religijna, niebiblijnie żyjąca rodzina ani nawet nie trzymający się Biblii najbliższy przyjaciel - nic takiego i nikt taki nie ma prawa trzymać nas na jakiejkolwiek uwięzi tylko dlatego, że wiąże się z jakimiś początkami w naszym życiu. 

Kilka dni temu przeczytałem u proroka Ezechiela: I rzekłem do ich synów na pustyni: Nie postępujcie według przykazań waszych ojców i nie przestrzegajcie ich praw, i nie kalajcie się ich bałwanami! Ja, Pan, jestem waszym Bogiem. Postępujcie według moich przykazań i przestrzegajcie moich praw, i wykonujcie je! [Ez 20,18-19]. Należy mieć odwagę, aby od takich 'początków' się odciąć! 

Początek, przy którym trzeba nam pozostawać i do którego zawsze powinniśmy powracać - to nauka apostołów Jezusa Chrystusa, objawiona nam w Pismach Nowego Testamentu. Tylko ten jeden początek, tj. Ewangelia Chrystusowa, nadaje zbawienny bieg naszemu życiu i gwarantuje nam wejście do Królestwa Bożego. Ten początek trzeba odnaleźć i uchwycić się go na całe dalsze życie. Czytając osobiście Biblię należy upewnić się, że początek ten nie został zafałszowany, a następnie pozostawać przy nim aż do końca. Kto się za daleko zapędza i nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga. Kto trwa w niej, ten ma i Ojca, i Syna [2Jn 1,9].

12 października, 2021

Dlaczego nie zajmuję się innymi?

Każdemu prawdziwemu chrześcijaninowi Bóg wyznaczył określony rodzaj, czas i stanowisko służby. Czy wszyscy są apostołami? Czy wszyscy prorokami? Czy wszyscy nauczycielami? Czy wszyscy mają moc czynienia cudów? Czy wszyscy mają dary uzdrawiania? Czy wszyscy mówią językami? Czy wszyscy je wykładają? [1Ko 12,29-30]. Prowadzony Duchem Świętym sługa Boży przyjmuje od Boga powołanie zgodne z wolą Bożą i skupia się na pracy dla Pana, zgodnej ze swoim powołaniem. Raczej nie powinien ciągle śledzić tego, co robią inni, bo wtedy może nie wywiązać się dobrze ze swojego zadania.

To, co poszczególni słudzy Boży mają robić, określa sam Bóg. Czasem jest to jednoznaczne polecenie zajmowania się tylko swoim narodem, jak w przypadku proroka Ezechiela. I rzekł do mnie: Synu człowieczy! Posyłam cię do synów izraelskich, do narodu buntowników, którzy zbuntowali się przeciwko mnie... [Ez 2,3]. Bóg może też wysłać kogoś do służby dużo szerszej i - podobnie jak Pawła - powołać na apostoła narodów. Wybawię cię od ludu tego i od pogan, do których cię posyłam, aby otworzyć ich oczy, odwrócić od ciemności do światłości i od władzy szatana do Boga, aby dostąpili odpuszczenia grzechów i przez wiarę we mnie współudziału z uświęconymi [Dz 26,17-18]. Jedno wszakże jest wspólne dla wszystkich: Każdy powinien znać swoje powołanie i jego granice.

Najczęściej określenie woli Bożej w tym zakresie następuje poprzez miejsce duchowych narodzin chrześcijanina oraz przez rozpalone w nim pragnienie przyłączenia się do konkretnej wspólnoty kościelnej, która staje się miejscem jego rozwoju i służby. Zazwyczaj taki lokalny zbór jest częścią denominacji kościelnej, co znaczenie poszerza możliwości współpracy z innymi sługami Pana. Bywa i tak, że ktoś, nawracając się do Chrystusa, nie chce się do nikogo przyłączać i postanawia zbierać ludzi wokół siebie, tworząc nową wspólnotę. To również może być przejawem woli Bożej. Bóg jest suwerenny w swoim działaniu i nie wszystkich prowadzi jednakowo. Każdy ma własny dar od Boga, jeden taki, a drugi inny. 

Wskazując pole służby i zakreślając jego granice, Chrystus Pan chce, abyśmy się trzymali wyznaczonych nam granic. Ogólnie rzecz biorąc, chrześcijanie powinni zajmować się rozstrzyganiem spraw w swoim środowisku, a nie wtrącać się w sprawy ludzi spoza zboru. Bo czy to moja rzecz sądzić tych, którzy są poza zborem? Czy to nie wasza rzecz sądzić raczej tych, którzy są w zborze? Tych tedy, którzy są poza nami, Bóg sądzić będzie. Usuńcie tego, który jest zły, spośród siebie [1Ko 5,12-13]. Owszem, wszystkim ludziom należy głosić ewangelię. Nie wszystko wszakże w ich życiu powinno nas obchodzić, jeżeli nie żyją oni w kręgu naszej odpowiedzialności. 

Jednym z przejawów wykraczania poza swoje granice, jest zajmowanie się sługami Bożymi spoza naszego pola służby. Kimże ty jesteś, że osądzasz cudzego sługę? Czy stoi, czy pada, do pana swego należy; ostoi się jednak, bo Pan ma moc podtrzymać go. Jeden robi różnicę między dniem a dniem, drugi zaś każdy dzień ocenia jednakowo; niechaj każdy pozostanie przy swoim zdaniu. Kto przestrzega dnia, dla Pana przestrzega; kto je, dla Pana je, dziękuje bowiem Bogu; a kto nie je, dla Pana nie je, i dziękuje Bogu. Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera; bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy. Na to bowiem Chrystus umarł i ożył, aby i nad umarłymi i nad żywymi panować. Ty zaś czemu osądzasz swego brata? Albo i ty, czemu pogardzasz swoim bratem? Wszak wszyscy staniemy przed sądem Bożym [Rz 14,4-10].

Chrystus Pan każdemu wierzącemu człowiekowi wyznaczył zadanie i miejsce pracy. Znam swoje miejsce w szeregu. Od dnia duchowych narodzin jestem i pracuję w tym samym środowisku kościelnym. Nie wtrącam się do cudzych spraw. Nie moją sprawą jest to, co dzieje się w innych zborach i denominacjach. Obchodzi mnie to, co dzieje się w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE. Gdy sił i czasu starczy, mam duchowe prawo zajmować się też tym, co dostrzegam w Kościele Zielonoświątkowym, do którego należę. Czy popełniam błąd, że nie zajmuję się pastorami i zborami spoza wyznaczonych mi granic?

Czy pastorzy i nauczyciele, którzy postanowili kiedyś, że będą pracować samodzielnie, mają teraz moralne prawo zajmować się tymi, od których się oddzielili?

24 września, 2021

Z dziećmi na nabożeństwo?

Po wieczorowym nabożeństwie w środę, 22 września 2021 roku, podeszła do mnie jedna z dziewczynek i wręczyła mi rysunek, który własnoręcznie wykonała podczas wykładu Słowa Bożego. Wzruszyłem się. Mała dziewczynka nie zmarnowała wieczoru. Aktywnie uczestniczyła w nabożeństwie. Naniosła na kartkę to, w czym uczestniczyła. Odzwierciedliła prezbiterium naszej kaplicy z krzyżem pośrodku, z symbolicznie zaznaczonym sprzętem muzycznym, z podświetloną - ręcznie przepisaną przez jednego z naszych braci - Biblią oraz z kazalnicą i przemawiającym z niej kaznodzieją. Czy tylko rysowała? Czy nie słuchała? Czy nic z tego nabożeństwa nie zapamięta?

Parę dni temu, w tegorocznym, wrześniowym numerze miesięcznika Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE, natrafiłem na tekst, w którym mój syn wspomina lata swojego wczesnego dzieciństwa. Oto jego fragment: 

Byłem zbyt młody, by brać aktywny udział w poważnych rozmowach, dlatego często po dwudaniowym obiedzie, gdy babcia podawała ciasto, ja leżałem wyciągnięty na wersalce. Moje oczy wędrowały po pokoju, a uszy śledziły słowa dorosłych. Pamiętam jak przyglądałem się sufitowej lampie, która do złudzenia (przynajmniej w tamtym czasie) przypominała serwowany przez babcię sernik na zimno, jednocześnie zastanawiając się kiedy skończą się te poważne dyskusje i ruszymy na spacer nad morze. 

Jako dorośli zapominamy nieraz o tym, że dzieci, które zdają się być nieobecne i pogrążone w swoim świecie, wciąż nasłuchują i przetwarzają wszelkie docierające do nich bodźce. Nie będę udawał, że doskonale pamiętam anegdoty dziadka Mikołaja oraz to, co mówił mój Tata. Wiem jednak, że mnie to kształtowało, nawet gdy zdarzało mi się nudzić.

Dlaczego o tym opowiadam? Otóż nie tylko rozmowy przy stole mnie kształtowały. Również to jak urządzone było mieszkanie dziadków. Na ścianach, w formie obrazów, znajdowały się przepisane przez moją babcię fragmenty Pisma Świętego. Lubiłem na nie patrzeć, ale gdy i to mi się znudziło, ruszałem na eskapady w poszukiwaniu czegoś do zabawy. Jako, że były to lata 90-te, wybór zabawek był dość ograniczony (znacznie mniejszy niż ten jaki oferują dziś moi rodzice swoim wnukom). Jednym ze stałych miejsc, gdzie ich szukałem, był półko-tapczan znajdujący się w jadalni. Doskonale pamiętam, że ilekroć odsuwałem jego ciężko chodzącą szybę, moją uwagę przykuwała znajdująca się tam naklejka. Białe, pogrubione litery na przezroczystym tle z pytaniem: „Kim jest dla ciebie Jezus Chrystus?”

Choć tak mało wtedy jeszcze rozumiałem i wydawałoby się, że pełnia mojej uwagi dedykowana była odnalezieniu tych kilku resoraków, które musiały kryć się gdzieś na tamtej półce – pytanie to mocno zapadło mi w pamięć. Słowa wydrukowane na niewielkim prostokącie 34,5cm x 6,5cm (naklejkę taką nadal można kupić w Internecie za 3 złote) dotykały mojego malutkiego serca i wykonywały swoją pracę. Jakieś ćwierć wieku później nadal pamiętam tę naklejkę i uważam, że odpowiedź na zadawane przez nią pytanie należy do najważniejszych w życiu każdego człowieka.

Mój syn był wtedy mniej więcej w wieku dziewczynki, która w tę środę  zrobiła swoje "notatki" z obecności na nabożeństwie. Jestem przekonany, że atmosfera tego nabożeństwa zostanie w niej na lata. Nie tylko z racji przeniesionego na papier wystroju kaplicy. Zapamięta też powagę zgromadzenia świętych, melodie - a może też trochę treść - pięknych pieśni, pouczających i wyrażających nasze uwielbienie dla Pana Jezusa. Zapadną jej w serce także modlitwy, zwłaszcza te zanoszone do Boga przez jej najbliższych i znajomych. Kto wie, czy w jej sercu nie zapisało się też coś z głównego przesłania środowego kazania, jeśli tylko zostało ono zrozumiale i dobitnie wygłoszone. 

Rysunek małej uczestniczki środowego nabożeństwa mówi mi, że można i trzeba przyjeżdżać na nabożeństwa z dziećmi. Mówi też, że przyjeżdżając, niekoniecznie musimy w kościele serwować dzieciom to samo, co parki i sale rozrywki w centrach handlowych. Stosowna dawka sacrum w trakcie chrześcijańskiego nabożeństwa pomaga dziecku nabierać właściwego stosunku do Chrystusa Pana. 

22 września, 2021

Czy Bóg wciąż ma chwałę?

Osiem lat temu, 22 września 2013 roku, na dziedzińcu niszczejącego dworu olszyńskiego dane mi było zorganizować modlitwę. Miała ona na celu zadedykowanie dalszych losów tej zabytkowej nieruchomości chwale Bożej. Wspólnota chrześcijańska, której jestem członkiem, kilka dni wcześniej formalnie przejęła Dwór Olszyński w użytkowanie i chcieliśmy nie tylko wszystko zacząć tu od modlitwy, ale też czekający nas trud oraz całą naszą działalność w tym miejscu poświecić wywyższeniu naszego Pana, Jezusa Chrystusa.

Dzisiaj od rana zastanawiam się, czy rzeczywiście Bóg ma chwałę z naszej obecności na Olszynce? Oczywiście, w pierwszych latach trudu przy porządkowaniu całej parceli, zabezpieczając dwór przed niszczącymi czynnikami atmosferycznymi, zgromadzając się pod namiotem i z ruin dawnej wozowni wznosząc dom modlitwy - na różne sposoby staraliśmy się wskazywać, że wszystko, co tutaj przeżywamy, zawdzięczamy Bogu. Wcale nawet nie było mi trudno oddawać wtedy chwałę Bogu, bo wszystko układało się wręcz cudownie. Cieszyliśmy się jednością wewnętrzną i życzliwością wielu ludzi spoza zboru. Ani przez chwilę nie brakowało nam środków do dalszej pracy. Chociaż wypełnione wzmożonym trudem, to jednak były to piękne dni.

Czy jednak Bóg nadal i na bieżąco ma chwałę z Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE na Olszynce? Czy potrafimy wciąż przysparzać Mu chwały, gdy na co dzień nie widać już aż tak znaczących zmian i nie dzieją się takie cuda, jak wcześniej? Owszem, prowadzimy tu regularną działalność kościelną, duszpasterską i społeczną. Tak, bez żadnych dotacji z tzw. środków publicznych znacząco poprawiliśmy stan techniczny budynków. Dokładamy starań, aby utrzymywać cały teren w należytym porządku. Nawet poza naszym ogrodzeniem sprzątamy i kosimy trawę. Otrzymanym od Boga dobrem dzielimy się z innymi braćmi i siostrami w Chrystusie, np. udostępniając innym zborom naszą kaplicę na śluby, a ogród na pikniki rodzinne. Czy jednak chwała dla PANA wznosi się spośród nas nieprzerwanie?

Nie jest żadną sztuką chwalić Boga w dniach pomyślnych. Wtedy wszystko wokoło zdaje się oddawać Mu chwałę. Ale PAN godzien jest chwały w każdych okolicznościach. On chce chwały z naszego codziennego życia w domu, w pracy i w sąsiedztwie. On ma prawo do tego, abyśmy okazywali Mu wdzięczność i dbali o chwałę dla Niego także w dniach, gdy zbór przez cale miesiące nie może poszczycić się żadnym spektakularnym osiągnięciem. Czy potrafię dostrzec jakiś powód do oddawania chwały Bogu, gdy zamiast przyłączania się nowych osób, ktoś opuścił wspólnotę? Czy z chwałą Bożą w sercu potrafię czekać na odpowiedź konserwatora zabytków, który już od listopada ubiegłego roku przetrzymuje nasz koncepcyjny projekt rekonstrukcji dawnej stajni? A co, gdy nie wszystkie plany uda się zrealizować?

Uważnie obserwuję społeczność Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE. Słucham kazań, świadectw, modlitw i rozmów braci i sióstr. Obyśmy nieprzerwanie, aż do powrotu PANA, z pełnym przekonaniem w głosie potrafili śpiewać: Niech będzie chwała i cześć, i uwielbienie! Chwała i cześć Jezusowi! Chwała, niech będzie chwała! Tak, Jemu chwała i cześć!

19 września, 2021

Nie każdy jest Jeremiaszem

Dzisiaj o świcie rozważam dziwną historię biblijną. Jeremiasz, prorok PANA, na początku panowania Jojakima, króla Judy, w 609 roku przed Chrystusem,  przekazał mieszkańcom Jerozolimy bardzo poważnie brzmiące poselstwo: Tak mówi PAN: Jeśli Mnie nie posłuchacie i nie będziecie postępować zgodnie z moim Prawem, które wam nadałem, jeśli nie będziecie posłuszni poleceniom moich sług, proroków, których do was nieustannie posyłam, a których wy lekceważycie, to uczynię z tą świątynią tak, jak z Szilo! Natomiast to miasto uczynię przekleństwem u wszystkich narodów ziemi! [Jr 26,4-6].

W reakcji na te słowa, oburzeni kapłani, prorocy oraz mieszkańcy Jerozolimy, zażądali śmierci Jeremiasza. W sprawę natychmiast włączyli się książęta judzcy i zwołano sąd nad Jeremiaszem. Wtedy Jeremiasz wyjaśnił zarówno urzędnikom, jak i całemu ludowi: To PAN posłał mnie, aby wszystkie te słowa, które słyszeliście, zostały ogłoszone tej świątyni i temu miastu. Teraz zatem poprawcie swoje postępowanie i swoje uczynki. Zacznijcie być posłuszni PANU, swemu Bogu, a On poniecha nieszczęścia, które wam zapowiedział! Co do mnie, to jestem w waszej mocy. Możecie ze mną zrobić, co wam się podoba [Jr 26,12-14].

Biblia mówi, że Jeremiasz ocalał. Nie przestraszył się gróźb. Nie zaczął uciekać. Chociaż wypowiedzianym proroctwem bardzo się naraził, zwłaszcza religijnym przywódcom ludu, to jednak mimo wszystko wyszedł bez szwanku. Bóg posłużył się pewnym wpływowym człowiekiem, który ochronił Jeremiasza przed śmiercią. Prawdziwy prorok PANA nie musi bać się o własną skórę. 

W tej historii jest wszakże dodatkowy wątek. Warto też wspomnieć o Uriaszu, synu Semajasza z Kiriat-Jearim. On też prorokował (dosł. zajmował się prorokowaniem) w imieniu PANA. Zapowiadał on temu miastu oraz tej ziemi dokładnie to samo, co Jeremiasz. Gdy usłyszał go król Jehojakim, a z nim jego wojskowi i książęta, król zaczął knuć, by go zabić. Gdy Uriasz dowiedział się o tym, zląkł się i zbiegł do Egiptu. Wtedy król Jehojakim posłał do Egiptu swoich ludzi, Elnatana, syna Achbora, z innymi do pomocy. Sprowadzili oni Uriasza z Egiptu, przyprowadzili go do króla Jojakima, a ten kazał zabić go mieczem, a jego zwłoki wrzucić do grobów dla pospólstwa [Jr 26,20-23]. Uriasz wprawdzie mówił to samo, co Jeremiasz, lecz inaczej się zachowywał. Przestraszył się gróźb i zaczął uciekać. Można się domyślać, że miał świadomość braku Bożego autorytetu. Ostatecznie inaczej niż Jeremiasz został potraktowany. 

Jaki wniosek wyciągam z tego fragmentu Pisma Świętego? Bóg wybiera ludzi do przemawiania w Jego imieniu i takich ludzi  obdarza stosownym autorytetem. Nie każdy, kto chce, ma prawo prorokować w imieniu PANA. Biblia dość często wspomina o samozwańczych prorokach. Tacy potrafią mówić często i głośno, chociaż Bóg wcale ich nie posłał. W tym Dniu wielu mi powie: Panie, Panie, przecież prorokowaliśmy w Twoim imieniu, w Twoim imieniu wypędzaliśmy demony i w Twoim imieniu dokonaliśmy wielu cudów. Wówczas im oświadczę: Nigdy was nie poznałem. Odejdźcie ode Mnie wy wszyscy, którzy dopuszczacie się bezprawia [Mt 7,22-23]. 

Czy w dzisiejszym Kościele jesteśmy w stanie rozpoznać prawdziwego 'Jeremiasza'? Czy potrafimy go odróżnić od 'Uriaszów', którzy wypowiadają dokładnie te same, co on słowa, a jednak nie mówią tak samo? Drodzy, przestańcie wierzyć każdemu duchowi. Raczej badajcie duchy, czy pochodzą od Boga... [1Jn 4,1].

Wzmianka o Uriaszu w rozważanej dziś przeze mnie historii daje mi też do myślenia, że Bóg - w jednakowej sytuacji i w konsekwencji tych samych słów - ma prawo jednego ochronić, a drugiego wydać na śmierć. Niech imię Pańskie będzie błogosławione. 

18 września, 2021

Oczywistość, która na nowo zachwyca

Jestem dziś znowu pod wielkim wrażeniem mojego Pana, Jezusa Chrystusa. Czytając rankiem trzynasty rozdział Listu do Hebrajczyków natrafiłem na znane o Nim słowa: Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki [Hbr 13,8]. Co w tym osobliwego? 

Człowiek, dopóki żyje, podlega rozmaitym zmianom. Rośnie, a potem się starzeje. Dojrzewa w myśleniu. Nabiera życiowego doświadczenia. Zmienia poglądy. Postępuje godnie lub haniebnie. W każdej chwili może zdarzyć mu się czyn zmieniający ocenę jego postaci w społeczeństwie. Dzisiejsza prawość jutro może przerodzić się w korupcję. Po latach moralnej rozpusty zaczyna prowadzić się nienagannie. Przez pół życia wiernie trzymający się określonych zasad i poglądów, pod koniec życia zaczyna mówić rzeczy niestworzone. Zmienność jest cechą, żeby nie powiedzieć - przypadłością, każdego człowieka. 

Postawy i czyny człowieka utrwala na zawsze jego śmierć. Wtedy możemy badać jego życie, odkrywać wcześniej nie znane nam szczegóły i ustalać, kim dany człowiek był faktycznie. Bywa, że po śmierci kogoś za życia szanowanego, wychodzą na jaw fakty, które każą nam wyrzucić na śmietnik jego książki. I odwrotnie; że ktoś przez lata żyjący w pogardzie, po śmierci staje się szlachetnym bohaterem powieści i filmów. Tak czy owak, w chwili śmierci kończy się problem zmienności człowieka. Po wnikliwym przebadaniu jego życiorysu wiemy, kim był. To już się nie zmieni. Dopóki żył, wciąż nie było do końca wiadomo, co jeszcze przytrafi mu się zrobić lub powiedzieć. Człowiek zmarły będzie już na zawsze taki, jakim utrwaliła go chwila jego śmierci. 

Całkiem inaczej ma się sprawa z Jezusem Chrystusem. Biblia mówi, że On żyje na wieki wieków! Nie jest wszakże zmienny, jak ludzie. Żyć i nie zmieniać się - to prawdziwy fenomen. Człowiek powinien się zmieniać z gorszego na lepsze. Jezus Chrystus jest doskonały. Doskonale święty, mądry, prawy i miłosierny. Nie może się więc zmieniać, bo jakakolwiek zmiana w Jego przypadku musiałaby oznaczać coś negatywnego.  Jezus nigdy więc nie zmieni swojego stanowiska w sprawie naszego zbawienia. Nigdy nie przestanie nas miłować. Nie odtrąci nikogo, kto w pokucie prosi Go o zbawienie. Zawsze było i będzie wiadome, czego można się po Nim spodziewać.

Ludzie, dopóki żyją, są zmienni, ale tyś zawsze ten sam i nie skończą się lata twoje [Hbr 1,12]. Jezus żyje i się nie zmienia. Przez wieki jest niezmienny, a wciąż żyje. Niesamowite. Jestem dziś na nowo zachwycony niezmiennością Pana Jezusa Chrystusa. 

16 września, 2021

Jezus jest moim Panem!

Od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku, a od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego już bardzo świadomie, jestem związany z Jezusem Chrystusem. Najpierw stał się On moim Zbawicielem, a potem - z roku na rok coraz bardziej - stawał się moim Panem. Co to praktycznie dla mnie oznacza? Jak rozumiem panowanie Jezusa nade mną? Co myślę o byciu Jego podwładnym?

Gdy mówię, że Jezus jest moim Panem, to znaczy, że podlegam Jego władzy całkowicie. Jestem Jego własnością. On może zrobić ze mną, co tylko zechce. Ma prawo wydać mi każde polecenie. O każdej porze dnia i nocy jestem do Jego dyspozycji. Nie roszczę sobie wobec Jezusa żadnych praw. Niczego nie mogę żądać. U Jezusa nie mam prywatnych godzin, żadnego urlopu ani wyjściowych przepustek na miasto. Nie mam gwarancji dobrego zdrowia, dostatku materialnego ani ochrony przed nieszczęściem. Wielokrotnie cierpiałem. Bywało, że nie miałem za co kupić tego, co chciałem. Nieraz łkałem z powodu licznych niepowodzeń. Zawsze pewne było tylko to, że On nad moim życiem panuje.

Twierdząc, że Jezus jest moim Panem, jednocześnie świadczę, że On jest dla mnie dobry. Umiłował mnie do tego stopnia, że - chociaż absolutnie na to nie zasługiwałem - przebaczył mi wszystkie moje grzechy, oczyścił mnie z nich i usprawiedliwił. Dał mi dar życia wiecznego. Wziął za moje życie pełną odpowiedzialność. Mieć takiego Pana to prawdziwe szczęście. Jezus nie tylko zagwarantował mi to, że w wieczności będę z Nim w raju. On również jest ze mną w drodze do nieba. Jest Panem, który sobie życzy, abym ciągle był blisko Niego. Należę do Jezusa. Nie muszę się o nic martwić. Czuję się przy Jezusie niesamowicie uprzywilejowany. 

Przyznając, że Jezus jest moim Panem, pragnę wyraźnie powiedzieć, że nie chcę, aby kiedykolwiek stało się inaczej. Nie chcę w żadnym razie wydostawać się spod Jego władzy. Nie mam takich myśli. Nie przychodzi mi do głowy, że może byłoby dla mnie lepiej, gdybym był od Jezusa choć troszkę niezależny. Absolutnie nie. Pod panowaniem Jezusa czuję się całkowicie bezpieczny i szczęśliwy. Gdy On panuje nade mną, to wiem, że podążam we właściwym kierunku. Jestem na drodze życia. Ani na chwilę nie chcę być wolny od władzy Jezusa.

Ośmielając się twierdzić, że Jezus jest moim Panem, nie mówię, że jestem Jego dobrym sługą. Mam świadomość wielu moich uchybień. W minionych latach wielokrotnie zasmuciłem Jezusa i wciąż mi się to zdarza. Nawet jeśli w którymś dniu uda mi się wszystko zrobić jak należy, to i tak jestem nieużytecznym sługą. Przy Jezusie nie mogę nosić głowy wysoko, ale też nie czuję się potępiony i stłamszony. Jezus nigdy nie odmówił mi przebaczenia, gdy ukorzyłem się przed Nim i poprosiłem o wybaczenie. Nigdy mnie nie odtrącił. Jednakowoż przy Nim nigdy nie pomyślałem, że mogę pozwolić sobie na swawolę i nieposłuszeństwo. Jestem sługą Jezusa. Znam swoje miejsce w szeregu i bardzo się z niego cieszę. 

Jezus jest moim Panem. Tak jest już od pięćdziesięciu lat. Wiem, co napisałem. A ty? Czy możesz coś podobnego powiedzieć o swoim związku z Jezusem? 

14 września, 2021

Oczarowanie sukcesem i wielkością

Maj 2005. Siedziba Yoido Full Gospel Church w Seulu  
Czternasty dzień września, który w ubiegłym roku na zawsze zaznaczył mi się w kalendarzu odejściem mojego nauczyciela, Mieczysława Kwietnia z Warszawy, teraz, w 2021 roku, w historię pentekostalizmu wpisał się śmiercią koreańskiego pastora, Davida Yonggi Cho. W 1958 roku założył on wspólnotę chrześcijańską w Seulu, która pod nazwą Yoido Full Gospel Church zasłynęła jako największy na świecie zbór zielonoświątkowy. Bywało, że ów mega church liczył nawet osiemset tysięcy członków. Pastor Cho w 2007 roku przeszedł na emeryturę. Zmarł dzisiaj rano w szpitalu w Seulu, w wieku 85 lat.

Pamiętam lata wielkiej fascynacji postacią i działalnością pastora Yonggi Cho. Jego sukces stał się znany na całym świecie i zjednał mu wielu zwolenników. Wśród zielonoświątkowców zyskał on uznanie do tego stopnia, że w latach 1992 - 2000 stał na czele Światowej Społeczności Zborów Bożych (ang. The World Assemblies of God Fellowship), zrzeszającej kościoły zielonoświątkowe i charyzmatyczne z ponad 200 krajów. Popularność Yonggi Cho była tak wielka, że sprawa zgodności jego nauczania z Biblią wśród większości przywódców chrześcijańskich przestała być brana pod uwagę. Z podobnych względów również koreański wymiar sprawiedliwości okazał się dla niego zdumiewająco wyrozumiały, gdy kilka lat temu sądzono go za uchylanie się od płacenia podatków. 

Od dziecka wśród ludzi obserwuję dziwne zjawisko ulegania urokowi stanowiska i sławy. Na przykład, w rozmowach z ludźmi zdawali się mieć wyraźne zastrzeżenia do zachowania biskupa, lecz w chwili  zetknięcia się z nim, klękali i całowali go w rękę. Bolało mnie, gdy któryś z moich kolegów po drodze mówił co innego, a po dotarciu na spotkanie nabierał wody w usta, a nawet publicznie zajmował całkiem inne stanowisko. Smucę się, gdy bracia i siostry mówią coś za plecami kogoś dla nich ważnego, a nie mają odwagi powiedzieć mu tego samego prosto w twarz.

Czy chrześcijanie jednakowo wszyscy ulegają oczarowaniu sukcesem i wielkością? A co się tyczy tych, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem - czym oni niegdyś byli, nic mnie to nie obchodzi; Bóg nie ma względu na osobę [Ga 2,6] - napisał w natchnieniu Ducha apostoł Paweł. I nie były to puste słowa. A gdy przyszedł Kefas do Antiochii, przeciwstawiłem mu się otwarcie, bo też okazał się winnym. Zanim bowiem przyszli niektórzy od Jakuba, jadał razem z poganami; a gdy przyszli, usunął się i odłączył z obawy przed tymi, którzy byli obrzezani. A wraz z nim obłudnie postąpili również pozostali Żydzi, tak że i Barnaba dał się wciągnąć w ich obłudę. Ale gdy spostrzegłem, że nie postępują zgodnie z prawdą ewangelii, powiedziałem do Kefasa wobec wszystkich... [Ga 2,11-14].

Wiele złego bierze się z oczarowania sukcesem i sławą. Z tego powodu całkiem sporo ludzi ulega wewnętrznemu rozdwojeniu i postępuje wbrew własnemu sumieniu. Nie mają odwagi powiedzieć ważnej osobie tego, co naprawdę myślą. Nie mniejszym złem jest w tym i to, że ludzie sukcesu, hołubieni naokoło, nie słysząc prawdy o sobie, całymi latami żyją w złudzeniu, że wszystko jest z nimi OK. Przeto, odrzuciwszy kłamstwo, mówcie prawdę, każdy z bliźnim swoim, bo jesteśmy członkami jedni drugich [Ef 4,25].

31 sierpnia, 2021

Czy o wszystko można prosić z wiarą?

Czytam dziś w Biblii o niezwykłym zdarzeniu z życia Jezusa i Jego uczniów. W Ewangelii  wg św. Marka jest napisane, że w drodze z Betanii do Jerozolimy Jezus zgłodniał i na pobliskim figowcu chciał znaleźć coś na przekąskę. Niestety, nie była to pora owocowania figowców. Było to jednak dobra pora na udzielenie uczniom kolejnej lekcji. Wówczas powiedział do drzewa: Oby już na wieki nikt nie jadł twoich owoców. A przysłuchiwali się temu Jego uczniowie [Mk 11,14]. 

Następnego dnia rano, po nocnym odpoczynku w Betanii, szli znowu do Jerozolimy. Przechodząc rano zobaczyli, że figowiec usechł od korzeni. Piotr przypomniał go sobie wtedy  i powiedział do Jezusa: Nauczycielu, spójrz, figowiec, który przekląłeś, usechł. W odpowiedzi Jezus skierował do nich słowa: Miejcie wiarę w Boga! Zapewniam was, ktokolwiek powiedziałby tej górze: Podnieś się i rzuć do morza, i nie wahałby się w swoim sercu, lecz wierzył, że na pewno stanie się to, co mówi, spełni mu się [Mk 11,20-23]. 

Najwyraźniej w tej lekcji Jezus chciał pokazać uczniom znaczenie i moc wiary. Kilka Jego słów sprawiło, że  zielone drzewo figowca natychmiast zaczęło zamierać i w ciągu jednej doby kompletnie uschło. W przypadku Jezusa nie były to zwykłe słowa, wypowiedziane w rozczarowaniu brakiem owoców. Na tym prostym przykładzie Pan pokazał, co się dzieje, gdy człowiek Boży przemówi z wiarą. Trudno nie zauważyć, że całość owego niezwykłego zdarzenia z drzewem figowym zmierzało do następującej konkluzji: Dlatego powiadam wam: Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie, a spełni się wam [Mk 11,24]. Czy jednak każdą prośbę jednakowo wypowiadamy z wiarą?

Moje skromne doświadczenie każe mi się przyznać do licznych słabości w moim życiu modlitewnym. Otóż wiele modlitw nieraz wypowiadałem zarówno bez pełnego przekonania, że właśnie tak należy się w danej chwili modlić, jak i bez wiary, że naprawdę stanie się to, o co prosiłem. Modliłem się, bo ktoś poprosił mnie o modlitwę. Należałoby najpierw rozważyć sprawę w świetle Biblii, rozpoznać wolę Bożą i dopiero wtedy przedkładać sprawę Panu. Ludzie jednak zazwyczaj oczekują natychmiastowego podjęcia modlitwy. Aby wyjść naprzeciw ich oczekiwaniom, modliłem się więc, choć nie miałem co do tego pełnego przekonania. 

Od czasu do czasu wszakże zdarza mi się modlitwa  płynąca z wiary. Jakiś przykład? Jeden z naszych braci jest pilotem na stanowisku kapitana samolotów pasażerskich znanej linii lotniczej. Czas temu, z ogólnie wiadomych powodów, zamknięto w Gdańsku bazę operacyjną tego przewoźnika i nasz brat został przeniesiony służbowo do Niemiec. Nie przyszło nam wówczas do głowy, aby sprzeciwiać się tej zmianie. Modliliśmy się jedynie, aby Pan Jezus pomógł mu znaleźć tam społeczność chrześcijańską ze zdrowym nauczaniem biblijnym i błogosławił go w nowym miejscu pracy. Mateusz wynajął więc w Niemczech mieszkanie i zaczął odbywać loty z bazy w Dortmundzie, a jego zastępczym domem duchowym stała się Polska Społeczność Chrześcijańska w Wuppertalu.

Parę tygodni temu coś się we mnie pod tym względem zmieniło. Ni stąd, ni zowąd, zacząłem nosić w sercu myśl o jego powrocie do Gdańska. Gdy dotarła do mnie wiadomość o zamknięciu bazy operacyjnej tych linii lotniczych w Dortmundzie, tj. miejsca pracy naszego brata w Niemczach, poczułem - o dziwo - wielką radość. Czułem, że sprawa nabiera rumieńców. Któregoś dnia wieczorem w ubiegłym tygodniu usiadłem przy ognisku w ogrodzie i rozmyślając o członkach Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE modliłem się o niektórych z nich. Na niebie pojawił się samolot. Pobudzony jego przelotem nad naszą posesją, spojrzałem w górę i poprosiłem: Ojcze, proszę, otwórz Mateuszowi znowu bazę operacyjną w Gdańsku. Zaniemówiłem zaskoczony tym, co z taką śmiałością i pewnością wypowiedziałem. Wiedziałem jednak, że te proste słowa były przebłyskiem wiary.

W tę niedzielę, 29 sierpnia 2021 roku, wieczorem odczytałem w moim telefonie SMS następującej treści: W dniu wczorajszym otrzymałem potwierdzenie od mojego pracodawcy, że z dniem 25 października przywracają mnie do bazy Gdańsk. Chwała Bogu.  Alleluja! Bogu niech będą dzięki!  Oczywiście, nie tylko ja modliłem się o to. Wiem, że co najmniej kilku innym osobom z naszego środowiska ta sprawa leżała na sercu. Nasz Niebiański Ojciec przychylił się do naszych próśb. Ośmielam się myśleć, że Bóg dostrzegł w nas ziarenko wiary, bo nasza modlitwa została wysłuchana.

Modlący się chrześcijan w głębi serca wie, kiedy modli się naprawdę z wiarą, a kiedy prosi - ot, tak - bo ktoś go o to poprosił. Czy dojrzały chrześcijan powinien więc zawsze przedkładać Bogu wszystkie prośby? Czy nie należałoby najpierw poddać zgłaszanej sprawy pod osąd Słowa Bożego i dopytać o motywacje osób proszących o modlitwę? Prosicie, a nie otrzymujecie, dlatego że źle prosicie, zamyślając to zużyć na zaspokojenie swoich namiętności [Jk 4,3]. Niech modlitw wyrażających prośby o charakterze cielesnym będzie na naszych ustach coraz mniej. Naszą domeną niech stają się słowa wypowiadane z wiarą.

28 sierpnia, 2021

Jak najmniej czernidłaków!

Przedwczoraj na naszym kościelnym podwórzu na Olszynce pojawiła się nie lada osobliwość. Wyrastający z trawy grzyb przy pierwszym spojrzeniu przypominał znaną mi kanię. Łatwo ją pomylić ze śmiertelnie trującym muchomorem. Dopiero w dojrzalszych okazach pojawiają się cechy, które pozwalają mieć pewność, że ma się do czynienia ze smaczną i wartościową czubajką kanią.

Z ludźmi bywa podobnie. Trzeba dać im czas. Niech 'porosną' trochę w społeczności chrześcijan. Z czasem ujawniają się w nich postawy i cechy, które wyraźnie pokazują, czy dobrze o nich myśleliśmy. Przeto nie sądźcie przed czasem, dopóki nie przyjdzie Pan, który ujawni to, co ukryte w ciemności, i objawi zamysły serc; a wtedy każdy otrzyma pochwałę od Boga [1Ko 4,5]. 

Dzisiaj wszystko stało się jasne. Kościelna sensacja podwórkowa okazała się nie być ani smakowitą kanią, ani też silnie trującym muchomorem. Ponad wszelką wątpliwość między domem modlitwy a plebanią wyrósł nam czernidłak kołpakowaty. W pierwszym dniu podobno jest nawet jadalny i smaczny, ale bardzo szybko przestaje nadawać się do spożycia. Znika, lecz na trawie zostaje po nim czarna plama. Czy jestem rozczarowany? 

Obserwacja i wynik końcowy nietypowego dla posesji kościelnej zjawiska botanicznego nasunęła mi myśli o bardzo dobrze mi znanym i dość typowym doświadczeniu z ludźmi pojawiającymi się w zborze. Gdy zobaczymy ich pierwszy raz, wzbudzają spore zaciekawienie i nadzieję, że przyniosą chwałę Bogu oraz pożytek dla Kościoła. Radość tę równoważy jednak obawa, czy aby nowi przybysze nie stanowią jakiegoś zagrożenia dla istniejącej wspólnoty. Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi! Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi? [Mt 7,15-16]. Bardzo chcielibyśmy w każdym widzieć wartościową kanię. Niechby nikt nie okazał się muchomorem. A tymczasem...

Gdy przyłączający się do zboru ludzie dostaną szansę i czas, by w praktyce codziennego życia wspólnoty pokazać, kim naprawdę są, zbyt często okazuje się, że chociaż wprawdzie nie są duchowymi trucicielami, to niestety nie są też aż tak pożyteczni, jak o nich chcieliśmy myśleć. Są jak czernidłaki. Owszem, smaczna i dobra jest ich początkowa obecność w zborze. Niektórzy bardzo się przy nich karmią i budują. Jednakże zbyt szybko tracą oni swoje walory odżywcze. Niestety, bywa i tak, że potem zaczynają niezdrowo zabarwiać (żeby nie powiedzieć - zaczerniać) środowisko zborowe. Odchodzą, lecz coś po nich jednak zostaje... Przykro to powiedzieć, ale przekonałem się już o tym wielokrotnie.

Różne grzybki i ziółka wyrastają nam w zborze. Rozmaite ziarenka padają na kościelny grunt. A to, które padło na dobrą ziemię, oznacza tych, którzy szczerym i dobrym sercem usłyszawszy słowo, zachowują je i w wytrwałości wydają owoc [Łk 8,15]. Zbyt często rozdmuchana początkowo nadzieja kończy się brakiem duchowych owoców. Owymi zaś, którzy są zasiani na dobrej ziemi, są ci, którzy słuchają słowa, przyjmują je i wydają owoc trzydziestokrotny i sześćdziesięciokrotny, i stokrotny [Mk 4,20].

Takich osobliwości życzę naszej wspólnocie i każdej innej. Jak najmniej czernidłaków!

20 sierpnia, 2021

Służba nie drużba

Obowiązkiem pracownika jest podporządkowanie się pracodawcy. Powinnością ucznia jest słuchanie nauczyciela. Ambicją żony winno być przypodobanie się swojemu mężowi. Staraniem normalnego dziecka jest bycie dumą dla mamy i taty. Życiowym zadaniem sługi w czasach biblijnych było podobanie się swojemu panu. Wszyscy inni wokoło mogli sobie być rozczarowani jego zachowaniem. Najważniejsze było to, aby jego pan, właściciel, był z niego zadowolony.

Dość często bywa tak, że starając się o względy i upodobanie w oczach jednych, narażamy się na niechęć drugich. Pracownik dbający o satysfakcję pracodawcy, spotyka się w pracy z niechęcią kolegów. Pilny i dobry - w ocenie nauczyciela - uczeń, w oczach innych uczniów zazwyczaj jest 'kujonem' i 'lizusem'. Zakochana po uszy w swoim narzeczonym dziewczyna, staje się obiektem uszczypliwych uwag i zazdrosnego dowcipkowania dotychczasowych przyjaciółek. A na co może liczyć dobry sługa?

Służba nie drużba - głosi stare porzekadło. Obowiązki są ważniejsze i pilniejsze od innych spraw. Jeżeli chcemy należycie spełnić swoją rolę, to koniecznie trzeba nam nauczyć się rezygnowania z szeregu zajęć o wiele przyjemniejszych. Dobry sługa na niczym nie skupia się tak bardzo, jak na tym, aby sprawić zadowolenie swojemu panu. Otrzymane od pana rankiem zadanie staje się dla sługi 'świętością' dnia! Nic i nikt nie jest w stanie oderwać go od wykonywania woli pana. Ktoś może sobie kpić, irytować się jego oddaniem w pełnieniu wyznaczonej mu roli, lecz sługa robi swoje. Wiernie wywiązuje się z nałożonej nań odpowiedzialności. 

Kto z nas jest prawdziwym sługą Chrystusa, ten wie, że zaszczyt pracy dla Pana zdominował wszystko inne w naszym życiu. Dobrze z chłopięcych lat pamiętam, jak śpiewaliśmy: Piękne dni życia naszego, siły młodości, wiosenny czas, My poświęcimy dla Zbawcy, młodość swą dajmy Mu wraz! Cóż może być piękniejszego, jak w służbie dla Pana trwać? On celem życia naszego, serca swe chciejmy Mu dać. (Śpiewnik Pielgrzyma Nr 837). Wtedy rodziło się we mnie pragnienie poświęcenia Bogu całego mojego życia. Zostałem sługą Słowa Bożego.

A jak jest dzisiaj? Czy coś się w tej kwestii zmieniło? A teraz, czy chcę ludzi sobie zjednać, czy Boga? Albo czy staram się przypodobać ludziom? Bo gdybym nadal ludziom chciał się przypodobać, nie byłbym sługą Chrystusowym [Ga 1,10] - oświadczył kiedyś natchniony apostoł. Podpisuję się pod tym obydwoma rękami. Służba nie drużba. 

19 sierpnia, 2021

Pozdrowienie dawnych bohaterów ze stronic PS

Pierwsze numery miesięcznika PS
Tegoroczny, sierpniowy numer PS - to okrągłe, trzechsetne wydanie miesięcznika Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku. Trzysta już razy oddaliśmy do rąk naszych Czytelników, trzydziestoparostronicową zazwyczaj, gazetę zborową, pełną budujących artykułów, wspomnień, świadectw, fotografii i bieżących informacji. Ważną rolę odgrywa w niej dział kroniki, dzięki któremu nawet przy lekturze przypadkowego numeru łatwo odnaleźć się w konkretnym okresie historii zboru.                               

Miesięcznik PS to także świadectwo obecności w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE bardzo wielu osób i niezatarty ślad ich udziału w życiu naszej wspólnoty. Przeglądanie archiwalnych numerów gazetki nie tylko odświeża mi to, co jako zbór przeżywaliśmy. Sprawia też, że zaczynam dziękować Bogu za kolejnych ludzi i wydarzenia z nimi związane. Gdyby nie nasza gazeta, to niektóre osoby, które się przez nasz zbór przewinęły, mogłyby mi się zagubić w coraz słabszej pamięci. Na szczęście - wydawany przez wszystkie lata istnienia CCNŻ - miesięcznik doskonale podtrzymuje pamięć o każdej z nich. Zatrzymani na kartkach PS wciąż są tu w pewnym sensie obecni.

Prawdziwą radość przeżywam, wspominając dziesiątki Braci i Sióstr w Chrystusie, uczestników życzliwych rozmów i narad, gdyśmy do Domu Bożego chadzali [Ps 551,5]. Lekko robi mi się na duszy zwłaszcza wtedy, gdy słyszę, że dawni członkowie naszego zboru, dziś rozsiani po świecie, wciąż służą Bogu. Nie ma zaś dla mnie większej radości, jak słyszeć, że dzieci moje żyją w prawdzie [3Jn 1,4]. Od lat już to rozumiem, że - podobnie jak w normalnej rodzinie - tak i w społeczności chrześcijańskiej - obecność części osób ma charakter przechodni. Rodzą się do nowego życia z Jezusem, wzrastają w wierze i poznaniu Boga, jakiś czas są duchowo i praktycznie użyteczni, a potem usamodzielniają się i opuszczają swe gniazdo. Żaden mądry ojciec nie zatrzymuje swych dzieci, gdy te na tyle dorosły, że chcą już pójść na swoje. W tej świadomości również i w zborze błogosławimy osoby, które po latach wiernego uczestnictwa w życiu zboru, postanawiają wyruszyć na życiowe i duchowe wojaże. Żaden człowiek nie jest darem Bożym danym zborowi na zawsze. Archiwum PS dobitnie na to wskazuje. 

List do Rzymian - jak żadna inna księga biblijna - kończy się szeregiem apostolskich pozdrowień.  Pozdrówcie Pryskę i Akwilę, współpracowników moich w Chrystusie Jezusie, którzy za moje życie szyi swej nadstawili, którym nie tylko ja sam dziękuję, ale i wszystkie zbory pogańskie, także zbór, który jest w ich domu. Pozdrówcie Epeneta, umiłowanego mojego, który jest pierwszym wierzącym w Chrystusa w Azji. Pozdrówcie Marię, która wiele dla was się natrudziła. Pozdrówcie Andronika i Junię, rodaków moich i współwięźniów moich, którzy są zaszczytnie znani między apostołami, a którzy już przede mną byli chrześcijanami. Pozdrówcie Ampliata, umiłowanego mojego w Panu. Pozdrówcie Urbana, współpracownika naszego w Chrystusie, i Stachysa, umiłowanego mego. Pozdrówcie Apellesa, wypróbowanego w Chrystusie. Pozdrówcie tych, którzy są z domu Arystobula. Pozdrówcie Herodiona, rodaka mego. Pozdrówcie tych, którzy są z domu Narcyza, a należą do Pana. Pozdrówcie Tryfenę i Tryfozę, które pracują w Panu. Pozdrówcie Persydę, umiłowaną, która wiele pracowała w Panu. Pozdrówcie Rufa, wybranego w Panu, i matkę jego, i moją. Pozdrówcie Asynkryta, Flegonta, Hermesa, Patrobę, Hermasa i braci, którzy są z nimi. Pozdrówcie Filologa i Julię, Nereusza i siostrę jego, i Olimpasa, i wszystkich świętych, którzy są z nimi [Rz 16,3-15]. 

Moja lista pozdrowień w trzechsetnej edycji miesięcznika PS jest równie długa. Jestem wdzięczny Bogu za każdą osobę, z którą, chociażby troszkę, dane mi było razem wielbić Boga i Mu służyć. Przeżyte z Wami chwile na zawsze pozostaną w moim sercu. Z przyjemnością pielęgnuję te wspomnienia. Przeżywam też błogą radość, gdy ktoś z Was odwiedza 'dawne' progi. Ostatnio cieszyłem się obecnością Nathalii i Niriny na niedzielnym nabożeństwie. Przed laty były z nami na co dzień. Teraz są na co dzień bardzo daleko od nas, ale - dzięki łasce Bożej - trwają w wierze! Ich występ pokazał, że jeszcze bardziej dojrzały duchowo i rozwinęły się artystycznie. Jakże się cieszę, widząc niegdysiejsze dzieci i młodzież z naszego zboru, że nie tylko ostały się na drodze naśladowania Jezusa, ale są aktywne w służbie Bożej. Bogu niech będzie za to chwała i podziękowanie. W następnym, trzysta pierwszym numerze PS, zostanie ślad po odwiedzinach N&N i ich muzycznym świadectwie ;)

Serdecznie pozdrawiam dawnych towarzyszy wiary i służby. I tych, dzięki którym było mi wówczas łatwiej, i tych, z powodu których nieraz płakałem. Trzysta numerów naszego miesięcznika docenia jednych i drugich. Bywajcie zdrowi i niech Wam się szczęści! :)


17 sierpnia, 2021

WOLNE, WOLNI, WOLNA?

Lata temu Bob Dylan w kultowej piosence "Gotta Serve Somebody" śpiewał, że każdy człowiek, niezależnie od tego kim jest, komuś służy. Służy albo Bogu, albo diabłu, zawsze jednak musi komuś służyć. Oczywiście, nawrócony rockman dla wielu z nas nie jest żadnym autorytetem. O.K. Rozumiem. Bezdyskusyjnie jednak prawdziwym autorytetem dla chrześcijan jest - i zawsze powinien być - Syn Boży, Jezus Chrystus.

Wyjaśnijmy więc najpierw, na ile naprawdę wolni są ludzie żyjący bez Boga na świecie? Pomoże nam w tym rozmowa Jezusa z Żydami, dumnie twierdzącymi, że nigdy nie byli u nikogo w niewoli. Mówił więc Jezus do Żydów, którzy uwierzyli w Niego: Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie i poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi. Odpowiedzieli mu: Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy u nikogo w niewoli. Jakże możesz mówić: Wyswobodzeni będziecie? Jezus im odpowiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, każdy, kto grzeszy, jest niewolnikiem grzechu [Jn 8,31-34]. Faktycznie, Żydzi w czasach Jezusa - poza osobistą zależnością od grzechu - byli już po kilku niewolach i to ogólnonarodowych! Nawet w czasie rzeczonej rozmowy znajdowali sią pod okupacją rzymską. Chyba jednak w twierdzeniach o swojej wolności mocno rozmijali się z prawdą.

Dzisiaj też, jak najbardziej, ludzie mogą sobie skandować: "Wolny wybór! Wolne media! Wolny naród! Trzeba nam wszakże pamiętać, że każdy, kto grzeszy jest niewolnikiem grzechu. O kim więc można powiedzieć, że dokonuje wolnego wyboru? Tego rodzaju świadomości nie powinno zabraknąć zwłaszcza osobom nazywającym się sługami Chrystusa. A sługa Pański nie powinien wdawać się w spory, lecz powinien być uprzejmy dla wszystkich, zdolny do nauczania, cierpliwie znoszący przeciwności, napominający z łagodnością krnąbrnych, w nadziei, że Bóg przywiedzie ich kiedyś do upamiętania i do poznania prawdy i że wyzwolą się z sideł diabła, który ich zmusza do pełnienia swojej woli [2Tm 2,24-26]. 

Otwórzmy szerzej oczy! Jako naród jesteśmy w niewoli grzechu; w okowach nałogów, w amoku tradycji religijnej, poddani pożądliwości i rozmaitym rozkoszom, żyjący w złości i zazdrości, znienawidzeni i nienawidzący siebie nawzajem [Tt 3,3], opanowani szeregiem fobii, a nade wszystko - ogranicza nas brak wiary w Jezusa Chrystusa. Czy są tu gdzieś naprawdę wolni ludzie? Jak możesz zwać wolnym człowieka, którym rządzą jego namiętności? - pytał starożytny mędrzec.

Wyzwolenie z niewoli grzechu osiąga się przez wiarę w Jezusa Chrystusa i duchowe odrodzenie. Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie [Jn 8,36]. Tej wolności trzeba strzec, jak oka w głowie. Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli [Ga 5,1]. Niestety, w środowisku chrześcijańskim już wtedy pełno było ludzi ponownie uwikłanych w niewolę grzechu. Wolność mieli jedynie na ustach. Nie inaczej jest i dzisiaj. Niektórzy łatwo zabierają się za pouczanie innych, obiecując im wolność, chociaż sami są niewolnikami zguby; czemu bowiem ktoś ulega, tego niewolnikiem się staje. Jeśli bowiem przez poznanie Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa wyzwolili się od brudów świata, lecz potem znowu w nie uwikłani dają im się opanować, to stan ich ostateczny jest gorszy niż poprzedni [2Pt 2,19-20].  

Zgodnie z ewangelią Chrystusową, wykupienie człowieka z niewoli grzechu przenosi go w stan zależności od Jezusa Chrystusa, jako nowego Pana. Czyż nie wiecie, że jeśli się oddajecie jako słudzy w posłuszeństwo, stajecie się sługami tego, komu jesteście posłuszni, czy to grzechu ku śmierci, czy też posłuszeństwa ku sprawiedliwości? Lecz Bogu niech będą dzięki, że wy, którzy byliście sługami grzechu, przyjęliście ze szczerego serca zarys tej nauki, której zostaliście przekazani, a uwolnieni od grzechu, staliście się sługami sprawiedliwości, po ludzku mówię przez wzgląd na słabość waszego ciała. 

Jak bowiem oddawaliście członki wasze na służbę nieczystości i nieprawości ku popełnianiu nieprawości, tak teraz oddawajcie członki wasze na służbę sprawiedliwości ku poświęceniu. Gdy bowiem byliście sługami grzechu, byliście dalecy od sprawiedliwości. Jakiż więc mieliście wtedy pożytek? Taki, którego się teraz wstydzicie, a końcem tego jest śmierć. Teraz zaś, wyzwoleni od grzechu, a oddani w służbę Bogu, macie pożytek w poświęceniu, a za cel żywot wieczny [Rz 6,16-22].

Tak. Wyzwolenie z niewoli grzechu oznacza jednoczesne poddanie się w niewolę Chrystusowi. Od razu na plan pierwszy wysuwa się zależność od Chrystusa. Kto bowiem jako niewolnik został powołany w Panu, ten jest wyzwoleńcem Pana; podobnie - kto jako wolny został powołany, jest niewolnikiem Chrystusa. Drogoście kupieni; nie stawajcie się niewolnikami ludzi [1Ko 7,22-23]. Nie będąc już niewolnikami grzechu stajemy się sługami (niewolnikami) Jezusa Chrystusa. Jesteśmy przecież teraz Jego własnością! Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera; bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy [Rz 14,7-8].

Nasz Pan, Właściciel, jest - oczywiście - dla nas bardzo dobry. Wykupił nas za cenę Swojej krwi! Wiedząc, że nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego [1Pt 1,18-19] - bardzo chętnie i bez najmniejszego ociągania chcemy teraz służyć naszemu Panu. Śpiewając pieśni o wolności w Chrystusie, ani nawet nie pomyślimy, że jako wyzwoleńcy Chrystusa moglibyśmy cokolwiek robić po swojemu, bez liczenia się z Jego zdaniem.

Z Biblii wiadomo, że apostołowie wielokrotnie nazywali siebie sługami, a dosłowniej, niewolnikami Chrystusa. W takiej świadomości, będąc wyznaczonym do głoszenia ewangelii, apostoł Paweł napisał: Bo jeśli ewangelię zwiastuję, nie mam się czym chlubić; jest to bowiem dla mnie koniecznością; a biada mi, jeślibym ewangelii nie zwiastował [1Ko 9,16]. I dalej: Będąc wolnym wobec wszystkich, oddałem się w niewolę wszystkim, abym jak najwięcej ludzi pozyskał [1Ko 9,19]. Jako sługa Jezusa Chrystusa święty Paweł skupiał się na tym, co Jego Pan, to znaczy na ratowaniu ludzkich dusz. 

Żadnemu swemu apostołowi Chrystus Pan najwidoczniej nie zlecił walki o wolność w sensie społeczno-politycznym. Nigdzie w Nowym Testamencie nie znalazłem takiego opisu, żeby uczniowie Jezusa walczyli np. o zniesienie niewolnictwa, czy o wolność słowa. Szczepan za swoje przemówienie został ukamienowany i nie czytamy, żeby chrześcijanie wyszli wtedy na ulicę. Jeżeli dzisiaj któremuś słudze Bożemu Duch Święty rozkazał, aby walczył o wolne media, wolny wybór i wolny naród, to mnie nic do tego. Kimże ja jestem, aby osądzać cudzego sługę. Czy stoi, czy pada, do pana swego należy; ostoi się jednak, bo Pan ma moc podtrzymać go [Rz 14,4]. Jeżeli zaś chodzi o mnie, to jestem przekonany w Panu, że takiej roli nie dostałem. 

Nie podzielam poglądu, jakoby brak zaangażowania chrześcijan w walkę o demokrację, o prawo wyboru itp., groziło jakoś dobrej przyszłości naszego narodu. Przecież Bóg zapowiedział, co ma się stać, i to z całym światem! Gdy w czasach rzymskiej okupacji Jezus zapowiedział zbliżający się upadek Jerozolimy, to w żaden sposób nie podpowiedział swoim uczniom, że mogliby jakoś temu przeciwdziałać. O końcu świata nasz Pan powiedział: Powstanie bowiem naród przeciwko narodowi i królestwo przeciwko królestwu, i będzie głód, i mór, a miejscami trzęsienia ziemi. Ale to wszystko dopiero początek boleści. Wtedy wydawać was będą na udrękę i zabijać was będą, i wszystkie narody pałać będą nienawiścią do was dla imienia mego. I wówczas wielu się zgorszy i nawzajem wydawać się będą, i nawzajem nienawidzić. I powstanie wielu fałszywych proroków, i zwiodą wielu. A ponieważ bezprawie się rozmnoży, przeto miłość wielu oziębnie. A kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. I będzie głoszona ta ewangelia o Królestwie po całej ziemi na świadectwo wszystkim narodom, i wtedy nadejdzie koniec [Mt 24,7-14]. Czy komuś z nas przychodzi do głowy, by podjąć starania o odwrócenie biegu zapowiedzianych w Biblii zdarzeń? 

Pragnę być człowiekiem Biblii. Jako słuchacz i wykonawca Słowa Bożego wiem, że Bóg wykonuje swoje sądy nad światem. Będąc przez wiarę w Syna Bożego domownikiem Boga, pragnę pełnić.  Jego wolę. Wiem, że doczesne życie w ciele przysposabia mnie do służby Bogu po wieki wieczne. Mój Pan powiedział: Jeśli kto chce mi służyć, niech idzie za mną, a gdzie Ja jestem, tam i sługa mój będzie; jeśli kto mnie służy, uczci go Ojciec mój [Jn 12,26]. Biblia mówi, że gdy w końcu dotrzemy do celu, do nieba, to tam nie będzie już nic przeklętego. Będzie w nim tron Boga i Baranka, a słudzy jego służyć mu będą i oglądać będą jego oblicze, a imię jego będzie na ich czołach [Obj 22,3-4].

Był czas, że byłem w niewoli grzechu i szatana. Wiem jaka to przykrość. Dlatego nie wierzę w wolne media i wolny wybór ludzi uwikłanych w niewolę grzechu. Wyzwolony przez wiarę w Jezusa Chrystusa - po stokroć bardziej niż o wolność mediów i wolność słowa - winienem zabiegać o wolność w Chrystusie dla ludzi, którzy jej jeszcze nie mają. Nie mogę inaczej. Jestem niewolnikiem Chrystusa. Jako Jego sługa tak rozumiem swoją rolę. Amen.

14 sierpnia, 2021

Mamy newsy i sprawy o niebo ważniejsze!

Wiele interesujących i ważnych rzeczy dzieje się na świecie. Niektóre z nich nas cieszą, inne zaś smucą, a nawet bulwersują. Wszystkie zdają się być godne naszej uwagi i proszą się o komentarz. Zawsze chcą, abyśmy poświęcili im swój czas. 

Z chrześcijańskiego punktu widzenia wiele przyciągających uwagę wydarzeń i zagadnień śmiało można pominąć i przemilczeć. Oczywiście, nie do nas należy mówienie ludziom, co powinni robić ze swoim czasem. Mamy w społeczeństwie mnóstwo osób, do których - jak ulał - pasują słowa z Dziejów Apostolskich. A wszyscy Ateńczycy i zamieszkali tam cudzoziemcy na nic innego nie mieli tyle czasu, co na opowiadanie lub słuchanie ostatnich nowin [Dz 17,21]. Dla miłośników newsów życie bez całodobowych programów informacyjnych stałoby się trudne do zniesienia. Oglądają więc, słuchają, komentują, dyskutują i opowiadają. Tak upływają im kolejne dni, od czasu do czasu znaczone jakąś większą sensacją.

Prawdziwi chrześcijanie nie mają czasu na życie nowinkami. Owszem, wiedzą, co dzieje się na świecie, lecz nie karmią tym swej duszy. Jako naśladowcy Jezusa Chrystusa mają szereg niezwykle ważnych i niecierpiących zwłoki zadań do wykonania. Nie mogą przesiadywać przed telewizorem lub ekranem komputera i godzinami młócić podawanych tam wiadomości. Są jak żołnierze powołani pod broń i całkowicie oddani rozkazom swego dowódcy. Żaden żołnierz nie daje się wplątać w sprawy doczesnego życia, aby się podobać temu, który go do wojska powołał [2Tm 2,4]. Choćby nie wiem jak go korciło, chrześcijanin nie staje po żadnej ze stron świeckich konfliktów. Nie wdaje się w spory prowadzone przez ludzi bezbożnych. Nie zapisuje się do żadnej partii. Reprezentuje na ziemi Jezusa Chrystusa. Wszystko więc, co robi, ma przynosić chwałę Bogu.

Chrześcijanie skupiają się na tym, co miłe Bogu. Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały. Czyńcie to, czego się nauczyliście i co przejęliście, co słyszeliście, i co widzieliście u mnie; a Bóg pokoju będzie z wami [Flp 4,8-9]. Zbliża się dzień, gdy Chrystus Pan rozliczy nas z każdego czynu, słowa i z każdej godziny, co jednocześnie przesądzi o tym, kogo z nas weźmie On do siebie. Kto z nas może przebywać przy ogniu, którzy pożera? Kto z nas może się ostać przy wiecznych płomieniach? Kto postępuje sprawiedliwie i mówi szczerze, kto gardzi wymuszonym zyskiem, kto cofa swoje dłonie, aby nie brać łapówki, kto zatyka ucho, aby nie słyszeć o krwi przelewie, kto zamyka oczy, aby nie patrzeć na zło, ten będzie mieszkał na wysokościach [Iz 33,14-16].

Lwią część dzisiejszych newsów stanowią złe wiadomości. Chrześcijanie nie powinni karmić się nimi. Od wszelkiego rodzaju zła z dala się trzymajcie [1Ts 5,22] - wzywa Biblia. Nie warto poświęcać czasu i uwagi czynom ludzi bezbożnych. Tym bardziej szkoda czasu na opowiadanie kolejnym osobom takich bezeceństw. Nie znaczy to, że chrześcijanie nie mają niczego aktualnego i ważnego do przekazania. Mamy do obwieszczenia wiadomości prawdziwe i niezwykłej wagi! Zbliża się powtórne przyjście Jezusa Chrystusa! Każdy człowiek będzie musiał stanąć przed Bogiem i zdać sprawę ze swojego stosunku do Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Wiemy, co trzeba zrobić, aby uniknąć kary wiecznego potępienia i dostać się do Królestwa Bożego. Kto, jak nie my, ma o tym opowiadać?! To są nasze gorące newsy. Pełno ich być powinno na naszych ustach i na osobistych profilach w social mediach.

Kto każdego ranka w modlitwie i rozważaniu Słowa Bożego staje przed Panem uczestnicząc w duchowej odprawie, ten rozpoczynając dzień wie, że nie wolno mu marnować czasu. Wie również i to, że nie należy się identyfikować z żadnym środowiskiem społeczno-politycznym. Nieodrodzeni z Ducha Świętego ludzie wcześniej czy później wypowiedzą lub zrobią coś wbrew Słowu Bożemu. Byłoby to ujmą dla ewangelii Chrystusowej,  gdyby dziecko Boże widniało na fotografiach, ramię w ramię maszerujące i protestujące wraz z bezbożnymi. Kiedyś król judzki Jehoszafat dał się wciągnąć w wojnę prowadzoną przez odstępczego króla izraelskiego. Gdy powrócił do Jerozolimy, stanął przed nim jasnowidz Jehu, syn Chananiego, i rzekł do króla Jehoszafata: Czy musiałeś pomagać bezbożnemu i okazywać miłość tym, którzy nienawidzą Pana? Przez to ciąży na tobie gniew Pana [2Krn 19,1-2].

Nie wiem na jakiej podstawie, ale niektórzy chrześcijanie myślą i mówią o naprawianiu tego świata. Wraz z ludźmi niewierzącymi walczą o wolność słowa, o demokrację i temu podobne ideały. Mówią, że chcą służyć Bogu, ale bardziej zajmują się sprawami ważnymi z ich punktu widzenia. Kiedyś Jezus wezwał pewnego człowieka: Pójdź za mną! A ten rzekł: Pozwól mi najpierw odejść i pogrzebać ojca mego. Odrzekł mu: Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże [Łk 9,59]. Skoro Bóg objawił w Piśmie Świętym, co zamierza zrobić z tym światem, to trzeba nam bardzo uważać, aby się czasem nie okazało, że przez swoje czyny i słowa zignorowaliśmy to objawienie i działaliśmy wbrew woli Bożej. Naszym zadaniem jest głoszenie ewangelii i działanie w interesie nadchodzącego Królestwa Bożego.

Większość dzisiejszych newsów nie wiąże się z potrzebą jakiejkolwiek zmiany życia. Można je wysłuchać, skomentować i dalej żyć, jakby nic się nie stało. Ewangelia Chrystusowa przeciwnie. Domaga się zajęcia wobec niej osobistego stanowiska. Wypełnił się czas i przybliżyło się Królestwo Boże, upamiętajcie się i wierzcie ewangelii [Mk 1,15]. Dlatego w miejsce Chrystusa poselstwo sprawujemy, jak gdyby przez nas Bóg upominał; w miejsce Chrystusa prosimy: Pojednajcie się z Bogiem [2Ko 5,20]. Skonfrontowanie człowieka z osobą Jezusa Chrystusa prowadzi go do konkretnej decyzji. Można albo uwierzyć w Syna Bożego i przyjąć Go do serca, albo Jezusa odrzucić. Zarówno przyjęcie jak i odrzucenie owocuje określonymi skutkami. Jakimi?

Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny, kto zaś nie słucha Syna, nie ujrzy żywota, lecz gniew Boży ciąży na nim [Jn 3,36]. Kto wierzy w niego, nie będzie sądzony; kto zaś nie wierzy, już jest osądzony dlatego, że nie uwierzył w imię jednorodzonego Syna Bożego [Jn 3,18].  Kto ma Syna, ma żywot; kto nie ma Syna Bożego, nie ma żywota [1Jn 5,12].  Brak żywota wiecznego nierozerwalnie wiąże się z wyraźnie określoną karą, gdy się objawi Pan Jezus z nieba ze zwiastunami mocy swojej, w ogniu płomienistym, wymierzając karę tym, którzy nie znają Boga, oraz tym, którzy nie są posłuszni ewangelii Pana naszego Jezusa. Poniosą oni karę: zatracenie wieczne, oddalenie od oblicza Pana i od mocy chwały Jego, gdy przyjdzie w owym dniu, aby być uwielbionym wśród świętych swoich i podziwianym przez wszystkich, którzy uwierzyli [2Ts 1,7-10].

Czy wobec tego warto wdawać się w partyjne wojenki o to i o tamto? Czy godzi się, aby chrześcijanin sporą część swojej uwagi i energii poświęcał interesom bezbożnych ludzi? Nikt nie może dwom panom służyć, gdyż albo jednego nienawidzić będzie, a drugiego miłować, albo jednego trzymać się będzie, a drugim pogardzi. Nie możecie Bogu służyć i mamonie [Mt 6,24]. Szkoda czasu na kruszenie kopii o przemijające sprawy doczesnego świata. Mamy newsy i sprawy o niebo ważniejsze. Poświęćmy się im bez reszty! 

10 sierpnia, 2021

Odstępstwo. Czy nam może się to zdarzyć?

A Duch wyraźnie mówi, że w czasach ostatecznych niektórzy odstąpią od wiary... [1Tm 4,1]. Takie słowa odczytałem dziś o świcie z Biblii. 

Jak wiadomo, czasy ostateczne rozpoczęły się z chwilą wniebowstąpienia Jezusa Chrystusa i są oczekiwaniem na Jego powtórne przyjście. Pierwszym znakiem tych czasów dla wyznawców Jezusa było napełnienie ich Duchem Świętym podczas żydowskiego święta Pięćdziesiątnicy. I stanie się w ostateczne dni, mówi Pan, że wyleję Ducha mego na wszelkie ciało... [Dz 2,17] - wyjaśnił apostoł Piotr zbiegającym się zewsząd ludziom. Znakiem czasów ostatecznych jest też niewątpliwie obecność na ziemi Kościoła jako Oblubienicy Chrystusa. Gdy Kościól zostanie zabrany, zakończy się ten wyjątkowy okres łaski Bożej. Nastąpi koniec świata.

Czasy ostateczne to wspaniałe lata ratowania ludzkich dusz. Dwadzieścia wieków trwa już zbawienne działanie Ducha Świętego na ziemi. Skutkuje ono opamiętaniem i wiarą w Jezusa Chrystusa. Miliony ludzi zostało przekonanych o grzechu, o sądzie i o sprawiedliwości Bożej. Porzucili bezbożne drogi. Odwrócili się od swoich bożków, aby służyć jedynemu, prawdziwemu Bogu. Zostali usprawiedliwieni i otrzymali dar życia wiecznego.

Niestety, charakterystyką czasów ostatecznych jest też odstępstwo od wiary. Polega ono na tym, że człowiek, który uwierzył w Jezusa Chrystusa i zgodnie z tą wiarą zaczął postępować, po jakimś czasie zaprzestaje naśladowania Jezusa Chrystusa. W miejsce uczynków wynikających z wiary, pojawia się w jego życiu aktywność, która powoli przeobraża go w człowieka świeckiego. Tylko czasem odstępstwo ma charakter gwałtowny i szokujący. O wiele częściej następuje ono powoli i nie wiąże się z nim żadna deklaracja odejścia od Boga. Jednak wynik jest taki sam: wierzący człowiek znika ze społeczności Kościoła.

Jak to się dzieje, że w czasach ostatecznych - w czasach, gdy wszyscy pragnący zbawienia całym sercem powinni garnąć się do Jezusa Chrystusa, jedynego Zbawiciela i trzymać się zboru Pańskiego - niektórzy odstępują od wiary? Trudno to pojąć i się z tym pogodzić, ale i mnie - w ślad za apostołem Pawłem - niejeden już raz trzeba było z przykrością powiedzieć: albowiem Demas mnie opuścił umiłowawszy świat doczesny [2Tm 4,10]. Iluż to już naszych dawnych towarzyszy wiary zaprzestało codziennego praktykowania chrześcijaństwa? Są dziś bardziej wyznawcami rekreacji, komfortu życia, kultu ciała, kariery zawodowej, rodziny, rozrywki, działalności społecznej itd., aniżeli Chrystusa. Nadal twierdzą, że wierzą w Boga, lecz Pan Jezus nie jest już miłością ich życia. 

Duch wyraźnie mówi, że przy końcu czasów niektórzy odstąpią od wiary. Panie Jezu, wesprzyj mnie - proszę - abym wytrwał w serdecznym praktykowaniu żywej wiary w Ciebie do końca moich dni na ziemi. 

05 sierpnia, 2021

Czy tę ziemię można uratować?

Obecnie bardzo dużo mówi się o ratowaniu naszej Planety. Jesteśmy alarmowani koniecznością przejścia na ekologiczne źródła energii, co ma ograniczyć emisję tlenku węgla i zatrzymać proces globalnego ocieplenia. Od dawna słyszymy o zaprzestaniu produkcji plastiku, wycinki lasów i podjęciu szeregu działań, by ocalić Ziemię. Czy jednak można tego dokonać?

Czytany dziś przeze mnie 24. rozdział Księgi Izajasza brzmi raczej jednoznacznie: Całkowicie spustoszona będzie ziemia i doszczętnie złupiona, ponieważ PAN wypowiedział to Słowo. Usycha i więdnie ziemia, omdlewa i więdnie świat, omdlewają dostojnicy ludu ziemi. A ziemia jest splugawiona przez swoich mieszkańców, gdyż przestępują prawa, przekraczają ustawy — zerwali odwieczne przymierze.

Dlatego klątwa pochłania ziemię i jej mieszkańcy muszą ponieść winę; dlatego ubywa mieszkańców ziemi i pozostaje niewielu ludzi. Wysycha moszcz, więdnie latorośl, wzdychają radośni sercem. Ustały dźwięki bębenków, ucichła wrzawa wesołków, ustała radość lutni. Przy pieśni nie piją już wina, zgorzkniał trunek w ustach pijących. Zburzony gród jest w nieładzie, każdy dom zamknięty od wejścia. Na ulicach słychać głosy tęsknoty za winem, ponurość zamiast radości, ziemię opuściło wesele. W mieście zionie zniszczeniem, a brama rozbita w gruzy.

Tak, w samym środku ziemi, gdzie wśród ludzi tętniło życiem, będzie jak po otrząśnięciu oliwek, jak przy zbieraniu resztek pod koniec winobrania. [Tamci zaś] wzniosą swój głos, z zachodu wyrażą swój zachwyt dla wspaniałości PANA. Dlatego też na wschodzie oddadzą chwałę PANU i na wyspach morskich uwielbią imię PANA, Boga Izraela! Z krańca ziemi usłyszeliśmy śpiew: Chwała Sprawiedliwemu! 

Wtedy powiedziałem: Przepadłem! Źle ze mną! Biada mi! Oszuści grasują! Podstęp! Oszuści grasują! Popłoch, dół i potrzask czeka ciebie, mieszkańcu ziemi! Bo kto ucieknie w popłochu, ten wpadnie do dołu, a kto wydostanie się z dołu, ten wpadnie w potrzask, gdyż śluzy w górze zostaną otwarte, a ziemia zadrży w posadach. Rozpęknie się cała ziemia! Pokruszy się jej powierzchnia i chwiać się będzie cała — ziemia zatoczy się jak pijany i zakołysze jak szałas, zaciąży na niej jej przestępstwo, upadnie — i już nie powstanie [Iz 24,3-20]. 

Biblia zapowiada nieunikniony koniec Ziemi. Oczywiście, jako chrześcijanie powinniśmy dokładać wszelkich starań aby należycie dbać o naszą Planetę, stworzoną przez Boga dla naszego dobra. Chcemy oddychać czystym powietrzem i cieszyć się nieskażonym środowiskiem naturalnym. Jednakże nasz fokus ma być ustawiony na zbawienie ludzkich dusz. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą [Mk 13,31] - powiedział Syn Boży. On przyszedł nie po to, aby ratować tę ziemię. Jezus Chrystus przyszedł aby zbawić ludzi od ich grzechów i ocalić nas przed wiecznym potępieniem.

Dzień Pana nadejdzie jak złodziej. Wtedy niebo z trzaskiem przeminie, podstawy świata stopnieją w ogniu, ziemia odpowie za swoje działania i człowiek zda sprawę ze swoich dokonań. Skoro w taki sposób to wszystko ma ulec zniszczeniu, to jak święcie i pobożnie wy sami powinniście postępować na co dzień? Mówię do was, oczekujących, a nawet pragnących przyśpieszyć nastanie dnia Bożego, w którym niebo zginie w ogniu i żar stopi podstawy świata. Bo przecież oczekujemy — zgodnie z obietnicą — nowego nieba i nowej ziemi, w których na stałe zamieszka sprawiedliwość. Dlatego, kochani, w oczekiwaniu tych wydarzeń postarajcie się, aby On mógł was zastać pełnych pokoju, niesplamionych i nienagannych [2Pt 3,10-14].

Bóg stworzy nową ziemię i nowe niebo. Tej ziemi uratować nie można. Jak najbardziej można natomiast ratować duszę. Własną duszę ale też i wiele innych dusz.

24 lipca, 2021

Pochwała konserwatyzmu?

Przyszli do Jerozolimy niespodziewanie, aby schronić się w mieście przed nadciągającym wojskiem chaldejskim. Rekabici - grupa bezdomnych nomadów. Ich obecność w stolicy stała się dobrą okazją do ważnej lekcji. Bóg polecił Jeremiaszowi, aby zwołał przybyszów do jednej z przyświątynnych komnat i poczęstował ich winem.

Lecz oni odpowiedzieli: Nie pijemy wina. Jehonadab, syn Rekaba, nasz ojciec, zakazał nam tego. Nie pijcie wina — powiedział — ani wy, ani wasi synowie, na wieki!  Nie budujcie też domów, nie uprawiajcie pól, nie zakładajcie ani nie nabywajcie winnic. Mieszkajcie w namiotach po wszystkie wasze dni, abyście długo żyli na ziemi, na której jesteście tylko przechodniami! I my posłuchaliśmy głosu Jehonadaba, syna Rekaba, naszego ojca. Przestrzegamy wszystkiego, co nam przykazał. Nie pijemy wina po wszystkie nasze dni, ani my, ani nasze żony, ani nasi synowie, ani nasze córki. Nie budujemy też sobie domów na mieszkanie, nie mamy winnic, pól ani ziarna. I mieszkamy w namiotach. Jesteśmy posłuszni. Czynimy dokładnie to, co nam przykazał nasz ojciec, Jehonadab [Jr 35,6-10].

Dwieście pięćdziesiąt lat niezmiennego praktykowania zasad wpojonych przez przodka rodu. Gdzie oni się uchowali? Jak mogli nie ulec zachodzącym zmianom kulturowym i wpływom okolicznych narodów? Przecież to groziło utratą młodzieży! Takie zacofanie niechybnie spychało ich na margines społeczeństwa! Mało kto chciałby budować się ich postawą. Lecz oto Bóg zrobił z niej wielką sprawę! Wierność i posłuszeństwo Rakabitów na tyle spodobało się Bogu, że dał ich za przykład mieszkańcom Jerozolimy.

— Usłuchano słów Jehonadaba, syna Rekaba, który przykazał swoim synom, aby nie pili wina. I nie piją — aż po dzień dzisiejszy, gdyż posłuchali przykazania swojego ojca! A Ja przemawiałem do was nieustannie i nie posłuchaliście Mnie! Wciąż posyłałem do was wszystkie moje sługi, proroków. Wzywałem: Zawróćcie, każdy ze swojej złej drogi! Poprawcie swoje czyny! Nie chodźcie za obcymi bogami, aby im służyć! Czyńcie wszystko, by mieszkać w tej ziemi, którą dałem wam i waszym ojcom! Lecz wy byliście na to głusi. Nie posłuchaliście Mnie! Tak! Synowie Jehonadaba, syna Rekaba, zachowują przykazanie swojego ojca, ale ten lud Mnie nie posłuchał [Jr 35,14-16].

Dwa postanowienia w tej sytuacji zrodziły się w sercu Boga: Sprowadzić na Judejczyków za ich niestałość w przestrzeganiu Słowa Bożego straszne konsekwencje, a Rekabitów pochwalić i uhonorować stałym dostępem do służby Bożej.

Dlatego tak mówi PAN, Bóg Zastępów, Bóg Izraela: Oto Ja sprowadzę na Judę i na wszystkich mieszkańców Jerozolimy całe nieszczęście, które im zapowiedziałem, ponieważ przemawiałem do nich, lecz nie posłuchali, i wołałem ich, a nie odpowiadali!  A do rodu Rekabitów Jeremiasz skierował takie słowa: Tak mówi PAN Zastępów, Bóg Izraela: Ponieważ posłuchaliście przykazania swojego ojca Jehonadaba, przestrzegaliście wszystkich jego nakazów i postępowaliście we wszystkim zgodnie z tym, co wam przykazał, dlatego tak mówi PAN Zastępów, Bóg Izraela: Nie zabraknie Jehonadabowi, synowi Rekaba, mężczyzny, który by Mi służył — po wszystkie dni [Jr 35,17-19].

Znakomita większość dzisiejszych chrześcijan dała sobie wkręcić pogląd, że kościół powinien być na czasie. Zmieniają słownictwo, wyrzucają ławki, przemalowują sale nabożeństw, czyszczą szafy z garniturów itd. Stają się nowocześni. Porzucają ideały i zasady swoich ojców w wierze. Redefiniują przykazania Jezusa i nauce apostolskiej nadają inne znaczenie. Wdrażają nowy sposób bycia i odmienne podejście do służby Bożej. I chociaż głośno przy tym mówią o błogosławieństwie Bożym, to jednak w Biblii niezmiennie czytamy, że błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają Słowa Bożego i strzegą go [Łk 11,28].

Współczesna "Jerozolima" zdaje się na dobre tętnić życiem. Jak długo? Niechby któregoś dnia wśród jej mieszkańców pojawili się "Rekabici", poprzez których PAN sprowadzi duchowe otrzeźwienie. Przecież zbory Pańskie niezmiennie powinny cechować się bojaźnią Bożą, powagą nabożeństwa, respektem dla Słowa Bożego, biblijną moralnością i etyką życia członków kościoła oraz szczerym oddaniem się Chrystusowi Panu.

Jeśli wytrwacie w moim Słowie, to istotnie jesteście moimi uczniami [Jn 8,31]. Niech te słowa naszego Pana dodadzą dziś otuchy braciom i siostrom wiernie stojącym na gruncie Słowa Bożego.

22 lipca, 2021

Mało pożądany aspekt łaski

Wczoraj wieczorem uczestniczyłem w nabożeństwie, podczas którego rozważaliśmy zagadnienie łaski Bożej. Piękny, budujący i szeroki temat. Wsłuchując się w słowa wykładowcy i przywoływane fragmenty Pisma Świętego, cieszyłem się jak dziecko. Jestem zbawiony! Gdyż z łaski jesteście zbawieni, przez wiarę. Nie jest to waszym osiągnięciem, ale darem Boga [Ef 2,8]. Mam żywot wieczny! Gdyż zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem Bożej łaski jest życie wieczne w Chrystusie Jezusie, naszym Panu [Rz 6,23]. 

Dobrze wiem, oczywiście, że okazana mi łaska Boża ma charakter wychowawczy i mobilizujący, tak bym pod każdym względem był ozdobą zasad nauczanych przez Boga, naszego Zbawcę. Objawiła się bowiem łaska Boża, zbawienna dla wszystkich ludzi. Poucza nas ona, abyśmy wyrzekli się bezbożności oraz świeckich żądz i żyli w obecnym wieku rozsądnie, sprawiedliwie i pobożnie. Wzywa nas również do czekania na spełnienie się cudownej nadziei i objawienie się chwały naszego wielkiego Boga i Zbawcy, Jezusa Chrystusa [Tt 2,11-13].

Jest wszakże i taki aspekt łaski Bożej, którego, jak do tej pory - nie wiedzieć dlaczego - nie pragnąłem. Mam na myśli łaskę cierpień ze względu na Chrystusa. Kto bowiem, posłuszny sumieniu oświeconemu przez Boga, napotyka trudności i cierpi niewinnie, ten właściwie dostępuje łaski. Bo cóż to za zaszczyt, kiedy się cierpi z powodu własnych grzechów? Ale właśnie wtedy, gdy znosicie cierpienia za swoje dobre czyny, spotyka was łaska ze strony Boga. Na to was powołano - Chrystus również cierpiał za was, zostawiając wam przykład, abyście wstępowali w Jego ślady [1Pt 2,19-21]. 

Znakomita większość współczesnych chrześcijan łaskę kojarzy z błogosławioną przez Boga pomyślnością na ziemi oraz chwalebną wiecznością w niebie. Wypieramy myśli o cierpieniu i prześladowaniu. Chciałoby się przejść do niebiańskiej chwały bez żadnych przykrości. Pewna kobieta po wysłuchaniu podobieństwa o bogaczu i Łazarzu powiedziała, że za życia chce być jak bogacz, a po śmierci, jak Łazarz. Gdy ktoś zaczyna nas prześladować za wiarę, natychmiast wszczynamy alarm. Mamy przecież konstytucyjne prawa obywatelskie. Nawet wspólnotę kościelną dobieramy sobie pod kątem naszych upodobań i przyjemnego spędzania czasu w niedzielę. 

Dzisiaj od rana moje myśli są pod wpływem słów: albowiem to jest łaska, jeśli ktoś związany w sumieniu przed Bogiem znosi utrapienie i cierpi niewinnie [1Pt 2,19]. Mam świadomie rezygnować ze swoich praw? Cierpieć, chociaż mógłbym zawalczyć o swoje? Ponieść stratę, gdy mogę z kimś wygrać w sądzie? Zastanawiam się, czy jestem gotowy przeżywać wyśmianie, odrzucenie i rozmaite upokorzenia ze względu na Chrystusa, tak jak to spotykało mnie na początku mojego chrześcijaństwa? 

Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami [Mt 5,11-12]. Dlaczego miałbym być daleki od tak rozumianej łaski Bożej, skoro Biblia mówi: Macie bowiem przywilej ze względu na Chrystusa, nie tylko w Niego wierzyć, lecz i dla Niego cierpieć [Flp 1,29]. Dlaczego miałbym mieć inaczej, skoro apostołowie mówili, że trzeba doświadczyć wielu trudności, aby wejść do Królestwa Bożego [Dz 14,22]?

Jak na te pytania odpowiem? To się okaże.

21 lipca, 2021

Uważaj, kto na ciebie wpływa

Czytając dziś Biblię, zadziwiam się, jak w jednym życiorysie można zmieścić aż tak skrajnie różne postawy i czyny? A jednak czasem tak bywa, że w życiu tego samego człowieka jest i chwała, i upadek.  Jest i pobożność, i bezbożność. Mam na myśli judzkiego króla Joasza, opisanego w dwudziestym czwartym rozdziale Drugiej Księgi Kronik. W wieku 7 lat został on królem i panował w Judzie 40 lat.

Pierwsze lata panowania Joasza miały charakter wręcz wzorcowy. Jako młody jeszcze król postanowił odnowić świątynie PANA. Zorganizował zbiórkę pieniędzy na prace przywracające świątynię do jej pierwotnego stanu. Uzupełniono jej wyposażenie, wznowiono służbę w świątyni i dbano, aby rok w rok na bieżąco naprawiać dom Boży. Tajemnicą pozytywnych decyzji, czynów i osiągnięć Joasza był kapłan Jehojada, który zadbał nawet o prawidłowy ożenek młodego króla. Joasz czynił to, co prawe w oczach PANA, przez wszystkie dni życia Jehojady [2Krn 24,2]. Postępował tak przez wszystkie te lata swojego panowania, w których korzystał z pouczeń kapłana Jehojady [2Krl 12,3].

Sprawy szybko zaczęły przybierać inny obrót, gdy Jehojady zabrakło. Po śmierci Jehojady przybyli książęta Judy, złożyli pokłon królowi, a król zaczął ich słuchać [2Krn 24,17]. Tym razem powiało całkiem w inną stronę. W miejsce troski o służbę Bożą i trwanie w Przymierzu z Bogiem, pojawiła się chęć nawiązania do kultury i obyczajów otaczających ich narodów. W ten sposób porzucili świątynię PANA, Boga swoich ojców, a zaczęli służyć aszerom i posągom [2Krn 24,18]. Tak oto pobożny król Joasz stał się bezbożnikiem.

Z czasem odstępstwo Joasza osiągnęło poziom nieprawdopodobny. Targnął się on na syna kapłana Jehojady, dobroczyńcy Joasza z początkowych lat jego królowania, na Zachariasza, który odważył się wystąpić przeciwko narastającej w Judzie bezbożności. Wtedy Duch Boży ogarnął Zachariasza, syna kapłana Jehojady. Stanął on przed ludem i zawołał: Tak mówi Bóg: Dlaczego łamiecie przykazania PANA?! Nie macie przy tym powodzenia! Opuściliście PANA, dlatego i On opuścił was! Wówczas sprzysięgli sie przeciwko niemu i ukamienowali go na rozkaz króla na dziedzińcu świątyni PANA. Król Joasz nie pamiętał o łasce, która okazął mu Jehojada, ojciec Zachariasza. Przeciwnie, zabił jego syna [2Krn 24,20-22]. 

Koniec historii życia i królowania Joasza okazał się bardzo smutny i żałosny. Biblia mówi, że Bóg posłużył się Aramejczykami, aby wymierzyli sprawiedliwość Joaszowi za to, że opuścił PANA, Boga swoich ojców. Po najechaniu ziemi judzkiej zostawili go w ciężkich bólach, a po ich odejściu jego słudzy sprzysięgli się przeciwko niemu za krew synów kapłana Jehojady i zabili go w jego własnym łóżku [2Krn 24,25]. 

Historia króla Joasza dała mi dziś wiele do myślenia o znaczeniu i sile wpływu, jaki mogą wywrzeć na mnie inni ludzie. Zresztą, nie tylko jego historia pokazuje, jak przy zmianie towarzystwa może ulec zmianie moje myślenie i zachowanie. Dlatego powinienem bardzo uważać na to, kogo słucham i kto doradza mi w życiu. 

A co, jeśli to ja staję się dla kogoś osobą wpływową? Wtedy moja odpowiedzialność przed Bogiem za słowa i czyny ulega zwielokrotnieniu.

15 lipca, 2021

Uzyskaj i składaj dobre świadectwo

Po dokonaniu czegoś lub po jakimś niecodziennym przeżyciu u większości ludzi pojawia się chęć natychmiastowego poinformowania o tym całego świata. Każdy ma oczywiście jakieś swoje ku temu powody, ale przeważnie chodzi o rozgłos, pochwałę i podziw. Nie inaczej bywa w środowisku chrześcijańskim. Po przeżyciu duchowego uniesienia, po zaproszeniu Jezusa do serca, po doświadczeniu jakiegoś błogosławieństwa, niektórzy - jeszcze sami dobrze nie wiedząc, co przeżyli - natychmiast chcieliby dostać mikrofon i wolność wypowiedzi. Dość często przy tym jest też tak, że im bardziej ktoś nagrzeszył, im bardziej drastyczną i szokującą ma opowieść – z tym większym aplauzem się spotyka i tym większe zyskuje uznanie.

Tymczasem Biblia stawia świadectwu chrześcijańskiemu określone wymagania. Zobaczmy to na przykładzie cudu oczyszczenia trędowatego. Gdy Jezus zszedł z góry, ruszyły za Nim rzesze ludzi. Wówczas podszedł do Niego trędowaty, pokłonił Mu się i powiedział: Panie, gdybyś tylko zechciał, mógłbyś mnie oczyścić. Na te słowa Jezus wyciągnął rękę, dotknął go i oznajmił: Chcę, bądź oczyszczony! I trąd natychmiast ustąpił. Pamiętaj — powiedział Jezus — nie mów o tym nikomu, lecz idź, pokaż się kapłanowi i tak jak nakazał Mojżesz, złóż ofiarę za swoje oczyszczenie. Niech to będzie dla nich świadectwem [Mt 8,1-4].

Zacznijmy od tego, że Jezus Chrystus od samego początku swej służby zadziwiał ludzi niezwykłością nauczania. Jednym z Jego wielkich przemówień było tzw. Kazanie na Górze. Gdy Jezus skończył mówić, tłumy były zdumione Jego nauczaniem. W odróżnieniu od znawców Prawa uczył bowiem jak ktoś, na kim spoczywa władza [Mt 7,28-29]. I o to chodziło. Chrystusowi Panu zależało na tym, aby ludzie chcieli słuchać Jego nauki i aby zaczęli stosować ją w życiu!

W opowieści o uzdrowieniu trędowatego warto zwrócić uwagę na zadziwiającą i budującą dostępność Jezusa. Pan nie unikał kontaktu z ludźmi i nie chodził z obstawą. Nawet człowiek trędowaty mógł podejść do Jezusa. Jak to było możliwe, skoro - z racji swej choroby - miał prawny zakaz zbliżania się do ludzi? Być może z takich samych powodów, jak w czasach obecnej pandemii. I dzisiaj przecież tak bywa, że gdy ktoś jest przyparty do muru, to nie zważa na rygory sanitarne i za wszelką cenę dąży do rozwiązania swego problemu.

Zauważmy też, że zbliżając się do Jezusa, ów człowiek przyjął właściwą postawę. Pokłonił Mu się i wyraził wiarę w boskość Pana Jezusa nazywając Go kyrios, co z greckiego znaczy PAN i odnosiło się do Boga. Z kolei Syn Boży okazał mu niezwykłe współczucie. Ewangelista Marek zauważył, że Jezus pełen współczucia wyciągnął rękę [Mk 1,41]. Dotknął trędowatego człowieka, wypowiedział słowa oczyszczenia i trąd natychmiast ustąpił. Pamiętaj, nie mów o tym nikomu, lecz idź, pokaż się kapłanowi. Skąd taki zdumiewający zakaz rozpowiadania o tym cudzie?

Chrystus Pan miał swoje powody. On przyszedł, aby zbawić ludzi od grzechów, przynieść dar życia wiecznego i pojednać świat z Bogiem. Przyszedł, aby ogłosić nadchodzące Królestwo Boże. Nie chciał więc, by już w pierwszych miesiącach Jego publicznej służby ludzie patrzyli na Niego, jak na uzdrowiciela i cudotwórcę, ani - tym bardziej - jak na mesjasza, który przyszedł odbudować polityczną potęgę Izraela. Tego rodzaju rozgłos tylko utrudniał Synowi Bożemu realizację celu, dla którego pojawił się na ziemi w ludzkim ciele. Chciał mieć więcej czasu na spokojne zaprezentowanie chętnym słuchaczom swej nauki, a nie na codzienne kontakty z tłumem ludzi uganiających się za cudami i korzyścią materialną.

Niezwykle interesująca w tej historii i ważna dla naszego rozważania jest instrukcja dalszego postępowania po cudownym oczyszczeniu z trądu. Pójdź do kapłana i pozwól się zbadać. Jezus w tym wezwaniu oparł się o Słowo Boże zapisane w 14. rozdziale Księgi Kapłańskiej. Cała, określona tym prawem procedura warunkowała powrót oczyszczonego do społeczeństwa. Poddanie się nakazanym przez Prawo czynnościom miało stać się świadectwem dla ludzi z jego otoczenia. Niech to będzie dla nich świadectwem

Niestety, najwyraźniej człowiek ten nie zastosował się należycie do  słów Pana. Być może w ogóle nie poszedł do kapłana, co nie tylko byłoby nieposłuszeństwem – ale co też utrudniło Jezusowi docieranie z nauką o Królestwie Bożym do kolejnych osób. Tak przynajmniej świadczy ewangelista Marek. Ten jednak, gdy odszedł, zaczął rozgłaszać i rozpowiadać o tym, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz musiał przebywać na zewnątrz, w odludnych miejscach [Mk 1,45].

Czego może nauczyć nas powyższa opowieść w temacie składania chrześcijańskiego świadectwa? Po pierwsze, powiedzmy, że trąd jest trafną ilustracją grzechu. Jest on bowiem początkowo bezobjawowy, podobnie jak grzech, gdy zaczyna opanowywać ludzką duszę, przed długi czas działa niezauważalnie i łatwo bywa bagatelizowany. Trąd jest zaraźliwy. Tak też jest z grzechem. Dlatego Biblia wzywa chrześcijan, aby trzymali się z daleka od wszelkiego zła i nie przesiadywali w gronie ludzi bezbożnych. Trąd - podobnie jak grzech - z czasem oddziela od bliskich. Powoli niszczy człowieka i doprowadza go do śmierci, co również upodabnia go do grzechu, albowiem zapłatą za grzech jest śmierć [Rz 6,23].

Po drugie, z historii tej jasno wynika, że każdy grzesznik z problemem swego grzechu może przyjść do Jezusa i dostąpić oczyszczenia. Biblia mówi, że  krew Jezusa, Jego Syna, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu. Jeśli zaprzeczamy, że popełniliśmy grzech, sami siebie oszukujemy, jesteśmy dalecy od prawdy. Jeśli przyznajemy się do naszych grzechów, On jest wierny i sprawiedliwy — przebaczy nam grzechy i oczyści nas od wszelkiej nieprawości [1Jn 1,7b-9]. Dzięki wierze w Jezusa Chrystusa w życiu grzesznika naprawdę następuje cud oczyszczenia i przebaczenia mu grzechów! 

Po trzecie, w wyniku uniesienia duchowego spowodowanego spotkaniem z Jezusem, rodzi się w człowieku chęć natychmiastowego rozpowiadania o tym całemu światu. Często towarzyszy temu też oczekiwanie z dnia na dzień pełnej akceptacji i zaufania w środowisku wspólnoty chrześcijańskiej. Postawę tę z pewnością wzmacnia wersja błyskawicznej formy przyłączania ludzi do społeczności Kościoła, polegająca na poprowadzeniu ich w tzw. modlitwie grzesznika i na akcie jednoczesnego witania ich w Bożej rodzinie. Niestety, owocem tej praktyki jest powiększające się grono nieodrodzonych duchowo członków wspólnoty, którzy z natury rzeczy wydają w swoim otoczeniu złe świadectwo wiary.

Po czwarte, z całą mocą  podkreślmy, że Bóg oczekuje od chrześcijanina, aby składał dobre świadectwo o zbawieniu z grzechów, a w tym nie wystarczą same słowa. Nakazane przez Prawo w Izraelu czynności warunkujące powrót oczyszczonego do społeczeństwa są dobrą ilustracją prawidłowego zachowania człowieka oczyszczonego z grzechu. I bynajmniej nie chodzi tu o uczynki mające na celu  dostąpienia zbawienia – ale o zachowanie wynikające z tego, że zbawienie z grzechów naprawdę nastąpiło dzięki krwi Jezusa Chrystusa.

Właściwym symptomem i dowodem zbawienia od grzechu są praktyczne zmiany w życiu. Aby to potwierdzić świeżo upieczony chrześcijanin powinien poddać się ocenie osób trzecich. W jednym z przekładów Pisma Świętego czytamy: ale na świadectwo dla ludu pójdź do kohena i pozwól się zbadać. W ten sposób można zweryfikować prawdziwość nawrócenia. Bywa, że zaślepieni grzechem sami sobie wmawiamy rozmaite zmiany na lepsze. Tylko ludzie, którzy od dawna przyglądają się naszemu życiu widzą, czy już naprawdę opamiętaliśmy się z grzechu, czy wciąż jesteśmy jego niewolnikami. 

Innym świadectwem duchowego odrodzenia jest gotowość do poniesienia kosztów nowego życia. Jak oczyszczony z trądu człowiek, aby w pełni powrócić do społeczeństwa, na potwierdzenie odzyskanego zdrowia z radością składał kosztowne ofiary, tak też prawdziwie nawrócony chrześcijanin bez cienia żalu gotowy jest ponieść koszty związane z zaistniałą zmianą. Taką ceną na przykład może być potrzeba zrekompensowania komuś wyrządzonych mu krzywd. W imię rozpoczęcia nowego życia z Jezusem chrześcijanin gotów jest ponieść konsekwencje swoich grzechów. Przestaje kalkulować, liczyć czas i pieniądze. Pragnie dobra innych. Chce podobać się Bogu. W każdy możliwy sposób wydaje dobre świadectwo narodzenia się na nowo.

Uwiarygodnienie świadectwa zbawienia od grzechów wymaga czasu. Zanim oczyszczony z trądu człowiek mógł w pełni powrócić do społeczeństwa, chociaż już był zdrowy, musiał przez kilka tygodni być pod obserwacją kapłana i czekać na jego ostateczny werdykt. Tak i świeżo nawróconej osobie potrzeba czasu i przejścia przez różne próby, aby jej świadectwo nabrało wartości. 

Niech to będzie dla nich świadectwem - powiedział Jezus człowiekowi oczyszczonemu z trądu. Nieposłuszeństwo Słowu Bożemu w składaniu świadectwa o Jezusie utrudnia Zbawicielowi dotarcie do kolejnych grzeszników. W jakim sensie? A no w takim, że przedwczesne ogłoszenie nawrócenia człowieka, który po paru miesiącach powraca do starego życia w grzechu, staje się przyczynkiem do zgorszenia słabych w wierze. Albo gdy słowa notorycznie nie pokrywają się z postępowaniem osoby składającej świadectwo, wówczas ludzie są zbulwersowani i przynosi to ujmę imieniu Chrystusa. Albo gdy po ogłoszeniu cudu uzdrowienia trzeba znowu brać lekarstwa, to takie świadectwo staje się antyświadectwem chrześcijańskim. Dlatego z powyższych powodów wołam: Uzyskaj i składaj dobre świadectwo!

Złożenie dobrego świadectwa wymaga czasu i przejścia przez szereg prób. Po akcie pokuty – zanim staniemy na scenie, najpierw trzeba codziennym życiem pokazać, że jesteśmy zbawieni od naszych grzechów. W niektórych przypadkach chodzi o zaprzestanie żerowania na innych, podjęcie pracy i codziennym trudem zaświadczenie o zaistniałej przemianie.  Po uzdrowieniu – zanim zacznie się o tym opowiadać, należałoby pójść do lekarza i swoje uzdrowienie potwierdzić badaniami. Po zapaleniu się do jakiejś służby w kościele – najpierw należy dać wyraz gotowości do służby poprzez bezinteresowne wykonywanie prostych czynności na rzecz innych. Dopiero gdy okażemy się wierni w małym, możemy liczyć na to, że zostaną nam powierzone rzeczy większe.

Dlaczego nie można od razu, z dnia na dzień, chwalić się swoimi przeżyciami, decyzjami i duchowymi sukcesami? Bo świadectwo bez pokrycia jest złym świadectwem. Może ono kogoś zgorszyć, a co najmniej - zniechęcić do Chrystusa. Pan chce, abyśmy składali dobre i wiarygodne świadectwo o Nim. Wszakże dobrym świadkiem Jezusa nie zostaje się w jedną noc. Po trzech latach chodzenia z Jezusem apostołowie usłyszeli, że dopiero po napełnieniu Duchem Świętym staną się Jego świadkami. Nie od razu ma się pełny udział w służbie duchowej. O braciach pragnących służyć we wczesnym Kościele Biblia mówi: Niech oni najpierw odbędą próbę, a potem, jeśli się okaże, że są nienaganni, niech przystąpią do pełnienia służby [1Tm 3,10].

Nie od dziś istnieje problem obecności w zborze ludzi ze złym świadectwem. Obawiam się bowiem, że gdy przyjdę, zastanę was nie takimi, jakimi bym chciał i że wy również nie znajdziecie mnie takim, jakim chcielibyście, lecz że może będą swary, zazdrość, gniew, zwady, oszczerstwa, obmowy, nadymanie się, nieporządki; obawiam się, że gdy przyjdę, Bóg mój upokorzy mnie przed wami i że będę musiał ubolewać nad wieloma z tych, którzy ongiś popełnili grzechy i do dziś jeszcze za nie nie odpokutowali, grzechy nieczystości, wszeteczeństwa i rozwiązłości, których się dopuścili [2Ko 12,20-21]. 

Jeżeli w swoim otoczeniu utraciliśmy właściwe świadectwo – to czym prędzej podejmijmy starania, aby je odzyskać! Jak to zrobić? Przede wszystkim należy ukorzyć się przed Bogiem i przeprosić Go za wydanie złego świadectwa o Jezusie. Następnie trzeba przeprosić ludzi z najbliższego otoczenia, że ich gorszyliśmy swoim zachowaniem. Należałoby przeprosić też społeczność braci i sióstr w Chrystusie – której częścią będąc – zamiast świecić dobrym przykładem – wnosiliśmy w nią duchowy niepokój i konsternację. Jednym słowem, koniecznie trzeba dążyć do naprawienia chrześcijańskiego świadectwa. Dlaczego? Ponieważ nasz Pan, Jezus Chrystus - jako Głowa Kościoła chce, abyśmy składali o Nim dobre świadectwo. Amen!