19 lipca, 2024

Sposób na dobry los potomstwa

Odpowiedzialni rodzice myślą o przyszłości swoich dzieci i wnuków. Starają się coś im po sobie zostawić, bo - jak mówi Biblia - To nie dzieci powinny gromadzić środki dla rodziców, ale rodzice dla dzieci [2Ko 12,14]. Nie zawsze - niestety - rodzicom udaje się coś dla dzieci zgromadzić, a nierzadko bywa i tak, że wysiłek rodzicielski kończy się kłótnią dzieci o najskromniejszy nawet spadek. Dzisiaj natrafiłem w Biblii na bardzo interesującą wskazówkę w tym temacie.

Lecz właśnie dlatego, że Dawid był tak szczery, PAN, jego Bóg, nie chciał zgasić lampy jego dynastii w Jerozolimie i osadził na tronie jego potomka, a Jerozolimie zapewnił ochronę. Dawid bowiem czynił to, co prawe w oczach PANA, i przez całe życie nie odstąpił od niczego, co mu przykazał, poza sprawą Uriasza Chetyty [1Krl 15,4-5]. Innymi słowy, szczerość Dawida w społeczności z Bogiem, wierność Bogu i posłuszeństwo, na wiele lat zapewniły pomyślność jego potomkom, a nawet całemu miastu. W bojaźni PANA człowiek ma mocne oparcie, będzie ono schronieniem jeszcze dla jego dzieci [Prz 14,26].

Przyglądając się stosunkowo łatwemu i dostatniemu życiu niektórych ludzi, rozczulamy się nad swoim losem, a czasem ogarnia nas nawet zazdrość, że im się tak dobrze wiedzie, a my wciąż mamy pod górkę. Rzadko jednak towarzyszy nam stosowna wiedza i refleksja dotycząca życia ich rodziców i dziadków. Dopiero bliższe przyjrzenie się życiu przodków, pozwala odkryć tajemnicę dobrego losu potomków. To bogobojność, prawość, nienaganność w postępowaniu, miłość do Boga i bliźniego, tak pięknie owocują w życiu następnego pokolenia. 

Chcemy zapewnić swoim potomkom dobrą przyszłość? Żyjmy w bojaźni Bożej i - jak Dawid - zadbajmy o szczerość w społeczności z Bogiem. Gdyż przewrotny jest obrzydliwością dla Pana; lecz szczerzy są Jego przyjaciółmi [Prz 3,32]. Sprawmy, by nasze dzieci i wnuki przez całe lata mogły odcinać kupony z naszej przyjaźni z Bogiem. :)  

18 lipca, 2024

Odwiedziny miejsc posługi Słowem - trip 2.

2. Gdynia. Kościół Chrześcijański KOINONIA


KOINONIA – to pierwszy Zbór Kościoła Zielonoświątkowego w Gdyni, wyłoniony z gdańskiego zboru przy ul. Menonitów w roku 1989. Początkowo zgromadzał się w wynajętych lokalach, a od 1997 roku już we własnej sali nabożeństw, w zakupionym i zaadaptowanym na potrzeby zboru, budynku mieszkalnym.

Pierwszym pastorem gdyńskiego zboru był Jan Krauze. To za jego czasów głosiłem Słowo Boże w Gdyni. 7 listopada 1993 r. miałem tu kazanie pt. „Poświęcając się i podnosząc Słowo ruszajmy dalej”. 25 listopada 1993 r. – kazanie „Kierujmy się Słowem Bożym a nie sercem”. 9 grudnia 1993 r. usłużyłem pierwszym wykładem pt. „Relacje w rodzinie chrześcijańskiej”. 19 grudnia 1993 r. wygłosiłem kazanie pt. „Rozwijaj w sobie nawyk dążenia do Boga”, a 23 grudnia 1993 r. dokończyłem wykład „Relacje w rodzinie chrześcijańskiej”.  

6 stycznia 1994 r. rozpocząłem wykład pt. „Uświęcenie sfery seksualnej” aby 20 stycznia 1994 roku ten temat dokończyć. 23 stycznia 1994 r. omówiłem „Zasady pierwszeństwa w Królestwie Bożym”. 10 lutego 1994 r. wygłosiłem kazanie pt. „Wolność warunkowana zależnością”. 24 lutego 1994 r. rozpocząłem wykłady z hamartiologii, tj. nauki o grzechu i kontynuowałem je 19 maja 1994 roku. 30 czerwca 1994 r. głosiłem na temat lenistwa. 10 sierpnia 1995 r. wygłosiłem kazanie pt. „Nastawienie na przeżycia”. 17 sierpnia 1995 r. nauczałem na temat modlitwy w życiu zborowym. 28 września 1995 r.  powróciłem do wykładów o grzechu, omawiając „chciwość”. 5 października 1995 r. „pychę”. 19 października 1995 r. „gniew”. 2 listopada 1995 r. „zazdrość”. r. 9 listopada 1995 „obżarstwo”. 16 listopada 1995 r. „nieczystość”. 14 grudnia 1995 r. nauczałem o „upamiętaniu”. 21 grudnia 1995 r. o „wierze”. 28 grudnia 1995 r. o „chrzcie wiary” a 4 stycznia 1996 r. o „przyjęciu Ducha Świętego”.

 W 1996 roku, po śmierci Jana Krauze, pastorem zboru został Krzysztof Wójcik i pełni on tę funkcję do dzisiaj.  Nabożeństwa Kościoła Chrześcijańskiego KOINONIA (jak wynika ze strony internetowej zboru) w Gdyni przy ul. Karnkowskiego 1 odbywają się w niedziele o godz. 10. Więcej informacji.

3. Gdynia. Zbór Kościoła Chrystusowego

Zbór Kościoła Chrystusowego w Gdyni przy ul. Oficerskiej 15 powstał w 1987 roku. Nieruchomość zboru składa się z domu modlitwy oraz z pawilonu socjalnego zlokalizowanego w ogrodzie na zapleczu kaplicy. Dzięki temu zbór dysponuje też kilkoma pokojami gościnnymi, które udostępnia braciom i siostrom w Chrystusie, przyjeżdżającym nad morze na letni wypoczynek.

Z początkiem roku 2012 miała tu miejsce rzadko dziś spotykana ale jakże budująca fuzja. Otóż doszło do połączenia zboru Chrystusowego z działającym w Gdyni przy Al. Zwycięstwa, Ewangelicznym Zborem JORDAN (potocznie zwanym zborem „na działkach”). Zbór Kościoła Chrystusowego przyjął w swe progi braci i siostry ze zboru JORDAN, a ówczesny pastor Ryszard Krawczyk zaprosił do współpracy przywódcę tej społeczności, brata Wojciecha Lemke. Obecnie pastorem zboru przy Oficerskiej jest właśnie Wojciech Lemke, który razem z żoną Iwoną mieszkają w przyzborowym mieszkaniu pastorskim. Dzięki temu miałem okazję z nimi porozmawiać i odnowić troszkę nasz kontakt.

Jesienią 1993 roku, świeżo po moim powrocie do Gdańska, za czasów pierwszego pastora tego zboru, śp. Sergiusza Kobusa, dane mi było wielokrotnie nauczać tu Słowa Bożego.  I tak: 22 lipca 1993 r. wygłosiłem kazanie pt. „Bóg zawsze cię widzi”. 9 września 1993 r. nauczałem na temat pobożności i kontynuowałem to nauczanie kolejno - 16 września, 30 września, 14 października i 21 października 1993 r. 28 października 1993 r. miałem tu kazanie pt. "Żyjmy w bojaźni Bożej". 4 listopada 1993 r. – "Poświęcając się i podnosząc Słowo ruszajmy dalej". 11 listopada mówiłem o związku modlitwy z duchowym przebudzeniem, 2 grudnia – "Bądź wierny aż do śmierci", a 16 grudnia – nauczałem o służbie pocieszania.

Na początku roku 1994 jeszcze trzykrotnie odwiedziłem zbór z posługą Słowa Bożego. 13 stycznia 1994 r. z poselstwem „Musisz ocalić Jezusa w tobie”. 27 stycznia z rozważaniem o zasadach pierwszeństwa w Królestwie Bożym, a 13 lutego 1994 r. z kazaniem pt. „Zechciejmy widzieć Jezusa”. Później bywałem już tutaj rzadziej, a po powstaniu Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE siłą rzeczy zajeżdżałem tu tylko poza porą niedzielnych  nabożeństw.

Nabożeństwa Zboru Kościoła Chrystusowego w Gdyni przy ul. Oficerskiej 15 odbywają się w niedziele o godz. 10:00. Ponadto można tu wziąć udział w środowych rozważaniach biblijnych o godz. 18:00 oraz w spotkaniu modlitewnym w piątki o godz. 18:00. Więcej informacji - tutaj.

17 lipca, 2024

Odwiedziny miejsc posługi Słowem - trip 1.

1. Gdańsk. Kościół RADOŚĆ

Opis moich wypraw motocyklowych rozpoczynam od miejsca najbliższego mi terytorialnie, ale też bardzo bliskiego memu sercu w dawnych latach, a mianowicie od Kościoła RADOŚĆ. Tak obecnie nazywa się zbór Kościoła Zielonoświątkowego przy ul. Menonitów 2a w Gdańsku - miejsce moich początków w wierze i służbie. Tutaj - 17 września 1977 roku - zostałem ochrzczony przez prezbitera Sergiusza Waszkiewicza i rok później w tymże pomennonickim domu modlitwy, w niedzielę 12 września 1978 roku, wygłosiłem moje pierwsze kazanie pt. „Tylko On daje prawdziwą wolność”.

Zanim ukończyłem Szkołę Biblijną w Warszawie, w ciągu 1979 roku dwadzieścia pięć razy stawałem za kazalnicą zboru przy ul, Menonitów. Wiosną 1980 roku oficjalnie zostałem powołany na ewangelistę zboru i regularnie głosiłem tu Słowo Boże. Po dwóch latach służby - wiosną 1982 – uzyskawszy błogosławieństwo starszych zboru, wyjechałem stąd na stałe do służby duszpasterskiej w Piątkowie (woj. radomskie).  Wciąż jednak w następnych latach od czasu do czasu zapraszano mnie do posługi Słowem Bożym w "Zborze na Menonitów" - jak go zazwyczaj określaliśmy. 

I tak, 20-21 października 1984 r. miałem tu wykłady na konferencji młodzieży pod hasłem: "Gotowość chrześcijanina". 28 października 1984 r. wygłosiłem kazanie pt. „Kontrastuj!”. 28 lipca 1985 r. kazanie – „Bóg nigdy nie zapomni o tobie ze względu na Jezusa”. 7 sierpnia 1985 r. – kazanie pt. „Syn Boży objawił się nam, aby być Panem”. 11 sierpnia 1985 r. – „Okaż wierność, a ujrzysz sprawiedliwość”. 31 października 1988 r. na zjeździe młodzieży wygłosiłem poselstwo – „Płomienni Duchem Panu służcie!”, a następnego dnia, 1 listopada 1988 r. – kazanie pt. „Płomienni Duchem w praktyce”. 

Kolejny raz zostałem tu zaproszony do posługi Słowem 20 sierpnia 1989 r. z przesłaniem zatytułowanym „Jezus przyszedł znowu, aby dźwignąć cię z depresji”. Rok później, 11 sierpnia 1990 r. na ślubie Moniki i Jacka, wygłosiłem tutaj kazanie okolicznościowe „Niech ten ślub ilustruje twój związek z Bogiem”, a następnego dnia, w niedzielę, 12 sierpnia 1990 r. - kazanie pt. „Żyjmy zgodnie z celem naszych oczekiwań”. 11 listopada 1991 r. - znowu na zjeździe młodzieży - wygłosiłem trzy wykłady pt. „Jak można być blisko Boga w tym świecie”. Gościm zboru przy ul. Menonitów byłem jeszcze 26 grudnia 1992 r. z kazaniem – „Ubóstwo ułatwia ci drogę do bogactwa wierze”. 

Po powrocie do Gdańska w 1993 roku ponownie przyłączyłem się do tutejszej społeczności. Przestałem więc być gościem, a stałem się domownikiem wiary. Zaproszono mnie do grona starszych zboru i mniej więcej raz w miesiącu usługiwałem Słowem Bożym. Decyzją rady zboru w maju 1995 r. zostałem powołany do tworzenia nowej wspólnoty zielonoświątkowej w Gdańsku, co oficjalnie urzeczywistniło się w dniu 21 kwietnia 1996 roku. Od czasu gdy stanąłem na czele Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE już ani razu nie dane mi było głosić Słowa Bożego w tym zborze. 

Na koniec mojej relacji dodam, że służący wspólnocie zielonoświątkowej od wczesnych lat powojennych, zabytkowy dom modlitwy przy ul. Menonitów w Gdańsku, parę lat temu obecni przywódcy zboru postanowili oddać gminie Gdańsk w zamian za działkę budowlaną, na której planują wznieść obiekt nowoczesny i bardziej przestronny. Formalnie więc „nasza” kaplica w Śródmieściu Gdańska, z którą nie tylko ja mam tak wiele wspomnień, jest już własnością gminy Gdańsk, a ściślej - salą koncertową zespołu muzyki dawnej „Cappella Gedanensis”. Wkrótce Kościół RADOŚĆ przenosi się z nabożeństwami na teren postoczniowy do wynajętej hali, z nadzieją, że za kilka lat ulokuje się w nowo wybudowanym obiekcie.

Kościół RADOŚĆ jest organizacyjnie podzielony na dwa tzw. kampusy. Zgromadza się aktualnie w dwóch lokalizacjach. W niedzielę o godz. 10:00 w odwiedzonym przeze mnie miejscu w Śródmieściu Gdańska oraz o godz.10:30 w kampusie PÓŁNOC, w ERGO ARENIE. Pastorem Zboru jest Tomasz Ropiejko, a pastorem pomocniczym Tomasz Chaciński. Więcej informacji - Tutaj lub  Facebook

12 lipca, 2024

Zapowiedź wypraw motocyklowych

Wybierzmy się w drogę i odwiedźmy braci we wszystkich miastach, w których zwiastowaliśmy Słowo Pańskie, aby zobaczyć, jak im się powodzi [Dz 15,36]. Na taki pomysł wpadł niegdyś apostoł Paweł. Mnie też przyszło do głowy, aby po latach zajrzeć do miejsc, gdzie głosiłem Słowo Boże. Ponieważ służbę duszpasterską prowadziłem w kilku miejscach, skąd wyjeżdżałem z posługą Słowa Bożego, więc siłą rzeczy moje wypady motocyklowe dotyczyć będą miejscowości rozsianych po całej Polsce.

Służbę Słowa rozpocząłem w trakcie nauki w Szkole Biblijnej, pierwszym kazaniem wygłoszonym 12 września 1978 roku w Gdańsku. W następnym roku, jeszcze przed ukończeniem seminarium, dwadzieścia pięć razy stawałem za kazalnicą gdańskiego zboru, aby w maju 1980 roku formalnie zostać duchownym Kościoła, powołanym na ewangelistę zboru zielonoświątkowego w Gdańsku. Od czerwca 1980 do czerwca 1982 roku byłem odpowiedzialny za grupę gdańskiej młodzieży, regularnie posługując na miejscu kazaniami i wykładami Słowa Bożego. 

27 czerwca 1982 roku, wraz żoną i 9 miesięczną córką, wyjechaliśmy do służby duszpasterskiej w wiejskim zborze w Piątkowie (dawne woj. radomskie). Tam przez dwa lata nauczałem Słowa Bożego każdego tygodnia wygłaszając zazwyczaj po dwa kazania. We wrześniu 1984 roku wyjechaliśmy z Piątkowa, aby założyć zbór w Krośnie i prowadzić tam służbę duszpasterską. Dwa i pół roku później, w lutym 1987 roku - z taką samą misją - udaliśmy się do Gorzowa Wielkopolskiego. We wrześniu 1992 roku bazą wypadową mojej posługi Słowem na krótko stał się Rzeszów. W lipcu 1993 roku zamieszkaliśmy znowu w Trójmieście, najpierw w wynajętym mieszkaniu w Sopocie, a od 5 września 1994 roku w Gdańsku.

Nadeszła pora, aby zajrzeć do miejsc, gdzie w ciągu tych 45 lat dane mi było głosić Słowo Boże. Czy te wspólnoty wciąż istnieją? Jak obecnie się mają? Pragnę – z Bożą pomocą -  przejechać się moją Yamahą XJ6 po kraju i w poszczególnych województwach sukcesywnie odwiedzać zapamiętane przeze mnie miejsca wcześniejszej posługi.

08 lipca, 2024

Królestwo zakodowanego rozwoju

W tych dniach dużo rozmyślam o Królestwie Niebios. Jakie ono jest? Co nas w nim czeka? Skoro wszyscy chrześcijanie tak zgodnie mówią i śpiewają, że tęsknią za Królestwem Bożym, skoro pragniemy w nim się znaleźć, to dlaczego na myśl o śmierci fizycznej drży nam serce? Może za mało o Królestwie Niebios wiemy i dlatego chcielibyśmy jak najdłużej pozostać na tym świecie. Dlatego rozważaniami o Królestwie Bożym pragnę wspomóc braci i siostry w Chrystusie w nabieraniu zdrowego dystansu do przemijającego świata. Nic na tej ziemi nie jest warte tego, byśmy sercem lgnęli do tego bardziej, niż do spotkania z Panem Jezusem. Czuję się odpowiedzialny za należyte przygotowanie wierzących z mojego otoczenia do tego momentu przejścia. Stąd tematem kilku moich kolejnych kazań niedzielnych stało się Królestwo Niebios. Dzisiaj za podstawę rozważania weźmy przypowieść o ziarnie rzuconym w ziemię. 

Z Królestwem Bożym jest tak, jak z człowiekiem, który rzuca ziarno w ziemię. Czy on śpi, czy wstaje nocą czy za dnia, ziarno kiełkuje i rośnie, a on nie wie jak. Ziemia bowiem sama z siebie wydaje plon: najpierw trawę, potem kłos, potem pełne zboże w kłosie. A gdy plon dojrzeje, zaraz posyła się sierp, gdyż nadeszło żniwo [Mk 4,26-29]. 

Mówiąc o Królestwie Bożym Jezus posłużył się obrazem pełnego cyklu plonowania zboża. Ziarno trafia do ziemi. Kiełkuje, rośnie i kwitnie. W kłosie pojawia się kilkadziesiąt identycznych ziaren. Gdy osiągają dojrzałość, bezzwłocznie następuje żniwo. Za cały ten cykl odpowiadają przede wszystkim czynniki endogenne – tzn. wewnętrzny kod genetyczny nasienia. Wszystko jest zakodowane w nasieniu i uruchomione poprzez kontakt ziarna z ziemią. 

Zwykły, z życia wzięty obraz, w ustach Jezusa nabrał sensu duchowego. Oto Słowo Boże pada na grunt ludzkiego serca. Następuje opamiętanie i duchowe odrodzenie. Człowiek rodzi się na nowo. Wzrasta w poznaniu Boga. Uświęca się i upodabnia do Jezusa. W końcu staje się duchowo dojrzały, pełny owocu sprawiedliwości. Czas na żniwo! Cały ten proces jest zagwarantowany przez Boga! Dlatego chrześcijanin od chwili nawrócenia może żyć w całkowitej pewności zbawienia. 

Ewenementem wzrostu i owocowania rośliny jest to, że wcale temu nie musi towarzyszyć ludzkie rozumienie zachodzących w przyrodzie procesów. Czy on śpi, czy wstaje nocą czy za dnia, ziarno kiełkuje i rośnie, a on nie wie jak. Niekonieczna jest wiedza i pełne rozumienie tajemnicy rozwoju. Cud kiełkowania, wzrostu i wytwarzania owocu został genetycznie zakodowany w nasieniu. Ziemia bowiem sama z siebie wydaje plon: najpierw trawę, potem kłos, potem pełne zboże w kłosie. W natchnionym tekście występuje gr. autoamte, co znaczy - samorzutnie, samo z siebie. 

Z Królestwem Bożym jest tak, jak z człowiekiem, który rzuca ziarno w ziemię. Gdy Słowo Boże trafi na grunt ludzkiego serca – rozpoczyna się niezwykły, cudowny proces! Inicjuje go sam Bóg. Gdy zechciał, zrodził nas przez Słowo prawdy, by mieć w nas jakby pierwszy plon swoich stworzeń [Jk 1,18]. Zostaliśmy odrodzeni nie z nasienia zniszczalnego, ale niezniszczalnego, przez Słowo Boga, żywe, nieprzemijające [1Pt 1,23] - czytamy w Piśmie Świętym.

Zawartą w Jezusowej przypowieści o ziarnie rzuconym w ziemię prawdę możemy zastosować dwojako. Przede wszystkim charakteryzuje ona rozwój Królestwa Bożego jako całości. Niemniej przypowieść ta wspaniale obrazuje też fenomen wzrostu Królestwa Niebios w pojedynczym człowieku. 

Zacznijmy od tego, że Królestwo Boże istnieje wiecznie i jest w stałym rozwoju. Sam Bóg jest twórcą i budowniczym Królestwa Niebios. Najwidoczniej wiedział już o tym Abraham: Oczekiwał bowiem miasta mającego mocne fundamenty, którego budowniczym i twórcą jest Bóg [Hbr 11,10]. Biblia mówi, że Bóg ma w planach rozszerzyć swoje Królestwo również na całą ziemię. Za dni tych królów Bóg niebios powoła królestwo, które na wieki nie będzie zniszczone ani nie przejdzie na inny lud. Rozbije ono i usunie wszystkie wcześniejsze królestwa, ale samo trwać będzie na wieki [Dn 2,44]. Któż jest w stanie sprzeciwić się Bogu i udaremnić Jego plany? Z historii wiemy, że nawet niektórym ludzkim rządom trudno się przeciwstawić. Tym bardziej pewna jest ekspansja Królestwa Bożego. Chociażby cała UE i UN jednomyślnie przyjęły wspólne stanowisko, że nie zgadzają się na królowanie Chrystusa na ziemi, to i tak żadną rezolucją tego procesu nie zatrzymają. 

Prawda, że sam Bóg buduje swoje Królestwo – to wielki powód do radości dla wszystkich obywateli Królestwa Niebios. Dodajmy, że rozwój Królestwa Niebios nie zależy nawet od pomysłów i starań Kościoła. Nowoapostolska idea przejęcia i przygotowania ziemi na przyjście Chrystusa niczego tu nie przyspieszy, ani nie opóźni. Ekspansja Królestwa Bożego ma charakter „automate”. Niektórzy chrześcijanie chyba myślą, że dopiero od nich zacznie się Królestwo Niebios, a przynajmniej, że bardzo pomogą Bogu w jego nadejściu. Wciąż ogłaszają potrzebę jakiegoś przełomu, wywołania globalnego przebudzenia itp. Tymczasem Królestwo Boże ma samo w sobie wielką witalność i pełną zdolność rozwoju. 

Dynamizm Królestwa Niebios nie zależy od tych, którzy je głoszą, ani od tych, którzy je przyjmują. Wszystko w nim zależy od Boga! Możemy być całkowicie pewni, że to, co zaczęło się wraz z Jezusem Chrystusem, zaowocuje pełnym urzeczywistnieniem się Królestwa Niebios na ziemi. Ten proces jest tak nieuchronny jak wzrost i owocowanie zasianego ziarna. Tylko to, co nie należy do Królestwa Niebios nie ma przyszłości. Wszelka roślina, której nie zasadził Ojciec niebieski, wykorzeniona zostanie. [Mt 15,13] – powiedział Pan. Jeżeli coś się rozsypuje, wyłącza się, zaprzestaje służyć Bogu – wskazuje tym samym, że pomimo stwarzanych pozorów nie należało do Królestwa Niebios. 

A teraz przejdźmy do zagadnienia rozwoju Królestwa Niebios w pojedynczym człowieku. Uruchomienie tego procesu następuje z łaski Bożej - przez akt osobistej wiary w Jezusa Chrystusa. Nikt sam w sobie nie może tego zainicjować. Nikt też z ludzi nie może tego spowodować w drugim człowieku. Dlatego wam powiedziałem, że nikt nie może przyjść do Mnie, jak tylko ten, któremu zostało to dane przez Ojca [Jn 6,65]. Za każdym razem jest to darem Bożym!  I to jest dobra nowina o Królestwie Niebios, dlatego (…) z radością dziękujcie Ojcu, który nas przysposobił do udziału w dziedzictwie świętych — tam, gdzie panuje światło. On nas wybawił spod tyranii ciemności i przeniósł do Królestwa swego ukochanego Syna, w którym mamy odkupienie, przebaczenie grzechów  [Kol 11,1-14]. 

Inną, wielką i wspaniałą prawdą o Królestwie Bożym w nas jest to, że nie zostało ono tak pomyślane przez Boga, by stało się dla człowieka nowym, dodatkowym ciężarem. Wprost przeciwnie. Do ludzi zatroskanych o sprawy bytowe Jezus powiedział: Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości, a to wszystko będzie wam dodane [Mt 6,33]. Słowo Boże i Duch Święty działają w sercu prawdziwego chrześcijanina w tak cudowny sposób, że jego życie staje się piękną przygodą. 

Gdy sam Bóg nawiedza człowieka i zapoczątkowuje w nim cudowny proces rozwoju Królestwa Niebios, zbyteczne, a nawet szkodliwe są wysiłki człowieka w celu przyspieszania własnego wzrostu albo wzrostu innych. Nie ma potrzeby stawać w lustrze i mówić sobie: Rośnij! Nic nie da też naciskanie w tym celu na innych chrześcijan. Rozwój Królestwa jest niezależny od zabiegów człowieka! Plon dojrzewa zgodnie z Bożym harmonogramem! 

Nie chcemy przez to powiedzieć, że wzajemna miłość braterska i pobudzanie się do dobrych uczynków w Królestwie Niebios nie mają żadnego większego znaczenia. Podobnie jak we wzroście roślin obok czynników wewnętrznych (endogennych) liczą się także zewnętrzne (egzogenne), tak też i w duchowym wzroście chrześcijanina warunki zewnętrzne odgrywają swoją rolę. Wszakże i tu zauważmy, że zapotrzebowanie rośliny na czynniki zewnętrzne zależy od jej kodu genetycznego. Czyż czasem nie zadziwiamy się, że jakaś roślinka rośnie w miejscu, które naszym zdaniem nie daje szans na przeżycie? A jednak nie usycha, podczas gdy inna, zasadzona w dobrych – naszym zdaniem – warunkach, nie wiadomo dlaczego, a choruje. 

Biblia wskazuje czynniki zewnętrzne, pożądane z racji DNA Królestwa Niebios. Czytanie i rozważanie Słowa Bożego, modlitwa, aktywna przynależność do lokalnej wspólnoty Kościoła oraz składanie świadectwa o Jezusie. I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach [Dz 2,42]. Duch Święty objawił to już w pierwszych dniach istnienia Kościoła. Jednakże człowiek wierzący żyje, rozwija się i owocuje w wierze nie dlatego, że bierze udział w głośnych eventach i odwiedza osławione miejsca. Gdyż tak mówi PAN do domu Izraela: Szukajcie Mnie, a będziecie żyli! Nie szukajcie Betelu, nie chodźcie do Gilgal i nie udawajcie się do Beer-Szeby. Bo Gilgal na pewno pójdzie na wygnanie, a Betel stanie się niczym. Szukajcie PANA, a będziecie żyli! [Am 5,4-6]. Wymienione tu miejscowości cieszyły się w Izraelu sławą z racji historii narodu, ważnych wydarzeń lub przeżyć. Dzisiaj też wielu chrześcijan daje się ciągać po kraju, wabieni wciąż nowymi obietnicami wspaniałych przeżyć. Nie w takich miejscach leży tajemnica rozwoju Królestwa Niebios! Nie ma potrzeby abyśmy wszędzie byli, wszystkiego doświadczyli i wszystko rozumieli. Będziemy duchowo rosnąć i bez wywoływania w nas wciąż nowych przełomów oraz ogłaszania nam, że dopiero teraz to jest nasz czas.

Ziarno wrzucone do ziemi rośnie zgodnie z tym, jak genetycznie zostało zakodowane i nie potrzebuje, aby mu mówić, jak ma rosnąć. Wciąż obserwuję ten cud rozwoju Królestwa Niebios w ludzkich sercach. Czasem wydaje się, że ktoś nie ma szans na prawidłowy rozwój - a wyrasta na wspaniałego sługę Bożego. Innym razem ktoś jest otoczony troską duszpasterską - a nic z niego dobrego nie wyrasta. Wszystko zależy od prawdziwości nawrócenia, od rzeczywistego odrodzenia serca. Czynniki zewnętrzne pełnią rolę drugoplanową.

Jeśli szczerze przyjęliśmy Pana Jezusa Chrystusa do serca, jeśli narodziliśmy się na nowo i żyjemy w zaufaniu, że Chrystus nam wystarczy - to Królestwo Niebios jest już w nas! Jestem przekonany, że Ten, który zapoczątkował w was dobre dzieło, będzie je też doskonalił aż do dnia powrotu Chrystusa Jezusa. [Flp 1,6]. Odetchnijmy w tej myśli!  Zaufajmy Bogu trzymając się Chrystusa, głowy, z której całe ciało, odżywiane i spojone stawami i ścięgnami, rośnie wzrostem Bożym [Kol 2,19]. Amen

03 lipca, 2024

Źle wymierzone, czy celowo widoczne?

Czytając dziś opis wyglądu nowo wzniesionej świątyni w Jerozolimie i jej urządzania, natknąłem się na dość intrygującą wzmiankę: Kapłani zanieśli arkę Bożą do świątyni Jahwe, do Świętego Świętych, i ustawili ją pod skrzydłami cherubów. Cheruby miały bowiem rozpostarte skrzydła nad miejscem przeznaczonym dla arki. Swoimi skrzydłami okrywały cheruby całą arkę i drążki do jej przenoszenia. Drążki owe były tak długie, że ich końce widziało się z Miejsca Świętego, stojąc naprzeciw Świętego Świętych, ale nie widziało się ich z zewnątrz [1Krl 8,6-8]. 

Izraelici mieli ze Skrzynią Przymierza sporo cudownych przeżyć, ale zdarzyło się też i tragiczne. To ostatnie miało związek ze zlekceważeniem Bożej instrukcji dotyczącej przemieszczania Skrzyni Bożej. Bóg powiedział, że ma ona być ręcznie przenoszona przez kapłanów. Właśnie w tym celu wyposażono ją w akacjowe drążki, które na stałe powinny znajdować się w specjalnych pierścieniach zamocowanych po bokach Arki. Gdy Dawid przygotował dla Skrzyni Przymierza specjalne miejsce w Jerozolimie, do jej transportu zabrano się z tak wielkim entuzjazmem, że zbagatelizowano nakazane przez Boga procedury i Skrzynię wieziono wozem. Transport ów został tragicznie przerwany śmiercią młodego Uzzy, który jadąc na tym wozie, chciał ją podtrzymać ręką, przez co zginął.

Dawid szybko zrozumiał popełniony błąd i po kilku miesiącach zorganizował przeniesienie Skrzyni Bożej do Jerozolimy przez kapłanów, już ściśle przestrzegając Słowa Bożego. Za pierwszym razem nie było was przy tym, jak PAN, nasz Bóg, rozgniewał się na nas za to, że nie zadbaliśmy o Jego wytyczne tak, jak należy. Kapłani i Lewici poświęcili się więc, aby przenieść skrzynię PANA, Boga Izraela [1Krn 15,13-14]. Ostatecznie Skrzynia Przymierza - już za czasów Salomona - trafiła do świątyni, gdzie umieszczono ją pod specjalnym okryciem obrazującym cherubów. 

Dlaczego te drążki wystawały poza okrycie? Coś źle wymierzono, czy może był to zamysł celowy? Domyślam się, że wystające poza skrzydła cherubów drążki, widoczne dla kapłanów z miejsca sprawowania przez nich służby, miały im sygnalizować sposób postępowania ze Skrzynią. A może nawet ich dyskretny widok miał odświeżać im pamięć o śmierci Uzzy i stanowić jakąś formę Bożej przestrogi przed samowolą w służbie? Biblia Gdańska wręcz wskazuje tu na celową robotę. I powyciągali one drążki, tak, że widać było końce ich w świątnicy. Dodajmy, że ludzie znajdujący się poza miejscem świętym nie widzieli tych wystających drążków. Tylko w miejscu świętym były one widoczne i mogły przypominać kapłanom, że służąc Bogu należy wszystko robić po Bożemu.

W moim życiu i służbie też mam takie, jakby przydługie, "wystające drążki", przywołujące mi na myśl popełnione w przeszłości błędy, a jednocześnie mobilizujące mnie do wiernego trzymania się Prawa Bożego. Ludzie postronni w ogóle niczego takiego nie dostrzegają. Lecz ja, gdy tylko spojrzę w kierunku danego miejsca, gdy pomyślę o niektórych osobach lub natknę się na określoną sytuację, od razu wiem, o co chodzi. Ba, jestem nawet wdzięczny Bogu za takie refleksyjne chwile. Wiem, że co jakiś czas ich potrzebuję aby utrzymać się w bojaźni Bożej i aby skwapliwiej przestrzegać Słowa Bożego. A ty?

26 czerwca, 2024

Niebezpieczeństwa pomyślności

Gdy Bóg zezwolił Izraelitom na ustanawianie sobie króla wzorem innych narodów, określając obowiązki ludu oraz prawa króla, powiedział: Niech jednak król nie gromadzi zbyt wiele koni, niech nie kieruje ludu z powrotem do Egiptu, by rozbudować konnicę, ponieważ PAN powiedział: Nie wkraczaj już więcej na tę drogę. Niech też nie poślubia sobie wielu żon, by jego serce nie popadło w odstępstwo, a także niech nie gromadzi zbyt wiele srebra i złota [5Mo 17,16-17]. I co? Salomon nagromadził rydwanów i jazdy, tak że miał tysiąc czterysta rydwanów i dwanaście tysięcy wierzchowców. Rozmieścił je w miastach rydwanów i przy sobie, jako królu, w Jerozolimie. Naskładał też król w Jerozolimie tyle srebra i złota, co kamieni, i tyle cedrów, ile sykomor w Szefeli. Konie Salomona pochodziły z Egiptu i Koe [1Krn 1,14-16]. 

Czyżby Salomon nie znał Tory? Czy nie wiedział, jak powinien się zachowywać król Izraela? Mało tego! Król Salomon, obok córki faraona, pokochał wiele innych kobiet obcych plemion: Moabitki, Ammonitki, Edomitki, Sydonitki i Chetytki. Pochodziły one z narodów, co do których PAN powiedział synom Izraela: Nie łączcie się z nimi i niech one nie łączą się z wami, bo z pewnością nakłonią wasze serca do pójścia za swoimi bogami — do takich właśnie kobiet przylgnął Salomon w swych pragnieniach. Miał zaś siedemset żon, księżniczek, a nałożnic trzysta i te jego kobiety zwiodły jego serce [1Krl 11,1-3].

Najwidoczniej atmosfera wielkiej pomyślności i popularności Salomona zaczęła powoli usypiać jego czujność w trosce o posłuszeństwo Bogu. Poczuł się na tyle pewny siebie, że przestał już tak pieczołowicie dbać o przestrzeganie Słowa Bożego. Nie pomogła mu nawet jego nadzwyczajna mądrość.  Wypisz, wymaluj, pasuje do niego - o, zgrozo - opis upadku jednego z najwspanialszych archaniołów: Twoje piękno uczyniło twe serce wyniosłym! Zniweczyłeś swą mądrość z powodu swej świetności. Zrzuciłem cię na ziemię! Postawiłem cię przed królami, by ci się przypatrzyli [Ez 28,17].

Pomyślność - tak upragniona i przez wszystkich ceniona - niesie z sobą też parę niebezpieczeństw. Jednym z nich jest ogarniająca nas, nieuprawniona pewność, że skoro cieszymy się popularnością i powodzeniem, to znaczy, że podobamy się Bogu we wszystkim, co robimy i myślimy. Żywiąc to fałszywe przeświadczenie, powoli - oczywiście nie ogłaszając tego ludziom - dochodzimy do wniosku, że możemy sobie pozwolić na swobodniejszy stosunek do Słowa Bożego. Wydaje się nam, że możemy, że wręcz mamy prawo, do własnej interpretacji Prawa Bożego. Jako wybrańcy i ulubieńcy Boga cieszymy się przecież jego łaską i błogosławieństwem! I tak powoli zbliżamy się do duchowego upadku...

Przyszła pycha - przyjdzie hańba [Prz 11,2] - przeczytałem dziś w Biblii. Pycha, pieniądze, seks - to trzy kierunki frontu przeciwnika, na których załatwił on już wielu bohaterów. Niech pomyślność nie zamydli nam oczu. 

25 czerwca, 2024

Jak on to rozpoznał?

Rodzice z dziećmi dzisiaj na Motławie
Dzisiaj od rana rozmyślam o rodzicielstwie, o prawdziwym macierzyństwie i ojcostwie. Jak je rozpoznać? Czym się charakteryzuje? Z jaką łatwością ludzie rezygnują z tego, co zrodziło się w sercach innych osób, do czego brak im osobistego przywiązania. Jakże inaczej traktujemy to, co sami urodziliśmy, co pochodzi z naszego serca i łona. Myśli te we mnie wywołała odczytana na nowo biblijna historia o niezwykłym rozstrzygnięciu króla Salomona. 

Raz stanęły przed królem dwie nierządne kobiety. Jedna z nich powiedziała: Wysłuchaj mnie, proszę, mój panie: Ja i ta kobieta mieszkamy w jednym domu. Tam, przy niej, w domu, urodziłam chłopca. Trzeciego dnia po moim porodzie chłopca urodziła również ta kobieta. Mieszkamy razem, tylko my dwie. Nie mieszka z nami nikt obcy. Syn tej kobiety umarł jednak w nocy. Przydusiła go ona swoim ciałem. Wstała zatem w środku nocy, gdy twoja służąca spała, wzięła mojego syna, który leżał u mojego boku, i położyła na swoim łonie, a swojego martwego syna wetknęła w moje objęcia. Kiedy wstałam rano, aby nakarmić syna, zauważyłam, że dziecko nie żyje! Gdy jednak przyjrzałam mu się dokładniej, spostrzegłam, że to nie jest mój syn, którego urodziłam. Na to odezwała się ta druga kobieta: Nieprawda! Moim synem jest chłopiec żywy, a twoim umarły. Pierwsza na to: Nieprawda! To twoim synem jest ten martwy, a moim synem — żywy. I tak sprzeczały się wobec króla.

Wtedy głos zabrał król: Jedna mówi: To mój syn — ten żywy. Twoim synem jest martwy. Druga mówi: Nieprawda! Twoim synem jest martwy, a moim synem żywy. Podajcie mi miecz! Przyniesiono więc miecz królowi. Wówczas król rozkazał: Przetnijcie żywe dziecko na dwoje i dajcie połowę jednej, a połowę drugiej! Wtedy kobieta, której synem był ten żywy, zdjęta litością zawołała do króla: Panie, proszę, dajcie jej to żywe dziecko, tylko go nie zabijajcie! Druga natomiast wołała: Niech nie będzie ani moje, ani twoje! Tnijcie! Wtedy król odezwał się i orzekł: Dajcie tej pierwszej kobiecie żywe dziecko. Nie zabijajcie go! Ona jest jego matką [1Krl 3,16-27].

Nie mogę przestać myśleć o dziesiątkach duchowych narodzin, przy których - jako duszpasterz - osobiście asystowałem. Wszystkie te osoby są mi bardzo bliskie i na zawsze takimi pozostaną. Cieszę się, że wielu trwa w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach [Dz 2,42]. Nawet jeśli wybrali sobie inną społeczność chrześcijańską i już regularnie razem się nie widujemy, to moje serce jest przy nich i błogosławię ich dalszą drogę. Podobnie jest z tymi, którzy gdzieś się duchowo zagubili. Każdej z tych kochanych osób pragnąłbym spojrzeć w oczy i - za apostołem Pawłem - chciałbym powiedzieć: Dzieci moje, znowu w bólach was rodzę, dopóki Chrystus nie będzie w was ukształtowany [Ga 4,19]. Skąd we mnie taka serdeczność w stosunku do wspomnianych osób? Bo byłem przy ich narodzinach i cieszyłem się ich pierwszymi krokami w naśladowaniu Jezusa.

Podobnie mam z moim serdecznym nastawieniem do określonych miejsc. Wiejski zbór w Hniszowie na Lubelszczyźnie - pierwsze zetknięcie się z ewangeliczną wspólnotą ludzi wierzących. Gdański zbór przy ul. Menonitów - miejsce moich początków; chrztu wiary, małżeństwa i służby kaznodziejskiej. Piątków - pierwsza samodzielna służba duszpasterska i budowa kaplicy. Krosno, a potem Gorzów Wielkopolski - zakładanie wspólnot od podstaw łącznie z organizacją miejsca zgromadzeń. No i od 28 lat - Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE w Gdańsku. Wszystkie te lokalizacje są bardzo bliskie mojemu sercu. Nie potrafię przejechać obok nich, żeby chociaż na chwilkę tam nie zajrzeć, albo przynajmniej żeby w ich pobliżu mocniej nie zapulsowało mi serce. Dlaczego? Bo dane mi było uczestniczyć w powstawaniu tych wspólnot, albo sam się w nich rodziłem. Kocham te miejsca.

Salomon rozpoznał prawdziwą matkę. Prawdziwe ojcostwo i macierzyństwo duchowe też ma swoje cechy rozpoznawcze, dzięki którym nie dajemy się omamić i możemy uniknąć wielu błędów. Chrystus Pan powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz oddaje za owce własne życie. Najemnik, który nie jest pasterzem ani właścicielem owiec, gdy widzi, że zbliża się wilk, porzuca owce i ucieka, wilk zaś porywa je i rozpędza. Najemnik zachowuje się tak, dlatego że jest tylko najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem [Jn 10,11-14].

20 czerwca, 2024

Zdolność przekwalifikowania

Czytałem dzisiaj w Biblii o potomkach Lewiego, których służba - po zbudowaniu świątyni, jako stałego miejsca kultu JHWH - przestała być potrzebna. Całymi latami pracowali przy Namiocie Zgromadzenia. Przenosili go, ustawiali i urządzali, a potem znowu Przybytek składali i zgodnie z ustalonym podziałem ról, nieśli wszystko na nowe miejsce. Nadszedł jednak dzień, gdy Arka Przymierza została ustawiona w jednym miejscu i już nie trzeba było niczego przenosić. Dawid bowiem stwierdził, że ponieważ PAN, Bóg Izraela, dał wytchnienie swojemu ludowi i zamieszkał w Jerozolimie na wieki, Lewici nie będą już nosić przybytku ani żadnych jego sprzętów związanych ze służbą [1Krn 23,25-26]. Mnóstwo ludzi - odpowiadających wcześniej za mobilność Domu Bożego - straciło pracę.

Nie wszyscy w takiej sytuacji jednakowo potrafią sobie poradzić. Mieliśmy w Polsce spory problem, gdy - po upadku gospodarki PRL - zaistniała konieczność, by całe grupy społeczne szukały sobie innego zajęcia. Ludzie z dnia na dzień stracili dotychczasowe miejsca pracy, a nie wszyscy potrafili się przekwalifikować i dostosować się do nowych okoliczności. tak było np. z pracownikami Państwowych Gospodarstw Rolnych. Na początku lat dziewięćdziesiątych więcej niż 1,5 tysiąca PGR-ów postawiono w stan likwidacji, co oznaczało, że pół miliona zatrudnionych w nich ludzi poszło na bruk. Szerzyła się bierność i bezradność społeczna, a wiele osób popadło w alkoholizm.

Na szczęście wspomniani Lewici nie zostali na lodzie. Ich stanowiska miały wspierać służbę potomków Aarona na rzecz świątyni PANA. Mieli pracować na dziedzińcach i w komnatach, przy oczyszczaniu wszystkiego, co święte, oraz przy innych czynnościach podejmowanych w domu Bożym. Na przykład: przy rozkładaniu w rzędach chleba [obecności], przy mące na ofiary z pokarmów, przy smażeniu przaśnych placków, przy zaczynianiu ciasta, przy wszystkim, co wymagało zmierzenia lub zważenia, przy codziennym, porannym wstawaniu, by zarówno o poranku, jak i potem wieczorem dziękować PANU i uwielbiać Go, przy składaniu PANU wszelkich ofiar całopalnych podczas szabatu, nowiu oraz w czasie innych świąt na cześć PANA, powtarzających się według ustalonego porządku. Na nich miała też spoczywać troska o namiot spotkania, o miejsce święte i o samych potomków Aarona, ich braci, w służbie na rzecz domu PANA [1Krn 23,28-32].

W Kościele też może się tak zdarzyć, że osoby przez lata zaangażowane w określoną służbę, z powodu zachodzących zmian, nagle - z tym co w zborze robiły - okażą się niepotrzebne. W nowych warunkach lub pod nowym przywództwem nikt już nie czeka na ich kaznodziejstwo, śpiew przy mikrofonie, obsługę techniczną nabożeństw czy prowadzenie spotkań. Ważne, by w takiej sytuacji nie opuszczać rąk i nie zaniechać pracy dla PANA. Gdy coś takiego nas spotka, wówczas należałoby wykazać się elastycznością i przekwalifikować się do wykonywania innych zajęć. Na przykład, modlitwa wstawiennicza, troska o słabszych w wierze, składanie chrześcijańskiego świadectwa, czy ewangelizowanie niezbawionych - to sfery aktywności, które nie znają granic wieku i którymi nie rządzą decyzje kościelnych przywódców. 

Zasadzeni w domu PANA kwitną na dziedzińcach naszego Boga. Jeszcze w starości przynoszą owoc, są pełni wigoru i świeżości [Ps 92,13-14]. Gdy jakaś ich aktywność przestaje być potrzebna, wówczas - podobnie jak Lewici - uaktywniają się w innej służbie. Najważniejsze, by nie zaniechać służby w ogóle. Rozmiłowany w Chrystusie Panu i w Jego Kościele, wierzący człowiek - nawet po przejściu na emeryturę - wciąż pozostanie praktycznie zaangażowany w działalność zboru, do którego przynależy.

06 czerwca, 2024

Jak rozumieć picie krwi Jezusa?

Nie po raz pierwszy rozmaite postawy i wypowiedzi Dawida są mi pomocne w lepszym zrozumieniu duchowej rzeczywistości. Z racji chronologicznego planu czytania Biblii w tych dniach znowu czytam o jego dochodzeniu do władzy nad całym Izraelem i o rosnącej liczbie oddanych mu ludzi. Jedna z natchnionych opowieści szczególnie mnie porusza, bo bardzo trafnie ilustruje prawdziwy sens słów Jezusa o konieczności picia Jego krwi. Oddajmy głos Pismu Świętemu.

Trzech z tych trzydziestu czołowych rycerzy zeszło raz do Dawida po skale do pieczary Adullam, podczas gdy wojsko Filistyńczyków obozowało w dolinie Refaim. Dawid przebywał wtedy w warowni, a w Betlejemie stała wówczas załoga filistyńska. Dawid miał pragnienie, więc rzekł: Kto da mi napić się wody ze studni betlejemskiej, która jest przy bramie? Wtedy ci trzej przebili się przez obóz filistyński, naczerpali wody ze studni betlejemskiej, która była przy bramie, i przynieśli ją Dawidowi. Lecz Dawid nie chciał jej pić, ale ją wylał jako ofiarę z płynów dla Pana, mówiąc: Niech mnie Bóg zachowa od tego, bym to miał uczynić. Czyż miałbym pić żywą krew tych mężów, którzy z narażeniem własnego życia ją przynieśli? I nie chciał jej pić [1Krn 11,15-19].

Opisane tu, niezwykłe poświęcenie trzech czołowych wojowników król Dawid nazwał "krwią tych mężów". Dlaczego? Ponieważ stopień ich poświęcenia graniczył ze śmiercią. Dowódcy owi narazili się na niebezpieczeństwo utraty własnego życia. Zrobili to z miłości do swojego dowódcy i na pewno chcieli, żeby ugasił pragnienie. Woda, którą zdobyli, była wszakże na tyle wartościowa w oczach Dawida, że nie mógł jej ot tak, po prostu wypić. Dlatego ofiarował ją Bogu. Gdyby ją wypił, wypiłby wodę, nie krew. Podkreślmy wszakże nazwanie rezultatów owego poświęcenia trzech bohaterów - ich krwią.

Motywowany miłością i pragnieniem podobania się Ojcu, Jezus, jako kapłan i ofiara w jednej osobie, złożył swoje życie za nasze grzechy. Jego ofiara jest całkowicie wyjątkowa i niepowtarzalna. Została złożona, abyśmy z niej skorzystali! Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli nie będziecie jedli ciała Syna Człowieczego i pili krwi Jego, nie będziecie mieli żywota w sobie. Kto spożywa ciało moje i pije krew moją, ten ma żywot wieczny, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Albowiem ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa ciało moje i pije krew moją, we mnie mieszka, a Ja w nim [Jn 6,53-56].

Prawdziwi chrześcijanie piją krew Jezusa w tym znaczeniu, że przez wiarę w Niego, codziennie korzystają z cudownych skutków Jego ofiary. Podczas Wieczerzy Pańskiej natomiast - na pamiątkę Jezusa Chrystusa - piją wino i jedzą chleb. Czyż Słowa Dawida nie pomagają nam lepiej zrozumieć tę prawdę?

01 czerwca, 2024

Królestwo wyrównywania

Wielu z nas doświadcza szeregu różnych ograniczeń. Brakuje nam dobrego zdrowia, pieniędzy, wykształcenia itd. Nie potrafimy grać, śpiewać ani pięknie przemawiać. Nie jesteśmy tak sprawni i błyskotliwi jak inni. Nie możemy pochwalić się w tym świecie żadnymi sukcesami. Nasz brak osiągnięć mocno kontrastuje ze wzbudzającymi podziw opowieściami o ludzkich wyczynach. Wciska nas w ziemię zachwyt ich działalnością. Słusznie myślimy, że tych wspaniałych ludzi czeka wielka nagroda w niebie. Oni chyba też tak myślą - a może nawet myślą o sobie za dużo – skoro w Biblii znajdujemy przypowieść Jezusa o robotnikach w winnicy. Czytamy w niej, że przed wypłatą niektórzy byli święcie przekonani, że należy się im więcej niż pozostałym. Po wypłacie zaczęli się burzyć przeciwko gospodarzowi. Ci ostatni pracowali tylko godzinę — wytykali — a pan potraktował ich na równi z nami, którzy musieliśmy znosić trudy dnia i upał! Wtedy gospodarz powiedział jednemu z nich: Nie krzywdzę cię, mój drogi. Czy nie uzgodniliśmy, że dostaniesz denara? Bierz, co twoje, i idź! Chcę bowiem temu ostatniemu zapłacić tak, jak i tobie. Czy nie wolno mi z tym, co moje, czynić tego, co chcę? A może krzywym okiem patrzysz na to, że jestem dobry? [Mt 20,11-15]. Tę przypowieść Jezus rozpoczął słowami: Królestwo Niebios podobne jest do pewnego gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem najmować robotników do swej winnicy - a więc jej celem jest objawienie czegoś ważnego o Królestwie Bożym. Spróbujmy to uchwycić.

Podczas, gdy świat gloryfikuje bogatych, utalentowanych, wpływowych i popularnych, podczas, gdy gardzi się tu ludźmi słabymi, biednymi i przeciętnymi, w Królestwie Bożym panuje zdumiewająca zasada wyrównywania. Bóg zaczął ją objawiać już podczas wędrówki Izraelitów do Ziemi Obiecanej. Zbierali — jedni więcej, drudzy mniej. Ale gdy odmierzali to sobie w omerach, okazywało się, że ten, kto zebrał więcej, nie miał za dużo, a ten, co zebrał mniej, nie cierpiał braku — każdy zebrał tyle, ile był w stanie zjeść! [2Mo 16,17-18]. Taka idea towarzyszyła przyjściu Syna Bożego na świat. Każda dolina niech będzie podniesiona, a każda góra i pagórek obniżone; co nierówne, niech będzie wyrównane [Iz 40,4]. Tak też wg nauki apostolskiej ma być w społeczności chrześcijan. Nie chodzi przy tym o to, aby innym przynieść ulgę, a samemu narazić się na brak — chodzi o równowagę. Niech teraz wasz nadmiar wyrówna ich niedostatek. Kiedyś być może ich nadmiar wyrówna wasz brak — i w ten sposób będzie równowaga, zgodnie ze słowami: Ten, kto wiele zebrał, nie miał za wiele, a ten, kto mało, nie miał za mało [2Ko 8,13-15].

Biblia mówi o Bogu, że On podnosi nędzarza z prochu, biedaka wyciąga ze śmieci, by go posadzić wśród książąt [Ps 113,7-8]. Dlatego zbór - jako placówkę Królestwa Niebios - cechuje właśnie takie podejście do sprawy. W prawdziwym Kościele niwelowane są przykre różnice między ludźmi. Słabi, ubodzy i bez życiowych sukcesów – nabierają znaczenia. Z racji tej charakterystyki Królestwa Bożego - w zborze chrześcijańskim nikt nie czuje się gorszym. Przypatrzcie się zatem sobie, bracia, kim jesteście według powołania waszego, że niewielu jest między wami mądrych według ciała, niewielu możnych, niewielu wysokiego rodu, ale to, co u świata głupiego, wybrał Bóg, aby zawstydził mądrych, i to, co u świata słabego, wybrał Bóg, aby zawstydzić to, co mocne, i to, co jest niskiego rodu u świata i co wzgardzone, wybrał Bóg, w ogóle to, co jest niczym, aby to, co jest czymś, unicestwić, aby żaden człowiek nie chełpił się przed obliczem Bożym [1Ko 1,26-29].

Atmosfera wyrównywania wypływa z serca samego Boga Ojca. Pięknie ilustruje to natchniona opowieść biblijna, którą znajdujemy w 30. rozdziale  Pierwszej Księgi Samuela. Dawid z sześciuset wojownikami wyruszył, by odbić porwanych ludzi i zrabowany majątek. Zanim doszło do walki, dwustu wojowników okazało się niezdolnych do dalszego marszu, nawet nie mówiąc już o ich udziale w bitwie. Pozostali przy jukach. Wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem. Wszystkie uprowadzone osoby zostały uratowane, a na wrogach zdobyto wielki łup. W drodze powrotnej Dawid dotarł do dwustu ludzi, którzy byli zbyt wyczerpani, aby za nim podążać, tak że pozostawił ich nad potokiem Besor. Ci wyszli na spotkanie jemu oraz ludziom, którzy z nim ciągnęli. Gdy byli już blisko, Dawid zapytał ich, jak się mają. Wówczas różni ludzie, nieprzyjaźni i niegodziwi, spośród tych, którzy poszli z Dawidem, zaczęli przebąkiwać: Nie poszli z nami. Nie damy im teraz nic z łupu, który uratowaliśmy. Niech każdy zabiera swą żonę, swoich synów i córki — i niech idzie! Dawid jednak powiedział: Nie róbcie tak, moi bracia, z tym, co przecież dał nam PAN. To On nas uchronił i On nam wydał tę hordę, która nas najechała. Kto wam przyzna rację w tej sprawie? Bo dział tego, który wyrusza do bitwy, jest taki sam jak dział tego, który pozostaje przy jukach — mają się podzielić po równo. Od tego dnia Dawid ustanowił to jako ustawę i jako prawo dla Izraela. Tak też jest do dnia dzisiejszego [1Sm 30,21-25].

Spróbujmy wczuć się w położenie ludzi, którzy pozostali przy jukach. Pozostali, bo byli zbyt słabi, by iść dalej. Nie brali udziału w zwycięskiej walce, bo pozostali przy jukach. Widząc powracających bohaterów z pewnością mieli jakiś rodzaj poczucia niższości wobec nich. Na domiar złego, niektórzy z weteranów zaczęli wytykać im brak udziału w akcji i okazywać swoją wyższość nad nimi. Na szczęście był tam Dawid, który natychmiast zareagował na tę nieprzyjazną postawę. Jako wódz zarządził, by ze słabymi podzielić się zdobyczą i dać im z łupów po tyle samo, co czynnym wojownikom. Mało tego, ustanowił to prawem na zawsze obowiązującym wpośród ludu Bożego. Dawid myślał tak, jak myśli się w Królestwie Bożym. Miał to w sercu, bo myślał po Bożemu, bo dobrze wyczuwał puls serca Bożego. Wiele lat później apostoł Paweł, w natchnieniu Ducha Świętego wyjawił, co sam Bóg myślał o Dawidzie. Powołał im na króla Dawida i wystawił mu świadectwo w słowach: Znalazłem Dawida, syna Jessego, męża według serca mego, który wykona całkowicie wolę moją [Dz 13,22].

Najdobitniejszym dowodem tej niesamowitej atmosfery i kultury Królestwa Bożego jest oczywiście zwycięstwo Syna Bożego – Jezusa Chrystusa. On rozprawił się z naszym największym ciemiężycielem tzn. z diabłem. Kto pomagał Jezusowi na Golgocie? Który z uczniów Mu towarzyszył? A jednak po zmartwychwstaniu ukazał się im, napełnił ich Duchem Świętym i obdarował życiem wiecznym. Chrystus Pan dzieli się zdobyczami swojego zwycięstwa ze wszystkimi swoimi uczniami, chociaż nieraz okazujemy się zbyt tchórzliwi, słabi i grzeszni, aby należycie opowiedzieć się po stronie Bożej oraz uczestniczyć w duchowej walce. Wystarczy, że uwierzymy w Niego! On umorzył nasze długi, całą listę niespełnionych zobowiązań — skończył z nimi, gdy przygwoździł je do krzyża. Na tym krzyżu rozbroił zwierzchności oraz władze, publicznie je obnażył i powlókł w tryumfalnym pochodzie [Kol 2,14-15].

Widzę to na swoim własnym przykładzie. Każdego dnia toczy się we mnie jakiś duchowy bój? Którą z tych bitew kiedykolwiek samodzielnie wygrałem? Owszem, często zaczynam. Zrywam się do walki, ale szybko słabnę i zazwyczaj zostaję przy jukach. Na szczęście Chrystus Pan nie słabnie i się nie zatrzymuje. On wywalcza mi zwycięstwo. Nie bójcie się ich, gdyż Pan, wasz Bóg, walczy za was [5Mo 3,22] - upewnia mnie Słowo Boże. Konia przygotowuje się na dzień bitwy, lecz zwycięstwo należy od Pana [Prz 21,31]. Kto z nas czuje się aż takim bohaterem, by sobie przypisać zwycięstwo nad diabłem? Raczej większość z nas siedzi przy jukach. Bogu jednak dzięki! On darzy nas zwycięstwem przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa [1Ko 15,57].

Bóg chce atmosferę swojego Królestwa już teraz tworzyć w sercach ludzi wierzących. Chce, aby Królestwo Boże było widzialne w lokalnym zborze Jego Kościoła. Ażeby tak było, potrzebne nam jest poznanie serca Bożego. Jezus Chrystus ukochał swoich uczniów! Prostym rybakom powiedział: Nie bój się, mała trzódko! Gdyż waszemu Ojcu spodobało się dać wam Królestwo [Łk 12,32]. Uwierzmy więc we wspaniałomyślność Boga. I my poznaliśmy tę miłość, którą darzy nas Bóg, i zaufaliśmy jej [1Jn 4,16]. Cieszymy się, że właśnie taki jest Bóg i Jego Królestwo! On ma taki gest, że bez względu na stopień naszych słabości i doczesnych ograniczeń, zrównuje naszą wartość z największymi bohaterami,  wszystkim jednakowo dając dar życia wiecznego!

Gdy stajemy się obywatelami Królestwa Niebios, w którym panuje zasada wyrównywania, to i nam udziela się Boża serdeczność wobec słabych. Chcąc być naśladowcami Boga z radością bierzemy na siebie ciężar zadań dla dobra innych. My natomiast, mocni, powinniśmy wziąć na siebie ułomności słabych, zamiast dogadzać sobie samym. Niech każdy z nas postępuje w sposób miły dla bliźniego, dla jego dobra i dla zbudowania. Chrystus również nie dogadzał sobie, ale, jak napisano: Spadły na mnie zniewagi urągających Tobie [Rz 15,1-3]. Nie wyróżniamy już jednych osób kosztem innych [zob. Jk 2,1-5]. Jako synowie Królestwa skłaniamy się do niskich [zob. Rz 12,16]. Krótko mówiąc, stajemy się ludźmi według serca Bożego! Bóg jest przy słabych. Niechby i dla wielu z nas wystawił świadectwo: Znalazłem Dawida (Monikę, Macieja, Andrzeja, Tomasza itd.), człowieka według mojego serca. Kościół jest takim ośrodkiem na ziemi, gdzie kwitnie serdeczność dla słabych. Prawdziwy Kościół reprezentuje Królestwo wyrównywania!

Ludzie mierzą naszą wartość sukcesami i osiągnięciami. Nieraz więc ktoś będzie przebąkiwać, że to i tamto nam się nie należy. Gdy nie spełniamy ich warunków, przestajemy być brani pod uwagę i wypadamy z gry. Na szczęście nasz los leży w rękach Chrystusa Pana. Podczas, gdy tylu ludzi nas punktuje, On okazuje nam serce! Dział tego, który wyrusza do bitwy, jest taki sam jak dział tego, który pozostaje przy jukach! Chcę bowiem temu ostatniemu zapłacić tak, jak i tobie! Nadchodzi Królestwo Niebios, które charakteryzuje się m.in. zasadą wyrównywania! Cieszymy się wspaniałomyślnością i miłosierdziem naszego PANA. Coraz wyraźniej widzimy, jak dalece zmiłował się On nad nami! Coraz radośniej popieramy Bożą dobroć dla innych! Bardzo nam się to podoba, że słabi też będą obdarowani. To oznacza, że Królestwo Niebios jest już wpośród nas!

17 maja, 2024

Jak nie stracić prawego oka

Lepiej zajrzeć do domu modlitwy
Dzisiaj o poranku przeczytałem w Biblii coś bardzo intrygującego. Zdumiał mnie przedziwny pomysł pogańskiego króla w stosunku do Izraelitów mieszkających po wschodniej stronie Jordanu. W tym czasie Nachasz, król Ammonitów, srodze uciskał potomków Gada i Rubena. Kazał pozbawiać ich prawego oka. Był tak silny, że nikt nie był w stanie wybawić Izraela spod jego władzy. W ten sposób nie pozostał u Izraelitów mieszkających za Jordanem nikt, kogo król Ammonitów Nachasz nie pozbawiłby prawego oka. Jednak siedmiu tysiącom ludzi udało się ujść Ammonitom. Przybyli oni do Jabesz w Gileadzie [1Sm 10,27]. Nachasz jednak i tym uciekinierom nie chciał odpuścić. Na prośbę Jabeszytów, by dał im spokój odpowiedział: Mogę zawrzeć z wami przymierze, ale pod warunkiem, że każdemu z was wybiję prawe oko i pohańbię w ten sposób Izraela [1Sm 11,2].

Czyżby potomkowie Gada i Rubena wcześniej jakoś zgrzeszyli swoim wzrokiem? Inna natchniona opowieść pozwala snuć takie przypuszczenie. Chodzi o sposób w jaki Izraelici postąpili z królem Adoni-Bezekiem, który im uciekł. Ścigali go jednak, schwytali i obcięli mu kciuki u rąk i wielkie palce u nóg. Wtedy Adoni-Bezek powiedział: Siedemdziesięciu królów z obciętymi kciukami u rąk i wielkimi palcami u nóg zbierało resztki pod moim stołem. Bóg odpłacił mi w sposób, w jaki ja traktowałem innych [Sdz 1,6-7]. Jest w Biblii sporo o świętym prawie odpłaty. Znamy przecież Tego, który powiedział: Zemsta do mnie należy, Ja odpłacę; oraz: Pan będzie sądził swój lud [Hbr 10,30]. Jedynym sposobem uniknięcia odpłaty za nasze grzechy jest ukorzenie się przed Bogiem, osobiste przyznanie się do winy i przyjęcie przebaczenia, które stało się możliwe, dzięki ofierze Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. 

Wróćmy więc do Izraelitów, którzy osiedlili się poza terenem Ziemi Obiecanej, po wschodniej stronie Jordanu. Lata wcześniej miała miejsce następująca sytuacja: Synowie Rubena i synowie Gada posiadali bardzo liczne stada. Gdy więc przyjrzeli się ziemi Jazer i ziemi Gilead, stwierdzili, że jest to dobre miejsce dla stad. Przyszli więc do Mojżesza, do kapłana Eleazara, do książąt zgromadzenia i zaczęli: Atarot i Dibon, Jazer i Nimra, Cheszbon i Elale, Sebam, Nebo i Beon, to znaczy ta ziemia, którą PAN podbił na oczach Izraela, jest ziemią wspaniałą dla stad, a właśnie twoi słudzy mają ich sporo. Jeśli znaleźliśmy łaskę w twoich oczach — ciągnęli — to daj, prosimy, tę ziemię twoim sługom na własność. Nie przeprowadzaj nas przez Jordan [4Mo 32, 1-5]. Krótko mówiąc, zaświeciły się im oczy do czegoś, co wg woli Bożej nie było dla nich przeznaczone. Dopięli swego i zamieszkali za Jordanem. Po latach nadszedł dziwny sąd na ich prawe oko, które - ogólnie mówiąc - jest synonimem wzroku.

Trzeba nam się pilnować, aby nie podążać za tym, czego pożądają nasze oczy. Pierwszy grzech na świecie zaczął się właśnie od wzroku. Kobieta przyjrzała się owocom. Wydały jej się warte spróbowania, wyglądały pięknie, a ponadto dzięki nim mogło się ziścić jej pragnienie poznania. Sięgnęła więc po owoc, zerwała i zjadła [1Mo 3,6]. Bo wszystko, co jest na świecie, pożądliwość ciała i pożądliwość oczu i pycha życia, nie jest z Ojca, ale ze świata [1Jn 2,16]. Dlatego Chrystus Pan powiedział: Jeśli twe prawe oko przywodzi cię do upadku, wyłup je i odrzuć daleko od siebie. Więcej zyskasz, gdy stracisz jeden z twoich członków, niż gdy postradasz całe ciało w miejscu wiecznej kary [Mt 5,29]. Warto więc w porę zadbać o duchową higienę prawego oka. 

15 maja, 2024

Powrót szkodnika!

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że całkiem sympatyczny, uroczo wyglądający chrząszcz przybył do ogrodu Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku. Wypatrzyłem go dzisiaj wśród obfitego kwiecia tawuł. Okazuje się jednak, że łanocha pobrzęcz - to owad wyrządzający duże szkody w uprawach. Larwy łanochy żerują na korzeniach różnych roślin, a osobniki dorosłe niszczą kwiaty drzew, krzewów i roślin ozdobnych. Atakują sady, ogrody oraz uprawy polowe, wyjadając np. zawartość kłosów zbóż. 

Dość intrygująca - jak dla mnie - okazuje się ponowna ekspansja tego szkodnika. Chociaż w minionych wiekach tu i tam był czasem spotykany na terenie Polski, to jednak niemal przez cały XX wiek wcale go już tu nie było. Jednak pojawił się znowu i to na wielką skalę. Zagrożenie jest tym większe, że nie ma jeszcze naukowych opracowań nt. sposobu zwalczania tego chrząszcza. Przez całe dekady nie było z nim problemu, więc mogło się wydawać, że na zawsze stąd się wyniósł. A jednak powrócił.

Łanocha pobrzęcz obudziła dziś we mnie dwojakie myśli. Po pierwsze, pomyślałem o problemie ponownego uzależnienia od grzechu. Gdy duch nieczysty wychodzi z człowieka, przemierza bezwodne miejsca w poszukiwaniu wytchnienia. Lecz gdy go nie znajduje, mówi: Wrócę do mojego domu, tam, skąd wyszedłem. Jeśli przychodzi i zastaje dom niezamieszkany, wymieciony i przyozdobiony, wtedy idzie, bierze ze sobą siedem innych duchów bardziej zepsutych od siebie, wchodzą tam i mieszkają. Wówczas końcowy stan tego człowieka staje się gorszy niż początkowy. Tak też będzie z tym złym pokoleniem [Mt 12,43-45]. Szatan to bardzo przebiegły i zaskakujący szkodnik. Łatwo nie odpuszcza. Czasem możemy odnieść wrażenie, że już na dobre dał nam spokój, ale skoro nawet od Jezusa po kuszeniu na pustyni odszedł tylko do pewnego czasu, to tym bardziej może i nas ponownie zaatakować.

Po drugie, zacząłem myśleć o fałszywych nauczycielach i duchach zwodniczych w Kościele. Pamiętam, jak kilka dekad temu moi ojcowie w wierze zmagali się z tzw. doktryną dobrobytu i innymi, błędnymi naukami, docierającymi zza granicy do naszych zborów. Gdy już mogło się wydawać, że problem został zażegnany, bo niektórzy głosiciele ewangelii sukcesu publicznie przyznali się do błędu i zadeklarowali przywiązanie do zdrowej nauki, zauważam, że zainteresowanie zwodniczą nauką na nowo odżywa. Ruch nowoapostolski odświeża stare idee ruchu wiary i ewangelicznym środowiskom ponownie prezentuje bohaterów dawnych błędów, odświeżając ich nauczanie i organizując konferencje z ich udziałem. Jeśli ktoś przychodzi do was, a nie przynosi właściwej nauki, tego nie przyjmujcie do domu ani nie nawiązujcie z nim bliższych stosunków! Kto spoufala się z taką osobą, uczestniczy w jej złych czynach [2Jn 1,10-11]. Fałszywa nauka charakteryzuje się jednak między innymi tym, że chociaż jest stara, przychodzi w nowym przebraniu. Stąd dla wielu wydaje się atrakcyjna i dobra.

Takie myśli wywołał we mnie widok łanochy pobrzęcz w kościelnym ogrodzie. Więc pobrzęczałem.😉 Mam nadzieję, że z pożytkiem dla niektórych z nas. 

16 kwietnia, 2024

Ujemny skutek zaspokojenia

Gdy w naszym życiu pojawia się niedostatek, to całkiem normalnym i słusznym wydaje się dążenie do jak najszybszego usunięcia powstałego braku. Gdy ogarnia nas jakieś silne pragnienie, to gotowi jesteśmy wszystko zrobić, aby tylko czym prędzej je zaspokoić. Nie lubimy żyć na tzw. głodzie. Ale uwaga! Nastawienie chrześcijanina na pilne spełnienie fizycznych bądź psychicznych pragnień, niesie ze sobą także swego rodzaju niebezpieczeństwo. Polega ono na osłabianiu duszy.

Posłużmy się prostą ilustracją. Wychowywanie dziecka i kształtowanie jego charakteru polega między innymi na tym, że nie zawsze i nie od razu dostaje ono wszystko, czego tylko zapragnie. Mądrzy rodzice wiedzą, że dla dobra dziecka na przyszłość potrzeba, by teraz całkiem obeszło się smakiem, a przynajmniej trochę zaczekało na spełnienie zachcianki. Służy to hartowaniu jego ducha. Przecież w dorosłym życiu wielokrotnie zderzy się potem z przykrą rzeczywistością, że nie zawsze możemy mieć to, co byśmy chcieli. Umiejętnie więc czasem odmawiając, lub zapowiadając spełnienie prośby w przyszłości, pozytywnie wpływamy na zrównoważony rozwój dziecka, czyniąc je silniejszym psychicznie. 

Natknąłem się na tę prawdę w trakcie dzisiejszego czasu z Biblią. Psalm 106 opisuje szereg sytuacji, w których Bóg na różne sposoby postępował z Izraelitami, aby uformować z nich swój naród wybrany. Jedną z nich jest intrygująca reakcja Boga na ich żądanie mięsa. Zapałali żądzą na pustyni i wystawili tam Boga na próbę. Wówczas dał im to, czego pożądali, posłał jednak również słabość na ich dusze [Ps 106,14-15]. Dostali to, co chcieli ale coś przy tym stracili. Może i mieli chwilową satysfakcję z zaspokojenia żądzy, ale jednocześnie ponieśli szkodę, bo zachowali się niegodnie. Niby dzięki tej uczcie nabrali sił fizycznych, lecz duchowo zostali osłabieni. 

Nie wszystkie przekłady Pisma Świętego tę myśl uwypuklają. Część tłumaczy nie zauważa skutków duchowych owego fizycznego zaspokojenia. Dał im czego pragnęli, ale zesłał na na nich chorobę [KUL]. Uczynił zadość ich żądaniu, lecz zesłał na nich zarazę [BT]. Dał im, czego żądali, tyle, że aż chorowali z przesytu [BW]. Na szczęście niektóre wydania Biblii ukazują i to, co podczas tamtej uczty stało się z duszami Izraelitów. I dał im czego żądali, lecz zesłał na ich dusze wycieńczenie [UBG]. Dał im to, czego chcieli i posłał wątłość na ich dusze [SNP dosł.].

Czego uczy mnie ten szczegół z wędrówki Izraela do Ziemi Obiecanej? Że nastawienie na zaspokojenie fizycznych pragnień i pożądliwości, może mi się odbić duchową czkawką. Że karmiąc moją cielesność i dbając o zadowolenie naturalnych zmysłów, łatwo mogę doznać uszczerbku na duszy. Nie chcę cielesnych uciech kosztem słabości duchowej. Bo cóż za korzyść odniósł człowiek, który zdobył cały świat, jeśli utracił własną duszę? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? [Mt 16,26].

15 kwietnia, 2024

Czy potrzebujemy przynależności do lokalnego zboru Kościoła?

W świetle nauki Nowego Testamentu i wielowiekowych doświadczeń Kościoła jest jasne, że ludzie narodzeni na nowo grupują się i trzymają się razem. Robili tak i nadal robią z następujących powodów:

  • Jedność wspólnie wyznawanej wiary w Jezusa Chrystusa oraz fascynacja osobą Zbawiciela pociąga nas ku sobie wzajemnie i prowadzi do miejscowej wspólnoty Kościoła.
  • Wspólnota celów i zadań wynikających z wiary w Boga i pragnienie lepszego wypełnienia roli, jaką Bóg zlecił wierzącym na tym świecie, wymaga współpracy i jednoczenia wysiłków.
  • Zagrożenie ze strony wrogiego duchowo świata każe chrześcijanom żyć blisko siebie, aby się wspierać i wzajemnie ochraniać.
  • Powszechnie występująca wśród ludzi wszystkich pokoleń psychiczna potrzeba przynależności do jakiegoś gremium społecznego sprawia, że ludzie odrodzeni z Ducha Świętego, nie chcąc już zasiadać w świeckich kręgach,  pragną przynależności do ludzi duchowo im bliskich.
  • W stronę przynależności do zorganizowanego zboru prowadzą nas także praktyczne względy społeczne i prawne. Zbór bowiem może zapewnić swoim członkom ochronę prawną, umożliwić pożyteczną i szeroką działalność, służyć  posługą duszpasterską i niezbędną pomocą w tragicznych chwilach życia a także udzielić chrztu, usłużyć przy ślubowaniu małżeńskim czy pogrzebie.

Oczywiście, powyższe względy nie wszystkich przekonują do formalnej przynależności do zboru, podobnie zresztą jak nie wszyscy zakochani są przekonani, że należy wstępować w związek małżeński. Są tacy, którzy wolą luźne związki i wprawdzie żyją razem, tyle że bez prawnych zobowiązań.

Jakkolwiek potrzeba przynależności do zboru wydaje się oczywista pod względem społecznym, prawnym i emocjonalnym, to jednak pozostaje pytanie, czy jest ona konieczna także w świetle nauki biblijnej. Zanim sięgniemy do świętego tekstu zechciejmy jeszcze zauważyć, że Biblia niekoniecznie do końca dobitnie wypowiada się co do pewnych postaw i czynności, a jednak nie mamy wątpliwości, że są one słuszne i zgodne z wolą Bożą, bowiem Bóg już w akcie stworzenia wpisał je w naszą mentalność. Na przykład Biblia nie nakazuje, ani nie zabrania mężowi wręczać ukochanej żonie bukietu kwiatów, a jednak czyniąc tak mąż nie ma wątpliwości, że robi słusznie, chociaż literalnie rzecz biorąc, nie może powiedzieć, że robi biblijnie. Niemniej jednak Słowo Boże daje wyraźne świadectwo, że zbór, czyli określone grono jego członków, jest bliskie Jego sercu i stanowi obiekt Jego szczególnej troski i błogosławieństwa na ziemi. 

Zbór to wspólnota
Niektórzy mają taki stosunek do zboru jakby za każdym razem był on jedynie jednorazowym zgromadzeniem ludzi wierzących, którzy akurat tej niedzieli spotkali się w jednym miejscu, by oddać chwałę Bogu i posłuchać Słowa Bożego. Nowotestamentowy zbór nie może jednak być pojmowany w ten sposób. Wierzący zgromadzeni w kaplicy nie są jak pasażerowie autobusu albo konsumenci w barze, którzy chociaż w danej chwili znajdują się w tym samym miejscu i robią mniej więcej to samo, to jednak nie mają cech wspólnoty (wtedy nikogo to nie dziwi, że co chwila ktoś wchodzi, ktoś wychodzi i wcale nie musi tego tłumaczyć pozostałym gościom baru czy pasażerom autobusu). Wspólnota nie polega tylko na tym, że co jakiś czas ludzie znajdą się w tym samym pomieszczeniu. Owszem, wspólnota zgromadza się, może nawet wynająć autobus i odbyć wspólną podróż albo pójść razem do restauracji, ale charakter tego będzie już zgoła inny, bo wszyscy będą to robić razem, w sposób zorganizowany.

Zbór to wspólnota, a więc jej członkowie są ze sobą mocno związani. Wystarczy przyjrzeć się pierwszym zborom nowotestamentowym, aby mieć poprawny obraz tego, na czym ma polegać społeczność chrześcijan.

  • Byli razem, wszystko mieli wspólne, interesowali się wzajemnymi potrzebami i zaspokajali je, codziennie brali udział w publicznych zgromadzeniach a także spotykali się po domach (Dz 2,44-47),
  • ożywiał ich jeden duch i te same uczucia, nie było między nimi nikogo, kto by cierpiał niedostatek (Dz 4,32-35),
  • wspólnie wysyłali i przyjmowali posłańców z określoną misją (Dz 15,3-4),
  • mieli obowiązek rozsądzania swoich wewnętrznych spraw (1Ko 5,12-13),
  • w obrębie zboru posiadali swoje autorytety (1Ko 6,4),
  • jako zbór otrzymywali zarządzenia apostolskie (1Ko 7,17; 16,1),
  • mieli  określone zwyczaje (1Ko 11,16),
  • zgromadzali się (1Ko 11,18),
  • przesyłali sobie nawzajem zborowe pozdrowienia (1Ko 16,19),
  • udzielali innym zborom pomocy pieniężnej  (2Ko 11,8).
Takie i inne działania wymagają zażyłego, bliskiego i oddanego współdziałania grupy ludzi. Takiej relacji międzyludzkiej nie osiąga się tylko przez to, że przebywa się (choćby nawet regularnie) w jednym pomieszczeniu. Coś takiego na stałe jest możliwe tylko w ramach zboru, bowiem zbór - to zorganizowana społeczność ludzi, którzy z racji wiary w Chrystusa Pana są otwarci na innych, zainteresowani sobą nawzajem, gotowi i zdolni do wspólnych przedsięwzięć pod przewodnictwem starszych zboru.

Zbór jest adresatem Słowa Bożego i środowiskiem działania Ducha Świętego 
Większość ksiąg Nowego Testamentu jest zaadresowana do konkretnych zborów względnie do ich przywódców. Zmartwychwstały Pan Jezus Chrystus kieruje w Księdze Objawienia listy do siedmiu zborów (Obj 1,4.11). Duch Święty udzielał swoich darów w środowisku zborowym (1Ko 14) i przemawiał do zborów. Biblia wzywa: „Kto ma uszy niechaj słucha co Duch mówi do zborów” (Obj 2,7.11.17.29; 3,6.13.22). Przy końcu Biblii znajdujemy następujące stwierdzenie: „Ja, Jezus, wysłałem anioła mego, by poświadczał wam to w zborach. Jam jest korzeń i ród Dawidowy, gwiazda jasna poranna” (Dz 22,16).

Zbór składał się z konkretnych członków i określonej ich liczby
Już w dzień Pięćdziesiątnicy było jasne z ilu osób składa się pierwszy zbór chrześcijański (Dz 2,41). Odnotowywano liczebny rozwój zboru (Dz 2,47; 4,4; 6,7; 16,5). Było wiadomo kto należał do grona członków zboru, skoro można było prześladować i tępić zbór (Dz 8,1-3), oraz targnąć się na nich  i ich gnębić (Dz 12,1). Jak wynika z powyższych fragmentów Słowa Bożego, dotyczyło to konkretnych mężczyzn i niewiast, a nie ogólnej, bezimiennej grupy. Musiało być wiadomo, kto jest w zborze, a kto jest poza zborem (Dz 5,11-14; 1Ko 5,1-2; Kol 4,5; 1Ts 4,12; 3Jn 10).

Zbory były zorganizowane w określony sposób
Apostołowie rozsyłali do zborów zarządzenia odnośnie prawidłowej nauki (Dz 15,22-32), sposobu zbierania pieniędzy (1Ko 16,1), używania darów Ducha Świętego (1Ko 14,1-25), porządku podczas nabożeństwa (1Ko 14,26-40) a także dawali wskazówki personalne (Flm). Wyznaczali w zborach starszych (Dz 14,23) porządkowali życie zborów (Tt 1,5), pouczali przywódców zborów w różnych praktycznych sprawach (1Tm 5), spotykali się ze starszymi zboru (Dz 20,17-38) i z całym zborem (Dz 14,27). Zbory miały swoich starszych (Dz 11,30), nauczycieli i proroków (Dz 13,1), diakonów i diakonise (Rz 16,1; Flp 1,1) a nawet gospodarzy (Rz 16,23). To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby zbory były skupiskiem nieokreślonych bliżej, za każdym razem trochę innych osób. Tylko grono stałych członków zboru, stanowiących trzon jego działalności, pozwalało na takie uporządkowanie i zorganizowanie pracy Pańskiej.

Czy potrzebujemy formalnej przynależności do zboru?
Wczesne chrześcijaństwo z pewnością miało swoje praktyczne formy ustalania członkostwa w zborach, tak jak i dzisiejszy Kościół ze względów praktycznych nie może obyć się bez podstawowych rozwiązań formalnych w tym względzie, jednak nie formalne członkostwo jest podstawową kwestią w omawianej sprawie. Potrzebujemy rzeczywistej, a nie formalnej, przynależności do zboru. Nic nam po takich wierzących, którzy dopełnili formalności i to wszystko. Zbór to ludzie oddający siebie samych Bogu jako ożywionych z martwych, gotowych do wszelkiego dobrego dzieła, wrażliwych na potrzeby otoczenia, domyślnych i chętnych. I generalnie rzecz biorąc, tacy ludzie nie mają problemów ze sprawą formalnego członkostwa. Przychodzą do starszych zboru, zgłaszają chęć przyłączenia się do zboru i bez problemów włączają się w przyjęty w danym zborze porządek rzeczy. Są jednak i tacy (nie wiem czy nie ma ich coraz więcej?), którzy wprawdzie są widoczni w zborze ale dystansują się od formalnego członkostwa. Pozostają więc gośćmi zboru, a nie jego domownikami. I dopóki nie uporządkują tej sprawy, nie mogą być potraktowani we zborze jako swoi, jako gospodarze, opierając się tylko na tym, że długo już do zboru przychodzą. Podobnie zresztą jak dziewczyna nie może być uznana za żonę tylko dlatego, że już długo spotyka się ze swoim „ukochanym” chłopakiem, jeżeli nie chce zawrzeć z nim formalnego związku małżeńskiego.

Przywileje i obowiązki wynikające z przynależności do zboru
Niektórzy chrześcijanie nawet nie zdają sobie sprawy jak wiele tracą pozostając przez lata poza strukturą jakiegokolwiek zboru, albo chorobliwie broniąc w ten sposób swojej źle pojętej niezależności, albo bagatelizując tę sprawę i odkładając ją na potem. Wprawdzie każdy z nas z łatwością może wymienić szereg przywilejów i obowiązków członka zboru, ale pozwólcie, że wymienię przynajmniej niektóre z nich. 

Przywileje:
  • ochrona duchowa przed dowolnymi wpływami sił ciemności na nasze życie
  • prawo do opieki i posługi duchowej
  • pomoc w sytuacjach rzeczywistej potrzeby
  • prawo do dyscypliny duchowej
  • optymalne warunki do rozwoju osobistego w sferze intelektualnej, społecznej i emocjonalnej
  • przyjazny kontekst dla osobistych przeżyć z Bogiem
Obowiązki:
  • dbanie o dobre imię Zboru
  • udział w nabożeństwach zborowych
  • czynne uczestniczenie w życiu zborowym (zainteresowanie i angażowanie się w to, co Zbór organizuje)
  • współodpowiedzialność w zaspokajaniu materialnych potrzeb Zboru.
Ograniczę się do podkreślenia jednej tylko korzyści duchowej, a mianowicie bycia w obrębie Bożej owczarni, co daje wierzącemu stały dostęp do duchowego pokarmu i napoju oraz chroni go przed dowolnymi atakami diabła. W Psalmie 34,8 czytamy, że „Anioł Pański zakłada obóz wokół tych, którzy się go boją i ratuje ich”. Gdy apostoł Paweł pisze o wykluczeniu ze zboru, o usunięciu z grona zborowego zatwardziałego grzesznika poucza: „Oddajcie takiego szatanowi na zatracenia ciała, aby duch był zbawiony w dzień Pański” (1Ko 5,5). Pan Jezus w swoim nauczaniu porównywał grono swoich uczniów do tego co jest wewnątrz, a o wszystkich innych mówił, że są na zewnątrz. Ostrzegał, że synowie Królestwa mogą znaleźć się na zewnątrz (Mt 8,12) i że tym, którzy są na zewnątrz z wiadomego powodu naukę podaje się w podobieństwach (Mk 4,11). W Objawieniu czytamy, że błogosławieni, którzy mogli wejść przez bramy do miasta, bo na zewnątrz są psy i czarownicy, i wszetecznicy, i zabójcy, i bałwochwalcy, i wszyscy, którzy miłują kłamstwo i czynią je (22,14-15).

Z powyższych tekstów Słowa Bożego nasuwa się wniosek, że każdy chrześcijanin powinien dążyć do tego, by znaleźć się wewnątrz, jak najbliżej Pana, w społeczności Jego ludu. Tak jak przed nocą, zimnem, deszczem i różnym niebezpieczeństwem staramy się schronić wewnątrz mieszkania, tak chrześcijanin powinien zadbać o to, by duchowo schronić się przed duchowymi zagrożeniami ze strony świata. Jestem przekonanym, że związek z Chrystusem i pragnienie ukrycia się w Nim wyrażamy poprzez pozytywny stosunek do Jego zboru. Być w Chrystusie, to normalnie rzecz biorąc, należeć do zboru Pańskiego, nawet jeśli z powodu choroby, odległości itp. nasz udział w codziennym życiu zboru będzie bardzo ograniczony.

W świetle powyższego należy się spodziewać, że po przeżyciu duchowego odrodzenia i przyjęciu chrztu wiary każdy chrześcijanin zgłosi chęć przyłączenia się do lokalnego zboru Kościoła, aby zostać otoczonym stosowną troską duszpasterską i aby mieć prawidłowe warunki do duchowego rozwoju oraz życia na chwałę Bogu.