08 czerwca, 2011

Wdzięczność za most codziennego użytku

Kto mieszka na wyspie, ten zna wartość mostu łączącego ją ze stałym lądem. Mój dom w Gdańsku jest właśnie posadowiony na wyspie. Z miastem łączy ją do niedawna jedyny most na Martwej Wiśle w Gdańsku, a mianowicie Most Siennicki.

 Most ten stanowi dla mnie podstawową możliwość kontaktu ze światem. Codziennie korzystam z niego kilkakrotnie i zazwyczaj nie myślę o tym, jak wielkie ma on dla mnie znaczenie.

 Dziś jednak rocznica otwarcia "mojego" mostu. 8 czerwca 1912 roku, w miejsce odwiecznej przeprawy promowej przez Martwą Wisłę, oddano do użytku wspaniały – jak na tamte czasy – most zwodzony, pozwalający na swobodną komunikację w obydwu kierunkach. Mało tego, w 1927 roku po Moście Siennickim poprowadzono linię tramwajową do plaży na Stogach.

 Oczywiście, w czasie II Wojny Światowej most został poważnie uszkodzony. Jednak już w 1947 roku znowu był do użytku, teraz już jako most stały, bez zwodzonych przęseł. Dla mnie Most Siennicki nabrał znaczenia w 1974 roku, kiedy to codziennie zacząłem po nim jeździć do szkoły.

 Gdy dziś jechałem do pracy, na Moście Siennickim naszła mnie refleksja, jakże często nie doceniamy tego, z czego korzystamy całymi latami, a bez czego nasze życie byłoby jednak bardzo utrudnione. Można by powiedzieć: Ot, zwykły most, nic szczególnego. A jednak niezwykle potrzebny! Dało się to wyraźnie odczuć, gdy swego czasu most zamknięto na czas remontu.

 Bóg obdarzył mnie wieloma dobrodziejstwami codziennego użytku. Niektóre z nich zostały poprzedzone moimi staraniami i pracą. Jednakże większość z nich otrzymałem zupełnie gratis. Nie napracowałem się przy nich, a jednak na co dzień mogę z nich korzystać. Tak między innymi jest z Mostem Siennickim. Sto lat temu ktoś pomyślał, żeby go zbudować, a ja mogę dziś po nim jeździć.

 Kiedyś Bóg, osadzając synów Izraela w Ziemi Obiecanej, powiedział: Dałem wam ziemię, nad którą się nie mozoliliście, miasta, których nie budowaliście, a jednak w nich zamieszkaliście, jecie zaś z winnic i drzew oliwnych, których nie sadziliście. Oddajcie tedy Panu zbożną cześć i służcie mu szczerze i wiernie [Joz 24,13–14].

 W świetle tej myśli biblijnej nie pozostaje mi dziś nic innego, jak tylko podziękować: Ojcze, dziękuję Ci za Most Siennicki. I służyć Bogu szczerze i wiernie.

07 czerwca, 2011

Lady Gaga contra Jezus?

Dzisiejsze media donoszą, że dzięki zaangażowaniu ambasadora USA we Włoszech na rzymską Europride, czyli planowaną na najbliższą sobotę paradę środowisk LGBT, przybędzie królowa światowego popu – Lady Gaga. Wystąpi ona na bezpłatnym koncercie pod gołym niebem i wygłosi przemówienie na temat praw mniejszości seksualnych.

 Wysoki urzędnik administracji rządowej USA, ambasador David Thorne, postarał się więc o to, by ludzie spod znaku tęczowej flagi we Włoszech otrzymali silną dawkę zachęty i poczuli się naprawdę dumni z tego, kim są. Taki niewątpliwie będzie bowiem wydźwięk udziału Lady Gagi w najbliższej paradzie gejów, lesbijek, biseksualistów i transseksualistów, zwłaszcza że tego dnia na rzymskim Circus Maximus zaśpiewa ona tytułowy utwór z jej najnowszego albumu „Born this way”, który jest hymnem na cześć odmienności.

 Słowa tego hymnu można uznać za swego rodzaju synonim nowego paradygmatu zdobywającego umysły młodych ludzi na całym świecie. Jego istotą jest całkowita akceptacja samego siebie, takim jakim się jest.  Królowa popu - jak śpiewa - w dzieciństwie od własnej matki usłyszała, że nie ma nic złego w kochaniu tego kim jest: On stworzył Cię idealną, kochanie, więc trzymaj swoją głowę, a zajdziesz wysoko. Nie chowaj się w żalu, tylko kochaj siebie i swoje położenie.

Dlatego też w refrenie Lady Gaga wyśpiewuje: Jestem piękna na swój sposób, ponieważ Bóg nie popełnia błędów. Jestem na dobrej drodze, kochanie. Taka się urodziłam! Ooo... tutaj nie ma innej drogi, kochanie. Taka się urodziłam!

Nieważne czy jesteś rozbity, czy zawsze królujesz. Jesteś czarny, biały, beżowy czy Latynos. Jesteś Libańczykiem, czy jesteś orientalny... Raduj się i kochaj siebie dzisiaj, ponieważ, kochanie, taki się urodziłeś!

Ażeby wszystko było już całkiem jasne, pod koniec piosenki dodaje: Nieważne czy gejem, heterykiem lub bi. Nieważne czy lesbijskie, transwestyczne życie. Jestem na dobrej drodze, kochanie. Urodziłam się, by przetrwać! Ooo, tutaj nie ma innej drogi, kochanie. Taka się urodziłam. Jestem na dobrej drodze, kochanie. Taka się urodziłam. Kochanie, taka się urodziłam, hey!

Jakże tego rodzaju "przesłanie" może się nie spodobać? Przecież dzięki niemu życie zamienia się w jedną wielką i beztroską imprezę. Komuż chce się pracować nad sobą, doskonalić charakter, stawiać wymagania i narzucać sobie dyscyplinę? Może i miałoby to jeszcze jakiś sens, gdyby uznać, że moje życie wymaga korekty, ale skoro On stworzył mnie idealnie, wobec tego nie ma nic złego w kochaniu tego, kim się jest...

 W takim kierunku podąża cały świat. Czytałem ostatnio, że nawet w stosunkowo konserwatywnym społeczeństwie amerykańskim następują zdumiewająco szybkie zmiany w ocenie cudzołóstwa, rozwodów, homoseksualizmu itd. Już teraz większość Amerykanów - nawet jeśli jeszcze tego nie popiera - to z badań wynika, że na pewno nie ma nic przeciwko temu.

 Jak wobec tego w dzisiejszych uszach brzmią słowa Jezusa: Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie [Łk 9,23]?

Kto zainspirowany i rozochocony hymnem "Born this way" zechce trzymać się apostolskiego sposobu na dobre życie: Bo kto chce być zadowolony z życia i oglądać dni dobre, ten niech powstrzyma język swój od złego, a wargi swoje od mowy zdradliwej. Niech się odwróci od złego, a czyni dobre, niech szuka pokoju i dąży do niego [1Pt 3,10–11]?

Lady Gaga w swoim przeboju ogłasza pełne zadowolenie z tego, jakimi się urodziliśmy i jacy jesteśmy. Nic nie trzeba zmieniać. Jezus natomiast powiedział: Musicie się na nowo narodzić [Jn 3,7], a więc wg Niego nasze naturalne narodziny są obciążone błędem grzechu i potrzebujemy radykalnych zmian w naszym życiu.

 Jakie są szanse, że biblijne wezwanie do opamiętania z grzechów znajdzie w tych czasach jeszcze jakiś poważniejszy posłuch, skoro nawet w środowiskach chrześcijańskich duch wspomnianego hymnu ma coraz więcej zwolenników? Kto trzeźwo ocenia rzeczywistość, ten wie, że jest to tendencja nie do odwrócenia.

 Czy należy walczyć z tym sposobem myślenia? Czy starczy nam sił, by stawiać mu czoła? Czy nie prościej byłoby się dopasować i żyć zgodnie z duchem czasu, jak to już wielu zrobiło..?

06 czerwca, 2011

D–Day chrześcijanina

Dziś rocznica lądowania aliantów w Normandii, największej operacji desantowej w historii wojen. Chodziło o przerzucenie drogą powietrzną 24 tysięcy spadochroniarzy i 160 tysięcy żołnierzy drogą morską w celu utworzenia w północnej Francji drugiego frontu walki z Trzecią Rzeszą i ostatecznego wyzwolenia Europy spod jej okupacji.

 Inwazji dokonali głównie Amerykanie, Brytyjczycy i Kanadyjczycy. Desant został poprzedzony silnym bombardowaniem plaż Normandii przy wsparciu brytyjskiej i amerykańskiej floty, ostrzeliwującej niemieckie umocnienia na brzegu.

 Operacja została przeprowadzona we wtorek 6 czerwca 1944 roku pod dowództwem gen. Eisenhowera. Dzień rozpoczęcia operacji otrzymał wymowną nazwę D-Day, co w nomenklaturze aliantów oznaczało nienazwany dzień, w którym rozpoczyna się lub ma się rozpocząć dana operacja.

 Spróbujmy sobie wyobrazić całą tę sytuację z punktu widzenia zwyczajnego Normandczyka, od dłuższego czasu żyjącego pod hitlerowską okupacją. Jeszcze 5 czerwca otaczało go wielu nieprzyjaciół w niemieckich mundurach. Gdy jednak rankiem 6 czerwca wyszedł z domu, wszędzie mógł widzieć setki, tysiące przyjaznych aliantów! W jedną noc miejsce zniewolenia przerodziło się w przestrzeń wolności, bo dosłownie z nieba spadła tam cała chmara wybawicieli.

 Przypomina mi się biblijna historia z życia proroka Elizeusza, gdy jego sługa Gehazi, przerażony ogromem otaczających ich nieprzyjaciół usłyszał: Nie bój się, bo więcej jest tych, którzy są z nami, niż tych, którzy są z nimi. Elizeusz modlił się tymi słowy: Panie, otwórz jego oczy, aby przejrzał. I otworzył Pan oczy sługi, i przejrzał, a oto góra pełna była koni i wozów ognistych wokół Elizeusza [2Kr 6,16–17]. Jeszcze godzinę wcześniej Gehazi widział jedynie groźnych nieprzyjaciół. Gdy Bóg otworzył jego oczy, mógł się uspokoić, bo nagle zobaczył mnóstwo wojsk anielskich. To był ich D–Day! Bóg nie zostawił Elizeusza na pastwę losu.

 Każdy chrześcijanin doświadcza w swoim życiu czegoś podobnego. Bywa, że przez jakiś czas jest w niebezpieczeństwie, nękany przez nieprzyjaciela. Lecz każdemu z nas Bóg przychodzi z pomocą! Miejsce wcześniejszej porażki i niewoli staje się nagle frontem zwycięskiej walki i przepędzenia nieprzyjaciela na cztery wiatry!

 Wy z Boga jesteście, dzieci, i wy ich zwyciężyliście, gdyż Ten, który jest w was, większy jest, aniżeli ten, który jest na świecie [1Jn 4,4]. Bóg myśli o nas. Ma w swoich planach dla każdego stosowny – choć wciąż ukryty – plan ratunkowy. Choćbyśmy przez lata samotnie cierpieli przykrości ze strony licznych wrogów, któregoś dnia przyjdzie wybawienie i zaroi się wokół nas od przyjaciół.

 Lądowanie aliantów w Normandii stanowi dobrą ilustrację spełnienia się nadziei chrześcijanina na Boży ratunek. Pomimo tego, że wszystko nie wiem jak się pali i jak wali wokoło nas, albo że panuje złowroga cisza, możemy spokojnie i ufnie czekać na swój D–Day! Bóg nie ujawnia nam wcześniej jego szczegółów ale na pewno któregoś dnia przyjdzie i rozprawi się z naszym nieprzyjacielem.

05 czerwca, 2011

Oni też pełnią wolę Bożą!

W ponad stu krajach na świecie obchodzony jest dzisiaj Światowy Dzień Środowiska (ang. World Environment Day - WED). Obchody przypadają w rocznicę inauguracji Konferencji Narodów Zjednoczonych na temat Środowiska Człowieka w Sztokholmie w 1972 roku, która powołała do życia Program Narodów Zjednoczonych ds. Ochrony Środowiska (UNEP).

 Konferencja w Sztokholmie zgromadziła tysiące osób zaniepokojonych negatywnymi zmianami zachodzącymi w środowisku. Dyskutowano o zgodności rozwoju cywilizacji z rozwojem ekologicznym otaczającego świata. Programem Środowiskowym Organizacji Narodów Zjednoczonych objęto pięć kluczowym spraw: zdrowie a środowisko, ekosystemy lądowe, środowisko a rozwój, oceany oraz klęski naturalne.

 W celu corocznego przypomnienia głównych haseł konferencji Zgromadzenie Ogólne NZ  ogłosiło dzień 5 czerwca Światowym Dniem Środowiska (rezolucja nr 2994 z 15 grudnia 1972 roku). Ma to służyć pogłębianiu na całym świecie świadomości na temat potrzeby ochrony i poprawy stanu środowiska naturalnego.

 Odpowiedzialność człowieka za środowisko naturalne, jak najbardziej znajduje swoje uzasadnienie w świetle Biblii i z niej jednoznacznie wynika.

 Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi. I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich. I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną; panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad wszelkimi zwierzętami, które się poruszają po ziemi! [1Mo 1,26–28].

 Jednym słowem, uczestnicy sztokholmskiej konferencji - czy byli tego świadomi, czy nie - przejawiając troskę o mądre i odpowiedzialne funkcjonowanie  w środowisku naturalnym, wykazali posłuszeństwo Słowu Bożemu i zadziałali zgodnie z wolą Bożą.

Nie inaczej jest dzisiaj z tysiącami osób realizujących Program Środowiskowy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Niezależnie od tego, czy wierzą w Boga, czy nie – chcący, czy niechcący - ale działają zgodnie z oryginalnym zamysłem Stwórcy Wszechświata.  A to ci, numer ;)

03 czerwca, 2011

Bądźmy mądrzy po tej szkodzie!

Dzień 3 czerwca – to jeden z najbardziej przykrych i tragicznych dni w historii narodu polskiego. Tego bowiem dnia w 1652 roku rozpoczął się mord na około ośmiu tysiącach polskich jeńców po bitwie pod Batohem.

 Wspomniana bitwa pomiędzy wojskami polskimi a wojskami kozacko–tatarskimi miała miejsce 1–2 czerwca 1652 roku na uroczysku Batoh w pobliżu wsi Czetwertynówka, na dzisiejszej Ukrainie. Zakończyła się klęską wojsk polskich.

 Nie tyle tragiczna okazała się jednak sama przegrana w bitwie, co jej następstwa. Otóż zaraz po bitwie, w ciągu dwóch kolejnych dni wymordowano tam większość polskich jeńców. Byli to w dużym procencie żołnierze pochodzący z bogatej szlachty, a także starzy, zaprawieni w bojach, doborowi rycerze. Z tego też względu Batoh czasem bywa nazywany "sarmackim Katyniem".

 Tak oto ówczesna armia polska utraciła większość doświadczonych dowódców i weteranów, co miało przykre konsekwencje na przyszłość, zwłaszcza w obliczu nadciągającego potopu szwedzkiego.

 Jak to się stało, że słynący z męstwa i wspaniałej sprawności bojowej polscy żołnierze okazali się tak łatwym łupem dla wrogów? Otóż tragiczny los tysięcy polskich żołnierzy, owszem, poprzedzony został błędnymi i sprzecznymi decyzjami dowódców polskiej armii, lecz przede wszystkim, panującym w jej szeregach buntem i wewnętrznymi kłótniami.

 Brak zaufania do głównodowodzącego hetmana Kalinowskiego, poważne zaległości w wypłatach żołnierskiego żołdu, otwarty bunt części chorągwi, działania dowódców niższego szczebla pod wpływem urażonych ambicji, a nawet bratobójcze walki wewnętrzne – to wszystko uczyniło polskie wojsko mało skutecznym i możliwym do pokonania. Kozacy i Tatarzy skwapliwie to wykorzystali.

Jakie to miało znaczenie, kto z polskich żołnierzy wcześniej miał rację, a kto jej nie miał, skoro wszystkich jednakowo, jednego po drugim,  3 czerwca zaczęto poddawać egezkucji?

 Wspominając dziś tragiczny i bardzo smutny finał bitwy pod Batohem, warto przyjąć do serca płynącą z niego przestrogę. Kto staje oko w oko z nieprzyjacielem, ten powinien zadbać o jedność we własnych szeregach. Brak zaufania, bunt, kłótnia, niesubordynacja - na tyle osłabiają każdą armię i każdą ludzką wspólnotę, że nie jest ona zdolna stawić czoła żadnemu wrogowi zewnętrznemu.

 Jezus powiedział: Każde królestwo, rozdwojone samo w sobie, pustoszeje, i żadne miasto czy dom, rozdwojony sam w sobie, nie ostoi się [Mt 12,25]. Kto z prawdziwych chrześcijan pojmuje, jaka jest nasza sytuacja na świecie i jaki bój w rzeczywistości tu toczymy, ten niech dołoży wszelkich starań, abyśmy trwali w duchowej jedności.

 A proszę was, bracia, w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa, abyście wszyscy byli jednomyślni i aby nie było między wami rozłamów, lecz abyście byli zespoleni jednością myśli i jednością zdania [1Ko 1,10]. Chodzi nie tylko o przyjemną atmosferę wewnętrzną, ale również o skuteczność w duchowej walce!

 Sarmackiego Katynia można było uniknąć. Zgubił nas tam brak zgody. Bądźmy świadomi, że historia lubi się powtarzać. Chrońmy własną rodzinę i wspólnotę kościelną. Zadbajmy o to, by były one silne i w każdej chwili zdolne do boju. A przeciwników jest wielu [1Ko 16,9].

01 czerwca, 2011

Czyżby czas żniwa?

Siedemdziesiąt lat temu, 1 czerwca 1941 roku w Bagdadzie, dzisiejszej stolicy Iraku, doszło do straszliwej zbrodni przeciwko Żydom, zwanej "zapomnianym pogromem Holokaustu". Ów pogrom, z arabska zwany Farhud, urządzono w żydowskie Święto Tygodni (Shavuot), w czasie destabilizacji kraju po upadku pronazistowskiego rządu Rashid Ali al-Gaylani'ego.

 Pozbawieni legalnej władzy naziści, wykorzystując panujące w Bagdadzie tymczasowe bezkrólewie, zaatakowali istniejącą w tym mieście od 2600 lat społeczność żydowską. Zanim nadciągnęły oddziały armii brytyjskiej i transjordańskiej w celu przywrócenia w mieście porządku, 175 Żydów zostało zabitych (masowy ich grób na zdjęciu) a około 1000 okaleczonych. Zniszczono 900 żydowskich domów i odebrano im siłą wiele ich posiadłości.

 Bagdadzki Farhud można nazwać początkiem końca społeczności żydowskiej w Iraku. W jego następstwie ponad sto dwadzieścia tysięcy Żydów wyemigrowało z Iraku, głównie do Izraela, co stanowiło niemal całą ich populację w tym kraju.

 Przypomnienie irackiej zbrodni na Żydach daje wiele do myślenia w kontekście tego, co aktualnie dzieje się Bagdadzie. Dzisiejsza codzienna niepewność losu wychodzących na ulicę Irakijczyków jest jakby reminiscencją przeżyć bagdadzkich Żydów sprzed siedemdziesięciu lat.

Pismo przestrzega przed antysemityzmem. Nie wkraczaj do bramy mojego ludu w dniu jego klęski; nie paś i ty oczu widokiem jego nieszczęścia w dniu jego klęski! I nie wyciągaj ręki po jego mienie w dniu jego klęski! Nie stój na rozstaju dróg, aby zabijać jego uchodźców! I nie wydawaj jego zbiegów w dniu niedoli!Gdyż bliski jest dzień Pana na wszystkie narody. Jak postępowałeś, tak postąpią z tobą. Odpłata za twoje postępki spadnie na twoją głowę [Ab 1,13-15].

 W świetle Biblii zawsze było wiadomo, że nie można bez konsekwencji podnosić ręki na naród wybrany przez Boga. Jak wynika z proroctwa Zachariasza, jednym z następstw antyżydowskich wystąpień danego narodu są jego późniejsze podziały i niepokoje wewnętrzne. Gdyż tak mówi Pan Zastępów, którego chwała mnie posłała, o narodach, które was złupiły, że kto was dotyka, dotyka źrenicy mojego oka. Oto ja podniosę rękę przeciwko nim i staną się łupem własnych niewolników, i poznacie, że posłał mnie Pan Zastępów [Za 2,12–13].

 Nie inaczej jest ze stosunkiem do duchowego Izraela, czyli prawdziwego Kościoła Jezusa Chrystusa. Gdyż sprawiedliwa to rzecz u Boga odpłacić uciskiem tym, którzy was uciskają, a wam, uciskanym, dać odpocznienie wespół z nami, gdy się objawi Pan Jezus z nieba ze zwiastunami mocy swojej, w ogniu płomienistym, wymierzając karę tym, którzy nie znają Boga, oraz tym, którzy nie są posłuszni ewangelii Pana naszego Jezusa [2Ts 1,6-8]. Kto atakuje i krzywdzi uczniów Jezusa, powinien się liczyć z tym, że któregoś dnia i dla niego nastanie czas żniwa.

Wiem, że ta moja refleksja wielu ludziom się nie spodoba. Biblia jednak wyraźnie stwierdza: Nie błądźcie, Bóg się nie da z siebie naśmiewać; albowiem co człowiek sieje, to i żąć będzie [Ga 6,7].