30 września, 2026

Lewe (po)ziomki przy domu modlitwy

Wzdłuż domu modlitwy Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE od strony ogrodu rosną dziwne rośliny. Pojawiły się ubiegłego lata i rosną intensywnie, wypuszczając wciąż nowe pędy. Mają piękne, czerwone owoce, łudząco przypominające poziomki. Początkowo nawet myślałem, że to naprawdę są poziomki. Gdy jednak wziąłem je do ust, od razu stało mi się jasne, że poza wyglądem, do naszych poziomek jest im bardzo daleko. Cóż więc to za rośliny? Otóż są to poziomki indyjskie. Cechą ich owocników jest to, że rosną w górę, a nie zwisają jak poziomki rodzime. Nade wszystko zaś charakteryzują się tym, że chociaż nie są trujące ani toksyczne, to są całkowicie pozbawione smaku i zapachu.

Jak te "poziomki" zasiały się w przykościelnym ogrodzie? Tego nie wiem, ale od razu przyszła mi do głowy myśl, że podobnie ma się rzecz z ludźmi. Prawdziwi chrześcijanie wydają woń Chrystusową. To Bóg sprawił, że jesteśmy dla Niego zapachem Chrystusa — zarówno wśród tych, którzy dostępują zbawienia, jak i tych, którzy giną. Dla jednych jest to woń śmierci zapowiadająca śmierć, dla drugich zapach życia — obwieszczający życie (2Ko 2,15-16). Ich życie, dzięki wierze w Jezusa Chrystusa, nabrało też odpowiedniego smaku. Wy jesteście solą ziemi (Mt 5,13) - powiedział Jezus. Mowa wasza niech będzie zawsze uprzejma, zaprawiona solą, abyście wiedzieli, jak macie odpowiadać każdemu (Kol 4,6). 

W ogrodach lokalnej wspólnoty Kościoła nie wiadomo jak potrafią się zasiać też ludzie, którzy wyglądem przypominają chrześcijan, a nimi nie są. Podobnie jak poziomki indyjskie ładnie wyglądają, lecz nie mają smaku ani zapachu prawdziwych poziomek, tak też owi "chrześcijanie" odgrywają tylko rolę ludzi wierzących. Wprawdzie nie stanowią dla społeczności śmiertelnego zagrożenia, ale też niczego dobrego do niej nie wnoszą. Przy bliższym kontakcie szybko staje się jasne, że wcale nie pachną Chrystusem, a ich życie jest duchowo jałowe i bez smaku. W pierwszym kontakcie traktujemy ich jak braci i siostry w Chrystusie, ale wkrótce przekonujemy się, że są jedynie imitacją prawdziwego chrześcijaństwa.

Czy powinienem wytępić poziomki indyjskie i usunąć je z przykościelnego ogrodu? Nie zrobię tego. Niech rosną tuż przy oknie sali nabożeństw i będą naoczną lekcją, że nie po zewnętrznym wyglądzie i przybranej pozie rozpoznaje się prawdziwego chrześcijanina. A może będzie z nimi podobnie jak z "lewymi" chrześcijanami? Nie wiadomo z czyjego nadania w zborze się pojawiają i nie wiadomo kiedy i z jakiego powodu znikają...

09 września, 2026

Dwulicowość ma się dobrze

Wczoraj zrobiło się głośno, że liderka skrajnie prawicowej partii, która w tę niedzielę wygrała wybory samorządowe w jednym z niemieckich landów, żyje w związku homoseksualnym. Szok. Publicznie walczy o rodzinę w jej tradycyjnym kształcie, podczas gdy prywatnie sama jest lesbijką i żyje w związku z inną kobietą. To jakaś zadziwiająca niekonsekwencja i obłuda! Zdumieni i wzburzeni są nawet ludzie o bardzo liberalnych poglądach. Nie zmienia to faktu, że owa partia wraz z jej liderką są na fali i mają się całkiem dobrze.

O ile wśród ludzi żyjących bez Boga na świecie dwulicowość nie jest rzadkością, to w kręgach chrześcijańskich w ogóle nie powinna mieć racji bytu. Chrystus Pan zdecydowanie ją piętnuje. Ślepi przewodnicy! Przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda. Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Dbacie o czystość zewnętrznych części kielicha i misy, nie o to, że środek pełny grabieży i gwałtu. Ślepy faryzeuszu! Czyszczenie kielicha zaczynaj od wnętrza, a wtedy to, co na zewnątrz, też zalśni czystością. Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Przypominacie groby pokryte białą farbą. Na zewnątrz są piękne, a wewnątrz — kości zmarłych i wszelka zgnilizna. Wy też w oczach ludzi uchodzicie za sprawiedliwych, ale w waszych wnętrzach pełno obłudy i bezprawia (Mt 23,24-28).

Chrześcijanie, a zwłaszcza ich przywódcy i duszpasterze, mają dbać o to, by ich codzienne życie było spójne z tym, co wyznają i głoszą. A jednak - niestety - bywa inaczej. Zachowanie w prywatnym życiu wielu chrześcijan drastycznie rozmija się z nakazaną nam przez Pana miłością. O pomstę do nieba wołają takie sytuacje, że mąż jest miły dla żony w otoczeniu innych osób, a gdy zostają sam na sam, przeradza się w jej gnębiciela. Jest nie do pomyślenia w środowiskach ewangelikalnych, by kaznodzieja wzywał innych do przestrzegania biblijnych norm moralności, a sam skrycie je łamał. Jeśli masz przekonanie, że jesteś przewodnikiem niewidzących, światłem pogrążonych w mroku, wychowawcą niemądrych, nauczycielem ludzi nieświadomych rzeczy, człowiekiem znajdującym w Prawie wyraz poznania i prawdy — jeśli więc ty pouczasz drugiego, dlaczego sam nie czerpiesz z tej wiedzy? Dlaczego głosisz, by nie kraść, a kradniesz? Mówisz, by nie cudzołożyć, a cudzołożysz? Brzydzisz się bożkami, a bezcześcisz świątynię? Szczycisz się Prawem, a przez przekraczanie Prawa znieważasz Boga? Gdyż to z waszego powodu — jak czytamy — imię Boga obraża się wśród pogan (Rz 2,19-24).

Tak. Rozdźwięk między publicznie wyznawanymi wartościami a praktycznym postępowaniem, wywołuje zgorszenie i przynosi ujmę imieniu Bożemu. Prawdziwi chrześcijanie nie prowadzą podwójnego życia. Wyrzekliśmy się tego, co ludzie wstydliwie ukrywają, i nie postępujemy przebiegle ani nie fałszujemy Słowa Bożego, ale przez składanie dowodu prawdy polecamy siebie samych sumieniu wszystkich ludzi przed Bogiem (2Ko 4,2). W kręgach naśladowców Jezusa Chrystusa nie akceptujemy żadnego udawania i fałszu. Pamięć o tym, co stało się z Ananiaszem i Safirą (Dz 5), wciąż pobudza nas do życia w bojaźni Bożej. Wiedząc zatem, co to znaczy bać się Pana, przekonujemy ludzi, a wobec Boga wszystko w nas jest jawne. Spodziewam się, że podobnie jawne jest w waszych sumieniach. Nie polecamy się wam ponownie, ale dajemy wam powód do chluby z naszego powodu, abyście mogli odeprzeć zarzuty tych, którzy szczycą się pozorami, a nie tym, co jest w sercu (2Ko 5,11-12).

 Kto sam jest obłudny, ten nie ma moralnego prawa do napominania innych ludzi. Sami w czymś uchybiając, wolimy przemilczać też cudze błędy. Chyba dlatego dwulicowość ma się tak dobrze. W środowisku Kościoła tak być nie może! Każdy chrześcijanin ma nie tylko zadbać o zgodność teorii z praktyką we własnym życiu, ale być też zdolnym do napominania tych, którzy w prywatnym życiu grzeszą, a publicznie udają wierzących. Dlatego - byśmy mieli do tego moralne prawo - nauka apostolska świeci nam przykładem i wzywa nas do osobistej szczerości, żebyście mieli co mówić przeciwko tym, którzy się chlubią z powierzchownych rzeczy, a nie z serca (Biblia Gdańska 2Ko 5,12).

05 września, 2026

Straż poranna przed Panem

Kilka lat temu ktoś pochwalił się w Internecie tym, że zadał sztucznej inteligencji pytanie, co by zrobiła, gdyby była diabłem i chciała zniewolić ludzi bez użycia przemocy? Jeden z punktów jej "diabelskiej" odpowiedzi dotyczył rozpraszania uwagi i brzmiał następująco: "Zależałoby mi na tym, aby ludzie nigdy nie mieli czasu na głębsze refleksje czy rozwój duchowy. Wypełniłbym ich życie rozrywkami, technologią, mediami społecznościowymi, natłokiem informacji, a nawet sztucznie wzbudzanymi lękami i problemami. W ten sposób trudno byłoby im spojrzeć na życie w sposób bardziej świadomy". Jakkolwiek to się dzieje, czy rzeczywiście z inspiracji diabelskiej, czy jedynie z ludzkiego braku rozsądku i uważności, wciąż powielamy ten wspomniany w Biblii błąd marnowania czasu. Bo sami Ateńczycy, podobnie jak mieszkający tam cudzoziemcy, niczemu innemu nie poświęcali tyle czasu, co opowiadaniu lub słuchaniu najświeższych nowin (Dz 17,21).  

Dzisiaj rano przeczytałem w Biblii natchnione słowa proroka Izajasza: Każdego ranka budzi moje ucho, abym słuchał jak ci, którzy się uczą. Wszechmogący Pan otworzył moje ucho, a ja się nie sprzeciwiłem ani się nie cofnąłem (Iz 50,4-5). Od razu odżyła we mnie myśl o znaczeniu porannej, osobistej społeczności z Bogiem. Wpajał nam to w Szkole Biblijnej w Warszawie nasz nauczyciel, śp. Mieczysław Kwiecień. Każdego dnia rano; zanim zaczniemy rozmawiać, sięgniemy po telefon, spotkamy się z ludźmi, pójdziemy do sklepu, wyjdziemy do pracy, włączymy radio itd., - chociaż kilkanaście minut spędźmy z Bogiem czytając Biblię z modlitwą. Czytając fragment Pisma Świętego zadawajmy sobie pytania pomocnicze typu: Co Pan Jezus przez te słowa mówi dzisiaj do nas? Jakiej wskazówki nam udziela? Na co zwraca nam uwagę? Do czego przez ten fragment nas wzywa? Za co nas pochwala, a za co gani? O co powinniśmy dzisiaj zadbać? Itp. 

W Szkole Biblijnej ten osobisty czas z Bogiem nazywaliśmy "Strażą poranną przed Panem". Chodzi o to, by zaczynając dzień, zanim pójdziemy do pracy czy szkoły, zanim podejmiemy się jakichkolwiek czynności, najpierw stanąć przed Bogiem na poranną odprawę. Skoro tak robi się nawet w zwykłej firmie, że pracownicy przed rozpoczęciem pracy, choćby na chwilę, spotykają się ze swoim kierownikiem i otrzymują instrukcję dotyczące najbliższych zadań, to tym bardziej jest wskazane, by - podejmujący się rankiem swoich codziennych obowiązków - chrześcijanin potrafił zatrzymać się i zapytać, co Duch Święty podpowiada mu na najbliższe godziny. Może byłoby warto prowadzić też sobie osobiste zapiski z tej odprawy, by co jakiś czas je przejrzeć i wyciągnąć szersze wnioski...

Żyjemy w czasach ogromnego natłoku napływających do nas z każdej strony najróżniejszych informacji. Nie jesteśmy w stanie tego zjawiska zatrzymać, ani go uniknąć. Możemy wszakże należycie stawić mu czoła ukierunkowując swoje myśli, słowa i czyny poprzez poranną odprawę przed Panem. Zwracajcie zatem uwagę na własne postępowanie. Nie zachowujcie się jak niemądrzy. Żyjcie raczej jak ludzie mądrzy, którzy nie marnują najdrobniejszej chwili, szczególnie że przyszło nam żyć w trudnych czasach. Dlatego koniec z brakiem rozsądku. Starajcie się pojąć, co jest wolą Pana (Ef 5,15-17).

01 września, 2026

Zdolni innych nauczać

uczeń MB we wrześniu 1966 roku
Dzisiaj mija dokładnie 60 lat od czasu, gdy zacząłem moją szkolną przygodę. Począwszy od tego pamiętnego dnia, stosownie ubrany, z tornistrem na plecach, sześć razy w tygodniu pokonywałem piechotą dystans trzech kilometrów, by znaleźć się w miejscu podstawowej edukacji. Wreszcie mogłem przez kilka godzin każdego dnia skupić się na zdobywaniu wiedzy. Moim wielkim atutem w tamtym czasie była nasza nauczycielka, pani Gałęzowa - dojrzała, mądra kobieta z życzliwym, aczkolwiek wymagającym, podejściem do każdego z jej uczniów. Kluczowe, pierwsze lata nauki pod jej okiem miały zbawienny wpływ na moje podejście do wszelkich, późniejszych wyzwań życiowych. Myślę, że - obok mojej Mamy - miała spory udział w procesie wpajania mi pracowitości, uczciwości, odpowiedzialności i staranności, które okazały się niezastąpione również w - praktykowaniu pobożności.

Tajemnicą sukcesu szkoły są jej nauczyciele. A Kościoła? Starszy zatem ma być nienaganny. Powinien być mężem jednej żony, człowiekiem trzeźwo myślącym, umiarkowanym, przyzwoitym, gościnnym, zdolnym do nauczania, wolnym od nałogów, nie wybuchowym, lecz łagodnym, niekłótliwym, nie nastawionym na pieniądz, dobrze kierującym własnym domem, dzieci trzymającym w posłuszeństwie, z wszelką godnością. Bo skoro ktoś nie potrafi kierować własnym domem, jak może troszczyć się o kościół Boży? (1Tm 3,2-5). Lokalne zbory Kościoła pilnie potrzebują takich nauczycieli. Skąd ich wziąć? To, co usłyszałeś ode mnie wobec wielu świadków, przekaż ludziom godnym zaufania, którzy będą zdolni nauczać również innych (2Tm 2,2). Zatem, nie każdemu Bóg powierza rolę duszpasterską i nauczycielską w Kościele. Biblia wskazuje na kilkustopniowy proces przygotowywania i powoływania do posługi Słowem i to pod okiem doświadczonych sług Bożych.

Sporym problemem naszych czasów jest zjawisko samopowoływania. Jak grzyby po deszczu, na lewo i na prawo, zwłaszcza w większych miastach, wyrastają samozwańczy pastorzy, nauczyciele i prorocy. Nikt ich nie zweryfikował pod względem etycznym i moralnym. Nikt nie zrobił im egzaminu z teologii. Sami, bez żadnego duchowego zwierzchnictwa, zaczynają nauczać nie pytając nikogo o zdanie. Przecież nawet apostoł Paweł miał potrzebę skonsultowania się z innymi sługami Bożymi aby jego posługa nie okazała się daremna (Ga 2,2). Prawdziwy Kościół nie jest miejscem działania na własną rękę. Niech oni najpierw odbędą próbę, a potem, jeśli się okaże, że są nienaganni, niech przystąpią do pełnienia służby (1Tm 3,10). Niestety, Internet nie żąda przedstawienia listów uwierzytelniających, nie pyta o poglądy, nie sprawdza charakteru i nie zagląda do życiorysu. Wystarczy założyć konto na Facebooku lub YouTube, zatytułować się po swojemu – i już! Bądźmy ostrożni. Biblia uczy, że On ustanowił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, a innych pasterzami i nauczycielami, aby przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego (Ef 4,11-12).

Pani Gałęzowa z jej uczniami
Sześćdziesiąt lat temu stając się uczniem, sam nie wybierałem sobie nauczyciela, od którego będę czerpać wiedzę. Przesądziła o tym moja lokalizacja i dyrektor miejscowej szkoły. Tak też jest z „pierwszakami” w sensie duchowym. Są formowani przez ludzi ze środowiska, w którym narodzili się na nowo. Dopiero potem mogą decydować, kto będzie ich nauczycielem. Chrystus Pan przestrzegł, aby robić to bardzo rozważnie. Wy nazywacie mnie Nauczycielem i Panem, i słusznie mówicie, bo jestem nim (Jn 13,13). To wybór podstawowy i najsłuszniejszy! Jednakowoż, w naszej wolności doboru możemy popełnić błąd i wybrać sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce (2Tm 4,3). Tak wielu chrześcijan już zrobiło. Mają swoją internetową listę ulubionych mówców. Nie potrzebują już słuchać miejscowego pastora, zwłaszcza, że jest mniej błyskotliwy. Tamci, z Internetu, powoli przejmują jego nauczycielską rolę. A kto może na odległość, w świecie wirtualnej iluzji, być pewnym, że są to nauczyciele wiarygodni i tym samym zdolni innych nauczać?

Wszyscy twierdzą, że występują w imieniu Jezusa. Większość bez zmrużenia oka przypisuje Duchowi Świętemu autorstwo ich osobistych fantazji i poglądów. Całkiem spore grono internetowych nauczycieli uprawia domorosłą interpretację Pisma Świętego, natchnionym tekstom nadając znaczenie, które pasuje do ich prywatnych przekonań i celów. Owszem, przemawiają pięknie i porywająco, ale czy to przesądza o tym, że mają prawo nauczać w Kościele?

31 sierpnia, 2026

Jubileusz 80-lecia Zboru w Hniszowie

Modlitwa dziękczynna za 80 lat Zboru w Hniszowie
Tutejsza wspólnota ludzi ewangelicznie wierzących miała swoje początki zaraz po przejściu przez te tereny frontu kończącego Drugą Wojnę Światową. Powstanie Zboru w Hniszowie datujemy wszakże na rok 1946, bowiem w dwóch pierwszych latach po wojnie były to spontaniczne spotkania w różnych okolicznych miejscowościach i dopiero wtedy, w ich wyniku, zgromadzający się bracia i siostry zdecydowali, że będą tworzyć konkretny Zbór.

Te pierwsze zgromadzenia zawdzięczamy współpracy śp. Józefa Wołoszczuka sen. i śp. Władysława Rudkowskiego. Pochodzący z Hniszowa Józef, po kilkuletnim pobycie na Wołyniu, jako świeżo nawrócony i napełniony Duchem Świętym piętnastoletni młodzieniec powrócił z matką i bratem w 1944 roku do rodzinnej wioski. Wprawdzie musiał na co dzień ciężko pracować na roli, ale bardzo pragnął też głosić ewangelię w swoich stronach. Wspomógł go w tym mieszkający wówczas w Woli Uhruskiej prezbiter Władysław Rudkowski, który – niestety – po kilku latach na stałe wyprowadził się z Woli. Po jego wyjeździe cała odpowiedzialność za dalsze losy powstającej wspólnoty spadła na brata Józefa Wołoszczuka sen., wybranego i ordynowanego do tej roli w 1961 roku przez prezbiterów, Edwarda Czajko z Warszawy i wspomnianego Władysława Rudkowskiego.

Urzędowa rejestracja hniszowskiego zboru miała miejsce siedem lat później. Nastąpiło to 3 marca 1968 roku. Od tego czasu tutejsza społeczność formalnie dołączyła do grona zborów dzisiejszego Kościoła Zielonoświątkowego. Na przełożonego zboru wybrano prezbitera Józefa Wołoszczuka sen., który tę funkcję sprawował przez kolejne trzydzieści lat, aż do roku 1998.

Senior Wołoszczuk zasługuje na szczególnie dobre słowa w naszych dzisiejszych wspomnieniach. Razem z jego żoną Katarzyną od pierwszych spotkań w połowie lat czterdziestych otworzyli na ten cel swoje prywatne mieszkanie w Hniszowie. Przez dekady wiernie ponosili trud organizacyjny tutejszych nabożeństw i gościli ich uczestników. Na takie domowe nabożeństwo w ich nieistniejącym już starym domu z werandą obrośniętą dzikim winem, na początku lat siedemdziesiątych ub. wieku trafiłem z moją mamą i rodzeństwem. Nigdy nie zapomnę po raz pierwszy tu usłyszanej pieśni: „Czyś słyszał, że Kościół jest żywy, gdzie Chrystus kapłanem jest sam?” Zawsze też będę miał w pamięci żywiołową modlitwę tutejszych chrześcijan, po której dla naszej rodziny stało się jasne, że to jest miejsce, gdzie ludzie naprawdę spotykają się i rozmawiają z Bogiem.

Rodzina i dom Wołoszczuków natychmiast stał się dla mnie drugim domem, a moi rówieśnicy, wówczas Józek i Rysiek, stali się moimi najbliższymi przyjaciółmi, zwłaszcza że z powodu duchowego odrodzenia i przyłączenia się do zielonoświątkowców, zostaliśmy odrzuceni przez naszych krewnych i sąsiadów. Gdy tylko mogłem, przyjeżdżałem do Hniszowa i spędzałem z chłopakami jak najwięcej czasu. Dodatkowym magnesem przyciągającym mnie tutaj w młodzieńczych latach był motocykl pastora Józefa. Bywało, że z Józkiem robiliśmy sobie przejażdżkę tą „wueską” poza wiedzą jego taty. Myślę, że właśnie tutaj złapałem bakcyla motocyklizmu, którego nie potrafię i nie chcę pozbywać się do dzisiaj.

4 lipca 1971 roku w Uherce, niewielkiej rzeczce płynącej do Bugu przez pola Podrudzia, moja mama Halina i najstarsza siostra, Irena wraz z trzema innymi osobami, zostały ochrzczone w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Tym samym, także moja rodzina formalnie stała się częścią hniszowskiego zboru. O ile dobrze pamiętam, w tamtych latach nabożeństwa Zboru odbywały się tutaj w Hniszowie, w Rudzie u Jana i Marii Wołoszczuków, w Woli Uhruskiej w mieszkaniu Antoniego i Marii Milewskich, a kilka razy również w naszym domu w Piaskach.

W październiku 1974 roku, w ślad za mamą i rodzeństwem, również i ja wyjechałem do Gdańska. Mój codzienny kontakt ze zborem hniszowskim został tym samym przerwany, lecz duchowa więź trwa do dzisiaj. Najpierw, przez całe lata z Józefem Wołoszczukiem juniorem prowadziliśmy regularną korespondencję listowną, potem razem uczyliśmy się w Szkole Biblijnej w Warszawie, a gdy już stałem się sługą Słowa Bożego i zacząłem troszkę z posługą Słowa podróżować po kraju, wykorzystywałem każdą okazję, aby choć na chwilę zajrzeć do Hniszowa.

Dzięki temu wciąż jestem z tutejszym zborem w serdecznych relacjach. Niemałą w tym zasługę ma fakt, że od 1998 roku służbę duszpasterską pełni tu pastor Ryszard, młodszy syn seniora Wołoszczuka. Wprawdzie nie mogłem być z nim w dniu 1 września 2002 roku – gdy miała miejsce jego ordynacja i formalne objęcie przez niego funkcji pastora. Ale już dwa lata później razem z siostrą Alą i bratem Ryszardem modliliśmy się o ich małego Szymona i nasze kontakty znowu się zacieśniły. W międzyczasie przeszli do wieczności rodzice pastora oraz kilka innych, znanych mi z dzieciństwa osób, a Zbór hniszowski wciąż istnieje i w tym zakątku naszego kraju wydaje dobre świadectwo żywej wiary w Jezusa Chrystusa. Dodajmy, że zbór hniszowski, jako najstarszy w tej okolicy, ma swój udział w powstaniu zboru w Chełmie oraz punktu misyjnego we Włodawie.

Jestem pod wrażeniem stabilności w wierze braci i sióstr tworzących tutejszy Zbór. Osiemdziesiąt lat nieprzerwanej działalności w czasach tak dużych zmian społeczno-kulturowych, zachodzących w naszym kraju – to wielka rzecz! Chylę dziś przed Wami czoła i dziękuję Bogu za Was! Jestem też wdzięczny Bogu za nowe pokolenie, które już ma udział w duchowej sztafecie o dar życia wiecznego, a wkrótce całkowicie przejmie z naszych rąk sztandar ewangelii i będzie go wysoko trzymać, tutaj - między Chełmem a Włodawą.

Pewien misjonarz głoszący ewangelię w jednym z islamskich krajów powiedział kiedyś, że owoce jego posługi nigdy nie będą wielkie, ponieważ większość nowo nawróconych chrześcijan albo czym prędzej wyjeżdża, albo zostają zamordowani przez fanatycznych muzułmanów.

Podobnie, choć nie tak drastycznie, przedstawiają się losy zboru działającego na wsi. Zarówno w odniesieniu do naturalnie rodzących się nam dzieci, jak i do osób rodzących się na nowo w sensie duchowym, trzeba się z tym liczyć, że któregoś dnia – podobnie jak w tych dniach bociany – wyfruną z naszego gniazda i polecą gdzieś do szkoły, do pracy, do nowego miejsca zamieszkania lub służby - uszczuplając liczebność wspólnoty.

Chcę Wam dzisiaj – w imieniu Pana Jezusa Chrystusa, jako Głowy Kościoła – wskazać, jak wielkie znaczenie ma Wasza wierność w małym. Będzie wtedy podobnie jak z człowiekiem, który wybierał się w podróż. Przywołał swoich służących i przekazał im mienie. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, a trzeciemu jeden — każdemu według jego możliwości. Potem wyjechał. Sługa, który wziął pięć talentów, zaraz poszedł, zaczął nimi obracać i zyskał dalsze pięć. Podobnie sługa, który wziął dwa, zyskał dalsze dwa. Ten natomiast, który wziął jeden talent, odszedł, wykopał w ziemi schowek i ukrył pieniądze swojego pana. 

Po dłuższym czasie pan wraca i wzywa służących do rozliczeń. Ten, który otrzymał pięć talentów, przyniósł dalsze pięć i oznajmił: Panie! Powierzyłeś mi pięć talentów. Proszę — zyskałem dalsze pięć. Pan na to: Wspaniale, dobry i wierny sługo! Okazałeś się wierny w paru sprawach, teraz postawię cię nad wieloma. Wejdź, wesel się razem ze mną. Następnie przyszedł ten, który otrzymał dwa talenty. Panie — powiedział — powierzyłeś mi dwa talenty. Zobacz, zyskałem dalsze dwa. Pan odpowiedział: Wspaniale, dobry i wierny sługo, okazałeś się wierny w paru sprawach, postawię cię teraz nad wieloma. Wejdź, wesel się razem ze mną! (Mt 25, 14-23).

Wierność w małym zostanie doceniona i wspaniale uhonorowana! Dobrze sługo, przeto iż w małym byłeś wierny, obejmij władzę nad dziesięciu miastami! (Łk 19,17). Apeluję więc:

  • Nadal mówicie o Panu Jezusie wszędzie, gdzie tylko się da!
  • Pilnie bierzcie udział w zgromadzeniach Zboru, jakbyście... np. imiennie byli zaproszeni na kameralne spotkanie z Prezydentem.
  • Śpiewajcie Panu i sobie nawzajem ku zbudowaniu, jakbyście... np. nagrywali pieśń własnego autorstwa do konkursu o nagrodę Fryderyka.
  • Bracia, przygotowujcie się i zawsze głoście Słowo Boże, jakbyście... np. mieli wygłosić kazanie życia przed wielotysięcznym zgromadzeniem.
  • Dbajcie o codzienne świadectwo życia, jakbyście... np. przez siedem dni w tygodniu całą dobę non-stop byli na wizji, podglądani jak żubry w Puszczy Białowieskiej.

Na okoliczność Jubileuszu 80-Lecia Zboru, mam propozycję podziękowania Bogu za poprzedników w wierze:

  • za śp. pastora Józefa i Katarzynę Wołoszczuków oraz ich dzieci; Lucynę, Elę, Józefa i Ryszarda, którzy przez wiele lat tworzyli dobrą atmosferę tego Zboru,
  • za śp. Władysława Rudkowskiego i jego rodzinę,
  • za śp. Jana i Marię Wołoszczuków oraz ich córki, Lilę i Danutę,
  • za braci śp. Piotra Wawrzyka, Franciszka Kudzio,
  • za takie osoby jak Maria Milewska, które z nieustającą pasją dzieliły się ewangelią.

Z okazji tak doniosłej Rocznicy Zboru podziękujmy też dzisiaj Bogu za wszystkie osoby aktualnie tworzące hniszowski Zbór. Za pastora Ryszarda, siostrę Alinę oraz za każdą osobę która współdziała i pracuje (1Ko 16,16) na rzecz głoszenia ewangelii oraz dobrego świadectwa i pomyślności tutejszego Zboru Pańskiego! Zechciejmy też pomodlić się o ich dalsze losy, aby z pomocą Ducha Świętego, oczekując powtórnego przyjścia Jezusa Chrystusa, pięknie pisali teraz historię kolejnej, dziewiątej już dekady Zboru.

13 sierpnia, 2026

Zbawienne burze

Wychowywani w duchu wszędobylskiego humanizmu, a także wzywani przez Słowo Boże, abyśmy byli jedni dla drugich uprzejmi, serdeczni (Ef 4,32), unikamy wszystkiego, co mogłoby źle wpłynąć na samopoczucie innych osób, a zwłaszcza braci i sióstr w Chrystusie. Staramy się nikogo nie urazić. Okazujemy zrozumienie i wystrzegamy się osądzania. Akceptujemy ludzi, takimi, jacy są. Rezygnujemy z napominania, a jeśli już, to staramy się nadać mu charakter pozytywnej zachęty. Dzięki temu nasze kontakty zdają się być wolne od napięć i rozmaitych przykrości. Przez wszystkich jesteśmy mile widziani, bo też i nikomu nie załazimy za skórę.

Czy jednak postawa powszechnej tolerancji jest zgodna z duchem ewangelii? Czy w świetle Biblii przemilczanie złych postaw i czynów dla tzw. miłej zgody, można uznać za słuszne? Czy Jezus Chrystus i Jego apostołowie unikali konfrontacji z osobami popełniającymi grzech? Czy przymykali oko na zło? Nie. Z całą pewnością tacy nie byli! Owszem, byli łagodni, życzliwi i współczujący, bo są to postawy właściwe i godne naśladowców Chrystusa. Niemniej jednak, gdy zauważali jakąś nieprawidłowość, zdecydowanie reagowali i to nawet czasem bardzo ostro. I nie miejcie nic wspólnego z bezowocnymi uczynkami ciemności, ale je raczej karćcie, bo to nawet wstyd mówić, co się potajemnie wśród nich dzieje. Wszystko to zaś dzięki światłu wychodzi na jaw jako potępienia godne (Ef 5,11-13). Głoś Słowo, bądź w pogotowiu w każdy czas, dogodny czy niedogodny, karć, grom, napominaj z wszelką cierpliwością i pouczaniem (2Tm 4,2).

Biblia mówi, że sam Bóg nie szczędził swemu ludowi burzliwych przeżyć. Głód, susza, szkody w uprawach, choroba, śmierć bliskich, utrata majątku, kataklizmy (Am 4) – to przykłady zastosowanych przez Boga środków wychowawczych. Wszystko po to, by skruszyć ich oporne serca i doprowadzić do opamiętania. Nie inaczej było w okresie Wczesnego Kościoła. Celem wielu przykrych i zasmucających napomnień apostolskich było doprowadzenie ówczesnych chrześcijan do nawrócenia, a co za tym idzie, do naprawienia społeczności z Bogiem i ludźmi. Aby zyskać prawdziwy pokój z Bogiem, trzeba wcześniej przeżyć niejedną burzę. Bo nawet jeśli zasmuciłem was listem, nie żałuję. A jeśli żałowałem — widzę bowiem, że tamten list przynajmniej na chwilę was zasmucił — to teraz się cieszę. Nie dlatego, że zostaliście zasmuceni, ale dlatego, że zostaliście zasmuceni dla opamiętania. Znaczy to, że zostaliście zasmuceni po Bożemu, tak że niczego z naszego powodu nie straciliście. Gdyż smutek pochodzący od Boga wywołuje opamiętanie, którego się nie żałuje. Ono prowadzi do zbawienia. Natomiast smutek wzbudzany przez świat, prowadzi do śmierci. Zauważcie, co wynikło z tego Bożego smutku. Jaka obudziła się w was tęsknota, jakie oburzenie na zło, jaka chęć wymierzenia kary! We wszystkim — jeśli chodzi o tę sprawę — okazaliście się czyści (2Ko 7,8-11).

Zatem, prawdziwi chrześcijanie ani sami nie unikają przykrych chwil prawdy o sobie, ani też nie starają się za wszelką cenę oszczędzać ich innym osobom. Burzliwe momenty w życiu chrześcijanina mogą się dla niego okazać wielkim dobrodziejstwem. Zbawienie jest warte przeżycia każdej burzy. Cieszcie się nim, mimo że teraz — gdy trzeba — bywacie po trosze zasmucani różnorodnymi próbami. Spotykają was one po to, aby wasza szczera wiara, cenniejsza niż zniszczalne przecież złoto ogniem uszlachetniane, mogła tym bardziej wywyższyć, zaznaczyć chwałę i uwypuklić cześć Jezusa Chrystusa, kiedy się objawi (1Pt 1,6-7).

10 sierpnia, 2026

Pokaż, że czekasz!

Gdy dowiadujemy się o przyjeździe ważnej dla nas osoby, zaczynamy się do tych odwiedzin przygotowywać. W tym czasie raczej nie wybieramy się na wycieczkę ani nie rozpoczynamy remontu domu. Skupiamy się na higienie osobistej, posprzątaniu mieszkania, wykoszeniu trawy i przyrządzeniu czegoś smacznego na stół. Wiarygodna informacja, że wkrótce będziemy mieli upragnionego gościa, potrafi wiele zmienić w naszym planie dnia.

A jak jest z naszym wyczekiwaniem na powtórne przyjście Syna Bożego na ziemię? Biblia mówi, że Chrystus jeden raz ofiarował się, aby wziąć na siebie grzechy wielu. Ukaże się po raz drugi już nie w związku z grzechem, ale dla zbawienia tych, którzy pilnie Go wyczekują (Hbr 9,28). Chrześcijanin – to naśladowca Chrystusa, którzy wyczekuje Jego powtórnego przyjścia. W wyznaniu wiary Kościoła Zielonoświątkowego, w 3. pkt dot. Syna Bożego, zaświadczamy, że wierzymy „w Jego wniebowstąpienie i powtórne przyjście w chwale”. Pierwsi chrześcijanie, zgodnie z anielską zapowiedzią: Ten Jezus, który został zabrany od was w górę, do nieba, przyjdzie w taki sam sposób, w jaki widzieliście, że odszedł (Dz 1,11), spodziewali się powrotu Pana w każdej chwili.

Niestety, obecnie nie wszyscy chrześcijanie jednakowo wierzą w powtórne przyjście Jezusa Chrystusa na ziemię. Przede wszystkim wiedzcie, że w dniach ostatecznych pojawią się szydercy, zainteresowani zaspokajaniem własnych zachcianek. Będą oni drwić: No i co z obietnicą Jego przyjścia?! Jakoś, odkąd zasnęli ojcowie, wszystko trwa tak, jak od początku stworzenia (2Pt 3,3-4). Dane z badań przeprowadzonych w USA mówią, że wprawdzie wciąż 63% katolików wierzy w powrót Chrystusa „któregoś dnia”, ale już tylko 27% uznaje, że żyjemy w czasach ostatecznych i liczy się z tym, że przyjście Syna Bożego może nastąpić w każdej chwili. Lepiej pod tym względem jest wśród ewangelicznych chrześcijan. Globalnie rzecz biorąc, póki co 80-90% osób w naszych środowiskach wierzy w powtórne przyjście Jezusa Chrystusa lecz tu i ówdzie można usłyszeć, że tej zapowiedzi Pana nie należy brać dosłownie.

Cokolwiek mówią ludzie, Pismo Święte niezmiennie wzywa do niezachwianej postawy wyczekiwania Chrystusa i do gotowości na tę chwilę. Jeśli chodzi o przyjście naszego Pana, Jezusa Chrystusa, i nasze spotkanie z Nim, to prosimy was, bracia: Nie dajcie wprowadzić się w błąd. Nie bójcie się ani żadnego ducha, ani słowa, ani listu, rzekomo przez nas napisanego, że niby już nastał dzień Pana. Niech was nikt w żaden sposób nie zwiedzie (2Ts 2,1-3). Nieprawidłowo ukształtowane poglądy na temat powtórnego przyjścia Chrystusa mogą skutkować brakiem należytego przejęcia się tą sprawą. Stąd ważne uściślenie: Pan ukaże się po raz drugi już nie w związku z grzechem, ale dla zbawienia tych, którzy pilnie Go wyczekują. W natchnionym tekście zostało tu użyte greckie słowo apekdechomai, co znaczy - oczekiwać żarliwie. W interlinearnym przekładzie Nowego Testamentu czytamy, że Pan da się zobaczyć tym Go wyczekującym ku zbawieniu.

Nie ma więc mowy o beznamiętnym czekaniu, jak się np. czeka na zawiadomienie o wysokości podatku od nieruchomości na kolejny rok. Określenie „wyczekiwanie ku zbawieniu” bardziej można zilustrować emocjami dziecka uwięzionego w zepsutej windzie albo nadzieją zakładników terrorysty, czekających na akcję komandosów. Poniekąd całe Boże stworzenie wygląda wybawienia, a nie tylko ono. Podobnie my sami, którzy już mamy pierwszy owoc — Ducha, wzdychamy w sobie, oczekując usynowienia, odkupienia naszego ciała. Z taką właśnie nadzieją zostaliśmy zbawieni (Rz 8,23-24). Pewność zbawienia nierozerwalnie jest powiązana z wiarą w pochwycenie Kościoła.

Jak więc w codziennym życiu objawia się to, że czekamy na powtórne przyjście Syna Bożego na ziemię? Po pierwsze, tym, że pragniemy być tam, gdzie jest Pan. W domu mojego Ojca jest wiele mieszkań. Gdyby było inaczej, powiedziałbym wam, bo przecież idę przygotować wam miejsce. A gdy pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (Jn 14,2-3). Syn Boży dobrze wie, jak ta Jego obietnica wpływa na nasze codzienne życie. Żyjemy więc ufnością, choć wolelibyśmy raczej opuścić ciało i zamieszkać u Pana. Lecz zanim się to stanie, stawiamy sobie za cel, aby niezależnie od tego, czy zostajemy tu, czy też stąd odchodzimy, Jemu się podobać (2Ko 5,8-9).

Po drugie, nasze oczekiwanie na powrót Pana wyrażamy trwaniem w procesie uświęcenia. Drodzy, teraz jesteśmy dziećmi Boga, a kim będziemy, to się jeszcze okaże. Choć już wiemy, że gdy się okaże, będziemy podobni do Niego, gdyż zobaczymy Go takim, jaki jest. I każdy, kto łączy z Nim taką nadzieję, oczyszcza się, podobnie jak On jest czysty (1Jn 3,2-3). Gdy pojawi się Chrystus, który jest waszym życiem, wtedy i wy wraz z Nim pojawicie się w chwale. Zadajcie zatem śmierć temu, co w członkach ziemskie. Mam na myśli rozwiązłość, nieczystość, zmysłowość, złe pragnienia i zachłanność równoznaczną z bałwochwalstwem (Kol 3,4-5). Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do uświęcenia, bez którego nikt nie zobaczy Pana (Hbr 12,14).

O naszym czekaniu na przyjście Jezusa Chrystusa na ziemię świadczy również to, że z dumą przyznajemy się do wiary w Niego i do naszego osobistego związku ze Zbawicielem. Zależy nam na tym, aby całe nasze otoczenie wiedziało, z kim utrzymujemy stały kontakt. Kto wstydzi się Mnie i moich słów przed tym cudzołożnym i grzesznym pokoleniem, tego i Syn Człowieczy będzie się wstydził, gdy przyjdzie w chwale swego Ojca wraz ze świętymi aniołami (Mk 8,38). Zapewniam was też: Do każdego, kto Mnie wyzna wobec ludzi, Syn Człowieczy przyzna się wobec aniołów Bożych (Łk 12,8). Chcemy owego dnia, gdy Pan powróci, dostąpić wielkiego zaszczytu? Mnie na tym zależy, dlatego zgodnie z przekładem Biblii Gdańskiej, jako Gdańszczanin mówię, że nie wstydzę się za Ewangieliję Chrystusową, ponieważ jest mocą Bożą ku zbawieniu każdemu wierzącemu (Rz 1,16).

Po czwarte, prawdziwe wyczekiwanie na powrót Chrystusa jest powiązane z pełnieniem dobrych uczynków. Gdyż Syn Człowieczy przyjdzie w chwale swojego Ojca, ze swoimi aniołami. Wtedy odpłaci każdemu według jego czynów (Mt 16,27). Związek wiary w Chrystusa z dobrymi uczynkami wyraźnie widać w nauce apostolskiej. Jesteśmy Jego dziełem. Zostaliśmy stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów. Bóg przygotował je już wcześniej, by były treścią naszego życia (Ef 2,10). Kto chce być przygotowany na powrót Syna Bożego, ten nie może bagatelizować znaczenia dobrych uczynków. Dlatego i my od dnia, gdy o tym usłyszeliśmy, nie przestajemy się za was modlić. Prosimy, aby Bóg napełnił was poznaniem swojej woli we wszelkiej duchowej mądrości i rozeznaniu, po to, byście postępowali w sposób godny Pana, mogli Mu się we wszystkim podobać, wydawali owoc w każdym dobrym czynie i wzrastali w poznaniu Boga (Kol 1,9-10). Powracający Pan mówi: Oto przychodzę wkrótce. Moja zapłata jest ze Mną. Oddam każdemu zgodnie z jego czynem (Obj 22,12).

W różny jeszcze inny sposób wyrażamy swoją postawę wyczekiwania na powtórne przyjście Jezusa. W tym rozważaniu ograniczę się jeszcze tylko do pielęgnowania w sobie stałej świadomości, że On powróci niespodziewanie. I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o godzinie, której się nie domyślacie (Łk 12,40). Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny, o której Syn Człowieczy przyjdzie (Mt 25,13). Wielka mądrość Boża kryje się w tym, że nie znamy dnia ani godziny powrotu Syna Bożego i pochwycenia Kościoła. Nie ma sensu tego dociekać. Jest natomiast wielka potrzeba, aby pokazać, że czekamy na Jego powrót. Czyńmy to w każdym czasie i w najróżniejszych okolicznościach. Pokażmy, że czekamy na powrót Jezusa Chrystusa układając plany życiowe, rozmawiając z ludźmi, a także modląc się codziennie do Boga. I uwaga! Proszę zauważyć, że nie jest to mój pomysł na życie. To... mówi Ten, który to poświadcza: Tak, przyjdę wkrótce. Amen! Przyjdź, Panie Jezu!(Obj 22,20).

Podobnie jak w sobie właściwy sposób przygotowujemy się na przybycie zapowiedzianych gości, tak też w codziennym życiu pokazujemy, że czekamy na powtórne przyjście Syna Bożego na ziemię. Jak to wyrażamy? Powtórzmy: Pragniemy być tam, gdzie jest PAN. Trwamy w procesie uświęcenia. Z dumą przyznajemy się do wiary w Pana Jezusa Chrystusa. Staramy się pełnić dobre uczynki. Spodziewamy się, że PAN powróci niespodziewanie. Do takich postaw pragnę w tym rozważaniu pobudzić wszystkich współwyznawców Chrystusa. Modlę się też, aby wasza miłość coraz bardziej wzbogacała się w poznanie i doświadczenie, byście rozpoznawali to, co słuszne, byli szczerzy i nienaganni w dniu przyjścia Chrystusa, pełni owocu sprawiedliwości dzięki Jezusowi Chrystusowi, dla chwały i uwielbienia Boga (Flp 1,9-11). Amen.

30 lipca, 2026

Czy zainteresowany weźmie udział?

Kto ma konto na Facebooku ten z łatwością może się domyśleć, co takim tytułem chcę zasygnalizować. Zazwyczaj wiele osób jest zainteresowana zapowiadanym wydarzeniem. Znacznie mniej natomiast bierze w nim udział. Jest pewna ewangeliczna opowieść, od której chciałbym zacząć. A gdy wybierał się w drogę, przybiegł ktoś, upadł przed Nim na kolana i pytał Go: Dobry Nauczycielu! Co mam czynić, aby odziedziczyć życie wieczne? Jezus odpowiedział: Dlaczego nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden — Bóg. Znasz przykazania: Masz nie zabijać, nie cudzołożyć, nie kraść, nie poświadczać nieprawdy, nie oszukiwać, szanować ojca i matkę. A on Mu odpowiedział: Nauczycielu, tego wszystkiego przestrzegałem od młodych lat. Wtedy Jezus przyjrzał mu się z miłością i powiedział: Jednego ci brak. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj Mnie. On jednak sposępniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości (Mk 10,17-22).

Niejeden człowiek jest zainteresowany zbawieniem swej duszy i życiem wiecznym. Przychodzi z tym do Jezusa. Zostaje ochrzczony i przyłącza się do lokalnej wspólnoty Kościoła. Formalnie staje się chrześcijaninem. Przy bliższym kontakcie z Jezusem, którego imię też brzmi: Słowo Boże (Obj 19,3), okazuje się jednak, że nie stać go na pełne podporządkowanie się Chrystusowi Panu. Połowiczność jego oddania się Bogu wcześniej czy później wychodzi na jaw, gdyż Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż jakikolwiek obosieczny miecz. Przenika ono aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne jest osądzić zamysły i zamiary serca. Nie ma też stworzenia zdolnego skryć się przed Jego obliczem. Przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami Tego, przed którym przyjdzie nam zdać sprawę (Hbr 4,13-14). Tak właśnie się stało w wyniku osobistego kontaktu majętnego dostojnika z Panem Jezusem. Nie potrafił odwiązać serca od posiadanych dóbr i pozycji.

Piszę te słowa przejęty głęboką obawą o zbawienie wielu dzisiejszych chrześcijan. Samo ich zainteresowanie zbawieniem nie oznacza, że na pewno wejdą do Królestwa Bożego. W dużym stopniu przyczyniają się do tego źli nauczyciele Słowa Bożego. Natchniona wypowiedź apostolska: Gdyż z łaski jesteście zbawieni, przez wiarę. Nie jest to waszym osiągnięciem, ale darem Boga. Nie stało się to dzięki uczynkom, aby się ktoś nie chlubił (Ef 2,8-9), często i gęsto służy dziś do wypaczania ewangelii Chrystusowej. Przywołując ją, mówi się ludziom, że ich uczynki są nieważne i wystarczy, aby zwrócili się do Jezusa, a od ręki zostaną zbawieni. Faktycznie zaś te słowa wcale nie odsuwają uczynków na dalszy plan. Już w następnym wersecie czytamy, że zostaliśmy stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów. Bóg przygotował je już wcześniej, by były treścią naszego życia (Ef 2,10). Syn Boży zapowiedział, że odda każdemu według uczynków jego (Mt 16,27; Rz 2,6; Obj 22,12). Wszyscy, bez wyjątku, musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy odebrał zapłatę za to, czego dokonał w ziemskim życiu — dobrego czy złego (2Ko 5,10).

Łatwiej by mi było dołączyć do grona piewców hiper łaski Bożej, usypiających ludziom sumienia i ogłaszających powszechne zbawienie niezależne od uczynków, ale tak nie mogę. Dlaczego? Bo Syn Boży powiedział, że nie każdy, kto się do Mnie zwraca: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios. Wejdzie tam tylko ten, kto pełni wolę mojego Ojca, który jest w niebie. W tym Dniu wielu mi powie: Panie, Panie, przecież prorokowaliśmy w Twoim imieniu, w Twoim imieniu wypędzaliśmy demony i w Twoim imieniu dokonaliśmy wielu cudów. Wówczas im oświadczę: Nigdy was nie poznałem. Odejdźcie ode Mnie wy wszyscy, którzy dopuszczacie się bezprawia (Mt 7,21-23). Tak! Dzięki ofierze złożonej przez Jezusa Chrystusa, Bóg – dla tych, co uwierzą w Syna Bożego - z łaski uchyla ciążący na całej ludzkości wyrok wiecznego potępienia i otwiera dostęp do zbawienia. W tym sensie jest ono darem łaski Bożej. Niezasłużenie obdarowani tym dostępem jesteśmy wszakże zobowiązani do opamiętania się i do całkowitej zmiany życia. Objawiła się bowiem łaska Boża, zbawienna dla wszystkich ludzi. Poucza nas ona, abyśmy wyrzekli się bezbożności oraz świeckich żądz i żyli w obecnym wieku rozsądnie, sprawiedliwie i pobożnie (Tt 2,11-12).

Wspomnianego na wstępie bogacza Chrystus Pan zaprosił do grona zbawionych, lecz ten – chociaż był zainteresowany darem życia wiecznego – uznał, że zbyt wiele od niego się żąda. Miłe spotkanie z Jezusem nie zmieniło jego serca. Poszedł swoją drogą. Nie inaczej bywa i dzisiaj. Wielu ludzi – owszem - chciałoby żyć wiecznie. Są zainteresowani Królestwem Bożym, lecz nie wezmą w nim udziału, bo - bez rzeczywistego narodzenia się na nowo - wezwania Słowa Bożego są dla nich zbyt wygórowane. Dawca życia sprawę postawił bardzo jasno: Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się wyrzeknie samego siebie, weźmie swój krzyż i naśladuje Mnie. Kto bowiem pragnie swoją duszę ocalić, utraci ją, a kto utraci swoją duszę ze względu na Mnie i dobrą nowinę, ocali ją (Mk 8,34-35). Gdyby Bóg obdarowywał życiem wiecznym i obsypywał nagrodami w niebie za samo tylko zainteresowanie się Jezusem Chrystusem, to ludzi zbawionych byłoby bardzo wielu. Ponieważ jednak ciasna jest brama oraz wąska droga, która prowadzi do życia (Mt 7,14) - niewielu jest tych, którzy ją znajdują. Wielu bowiem jest zaproszonych, lecz niewielu wybranych (Mt 22,14) - powiedział Pan.

Zwykliśmy na Facebooku okazywać zainteresowanie proponowanymi nam wydarzeniami. Łatwo jest nam kliknąć i komuś sprawić w ten sposób jakąś tam przyjemność. Przeważnie jest wszakże tak, że zainteresowanie nie jest równoznaczne z udziałem. Oby tak nie było z naszym wejściem do Królestwa Bożego.

19 lipca, 2026

Zmienić, lecz nie opuścić!

Po wpisie sprzed paru dni pt. "Nigdy nie bawiłem się w kościół" winienem zainteresowanym Czytelnikom mojego bloga kilka słów wyjaśnienia. Otóż dzieląc się przedwczoraj moimi obserwacjami nasilającej się krytyki wobec zorganizowanych, istniejących od lat wspólnot kościelnych, miałem na uwadze jej szkodliwość dla szczerych, prostolinijnie myślących chrześcijan, przynależących do zboru, w środowisku którego poznali Pana Jezusa. Wpisy pod hasłem: "Przestańcie bawić się w kościół" w oczach takich osób podważają słuszność ich dotychczasowego stosunku do zboru. Autorzy tych wpisów, zestawiając przykłady niedoskonałej działalności zboru z idyllicznymi obrazami idealnej wspólnoty i przeciwstawiając je sobie, mogą wzbudzać wśród członków niezadowolenie z istniejącego stanu rzeczy. Krótko mówiąc, nawet zadowolony ze swojego zboru i budujący się w nim chrześcijanin, natrafiając na takie treści, może zacząć rozpamiętywać poszczególne postawy i czyny braci i sióstr, zwłaszcza przywódców zboru, co wkrótce mu ich odbrązowi, a nawet wzbudzi w nim do nich niechęć.

Wiem, co piszę, bo sam czasem dawałem złapać się na ten haczyk. Wczytywałem się i wsłuchiwałem w twórczość ludzi krytykujących Kościół i jego zbory, dociekałem wielu zakulisowych szczegółów, a potem trudno mi przychodziło praktykowanie szczerej społeczności z takimi zborami i ich przywódcami. Biblia mówi, że wszyscy potykamy się w wielu sprawach (Jk 3,2). Skupianie się na potknięciach braci i sióstr może skończyć się naszym własnym upadkiem. Może też pobudzać w innych osobach myśl o odejściu od zboru, a nikt z nas nie chciałby przecież podpaść pod słowa instrukcji apostolskiej: Z kimś, kto wywołuje rozłamy, po pierwszym i drugim ostrzeżeniu przestań mieć cokolwiek do czynienia (Tt 3,10). Dobrze jest też pamiętać, że sianie niezgody między braćmi (Prz 6,19) jest wymienione wpośród rzeczy, których Pan nienawidzi.

Koronnym argumentem przemawiającym za odejściem od lokalnej wspólnoty Kościoła, którym często posługują się osoby ją opuszczające, jest krzywda, jakiej w swoim zborze te osoby doznały. Jako przyczynę zazwyczaj podają brak miłości i zrozumienia, nieudzielenie im spodziewanej pomocy, wygórowane oczekiwania, odsunięcie od służby, manipulację itd. Poczucie krzywdy urosło w nich do takich rozmiarów, że dłużej już nie chcą przynależeć do zboru. Oczywiste, że nikt w zborze nie ma prawa kogokolwiek krzywdzić. Biblia wyraźnie ostrzega, że jeśli ktoś wyrządza krzywdę, otrzyma odpłatę za krzywdę bez względu na osobę (Kol 3,25). Jednakowoż Słowo Boże, zauważając ten problem, nie daje skrzywdzonemu przyzwolenia do opuszczania zboru. W ogóle, już to przynosi wam ujmę, że się z sobą procesujecie. Czemu raczej krzywdy nie cierpicie? Czemu raczej szkody nie ponosicie? Tymczasem wy sami krzywdzicie i szkodę wyrządzacie, i to braciom (1Ko 6,7-8). Wolą Bożą jest raczej wzajemne odpuszczanie krzywd, aniżeli ich rozpamiętywanie i kierowanie się nimi. W cierpliwości zaznacza się roztropność człowieka, a chlubą jego jest, gdy zapomina o krzywdach (Prz 19,11). Przebaczenie w cudowny sposób naprawia związki międzyludzkie i niejeden zbór uchroniło przed rozłamem.

Chociaż więc doznanie jakiejś krzywdy w zborze automatycznie nie usprawiedliwia porzucenia społeczności, to jednak istnieją przyczyny, dla których zmiana przynależności zborowej może być jak najbardziej zasadna, a nawet wskazana. Z pewnością do takich przyczyn należy przyjęcie przez zbór fałszywej nauki, bądź porzucenie moralnych i etycznych norm ewangelii Chrystusowej. Gdy takie zjawisko ma charakter jednostkowy, a zbór wraz z jego przywódcami reaguje nań prawidłowo, wówczas następuje usunięcie zagrożenia. Zgodnie z nauką apostolską mamy nie przestawać z tym, który się mieni bratem, a jest wszetecznikiem lub chciwcem, lub bałwochwalcą, lub oszczercą, lub pijakiem, lub grabieżcą, żebyście z takim nawet nie jadali. Bo czy to moja rzecz sądzić tych, którzy są poza zborem? Czy to nie wasza rzecz sądzić raczej tych, którzy są w zborze? Tych tedy, którzy są poza nami, Bóg sądzić będzie. Usuńcie tego, który jest zły, spośród siebie (1Ko 5,11-13). Podobnie ma się rzecz z infekowaniem zboru zwodniczą nauką. Kto się za daleko zapędza i nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga. Kto trwa w niej, ten ma i Ojca, i Syna. Jeżeli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie (2Jn 1,9-10).

Gdy więc ktoś zaczyna głosić w zborze jakąś błędną naukę, nie powinniśmy opuszczać zboru, a starać się o wykazanie błędności jego nauczania i neutralizację tej aktywności. Prawdziwy problem pojawia się wówczas, gdy fałszywa doktryna zagości w sercach przywódców zboru i w większości jego członków. Wtedy - po kilku wezwaniach do opamiętania - jeżeli nie odnoszą one żadnego skutku, trzeba pomyśleć o zmianie przynależności zborowej. Podkreślam, o zmianie, a nie opuszczeniu wspólnoty wierzących i dalszym praktykowaniu pobożności w pojedynkę. Jest w Polsce wiele społeczności chrześcijan żyjących w bojaźni Bożej i trzymających się prawowiernej, zdrowej nauki. Trzeba tylko dobrze się rozejrzeć, poprosić Ducha Świętego o prowadzenie, a z pewnością każdy, kto znajdzie się w takiej potrzebie, nie będzie musiał całymi miesiącami pozostawać poza zborem Pańskim.

17 lipca, 2026

Nigdy nie bawiłem się w kościół

W chrześcijańskich kręgach internetowych zagościł ostatnio temat bawienia się w kościół. Ktoś jeden utworzył profil "Przestańcie bawić się w kościół", a ktoś inny, w podobnym duchu, odpowiedział profilem "Przestajemy bawić się w kościół". Czy zatem można z tego wywnioskować, że w polskich środowiskach ewangelikalnych mamy, a może - za sprawą ww. akcji internetowych - już tylko mieliśmy, całkiem pokaźne grono osób w kościół się bawiących?

Z grubsza rzecz biorąc pod hasłem "Przestańcie bawić się w kościół" kryje się negacja instytucji Kościoła. Zła jest zorganizowana działalność lokalnych zborów Kościoła. Podejrzana jest posługa ich pastorów i starszych. Niepotrzebne są budynki kościelne i odbywające się w nich nabożeństwa. Źle się dzieje, gdy w zgromadzeniu jeden naucza, a inni słuchają, albo, gdy uwielbienie Boga w pieśniach i modlitwach prowadzi jakaś służba muzyczna, bo prowadzić je ma Duch Święty. Chrześcijanie powinni zrezygnować z całej tej organizacji. Należy zakładać kościoły domowe. Trzeba zbierać się po domach, przy stole, gdzie każdy ma prawo wypowiedzi i może się czuć tak samo ważny, jak pozostali. Tak właśnie - zdaniem osób "przestających bawić się w kościół" - rzekomo wyglądało praktykowanie pobożności w czasach biblijnych. 

W świetle Biblii powyższe postulaty - chociaż towarzyszy im wiele słów dobrze brzmiących - mocno rozmijają się z prawdą. Spójrzmy prawdzie w oczy. Organizując życie duchowe i społeczne Izraela w Ziemi Obiecanej, Bóg wyznaczył miejsce do zbiorowego oddawania Mu chwały. Trzy razy w roku każdy mężczyzna zjawi się zatem przed obliczem PANA, swojego Boga, na miejscu, które On wybierze (5Mo 16,16). Ba, cały zbór synów Izraela miał wręcz zakaz tworzenia alternatywnych miejsc kultu. Gdy potem zabrakło świątyni, Żydzi zaczęli budować synagogi w celu zgromadzania się w nich lokalnej społeczności wyznawców. Sam Jezus miał zwyczaj, by z takiego miejsca zgromadzeń korzystać. Tak też przyszedł do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu, zgodnie ze swoim zwyczajem, wszedł do synagogi i zgłosił się do czytania (Łk 4,16). Klimat galilejski przez większość roku pozwalał zgromadzać się na świeżym powietrzu, więc Jezus często nauczał ludzi w plenerze. W Jerozolimie widzimy Go nauczającego w świątyni. Ja zawsze uczyłem w synagodze i w świątyni, gdzie się wszyscy Żydzi schodzą, a potajemnie nic nie mówiłem (Jn 18,20).

Z chwilą narodzin Kościoła wcale nie ustało zapotrzebowanie na miejsce wspólnych zgromadzeń. Uczniowie Jezusa po wniebowstąpieniu Pana udali się do sali na piętrze, w której zatrzymali się [...]. Ci wszyscy trwali jednomyślnie w modlitwie wraz z kobietami oraz Marią, matką Jezusa, i Jego braćmi. W tych dniach Piotr wystąpił wśród braci — a było tam zgromadzonych około stu dwudziestu osób... (Dz 1,13-15). A gdy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, byli wszyscy razem zgromadzeni w jednym miejscu (Dz 2,1). Oczywiste, że pierwsi chrześcijanie odwiedzali się wzajemnie i spotykali się w miejscach, gdzie mieszkali, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali pokarm z wielką radością i w prostocie serca. Zauważmy wszakże, że wcale nie mniejszą ich potrzebą było gromadzenie się wszystkich wierzących, skoro codziennie też jednomyślnie gromadzili się w świątyni (Dz 2,46).

Również w dalszych latach Wczesnego Kościoła wyraźnie widać, że poszczególne zbory wyznawców Chrystusa miały ustalone miejsca wspólnych zgromadzeń i były konkretnie zorganizowane. Kierowanie zborem musiało oznaczać coś znacznie większego, niż prowadzenie spotkania domowego, skoro czytamy, że jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży? (1Tm 3,5). To, że nauka apostolska robi różnicę pomiędzy zgromadzeniem całego zboru, a tym, co ma miejsce w domu, można zauważyć np. w pouczeniu dot. Wieczerzy Pańskiej. Wy tedy, gdy się schodzicie w zborze, nie spożywacie w sposób należyty Wieczerzy Pańskiej. [...] Czy nie macie domów, aby jeść i pić? (1Ko 11,20-22). Nie inaczej jest z pewną wskazówką dla kobiet. Albowiem Bóg nie jest Bogiem nieporządku, ale pokoju. Jak we wszystkich zborach świętych. Niech niewiasty na zgromadzeniach milczą [...]. A jeśli chcą się czegoś dowiedzieć niech pytają w domu swoich mężów; bo nie przystoi kobiecie w zborze mówić (1Ko 14,33-35).

Od ponad pięćdziesięciu lat czytam Pismo Święte i staram się okazywać posłuszeństwo Słowu Bożemu w społeczności Kościoła. Przez wszystkie te lata zawsze byłem członkiem któregoś z lokalnych jego zborów. Nawet jeśli stałem na czele któregoś, to żaden z nich oczywiście nie był doskonały. Nigdy wszakże nie bawiłem się w kościół. Wszędzie starałem się odnosić do zboru z najwyższym respektem i oddaniem, mając świadomość, że każdy zbór, jako własność Jezusa Chrystusa, jest pod Jego szczególnym nadzorem. Bywało, że zakładając zbór, najpierw spotykaliśmy się w domu, bo było nas zaledwie kilka osób. Nigdy jednak spotkania domowe nie były przez nas rozumiane jako lepsza, bardziej biblijna forma praktykowania pobożności, jak to chcą nam wmówić dzisiejsi krytycy zorganizowanych nabożeństw. Kto traktuje zbór jako ludzką organizację, źle o nim mówi i odnosi się do niego z pogardą, ten będzie musiał się z tego wytłumaczyć przed samym Panem jako Głową Kościoła. Komu ciąży zorganizowane życie zboru Pańskiego i jeśli się komuś wydaje, że może się upierać przy swoim, niech to robi, ale my takiego zwyczaju nie mamy ani też zbory Boże (1Ko 11,16).

Twórcy i zwolennicy apelu "Przestańcie bawić się w kościół" to ludzie, którzy z różnych powodów wybrali życie poza Kościołem i jego lokalnym zborem. Mają oczywiście swoje argumenty i postulaty. Żaden z nich nie jest w stanie nakłonić mnie do oddzielenia się od lokalnej wspólnoty Kościoła i praktykowania chrześcijaństwa na własną rękę.

06 lipca, 2026

Jak wyrażamy bojaźń Bożą?

Greckie słowo fobos znaczy - strach, trwoga, lęk, bojaźń, ale jest również tłumaczone jako szacunek i cześć dla Boga lub władzy ludzkiej. Zależnie od kontekstu fobeo jest albo przykrym przerażeniem, albo głębokim szacunkiem i poważaniem. Izajasz prorokował o Jezusie Chrystusie, że spocznie na nim Duch Pana; Duch mądrości i rozumu, Duch rady i mocy, Duch poznania i bojaźni Pana. I będzie miał upodobanie w bojaźni Pana (Iz 11,2-3). Bóg zwrócił uwagę na rzymskiego setnika Korneliusza, ponieważ był to człowiek pobożny i bogobojny wraz z całym domem swoim (Dz 10,2). Z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie (Flp 2,12) - wzywa nauka apostolska, a w księdze Przypowieści Salomona czytamy, że szczęśliwy jest człowiek, który stale trwa w bojaźni Bożej (Prz 28,14). 

Bez cienia wątpliwości z Biblii wynika, że Bóg w swoich czcicielach chce widzieć postawę najwyższego respektu względem Niego. Służcie Panu z bojaźnią i weselcie się, z drżeniem złóżcie mu hołd, aby się nie rozgniewał i abyście nie zgubili drogi, bo łatwo płonie gniewem (Ps 2,11-12). Gdyż wielki jest Pan i godzien najwyższej chwały, godniejszy trwożnej czci niż wszyscy bogowie (Ps 96,4). Dlatego też prawdziwi chrześcijanie za przykładem wczesnego Kościoła, który, budując się i żyjąc w bojaźni Pańskiej, cieszył się pokojem po całej Judei, Galilei i Samarii, i wspomagany przez Ducha Świętego, pomnażał się (Dz 9,31), starają się to święte drżenie serca przed Bogiem zachować zarówno w codziennym życiu, jak i w służbie.

Jak praktycznie należy wyrażać bojaźń Bożą? Na szczęście nie musimy się tego domyślać. Wystarczy, że w każdy możliwy dla nas sposób i o każdym czasie będziemy postępować zgodnie z przykładem i wg wskazówek, jakie zostawili nam apostołowie naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Biblia uczy, że miłość do Boga nierozerwalnie splata się z bezgranicznym respektem i szacunkiem dla Niego. Cały nasz sposób bycia; słowa, gesty, postawy, czyny, ubiór itd., mają wyrażać to, jak bardzo liczymy się z naszym Zbawicielem i Panem. Także nasz stosunek do Zboru, jako lokalnej społeczności Kościoła, którego Głową jest Chrystus, odzwierciedla prawdę o poziomie bojaźni Bożej w naszych sercach. Każdy, kto prawdziwie miłuje Pana, miłuje też Jego Ciało, którego cząstką jest lokalny zbór. Podkreślmy również, że bojaźń Pańska nie jest emocją właściwą jedynie dla osób we wstępnej fazie poznania Boga, jako czynnik mobilizujący ich do opamiętania z grzechów. Ma ona stale towarzyszyć każdemu  chrześcijaninowi, który oczyszcza się od wszelkiej zmazy ciała i ducha, dopełniając świątobliwości swojej w bojaźni Bożej (2Ko 7,1).

Wybierając się więc na nabożeństwo lokalnego zboru Kościoła, stając przed Panem, zadbajmy o stosowny ubiór, punktualność i odpowiednie zachowanie. Podobnie jak do Gabinetu Owalnego mężczyźni nie wchodzą w czapce, w krótkich spodenkach, ani rozgadani i zajęci sobą, lecz wchodzi się tam w wyciszeniu i skupieniu uwagi na gospodarzu tego wyjątkowego miejsca, tak tym bardziej chrześcijanie wchodzący do miejsca zgromadzeń Kościoła, wyciszają się i skupiają na jego Głowie, czyli na Chrystusie. Jedną z oznak bojaźni Bożej jest też osobiste zaangażowanie w przebieg zgromadzenia. Śpiewamy więc, gdy zbór śpiewa. Modlimy się w czasie modlitwy. Gdy trwa kazanie Słowa Bożego, uważnie słuchamy, co Duch mówi do zboru. W ten sposób wyrażamy cześć i uwielbienie dla Jezusa Chrystusa, który zaszczyca swoją obecnością każde zgromadzenie uczniów Pańskich, zebranych w Jego imieniu. Gdy zaś kończy się nabożeństwo, gdy powracamy do naszych domów i obowiązków, świadomi tego, że w każdej chwili przed Bogiem jesteśmy jak na dłoni, żyjmy codziennie ulegając jedni drugim w bojaźni Chrystusowej (Ef 5,17-21).

Mam świadomość, że ludzie chcą żyć po swojemu i nie ma bojaźni Bożej przed ich oczami (Rz 3,18). Również w środowiskach kościelnych zauważam, że ludzie przestają się bać Boga. Omamieni błędnym przekonaniem o słuszności akceptowania każdego zachowania i stylu życia, myślą, że też Bóg toleruje wszystkie ich postawy i upodobania. Odpowiedzialność przed Bogiem za upowszechnianie takich poglądów z pewnością poniosą liberalni nauczyciele, którzy coraz wyraźniej jawią się jako zapowiedziani przez Pana fałszywi prorocy, siejący duchową dezorientację i zwodzący lud Boży. Dlatego wzywam: Umiłowani, nie każdemu duchowi wierzcie, lecz badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków wyszło na ten świat (1Jn 4,1). W ślad za apostołem Pawłem - każdego brata i siostrę w Chrystusie proszę: Wzoruj się na zdrowej nauce, którą usłyszałeś ode mnie, żyjąc w wierze i w miłości, która jest w Chrystusie Jezusie; tego, co ci dobrego powierzono, strzeż przez Ducha Świętego, który mieszka w nas (2Tm 1,13-14).

Spocznij na nas Duchu Pana. Duchu mądrości i rozumu. Duchu poznania i bojaźni Bożej...

29 czerwca, 2026

śp. Pastor Sergiusz Waszkiewicz

pastor Sergiusz Waszkiewicz w rozmowie po nabożeństwie. Lata 70. ub. wieku 
Dokładnie dzisiaj mija trzydzieści lat od śmierci śp. prezbitera Sergiusza Waszkiewicza, założyciela i pierwszego pastora zboru zielonoświątkowego w powojennym Gdańsku. Bóg odwołał go spośród nas w dniu 29 czerwca 1996 roku, dwa miesiące po założeniu Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE. Nie mogłem go wówczas powiadomić o fakcie utworzenia nowego zboru w Gdańsku, ponieważ brat Waszkiewicz przez parę ostatnich lat życia pozostawał już bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Ośmielam się wszakże uważać nasz Zbór, jako spadkobiercę i kontynuatora - tu w Gdańsku - jego sposobu życia i podejścia do służby Bożej. 

Pastor Sergiusz Waszkiewicz był dla mnie człowiekiem wyjątkowym. Poznałem go jesienią 1974 roku, gdy przyjechałem do Gdańska, by dołączyć do mojej mamy i rodzeństwa, którzy dotarli tu z Lubelszczyzny kilka miesięcy przede mną. Okazanie zainteresowania naszym losem, godność i powaga posługi duchowej, niezwykłe poczucie humoru i dbałość o zdrową naukę biblijną - wszystko to bardzo mnie w nim pociągało. W zborze pod duchowym przywództwem "wujka" Waszkiewicza od razu poczułem się jak w rodzinie. W ciągu kilku kolejnych lat dane mi było wielokrotnie rozmawiać z nim osobiście. Dzięki temu poznałem go nie tylko z jego publicznych wystąpień ale również z jego prywatnych przekonań oraz reakcji na to, co działo się w świecie i w Kościele.

Gdy jesienią 1978 roku znalazłem się w Szkole Biblijnej w Warszawie, z niemałą satysfakcją odkryłem, że pastor Waszkiewicz był znany i otaczany szacunkiem w różnych stronach Polski. Przez wiele wcześniejszych lat reprezentował sporą grupę zborów zielonoświątkowych w Radzie ówczesnego Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego. Byłem wręcz dumny, gdy został też zaproszony do naszej szkoły w celu przeprowadzenia kilku wykładów. Tym bardziej czułem się wyróżniony, gdy w trakcie nauki od czasu do czasu otrzymywałem od niego list, w którym dzielił się ze mną tym, co przeżywał. Już w pierwszym roku mojej nauki parokrotnie zaprosił mnie też do usługi Słowem Bożym w naszym gdańskim zborze. 

Chrzest mojej Gabrieli w 1976 roku (druga od strony pastora Waszkiewicza)
Jako młody chrześcijanin i początkujący kaznodzieja, w towarzystwie pastora Waszkiewicza odczuwałem zarówno przyjemność z bliskości tak ważnej dla mnie osoby jak i drżenie serca, by zachować się przy nim, jak należy. Mój pastor, choć był człowiekiem taktownym, to jednak niczego nie owijał w bawełnę. Dla przykładu, w prowadzonym w tamtych latach moim osobistym dzienniku, w dniu 21 czerwca 1979 roku pisałem: "Czwartek. Słoneczny dzień. Odwiedziłem brata Waszkiewicza w szpitalu. Spotkałem tam Daniela Ciszuka z żoną. Odwiedziny upłynęły w serdecznej atmosferze z tym tylko, że dostałem po głowie za kazanie, które mówiło o tym, jak Izraelici, wchodząc do Kanaanu, mieli wytępić pogańskie ludy. Izraelici zrobili to, jednak zlekceważyli resztki tych narodów. Poselstwo kazania brzmiało: Nie toleruj w sobie żadnych resztek starego życia". Zarzucono mi, że za dużo mówię o tych krwawych faktach Starego Testamentu i że ludzi to gorszy...". Przełknąłem tę krytykę, jak gorzką pigułkę, mając świadomość, że jest ona dla mojego dobra, bo przecież uwagę zwracał mi doświadczony, a zarazem bardzo mi życzliwy duszpasterz. Dodam, że pastor Waszkiewicz nie tylko ochrzcił mnie w 1977 roku. Także on trzy lata później, 25 października 1980 roku usłużył nam, gdy z Gabrysią zawieraliśmy związek małżeński, a następnie, po roku, modlił się o błogosławieństwo Boże dla naszej pierwszej córki, Agnieszki. Po prostu, był naszym pastorem.

Przejście pastora Sergiusza Waszkiewicza na emeryturę zostało poniekąd wymuszone podjętą przez ówczesną Radę Kościoła uchwałą, wyznaczającą wiek siedemdziesięciu lat, jako górną granicę sprawowania funkcji pastora. Byłem wtedy świeżo upieczonym kaznodzieją, powołanym wiosną 1980 roku na ewangelistę w gdańskim zborze. Trzeba tu dać świadectwo prawdzie, że już wcześniej nie wszyscy członkowie naszej wspólnoty jednakowo cieszyli się z przywództwa naszego pastora. Pamiętam, jak jeden z nich zaprosił mnie do kawiarenki na Starym Mieście w pobliżu Wielkiego Młyna i próbował namawiać do stworzenia wspólnego frontu przeciwko pastorowi, aby usunąć go ze stanowiska. Byłem wstrząśnięty i zbulwersowany tą propozycją. Na szczęście niedługo potem w naszym zborze zaczął pojawiać się brat Anatol Matiaszuk z Zielonej Góry jako oficjalny kandydat na przyszłego pastora, a ponieważ został zaakceptowany także przez samego brata Waszkiewicza, sprawy potoczyły się gładko i przykładnie.

W czasie pastorskiej zmiany warty w zborze przy ul. Menonitów nie było mnie już w Gdańsku. Latem 1982 roku - uzyskując błogosławieństwo gdańskiego Zboru - wyjechałem, by organizować wiejski zbór w Piątkowie (dawne woj. radomskie), potem zbór w Krośnie (1984) a następnie zbór w Gorzowie Wielkopolskim (1987). Za każdym razem jednak, gdy tylko przyjeżdżałem do Gdańska, starałem się odwiedzić brata Waszkiewicza, albo w jego mieszkaniu, albo na działce letniskowej w Wiczlinie k. Gdyni. Emerytowany pastor wciąż żywo interesował się życiem Kościoła i nowymi trendami w jego łonie. Dopytywał się też, jak radzę sobie w nowych miejscach mojej służby. Po moim powrocie do Gdańska w 1993 roku nie było już możliwości rozmowy z moim pastorem. Mogłem tylko posiedzieć przy jego łóżku, popatrzeć na niego i dziękować Bogu za jego służbę i dobry wpływ na wielu chrześcijan, w gronie których i dla mnie znalazło się miejsce.

Kalendarium:

  • Urodzony 7 listopada 1907 roku w Dołginowie k. Nowogródka [dzisiejsza Białoruś].
  • Nawrócenie przeżył w 1921 roku jako 14 letni chłopiec, w rok po śmierci swojego ojca. 
  • Chrzest wiary przyjął 25 września 1930 r.
  • W okresie międzywojennym wędrowny ewangelista na terenach Wileńszczyzny, Polesia i Wołynia.
  • W 1938 roku został pastorem zboru w Baranowiczach [dzisiejsza Białoruś].
  • W 1947 roku przyjechał do Gdańska i rozpoczął służbę duszpasterską. 
  • W 1953 roku został przełożonym gdańskiego zboru.
  • Na emeryturę przeszedł w 1982 roku, przekazując prowadzenie zboru gdańskiego prezb. Anatolowi Matiaszukowi.
  • Zmarł 29 czerwca 1996 roku w Gdańsku.

Wiele już lat temu, w 2007 roku na okoliczność setnej rocznicy urodzin Sergiusza Waszkiewicza, poprosiłem osoby z naszego środowiska kościelnego o odpowiedź na pytanie: Jak wspominasz śp. pastora Sergiusza Waszkiewicza? Kilka osób przysłało mi swoje wspomnienia, które bez żadnych zmian ponownie publikuję poniżej.

***

"Dla mnie jest on jak drugi ojciec, taki prawdziwy duchowy autorytet, szczególnie w okresie moich pierwszych kroków wiary. Dobrze pamiętam jego wizyty w naszym domu, gdy byłem jeszcze chłopcem. Przyjaźnił sie z moimi rodzicami. W Baranowiczach mój tata stacjonował w wojsku i brat Waszkiewicz był mu bardzo pomocny w rożnych sytuacjach. Był to czas wojny i dzięki jego wstawiennictwu, tata nie poszedł na front, o co bardzo się modlił jako młody chrześcijanin. Brat Waszkiewicz był moim chrzcicielem w 1964 roku. Chętnie słuchałem jego wykładów na kursach biblijno - umuzykalniających. Pamiętam jego stały temat: "Dlaczego nie jestem adwentystą". Szczególnie zapamiętałem jedną z jego wizyt w moim już domu, bodajże w 1981 roku. Kiedy wszedł do naszego mieszkania, a mieliśmy na ścianie, modną wówczas fototapetę z dużymi kwiatami i zielonymi roślinami. Myśląc, że to prawdziwe rośliny, chciał chwycić ręką za liście i mówiąc "jakie wspaniale rośliny", o mało co nie połamałby sobie palców.

Zawsze z wdzięcznością w sercu wspominam brata Waszkiewicza i Bogu dziękuję, że miałem możliwość znać go osobiście. - Henryk Hukisz [Chicago]".

***

Pamiętam GO jako bardzo dobrego wujka/bo tak nazywaliśmy jako dzieci naszych starszych wiernych/, rozdawał nam na wigilię paczki. Pamiętam jak po nabożeństwie zawsze się witał z członkami zboru. Te wspomnienia są ze zboru na ul. Traugutta i ze zboru na Menonitów. Moja MAMA grała w zborze na fisharmonii /pianinie/. Jak zobaczyłem JEGO zdjęcie na Waszej stronie to zrobiło mi się jakoś miło. - Z poważaniem Włodzimierz Sacewicz, wnuk pastora Jerzego Sacewicza. Szczęśliwego Nowego Roku 2008.

***

Podziwiałem go, że w rozmaitych sytuacjach konfliktowych, których przecież na przestrzeni tylu lat nie brakowało w życiu zboru, potrafił tak umiejętnie zażegnywać spory i rozładowywać napięcie. Spokojnie wysłuchał, nie próbował przekonywać ani bronić racji żadnej ze stron, ale w oparciu o Słowo Boże doprowadzał do zgody. Dobrze znał Słowo Boże i tak potrafił je zastosować do konkretnych sytuacji, że nieraz miałem skojarzenie, jakby mówił Gamaliel z Dziejów Apostolskich. - Mikołaj Jakoniuk (wieloletni współpracownik pastora Waszkiewicza, sekretarz Rady Zboru w Gdańsku)

***

Moje wspomnienia o nim kojarzą się z wczesnym dzieciństwem i smakiem gumy do żucia, którą nas częstował wraz z braćmi z Szwecji! Trudno mi określić datę, ale był to 1946/47r. Działo się to w Białowieży, w moim domu rodzinnym. Rodzice byli odrodzonymi chrześcijanami, a nasz ojciec należał do zaangażowanych w szerzenie prawdy o Zbawicielu! Z tej racji w naszym domu odbywała się ewangelizacja, na której to usługiwał brat Waszkiewicz. Było jak na wiejskie warunki dużo słuchaczy! Z relacji mojego starszego rodzeństwa wynika że posługa była dobrze przyjęta! Moja starsza siostra wspomniała także o tym że nas, dzieci, zebrał na klęczki wokoło siebie i sam klęcząc modlił się o nasze dusze i nawrócenie. A potem przyszedł taki czas, że każde z nas (a było nas siedmioro) oddało swoje życie w ręce Jezusa. Później w 1976 roku brat Sergiusz Waszkiewicz zanurzał mnie wodach chrztu! Na pewno będziemy pamiętać jego kazania a także jego słynne powiedzonka i anegdoty. - Paweł Prus

***

Pamiętam bardzo niewiele. Wspominam dziadka jako człowieka spokojnego, stonowanego. Prawdopodobnie starali się z babcią dbać o jedność i utrzymanie wzajemnych kontaktów w całej rodzinie - w niedzielę zazwyczaj można było liczyć na wspólny obiad w ich mieszkaniu przy budynku zborowym. W czasie dziadka kazań raczej dobrze mi się spało - o ile wypadała niedziela z wieczerzą Pańską i nie było szkółki niedzielnej. Kiedy go odwiedzałem, gdy był już na emeryturze, zawsze poświęcał chwilę czasu na rozmowę ze mną, pytał co się dzieje w moim młodym życiu. Ostatnie wspomnienia wiążą się z czasem, kiedy dziadek już nie miał kontaktu z otoczeniem, nie słyszał, nie widział, a opiekowała się nim babcia. Mieszkali wtedy w domu w gdyńskiej dzielnicy Wiczlino, ale wydawało się, że jest to wieś. Prawdę mówiąc chyba więcej pamiętam dziadka z opowiadań różnych ludzi, niż z "własnego doświadczenia". - Szymon Irzabek (wnuk Sergiusza Waszkiewicza).

***

Są ludzie, których pamięta się od "zawsze" i na zawsze.... Taką osobą dla mnie jest postać br. Sergiusza Waszkiewicza. Jego osoba związana jest z naszą rodziną przez kilkadziesiąt lat (blisko 50). Ja osobiście pamiętam Go, gdy mieszkał wraz z rodziną na ul. Trawki (boczna od ul. Słowackiego) – odwiedzaliśmy ich i zbór na ul. Traugutta. To były lata 50-te ub. wieku!!! Jak ten czas szybko leci... Brat Waszkiewicz chrzcił nas, udzielał ślubów, odwiedzał, nauczał Słowa, pocieszał, płakał razem z nami i cieszył się razem z nami... Przypominam sobie, jak bardzo smakowały mu placki ziemniaczane podane z kwaśną śmietaną usmażone przez moją mamę, kiedy byłem małym chłopcem. Był bardzo częstym gościem w naszym domu, a ja bardzo lubiłem słuchać jego opowieści z dawnych lat. Wpadał z br. Kudzinem na chwilę, a wychodzili po paru godzinach. Wielkim przeżyciem dla mnie było słuchanie tego, o czym mówił. A miał niesamowity dar przekazywania tego, co mówił w sposób prosty i zrozumiały dla słuchacza. Wiele z tych historii pamiętam do dzisiejszego dnia. Myślę, że wielu z nas pamięta Go jako człowieka z wielkim poczuciem humoru. Sypał przykładami z życia wziętymi przede wszystkim. Kiedyś zapisywałem jego powiedzonka i stwierdzenia. Przykład: CHRZEŚCIJANIN POWINIEN MIEĆ GORĄCE SERCE, ALE ZIMNĄ GŁOWĘ. NIE MOŻNA Z DRABINĄ W POPRZEK PRZEJŚĆ PRZEZ LAS. LEPIEJ JEST PROSTO IŚĆ, NIŻ WYSOKO SKAKAĆ.

Praktyka i czas pokazały, że miał rację w stu procentach. Najbardziej popularny i myślę, że znany w całej Polsce był w Jego wydaniu wąż (szatan). Był on określany jako "ŹMIEJ". Do dziś uśmiecham się, gdy wspominamy te zabawne powiedzonka i historie. Potrafił też, jeśli Go coś szczególnie "zeźliło" załatwić sprawę od ręki na poczekaniu. Oto przykład: Pewnej siostrze która podczas kazania oglądała się za siebie mocno wychylając się z ławki w celu zaspokojenia ciekawości, kto wchodzi do kaplicy, oświadczył kiedyś prosto z kazalnicy: SIOSTRO (tu wymienił jej nazwisko) WSZEDŁ BRAT... (podał jego nazwisko). Po tym fakcie przestała wychylać się z ławki. Nigdy nie zapomnę wizyt w Jego domu – wielkiego pieca, ogromnego biurka za wielkimi drzwiami i wielkiej biblioteki. Już wtedy marzyłem o książkach, wyobrażałem sobie ile ciekawych i niesamowitych historii zawierają. W tym miejscu należy wspomnieć o gościnności tego domu – WIELKIEJ ! Gospodarz miał zawsze czas dla gościa. Jeszce jedna sprawa – Jego przyjaciele, to samo pokolenie – bracia: Maksymowicz, Rapanowicz, Ciszuk sen., Poysti, Huk, Kapitaniak – można było ich słuchać dzień i noc. A kto pamięta wspaniały duet (śpiewający) szczególnie na Ścianie Wschodniej naszego kraju Waszkiewicz – chyba baryton i Maksymowicz na pewno bas...??? Może są gdzieś nagrania archiwalne?

Na zakończenie sprawa najważniejsza dla mnie – jego wierność Słowu. To zawsze było na pierwszym miejscu. Wszystko inne przeminęło... i ludzie, i ich nauki, trendy, ruchy, zachwyty i inne rzeczy. Podziwiałem Go za to, ceniłem i kochałem. Myślę, że kiedyś się spotkamy drogi Bracie… - Andrzej Gigiel (Wieloletni członek Rady Zboru w Gdańsku).

Trzydzieści lat po śmierci, pastor Sergiusz Waszkiewicz wciąż pozostaje żywy w mojej wdzięcznej pamięci. Pisząc te słowa patrzę na podarowaną mi przez niego, stojącą centralnie na półce mojej biblioteczki, dwutomową Podręczną Encyklopedię Biblijną, wydaną w1959 roku przez Księgarnię św. Wojciecha. Patrzę i dziękuję Bogu, że we wczesnym okresie mojej wiary i służby ktoś taki otoczył mnie duchową opieką i był dla mnie wzorem. Czuję się wyróżniony, że dane mi było uczyć się Chrystusa od człowieka tak zwyczajnego i dostępnego, a zarazem tak nietuzinkowego, jak śp. prezbiter Sergiusz Waszkiewicz.

Cześć Jego Pamięci!

15 czerwca, 2026

Na przykładzie Dawida i Natana

Różne miewamy fazy w życiu, w wierze i w duchowym rozwoju. Biblia mówi, że jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas zbiorów. Jest czas ranienia i czas leczenia; jest czas burzenia i czas budowy. Jest czas płaczu i czas uśmiechu… (Kzn 3,2-8). Przechodząc przez kolejne etapy, stajemy się dojrzalsi, mądrzejsi i bardziej użyteczni dla Boga. O Mojżeszu mówi się, że przez pierwsze czterdzieści lat jego życia stawał się wielki w tym świecie. W następnych czterdziestu latach dowiadywał się, jak wiele trzeba stracić w świecie, aby zyskać w oczach Bożych. Ostatnie czterdzieści lat Mojżesza, to faza, w której widzimy, jak wiele może osiągnąć człowiek, który stał się nikim w oczach świata, aby być narzędziem w rękach Bożych. W tym rozważaniu zapraszam do przyjrzenia się dwóm fazom w myśleniu i działaniu króla Dawida oraz dwóm fazom w posłudze proroka Natana. 

Oczywiste, że w życiu Dawida można wyodrębnić znacznie więcej różnych etapów, lecz tutaj ograniczymy się do dwóch. Gdy Dawid zamieszkał w pałacu, powiedział do proroka Natana: Oto ja mieszkam w cedrowym pałacu, a skrzynia Przymierza z PANEM — pod zasłonami! Natan odpowiedział: Czyń zatem wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ Bóg jest z tobą. Ale jeszcze tej samej nocy Bóg skierował do Natana Słowo tej treści: Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie (1Krn 17,1-4).

Po latach niedoli i tułaczki w życiu Dawida, nadszedł dla niego złoty wiek panowania. Przeszedł w fazę królewskich możliwości i wielkich planów. Dawid nabrał pewności, że to PAN ustanowił go królem nad Izraelem i że ze względu na swój lud przydał znaczenia jego królewskiej władzy (1Krn 14,2), sława Dawida rozeszła się po wszystkich krajach, a PAN rzucił strach przed nim na wszystkie narody (1Kn 14,17). Gdy król zamieszkał w pałacu, a PAN dał mu wytchnienie od wszystkich jego okolicznych wrogów, Dawid oznajmił prorokowi Natanowi: Spójrz, proszę, ja mieszkam w cedrowym pałacu, a skrzynia Boża — za kotarą namiotu! (2Sm 7,1-2).

Proroka Natana żyjącego pod berłem tak wspaniałego i zwycięskiego króla, najwyraźniej także na tyle opanowała atmosfera pomyślności, że znalazł się w fazie entuzjastycznego poparcia dla wszelkich pomysłów Dawida. Natan na to: Czyń, królu, wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ PAN jest z tobą (2Sm 7,3). Wszystko wydawało się oczywiste. Bóg pobłogosławił Dawida, więc Natan bez głębszego namysłu i dociekania, jak naprawdę się rzeczy mają, czym prędzej w imię Boże zapewnił króla, że może realizować swój zamiar. Prorok Boży poniekąd znalazł się na usługach króla. Zaczął służyć bardziej w duchu „teologii sukcesu”, aniżeli w Duchu Bożym. Ale jeszcze tej samej nocy PAN skierował do Natana Słowo tej treści: Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Czy ty miałbyś zbudować Mi dom na mieszkanie? (2Sm 7,4-5). Bóg nie pozwolił Natanowi spać spokojnie. Trzeba było czym prędzej wycofać się z pochopnego poparcia. Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie (1Krn 17,4). Zadanie budowy świątyni było wyznaczone dla kogoś innego. A gdy dopełnią się twoje dni i będziesz miał połączyć się z twoimi ojcami, wzbudzę ci potomka, który będzie jednym z twoich synów - i utrwalę jego panowanie. On zbuduje Mi dom, a Ja na wieki utrwalę jego tron (1Kn 17,11-12).

I tak oto prorok Natan przeszedł w fazę wiernego przekazywania woli Bożej. To rozstrzygnięcie Pańskie z pewnością nie było miłe dla uszu Dawida. Miał przecież tak wspaniały plan! Był władcą.  Miał możliwości i pełne poparcie, nawet ze strony innych władców. Mógłby uprzeć się przy swoim i dalej realizować swój pobożny zamysł. Jednakże król Dawid przeszedł w fazę pokornego uznania tego, że chociaż jest królem, to jednak nie wszystko może. Następnie Dawid wezwał swojego syna Salomona i nakazał mu zbudować świątynię PANU, Bogu Izraela. Synu — powiedział — to ja miałem na sercu zbudowanie tej świątyni dla imienia PANA, mojego Boga. Jednak PAN skierował do mnie Słowo tej treści: Ty przelałeś wiele krwi i prowadziłeś wielkie wojny. Nie możesz zbudować świątyni dla mojego imienia. Tak, wiele krwi wylałeś przede Mną na ziemię. Ale urodzi ci się syn, który będzie człowiekiem spokojnym. Pozwolę mu wytchnąć od wszystkich okolicznych wrogów. Bo jak na imię będzie miał Salomon, tak też za jego dni obdarzę Izrael trwałym pokojem. On zbuduje świątynię dla mojego imienia (1Krn 22,6-10).

Wyżej wyodrębnione dwie fazy w postawie Dawida i w służbie prorockiej Natana, dobrze ilustrują nasze myślenie i postępowanie na różnych etapach naszej drogi wiary. Mogą też pomóc nam zrozumieć, dlaczego nawet najlepsze nasze pomysły czasem wymagają korekty, a nawet zmiany. Chciejmy się z nich uczyć, bo cokolwiek zaś wcześniej napisano, ma służyć naszemu pouczeniu, abyśmy dzięki wytrwałości i pociesze, których źródłem są Pisma, trwali przy nadziei (Rz 15,4).

Gdy po latach niewiary i życia bez Boga dane nam jest poznać Jezusa Chrystusa, dostąpić odpuszczenia grzechów i pojednania z Bogiem – roztacza się przed nami „morze możliwości”. Każdy chrześcijanin szybko przechodzi wtedy w fazę myślenia o nieograniczonych możliwościach. Spory udział mają w tym rozmaici ewangeliści i nauczyciele, którzy „nakręcają” w nas taki sposób myślenia. Owszem, nie bez racji uświadamiają nowo nawróconym, że oto stali się dziećmi Bożymi i że w Chrystusie są beneficjentami wszystkich obietnic Bożych. Jest dzisiaj wielu takich proroków, którzy, jak Natan Dawidowi, tak i oni świeżo upieczonym chrześcijanom pochopnie przyklaskują i udzielają błogosławieństwa, nie dociekając, jaka naprawdę jest dla nich wola Boża.

Wszakże rozentuzjazmowany chrześcijanin, pełen nowych pomysłów i gotowy do wielkich czynów na chwałę Bogu, będąc w fazie nastawienia na duchowe sukcesy, dość często potrzebuje niezwłocznej korekty. Potrzebuje sługi Słowa Bożego, który po nieprzespanej nocy zmagania się z niepopularnym przesłaniem, ogłosi mu i objaśni rozstrzygnięcia Pańskie, obowiązujące w Kościele. Czasem będą to słowa wzywające – jak w przypadku Dawida - do zaniechania powziętych planów. Dzięki temu chrześcijanin ma szansę znaleźć się w fazie zrozumienia, że może też czegoś nie móc. Nie dlatego, że brakuje mu wiary, albo że jest gorszy od innych, ale dlatego, że taka jest wola Boża. Uznać swoje miejsce w szeregu i zgodzić się z wolą Bożą, to jest wcale nie mniej ważny, ani nie mniej błogosławiony stan umysłu i serca! 

Nie każdy potrafi zgodzić się z tym, że z różnych powodów coś nie jest mu dane. Nie każda gorliwa, pragnąca służyć Bogu kobieta, chce uznać apostolskie rozstrzygnięcie: Nie pozwalam natomiast kobiecie ani nauczać, ani przewodzić mężowi; niech żyje w cichości. Przecież pierwszy został stworzony Adam, a potem Ewa. I nie Adam został zwiedziony, ale kobieta dała się zwieść i popełniła przestępstwo (1Tm 2,12-14). Nie każdy mężczyzna okazuje zrozumienie, że z racji wcześniejszych błędów i rys na życiorysie, niektóre rodzaje posługi w zborze nie są już dla niego. Nie każdy pastor gotów jest pogodzić się z myślą, że nie powinien forsować swoich planów, albo że inni zrobią coś lepiej od niego.

Przejście z fazy: - Czyń zatem wszystko, co ci leży na sercu, w fazę: - Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie, nie jest łatwym procesem. Gdy jednak znajdziemy się na takim etapie, to mamy dobrą okazję do sprawdzenia się, czy naprawdę trwamy w wierze i w posłuszeństwie Słowu Bożemu. Nasze zachowanie w takich chwilach jest też możliwością udzielenia wsparcia innym i przyczynienia się do ich rozwoju. Jeżeli bowiem zobaczą, że w czasie niepomyślności potrafimy zachować się tak, jak Dawid, to zaświecimy im dobrym przykładem i przygotujemy ich na sytuacje, gdy i oni któregoś dnia usłyszą, że coś nie jest dla nich.

Ostatecznie chodzi o to, abyśmy, za przykładem jednego z apostołów Jezusa Chrystusa, znaleźli się w fazie, że możemy i jedno, i drugie. Nauczyłem się cieszyć tym, co jest. Wiem, co to skromność, znany mi dostatek. Radzę sobie wszędzie, w każdej sytuacji. Poznałem sytość, nieobcy mi głód; wiem, jak mieć dużo, i umiem żyć w biedzie. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie (Flp 4,11-13). Zbyt wielu chrześcijan na końcowych słowach tego cytatu buduje wiarę w swój sukces, nie biorąc pod uwagę tego, że wskazują one także na możliwość porażki. Dobrze jest słyszeć, że możemy realizować swoje pomysły i marzenia, bo Bóg jest z nami! Dla równowagi wszakże czasem trzeba usłyszeć, że czegoś nie możemy, że coś nie jest dla nas. Wówczas także należy przyjąć to z godnością i z pełnym zaufaniem do Boga.

A teraz parę słów nauki wynikającej z zachowania Natana. Lubimy być w sytuacji przekazywania wyłącznie pozytywnych treści. Łatwo jest stać się - jak w pierwszej fazie Natan - prorokiem chętnie słuchanym. Tak zresztą Biblia charakteryzuje nasze czasy. Gdyż przyjdzie czas, że przestaną tolerować zdrową naukę, a skłonni do słuchania tego, co odpowiada ich upodobaniom, otoczą się nauczycielami przyklaskującymi ich własnym żądzom. Czyniąc to, odwrócą się od słuchania prawdy i zwrócą ku baśniom (2Tm 4,3-4). W niektórych sytuacjach Pismo Święte wręcz obnaża niski poziom duchowy zarówno takich proroków, jak też ich słuchaczy. Tak mówi PAN Zastępów: Nie słuchajcie słów tych proroków, którzy wam prorokują! Oni wam głoszą widzenia własnego serca — nie to, co pochodzi z ust PANA! Wciąż powtarzają ludziom gardzącym Słowem PANA: Pokój mieć będziecie! A tym wszystkim, którzy żyją w uporze swego serca, powtarzają: Nie spadnie na was żadne nieszczęście! (Jr 23,16-17).

Na szczęście niejednego „Natana” Bóg nawraca do przekazywania Słowa Bożego, a nie własnych myśli. Przecież ani dla świata, ani dla innych chrześcijan, nie mamy jedynie przesłania o wydźwięku: Czyń wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ Bóg jest z tobą! Ponieważ wszyscy potykamy się w wielu sprawach (Jk 3,2), potrzebujemy korekty, napomnienia i opamiętania. Obyśmy wszyscy znaleźli się w fazie wiernego mówienia prawdy. Głoś Słowo! Bądź gotowy w porę i nie w porę, aby poprawić, upomnieć, zachęcić — z całą cierpliwością, umiejętnie. […] Ty jednak zachowaj trzeźwość we wszystkim, znoś niedole, wykonuj pracę ewangelisty, rzetelnie pełnij swoją służbę (2Tm 4,2 i 4). Bóg potrzebuje odważnych i bezkompromisowych mężczyzn i kobiet, do utrzymywania biblijnego poziomu etyki i moralności w Kościele. Dobrze i miło jest głosić pozytywne treści, pełne zachęty! Liczmy się jednak i z tym, że niejeden raz Bóg pośle nas do kogoś z przesłaniem: „To nie dla ciebie”! 

Jesteśmy w różnych fazach naszego rozwoju duchowego i służby. Bywamy na fali, że wszystko nam się należy, a czasem boleśnie się przekonujemy, że jednak nie, i lądujemy „na czterech łapach”. Bywamy lubiani, bo przynosimy ludziom miłe dla nich, zgodne z ich oczekiwaniem, słowa, a czasem trzeba im przekazać jakąś gorzką prawdę. Bądźmy pewni, że w każdej fazie Pan Jezus jest z nami! Miejmy w pamięci Jezusa Chrystusa i Jego los na ziemi. Miejmy na uwadze los Jego apostołów, którzy w różnych fazach swej posługi, przetrwali wiele prześladowań i okazali się wiernymi sługami Bożymi. Trwając w Chrystusie jesteśmy niezatapialni! Różne fazy i zmiany w naszym życiu prowadzą nas w kierunku większej dojrzałości w wierze. Doskonalą nas w służbie. Dzięki nim możemy pełniej oddawać chwały Bogu.

Dawid usłyszawszy, że dzieło, na jakie się mocno nastawił, nie jest zadaniem dla niego – nie obraził się, nie popadł w apatię. Natan z dnia na dzień mocno skorygowany - zyskał zdolność głoszenia także bolesnej prawdy! My też bądźmy otwarci i pewni tego, że Bóg we wszystkim współdziała ku naszemu dobru!