10 stycznia, 2012

Siła "Zdrowego rozsądku"

Strona tytułowa "Zdrowego rozsądku"
wydanego 10 stycznia 1776 roku
Przenieśmy się dziś na chwilę do osiemnastowiecznej Ameryki Północnej. Kolonizowany przez Brytyjczyków ogromny kontynent – niczym dojrzały wrzód – nabrzmiał napięciem politycznym i problemami społecznymi do tego stopnia, że rozlew krwi był już nieunikniony. Pytanie brzmiało: W którą stronę przechylą się losy Amerykanów?

 W 1774 roku pojawił się w Filadelfii angielski pisarz i myśliciel, Thomas Paine. 10 stycznia 1776 roku opublikował on pamflet polityczny pt. Zdrowy rozsądek (ang. Common Sense), adresowany do mieszkańców kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej. Nawoływał w nim do stworzenia w miejsce dotychczasowych kolonii - niepodległego państwa.

 Oto fragment tego utworu: „Wy, co kochacie ludzkość! Wy co sprzeciwiacie się nie tylko tyranii ale i tyranom – wystąpcie! Każdy skrawek Starego Świata zaznaje ucisku. Na całym globie wolność jest prześladowana, niczym zwierzyna łowna. Azja czy Afryka dawno już ją wypleniły. Idea wolności jest obca Europie, a Anglia pragnie wygnać ją na banicję. O, przyjmijcie więc tego zbiega i przygotujmy azyl dla całej ludzkości.”

 Paine wezwał Brytyjczyków, ażeby – w imię zdrowego rozsądku – zgodzili się na niepodległość Stanów. Argumentował, że mała wyspa, czyli Wielka Brytania, nie powinna rządzić całym kontynentem.

 Broszura w nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy rozeszła się po kraju i zrobiła swoje! "Zdrowy rozsądek" trafił do szerokiej publiczności, zainspirował ją i ukierunkował nadchodzące przemiany. Dziś uznaje się go za pierwszy utwór z serii tych, które poprowadziły Stany Zjednoczone do niepodległości.

 W rocznicę opublikowania " Zdrowego rozsądku" pomyślmy: Gdy sprawy utkną w martwym punkcie, gdy zachodzi niebezpieczeństwo, że pójdą w złą stronę, gdy narastające napięcie zaczyna grozić niekontrolowanym wybuchem emocji – jakże ważne jest, żeby pojawił się ktoś, kto powie coś mądrego, co zmieni atmosferę i skieruje serca w dobrą stronę. Słowo wypowiedziane we właściwym czasie jest jak złote jabłko na srebrnych czaszach [Prz 25,11].

Biblia przybliża wiele takich sytuacji. Zmartwienie w sercu człowieka przygnębia go, lecz słowo dobre znowu go rozwesela [Prz 12,25]. Słowa Eliasza miały zwrócić serca ojców ku synom, a serca synów ku ich ojcom [Ml 3,24]. Najdobitniej zaś ta myśl odnosi się bezpośrednio do Słowa Bożego. Tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust: Nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem. Bo z radością wyjdziecie i w pokoju zostaniecie przyprowadzeni. Góry i pagórki wybuchną przed wami okrzykami radości, a wszystkie drzewa polne będą klaskać w dłonie. Zamiast głogu wyrośnie cyprys, zamiast pokrzywy wyrośnie mirt. I będzie to dla Pana chlubą, znakiem wiecznym, który nie zniszczeje [Iz 55,11–13].

 Rozmyślam dziś o tym, jak wiele można zmienić dobrym i mądrym słowem. Jest to narzędzie o wiele skuteczniejsze niż oręż wojenny. Cycero powiedział: Czyż jest coś wspanialszego, jak siłą wymowy utrzymać tłum ludzki na wodzy, przyciągać ku sobie umysły, naginać wolę lub odwracać od złego? 

Dobre słowa mogą skierować w dobrą stronę losy całego świata. Przede wszystkim zaś mogą odmienić najbliższego słuchacza. Niech żadne nieprzyzwoite słowo nie wychodzi z ust waszych, ale tylko dobre, które może budować, gdy zajdzie potrzeba, aby przyniosło błogosławieństwo tym, którzy go słuchają [Ef 4,29].

 Modlę się, by Bóg nie tylko wypełniał moje usta dobrym i mądrym słowem, ale też uzdolnił mnie do wypowiadania go we właściwym miejscu i czasie.

07 stycznia, 2012

Dzień wyręczania budżetu Państwa z jego konstytucyjnego obowiązku?

Jutro cała Polska zaroi się od ludzi potrząsających kolorowymi puszkami. Wolontariusze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy po raz dwudziesty zbiorą narodową tacę. Za każdym razem cel zbiórki jest wzniosły, a akcja z roku na rok wychodzi naprzeciw nowym, palącym potrzebom społecznym.

 Efekty są imponujące. Chyba nie ma już w Polsce takiego szpitala, a nawet oddziału szpitalnego, w którym nie byłoby sprzętu z naklejką "Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy". Cieszą się lekarze, tysiące ludzi chodzi ze świadomością, że WOŚP uratowała im życie, a mnie zaczynają nachodzić wątpliwości, czy to wszystko jest zdrowe i normalne.

 Sprawa moim zdaniem nosiła znamiona budującej inicjatywy społecznej, dopóki była akcją samej fundacji WOŚP. Cieszyłem się, że grupa aktywnych ludzi, widząc pilną potrzebę i niezdolność Państwa do jej zaspokojenia, ogłosiła zbiórkę pieniędzy, ażby problem rozwiązać. Serce mi rosło, gdy widziałem, jak zwykli, biedni ludzie wrzucają do puszek nawet banknoty! Dumny byłem z Polaków, gdy wieczorem ogłaszano łączną kwotę zebraną w akcji.

 W normalnie funkcjonującym Państwie takie sytuacje, owszem, zdarzają się, ale na okoliczność kataklizmu, wojny, epidemii lub nagłego krachu finansowego. W zwyczajnych warunkach pokojowych środki na zaspokojenie potrzeb ogólnospołecznych wygospodarowuje się z budżetu Państwa. Ambicją i obowiązkiem demokratycznie powołanej władzy państwowej jest takie zarządzanie finansami publicznymi, ażeby wyciąganie od ludzi pieniędzy na ulicach traciło rację bytu.

 W Polsce jest jednak inaczej. Ze zdumieniem zauważam, że szumne, uliczne zbiórki pieniędzy na wyposażenie polskich szpitali w podstawowy sprzęt medyczny, jakoś nie zawstydzają nikogo z rządu i nie wzbudzają zdrowych ambicji, prowadzących do postawienia wreszcie tych spraw na nogi.

 Dzieje się coś wręcz przeciwnego. Z każdym nowym rokiem kolejne urzędy i instytucje państwowe przyłączają się do akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, wspomagając proceder brania od ludzi ich prywatnych pieniędzy na zaspokajanie publicznych potrzeb.

 Zaangażowanie w sprawę prezydenta RP, mediów publicznych, mennicy państwowej, banku narodowego, urzędników państwowych, umundurowanych funkcjonariuszy i żołnierzy dowodzi, że pieniądze są już faktycznie zbierane przez aparat państwowy, a jedynie zagospodarowywane i firmowane przez fundację WOŚP.

 Jakoś nie zanosi się na to, że po upływie dwudziestu paru lat od zmian ustrojowych i rzekomo bardzo dobrej w ostatnich latach kondycji finansowej państwa polskiego, zaspokajanie publicznych potrzeb metodą publicznej zbiórki trafi do lamusa. To zaczyna wyglądać na jakiś doroczny, dodatkowy podatek, z tym, że pobierany prosto z ulicy i przy wesołej muzyce...

 Dlaczego ośmielam się tak pisać o powszechnie akceptowanej i wydaje się, że przez wszystkich lubianej akcji? Ponieważ czasem, zbiorowo lub pojedynczo, bywamy wciągani w coś, co prawidłowe nie jest, a co pod hasłami miłości i wrażliwości społecznej utrwala chory stan rzeczy.

 Czy Biblia porusza gdzieś tego rodzaju kwestię? Apostoł Paweł zaobserwował, że wśród chrześcijan w Koryncie pojawili się ludzie, którzy metodą umiejętnego PR-u do tego stopnia zawładnęli sercami, że tamtejsi wierzący zaczęli zachowywać się tak, jakby byli w amoku. Oto jak wyartykułował on swoją diagnozę: Znosicie bowiem, gdy was ktoś niewolnikami robi, gdy was ktoś wyzyskuje, gdy was ktoś łupi, gdy się ktoś wynosi, gdy was ktoś po twarzy bije [2Ko 11,20].

 Koryntianie tego już nie zauważali. Wszystkie słowa i propozycje nowych arcyapostołów [2Ko 11,5] brali za dobrą monetę. Komukolwiek, kto ośmieliłby się wypowiedzieć coś przeciwko nim gotowi byli raczej wydrapać oczy, niż wsłuchać się w jego zdroworozsądkowe słowa. Nie wiadomo kiedy i jak, a sytuacja we wspaniałym, bogatym w dary duchowe, zborze stała się nienormalna.

 Skoro już pierwsi chrześcijanie borykali się z tego rodzaju zjawiskami, to i my z pewnością nie jesteśmy od nich wolni. Bądźmy czujni, gdy ktoś zaczyna bardzo o nas zabiegać i nas chwalić. Gorliwie o was zabiegają, ale nie w dobrych zamiarach, bo chcą was odłączyć, abyście wy o nich zabiegali [Ga 4,17] – poucza Słowo Boże. Niestety, dość często chodzi o to, aby zdrenować nam kieszeń i zrobić to tak bezboleśnie, żebyśmy się nawet z tego cieszyli...

 Brak świadomości, że coś takiego ma miejsce, jeżeli utrzyma się na dłuższą metę, utrwali nieprawidłowy stan rzeczy. Może nawet dojść do powszechnego przekonania, że tak jest dobrze i normalnie. Nie trzeba już dodawać, jak ważną rolę odgrywa w tym muzyka.

Powróćmy jeszcze na moment do jutrzejszej zbiórki. W niektórych miastach przegania się żebraków z ulicy i wzywa ludzi do tego, żeby nie dawać im pieniędzy, bo to utrwala nieprawidłowe postawy społeczne. Na przykład w Gdańsku ruszyła właśnie trzymiesięczna akcja pod hasłem: Nie dawajcie mi pieniędzy, bo zostanę na ulicy. Czy w takim razie nie rodzi się pytanie: Dlaczego jeden może chodzić z puszką i to z obstawą straży miejskiej, a drugi, wcale nie bogatszy, nie może z nią nawet stanąć gdzieś w tunelu? Coś mi tu nie gra.

 Apostoł Paweł odważył się i podjął próbę otwarcia Koryntianom oczu na to, co naprawdę w ich zborze miało miejsce. Ośmieliłem się dziś i ja, aby na przykładzie ogólnokrajowego zjawiska podzielić się swoimi wątpliwościami na temat tego, co zdarza się w niejednej wspólnocie kościelnej.

Wiem, że nie zawrócę kijem Wisły, ale może przynajmniej w obrębie lokalnej społeczności Kościoła będziemy bardziej korzystać z mądrości Słowa Bożego...

06 stycznia, 2012

Święto Trzech Króli?

Nazwa dzisiejszego święta "Trzech Króli"  budzi w uważnym czytelniku Biblii poważne rozterki.

Po pierwsze, Ewangelia Mateusza wcale nie stwierdza, że byli to królowie, ani że było ich trzech. Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejemie Judzkim za króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest ten nowo narodzony król żydowski? Widzieliśmy bowiem gwiazdę jego na Wschodzie i przyszliśmy oddać mu pokłon [Mt 2,1-2].

 Po drugie, Pismo Święte przestrzega: Bracia moi, nie czyńcie różnicy między osobami przy wyznawaniu wiary w Jezusa Chrystusa, naszego Pana chwały. Bo gdyby na wasze zgromadzenie przyszedł człowiek ze złotymi pierścieniami na palcach i we wspaniałej szacie, a przyszedłby też ubogi w nędznej szacie, a wy zwrócilibyście oczy na tego, który nosi wspaniałą szatę i powiedzielibyście: Ty usiądź tu wygodnie, a ubogiemu powiedzielibyście: Ty stań sobie tam lub usiądź u podnóżka mego, to czyż nie uczyniliście różnicy między sobą i nie staliście się sędziami, którzy fałszywie rozumują? [Jk 2,1-4]. W świetle tej biblijnej wskazówki rodzi się pytanie: Skoro świętuje się wizytę "Trzech Króli", to dlaczego nie ma np. święta Pasterzy, którzy też przyszli oddać pokłon Jezusowi?

Czyż w tej nazwie nie zaznacza się duch tego świata, wg którego wyróżnia się możnych i ważnych, a pomija ludzi ubogich i zwykłych? Uczestnikom dzisiejszych pochodów-procesji rozdawać się będzie korony. Element dekoracyjny na poziomie przedszkola, a jednak tysiące ludzi dzisiaj się nim przystroi.

 I po trzecie, to święto ma na celu uczcić uzdolnienie człowieka do rozumowego poznania Boga, czego rzekomym symbolem jest wizyta mędrców ze Wschodu w Betlejem. Ta myśl również nie znajduje oparcia w Biblii. Napisano bowiem: Wniwecz obrócę mądrość mądrych, a roztropność roztropnych odrzucę. Gdzie jest mądry? Gdzie uczony? Gdzie badacz wieku tego? Czyż Bóg nie obrócił w głupstwo mądrości świata? Skoro bowiem świat przez mądrość swoją nie poznał Boga w jego Bożej mądrości, przeto upodobało się Bogu zbawić wierzących przez głupie zwiastowanie [1Ko 1,19–21].

Jak najbardziej, należy doceniać fakt objawienia Bożego. Pisałem o tym rok temu. Epifanię odnosimy  jednak do osoby Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, lecz jednorodzony Bóg, który jest na łonie Ojca, objawił go [Jn 1,18]. Ludzie wierzący cieszą się z poznania Boga i pojednania z Nim poprzez Jezusa Chrystusa. Mędrcy ze Wschodu objawienia na tym poziomie nie otrzymali i dlatego też go nie reprezentują.

Krótko mówiąc, ewangeliczna wzmianka o wizycie mędrców ze Wschodu w Jerozolimie i Betlejem, nie stanowi dostatecznej podstawy biblijnej do ustanawiania odrębnego święta.

Co więc tak naprawdę świętują dzisiaj Polacy?

05 stycznia, 2012

Owoc przezwyciężonego oporu

5 stycznia to długo wyczekiwany dzień rozpoczęcia w 1933 roku budowy mostu nad cieśniną Golden Gate w amerykańskim mieście San Francisco. Zbudowany w latach: 1933–37 wiszący most Golden Gate o długości 2737 metrów stał się bardzo ważnym obiektem komunikacyjnym i turystycznym. Miesięcznie przejeżdża po nim kilka milionów samochodów.

 Wieloletnie plany budowy mostu łączącego miasto z hrabstwem Marin nabrały konkretów za sprawą Josepha Straussa, konstruktora niemieckiego pochodzenia, autora blisko czterystu projektów mostów w Europie, Ameryce i w Azji. Jego propozycja została entuzjastycznie przyjęta przez władze San Francisco, a ponieważ Strauss miał możliwości techniczne potrzebne do urzeczywistnienia swego projektu, wydawało się, że budowę można rozpocząć bez zbędnej zwłoki.

 Niestety, pomysł budowy mostu, gdy stał się konkretny, napotkał na niezwykle silny opór. Nie trudno się domyśleć, że największymi przeciwnikami okazali się tu właściciele promów. Sprzeciw był tak duży, że pokonanie wszystkich przeszkód zabrało ponad 8 lat. Na szczęście zwolennicy budowy mostu nie poddali się i w końcu wspaniały Golden Gate zawisł nad cieśniną.

 Przyjrzyjmy się raz jeszcze tej paradoksalnej sytuacji: Pojawia się możliwość lepszego rozwiązania problemu i zaspokojenia potrzeb lokalnej społeczności. Społeczeństwo czegoś takiego oczekuje. Dlaczego więc czasem tak trudno jest to wdrożyć? Bo może to naruszyć partykularne interesy jakiegoś ważnego człowieka, grupy osób lub instytucji.

 Ukryta niechęć do nowych rozwiązań potrafi udaremnić najlepsze pomysły, a przynajmniej zrobić im mocno pod górkę. Pamiętam z młodości, że tak było z polskim projektem lokomotywy spalinowej. Wspaniały owoc polskiej myśli technicznej napotkał na tak poważne przeszkody, że w końcu nie doczekał sie realizacji. Dlaczego? Bo był zbyt konkurencyjny w stosunku do sowieckich lokomotyw zwanych potocznie gagarinami. Tak wydaje się wyglądać też bieżąca sprawa z tzw. protestem receptowym. Niby ustawa jest potrzebna i dobra dla pacjentów, a tak jej pod górkę. Najwyraźniej chodzi o to, że mogą na tym ucierpieć czyjeś interesy...

Przejdźmy do kwestii duchowych. Boży plan zbawienia ma na celu wyratowanie ludzi od wiecznego potępienia. Jest dobrą nowiną dla zgubionych grzeszników! Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był przez niego zbawiony [Jn 3,16–17].  Dlaczego więc ewangelia od samego początku napotyka na takie przeszkody? Przecież wszyscy powinni chętnie ją przyjąć i skorzystać z okazanej łaski Bożej.

Wygląda na to, że prostolinijne pójście drogą wyznaczoną przez Jezusa i apostołów mocno narusza interesy wiekowych systemów religijnych. Stąd te sprzeciwy. Ludzie twardego karku i opornych serc i uszu, wy zawsze sprzeciwiacie się Duchowi Świętemu, jak ojcowie wasi, tak i wy! [Dz 7,51].  Zbawienie poprzez wiarę w Jezusa Chrystusa było nie na rękę religijnym przywódcom Izraela.

Pomyślmy, ileż to dobrych inicjatyw nie doczekało się realizacji, ileż osób nie zostało dopuszczonych do głosu tylko dlatego, że mogło to umniejszyć czyjejś pozycji lub naruszyć jakieś jego korzyści?!

 Imponująco rozpięty nad cieśniną Golden Gate i niezwykle użyteczny dla milionów ludzi most od blisko osiemdziesięciu lat świadczy, że mając na uwadze społeczne dobro, nie należy się poddawać. Trzeba przeć do przodu i przezwyciężać przeszkody.

Ci, którzy przyjmują taką postawę w sprawach Bożych mają obietnicę: Przed nimi pójdzie ten, który będzie łamał szyki, przełamie opór na przedzie, przejdą przez bramę i wyjdą. Przed nimi będzie kroczył ich Król, a Pan będzie na ich czele [Mi 2,13].

Niechby nasze życie zaowocowało przezwyciężeniem z pomocą Bożą wielu sprzeciwów w czynieniu dobrze.

04 stycznia, 2012

Czy jesteś na liście chronionych?

Walki o Seul w 1951 roku
Seul współczesny
Sześćdziesiąt lat temu na półwyspie koreańskim toczyła się dramatyczna wojna koreańska (1950–53), wojna pomiędzy rodakami, zwaśnionymi ze względów politycznych. Dziś rocznica złego obrotu losów tego konfliktu. 4 stycznia 1951 roku wojska Korei Północnej wspierane przez Chiny na tyle wzięły przewagę nad Koreą Południową, że zajęły Seul. Na szczęście dzięki spotęgowanemu zaangażowaniu USA po stronie Korei Południowej i mądremu dowództwu Amerykanów, wkrótce udało się odzyskać nie tylko Seul, ale i całe terytorium Korei Południowej.

 Wojna koreańska wybuchła w wyniku podziału narodu, jaki nastąpił po zakończeniu II wojny światowej poprzez dwukierunkowe wpływy polityczne głównych mocarstw i okupację Korei. Wprawdzie w grudniu 1945 roku USA i ZSRR zadeklarowały dążenie do stworzenia jednego rządu ogólnokoreańskiego i scalenia narodu, jednakże już w następnych latach idea ta umarła śmiercią naturalną. Sowieci w swojej strefie okupacyjnej prześladowali koreańską prawicę, natomiast Amerykanie w swojej strefie tępili lewicę. Wybory odbyły się więc w każdej ze stref osobno. W konsekwencji, w sierpniu 1948 roku w Seulu proklamowano utworzenie Republiki Korei, na co odpowiedzią strony północnej było utworzenie miesiąc później Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej.

 Wojska sowieckie i amerykańskie wkrótce wycofały się z terytorium Korei, a przywódcy obydwu państw koreańskich poczuli misję wyzwolenia przeciwległej strony. Ponieważ zarówno Kim Ir Sen, jak i Li Syng Man, czynili przygotowania polityczne i militarne do wypełnienia swoich zamysłów, na granicy rosło napięcie, które w sierpniu 1949 roku przybrało formę tzw. "małej wojny na 38 równoleżniku".

 Ciekawostką wojny koreańskiej, na którą chcę dziś zwrócić uwagę jest pewna wypowiedź sekretarza stanu USA, Deana Achesona. Otóż 12 stycznia 1950 roku, przedstawiając system obrony globalnej Stanów Zjednoczonych, niefortunnie pominął Koreę Południową. Korea Północna, która miała już w rejonie przygranicznym siły militarne zdolne do opanowania całego półwyspu, odebrała wypowiedź Achesona jako sygnał, że aneksja Korei Południowej nie spotka się z reakcją militarną USA. Był to bezpośredni impuls do rozpoczęcia działań militarnych, które kosztowały ponad milion zabitych, nie mniej rannych, a ponadto niewyobrażalne zniszczenia.

 Ktoś może powiedzieć, że niezależnie od wspomnianej, słownej luki w systemie obrony USA do wojny koreańskiej i tak by doszło. Nie wiem. Nie jestem politologiem, więc się nie upieram. Jednak ten przypadek pokazuje, jak ważne są tego rodzaju zapewnienia. Jasno określona ochrona ze strony silnego sojusznika, z jednej strony słabszemu daje poczucie bezpieczeństwa, a z drugiej, powstrzymuje agresora, który chciałby zrobić mu krzywdę.

 To psychologiczne prawidło na pewno ma swoje zastosowanie w sferze duchowej. Wiadomo, że diabeł chciałby wyrządzić krzywdę chrześcijaninowi, bo on przychodzi tylko po to, by kraść, zarzynać i wytracać [Jn 10,10]. Właśnie dlatego Jezus zapewnia nas o swojej stałej kompanii: A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata [Mt 28,20]. To powiedziałem wam, abyście we mnie pokój mieli. Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat [Jn 16,33]. Boży przeciwnik, szatan, musi się z tym liczyć.

 Jakie z tego wnioski? Trzeba nam słabszych wyraźnie zapewniać o naszym poparciu i rzeczywiście stać za nimi murem, bowiem czasem już przez sam brak słownego poparcia możemy rozochocić ich przeciwników. Trzeba nam też uważać, żebyśmy poprzez jakieś niefortunne zachowanie lub słowa nie zrobili wyłomu w systemie własnej obronności duchowej. Diabeł czeka na pierwszą lepszą sposobność, by nas dopaść.

 Oczywiście, Amerykanie szybko wspomogli Koreę Południową. Dzięki temu widoczny na pierwszej fotografii Seul dzisiaj wygląda zupełnie inaczej. Nas też Bóg wspomoże, nawet jeśli z powodu naszych błędów zostaniemy zaatakowani przez Złego. Wystarczy, że ukorzymy się przed Bogiem i zaczniemy wzywać Jego imienia nad naszym życiem.

 Stara piosenka chrześcijańska głosi: Zostanę pod przykryciem tej krwi, która chroni mnie zawsze przed złem. Lubię ją śpiewać. Nie raz dodała mi otuchy w chwilach zagrożenia. Jestem wdzięczny Panu Jezusowi za ogłoszenie całemu światu, że zawsze jest ze mną.

03 stycznia, 2012

Krytykować Maję Frykowską, czy błogosławić?

Tematem, który z oczywistych powodów wzbudził w tych dniach moje zainteresowanie jest wiadomość o nawróceniu Frytki, czyli Mai (dawniej: Agnieszki) Frykowskiej. Znana wcześniej z wielu skandalicznych zachowań celebrytka ogłosiła, że znalazła Jezusa Chrystusa.

Otro fragmenty jej świadectwa: Był taki moment, kiedy stwierdziłam, że mam dosyć i zaczęłam szukać samej siebie. Znalazłam Jezusa Chrystusa. Znalazłam go poprzez spotkanie ze znajomymi, którzy zaczęli mi opowiadać swoje świadectwo. Zaczęli mi mówić, jak naprawdę wygląda życie z Jezusem Chrystusem i zapytali mnie, czy chciałabym Go przyjąć do swojego serca. Kiedy zdecydowałam się to zrobić, nie wiedziałam, co mnie czeka, jak będzie, ale wiedziałam, że to jest ten moment, kiedy chcę coś zmienić w swoim życiu. Postanowiłam zaufać

[...] Przyjęłam Jezusa Chrystusa do swojego serca i od tego momentu moje stare życie umarło. Zaczęło się nowe. Wszystko, co stare – przeminęło. W moim życiu zapanował kompletny spokój.

[...] Powiem, że życie z Jezusem Chrystusem jest niesamowite. Daje mi spokój, daje mi miłość i przede wszystkim nie wyobrażam sobie w tej chwili sytuacji, żeby Jezusa w moim życiu nie było. W moim życiu do tej pory nie było żadnej stabilizacji, dlatego postanowiłam znaleźć coś realnego, stabilnego, prawdziwego – żywego Boga. I znalazłam Go, On przyszedł do mojego serca i został w nim, jest w Nim i będzie (źródło: Chrześcijanin24.pl).  Zobacz świadectwo Mai Frykowskiej 

Mówiąc prawdę, nie interesowałem się wcześniej zachowaniem Agnieszki Frykowskiej. Dopiero teraz, poinstruowany nieco doniesieniami medialnymi, posłuchałem rozmowy, jaką swego czasu przeprowadził z nią Wojciech Cejrowski. I przyznam, że niezależnie od informacji o jej nawróceniu, poczułem wielki niesmak do pana Cejrowskiego. Tylko jedno ciśnie mi się do głowy:  Z zagubioną i upadłą kobietą Jezus by nie rozmawiał w taki sposób, jak to zrobił ten rzecznik wiary katolickiej.

Tym bardziej się cieszę, że Pan Jezus okazał tej dziewczynie łaskę i dał jej możliwość rozpoczęcia nowego życia. Jest za wcześnie na mówienie czegokolwiek o jej nowym narodzeniu z Ducha Świętego. Biblia jednak jasno stwierdza, że krew Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu [1Jn 1,7]. Nie ma takiego grzechu, z którego Bóg nie mógłby oczyścić pokutującego grzesznika. Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości [1Jn 1,9].

Prawdziwe świadectwo o tym wydadzą kolejne miesiące i lata. Życzę Mai Frykowskiej, aby wytrwała na drodze wiary, wzrastała w poznaniu Jezusa i stała się zachętą do nawrócenia do Jezusa wielu kolejnych osób.

Niechby też liczyła się z tym, że – po pierwsze – nie wszyscy ludzie religijni z entuzjazmem przyjmą wiadomość o jej przemianie i związku z Jezusem. A gdy uczeni w Piśmie spośród faryzeuszów widzieli, że je z grzesznikami i celnikami, rzekli do uczniów jego: Czemu je z celnikami i grzesznikami? A Jezus, usłyszawszy to, rzekł im: Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają; nie przyszedłem wzywać do upamiętania sprawiedliwych, lecz grzeszników [Mk 2,16–17].  Z pewnością niektórzy będą jej nawrócenie kwestionować.

Po drugie,  byłoby dobrze, gdyby miała świadomość, że jej życie z Jezusem nie będzie – jak opowiada w swoim świadectwie nawrócenia – aż takie spokojne, jakby sobie tego życzyła. Źli ludzie nie zawsze będą schodzić jej z drogi, a tylko dobrzy ją otaczać.

Wspominajmy Maję Frykowską w modlitwach, ażeby Duch Święty wspomógł ją w chwilach zwątpienia i posilił do zwycięskiego przejścia przez czekające ją próby.