09 kwietnia, 2019

Co przyprawia Chrystusa Pana o wymioty

Zdrowy, prawidłowo funkcjonujący organizm człowieka przyjmuje i wydala wiele substancji w naturalny sposób. Czasem jednak zdarzają się sytuacje krytyczne, gdy do organizmu przedostało się, lub próbuje się dostać coś dla zdrowia i życia niebezpiecznego lub wprost śmiertelnie szkodliwego. Wówczas człowiek dostaje torsji. Bóg tak cudownie nas stworzył, że bez udziału naszej świadomości w takich chwilach bierze nas na wymioty. Gdy coś dla nas niezdrowego trafi do naszych ust, to od razu czujemy, że trzeba to wypluć, a jeżeli już to połknęliśmy, to nasz organizm gwałtownie reaguje i stara się to zwymiotować.

Czy w Piśmie Świętym jest coś na ten temat? Biblia mówi, że Kościół to Ciało Chrystusowe. To Jego Oblubienica, którą On jako Oblubieniec sam sobie przysposabia, by stawić przed sobą kościół chwalebny, niemający skazy ani zmarszczki, ani czegoś podobnego, lecz żeby był święty i nienaganny [Ef 5,27]. W tym procesie okazuje się bardzo ważne to, czym Ciało się karmi, co wchłania i czym jest pielęgnowane. Oblubienica Chrystusa nie może być karmiona czym popadnie. Obowiązuje ją specjalna dieta. Cechuje się delikatnością i wrażliwością na to, co może zaszkodzić jej zdrowiu i urodzie.

O wszystkim, co dla Oblubienicy jest korzystne, a co szkodliwe, decyduje nasz Panu, Jezus Chrystus, który jest Głową Kościoła. Jak z mózgu wypływają wszystkie bodźce i sygnały mające na celu dobro i bezpieczeństwo naszego fizycznego ciała, tak Duch Święty trzyma rękę na pulsie, aby chronić Kościół i lokalne jego zbory przed wszystkim, co mogłoby im zaszkodzić. Trzeba więc uważnie słuchać, co mówi Duch Święty. Na początku Księgi Objawienia Słowo Boże aż siedmiokrotnie wzywa: Kto ma uszy niechaj słucha, co Duch mówi do zborów [Obj 2,7].

W ostatnim czasie, w kilkudniowych odstępach trzykrotnie dotarło do mnie jedno i to samo wezwanie, ażeby zwrócić uwagę na problem letniości. Pierwszy sygnał pochodził z redakcji miesięcznika PS wydawanego przez Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE, a kolejne od dwóch nieznających się bliżej sióstr, które w osobistej modlitwie nabrały silnego przekonania, aby podzielić się ze mną tą myślą. Biblia poucza, że na zeznaniu dwóch albo trzech świadków opierać się będzie każda sprawa [2Ko 13,1]. Potrójnego świadectwa absolutnie nie wolno mi zignorować, dlatego tym tekstem robię pierwszy krok we wskazanym kierunku.

Gdy w chrześcijańskiej głowie pojawia się zagadnienie duchowej letniości, od razu nasze myśli biegną do zboru w Laodycei, do którego Chrystus Pan skierował swego czasu następujące słowa: Wiem o twoich czynach. Nie jesteś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A ponieważ jesteś letni, nie gorący i nie zimny, wypluję cię z moich ust [Obj 3,15-16].

Zasadniczo jest tu mowa o potrzebie bycia użytecznym. Słowa Pisma Świętego odwołują się bowiem do zrozumiałych dla Laodycejczyków obrazów. Powszechnie znali oni użyteczność oddalonych o 10 km gorących źródeł leczniczych w Hierapolis. W upalnym  klimacie dobrze wiedzieli też jakim dobrodziejstwem jest źródło zimnej wody lub cień chłodnej skały. Letniość jednego lub drugiego czyniła je nie tylko bezużytecznym ale i wzbudzała odruch wymiotny. Nawet ja nie lubię letniego rosołu ani ciepławej coca-coli. Rosół ma być gorący, a coca-cola powinna być zimna. Inaczej jedno czy drugie wypluwam.

Kto dba o swoje ciało, nie chce mieć w organizmie niczego niepotrzebnego, a tym bardziej szkodliwego. Pozbywa się nadmiernej tkanki tłuszczowej, spala zbędne kalorie, oczyszcza organizm z toksyn i walczy z nadwagą. Dobrze się też odżywia, nie jedząc niczego małowartościowego lub trującego. Tym bardziej Jezus Chrystus jako Głowa Kościoła dobrze wie, co jest dla Ciała Chrystusowego dobre i użyteczne. Nie zgodzi się na nic, co Jego Ciału nie przynosi żadnej korzyści. Stąd tak radykalne słowa do zboru w Laodycei: Ponieważ jednak jesteś letni, a nie zimny ani gorący, muszę cię wyrzucić z ust moich (BW-P). Tylko jeden raz w Nowym Testamencie, w tym właśnie miejscu pojawia się grecki czasownik, który znaczy - wymiotować, zwracać. Dlatego dosłowny przekład Pisma oddaje słowa Pana Jezusa jeszcze bardziej dosadnie: Tak, że letni jesteś i ani zimny ani gorący- wrzący, zamierzam cię zwymiotować - wyrzygać z ust moich. Mocne to słowa ale i dające do myślenia, jak przykra dla Pana musi być letniość Jego naśladowców.

Użyteczność. Oto tajemnica upodobania w oczach Pana i warunek trwania w Ciele Chrystusowym. Jeśli tedy kto siebie czystym zachowa od tych rzeczy pospolitych, będzie naczyniem do celów zaszczytnych, poświęconym i przydatnym dla Pana, nadającym się do wszelkiego dzieła dobrego [2Tm 2,21]. Naszej przydatności dla Kościoła nie wmówimy Panu naszymi pięknymi słowami i pieśniami. Jego ocena nie poddaje się żadnym sugestiom. Jest jednocześnie całkowicie wolna od błędu. A ponieważ On nie gromadzi i nie trzyma tego, co jest Mu nieprzydatne, trzeba nam bardzo przejąć się Jego słowami. Czy w ich świetle można się dziwić, że niektórych ludzi już nie ma w Kościele? Niechby wszystkich nas ogarnęła bojaźń Boża, abyśmy zachowywali się od pospolitych postaw i czynów, abyśmy stronili od grzechu, który czyni nas bezużytecznymi w Ciele Chrystusowym.

Przetrwa tylko ten, kogo Pan Jezus uzna za użytecznego dla Kościoła. Nawet jeśli chwilowo taki ktoś upadnie, to znowu się podniesie, dostąpi odpuszczenia grzechów i Bóg nadal będzie go używał. Umie Pan wyrwać pobożnych z pokuszenia [2Pt 2,9]. Dobrze jest wiedzieć, że metryczkę tej przydatności wystawia sam Pan. On patrzy na nasze serce i nie przejmuje się ludzkimi opiniami na nasz temat. Jeżeli jesteśmy dla Niego użyteczni, to na pewno nas nie wypluje.

Bracia i Siostry! Czas byśmy odrzucili postawę duchowej letniości i zadbali o przydatność dla Pana. Temu zaś, który ma moc uchronić was przed upadkiem i postawić przed obliczem swej chwały bez zarzutu i w prawdziwej radości, jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu, niech będzie przez Pana naszego Jezusa Chrystusa cześć i chwała, moc i panowanie przed wszystkimi czasy, teraz i po wszystkie wieki. Amen [Jd 1,24-25].

08 kwietnia, 2019

Problemy nawet z tym, co normalnie możliwe?

Zwykle bywa tak, że zmagamy się w sprawach, które wydają się dla nas niemożliwe. Bez większego problemu radzimy sobie z tym, co leży w granicach naszych naturalnych możliwości, a dopiero w obliczu spraw, które nas przerastają, przychodzi czas, by docenić dar wiary i możliwość wezwania Boga na pomoc. Czasem jednak ogarnia nas jakaś dziwna słabość nawet w tym, co normalnie łatwe...

Czytając dzisiaj Biblię natrafiłem na sytuację, która w porównaniu ze zdobyciem wcześniejszej twierdzy Jerycho wydawała się być dla Izraelitów całkowitą łatwizną. Oddajmy głos Pismu Świętemu: Tymczasem Jozue posłał kilku mężczyzn z Jerycha do Aj, które leży blisko Bet-Awen, na wschód od Betel, i powiedział do nich: Idźcie i zbadajcie tę ziemię. Mężczyźni poszli więc i zbadali Aj. Potem wrócili do Jozuego i powiedzieli mu: Niech nie wyrusza cały lud. Niech wyruszy około dwóch lub trzech tysięcy mężczyzn i niech zburzą Aj. Nie trudź całego ludu, bo tamtych jest niewielu. Wyruszyło więc z ludu około trzech tysięcy mężczyzn. Uciekli jednak przed ludźmi z Aj [Joz 7,2-4].

Okazało się, że to, co na zdrowy rozsądek było całkowicie możliwe, co zapowiadało się na zadanie na tyle łatwe, że wymagające użycia tylko części posiadanych środków, nagle stało się boleśnie niemożliwe. Dlaczego? Ponieważ ktoś w Izraelu zgrzeszył nieposłuszeństwem względem Boga podczas zdobywania Jerycha i Bóg cofnął Izraelitom swoje poparcie. Przestał ich błogosławić i dlatego dostali łupnia. Izrael zgrzeszył! […] Właśnie dlatego synowie Izraela nie są w stanie przeciwstawić się swoim wrogom [Joz 7,11-12].

Tak. Są takie sytuacje, że przestajemy - o, dziwo - radzić sobie w sprawach, które dla pierwszego lepszego człowieka nie stanowią żadnej trudności. Nawet ludzie żyjący bez Boga z łatwością potrafią stawiać czoła tak prostym wyzwaniom, a dzieci Boże wymiękają i ogrania ich jakaś tajemnicza niemoc. Mają problemy z tym, co normalnie dla innych bywa zupełnie możliwe. Wspomniany przypadek podpowiada, że przesądzać o tym może nieujawniony i nie załatwiony problem grzechu.

Czego możemy się z tego nauczyć? Tego, że gdy jesteśmy pojednani z Bogiem, to przez wiarę możemy zdobywać niejedno Jerycho! Gdy natomiast zasmucimy Boga naszym nieposłuszeństwem, to tracimy Jego błogosławieństwo i przestają nam się udawać sprawy, które normalnie nie wymagają nawet wiary. Pan kieruje krokami męża. Wspiera tego, którego droga Mu się podoba [Ps 37,23].

Jaki z tego wniosek? Gdy chrześcijanin przestaje sobie radzić w zwykłych sprawach życiowych, gdy wszystko idzie mu jak po grudzie, to - pomijając oczywiście chwile, gdy Bóg poddaje nas jakiejś próbie - może być to sygnał, że trzeba naprawić swe drogi przed Bogiem i się do Niego z całego serca znowu nawrócić. Że trzeba przebaczyć, odrzucić kłamstwo, przestać zazdrościć, zakasać rękawy itd. - jednym słowem - powrócić do posłuszeństwa Bogu.

06 kwietnia, 2019

Potrzeba stosownego dystansu

Należę do pokolenia, w którym otaczało się szacunkiem rodziców, nauczycieli oraz pastora i starszych zboru. Nie do pomyślenia było, aby próbować mówić im po imieniu lub w jakikolwiek inny sposób spoufalać się z nimi. Ów respekt w swoisty sposób podnosił i chronił wspomniane autorytety, pozwalając nam przez całe dekady budować się nimi i cieszyć z ich istnienia. Tajemnicą tego błogostanu było zachowanie stosownego dystansu. Zbytnie skracanie go wprawdzie zrównywało nas nieco z naszymi autorytetami, lecz chociaż wydawało się, że dodaje nam znaczenia, to jednak ostatecznie jakoś nam szkodziło... Co mam na myśli?

Czytałem dziś rano o dość zdumiewającym poleceniu, jakie otrzymali Izraelici wkraczając do Ziemi Obiecanej. Gdy zobaczycie skrzynię Przymierza z PANEM, waszym Bogiem, i kapłanów Lewitów niosących ją, to i wy ruszcie z miejsca i idźcie za nią. Tylko zachowajcie odległość około dwóch tysięcy łokci pomiędzy wami a nią. Nie zbliżajcie się do niej. Dzięki temu zobaczycie wyraźniej, którędy macie iść, szczególnie że wcześniej tą drogą nie szliście [Joz 3,3-4]. Kto nie znając drogi podążał za kimś, kto dobrze ją znał, wie o czym jest tu mowa. Oczywiście, trzeba było uważać, aby za bardzo nie oddalić się od niego i nie stracić go z oczu. Jednak nie mniej złe i niebezpieczne było zbytnie zbliżanie się do naszego przewodnika. Potrzeba było patrzeć na to, co on robi z odpowiedniej odległości, by w porę się przygotować i wykonać ten sam manewr.

Niech ta praktyczna ilustracja zobrazuje nam ważną prawdę duchową o konieczności utrzymania samych siebie w stosownym uniżeniu wobec braci i sióstr w Chrystusie, zwłaszcza starszych od nas stażem wiary. Myślcie nie o tym, jak się wybić kosztem innych lub zaspokoić własną próżność, ale raczej w pokorze uważajcie jedni drugich za ważniejszych od siebie [Flp 2,3]. Inaczej - skracając dystans respektu - stracimy orientację, co nam wolno, a czego już nie można. Zaprzestaniemy czcić ojca i matkę. Zamiast obdarzać nauczyciela szacunkiem, odważymy się nawet nałożyć mu kubeł na głowę. Z coraz większą łatwością będziemy krytykować i źle myśleć o starszych kościoła i kaznodziejach, którzy głoszą nam Słowo Boże. Wkrótce nie będziemy mieli już żadnych autorytetów ani "świętości". Czy to wyjdzie nam na dobre?

Przede wszystkim zaś należy tę lekcję stosować w naszej relacji z Bogiem. Pamiętajmy, że miłość naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa, nie upoważnia nas do spoufalania się z Nim. Także z drugiej strony, najżarliwsza nawet miłość do Boga wymaga zachowania przez nas bojaźni Bożej i respektu dla Jego Majestatu. Gdy pouczeni przez złych nauczycieli, próbujemy skrócić, a nawet zupełnie zniwelować ten zdrowy dystans, wówczas tracimy w życiu duchową orientację. Wprawdzie może i raz po raz w modlitwie nazywamy wtedy Boga "Tatusiem", ale ciągle miotamy się w naszych emocjach i wciąż rozbijamy o liczne przeszkody, jakbyśmy Boga w ogóle nie znali.

Tak. Trzymajmy się blisko Boga, broń Boże nie za daleko!  Ale też i nie za blisko ośmielajmy się z Bogiem obcować. Uczniowie przez trzy lata codziennie chodzący z Jezusem wciąż nazywali Go Panem. Zachowujmy wyznaczany nam przez Ducha Świętego, stosowny dystans w praktykowaniu społeczności i z Bogiem, i z naszymi ziemskimi autorytetami.

03 kwietnia, 2019

Czy naprawdę patrzą na nas z góry?

Wczorajsza rocznica śmierci Jana Pawła II, niedawna śmierć Prezydenta mojego Miasta i cały szereg innych, pomniejszych pożegnań, obfitują w przekonanie, że Zmarły - pomimo śmierci fizycznej - nadal będzie nas widział. Chcemy tak myśleć zwłaszcza wówczas, gdy pożegnaliśmy kogoś bardzo nam bliskiego. Wypieramy z siebie myśl o całkowitej utracie kontaktu, zwracając się do zmarłej osoby, jakby nadal była obecna i pocieszając się, że wciąż będzie ona nam towarzyszyła. Ba, że teraz będzie nas z góry wspierać! Na tym podłożu zrodził się kult świętych. Jest on wiarą w to, że zmarli, gdy zostaną przez kościół uznani za świętych, zyskują zdolność wstawiania się za nami i udzielania nam pomocy. Dlatego też trzeba otaczać ich czcią i modlić się do nich.

Czytałem dziś rano w Biblii między innymi o Mojżeszu i jego ostatnich dniach na tej ziemi. Tego samego dnia PAN przemówił do Mojżesza tymi słowy: Wstąp na tę górę Abarim, górę Nebo, w ziemi moabskiej, górę naprzeciw Jerycha, i spójrz na ziemię Kanaan, którą Ja daję synom Izraela na własność. Tam, na tej górze umrzesz i zostaniesz przyłączony do swoich przodków, podobnie jak umarł Aaron, twój brat, na górze Hor i został przyłączony do swoich przodków. […] tylko z daleka zobaczysz tę ziemię, nie wejdziesz do tej ziemi, którą Ja daję synom Izraela [5Mo 32,48-52].

Z Pisma Świętego wynika więc, że była to dla Mojżesza ostatnia chwila i możliwość spojrzenia na Ziemię Obiecaną. Gdyby było tak, jak tego chcą nasze apele kierowane do zmarłych, to Mojżesz po śmierci fizycznej nadal patrzyłby sobie z góry na Izraelitów. Obserwowałby proces obejmowania przez nich Kanaanu, cieszyłby się widokiem ziemi "mlekiem i miodem płynącej", do której przyprowadził swoich rodaków. Jednak prawda jest inna. Umierając fizycznie naturalny człowiek całkowicie rozstaje się z fizycznym światem i nie ma żadnej możliwości wpływania na to, co się tutaj dzieje. Śmierć naturalnego człowieka jest pożegnaniem na wieki wieków, bo w świecie umarłych, do którego zmierzasz, nie ma działania ani planowania, ani poznania, ani mądrości [Kzn 9,10].

Nadzieję na ponowne zobaczenie się z bliskimi mają tylko ci, którzy umierają już pojednani z Bogiem przez wiarę w Pana Jezusa Chrystusa. Dla takich osób Bóg przygotował dzień zwany pierwszym zmartwychwstaniem, w którym otrzymają oni nowe ciało na wzór zmartwychwstałego w ciele Jezusa Chrystusa. Takie osoby będą oglądać chwałę Bożą i na zawsze już cieszyć się będą społecznością z wszystkimi zbawionymi. Do tego wszakże konieczne jest nowe narodzenie z wody i z Ducha. Odpowiedział mu Jezus: Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Jeśli sie kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego [J 3,3]. Zmarli, którzy za życia w ciele nie narodzili się na nowo, czekają na tzw. drugie zmartwychwstanie poprzedzające sąd ostateczny.

Tak więc zmarli, nawet wierzący w Jezusa Chrystusa przed pierwszym zmartwychwstaniem, nie mają wglądu w życie na ziemi. Ani Jan Paweł II, ani prezydent Adamowicz, ani żaden inny człowiek, który odszedł z tego świata, niczego tu nie widzi i w niczym nam nie może pomóc. Jedynym wyjątkiem jest Jezus Chrystus, bo On już zmartwychwstał! On żyje i ma pełny wgląd w nasze życie!  Do Niego należy się ze wszystkim zwracać, zwłaszcza w sprawie życia wiecznego i zbawienia swojej duszy.

02 kwietnia, 2019

Kto nadaje sprawie taki bieg?

Młodzież. Kościół pełen młodych ludzi! Niech do nas przemawiają! Niech nas prowadzą! Wszystko wokoło dzieje się i zmienia tak szybko, że  tylko oni potrafią za tym nadążyć i się w tym połapać. Cieszmy się, że chcą być w kościele. Mają w sobie tyle pozytywnej energii i radości. I wiedzą, czego chcą! Mają pomysł na kościół dwudziestego pierwszego wieku! Alleluja! Młodzież jest przyszłością naszego kościoła!

Jest w Biblii interesująca i znamienna historia o królu, który jako następca tronu stanął przed poważnym dylematem. Opinia starego zespołu doradców, którzy od lat służyli radą jego ojcu, znacznie odbiegała od stanowiska wypracowanego przez prężny zespół rówieśników młodego króla. Nie ukrywał, że chciał zaistnieć w narodzie jako władca dynamiczny i nowoczesny, który zorganizuje cały kraj niejako od nowa. Gdy po trzech dniach ludzie przyszli po odpowiedź, już wiedział, co ma zrobić. Odrzucił radę starszych i przemówił do nich według rady rówieśników [1Krl 12,13-14]. Chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jak brzemienne w skutkach będzie to całkowite zdanie się na młodych, bez uwzględnienia rady starszych. Wkrótce rozpadło mu się całe państwo. Większość narodu nie chciała już jego przywództwa.

Ot, historia, jak wiele innych - można by powiedzieć, lecz Biblia opatrzyła ją dość intrygującym komentarzem. Król nie wysłuchał prośby ludu, bo PAN nadał sprawie taki bieg, po to, by spełniło się Jego Słowo… [1Krl 12,15]. Kto zawinił? Kto popełnił błąd? Wystarczy uważnie przeczytać jedenasty rozdział Pierwszej Księgi Królewskiej i wszystko staje się jasne. Poprzedni król pod koniec swego panowania zlekceważył Słowo Boże. Takiej władzy Bóg nie chciał dalej popierać. A młodzi rówieśnicy i mentorzy króla? Odegrali tylko przypisaną im, krótką rolę. Nie czytamy, żeby dźwignęli potem ciężary podzielonego narodu.

Od czterdziestu lat żywotnie interesuję się losami biblijnego chrześcijaństwa w naszym kraju i lokalnie na tym polu pracuję. Lud Boży Nowego Przymierza w Polsce, to całe moje życie. Siłą rzeczy znam kulisy wielu decyzji przywódców chrześcijańskich i obserwuję zachodzące w życiu kościoła zmiany. Trudno nie zauważyć w nim tendencji do stawiania na młodzież. Młodzi inspirują i nadają ton. Młodzi wiekiem lub stażem wiary mówcy wiodą prym na chrześcijańskich mównicach. Chcą zmian i je wprowadzają. Ba, zakładają młodzieżowe wspólnoty i mają do tego zielone światło, nawet gdy robią to kosztem lekceważenia i krzywdzenia starszych wierzących. Niektórzy zachowują się tak, jakby dopiero od nich zaczynało się chrześcijaństwo.

Aktywność młodych jest błogosławieństwem wtedy, gdy jest powiązana z szacunkiem dla starszych i dbaniem o utrzymanie wielopokoleniowego charakteru zboru. Przed siwizną wstaniesz i uczcisz osobę starca, i bój się swego Boga. Ja jestem PAN [3Mo 19,32] - poucza Słowo Boże. Podobnie młodsi, bądźcie poddani starszym [1Pt 5,5]. Niech młodzi chrześcijanie wezmą to pod uwagę. Koniecznie trzeba, aby pomysły młodych były równoważone rozwagą i doświadczeniem starszych członków kościoła. Inaczej wkrótce trzeba będzie za prorokiem Izajaszem wołać:  Ciemięzcami mego ludu są dzieci i kobiety nim rządzą. O ludu mój! Twoi wodzowie cię zwodzą i niszczą drogę twoich ścieżek [Iz 3,12].

Bogu niech będą dzięki za młodych ludzi, którzy poświęcają się pracy dla Pana. Uważajmy wszakże, bo stałoby się niedobrze, gdyby tyle energii poszło na marne, a byłoby jeszcze gorzej, gdyby wyrządziło to kościołowi duchową szkodę. Kto czyta Biblię, ten wie, że to nie młodzież jest przyszłością kościoła. Przyszłością kościoła jest Chrystus!

01 kwietnia, 2019

Nie kryję wzruszenia

Rafał i Kasia z dziećmi
Jak większość naszych przyjaciół już wie, mój zięć Rafał zmaga się z dość tajemniczą chorobą. Na tyle rzadką i nieznaną, że polscy lekarze nie bardzo wiedzą, jak zabrać się do jej leczenia. Na zawiłość tego schorzenia wskazuje już sama diagnoza: "Zapalenie wielomięśniowe ze zwłóknieniem płuc. Polineuropatia czuciowo - ruchowa z nakładającą się radioculopatią oraz demielinizacja komórek neuronowych". I trzeba powiedzieć, że jest to choroba śmiertelna z prognozą trzech lat życia.

Rafał jest chrześcijaninem. Pojednany z Bogiem przez wiarę w Pana Jezusa Chrystusa w ostatnich latach doświadczył odnowy duchowej i na całego oddał się w służbę Bogu. Czasem nachodzą mnie nawet myśli, że robi to ponad siły. Zajmuje się duszpasterstwem w lokalnym zborze w Gnieźnie, prowadzi z przyjacielem całodobowy ośrodek dla bezdomnych i uzależnionych mężczyzn, a ponadto zaangażował się we wdrażanie ogólnopolskiego projektu pn. Baptystyczna Akcja Charytatywna. Jednocześnie jest ojcem trójki dzieci; piętnastoletniego Jakuba, czteroletniej Anastazji i dwuletniego Beniamina.

Rozumiemy, że życie i zdrowie Rafała jest w rękach Bożych. Chrystus Pan ma prawo odwołać z tego świata człowieka w dowolnym wieku. Tym bardziej sługa Boży liczy się z tym i ma być na to przygotowany. Modlimy się o uzdrowienie i ufamy naszemu Panu. Dotychczasowa bezradność lekarzy upewnia nas, że poleganie na Bogu to właściwe podejście do sprawy. Bóg pomaga na różne sposoby i czasem kieruje nami w sposób przez nas wcześniej absolutnie nieplanowany.

Tak się dzieje w sprawie Rafała. W gronie jego przyjaciół pojawiła się myśl o kontakcie z profesorem Patrickiem Gordonem z Kings College London Hospital, który ma pomysł na leczenie Rafała. Inni przyjaciele zorganizowali zbiórkę koniecznych środków finansowych. Na tygodniowy pobyt w szpitalu w Londynie i lekarstwa do planowanego leczenia potrzeba 40 tysięcy złotych. Leczenie potrwa kilka tygodni, a więc potrzeba będzie jeszcze pokryć koszty zakwaterowania w Londynie.

Nie kryję wzruszenia widząc reakcję przyjaciół i znajomych, a zwłaszcza braci i sióstr w Chrystusie. W ciągu dwóch dni ogłoszonej 30 marca zbiórki na Pomagam.pl zebrano już ponad dwadzieścia dwa tysiące złotych. Wręcz namacalnie doświadczamy dobrodziejstwa praktycznego zastosowania ewangelii Chrystusowej. Z dnia na dzień znacznie lepiej rozumiem słowa nauki apostolskiej, mówiącej o reakcji  świętych w potrzebie na okazaną im przez innych wierzących pomoc. Bo sprawowanie tej służby nie tylko wypełnia braki u świętych, lecz wydaje też obfity plon w licznych dziękczynieniach, składanych Bogu. Doznawszy dobrodziejstwa tej służby, chwalić będą Boga za to, że podporządkowujecie się wyznawanej przez siebie ewangelii Chrystusowej i za szczerą wspólnotę z nimi i ze wszystkimi [2Ko 9,12-13].

Tym wpisem właśnie chcę pochwalić Boga za ludzi podporządkowujących się wyznawanej przez siebie ewangelii Chrystusowej. Są i będą też przy tym liczne dziękczynienia.