W rocznicę utworzenia Unii Polsko-Litewskiej
Aktualne tematy, wydarzenia, zjawiska, święta, rocznice i trendy społeczne z biblijnej perspektywy
14 sierpnia, 2016
08 sierpnia, 2016
Manowce nauki o nieutracalności zbawienia
Czytałem wczoraj u jednego z kalwinistów, że jeżeli wierzący człowiek odchodzi do świata, to właściwie są dwie możliwości wytłumaczenia tego faktu: 1. Jako człowiek naprawdę zbawiony tylko chwilowo jest w stanie upadku. Bóg go zachowa, a on pewnego dnia opamięta się i powróci do społeczności zbawionych. Zbawienia więc nie utracił. 2. Człowiek ten nigdy tak naprawdę daru zbawienia nie otrzymał. Zaangażował się w chrześcijaństwo jedynie na poziomie umysłowym lub intelektualnym. Zbawienia nie utracił, bo nigdy go nie miał. Jednym słowem, jeżeli jakiś chrześcijanin zszedł z drogi Bożej, to albo na nią wróci, albo nigdy na drodze Bożej nie był. W żadnym razie nie może być mowy o utracie zbawienia.
Takie postawienie sprawy - wypływające z poglądu o nieutracalności zbawienia - ma niby wyjaśniać wszystko i pozwalać wierzącym cieszyć się pewnością zbawienia. Czy naprawdę tak jest? Zechciejmy bliżej przyjrzeć się tej sprawie.
Prawdą jest, że zdarzało się, zdarza i będzie zdarzać się niektórym chrześcijanom, także kaznodziejom i pastorom, upadać duchowo i opuszczać społeczność Kościoła. Wariant pierwszy zakłada, że przytrafiło się to człowiekowi, który naprawdę jest zbawiony i tego zbawienia nie może utracić. Po jakimś więc czasie nurzania się w grzechu, targany wyrzutami sumienia, chrześcijanin ów na pewno ukorzy się przed Bogiem i powróci. Alleluja! Całe niebo się raduje, gdy grzesznik się upamięta. Ale uwaga! Czy jest to jakiś dowód na nieutracalność zbawienia? A skąd pewność, że już więcej mu się coś takiego nie przytrafi? Jak ma on zmierzyć prawdziwość swego żalu za grzechy i szczerość swoich postanowień, aby mógł być pewny, że należy do grona tych, którzy nie mogą utracić zbawienia? A co z nim, jeżeli po jakimś czasie ponownie odejdzie i nie powróci już na drogę Bożą? Taki przypadek kalwiniści kwitują wyjaśnieniem, że ów człowiek nigdy tak naprawdę nie był zbawiony. Całe jego chrześcijaństwo było fikcją. Nie ma się więc co cieszyć jego pierwszym powrotem, bo jeszcze nie wiadomo, czy upadek nie zdarzy mu się ponownie.
W konsekwencji takiego rozumowania należałoby też uznać, że Pismo Święte w niektórych przypadkach - o zgrozo - rozmija się z prawdą. Tacy ludzie jak np. Himeneusz i Aleksander nie stali się rozbitkami w wierze [1Tm 1,19-20]. Gdyby bowiem naprawdę mieli wiarę, to nie mogliby jej odrzucić. Ananiasz i Safira nie mogli być chrześcijańskim małżeństwem. Biblia myli się przypisując ich do grona pierwszych chrześcijan [Dz 4,34-5,11]. A jednak Himeneusz i Aleksander musieli wcześniej wierzyć, skoro jest napisane, że stali się rozbitkami w wierze. Nie nazywa się rozbitkiem kogoś, kto wcale nie płynął. Ananiasz i Safira z pewnością byli chrześcijanami. Zabrakło im jednak duchowej czujności i szatan omotał ich serce. Czy teraz należą do grona zbawionych w niebie?
Nauka o predestynacji to duchowe manowce! Pomyślmy, jakie znaczenie mają – w świetle tej nauki - nasze bieżące wyznania, decyzje, postanowienia i śluby składane Bogu? Przecież będziemy zachowani w zbawczej wierze i bez tego, albo jutrzejszy upadek tylko potwierdzi kalwinistom, że nigdy nie byliśmy zbawieni. Po cóż innych ewangelizować lub napominać? Przecież kto jest przeznaczony do zbawienia, to i tak będzie zbawiony. Kto zaś - pomimo tego, że należy do zboru – zbawienia nie przyjął, tego nie ma sensu napominać i go poprawiać, bo co byśmy nie zrobili, to i tak któregoś dnia odejdzie on w świat. Mało tego, jeżeli zbawienie nie zależy od aktualnej wiary i stanu naszego serca przed Bogiem, to jak mamy ustalić, czy jesteśmy zbawieni? Nauka o predestynacji – to są duchowe manowce!
Wszystko w kwestii naszego zbawienia staje się jasne, gdy spojrzymy na nie z ewangeliczną prostotą. Biblia mówi, że Syn Boży przyszedł na świat, aby zbawić ludzi z ich grzechów, usprawiedliwić i pojednać z Bogiem. Następuje to przez osobistą wiarę człowieka. Gdy uwierzymy w Jezusa Chrystusa otrzymujemy dar życia wiecznego. Zostajemy przez wiarę umieszczeni w Chrystusie i rozpoczyna się w nas proces zbawienia trwający przez całe doczesne życie, a polegający na upodabnianiu się do Chrystusa. Pan ze Swej strony zapewnia, że chce aby wszyscy ludzie byli zbawieni. Napełnia wierzących Duchem Świętym, który jest rękojmią naszego zbawienia. Kto trwa w Chrystusie, ten jest zbawiony. Kto porzuca drogę wiary i powraca do świata, ten naraża się na gniew i sąd Boży. Bóg - chociaż jest miłością - może nie okazać łaski temu, kto ją zlekceważył i przestał o nią zabiegać.
Zasada jest prosta: Sprawiedliwość nie uratuje sprawiedliwego, gdy popełnia występek, a bezbożność nie doprowadzi bezbożnego do upadku, gdy się odwróci od swojej bezbożności. Lecz i sprawiedliwy nie może żyć, gdy grzeszy. Gdy mówię do sprawiedliwego: Na pewno będziesz żył, a on, polegając na swojej sprawiedliwości, popełni występek, wtedy nie będzie się pamiętało wszystkich jego sprawiedliwych uczynków, lecz umrze z powodu występku, który popełnił. Lecz gdy mówię do bezbożnego: Na pewno umrzesz, a on odwróci się od swojego grzechu, będzie wypełniał prawo i sprawiedliwość, będzie oddawał zastaw, zwracał to, co zagrabił, postępował zgodnie z zasadami życia, nie popełniając występku, na pewno będzie żył, nie umrze. Nie będzie się pamiętało żadnych jego grzechów, które popełnił; będzie wypełniał prawo i sprawiedliwość, na pewno będzie żył [Ez 33,12-16].
Jeżeli grzeszący chrześcijanin czym prędzej się opamięta i ukorzy się przed Bogiem, dostąpi odpuszczenia grzechów, a jego duchowe życie zostanie odnowione. Jeżeli natomiast umrze w stanie duchowego odstępstwa od wiary, czeka go surowy sąd Boży. Pamiętajmy, że kres doczesnego życia może też nastąpić poprzez zapowiedziane Słowem Bożym nagłe, powtórne przyjście Chrystusa Pana. Przeto, umiłowani, oczekując tego starajcie się, abyście znalezieni zostali przed nim bez skazy i bez nagany, w pokoju [2Pt 3,14]. Ciesząc się darem wiecznego zbawienia powinniśmy doceniać okazaną nam łaskę Bożą i stale mieć się na baczności, bo jakże ujdziemy cało, jeżeli zlekceważymy tak wielkie zbawienie? [Hbr 2,3].
Czyż droga zbawienia nie jest prosta? Jest na tyle prosta, że nawet głupi na niej nie zbłądzi. Unikajmy duchowych manowców, ażeby, jak wąż chytrością swoją zwiódł Ewę, tak i myśli wasze nie zostały skażone i nie odwróciły się od szczerego oddania się Chrystusowi [2Ko 11,3].
Takie postawienie sprawy - wypływające z poglądu o nieutracalności zbawienia - ma niby wyjaśniać wszystko i pozwalać wierzącym cieszyć się pewnością zbawienia. Czy naprawdę tak jest? Zechciejmy bliżej przyjrzeć się tej sprawie.
Prawdą jest, że zdarzało się, zdarza i będzie zdarzać się niektórym chrześcijanom, także kaznodziejom i pastorom, upadać duchowo i opuszczać społeczność Kościoła. Wariant pierwszy zakłada, że przytrafiło się to człowiekowi, który naprawdę jest zbawiony i tego zbawienia nie może utracić. Po jakimś więc czasie nurzania się w grzechu, targany wyrzutami sumienia, chrześcijanin ów na pewno ukorzy się przed Bogiem i powróci. Alleluja! Całe niebo się raduje, gdy grzesznik się upamięta. Ale uwaga! Czy jest to jakiś dowód na nieutracalność zbawienia? A skąd pewność, że już więcej mu się coś takiego nie przytrafi? Jak ma on zmierzyć prawdziwość swego żalu za grzechy i szczerość swoich postanowień, aby mógł być pewny, że należy do grona tych, którzy nie mogą utracić zbawienia? A co z nim, jeżeli po jakimś czasie ponownie odejdzie i nie powróci już na drogę Bożą? Taki przypadek kalwiniści kwitują wyjaśnieniem, że ów człowiek nigdy tak naprawdę nie był zbawiony. Całe jego chrześcijaństwo było fikcją. Nie ma się więc co cieszyć jego pierwszym powrotem, bo jeszcze nie wiadomo, czy upadek nie zdarzy mu się ponownie.
W konsekwencji takiego rozumowania należałoby też uznać, że Pismo Święte w niektórych przypadkach - o zgrozo - rozmija się z prawdą. Tacy ludzie jak np. Himeneusz i Aleksander nie stali się rozbitkami w wierze [1Tm 1,19-20]. Gdyby bowiem naprawdę mieli wiarę, to nie mogliby jej odrzucić. Ananiasz i Safira nie mogli być chrześcijańskim małżeństwem. Biblia myli się przypisując ich do grona pierwszych chrześcijan [Dz 4,34-5,11]. A jednak Himeneusz i Aleksander musieli wcześniej wierzyć, skoro jest napisane, że stali się rozbitkami w wierze. Nie nazywa się rozbitkiem kogoś, kto wcale nie płynął. Ananiasz i Safira z pewnością byli chrześcijanami. Zabrakło im jednak duchowej czujności i szatan omotał ich serce. Czy teraz należą do grona zbawionych w niebie?
Nauka o predestynacji to duchowe manowce! Pomyślmy, jakie znaczenie mają – w świetle tej nauki - nasze bieżące wyznania, decyzje, postanowienia i śluby składane Bogu? Przecież będziemy zachowani w zbawczej wierze i bez tego, albo jutrzejszy upadek tylko potwierdzi kalwinistom, że nigdy nie byliśmy zbawieni. Po cóż innych ewangelizować lub napominać? Przecież kto jest przeznaczony do zbawienia, to i tak będzie zbawiony. Kto zaś - pomimo tego, że należy do zboru – zbawienia nie przyjął, tego nie ma sensu napominać i go poprawiać, bo co byśmy nie zrobili, to i tak któregoś dnia odejdzie on w świat. Mało tego, jeżeli zbawienie nie zależy od aktualnej wiary i stanu naszego serca przed Bogiem, to jak mamy ustalić, czy jesteśmy zbawieni? Nauka o predestynacji – to są duchowe manowce!
Wszystko w kwestii naszego zbawienia staje się jasne, gdy spojrzymy na nie z ewangeliczną prostotą. Biblia mówi, że Syn Boży przyszedł na świat, aby zbawić ludzi z ich grzechów, usprawiedliwić i pojednać z Bogiem. Następuje to przez osobistą wiarę człowieka. Gdy uwierzymy w Jezusa Chrystusa otrzymujemy dar życia wiecznego. Zostajemy przez wiarę umieszczeni w Chrystusie i rozpoczyna się w nas proces zbawienia trwający przez całe doczesne życie, a polegający na upodabnianiu się do Chrystusa. Pan ze Swej strony zapewnia, że chce aby wszyscy ludzie byli zbawieni. Napełnia wierzących Duchem Świętym, który jest rękojmią naszego zbawienia. Kto trwa w Chrystusie, ten jest zbawiony. Kto porzuca drogę wiary i powraca do świata, ten naraża się na gniew i sąd Boży. Bóg - chociaż jest miłością - może nie okazać łaski temu, kto ją zlekceważył i przestał o nią zabiegać.
Zasada jest prosta: Sprawiedliwość nie uratuje sprawiedliwego, gdy popełnia występek, a bezbożność nie doprowadzi bezbożnego do upadku, gdy się odwróci od swojej bezbożności. Lecz i sprawiedliwy nie może żyć, gdy grzeszy. Gdy mówię do sprawiedliwego: Na pewno będziesz żył, a on, polegając na swojej sprawiedliwości, popełni występek, wtedy nie będzie się pamiętało wszystkich jego sprawiedliwych uczynków, lecz umrze z powodu występku, który popełnił. Lecz gdy mówię do bezbożnego: Na pewno umrzesz, a on odwróci się od swojego grzechu, będzie wypełniał prawo i sprawiedliwość, będzie oddawał zastaw, zwracał to, co zagrabił, postępował zgodnie z zasadami życia, nie popełniając występku, na pewno będzie żył, nie umrze. Nie będzie się pamiętało żadnych jego grzechów, które popełnił; będzie wypełniał prawo i sprawiedliwość, na pewno będzie żył [Ez 33,12-16].
Jeżeli grzeszący chrześcijanin czym prędzej się opamięta i ukorzy się przed Bogiem, dostąpi odpuszczenia grzechów, a jego duchowe życie zostanie odnowione. Jeżeli natomiast umrze w stanie duchowego odstępstwa od wiary, czeka go surowy sąd Boży. Pamiętajmy, że kres doczesnego życia może też nastąpić poprzez zapowiedziane Słowem Bożym nagłe, powtórne przyjście Chrystusa Pana. Przeto, umiłowani, oczekując tego starajcie się, abyście znalezieni zostali przed nim bez skazy i bez nagany, w pokoju [2Pt 3,14]. Ciesząc się darem wiecznego zbawienia powinniśmy doceniać okazaną nam łaskę Bożą i stale mieć się na baczności, bo jakże ujdziemy cało, jeżeli zlekceważymy tak wielkie zbawienie? [Hbr 2,3].
Czyż droga zbawienia nie jest prosta? Jest na tyle prosta, że nawet głupi na niej nie zbłądzi. Unikajmy duchowych manowców, ażeby, jak wąż chytrością swoją zwiódł Ewę, tak i myśli wasze nie zostały skażone i nie odwróciły się od szczerego oddania się Chrystusowi [2Ko 11,3].
07 sierpnia, 2016
06 sierpnia, 2016
Z cyklu: Nie jestem kalwinistą!
Od czterdziestu lat cieszę się darem żywota wiecznego i pewnością zbawienia. Jestem zbawiony z łaski Bożej, przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Gdyż z łaski jesteście zbawieni przez wiarę. Nie jest to waszym osiągnięciem, ale darem Boga [Ef 2,8]. Faktycznie wszystko zawdzięczam łasce Bożej. Także samą wiarę otrzymałem w darze od Boga, bo przecież wiara nie jest rzeczą wszystkich [2Ts 3,2].
Czy wobec tego już w żaden sposób nie grozi mi utrata wiary? Czy temu, kto wierzy w Boga nie może się przytrafić odstępstwo od wiary? A Duch wyraźnie mówi, że w czasach ostatecznych niektórzy odstąpią od wiary, a uchwycą się zwodniczych duchów i demonicznych nauk [1Tm 4,1]. Zdaniem ludzi głoszących nieutracalność zbawienia jeżeli ktoś pozostawia drogę naśladowania Pana Jezusa i odchodzi w świat, to znaczy, że nigdy wierzącym nie był. Dlaczego więc Duch wyraźnie mówi, że niektórzy odstąpią od wiary? Czyżby Duch nie wiedział o odstępcach tego, co wiedzą ludzie nauczający, że zbawienia stracić nie można?
Tajemnicą mojej pewności zbawienia jest to, że jestem w Chrystusie i moje życie jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu [Kol 3,3]. Podobnie jak Noe w arce był całkowicie bezpieczny w czasach potopu, tak i ja – trwając w Chrystusie - nie muszę drżeć, że wypadnę z łaski Bożej. Chrystus Pan jest moją arką zbawienia. Chociaż proces mojego zbawienia jeszcze trwa, to jednak codziennie cieszę się tym zbawieniem, jakby było ono już w pełni dokonane, mając tę pewność, że Ten, który rozpoczął w was dobre dzieło, będzie je też pełnił aż do dnia Chrystusa Jezusa [Flp 1,6].
Czy jednak w ogóle nie ma takiej opcji, że mógłbym dać się zwieść i opuścić drogę zbawienia? Czy Noe w arce był zbawiony, czy uwięziony? Miał wolność, by otworzyć okno i wyskoczyć, czy nie? Oczywiście, że mógłby opuścić arkę, ale tego nie zrobił. Wytrwał w niej aż do zakończenia potopu i dlatego przeżył. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony [Mk 13,13]. Mnie też nie przychodzi do głowy, by odwracać się od mojego kochanego Zbawiciela, Pana Jezusa Chrystusa. Rozumiejąc, jak wielka wspaniałomyślność spotkała mnie z Jego strony, absolutnie nie chcę opuszczać arki zbawienia. Czy jednak oznacza to, że w ogóle nie mam takiej możliwości?
Gdyby człowiek wierzący odchodząc w świat miał pewność, że - jak utrzymują kalwiniści - pomimo tego któregoś dnia łaska Boża i tak przywróci go z powrotem do społeczności z Bogiem, to w jakim celu Pan Jezus parę razy ostrzegł: Baczcie na siebie, aby serca wasze nie były ociężałe wskutek obżarstwa i opilstwa oraz troski o byt i aby ów dzień was nie zaskoczył niby sidło; przyjdzie bowiem znienacka na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc, modląc się cały czas, abyście mogli ujść przed tym wszystkim, co nastanie, i stanąć przed Synem Człowieczym [Łk 21,34-36]. Przecież kogoś, kto nie może odpaść, nie ma potrzeby w ten sposób napominać i niepotrzebnie niepokoić... Ostrzegać jak najbardziej należy tego, kto otrzymał i posiada drogocenny skarb, ale może go stracić, jeśli nie będzie czujny.
Duch wyraźnie mówi, że w czasach ostatecznych niektórzy odstąpią od wiary… Lecz my nie jesteśmy z tych, którzy się cofają i giną, lecz z tych, którzy wierzą i zachowują duszę [Hbr 10,39]. Nie jestem kalwinistą. Mam wszakże w Chrystusie pewność zbawienia i z radością ją zwiastuję wszystkim wierzącym!
Czy wobec tego już w żaden sposób nie grozi mi utrata wiary? Czy temu, kto wierzy w Boga nie może się przytrafić odstępstwo od wiary? A Duch wyraźnie mówi, że w czasach ostatecznych niektórzy odstąpią od wiary, a uchwycą się zwodniczych duchów i demonicznych nauk [1Tm 4,1]. Zdaniem ludzi głoszących nieutracalność zbawienia jeżeli ktoś pozostawia drogę naśladowania Pana Jezusa i odchodzi w świat, to znaczy, że nigdy wierzącym nie był. Dlaczego więc Duch wyraźnie mówi, że niektórzy odstąpią od wiary? Czyżby Duch nie wiedział o odstępcach tego, co wiedzą ludzie nauczający, że zbawienia stracić nie można?
Tajemnicą mojej pewności zbawienia jest to, że jestem w Chrystusie i moje życie jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu [Kol 3,3]. Podobnie jak Noe w arce był całkowicie bezpieczny w czasach potopu, tak i ja – trwając w Chrystusie - nie muszę drżeć, że wypadnę z łaski Bożej. Chrystus Pan jest moją arką zbawienia. Chociaż proces mojego zbawienia jeszcze trwa, to jednak codziennie cieszę się tym zbawieniem, jakby było ono już w pełni dokonane, mając tę pewność, że Ten, który rozpoczął w was dobre dzieło, będzie je też pełnił aż do dnia Chrystusa Jezusa [Flp 1,6].
Czy jednak w ogóle nie ma takiej opcji, że mógłbym dać się zwieść i opuścić drogę zbawienia? Czy Noe w arce był zbawiony, czy uwięziony? Miał wolność, by otworzyć okno i wyskoczyć, czy nie? Oczywiście, że mógłby opuścić arkę, ale tego nie zrobił. Wytrwał w niej aż do zakończenia potopu i dlatego przeżył. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony [Mk 13,13]. Mnie też nie przychodzi do głowy, by odwracać się od mojego kochanego Zbawiciela, Pana Jezusa Chrystusa. Rozumiejąc, jak wielka wspaniałomyślność spotkała mnie z Jego strony, absolutnie nie chcę opuszczać arki zbawienia. Czy jednak oznacza to, że w ogóle nie mam takiej możliwości?
Gdyby człowiek wierzący odchodząc w świat miał pewność, że - jak utrzymują kalwiniści - pomimo tego któregoś dnia łaska Boża i tak przywróci go z powrotem do społeczności z Bogiem, to w jakim celu Pan Jezus parę razy ostrzegł: Baczcie na siebie, aby serca wasze nie były ociężałe wskutek obżarstwa i opilstwa oraz troski o byt i aby ów dzień was nie zaskoczył niby sidło; przyjdzie bowiem znienacka na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc, modląc się cały czas, abyście mogli ujść przed tym wszystkim, co nastanie, i stanąć przed Synem Człowieczym [Łk 21,34-36]. Przecież kogoś, kto nie może odpaść, nie ma potrzeby w ten sposób napominać i niepotrzebnie niepokoić... Ostrzegać jak najbardziej należy tego, kto otrzymał i posiada drogocenny skarb, ale może go stracić, jeśli nie będzie czujny.
Duch wyraźnie mówi, że w czasach ostatecznych niektórzy odstąpią od wiary… Lecz my nie jesteśmy z tych, którzy się cofają i giną, lecz z tych, którzy wierzą i zachowują duszę [Hbr 10,39]. Nie jestem kalwinistą. Mam wszakże w Chrystusie pewność zbawienia i z radością ją zwiastuję wszystkim wierzącym!
05 sierpnia, 2016
Polscy bogowie
Od wielu miesięcy trwa w Polsce konflikt z sędziami w roli głównej. Przyzwyczajeni do absolutnej władzy panowie i panie nie są w stanie pogodzić się z myślą, że ktoś ośmieliłby się wkroczyć w ich lukratywny światek i cokolwiek w nim zmienił. Zdają się być całkowicie nietykalni. Nieraz słyszymy, że sąd skazał kogoś niesłusznie, lecz sędziowie nie ponoszą z tego tytułu żadnych konsekwencji. Pracują w tempie wołającym o pomstę do nieba, jednakże któż z poszkodowanych z powodu przedłużającego się procesu poda ich do sądu? Wielu Polakom nie chce się już na to patrzeć, jak dobrze odżywieni panowie z poczuciem wyższości w głosie lekceważą wszystko i wszystkich.
Dzisiejsze media uświadamiają nam dodatkowo, że pozycja sędziego – poza jego nietykalnością osobistą - wiąże się również z wieloma innymi przywilejami. Dowiadujemy się na przykład, że wyżej postawieni sędziowie zarabiają po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie i już po dziewięciu latach pracy mogą przejść na wypasioną emeryturę. Kto, słysząc takie rzeczy, potrafi nadal żywić przekonanie, że sędziowie są gwarancją sprawiedliwości społecznej w naszym państwie? Tylko jedno zdaje się być oczywiste. Sędzia ma w społeczeństwie praktycznie najwyższą pozycję. Z punktu widzenia zwykłego obywatela jest, jak bóg.
Właśnie tak postrzega sędziów Pismo Święte. Oto jak Bóg – nazywając ich bogami - dobiera się sędziom izraelskim do skóry: Bóg wstaje w zgromadzeniu Bożym, pośród bogów sprawuje sąd. Jak długo sądzić będziecie niesprawiedliwie i stawać po stronie bezbożnych? Bierzcie w obronę biedaka i sierotę, ubogiemu i potrzebującemu wymierzajcie sprawiedliwość! Ratujcie biedaka i nędzarza, wyrwijcie go z ręki bezbożnych! Lecz oni nic nie wiedzą i nic nie pojmują, w ciemności postępują, chwieją się wszystkie posady ziemi. Rzekłem: Wyście bogami i wy wszyscy jesteście synami Najwyższego, lecz jak ludzie pomrzecie i upadniecie jak każdy książę [Ps 82,1-7].
Od dawna w niektórych środowiskach charyzmatycznych funkcjonuje pogląd, że człowiek może stać się bogiem, a powyższe słowa rzekomo mają to potwierdzać. Zupełnie nie dostrzegam w nich takiej myśli. Owszem, Jezus przywołał je rozmawiając z Żydami, którzy odmawiali Mu prawa do tego, by zwał się Synem Bożym [zobacz Jn 10,34], ale On faktycznie Nim był. Gdy ktoś z ludzi twierdzi, że przez wiarę w Chrystusa stał się bogiem, mówi nieprawdę. Owszem, mamy stawać się podobni do Syna Bożego w sensie nabywania cech Jego charakteru, Jego sposobu myślenia i postępowania. Owszem, w Chrystusie staliśmy się uczestnikami boskiej natury, lecz nikt z nas nie może stać się Bogiem. Bóg jest tylko jeden! Do mnie się zwróćcie, wszystkie krańce ziemi, abyście były zbawione, bo Ja jestem Bogiem i nie ma innego [Iz 45,22]. Nie o tym jednak dzisiaj piszę, więc powróćmy do kwestii zachowania naszych sędziów.
Nie myślę, że środowisko sędziowskie da sobie odebrać jakieś przywileje. Utrzymają swą pozycję i dla milionów ludzi nadal będą bogami. Ponieważ jednak z racji swej roli społecznej powinni zachowywać się jak synowie Najwyższego, a tak się nie zachowują, któregoś dnia Najwyższy postawi ich przed Swoim tronem sędziowskim. Niech szumi morze i to, co je napełnia, świat i jego mieszkańcy! Niech rzeki klaszczą w dłonie, a góry niech się radują razem przed Panem, bo idzie, aby sądzić ziemię! Będzie sądził świat sprawiedliwie i narody według słuszności [Ps 98,7-9].
Polskich bogów też to dotyczy.
Dzisiejsze media uświadamiają nam dodatkowo, że pozycja sędziego – poza jego nietykalnością osobistą - wiąże się również z wieloma innymi przywilejami. Dowiadujemy się na przykład, że wyżej postawieni sędziowie zarabiają po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie i już po dziewięciu latach pracy mogą przejść na wypasioną emeryturę. Kto, słysząc takie rzeczy, potrafi nadal żywić przekonanie, że sędziowie są gwarancją sprawiedliwości społecznej w naszym państwie? Tylko jedno zdaje się być oczywiste. Sędzia ma w społeczeństwie praktycznie najwyższą pozycję. Z punktu widzenia zwykłego obywatela jest, jak bóg.
Właśnie tak postrzega sędziów Pismo Święte. Oto jak Bóg – nazywając ich bogami - dobiera się sędziom izraelskim do skóry: Bóg wstaje w zgromadzeniu Bożym, pośród bogów sprawuje sąd. Jak długo sądzić będziecie niesprawiedliwie i stawać po stronie bezbożnych? Bierzcie w obronę biedaka i sierotę, ubogiemu i potrzebującemu wymierzajcie sprawiedliwość! Ratujcie biedaka i nędzarza, wyrwijcie go z ręki bezbożnych! Lecz oni nic nie wiedzą i nic nie pojmują, w ciemności postępują, chwieją się wszystkie posady ziemi. Rzekłem: Wyście bogami i wy wszyscy jesteście synami Najwyższego, lecz jak ludzie pomrzecie i upadniecie jak każdy książę [Ps 82,1-7].
Od dawna w niektórych środowiskach charyzmatycznych funkcjonuje pogląd, że człowiek może stać się bogiem, a powyższe słowa rzekomo mają to potwierdzać. Zupełnie nie dostrzegam w nich takiej myśli. Owszem, Jezus przywołał je rozmawiając z Żydami, którzy odmawiali Mu prawa do tego, by zwał się Synem Bożym [zobacz Jn 10,34], ale On faktycznie Nim był. Gdy ktoś z ludzi twierdzi, że przez wiarę w Chrystusa stał się bogiem, mówi nieprawdę. Owszem, mamy stawać się podobni do Syna Bożego w sensie nabywania cech Jego charakteru, Jego sposobu myślenia i postępowania. Owszem, w Chrystusie staliśmy się uczestnikami boskiej natury, lecz nikt z nas nie może stać się Bogiem. Bóg jest tylko jeden! Do mnie się zwróćcie, wszystkie krańce ziemi, abyście były zbawione, bo Ja jestem Bogiem i nie ma innego [Iz 45,22]. Nie o tym jednak dzisiaj piszę, więc powróćmy do kwestii zachowania naszych sędziów.
Nie myślę, że środowisko sędziowskie da sobie odebrać jakieś przywileje. Utrzymają swą pozycję i dla milionów ludzi nadal będą bogami. Ponieważ jednak z racji swej roli społecznej powinni zachowywać się jak synowie Najwyższego, a tak się nie zachowują, któregoś dnia Najwyższy postawi ich przed Swoim tronem sędziowskim. Niech szumi morze i to, co je napełnia, świat i jego mieszkańcy! Niech rzeki klaszczą w dłonie, a góry niech się radują razem przed Panem, bo idzie, aby sądzić ziemię! Będzie sądził świat sprawiedliwie i narody według słuszności [Ps 98,7-9].
Polskich bogów też to dotyczy.
02 sierpnia, 2016
Staram się ich zrozumieć
Chociaż w tych dniach jestem zajęty pracami wykończeniowymi przy sali zgromadzeń Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku, to i tak dochodzą mnie słuchy, że sporo ewangelicznie wierzących chrześcijan zaangażowało się w zakończone już Światowe Dni Młodzieży. Jedni użyli danych im przed Boga talentów i na tę okoliczność oprawiali muzycznie rzymskokatolickie imprezy. Drudzy rozmaicie opiewali rozmiary, wspaniałość i doniosłość wydarzenia, zachwycając się sylwetką papieża, duchowością młodzieży i odbywającą się na ogromną skalę – ich zdaniem – ewangelizacją Polaków.
Znam niektórych spośród rzeczonych chrześcijan osobiście. Nie wątpię w ich szczere nawrócenie przed laty i oddanie się sprawom Królestwa Bożego. Tym bardziej więc staram się zrozumieć, skąd w nich dziś taka otwartość i gotowość do uczestniczenia w duchowości, którą jeszcze wczoraj uznawali za bałwochwalczą? Wytężam serce i umysł aby pojąć, co powoduje ludźmi, którzy kiedyś opuścili swoje parafie, przyłączyli się do któregoś z ewangelicznych zborów, stanęli dzięki temu na nogi, rozwinęli się, zostali obdarowani, a teraz ów nabyty duchowy potencjał oddają w służbę niebiblijnej religii? Do jakich wniosków dochodzę?
Ludzie od zawsze pragną pochwał i popularności. Chcą przynależeć do środowiska o dużej liczebności i noszą w sobie potrzebę udziału w sprawach powszechnie cenionych. Im większa społeczność, tym więcej kamer, świateł i zaciekawionych spojrzeń. Tym też liczniejsze grono odbiorców i wdzięcznych nabywców. Nie każdemu przytrafia się tak okazja!
Przyłączający się do ewangelicznego zboru początkujący chrześcijanie zdają się czuć wyróżnieni z powodu wybrania i powołania Bożego. Miłują Pana oraz prostych Jego naśladowców. Cieszą się ich towarzystwem i chętnie z nimi przebywają. Po pewnym jednak czasie niektórzy z nich odczuwają brak tzw. szerszego kontekstu. Powoli zaczyna do nich docierać, że w zborze nie zrobią żadnej kariery. Zawsze będą w nim po prostu bratem lub siostrą w Chrystusie i nikim więcej. Większość polskich zborów nie sięga setki ludzi, nie ma więc jak wypłynąć na szersze wody. Nie zaglądają tu dziennikarze, politycy, artyści i biznesmeni. Niewielu tu mądrych według ciała, niewielu możnych, niewielu wysokiego rodu [1Ko 1,26], a oni chcą teraz sięgać gwiazd. Wyrośli w zborze, otrzymali dobry życiowy fundament, podnieśli się z upadku, zostali wyzwoleni z nałogów, wyszli z długów, jednym słowem – wszystko zawdzięczają biblijnej wierze w Jezusa Chrystusa. Tak wyposażeni, za apostołem powtarzając: zmierzam do celu, do nagrody w górze, do której zostałem powołany przez Boga w Chrystusie Jezusie [Flp 3,14], mogliby wieść piękny i spokojny żywot ku chwale i czci Pana, gdyby nie obudziła się w nich miłość do świata i jego atrakcji.
Wiadomo, są na tyle uświadomieni duchowo, że - ot tak, wprost - nie odwrócą się od wiary i nie odejdą umiłowawszy świat doczesny. Ale też nie wystarcza im już występowanie w zaledwie kilkudziesięcioosobowym zborze. Chcą być popularni, przynajmniej na tyle, aby można było z tego wyżyć. Perspektywa obracania się przez całe życie w środowisku mniejszościowej społeczności na tyle nie jest po ich myśli, że zaczynają rozglądać się za możliwością pokazania się całemu światu.
Kościoły większościowe mają - spragnionym szerszego aplauzu - ewangelicznie wierzącym artystom wiele do zaoferowania. Dają dużą scenę, tłumne audytoria, godziwe honoraria, a do tego – co wciąż ma tu duże znaczenie – złudzenie służenia Bogu i poczucie udziału w wielkiej ewangelizacji naszego narodu. Wow! Przecież niemal każdy zbór modli się o coś takiego od lat, przecież o to zawsze nam chodziło! Lokalnego zboru jakoś wciąż nie stać na zorganizowanie ewangelizacji o takich rozmiarach, a tu pod ręką mikrofon, dobry instrument i aplauz chrześcijańskich przecież tłumów. Jakże tu nie skorzystać z tak wspaniałej okazji do dzielenia się ewangelią!?
Tylko nieliczni chrześcijanie zdają sobie sprawę z tego, że wypływając szerokie wody zbiorowej religijności, popełniają grzech duchowego wszeteczeństwa. Przypomina mi się tutaj postawa Aarona w czasie, gdy Mojżesz na górze wsłuchiwał się w głos Boży i odbierał kamienne tablice Dekalogu. Skonfrontowany z większościowym myśleniem ów sługa Boży nie stanął, niestety, na wysokości zadania. Nie tylko nie skarcił ludu, ale postarał się o to, aby ich niewierności nadać cechy normalnej dotychczasowej służby Bogu. Zobaczywszy to, zbudował Aaron ołtarz przed nim i kazał obwołać: Jutro będzie święto Pana. I wstawszy nazajutrz wcześnie rano, złożyli ofiary całopalne i przynieśli ofiary pojednania; i usiadł lud, aby jeść i pić. Potem wstali, aby się bawić [2Mo 32,5-6]. Niewykluczone, że Aaron był nawet przekonany o słuszności swego postępowania, jednakże Bóg widział to inaczej. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Zejdź na dół, gdyż sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej. Rychło zeszli z drogi, jaką im nakazałem. Zrobili sobie cielca ulanego, oddali mu pokłon, złożyli mu ofiarę … [2Mo 32,7-8].
Izraelici według nauki apostolskiej zamienili Boga prawdziwego na fałszywego i oddawali cześć, i służyli stworzeniu zamiast Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki. Amen. [Rz 1,25]. Niby te same słowa, nazwy, gesty i ofiary, a jednak Bóg był całkowicie nie ten sam. Nie bądźcie też bałwochwalcami, jak niektórzy z nich; jak napisano: Usiadł lud, aby jeść i pić, i wstali, aby się bawić [1Ko 10,7]. Czyż naprawdę nie dostrzegali różnicy pomiędzy Niewidzialnym, a ulanym z biżuterii złotym cielcem?
Staram się zrozumieć braci i siostry w Chrystusie, którzy spragnieni ludzkiej chwały, w imię bardziej efektywnego służenia Bogu przyjmują zaproszenia do wystąpień i akcji, atrakcyjniejszych od tych, jakie oferuje im ich lokalny zbór czy też mniejszościowy kościół. Czy są przy tym świadomi rozmiarów duchowego kompromisu, na jaki się decydują? Czyż przy tym nie dostrzegają, że swoim pięknym przecież śpiewem lub mądrym wykładem utwierdzają ludzi w niebiblijnej religijności? Czy Jezus zaproszony przez faryzeuszy i kapłanów na ich doroczny kongres np. w celu odczytania, ale bez możliwości komentarza, fragmentu Tory, wziąłby w czymś takim udział?
Staram się zrozumieć moich kochanych braci i siostry w Chrystusie, ale jakoś nie potrafię…
Znam niektórych spośród rzeczonych chrześcijan osobiście. Nie wątpię w ich szczere nawrócenie przed laty i oddanie się sprawom Królestwa Bożego. Tym bardziej więc staram się zrozumieć, skąd w nich dziś taka otwartość i gotowość do uczestniczenia w duchowości, którą jeszcze wczoraj uznawali za bałwochwalczą? Wytężam serce i umysł aby pojąć, co powoduje ludźmi, którzy kiedyś opuścili swoje parafie, przyłączyli się do któregoś z ewangelicznych zborów, stanęli dzięki temu na nogi, rozwinęli się, zostali obdarowani, a teraz ów nabyty duchowy potencjał oddają w służbę niebiblijnej religii? Do jakich wniosków dochodzę?
Ludzie od zawsze pragną pochwał i popularności. Chcą przynależeć do środowiska o dużej liczebności i noszą w sobie potrzebę udziału w sprawach powszechnie cenionych. Im większa społeczność, tym więcej kamer, świateł i zaciekawionych spojrzeń. Tym też liczniejsze grono odbiorców i wdzięcznych nabywców. Nie każdemu przytrafia się tak okazja!
Przyłączający się do ewangelicznego zboru początkujący chrześcijanie zdają się czuć wyróżnieni z powodu wybrania i powołania Bożego. Miłują Pana oraz prostych Jego naśladowców. Cieszą się ich towarzystwem i chętnie z nimi przebywają. Po pewnym jednak czasie niektórzy z nich odczuwają brak tzw. szerszego kontekstu. Powoli zaczyna do nich docierać, że w zborze nie zrobią żadnej kariery. Zawsze będą w nim po prostu bratem lub siostrą w Chrystusie i nikim więcej. Większość polskich zborów nie sięga setki ludzi, nie ma więc jak wypłynąć na szersze wody. Nie zaglądają tu dziennikarze, politycy, artyści i biznesmeni. Niewielu tu mądrych według ciała, niewielu możnych, niewielu wysokiego rodu [1Ko 1,26], a oni chcą teraz sięgać gwiazd. Wyrośli w zborze, otrzymali dobry życiowy fundament, podnieśli się z upadku, zostali wyzwoleni z nałogów, wyszli z długów, jednym słowem – wszystko zawdzięczają biblijnej wierze w Jezusa Chrystusa. Tak wyposażeni, za apostołem powtarzając: zmierzam do celu, do nagrody w górze, do której zostałem powołany przez Boga w Chrystusie Jezusie [Flp 3,14], mogliby wieść piękny i spokojny żywot ku chwale i czci Pana, gdyby nie obudziła się w nich miłość do świata i jego atrakcji.
Wiadomo, są na tyle uświadomieni duchowo, że - ot tak, wprost - nie odwrócą się od wiary i nie odejdą umiłowawszy świat doczesny. Ale też nie wystarcza im już występowanie w zaledwie kilkudziesięcioosobowym zborze. Chcą być popularni, przynajmniej na tyle, aby można było z tego wyżyć. Perspektywa obracania się przez całe życie w środowisku mniejszościowej społeczności na tyle nie jest po ich myśli, że zaczynają rozglądać się za możliwością pokazania się całemu światu.
Kościoły większościowe mają - spragnionym szerszego aplauzu - ewangelicznie wierzącym artystom wiele do zaoferowania. Dają dużą scenę, tłumne audytoria, godziwe honoraria, a do tego – co wciąż ma tu duże znaczenie – złudzenie służenia Bogu i poczucie udziału w wielkiej ewangelizacji naszego narodu. Wow! Przecież niemal każdy zbór modli się o coś takiego od lat, przecież o to zawsze nam chodziło! Lokalnego zboru jakoś wciąż nie stać na zorganizowanie ewangelizacji o takich rozmiarach, a tu pod ręką mikrofon, dobry instrument i aplauz chrześcijańskich przecież tłumów. Jakże tu nie skorzystać z tak wspaniałej okazji do dzielenia się ewangelią!?
Tylko nieliczni chrześcijanie zdają sobie sprawę z tego, że wypływając szerokie wody zbiorowej religijności, popełniają grzech duchowego wszeteczeństwa. Przypomina mi się tutaj postawa Aarona w czasie, gdy Mojżesz na górze wsłuchiwał się w głos Boży i odbierał kamienne tablice Dekalogu. Skonfrontowany z większościowym myśleniem ów sługa Boży nie stanął, niestety, na wysokości zadania. Nie tylko nie skarcił ludu, ale postarał się o to, aby ich niewierności nadać cechy normalnej dotychczasowej służby Bogu. Zobaczywszy to, zbudował Aaron ołtarz przed nim i kazał obwołać: Jutro będzie święto Pana. I wstawszy nazajutrz wcześnie rano, złożyli ofiary całopalne i przynieśli ofiary pojednania; i usiadł lud, aby jeść i pić. Potem wstali, aby się bawić [2Mo 32,5-6]. Niewykluczone, że Aaron był nawet przekonany o słuszności swego postępowania, jednakże Bóg widział to inaczej. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Zejdź na dół, gdyż sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej. Rychło zeszli z drogi, jaką im nakazałem. Zrobili sobie cielca ulanego, oddali mu pokłon, złożyli mu ofiarę … [2Mo 32,7-8].
Izraelici według nauki apostolskiej zamienili Boga prawdziwego na fałszywego i oddawali cześć, i służyli stworzeniu zamiast Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki. Amen. [Rz 1,25]. Niby te same słowa, nazwy, gesty i ofiary, a jednak Bóg był całkowicie nie ten sam. Nie bądźcie też bałwochwalcami, jak niektórzy z nich; jak napisano: Usiadł lud, aby jeść i pić, i wstali, aby się bawić [1Ko 10,7]. Czyż naprawdę nie dostrzegali różnicy pomiędzy Niewidzialnym, a ulanym z biżuterii złotym cielcem?
Staram się zrozumieć braci i siostry w Chrystusie, którzy spragnieni ludzkiej chwały, w imię bardziej efektywnego służenia Bogu przyjmują zaproszenia do wystąpień i akcji, atrakcyjniejszych od tych, jakie oferuje im ich lokalny zbór czy też mniejszościowy kościół. Czy są przy tym świadomi rozmiarów duchowego kompromisu, na jaki się decydują? Czyż przy tym nie dostrzegają, że swoim pięknym przecież śpiewem lub mądrym wykładem utwierdzają ludzi w niebiblijnej religijności? Czy Jezus zaproszony przez faryzeuszy i kapłanów na ich doroczny kongres np. w celu odczytania, ale bez możliwości komentarza, fragmentu Tory, wziąłby w czymś takim udział?
Staram się zrozumieć moich kochanych braci i siostry w Chrystusie, ale jakoś nie potrafię…
Subskrybuj:
Posty (Atom)



