18 listopada, 2020

Korzenie donosicielstwa

Przykro to mówić, ale nie od dziś obserwujemy wśród ludzi zwyczaj donosicielstwa. Kierowcy z kamerkami wycinają ze swoich nagrań fragmenty z wykroczeniami innych użytkowników i nie proszeni przez nikogo, usłużnie wysyłają je do policji. Sąsiedzi bacznie obserwują komin za płotem i gdy tylko zauważą, że wydobywa się z niego jakiś siwy dym, czym prędzej na jego właściciela nasyłają straż miejską. Zdesperowana mama biegnie z drżącym sercem na moment do sklepu po mleko dla dziecka siedzącego bezpiecznie w samochodzie, a wracając już ma na plecach służby gotowe jej to dziecko odebrać z powodu donosu czujnej aktywistki. Starszy rolnik wypuszcza na podwórze niezbyt czystego konia, a natychmiast u jego bram stają miłośnicy zwierząt w asyście policji, by zabrać mu wszystkie zwierzęta do ich cudownego schroniska, utrzymywanego ze środków publicznych.

Co się dzieje z ludźmi, że w czasach wolności i demo(n)kracji tak na siebie nawzajem donoszą?! Co stało się z ludzkimi sercami, że zamiast okazać życzliwość, porozmawiać, zapytać, zaproponować pomoc, otoczyć opieką - czym prędzej wzywają bezduszne służby, które - jak najbardziej - lubią donosy, bo dzięki nim bez wysiłku mogą wykazać się skutecznością działania. Nie rozumiem, jak można naskarżyć na kogoś bez podjęcia wcześniej osobistej próby rozwiązania zauważonego problemu? Chyba, że chodzi o jakiś rodzaj odegrania się na denuncjowanej osobie...

Czytając dzisiaj Księgę Ezdrasza napotkałem na taki przypadek. Powracający z niewoli babilońskiej Judejczycy rozpoczęli odbudowę świątyni w Jerozolimie. Zaintrygowało to przyglądających się im "zza płotu" Samarytan. Najpierw, bynajmniej nie z przyjacielskich pobudek, zgłosili się, że chcą wziąć udział w tej odbudowie. Pozwólcie, że będziemy budować razem z wami, ponieważ podobnie jak wy czcimy waszego Boga i my także składamy Mu ofiary od czasów Asarchaddona, który nas tutaj sprowadził. Zorobabel jednak, Jeszua i pozostali naczelnicy rodów Izraela odpowiedzieli: Właściwie nic nas z sobą nie łączy na tyle, byśmy mieli wspólnie budować świątynię dla naszego Boga. My sami chcemy budować ją dla PANA, Boga Izraela, szczególnie, że tak nam nakazał Cyrus, król Persji [Ezd 4,2-3]. 

Jak najbardziej rozumiem postawę Judejczyków. Sam w podobnej sytuacji też bym tak postąpił. Lecz wtedy dla Żydów zaczęły się schody. Okoliczne ludy zaczęły zatem studzić zapał Judejczyków i odstraszać ich od budowy. Chcąc udaremnić ich plany, przekupywali nawet przeciwko nim urzędników [Ezd 4,4]. W końcu napisali donos. Niech będzie królowi wiadome, że Judejczycy, którzy od niego wyszli i przybyli do nas, do Jerozolimy, odbudowują to buntownicze i niegodziwe miasto, zmierzają do ukończenia muru i naprawiają fundamenty. Otóż niech będzie królowi wiadome, że gdy to miasto zostanie odbudowane, a jego mury zostaną ukończone, podatku, daniny ani ceł jego mieszkańcy płacić nie będą i dochód królewski ucierpi. Ponieważ jesteśmy zobowiązani wobec dworu i nie możemy patrzeć spokojnie na działanie na szkodę króla, to posyłamy niniejsze pismo z powiadomieniem króla o tutejszym stanie rzeczy... [Ezd 4,12-14].

Co za szuje?! Jak im nagle zaczęło zależeć na dochodach króla... Po pierwsze, Żydzi odbudowywali świątynię, a nie całe miasto. A po drugie, przecież Samarytanie wcześniej sami byli gotowi wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Gdy jednak im podziękowano za pomoc, ogarnęła ich zazdrość i z zawiści zaczęli na różne sposoby przeszkadzać. 

Coś mi się zdaje, że dzisiejsze donosicielstwo karmi się podobnymi pobudkami. Za filmikami, telefonami i wszelkiego rodzaju donosami kryją się "mali" ludzie, którym się w czymś nie powiodło... 

PS. Nie muszę dodawać, że najbardziej dla mnie przykrym przykładem zawiści jest to, co spotkało naszego PANA, Jezusa Chrystusa, ze strony przywódców religijnych Izraela: Gdy się więc zebrali, rzekł do nich Piłat: Którego chcecie, abym wam wypuścił, Barabasza czy Jezusa, którego zowią Chrystusem? Wiedział bowiem, że z zawiści go wydali. A gdy on siedział na krześle sędziowskim, posłała do niego żona jego i kazała mu powiedzieć: Nie wdawaj się z tym sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie przez niego wiele wycierpiałam. Ale arcykapłani i starsi nakłonili lud, aby prosili o Barabasza, a Jezusa aby stracono [Mt 27,17-20].

16 listopada, 2020

Kolejka po ludzki aplauz

Jezus Chrystus, mój PAN, przeżył na ziemi w ludzkiej skórze 33 lata. To kim był, mądrość i moc, jaką miał zwłaszcza w ostatnich trzech jego latach, to wszystko każdego dnia stwarzało Mu niezliczone okazje do wejścia na szczyty świata. Bez przymilania się do władzy, bez brania udziału w programach typu "Voice of..." mógł zawładnąć nie tylko ludzkimi sercami ale i przejąć władzę nad całym krajem. 

A jednak Jezus nie wszedł w żaden układ z ludźmi przynależącymi do świata. Nie zapisał się do żadnego stronnictwa, nie zrobił najmniejszego ukłonu w stronę ówczesnych polityków i hierarchów religijnych, by zyskać ich względy. Ciągle spotykał się z ludźmi aby wzywać ich do opamiętania, lecz duchowo pozostawał całkowicie oddzielony od świata.

Dobitnie świadczą o tym słowa Jezusa wypowiedziane tuż przed Jego aresztowaniem, które dziś rano przeczytałem: Nie będę już długo z wami rozmawiał. Władca tego świata jest już bowiem w drodze. We Mnie jednak nie ma nic, na co mógłby się powołać, nic, co by mogło nas łączyć [Jn 14,30].

Wierzę, że tak postępują prawdziwi naśladowcy Chrystusa Jezusa. Przestańcie wprzęgać się w nierówne jarzmo z niewierzącymi. Cóż za towarzystwo sprawiedliwości z bezprawiem? Co za wspólnota światła i ciemności? Co za harmonia między Chrystusem a Beliarem? Gdzie część wspólna wierzącego z niewierzącym? [2Ko 6,14-15].

Wstępując w ślady Pana Jezusa nie odczuwam potrzeby robienia kariery w tym świecie. Mam godność i poczucie wartości syna Bożego. Nie łaknę popularności dającej wstęp na salony świata. Jedno mnie interesuje i nakręca: Zyskać upodobanie w oczach Bożych i należycie przygotować się na moment, gdy On zabierze mnie do Siebie.

Był czas, gdy władca tego świata pokazał Jezusowi wszystkie królestwa świata w całej ich okazałości i zaproponował: Dam Ci to wszystko, jeśli tylko upadniesz przede mną i złożysz mi pokłon. Wówczas Jezus skierował do niego słowa: Odejdź szatanie! Gdyż jest napisane: Panu, swojemu Bogu, będziesz oddawał pokłon i służył jedynie Jemu [Mt 4,8-10]. 

Znam ludzi, którzy mogliby zrobić w tym świecie wielką karierę, a jednak świadomie z niej zrezygnowali na rzecz służenia chwale Bożej i zajęcia się sprawami Królestwa Bożego. Dumny z nich jestem. Dziękuję Bogu za nich, bo są mi przykładem dobrze ustawionych priorytetów naśladowcy Jezusa Chrystusa. Pan Jezus godny jest tego, aby Jego uczniowie oddali się Mu bez reszty i nie stawali w kolejce po oklaski świata.

13 listopada, 2020

Usypiacze sumień

Czytam dziś Treny. Ta krótka księga Biblii traktuje o upadku Jerozolimy i powodach tego nieszczęścia. Prorok Jeremiasz opisuje w niej sądy Boże nad świętym miastem, ubolewa nad jego losem, błaga Boga o zmiłowanie i wyraża nadzieję na duchową odnowę mieszkańców Jerozolimy. Nieszczęście już od dawna wisiało im nad głowami, a prawie nikt tego nie przepowiadał.

Gdy wśród ludu Bożego szerzyła się bezbożność i narastało odstępstwo, gdy zaczynało brakować bojaźni Bożej i posłuszeństwa Słowu Bożemu, wówczas powinni przemówić prorocy PANA. Powinni byli wzywać mieszkańców Jerozolimy do opamiętania. Trzeba było, aby wszyscy prorocy, jak jeden mąż, razem zaczęli nawracać lud Boży na właściwą drogę. Niestety, tylko nieliczni z nich stanęli na wysokości zadania, płacąc za to wysoką cenę społecznego ostracyzmu. 

Większość proroków miała dla Jerozolimy same pozytywne proroctwa. Twoi prorocy wieszczyli ci brednie i głupstwa. Nie obnażali twojej winy, by przywrócić ci powodzenie. Ich widzenia były marne, nęciły do odstępstwa [Tr 2,14]. Głównym zadaniem autentycznego proroka jest piętnowanie grzechów i nawoływanie do opamiętania. Jednak takie przepowiadanie nie zjednuje popularności a niekiedy bywa nawet niebezpieczne. Dlatego ówcześni prorocy woleli zachwycać się wciąż jeszcze piękną, ale już chylącą się ku upadkowi Jerozolimą i głosić ludziom pomyślność. Przewrotności twej nie wyjawili, by odwrócić wygnanie od ciebie, lecz miewali dla ciebie widzenia pełne marności i złudy [Tr 2,14 w przekładzie KUL].

Nie inaczej jest i dzisiaj. Ludzie lubią proroctwa. Z dreszczykiem na plecach, w poczuciu obcowania z czymś nadnaturalnym i transcendentnym, chętnie słuchają współczesnych proroków. I co z ich ust słyszą? Przede wszystkim zapowiedzi przebudzenia, rozwoju, zwycięstwa, dobrego wpływu i radosnego życia. Słyszą też wiele pochwał i motywacyjnych wskazówek. Coraz rzadziej rozbrzmiewają słowa piętnujące grzech i wzywające do uświęcenia. Dlaczego? Bo zeświecczeni chrześcijanie są żądni tego, co miłe dla ich ucha. Prorocy zaś chcą być lubiani i chętnie słuchani. Obmyślają więc coraz to nowe "inspiracje" zamiast ludziom po prostu głosić Słowo Boże.  

Mieszkańcom Jerozolimy przepowiednie ich proroków - chociaż miłe dla ucha - okazały się szkodliwe i zgubne. W obliczu naciągającego sądu Bożego usypiały ich sumienia i łudziły zapowiedziami dobrej przyszłości. A czym skończy się dla wierzących bieganie za dzisiejszymi prorokami? Widzenia większości z nich są pełne marności i złudy. Co komu po miłych słowach, jeżeli Bóg zapowiedział sąd i zaczyna wykonywać swój wyrok? 

Jak wielu z nas odważy się płacić cenę bycia prawdziwym prorokiem PANA?

12 listopada, 2020

Test pilnie potrzebny

W tych miesiącach, jak nigdy wcześniej, robimy testy na obecność koronawirusa. Poddajemy się temu badaniu nie tylko z troski o własne zdrowie. W wielu sytuacjach tego się od nas wymaga. Aby wejść do niektórych miejsc, wziąć udział w ważnym spotkaniu albo utrzymać miejsce pracy, trzeba poddać się badaniu i okazać się wolnym od infekcji. Nikogo już nie dziwi, że aby wjechać do niektórych krajów, na granicy trzeba przedstawić aktualny test na Covid-19 i udowodnić, że jesteśmy zdrowi.

A jak ma się sprawa naszego wejścia do Królestwa Bożego? Biblia uczy, że jego brama nie dla wszystkich jest jednakowo otwarta. Jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego [Jn 3,5] - powiedział Jezus. I nie wejdzie do niego nic nieczystego ani nikt, kto czyni obrzydliwość i kłamie, tylko ci, którzy są zapisani w księdze żywota Baranka [Obj 21,27]. Chcąc wejść do Królestwa Bożego nie tylko trzeba narodzić się na nowo i osiągnąć należyty poziom uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy PANA [Hbr 12,14]. Trzeba też nieustannie trwać przy Panu, bo kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony [Mt 24,13]. 

Dlatego w sprawie naszego zbawienia nie zdajemy się na ślepy los. Wierzymy Jezusowi Chrystusowi, bo nie ma w nikim innym zbawienia, gdyż nie dano nam ludziom żadnego innego imienia pod niebem, w którym moglibyśmy być zbawieni [Dz 4,12]. Wierzymy i wciąż na nowo w tej wierze się upewniamy. Badajcie samych siebie, czy trwacie w wierze, doświadczajcie siebie [2Ko 13,5] - radzi Biblia. Stosujemy się do jej wskazówek, bo chcemy mieć szeroko otwarte wejście do wiekuistego królestwa Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa [2Pt 1,11]. 

Skoro tak się rzeczy mają, potrzeba nam testu o wiele ważniejszego niż badanie na obecność koronawirusa. Trzeba, abyśmy zrobili sobie test na trwanie w Chrystusie. Ażeby uniknąć błędów, oprzemy się nie na własnych odczuciach, ani na kryteriach wymyślonych przez ludzi, lecz na Słowie Bożym. Tylko Biblia daje nam stuprocentową pewność prawidłowego wyniku. Proponuję, abyśmy na użytek tego rozważania skorzystali z następującej instrukcji apostolskiej: Ci którzy przestrzegają Jego przykazań, trwają w Nim, a On w nich. To natomiast, że On trwa w nas, poznajemy po Duchu, którego nam dał [1Jn 3,24]. 

Jak widać, w badaniu na trwanie w Chrystusie, liczy się nasz stosunek do przykazań naszego PANA oraz napełnienie Duchem Świętym. Należyte połączenie tych czynników przesądza o obopólnym i trwałym związku chrześcijanina z Bogiem i ten związek wyraża. Przyjrzyjmy się im bliżej.

Nie wiadomo dlaczego w środowiskach ewangelicznych utarło się przekonanie, że przykazania Boże nie mają już większego znaczenia, bo żyjemy w czasie łaski. A przecież łaska Boża nie jest zgodą na nieposłuszeństwo Słowu Bożemu i naszą samowolę. Jezus odchodząc do nieba powiedział: Idźcie więc i pozyskujcie uczniów pośród wszystkich narodów. Chrzcijcie ich w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego i uczcie przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem [Mt 28,19-20]. PAN przedstawił swoim uczniom cały szereg przykazań, a na koniec wezwał, aby uczyli ich przestrzegania.

Na podstawie powyższego polecenia kilka lat temu mieliśmy w gdańskim zborze cykl wykładów pt. Jak przestrzegać przykazań Jezusa? Już przy pierwszym podejściu do tematu wyodrębniliśmy ich ponad dwadzieścia. Opamiętajcie się! Wierzcie ewangelii! Szukajcie najpierw Królestwa Bożego! Czuwajcie! Bądźcie miłosierni! Głoście ewangelię! Miłujcie! Jedno po drugim, słowa Jezusa brzmią jak święte rozkazy. Jezus wprost powiedział, że Jego słowa są przykazaniem. Daję wam nowe przykazanie: Kochajcie się wzajemnie; kochajcie jedni drugich tak, jak Ja was ukochałem [Jn 13,34]. Zatem, Nowe Przymierze z Bogiem wiąże się z szeregiem przykazań Jezusa Chrystusa. 

Drugim pojęciem występującym w naszym tekście jest trwanie, czy - jak mówi Biblia Warszawska - mieszkanie w Bogu. Jest to zarazem nasze trwanie w Bogu jak i trwanie Boga w nas.  Dlatego trwania w Bogu nie można rozpatrywać jako wyniku jednostronnej decyzji. Bóg nie zamieszkuje w nas bez naszej wiedzy i zgody. Oto stoję u drzwi! Pukam. Jeśli ktoś usłyszy mój głos i otworzy drzwi, wstąpię do niego i będę z nim ucztował, a on ze Mną [Obj 3,20]. Tym bardziej my nie możemy znaleźć się w Chrystusie mocą jednostronnie wypowiedzianej deklaracji. Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który mnie posłał [Jn 6,44] - wyjaśnił Jezus. Nasza osobista chęć trwania w Bogu nie wystarczy, jeżeli Bóg nie zechce zamieszkać w nas.

Zarówno nasze trwanie w Bogu, jak i trwanie Boga w nas, nie są pojęciami abstrakcyjnymi. Objawia  się to w praktyczny sposób. Kto mówi, że trwa w Nim, powinien postępować tak, jak On [1Jn 2,6]. Słowne zapewnienia i deklaracje trwania w Jezusie na nic się nie zdadzą, jeżeli nie są połączone z praktycznym zastosowaniem się do Jego przykazań. Ten, kto zna moje przykazania i wypełnia je, jest człowiekiem, który Mnie kocha. Tego z kolei, który Mnie kocha, miłością otoczy mój Ojciec i Ja będę go kochał, i objawię mu samego siebie [Jn 14,21]. Nasz tekst przewodni stwierdza: Ci, którzy przestrzegają Jego przykazań, trwają w Nim, a On w nich. Właśnie tak pokazujemy Bogu i ludziom, że trwamy w Jezusie. A jak On pokazuje, że mieszka w nas?

To natomiast, że On trwa w nas, poznajemy po Duchu, którego nam dał - przeczytaliśmy na początku. Zbliżając się do jakiegoś domu i przyglądając się mu, możemy nie tylko stwierdzić, czy jest on zamieszkany, czy opuszczony. Wygląd domu sporo mówi nam też o tym, kim są jego mieszkańcy. Czy są pracowici, czy leniwi? Bogaci czy ubodzy? Nie inaczej jest z naszym sercem. Przyglądając się samemu sobie, analizując własne myśli i zachowanie, możemy ustalić kto, lub co w nas zamieszkuje. Wiadomo, co bierze się z ciała: nierząd, nieczystość, rozpusta, oddawanie czci bożyszczom, wróżbiarstwo, wrogość, kłótliwość, zazdrość, porywczość, zaczepność, krnąbrność, brak troski o jedność, zawiść, chęć mordu, pijaństwo, rozpasanie i tym podobne. Zapowiadam wam teraz, tak jak czyniłem to wcześniej, że ci, którzy się tych rzeczy dopuszczają, nie odziedziczą Królestwa Bożego. Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, powściągliwość [Ga 5,19-23]. 

Obecność Jezusa w nas objawia się napełnieniem Duchem Świętym. Nie w każdym człowieku zwącym się chrześcijaninem mieszka Duch Święty. Widać to po naszym zachowaniu. Biblia mówi: Jeszcze bowiem cieleśni jesteście. Bo skoro między wami jest zazdrość i kłótnia, to czyż cieleśni nie jesteście i czy na sposób ludzki nie postępujecie? [1Ko 3,3]. Uwaga! Nikt sam siebie nie może zapieczętować Duchem Świętym. Tylko Bóg może postawić tę pieczęć przynależności do Boga na człowieku. Bóg też może ją zdjąć. Dlatego król Dawid, po tym jak zgrzeszył, w pokucie błagał Boga, aby nie odbierał mu swego Ducha Świętego. Gdy wprowadzam się do nowego mieszkania, na drzwiach zawieszam tabliczkę ze swoim nazwiskiem. Gdy się wyprowadzam, tabliczkę tę zdejmuję. Bóg zamieszkuje w nas poprzez Ducha Świętego, i po tym Duchu, którego nam dał, poznajemy, że  w nas mieszka. Jak to odbywa się i wyraża w praktyce, wiedzą ci, którzy zostali napełnieni Duchem Świętym.

Powróćmy jeszcze do myśli o badaniach lekarskich. W jakich okolicznościach je robimy? Mówią nam, że koniecznie trzeba się przebadać po osiągnięciu określonych lat życia. Poddajemy się badaniu, gdy zauważamy w sobie jakieś niepokojące objawy. Idziemy na badania również wówczas, gdy chcemy utrzymać się na zajmowanym stanowisku pracy. A jakie myśli towarzyszą nam w oczekiwaniu na wyniki badań i jakie emocje po ich otrzymaniu? Najpierw z drżącym sercem czekamy na to, co wykażą testy zdrowotne, a potem - albo odczuwamy wielką ulgę, albo niepokój, co dalej z nami będzie. 

Dzisiaj robimy sobie test na trwanie w Chrystusie. Potrzebny on jest dla osób długo już wierzących, bo po kilkudziesięciu latach wiary trzeba zbadać samych siebie, czy trwamy w PANU, jak trzeba. A może pojawiły się w nas niepokojące objawy typu; miłość do świata, przywiązanie do rzeczy materialnych, zwątpienie, niechęć do braci i sióstr w Chrystusie, brak wyrzutów sumienia itd. W takiej sytuacji wyjątkowo ważne jest to, że dzisiaj w tym teście bierzemy udział. Sprawdzenie czy trwamy w Chrystusie niemniej jest ważne, gdy udzielamy się w służbie chrześcijańskiej i zajmujemy jakieś stanowisko kościelne. Bez tego testu mogłoby się okazać, że zamiast budować ludzi i pomagać innym w duchowym wzroście, zaczniemy ich zarażać naszymi grzechami.

Kończymy test na trwanie w Chrystusie. Jaki jest jego wynik? Jak się czujemy? Mam nadzieję, że wielu z nas odetchnęło z ulgą. Przestrzegamy przykazań Jezusa i codziennie jesteśmy pełni Ducha, co dobitnie świadczy o tym, że trwamy w Bogu, a On w nas. Tym wszystkim osobom w imię Pańskie mówię: Trzymaj co masz, aby nikt nie wziął korony twojej [Obj 3,11]. 

Mam wszakże nie mniejszą nadzieję, że niektórych z nas dzisiejszy test swoimi niejednoznacznymi wynikami zaniepokoił. Takim osobom radzę abyśmy poddali się duchowej kwarantannie. Wyłączmy telewizor i telefon. Weźmy do ręki Biblię i poszukajmy miejsca, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzać w modlitwie. Czasem wystarczy oddzielić się na jakiś czas, aby na nowo uporządkować swoje relacje z Bogiem. Może się jednak okazać, że już potrzebujemy "respiratora" i tylko wtedy odzyskamy duchowe zdrowie, gdy otworzymy się na dodatkową pomoc. Tak czy owak, nie wolno nam całej sprawy zlekceważyć. Dlatego w miejsce Chrystusa głosimy poselstwo jakby samego Boga, który przez nas kieruje do ludzi wezwanie. W miejsce Chrystusa błagamy: pojednajcie się z Bogiem [2Ko 5,20].

04 listopada, 2020

Związek wiary, modlitwy i prośby

Dzisiaj od rana rozmyślam nad słowami Jezusa, zapisanymi w Ewangelii św. Mateusza: I wszystko, o cokolwiek poprosilibyście w modlitwie, wierząc - otrzymacie [Mt 21,22]. Jak rozumieć tę obietnicę naszego PANA? Już niejeden powierzchowny chrześcijanin bardzo się rozczarował podchodząc do niej bez duchowego zrozumienia.

Chrystus Pan wskazał w powyższych słowach, że jeżeli chcemy otrzymać coś od Boga, to musi w nas w danej sprawie zaistnieć związek wiary, modlitwy i prośby. Potwierdzają to również słowa Ewangelii św. Jana:  Jeśli we Mnie trwać będziecie, a moje słowa trwać będą w was, proście o cokolwiek chcecie, a stanie się wam [Jn 15,7]. Przybliżmy sobie pokrótce znaczenie tych biblijnych pojęć.

1. Wiara. Jest to postawa zaufania do Boga poprzez całkowite zdanie się na Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Wszystko, czego chrześcijanin pragnie, czego się spodziewa i o co zabiega, wypływa z jego miłości do Boga, osobistego związku z Jezusem Chrystusem i posłuszeństwa Słowu Bożemu. Gdy Biblia mówi, że wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy [Hbr 11,1], ma na myśli nasze nadzieje i przeświadczenia rodzące się w bliskiej społeczności z Bogiem, a nie jakieś ciągotki i marzenia bezbożnego serca.

2. Modlitwa. Modlitwą jest czas świadomie spędzany z Bogiem. Jest to osobista społeczność z Jezusem Chrystusem dzięki Duchowi Świętemu, który w nas mieszka. Bóg życzy sobie, abyśmy nieustannie żyli w postawie modlitwy. Bez przystanku się módlcie [1Ts 5,17] - wzywa Słowo Boże. Modlitwa, to chodzenie z Bogiem, to trwanie sercem i myślami przy naszym Panu w każdych okolicznościach codziennego życia. Dobrze tę myśl oddają słowa nauki apostolskiej: Ale wy, umiłowani, budujcie siebie w oparciu o najświętszą wiarę waszą, módlcie się w Duchu Świętym [Jk 1,20].

3. Prośba. Jest to szczególna chwila modlitwy, gdy będąc w bliskości z Bogiem, w imieniu Jezusa przedstawiamy naszemu Ojcu konkretną potrzebę. Proście, a będzie wam dane [Mt 7,7] - zachęca Jezus w Kazaniu na Górze. Trzeba nam w modlitwie powierzyć prośby nasze Bogu [zob. Flp 4,6]. Nie macie, bo nie prosicie. Prosicie, a nie otrzymujecie, dlatego, że źle prosicie, zamyślając to zużyć na zaspokojenie swoich namiętności [Jk 4,2b-3]. Prośbę do Boga należy formułować i przedkładać w atmosferze modlitwy wynikającej z wiary.

Teraz ponownie zwróćmy się ku zacytowanym na wstępie słowom Jezusa. Wierząc, wszystko otrzymacie, o co w modlitwie prosić będziecie (w przekładzie KUL). Czy dobrze je rozumiemy?  Mowa w nich o potrójnym wiązaniu. Prawdziwa wiara pragnie modlitwy. Modlitwa wypływająca z wiary daje możliwość poproszenia Boga o cokolwiek, lecz wierzący w takim stanie ducha już nie o wszystko prosi. Prosi tylko o to, co jest zgodne z wolą Bożą, co jest wyrazem miłowania Boga ponad wszystko i trwania chrześcijanina w Słowie Bożym. A gdy prosi w modlitwie z wiarą, to otrzymuje!

01 listopada, 2020

Takiej miłości nam potrzeba!

Chyba wszyscy zwykliśmy zachwycać się i chlubić tym, że Bóg nas kocha. Bywa, że powtarzając to sobie samym, a też innym, nie zastanawiamy się zbytnio nad głębią i niezwykłością tej miłości. W swej powierzchowności możemy nawet nabrać przekonania, że Boża miłość niejako nam się należy. Tymczasem wszyscy bez wyjątku zasłużyliśmy na karę, a nie na życzliwość i okazywanie nam miłości. To, że mimo naszych grzechów Bóg nas kocha, jest najbardziej wstrząsającą i poruszającą prawdą pod słońcem. Zilustruję to historią napotkaną ostatnio w książce pt. "Żyjąc ponad przeciętność".

"Ernie był oficerem amerykańskiej armii stacjonującej w dużej bazie wojskowej na terenie Stanów Zjednoczonych. Elise zrezygnowała z pracy zawodowej, ponieważ czuła, że jej powołaniem jest wychowanie dwójki ich dzieci. Poza zwykłymi, niewielkimi sprzeczkami, ich małżeństwo można było uznać za szczęśliwe. 

I wtedy Ernie został przeniesiony do Japonii. W tamtych czasach rodzina nie zawsze mogła towarzyszyć żołnierzowi. Możliwy był kontakt listowny i ta rodzina była blisko siebie dzięki listom. W każdym tygodniu najważniejszym wydarzeniem był list od Tatusia. Dzieci siadały na podłodze obok mamusi, która czytała im list. Wiadomości od Tatusia były przedmiotem rozmów do końca dnia. Wydawało się, jakby był niedaleko nich. 

Toteż powodem do podniesienia alarmu był tydzień, w którym list nie nadszedł. Wyobraźnia Elise działała na pełnych obrotach. Wyobrażała sobie, że Ernie jest chory albo że miał wypadek, albo że wysłali go na jakąś niebezpieczną, tajną misję.

Minęły trzy tygodnie i nadal nie było listu. Potem cztery... W końcu list nadszedł i okazał się potężnym ciosem dla Elise. Jej ostatnie obawy okazały się prawdziwe. To było wręcz nieprawdopodobne. Co ona takiego zrobiła, by sobie na to zasłużyć? Była zdruzgotana, zbyt przybita, by podzielić się tym z dziećmi. 

Wreszcie jedno z dzieci zapytało: "Co się dzieje, mamo? Czy coś złego stało się Tatusiowi? Co napisał w liście?" Powiedzenie dzieciom, że ich ojciec zakochał się w innej kobiecie, było dla nie wręcz niewyobrażalną torturą. Widziała jak były zszokowane. Nie były oczywiście w stanie wszystkiego pojąć od razu, ale zdawały sobie sprawę z tego, że ich Tatuś już do nich nie wróci. W końcu jedno z nich powiedziało: "Mamusiu, czy mogę cię o coś zapytać? Czy to, że tatuś już nas nie kocha znaczy, że my też nie możemy go kochać?"

Elise została porażona tym pytaniem. Przypomniało jej słowa z Psalmu 8: "Z ust dzieci i niemowląt ugruntowałeś moc na przekór nieprzyjaciołom swoim... [Ps 8,3].

W swojej rozpaczy i smutku nie pomyślała o tym. Po chwili zmagania się z tym pytaniem, ze ściśniętym gardłem odpowiedziała: "Nie, my nadal możemy go kochać". 

Jej młodszy synek powiedział: "To napisz do niego i poproś, żeby ciągle przysyłał do nas listy, ponieważ my nadal chcemy go kochać". 

To oznaczało, że listy od niego będą przychodziły. I w miarę jak przychodziły, wyłaniała się z nich historia jego niewierności. Okazało się, że zakochał się w piętnastoletniej służącej. Później miał z nią kilkoro dzieci. Elise nadal trudno było w to uwierzyć, ale to jeszcze nie był koniec złych wieści. Kolejna "niespodzianka" czekała tuż za rogiem. 

Pewnego dnia Ernie napisał do niej: "Droga Elise, przepraszam, że muszę coś takiego napisać, ale został u mnie zdiagnozowany nowotwór i nie pozostało mi wiele życia. Straciłem moją emeryturę i żyjemy bardzo skromnie. Czy mogłabyś po mojej śmierci pomóc finansowo mojej rodzinie?".

Po przeczytaniu tego, Elise powiedziała do siebie: "Jeszcze tylko tego mi brakowało". Nie mogła uwierzyć w jego tupet i brak wstydu. Żadnego słowa przeprosin, żadnego żalu ani prośby o przebaczenie. Wprost nie do wiary.

Jednak w przypływie rozsądnej refleksji, przypomniało jej się pytanie jej synka: "Mamusiu, skoro Tatuś już nas nie kocha, czy to znaczy, że my też nie możemy go kochać?".

Napisała więc odpowiedź na jego list, wyjaśniając, że nie może wysyłać pieniędzy, ale coś może zrobić. Zasugerowała mu: "Zorganizuj przyjazd twojej rodziny do Stanów po twojej śmierci. Będą mogli zamieszkać w tym domu, a ja nauczę ich, jak być samowystarczalnym". 

I tak właśnie się stało. Elise wyjaśniła później: "Miałam do wyboru albo spojrzeć na przeszłość i przekląć tego człowieka za to, co mi zrobił, albo podziękować Bogu za to, że pozwolił mi świecić Jego światłem w ciemnym tunelu tego świata". 

Bez wątpienia bycie światłem w ciemnym tunelu oznaczało też dzielenie się ewangelią z "adoptowaną" rodziną, żeby oni również mogli stać się światłem dla Pana.

Arcybiskup Temple miał rację mówiąc: "Odpłacanie złem za dobro jest diabelskie. Oddawanie dobrem za dobro jest ludzkie. Odpłacanie dobrem za zło jest boskie". (Z książki Williama McDonalda pt. "Żyjąc ponad przeciętność". Rozdział 24. Zadziwiająca łaska). 

Każdy z nas jest przed Bogiem, jak ów Ernie. Wszyscy jesteśmy grzesznikami. Wszyscy jak owce zbłądziliśmy; zboczyliśmy - każdy na własną drogę [Iz 53,6]. Zapłatą za grzech jest śmierć [Rz 6,23]. Śmierć nam się należała, a nie łaska i życzliwość. Jednakże Bóg w swojej miłości okazał się nad wyraz wspaniałomyślny. Chrystus bowiem, gdy jeszcze byliśmy upadli, we właściwym czasie umarł za bezbożnych. Rzadko ktoś umiera za sprawiedliwego. Może za dobrego gotów byłby ktoś umrzeć. Bóg natomiast daje dowód swojej miłości do nas przez to, że gdy jeszcze byliśmy grzesznikami, Chrystus za nas umarł [Rz 5,6-8]. Taka jest prawda o Bożej miłości. Jednocześnie taka jest też prawda o nas, ludziach miłowanych przez Boga. 

Czy to, że my zrobimy coś świadczącego o braku miłości do Boga, znaczy że On też już nie może nas kochać? Biblia mówi, że jeśli my nie dochowujemy wiary, On pozostaje wierny, albowiem samego siebie zaprzeć się nie może [2Tm 2,13].

Niechby miłość Boża wreszcie zrobiła na nas wrażenie do tego stopnia, żebyśmy zaczęli miłować, jak On. Kochajcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują. Tak czyniąc, zachowujcie się, jak przystało na dzieci waszego Ojca w niebie. On sprawia, że słońce wschodzi nad złymi i dobrymi, a deszcz spada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Bo jeśli okazujecie miłość tym, którzy was kochają, co wam wynagradzać? Czyż celnicy nie czynią podobnie? A jeśli pozdrawiacie tylko swoich braci, co w tym nadzwyczajnego? Poganie też to robią. Wy bądźcie doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec w niebie [Mt 5,44-48]. Takiej miłości nam potrzeba!