16 lipca, 2009

Przewartościowanie?

Dzisiejsza Rzeczpospolita porusza kwestię autorytetów polskiej młodzieży. Sondaż pokazał, że w życiu młodych Polaków najważniejsza jest miłość (79%), rodzina (57%) i przyjaciele (40%). Natomiast trzema pierwszymi osobami publicznymi, które prezentują cenione przez nich cechy i poglądy są – Jerzy Owsiak (40%), Kuba Wojewódzki (32%) i Szymon Majewski (30%).

Już samo zestawienie wyników sondażu jest dość zastanawiające. Należałoby się spodziewać, że miłość, rodzina i przyjaciele będą dobrze uosobione przez wspomnianych trzech panów. Jednak najwyraźniej polska młodzież, z grubsza rzecz biorąc, nie zagłębia się w takie kwestie. Najważniejszy jest dobry pijar, błyskotliwość postaci i przynajmniej odrobina szaleństwa. Spójność uznawanych wartości i gloryfikowanych postaci najwyraźniej przestaje odgrywać większą rolę.

Według Słownika języka polskiego autorytet to „ogólnie uznana czyjaś powaga, wpływ, znaczenie”. To „człowiek, instytucja, doktryna, pismo itp. cieszące się w jakiejś dziedzinie w opinii pewnych ludzi szczególnym uznaniem, poważaniem”. Teoretycznie rzecz biorąc faktyczny autorytet objawia się w tym, że nie tylko go uznajemy, szanujemy i podziwiamy ale także chcemy go naśladować.

Biblia niezmiennie domaga się od nas wyraźnego związku wyznawanych wartości z codziennym postępowaniem. Nie wystarczy pięknie mówić i być błyskotliwym na scenie. Trzeba pięknie żyć na co dzień! Niechaj cię nikt nie lekceważy z powodu młodego wieku; ale bądź dla wierzących wzorem w postępowaniu, w miłości, w wierze, w czystości [1Tm 4,12].

Zastanawiam się kogo na swoje autorytety wybraliby młodzi ludzie z ewangelicznych zborów w Polsce?

11 lipca, 2009

Światowy Dzień Ludności

Mamy dziś Światowy Dzień Ludności [ang. World Population Day]. Został on ustanowiony przez ONZ równo dwadzieścia lat temu, w drugą Rocznicę Dnia Pięciu Miliardów. 11 lipca 1987 roku ludność Ziemi osiągnęła pułap 5 miliardów. W 2001 roku liczba ludzi na świecie wyniosła 6,1 miliarda. Każdego roku w skali całego świata przybywa nas ok. 77 milionów.

Światowy Dzień Ludności ma na celu zwrócenie uwagi opinii publicznej na wagę problemów wynikających ze zbyt szybkiego przyrostu naturalnego. Niby wszystkim wiadomo, że jest nas za dużo, a tu, jakby na ironię, miliony kobiet na Ziemi zachodzi w niechcianą ciążę. Jeżeli tak dalej pójdzie, to w połowie dwudziestego pierwszego wieku będzie nas już ponad dziewięć miliardów.

Jak ta sprawa wygląda w świetle Biblii? Cokolwiek by nie głosiły ludzkie opinie na ten temat, Bóg w następujący sposób określił zadanie dla człowieka: I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich. I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną; panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad wszelkimi zwierzętami, które się poruszają po ziemi! [1Mo 1,27–28].

To samo polecenie Bóg skierował do potomków Noego po potopie: Wy zaś rozradzajcie się i rozmnażajcie! Niech zaroi się od was ziemia i niech was będzie dużo na niej! [1Mo 9,7]. Nie inaczej było z synami Izraela w niewoli babilońskiej: Pojmujcie żony i płodźcie synów i córki; Wybierajcie też żony dla waszych synów, a wasze córki wydawajcie za mąż, aby rodziły synów i córki, by was tam przybywało, a nie ubywało [Jr 29,6].

Światowe trendy dążą do zredukowania liczby urodzeń. Tam, gdzie przyrost jest największy, wręcz każą się wstydzić, gdy w rodzinie pojawia się kolejne dziecko. No cóż? Taka w świecie panuje moda. Słowo Boże prezentuje jednak całkiem inne stanowisko: Oto dzieci są darem Pana, podarunkiem jest owoc łona. Czym strzały w ręku wojownika, tym synowie zrodzeni za młodu. Błogo mężowi, który napełnił nimi swój kołczan! Nie zawiedzie się, gdy będzie się rozprawiał z nieprzyjaciółmi w bramie [Ps 127,3–5].

Jaki nasuwa się wniosek? Pamiętając, że Bóg nie powołał nas, abyśmy w pojedynkę zaludniali całą kulę ziemską, bądźmy otwarci i wdzięczni Panu za każde nowe poczęcie i narodziny dziecka. W rodzinie Isajego dopiero siódmy z kolei, najmłodszy, został namaszczony na króla. Urodzeni wcześniej byli jak najbardziej dobrymi wojownikami, ale żaden z nich nie nadawał się na króla.

Kto w świetle takich faktów biblijnych odważyłby się wchodzić w Boże kompetencje i samodzielnie rozstrzygać, kiedy i ile w jego rodzinie ma być dzieci? Przecież to Bóg powołuje do życia lub tego nowego życia nie stwarza. Niech ktoś pokaże mi choćby jednego żyjącego na Ziemi człowieka, który byłby niechciany przez Boga?

Nadmiernym wzrostem populacji niech martwią się ci, którzy żyją bez Boga na świecie. Człowiek wierzący i w tej dziedzinie korzysta z łaski Bożej.

09 lipca, 2009

Sinusoida wolności?

Jako Gdańszczanin chcę dziś przypomnieć, że 9 lipca 1807 roku, na mocy Traktatu Tylżyckiego powstało Wolne Miasto Gdańsk. Podpisanie pokoju w Tylży [dokładnie na tratwie pośrodku rzeki Niemen] było poprzedzone długotrwałym oblężeniem Gdańska przez wojska napoleońskie. W końcu król pruski "po wieczne czasy" zrzekł się prawa do Grodu nad Motławą i pod faktycznym protektoratem Francji utworzono Wolne Miasto Gdańsk.

Niestety ten status Gdańska nie utrzymał się długo. Już na początku 1814 roku Francuzi poddali miasto nacierającym wojskom pruskim i rosyjskim. Na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku formalnie zdecydowano o likwidacji Wolnego Miasta Gdańska.

Wiadomo, że Wolne Miasto Gdańsk pojawiło się ponownie na mapie Europy w okresie międzywojennym [1920-1939]. Tym razem jako autonomiczne miasto-państwo pod protekcją Ligi Narodów. Po II Wojnie Światowej Gdańsk znowu jednak utracił status Wolnego Miasta. Został przypisany do terytorium i pod administrację PRL.

Gdy myślę o zmianach politycznego statusu Gdańska, sygnalizowanych dopisywaniem mu „Wolne Miasto” lub pozbawianiem go tej cechy, rodzi się we mnie refleksja nad faktycznym stanem chrześcijańskiej wolności w Chrystusie. Ona również w niejednym przypadku przeżywa zmienne losy.

Biblia naucza, że wszyscy ludzie zgrzeszyli, a każdy, kto grzeszy jest niewolnikiem grzechu [Jn 8,34]. Jeśli jednak ktoś z nas uwierzył w Jezusa Chrystusa, to staliśmy się Jego wyzwoleńcami! Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie [Jn 8,36]. Grzech utracił nad nami władzę. Teraz zaś, wyzwoleni od grzechu, a oddani w służbę Bogu, macie pożytek w poświęceniu, a za cel żywot wieczny [Rz 6,22].

Czy jednak status wolnych w Chrystusie w sposób nieodwołalny jest nam przypisany na wieki? Pismo mówi: Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli [Ga 5,1]. Z tych słów wyraźnie wynika, że chociaż celem wyzwolenia jest wolność od grzechu na zawsze, to jednak - niestety - można ją utracić. Ta wolność zależy od trwania w Chrystusie.

Zaniedbując trwanie w Chrystusie, odchodząc od wiernego naśladowania Chrystusa, tracimy wolność w Nim i wracamy do niewoli grzechu. Wówczas nie możemy już mówić, że jesteśmy wolni w Chrystusie. Jest z nami trochę tak, jak z Wolnym Miastem Gdańsk po Kongresie Wiedeńskim lub po II Wojnie Światowej. Pozostało wspomnienie, rozmaite pamiątki i pieśni z okresu wolności, ale statusu wolnego miasta już nie ma... Wraca pies do wymiocin swoich oraz: Umyta świnia znów się tarza w błocie. [2Pt 2,22].

Wolność jest nierozerwalnie powiązana z osobistym trzymaniem się Chrystusa. Czy właściwie rozumuję?

06 lipca, 2009

O, święta naiwności!

Mało kto pamięta, że 6 lipca 1415 roku decyzją Soboru Kościoła Rzymskokatolickiego w Konstancji spalony został na stosie Jan Hus – czeski reformator religijny i bohater narodowy.

Ten światły człowiek, profesor Uniwersytetu Praskiego, twórca literackiego języka czeskiego, ośmielił się krytykować władzę papieską i sprzedaż odpustów oraz twierdzić, że jedynie Pismo Święte może być wiarygodną normą poglądów i postępowania chrześcijan. Okrzyknięto go niebezpiecznym heretykiem i w wieku zaledwie 45 lat odebrano mu życie.

Ponieważ ten okrutny wyrok wykonywano z mocy i w obliczu Soboru, nic więc dziwnego, że wielu prostych - ślepo ufających hierarchom kościelnym - ludzi sądziło, że ów stos jest wyrazem woli Bożej. Nie dziwi więc ich praktyczne zaangażowanie w rzekomo „zbożny” czyn tępienia herezji.

Jakże musiało boleć Husa to omamienie ludzi przez kler i tak straszne ich rozmijanie się z prawdą. Ponoć, gdy był już na stosie i zobaczył starszą kobietę pomagającą podkładać chrust pod jego stos, zawołał: – O, święta naiwności!

Mamy dziś jakby całkiem inne czasy, a naiwność zdaje się nadal niepodzielnie rządzić tysiącami ludzkich serc. Gorliwi i szczerzy ludzie, nie zadając sobie trudu zbadania w świetle Pisma, jak się rzeczywiście sprawy mają, zupełnie bezrefleksyjnie dają się prowadzić na manowce wiary. Ślepi są przewodnikami ślepych, a jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną [Mt 15,14].

O, święta naiwności! Jak można sądzić, że sakramenty udzielone przez księdza komukolwiek zagwarantują żywot wieczny? Daję im bowiem świadectwo, że mają gorliwość dla Boga, ale gorliwość nierozsądną; bo nie znając usprawiedliwienia, które pochodzi od Boga, a własne usiłując ustanowić, nie podporządkowali się usprawiedliwieniu Bożemu [Rz 10,2–3].

O, święta naiwności! Wciąż są tacy, którzy gotowi są składać ofiary i wspierać ludzi oraz cele budzące co najmniej poważne wątpliwości. Gorliwie o was zabiegają, ale nie w dobrych zamiarach, bo chcą was odłączyć, abyście wy o nich zabiegali [Ga 4,17].

O, święta naiwności! Walka z prawdziwymi uczniami Jezusa oznacza status przeciwnika Bożego. Czyż nie należałoby się najpierw upewnić na podstawie Pism, jakie jest pochodzenie danej nauki, zanim się wystąpi przeciwko niej? Jeśli jednak jest z Boga, nie zdołacie ich zniszczyć, a przy tym mogłoby się okazać, że walczycie z Bogiem [Dz 5,39]

Pytam: Czy w szeregach ewangelicznie wierzących ludzi nie ma przypadkiem podobnych przejawów naiwności? Czy wszyscy jesteśmy dojrzali w myśleniu? Czy aby na pewno wśród nas nie znalazłoby się żadnych podobnych ‘podkładaczy’ chrustu?

02 lipca, 2009

Lekcja z Amistada

Wspomnijmy dziś interesujący incydent sprzed 170 lat. 2 lipca 1839 roku na hiszpańskim statku Amistad miał miejsce bunt niewolników schwytanych w Afryce. U wybrzeży Kuby ponad czterdziestu młodych Murzynów opanowało statek. Nie znając się na żegludze, zdali się na łaskę lub niełaskę pozostawionego przy życiu marynarza hiszpańskiego. Zaufali mu, a on początkowo, zgodnie z ich żądaniem, obrał kurs na Afrykę, lecz potem bez ich wiedzy zawrócił w kierunku wybrzeży Ameryki Północnej.

Po trzech miesiącach błądzenia Amistad został przejęty przez straż przybrzeżną USA i uwięziony w porcie. Tam rozegrał się prawdziwy dramat młodych Afrykańczyków. Otóż nie tylko nie zostali oni zwolnieni, ale prawo do statku oraz do nich, jako do niewolników, zaczęli sobie rościć zarówno dwaj prywatni marynarze, jak i królowa hiszpańska, a nawet rząd Stanów Zjednoczonych.

O ich wolności i możliwości powrotu do Afryki przesądziło zaangażowanie się w tę sprawę zdolnego prawnika Rogera Baldwina, który w 1841 roku, wykorzystując swoją wiedzę prawniczą oraz osobiste kontakty, podjął się walki o uwolnienie tych nieszczęśliwców. Ostatecznie w świetle prawa udowodnił, że ci młodzi Afrykańczycy nie byli niewolnikami. Napadnięci i zniewoleni mieli prawo się bronić. Mieli też prawo wrócić do swoich domów. Wiosną 1842 roku trzydziestu sześciu pozostałych przy życiu tragicznych pasażerów Amistad’a powróciło na Czarny Ląd.

Ta historia dobrze obrazuje znaczenie znajomości prawa i umiejętności jego zastosowania. Los statku i owych niewolników zdawał się być przesądzony. Któż mógłby wygrać z konkurentami tak silnymi, jak królowa Hiszpanii, czy rząd USA? A jednak. Potrzebny był tylko zdolny prawnik, który zechciałby wziąć tych biednych Murzynów w obronę.

Także w świetle Biblii widać, że aktualnie obowiązujące w danym kraju prawo, może i powinno być wykorzystywane w działalności i obronie interesów ludzi wierzących. Apostoł Paweł sięgnął po prawo, gdy chciano go, jako obywatela rzymskiego, biczować. A gdy go skrępowano rzemieniami, rzekł Paweł do setnika stojącego obok: Czy wolno wam biczować obywatela rzymskiego i to bez wyroku sądowego? A gdy to setnik usłyszał, przystąpił do dowódcy, aby mu o tym donieść i rzekł: Co ty chcesz zrobić? Człowiek ten jest przecież obywatelem rzymskim [Dz 22,25–26].

Potem, w sytuacji, gdy Żydzi chcieli przejąć sąd nad nim i go zabić, wykorzystał przysługującą mu możliwość prawną i odwołał się do sądu cesarskiego w Rzymie. Jeśli więc uczyniłem coś złego i popełniłem coś, co zasługuje na śmierć, nie wzbraniam się umrzeć; ale jeśli nie ma nic w tym, o co mnie oskarżają, nikt nie może mnie wydać im na łaskę i niełaskę. Odwołuję się do cesarza. Wtedy Festus, porozumiawszy się z doradcami, odrzekł: Odwołałeś się do cesarza, do cesarza pójdziesz [Dz 25,11–12].

Jakie z tego wnioski płyną dla nas, dzisiejszych chrześcijan? Po pierwsze, nie unośmy się źle pojętą ambicją chrześcijańską i pochopnie nie odrzucajmy możliwości prawnej obrony swoich interesów. Incydent statku Amistad pokazuje, że nawet z beznadziejnej sytuacji ktoś może nas wybronić. Trzeba interesować się, pytać, być świadomym swoich praw i próbować.

Drugi wniosek dotyczy sfery duchowej i wspaniałego Adwokata, którego posłał nam Ojciec. Gdyby nie On, to na tym świecie bylibyśmy jak owi niewolnicy z Amistada bez Rogera Baldwina, zupełnie bezradni i bez szans. Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie. Nie zostawię was sierotami, przyjdę do was [Jn 14,16–18]. Duch Święty – Parakletos – jest z nami i w nas! On wie, jak nas poprowadzić, a w razie potrzeby, wybronić z opresji. Słuchajmy Go uważnie i bądźmy posłuszni Jego wskazówkom, a któregoś dnia na pewno wrócimy do naszej Ojczyzny w niebiesiech.

01 lipca, 2009

Co ma piernik do wiatraka?

Trybunał Konstytucyjny RP odpowie dziś na pytanie, czy włączanie oceny z religii do średniej na świadectwie jest zgodne z Konstytucją. Wprowadzone przez ministra edukacji Romana Giertycha rozporządzenie spotkało się bowiem z krytyką części społeczeństwa i jesienią 2007 roku zostało zaskarżone do TK.

Abstrahując od tego, że nauka religii, wymagana i rozliczana w szkole państwowej na równi z innymi przedmiotami nauczania, kłóci się z zasadą rozdziału kościoła od państwa, w rzeczy samej jest mi wszystko jedno, jak nauka owej religii zostanie potraktowana. Mnie od dawna interesuje, jak do tej sprawy podchodzą ludzie ewangelicznie wierzący i czym w oczach dzieci i rodziców stają się zajęcia nauczania biblijnego w zborach.

Zborowa szkółka niedzielna – to pole ewangelizacji i biblijnej edukacji dzieci należących do zboru. Nauczyciel szkółki niedzielnej jest wobec tego ewangelistą i prorokiem przemawiającym do dzieci z natchnienia Ducha Świętego. W każdym bądź razie kimś takim powinien być, głosząc Słowo Boże za pomocą środków i form dostosowanych do wieku i możliwości percepcyjnych słuchających go dzieci.

Właściwie dobrana treść zwiastowania i nauczania biblijnego skierowana do określonej grupy dzieci zależy od wielu miejscowych czynników i powinna być określana na bieżąco przez powołanego w zborze nauczyciela. Nauczyciel widzi, co dzieje się z jego dziećmi, zastanawia się z modlitwą nad właściwym tematem na niedzielne nauczanie i następnie, zgodnie z odebranymi wskazówkami Ducha Świętego, prowadzi niedzielną lekcję. Może i raczej powinien posiłkować się przy tym dobrym programem nauczania biblijnego. Gdy jednak następuje jakaś nagła zmiana okoliczności, wówczas nauczyciel dostosowuje do tego treść zajęć szkółki niedzielnej. Nie musi sztywno trzymać się jakiegoś obowiązującego programu. Jednym słowem, ma wolność i do duchowych rzeczy przykłada duchową miarę.

Jak jednak utrzymać ten biblijny model głoszenia Słowa Bożego naszym dzieciom z zastosowaniem szkolnego programu nauki religii, zatwierdzanego i egzekwowanego przez świeckich urzędników? Czy to nie wygląda trochę tak, jakby pastorowi zboru tematy jego niedzielnych kazań w danym roku zatwierdzał urzędnik magistratu, a następnie rozliczał go, czy wszystkie owe kazania należycie wygłosił? Co ma piernik do wiatraka? Co mają świeckie urzędy do nauczania biblijnego w zborze?

Niech sobie urządzają naukę religii katolickiej, czy jeszcze jakiejś innej, w szkołach i wystawiają z tego oceny na świadectwach. Chcą? Proszę bardzo. Najwidoczniej mają swoje powody. Jednak niezależnie od tego, co dzisiaj stwierdzi Trybunał Konstytucyjny, jako biblijni chrześcijanie powinniśmy chronić sferę naszego życia duchowego przed wpływem i nadzorem władzy świeckiej.

Oto apostolskie podejście do tematu w sytuacji, gdy władza chciała się wtrącić do tego, czego mają oni nauczać lub czego nie nauczać: I przywoławszy ich, nakazali im, aby w ogóle nie mówili ani nie nauczali w imieniu Jezusa. Lecz Piotr i Jan odpowiedzieli im i rzekli: Czy słuszna to rzecz w obliczu Boga raczej was słuchać aniżeli Boga, sami osądźcie; my bowiem nie możemy nie mówić o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy [Dz 4,18–20].

Wcale apostołom nie poszło z tym tak łatwo. I przywoławszy apostołów, kazali ich wychłostać, zabronili im mówić w imieniu Jezusa i zwolnili ich. A oni odchodzili sprzed oblicza Rady Najwyższej, radując się, że zostali uznani za godnych znosić zniewagę dla imienia jego. Nie przestawali też codziennie w świątyni i po domach nauczać i zwiastować dobrą nowinę o Chrystusie Jezusie [Dz 5,40–42]. Dzięki Bogu za Piotra i Jana! W tych sprawach nie poszli na żaden układ. Nawet pod groźbą surowej kary nie zgodzili się na to, by władza narzucała lub kontrolowała im treść tego, co mają mówić.

Mając więc tak wyraźnie określone stanowisko apostolskie w tych sprawach, dlaczego mielibyśmy teraz sami się prosić o świecki nadzór nad biblijnym nauczaniem? Czyżby chodziło nam o zyskanie opinii 'normalnych' w oczach świata? Przecież nie wierzę, że chodzi o te kilkaset złotych, które wpadną do kieszeni katechety lub do kasy zboru.

Dlaczego wierzącym rodzicom tak bardzo zależy na tym, aby ich dziecko – tak jak inne, nie należące do zboru dzieci – miało na świadectwie ocenę z religii? Czy aby na pewno chodzi tu o złożenie dobrego świadectwa wiary?

PS. Czy to wystawione w jednym z najlepszych LO w kraju świadectwo szkolne jest słabe? Przecież brak na nim oceny z religii ;)