W przeddzień tegorocznych Świąt Wielkanocnych chcę przywołać do naszej świadomości wydarzenia z ostatniej niedzieli przed męką Pańską i tzw. triumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy.
Nazajutrz liczna rzesza, która przyszła na święto, usłyszawszy, że Jezus idzie do Jerozolimy, nabrała gałązek palmowych i wyszła na jego spotkanie, i wołała: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imieniu Pańskim, król Izraela! [Jn 12,12-13].
Bez cienia wątpliwości Pan Jezus wiedział, co się święci. Oto idziemy do Jerozolimy, a Syn Człowieczy będzie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie, i osądzą go na śmierć, i wydadzą poganom, i będą go wyśmiewać i pluć na niego, ubiczują go i zabiją, lecz po trzech dniach zmartwychwstanie [Mk 10,33-34].
Triumfalna atmosfera wjazdu do miasta nie zmieniła ogniskowej Jego ziemskiej misji. Nie przestawił się wewnętrznie, widząc tak ogromne zapotrzebowanie rodaków na poprawę warunków doczesnego życia. Był częścią tego korowodu, ale wiedział swoje i konsekwentnie zmierzał do celu, dla którego przyszedł na świat.
A pozostali uczestnicy tej krótkotrwałej fety? Ich marzenia o politycznych, gospodarczych i społecznych zmianach osiągały właśnie swój szczyt. Wszystko zdawało się wskazywać na to, że Jezus z Nazaretu, prorok i cudotwórca, to obiecany i oczekiwany Mesjasz, który przywróci dawny blask domu Dawidowego. A myśmy się spodziewali, że On odkupi Izraela [Łk 24,21] – wyznali potem niektórzy z nich.
Skojarzyli sobie Jezusa w tej sytuacji ze znanym proroctwem: W owym dniu podniosę upadającą chatkę Dawida i zamuruję jej pęknięcia, i podźwignę ją z ruin, i odbuduję ją jak za dawnych dni, aby posiedli resztki Edomu i wszystkie narody, nad którymi wzywane było moje imię, mówi Pan, który to czyni [Am 9,11-12], a Jego obecność i zachowanie zdawały się potwierdzać słuszność ich myślenia.
Wiwatowali więc: Hosanna Synowi Dawidowemu! Błogosławiony, który przychodzi w imieniu Pańskim. Hosanna na wysokościach! [Mt 21,9]. Jednym słowem; owego pierwszego dnia po sabacie wiara i złudzenia przeszły w jednym korowodzie.
Nie inaczej jest i dzisiaj. Każda wspólnotach chrześcijańska, każde niedzielne nabożeństwo, to korowód wiary i złudzeń. Obok ludzi, którzy bliżej znają i rozumieją drogę Pańską jest tu też wielu takich, którzy w chrześcijaństwie upatrzyli sobie sposób na realizację swoich przyziemnych marzeń. Spodziewają się rzeczy, których Pan nikomu w tej krótkiej doczesności nie obiecał. Hołubią Jezusa, jako Boga swoich własnych pragnień, lecz nie padają przed Nim jako Panem absolutnym. Wzywają Go w celach zaspokojenia swoich zachcianek, a nie jako Zbawiciela z grzechów.
Tak, są poruszeni! Poświęcają się, śpiewają, ogłaszają, nakręcają jeden drugiego, radośnie maszerują, aż do czasu, gdy się już całkiem okaże, że to im nic nie dało. A wcześniej czy później tak się stać musi, bowiem Bóg nie wziął i nigdy nie weźmie odpowiedzialności za urzeczywistnianie naszych złudzeń. On jest Bogiem, a nie kołem fortuny.
Czy Jezus nie zdawał sobie sprawy, że otaczająca Go euforia tłumów, to festiwal ich złudzeń? Oczywiście, że o tym wiedział. Pozwolił im jednak, a poniekąd nawet pomógł wejść w fazę szczytową, aby się wypaliły. Tylko wtedy bowiem stało się możliwe, by niektórych z tych ludzi, poczynając od uczniów, jednego po drugim, wprowadzić na drogę prawdziwej wiary.
Tak jest do dzisiaj. Pan do tego dopuszcza, a nawet to firmuje, że przez jakiś czas wiara i złudzenie chadzają w jednym korowodzie. Tym bardziej to powszechne, że w każdym środowisku mamy chętnych do machania gałązkami i wywoływania wrażenia, iż coś ważnego się dzieje.
Na szczęście Bóg zna stan naszych serc i nasze motywacje. Jest więc nadzieja, że po wypaleniu się złudzeń odnajdzie nas na jakiejś drodze do Emaus i objawi nam, co to znaczy, że w wierze, a nie w oglądaniu pielgrzymujemy [2Ko 5,7].
Aktualne tematy, wydarzenia, zjawiska, święta, rocznice i trendy społeczne z biblijnej perspektywy
16 kwietnia, 2011
15 kwietnia, 2011
Żniwo złych emocji
W roku, gdy Polska wkraczała w upragnioną epokę demokracji, cieszący się nią od dawna Brytyjczycy posłali światu bardzo drastyczny sygnał, że w demokratycznym państwie nie wszystko z gruntu jest dobre.
15 kwietnia 1989 roku w Sheffield na stadionie Hillsborough, podczas meczu między drużynami Nottingham Forest a Liverpool FC, doszło do wielkiej tragedii, która pochłonęła 96 ofiar śmiertelnych, fanów drużyny Liverpoolu. Zostali oni zaduszeni lub zadeptani przez napierający tłum kibiców Liverpoolu, który chcąc przedostać się na trybuny, przycisnął ich do balustrady oddzielającej trybuny od murawy. Był to półfinałowy mecz Pucharu Anglii. Po 6 minutach pierwszej połowy został przerwany.
Tragedia na Hillsboroug, chociaż ze względu na liczbę ofiar, wręcz automatycznie kojarząca się z katastrofą pod Smoleńskiem, nie może być z nią porównywana. Rok temu wszystko było jakieś tajemnicze; wtedy dosłownie, a w przenośni do dzisiaj, owiane mgłą. W Sheffield natomiast raczej wszystko od razu było oczywiste: To gniew. To zwykła, spotęgowana złość z powodu utrudnień w dotarciu na mecz i nierównego traktowania przez organizatorów na stadionie, odebrała kibicom Liverpoolu zdrowy rozsądek i – niby niechcący – zaowocowała wyrządzeniem tak potwornej krzywdy swoim własnym kolegom.
Pierwszym człowiekiem, który dał się ponieść złym emocjom, był biblijny Kain. Coś mu się nie spodobało i Kain rozgniewał się bardzo i zasępiło się jego oblicze. I rzekł Pan do Kaina: Czemu się gniewasz i czemu zasępiło się twoje oblicze? Wszak byłoby pogodne, gdybyś czynił dobrze, a jeśli nie będziesz czynił dobrze, u drzwi czyha grzech. Kusi cię, lecz ty masz nad nim panować. Potem rzekł Kain do brata swego Abla: Wyjdźmy na pole! A gdy byli na polu, rzucił się Kain na brata swego Abla i zabił go [1Mo 4,5–8].
Biblia ostrzega przed działaniem w gniewnym uniesieniu. Radzi na przykład: Ćwicz swego syna, póki jeszcze jest nadzieja; lecz nie unoś się przy tym, aby nie spowodować jego śmierci. Kto wybucha wielkim gniewem, płaci grzywnę, a jeśli go zachowa, musi ją powtórzyć [Prz 19,18–20].
Gdy w jakichś okolicznościach zaczyna nas ogarniać gniew, lepiej szybko się oddalić, żeby nie powiedzieć czegoś za dużo, albo nie zrobić czegoś, czego później moglibyśmy żałować. A niech każdy człowiek będzie skory do słuchania, nieskory do mówienia, nieskory do gniewu. Bo gniew człowieka nie czyni tego, co jest sprawiedliwe u Boga [Jk 1,19–20].
Już w kołysce widać, że z natury wszyscy bez wyjątku jesteśmy skłonni do gniewu. Wśród nich i my wszyscy żyliśmy niegdyś w pożądliwościach ciała naszego, ulegając woli ciała i zmysłów, i byliśmy z natury dziećmi gniewu, jak i inni [Ef 2,3]. Ażeby móc zapanować nad emocjami, potrzebujemy odrodzenia serca i napełnienia Duchem Świętym. Owocem zaś Ducha jest miłość, ... łagodność, wstrzemięźliwość [Ga 5,22–23].
W rocznicę wspomnianych dziś wydarzeń sprzed 22 lat, uświadamiając sobie, jak niebezpieczne mogą okazać się ludzkie emocje, zwłaszcza jeżeli zostaną spotęgowane przez ludzi nam podobnych, zechciejmy unikać miejsc, gdzie moglibyśmy zostać przez złe emocje wkręceni.
Przede wszystkim jednak prośmy Boga o świeże napełnienie Duchem Świętym, bo to najpewniejsza gwarancja zachowania pogody ducha i zdrowego rozsądku w nawet najbardziej nomen omen podbramkowych sytuacjach.
15 kwietnia 1989 roku w Sheffield na stadionie Hillsborough, podczas meczu między drużynami Nottingham Forest a Liverpool FC, doszło do wielkiej tragedii, która pochłonęła 96 ofiar śmiertelnych, fanów drużyny Liverpoolu. Zostali oni zaduszeni lub zadeptani przez napierający tłum kibiców Liverpoolu, który chcąc przedostać się na trybuny, przycisnął ich do balustrady oddzielającej trybuny od murawy. Był to półfinałowy mecz Pucharu Anglii. Po 6 minutach pierwszej połowy został przerwany.
Tragedia na Hillsboroug, chociaż ze względu na liczbę ofiar, wręcz automatycznie kojarząca się z katastrofą pod Smoleńskiem, nie może być z nią porównywana. Rok temu wszystko było jakieś tajemnicze; wtedy dosłownie, a w przenośni do dzisiaj, owiane mgłą. W Sheffield natomiast raczej wszystko od razu było oczywiste: To gniew. To zwykła, spotęgowana złość z powodu utrudnień w dotarciu na mecz i nierównego traktowania przez organizatorów na stadionie, odebrała kibicom Liverpoolu zdrowy rozsądek i – niby niechcący – zaowocowała wyrządzeniem tak potwornej krzywdy swoim własnym kolegom.
Pierwszym człowiekiem, który dał się ponieść złym emocjom, był biblijny Kain. Coś mu się nie spodobało i Kain rozgniewał się bardzo i zasępiło się jego oblicze. I rzekł Pan do Kaina: Czemu się gniewasz i czemu zasępiło się twoje oblicze? Wszak byłoby pogodne, gdybyś czynił dobrze, a jeśli nie będziesz czynił dobrze, u drzwi czyha grzech. Kusi cię, lecz ty masz nad nim panować. Potem rzekł Kain do brata swego Abla: Wyjdźmy na pole! A gdy byli na polu, rzucił się Kain na brata swego Abla i zabił go [1Mo 4,5–8].
Biblia ostrzega przed działaniem w gniewnym uniesieniu. Radzi na przykład: Ćwicz swego syna, póki jeszcze jest nadzieja; lecz nie unoś się przy tym, aby nie spowodować jego śmierci. Kto wybucha wielkim gniewem, płaci grzywnę, a jeśli go zachowa, musi ją powtórzyć [Prz 19,18–20].
Gdy w jakichś okolicznościach zaczyna nas ogarniać gniew, lepiej szybko się oddalić, żeby nie powiedzieć czegoś za dużo, albo nie zrobić czegoś, czego później moglibyśmy żałować. A niech każdy człowiek będzie skory do słuchania, nieskory do mówienia, nieskory do gniewu. Bo gniew człowieka nie czyni tego, co jest sprawiedliwe u Boga [Jk 1,19–20].
Już w kołysce widać, że z natury wszyscy bez wyjątku jesteśmy skłonni do gniewu. Wśród nich i my wszyscy żyliśmy niegdyś w pożądliwościach ciała naszego, ulegając woli ciała i zmysłów, i byliśmy z natury dziećmi gniewu, jak i inni [Ef 2,3]. Ażeby móc zapanować nad emocjami, potrzebujemy odrodzenia serca i napełnienia Duchem Świętym. Owocem zaś Ducha jest miłość, ... łagodność, wstrzemięźliwość [Ga 5,22–23].
W rocznicę wspomnianych dziś wydarzeń sprzed 22 lat, uświadamiając sobie, jak niebezpieczne mogą okazać się ludzkie emocje, zwłaszcza jeżeli zostaną spotęgowane przez ludzi nam podobnych, zechciejmy unikać miejsc, gdzie moglibyśmy zostać przez złe emocje wkręceni.
Przede wszystkim jednak prośmy Boga o świeże napełnienie Duchem Świętym, bo to najpewniejsza gwarancja zachowania pogody ducha i zdrowego rozsądku w nawet najbardziej nomen omen podbramkowych sytuacjach.
14 kwietnia, 2011
Bliżej, niż myślałem
Czytając w Biblii o fałszywych prorokach i o duchowym zwiedzeniu, myślałem przede wszystkim, że będzie to mocno zawoalowane i trudne do odkrycia. Ponadto byłem też przekonany, że będzie ono miało miejsce w jakichś kościołach, gdzie ludzie nie znają Biblii. Nie sądziłem, że doczekam czasów, gdy ktoś stanie za kazalnicą ewangelicznego zboru i jawnie zaprzeczy nauce Nowego Testamentu. Dzisiaj widzę, że się łudziłem.
Oto fragmenty kazania amerykańskiego pastora, Johna Garfielda, wygłoszonego 3 kwietnia 2011 roku w jednym z przydworcowych zborów w Trójmieście, niejako na zakończenie biznesowej konferencji "Czas Królów".
[...] Mnie wychowywano w takim przeświadczeniu, że pochwycenie może nastąpić w każdej chwili, i że cała sytuacja na ziemi będzie się pogarszać wraz z upływem czasu, że będą następować prześladowania, wojny, trzęsienia ziemi, głód.
I doszedłem do takiego miejsca, że teologicznie chyba żyłem w błędzie. Bo jest tak, że Pan Bóg w tym samym czasie buduje swoje królestwo, które będzie wiecznie wzrastać. A nawet stopa tego wzrostu powiększy się, czy przyśpieszy w czasie.
Biblia mówi o nagłym pochwyceniu Kościoła: To wiedzcie, że gdyby wiedział gospodarz, o której godzinie złodziej przyjdzie, nie dopuściłby do tego, by podkopano dom jego. I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o takiej godzinie, której się nie spodziewacie [Łk 12,39–40]. Nie mówi natomiast o budowaniu Królestwa Bożego i żadnej jego prospericie na ziemi. Charakteryzując zaś czasy między pierwszym a powtórnym przyjściem Syna Bożego na ziemię, zapowiada: A to wiedz, że w dniach ostatecznych nastaną trudne czasy... [2Tm 3,1].
Jednak amerykański kaznodzieja zupełnie to ignoruje, roztaczając wizję nadchodzącej pomyślności.
[...] Ja chcę, żebyście posłuchali, co Duch Boży mówi, może nawet niech to będzie prorocze. Według mnie jest całkiem dobrze, ale uważam, że będzie o wiele lepiej, niż obecna sytuacja. Ja proponuje tobie właściwe nastawienie twojego serca. Musisz zrozumieć, że to nie jest dziełem przypadku, a jest to Bożym planem, że nie tylko, że sytuacja będzie się poprawiać, ale będzie się poprawiać w szybszym tempie.
Duch Święty zaprasza cię, żebyś tu odegrał swoją rolę. W pewnym sensie już taką rolę odgrywasz, chociażby ostatnie dziesięć lat w tym kraju. Zauważ, że w ostatnich latach podwoiła się kwota, którą każdy z nas w tym kraju wydaje miesięcznie...
[...] Jeszcze inna metafora określa Jezusa królem królów i wszyscy wiemy, że to Jezus jest królem. A kim ty jesteś? Ta liczba mnoga – królowie, to kto? To ty! Nie jakieś anioły, bo nikt inny nam nie pozostał tutaj. My służymy jednemu Bogu, który jest królem królów. I w Duchu jest miejsce dla ciebie, abyś był, była królem!
Powiedzmy w tym miejscu, że Słowo Boże, owszem, mówi o współkrólowaniu z Chrystusem, ale ujmuje to następująco: Prawdziwa to mowa: Jeśli bowiem z nim umarliśmy, z nim też żyć będziemy; jeśli z nim wytrwamy, z nim też królować będziemy; [2Tm 2,11-12]. Wytrwamy ile czasu? Tydzień? Rok? Pięć lat? Nie! Ale kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony! [Mt 24,13; zobacz także: 2Tm 4,7-8 albo 1Pt 5,4]. Mowa amerykańskiego mówcy w świetle Biblii musi zaniepokoić, zwłaszcza, że dalej tak ciągnął:
Masz pewną miarę wiary, Bóg tobie przypisał pewien obszar, pewną ziemię, którą masz odziedziczyć. Jest też tak, że każdy z nas jest w czymś dobry. Będąc wypełniony Duchem Świętym jakby doświadczasz, otrzymujesz moc, która pozwala ci wypełniać te rzeczy.
Na przykład podobieństwo o talentach, czy o minach. Pan Bóg daje ci talenty. Gdzieś tam wyjeżdża, odchodzi, każe tobie pomnażać je. Gdy skończysz pomnażanie, on wraca, mówi: – dobrze sługo dobry. Ale tu historia się nie kończy. Bo dostajesz później dziesięć miast. Co to za miasta? Czy to znaczy, że w niebie wybudują jakieś dziesięć miast, które nam przypadną w udziale? Nie, to Gdańsk! To o Gdańsku jest mowa. Nie czekamy na niebo. Czekamy na Gdańsk.
Gdy już wiesz w czym jesteś dobry, w czym realizują się pragnienia twojego serca, to wiesz, że nie jesteś na tym miejscu tylko po to, żeby kościół mógł się poszerzać. Kościół będzie wzrastał i będzie błogosławiony, ale my czekamy na Gdańsk. My mamy to miasto do góry nogami wywrócić. Naszym celem jest oglądanie ludzi, jak są zbawiani i błogosławieni. Do tego mamy moc właśnie. Bo my nigdzie nie idziemy. Nie będzie zaraz pochwycenia. Mamy czas na realizację naszych marzeń.
Gdy usłyszałem te ostatnie słowa, serce mi zadrżało. Przecież apostołowie nauczali: Ale my oczekujemy, według obietnicy nowych niebios i nowej ziemi, w których mieszka sprawiedliwość [2Pt 3,13]. Albowiem nie mamy tu miasta trwałego, ale tego przyszłego szukamy [Hbr 13,14]. A tak, jeśliście wzbudzeni z Chrystusem, tego co w górze szukajcie, gdzie siedzi Chrystus po prawicy Bożej; o tym, co w górze, myślcie, nie o tym, co na ziemi. Umarliście bowiem, a życie wasze jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu; gdy się Chrystus, który jest życiem naszym, okaże, wtedy się i wy okażecie razem z nim w chwale [Kol 3,1-4]. To tylko niektóre wezwania Słowa Bożego, które od razu przyszły mi na myśl.
Tak więc w tych dniach jesteśmy świadkami, jak podstawowe przekonanie chrześcijan, które przez wieki pomagało im zachować zdrowy dystans do tego świata i jego materializmu, jawnie zostało odrzucone. Mało tego, powtórne przyjście Chrystusa, którego wg Biblii winniśmy się spodziewać w każdej chwili, zostało odsunięte na dalszy plan.
Czy słysząc takie rewelacje jestem zaskoczony? Wiedzcie przede wszystkim to, że w dniach ostatecznych przyjdą szydercy z drwinami, którzy będą postępować według swych własnych pożądliwości i mówić: Gdzież jest przyobiecane przyjście jego? Odkąd bowiem zasnęli ojcowie, wszystko tak trwa, jak było od początku stworzenia... [2Pt 3,3–4]. Niby kwestionowanie powtórnego przyjścia Chrystusa nie powinno mnie dziwić, lecz serce nie przestaje mi drżeć.
Nie myślałem, że coś takiego będzie można usłyszeć z kazalnicy w moim mieście. A jednak... L
Oto fragmenty kazania amerykańskiego pastora, Johna Garfielda, wygłoszonego 3 kwietnia 2011 roku w jednym z przydworcowych zborów w Trójmieście, niejako na zakończenie biznesowej konferencji "Czas Królów".
[...] Mnie wychowywano w takim przeświadczeniu, że pochwycenie może nastąpić w każdej chwili, i że cała sytuacja na ziemi będzie się pogarszać wraz z upływem czasu, że będą następować prześladowania, wojny, trzęsienia ziemi, głód.
I doszedłem do takiego miejsca, że teologicznie chyba żyłem w błędzie. Bo jest tak, że Pan Bóg w tym samym czasie buduje swoje królestwo, które będzie wiecznie wzrastać. A nawet stopa tego wzrostu powiększy się, czy przyśpieszy w czasie.
Biblia mówi o nagłym pochwyceniu Kościoła: To wiedzcie, że gdyby wiedział gospodarz, o której godzinie złodziej przyjdzie, nie dopuściłby do tego, by podkopano dom jego. I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o takiej godzinie, której się nie spodziewacie [Łk 12,39–40]. Nie mówi natomiast o budowaniu Królestwa Bożego i żadnej jego prospericie na ziemi. Charakteryzując zaś czasy między pierwszym a powtórnym przyjściem Syna Bożego na ziemię, zapowiada: A to wiedz, że w dniach ostatecznych nastaną trudne czasy... [2Tm 3,1].
Jednak amerykański kaznodzieja zupełnie to ignoruje, roztaczając wizję nadchodzącej pomyślności.
[...] Ja chcę, żebyście posłuchali, co Duch Boży mówi, może nawet niech to będzie prorocze. Według mnie jest całkiem dobrze, ale uważam, że będzie o wiele lepiej, niż obecna sytuacja. Ja proponuje tobie właściwe nastawienie twojego serca. Musisz zrozumieć, że to nie jest dziełem przypadku, a jest to Bożym planem, że nie tylko, że sytuacja będzie się poprawiać, ale będzie się poprawiać w szybszym tempie.
Duch Święty zaprasza cię, żebyś tu odegrał swoją rolę. W pewnym sensie już taką rolę odgrywasz, chociażby ostatnie dziesięć lat w tym kraju. Zauważ, że w ostatnich latach podwoiła się kwota, którą każdy z nas w tym kraju wydaje miesięcznie...
[...] Jeszcze inna metafora określa Jezusa królem królów i wszyscy wiemy, że to Jezus jest królem. A kim ty jesteś? Ta liczba mnoga – królowie, to kto? To ty! Nie jakieś anioły, bo nikt inny nam nie pozostał tutaj. My służymy jednemu Bogu, który jest królem królów. I w Duchu jest miejsce dla ciebie, abyś był, była królem!
Powiedzmy w tym miejscu, że Słowo Boże, owszem, mówi o współkrólowaniu z Chrystusem, ale ujmuje to następująco: Prawdziwa to mowa: Jeśli bowiem z nim umarliśmy, z nim też żyć będziemy; jeśli z nim wytrwamy, z nim też królować będziemy; [2Tm 2,11-12]. Wytrwamy ile czasu? Tydzień? Rok? Pięć lat? Nie! Ale kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony! [Mt 24,13; zobacz także: 2Tm 4,7-8 albo 1Pt 5,4]. Mowa amerykańskiego mówcy w świetle Biblii musi zaniepokoić, zwłaszcza, że dalej tak ciągnął:
Masz pewną miarę wiary, Bóg tobie przypisał pewien obszar, pewną ziemię, którą masz odziedziczyć. Jest też tak, że każdy z nas jest w czymś dobry. Będąc wypełniony Duchem Świętym jakby doświadczasz, otrzymujesz moc, która pozwala ci wypełniać te rzeczy.
Na przykład podobieństwo o talentach, czy o minach. Pan Bóg daje ci talenty. Gdzieś tam wyjeżdża, odchodzi, każe tobie pomnażać je. Gdy skończysz pomnażanie, on wraca, mówi: – dobrze sługo dobry. Ale tu historia się nie kończy. Bo dostajesz później dziesięć miast. Co to za miasta? Czy to znaczy, że w niebie wybudują jakieś dziesięć miast, które nam przypadną w udziale? Nie, to Gdańsk! To o Gdańsku jest mowa. Nie czekamy na niebo. Czekamy na Gdańsk.
Gdy już wiesz w czym jesteś dobry, w czym realizują się pragnienia twojego serca, to wiesz, że nie jesteś na tym miejscu tylko po to, żeby kościół mógł się poszerzać. Kościół będzie wzrastał i będzie błogosławiony, ale my czekamy na Gdańsk. My mamy to miasto do góry nogami wywrócić. Naszym celem jest oglądanie ludzi, jak są zbawiani i błogosławieni. Do tego mamy moc właśnie. Bo my nigdzie nie idziemy. Nie będzie zaraz pochwycenia. Mamy czas na realizację naszych marzeń.
Gdy usłyszałem te ostatnie słowa, serce mi zadrżało. Przecież apostołowie nauczali: Ale my oczekujemy, według obietnicy nowych niebios i nowej ziemi, w których mieszka sprawiedliwość [2Pt 3,13]. Albowiem nie mamy tu miasta trwałego, ale tego przyszłego szukamy [Hbr 13,14]. A tak, jeśliście wzbudzeni z Chrystusem, tego co w górze szukajcie, gdzie siedzi Chrystus po prawicy Bożej; o tym, co w górze, myślcie, nie o tym, co na ziemi. Umarliście bowiem, a życie wasze jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu; gdy się Chrystus, który jest życiem naszym, okaże, wtedy się i wy okażecie razem z nim w chwale [Kol 3,1-4]. To tylko niektóre wezwania Słowa Bożego, które od razu przyszły mi na myśl.
Tak więc w tych dniach jesteśmy świadkami, jak podstawowe przekonanie chrześcijan, które przez wieki pomagało im zachować zdrowy dystans do tego świata i jego materializmu, jawnie zostało odrzucone. Mało tego, powtórne przyjście Chrystusa, którego wg Biblii winniśmy się spodziewać w każdej chwili, zostało odsunięte na dalszy plan.
Czy słysząc takie rewelacje jestem zaskoczony? Wiedzcie przede wszystkim to, że w dniach ostatecznych przyjdą szydercy z drwinami, którzy będą postępować według swych własnych pożądliwości i mówić: Gdzież jest przyobiecane przyjście jego? Odkąd bowiem zasnęli ojcowie, wszystko tak trwa, jak było od początku stworzenia... [2Pt 3,3–4]. Niby kwestionowanie powtórnego przyjścia Chrystusa nie powinno mnie dziwić, lecz serce nie przestaje mi drżeć.
Nie myślałem, że coś takiego będzie można usłyszeć z kazalnicy w moim mieście. A jednak... L
13 kwietnia, 2011
Może nie warto być żołnierzem?
Dzisiaj, 13 kwietnia mamy w Polsce Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej. Jest to święto o charakterze państwowym, uchwalone 14 listopada 2007 roku przez Sejm Rzeczypospolitej Polskiej w celu oddania hołdu ofiarom zbrodni katyńskiej.
W treści uchwały sejmowej napiano: W hołdzie Ofiarom Zbrodni Katyńskiej oraz dla uczczenia pamięci wszystkich wymordowanych przez NKWD na mocy decyzji naczelnych władz ZSRR z 5 marca 1940 roku, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ustanawia 13 kwietnia Dniem Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej.
Dzień ten zbiega się z rocznicą opublikowania przez Niemców w 1943 roku informacji o odkryciu w Rosji masowych grobów oficerów Wojska Polskiego. Związek Radziecki przyznał się oficjalnie do popełnienia zbrodni dopiero po pięćdziesięciu latach od dokonania mordu tj. 13 kwietnia 1990 roku, kiedy to Michaił Gorbaczow przekazał gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu listy przewozowe NKWD z obozów w Kozielsku i Ostaszkowie oraz spis jeńców obozu w Starobielsku. Wymordowano wtedy nie mniej niż 21 768 obywateli polskich – jeńców wojennych; oficerów i podoficerów Wojska Polskiego i Policji oraz osób cywilnych, osadzonych w specjalnych obozach jenieckich NKWD w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie.
Skąd taki nieludzki pomysł? Powodem tej strasznej zbrodni była chęć pozbawienia narodu polskiego warstwy przywódczej, elity intelektualnej, której zamordowani byli przedstawicielami.
Taki jest los przywódców. W normalnych warunkach, niosąc codzienną odpowiedzialność, korzystają z pewnych przywilejów i cieszą się swego rodzaju prestiżem. Gdy jednak następuje atak nieprzyjaciela, to w pierwszej kolejności oni właśnie stają się jego celem.
Tak było już w czasach biblijnych. Król aramejski zaś dał taki rozkaz swoim trzydziestu dwom dowódcom wozów wojennych: Nie wdawajcie się w bitwie z byle kim, czy pospolitym, czy znakomitym, ale tylko z samym królem izraelskim [1Krl 22,31]. Ten akurat król chytrze nie przystąpił do bitwy w stroju królewskim, ale i tak go upolowano.
Na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku ten sam rodzaj władzy, który dopuścił się zbrodni katyńskiej, zabrał się za robienie swoich porządków w polskim Kościele. Kto w pierwszej kolejności znalazł się na ich celowniku? Przywódcy. Jednym z nich był też mój późniejszy pastor Sergiusz Waszkiewicz z Gdańska. Zwykli członkowie Kościoła w znacznie mniejszym stopniu byli obiektem owych represji.
Nie inaczej ma się sprawa w sferach walki duchowej. Boży przeciwnik, szatan, starając się zgasić wiarę w ludzkich sercach, uderza w prawdziwych wierzących. Niespecjalnie interesują go nominalni i letni chrześcijanie. Sami nie wierząc, nikogo w wierze ani nie podtrzymają, ani też jej w nikim nie zaszczepią. więc po cóż diabeł miałby ich atakować? Co innego ludzie pełni Ducha Świętego i gorliwości dla Boga. Ci są szczególnym obiektem represji ze strony sił ciemności.
Tak jest, wszyscy, którzy chcą żyć pobożnie w Chrystusie Jezusie, prześladowanie znosić będą [2Tm 3,12]. Diabeł stara się zdyskredytować i usunąć z Kościoła ludzi, którzy są solą ziemi i światłością świata. Wie, że gdyby mu się to udało, to takie zeświecczone wspólnoty, składające się z ludzi martwych duchowo i oddanych sprawom tego świata, zupełnie nie potrafiłyby mu się przeciwstawić.
Kto chce uniknąć prześladowania, ten niech pozostanie na szerokiej, popularnej drodze życia, bowiem prawdziwi naśladowcy Jezusa Chrystusa zawsze będą na tym świecie atakowani. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą [Jn 15,20] – zapowiedział Pan.
Najwidoczniej liczyli się z tym prawdziwi apostołowie Jezusa Chrystusa, utwierdzając dusze uczniów i zachęcając, aby trwali w wierze, i mówiąc, że musimy przejść przez wiele ucisków, aby wejść do Królestwa Bożego [Dz 14,22]. Paweł wzywał młodego adepta służby Bożej, Tymoteusza: Cierp wespół ze mną jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa [2Tm 2,3].
W Dniu Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej wzywam wszystkich żołnierzy Jezusa Chrystusa: Nie zrzucajmy mundurów! Nie upodobniajmy się do świata, aby uniknąć prześladowania! Świat zada prawdziwym naśladowcom Chrystusa jeszcze niejeden cios, zanim osiągniemy cel naszej ziemskiej pielgrzymki.
Jeśli jednak dochowamy wierności Panu, to nie skończymy na cmentarzu. Jezus powiedział: Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. A kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki. Czy wierzysz w to? [Jn 11,25–26].
Ja wierzę w każde słowo Syna Bożego. Czeka nas chwalebna przyszłość!
W treści uchwały sejmowej napiano: W hołdzie Ofiarom Zbrodni Katyńskiej oraz dla uczczenia pamięci wszystkich wymordowanych przez NKWD na mocy decyzji naczelnych władz ZSRR z 5 marca 1940 roku, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ustanawia 13 kwietnia Dniem Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej.
Dzień ten zbiega się z rocznicą opublikowania przez Niemców w 1943 roku informacji o odkryciu w Rosji masowych grobów oficerów Wojska Polskiego. Związek Radziecki przyznał się oficjalnie do popełnienia zbrodni dopiero po pięćdziesięciu latach od dokonania mordu tj. 13 kwietnia 1990 roku, kiedy to Michaił Gorbaczow przekazał gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu listy przewozowe NKWD z obozów w Kozielsku i Ostaszkowie oraz spis jeńców obozu w Starobielsku. Wymordowano wtedy nie mniej niż 21 768 obywateli polskich – jeńców wojennych; oficerów i podoficerów Wojska Polskiego i Policji oraz osób cywilnych, osadzonych w specjalnych obozach jenieckich NKWD w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie.
Skąd taki nieludzki pomysł? Powodem tej strasznej zbrodni była chęć pozbawienia narodu polskiego warstwy przywódczej, elity intelektualnej, której zamordowani byli przedstawicielami.
Taki jest los przywódców. W normalnych warunkach, niosąc codzienną odpowiedzialność, korzystają z pewnych przywilejów i cieszą się swego rodzaju prestiżem. Gdy jednak następuje atak nieprzyjaciela, to w pierwszej kolejności oni właśnie stają się jego celem.
Tak było już w czasach biblijnych. Król aramejski zaś dał taki rozkaz swoim trzydziestu dwom dowódcom wozów wojennych: Nie wdawajcie się w bitwie z byle kim, czy pospolitym, czy znakomitym, ale tylko z samym królem izraelskim [1Krl 22,31]. Ten akurat król chytrze nie przystąpił do bitwy w stroju królewskim, ale i tak go upolowano.
Na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku ten sam rodzaj władzy, który dopuścił się zbrodni katyńskiej, zabrał się za robienie swoich porządków w polskim Kościele. Kto w pierwszej kolejności znalazł się na ich celowniku? Przywódcy. Jednym z nich był też mój późniejszy pastor Sergiusz Waszkiewicz z Gdańska. Zwykli członkowie Kościoła w znacznie mniejszym stopniu byli obiektem owych represji.
Nie inaczej ma się sprawa w sferach walki duchowej. Boży przeciwnik, szatan, starając się zgasić wiarę w ludzkich sercach, uderza w prawdziwych wierzących. Niespecjalnie interesują go nominalni i letni chrześcijanie. Sami nie wierząc, nikogo w wierze ani nie podtrzymają, ani też jej w nikim nie zaszczepią. więc po cóż diabeł miałby ich atakować? Co innego ludzie pełni Ducha Świętego i gorliwości dla Boga. Ci są szczególnym obiektem represji ze strony sił ciemności.
Tak jest, wszyscy, którzy chcą żyć pobożnie w Chrystusie Jezusie, prześladowanie znosić będą [2Tm 3,12]. Diabeł stara się zdyskredytować i usunąć z Kościoła ludzi, którzy są solą ziemi i światłością świata. Wie, że gdyby mu się to udało, to takie zeświecczone wspólnoty, składające się z ludzi martwych duchowo i oddanych sprawom tego świata, zupełnie nie potrafiłyby mu się przeciwstawić.
Kto chce uniknąć prześladowania, ten niech pozostanie na szerokiej, popularnej drodze życia, bowiem prawdziwi naśladowcy Jezusa Chrystusa zawsze będą na tym świecie atakowani. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą [Jn 15,20] – zapowiedział Pan.
Najwidoczniej liczyli się z tym prawdziwi apostołowie Jezusa Chrystusa, utwierdzając dusze uczniów i zachęcając, aby trwali w wierze, i mówiąc, że musimy przejść przez wiele ucisków, aby wejść do Królestwa Bożego [Dz 14,22]. Paweł wzywał młodego adepta służby Bożej, Tymoteusza: Cierp wespół ze mną jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa [2Tm 2,3].
W Dniu Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej wzywam wszystkich żołnierzy Jezusa Chrystusa: Nie zrzucajmy mundurów! Nie upodobniajmy się do świata, aby uniknąć prześladowania! Świat zada prawdziwym naśladowcom Chrystusa jeszcze niejeden cios, zanim osiągniemy cel naszej ziemskiej pielgrzymki.
Jeśli jednak dochowamy wierności Panu, to nie skończymy na cmentarzu. Jezus powiedział: Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. A kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki. Czy wierzysz w to? [Jn 11,25–26].
Ja wierzę w każde słowo Syna Bożego. Czeka nas chwalebna przyszłość!
11 kwietnia, 2011
Objawy duchowego "Parkinsona"
Dziś Światowy Dzień Osób z Chorobą Parkinsona. Został wyznaczony na rocznicę urodzin angielskiego lekarza Jamesa Parkinsona (ur. 11 kwietnia 1755 r.), który jako pierwszy opisał w 1817 roku objawy choroby początkowo zwanej drżączka poraźna, którą później na jego cześć przemianowano na chorobę Parkinsona. Jest to samoistna choroba ośrodkowego układu nerwowego, powodowana niedoborem dopaminy w układzie pozapiramidowym. Dotyczy 1% populacji ludzi przeważnie w wielu 40 – 60 lat.
Układ pozapiramidowy wraz z układem piramidowym w organizmie człowieka odpowiada za czynności ruchowe. Gdy układ piramidowy zajmuje się czynnościami, które wymagają od nas skupienia, wówczas układ pozapiramidowy powoli przejmuje i automatyzuje czynności, które wcześniej były pod jego kontrolą. Innymi słowy, układ pozapiramidowy odciąża nas od konieczności skupiania się nad niektórymi czynnościami codziennymi, umożliwiając nam ich pewną automatyzację.
Gdy w tym układzie zaczyna brakować dopaminy, skądinąd zwanej hormonem szczęścia, pojawiają się pierwsze objawy choroby Parkinsona. Jej przebieg jest zwykle wieloletni, powolny, ale postępujący. Następuje m.in. spowolnienie ruchowe i jakby niezgrabność w ruchach, zaburzenia pisania, równowagi, trudności z wykonywaniem nawet tak prostych czynności jak wstawanie z krzesła, spowolnienie procesów psychicznych i charakterystyczne drżenie spoczynkowe.
Powróćmy do samego układu pozapiramidowego i w tym kontekście pomyślmy o naszym trwaniu w społeczności z Bogiem. Ponieważ jest to dla nas wielka sprawa, więc powinniśmy i chcemy skupiać na niej naszą uwagę. Przejawem tej społeczności jest między innymi modlitwa oraz słuchanie Słowa Bożego.
Jezus wiedział jednak, że codzienne obowiązki uniemożliwiają nam skupianie się na tym w dostatecznym stopniu. Obiecał więc posłać nam Ducha Świętego, jako dar dla każdego prawdziwego chrześcijanina. Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki - Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie [Jn 14,16–17].
Poprzez napełnienie Duchem Świętym chrześcijanin zostaje wyposażony w swego rodzaju duchowy układ pozapiramidowy. Ten to Duch świadczy wespół z duchem naszym, że dziećmi Bożymi jesteśmy [Rz 8,16]. Ten proces podtrzymywania i utwierdzania w wierze za sprawą Ducha trwa nieprzerwanie i nie wymaga naszego ciągłego skupiania się na nim.
Nawet w trakcie pracy czy podróży Duch nie tylko przypomina nam i ożywia w nas Słowo Boże, ale także, zwłaszcza poprzez dar mówienia językami, prowadzi w nas modlitwie. Podobnie i Duch wspiera nas w niemocy naszej; nie wiemy bowiem, o co się modlić, jak należy, ale sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach. A Ten, który bada serca, wie, jaki jest zamysł Ducha, bo zgodnie z myślą Bożą wstawia się za świętymi [Rz 8,26–27]. Dzięki Bogu za dar Ducha Świętego!
Co jednak, gdy społeczność z Duchem Świętym zostanie ograniczona, gdy innymi słowy, ten duchowy układ pozapiramidowy ulegnie zaburzeniu? Wtedy zaczyna się duchowa "choroba Parkinsona". Jej objawy aż nadto widać u niektórych chrześcijan. Spowolnienie procesów duchowych, brak równowagi, zanik aktywności itd.
Oby dotyczyło to tylko 1% wierzących, a przynajmniej dopiero po 40-60 latach chodzenia w wierze!
Na okoliczność Światowego Dnia Osób z Chorobą Parkinsona apeluję o sprawdzenie naszego duchowego układu pozapiramidowego. Zróbmy to koniecznie, zwłaszcza, gdy na co dzień zaczynamy odczuwać brak duchowej dopaminy...
Układ pozapiramidowy wraz z układem piramidowym w organizmie człowieka odpowiada za czynności ruchowe. Gdy układ piramidowy zajmuje się czynnościami, które wymagają od nas skupienia, wówczas układ pozapiramidowy powoli przejmuje i automatyzuje czynności, które wcześniej były pod jego kontrolą. Innymi słowy, układ pozapiramidowy odciąża nas od konieczności skupiania się nad niektórymi czynnościami codziennymi, umożliwiając nam ich pewną automatyzację.
Gdy w tym układzie zaczyna brakować dopaminy, skądinąd zwanej hormonem szczęścia, pojawiają się pierwsze objawy choroby Parkinsona. Jej przebieg jest zwykle wieloletni, powolny, ale postępujący. Następuje m.in. spowolnienie ruchowe i jakby niezgrabność w ruchach, zaburzenia pisania, równowagi, trudności z wykonywaniem nawet tak prostych czynności jak wstawanie z krzesła, spowolnienie procesów psychicznych i charakterystyczne drżenie spoczynkowe.
Powróćmy do samego układu pozapiramidowego i w tym kontekście pomyślmy o naszym trwaniu w społeczności z Bogiem. Ponieważ jest to dla nas wielka sprawa, więc powinniśmy i chcemy skupiać na niej naszą uwagę. Przejawem tej społeczności jest między innymi modlitwa oraz słuchanie Słowa Bożego.
Jezus wiedział jednak, że codzienne obowiązki uniemożliwiają nam skupianie się na tym w dostatecznym stopniu. Obiecał więc posłać nam Ducha Świętego, jako dar dla każdego prawdziwego chrześcijanina. Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki - Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie [Jn 14,16–17].
Poprzez napełnienie Duchem Świętym chrześcijanin zostaje wyposażony w swego rodzaju duchowy układ pozapiramidowy. Ten to Duch świadczy wespół z duchem naszym, że dziećmi Bożymi jesteśmy [Rz 8,16]. Ten proces podtrzymywania i utwierdzania w wierze za sprawą Ducha trwa nieprzerwanie i nie wymaga naszego ciągłego skupiania się na nim.
Nawet w trakcie pracy czy podróży Duch nie tylko przypomina nam i ożywia w nas Słowo Boże, ale także, zwłaszcza poprzez dar mówienia językami, prowadzi w nas modlitwie. Podobnie i Duch wspiera nas w niemocy naszej; nie wiemy bowiem, o co się modlić, jak należy, ale sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach. A Ten, który bada serca, wie, jaki jest zamysł Ducha, bo zgodnie z myślą Bożą wstawia się za świętymi [Rz 8,26–27]. Dzięki Bogu za dar Ducha Świętego!
Co jednak, gdy społeczność z Duchem Świętym zostanie ograniczona, gdy innymi słowy, ten duchowy układ pozapiramidowy ulegnie zaburzeniu? Wtedy zaczyna się duchowa "choroba Parkinsona". Jej objawy aż nadto widać u niektórych chrześcijan. Spowolnienie procesów duchowych, brak równowagi, zanik aktywności itd.
Oby dotyczyło to tylko 1% wierzących, a przynajmniej dopiero po 40-60 latach chodzenia w wierze!
Na okoliczność Światowego Dnia Osób z Chorobą Parkinsona apeluję o sprawdzenie naszego duchowego układu pozapiramidowego. Zróbmy to koniecznie, zwłaszcza, gdy na co dzień zaczynamy odczuwać brak duchowej dopaminy...
08 kwietnia, 2011
Podglądnijmy Jezusa: Sympatie polityczne
Wielu współczesnych chrześcijan nie ukrywa swoich sympatii partyjnych i związków z konkretnymi ugrupowaniami politycznymi. Uważnie śledzą rozgrywki międzypartyjne, dyskutują o polityce, wzywają innych do takiej aktywności i wykorzystują do tego nawet płaszczyznę kontaktów kościelnych.
Grupa liderów kreujących się na apostołów i proroków nowoczesnego kościoła przyszłości, wyraźnie gloryfikuje tylko jedną partię PO to, by wzywać swoich zwolenników do głosowania na jej kandydatów i do modlitw o jej pomyślność. Część chrześcijan opowiada się po lewej stronie sceny politycznej, nie bacząc – o zgrozo – na to, że większość jej przedstawicieli, już z założenia, odrzuca światopogląd chrześcijański. Są też chrześcijanie, którym podobają się partie o bardziej skrajnych poglądach i sympatyzują właśnie z nimi.
Wobec powyższego stanu rzeczy spróbujmy dziś zobaczyć w świetle Biblii, czy rownież Jezus miałby jakieś swoje sympatie polityczne i czy angażowałby po stronie którejś z partii?
W czasach Jezusa scena polityczna była nie mniej złożona niż dzisiejsza. Było o czym dyskutować. Całymi wieczorami można było się zastanawiać, kogo popierać. Reprezentowaną przez prokuratora Piłata władzę rzymską? Heroda Antypasa, króla żydowskiego? Członków Wielkiego Sanhedrynu? A może raczej sekretnych powstańców, wciąż dotkliwie nękających rzymskiego okupanta? Czyż w tak skomplikowanej sytuacji nie należało dać ludziom dobrego przykładu i opowiedzieć się po którejś ze stron?
Z ewangelii wynika, że Jezus miał spore szanse, by konkretnie zaistnieć na scenie politycznej i w ten sposób wpisać się w historię Izraela. Wtedy ludzie ujrzawszy cud, jaki uczynił, rzekli: Ten naprawdę jest prorokiem, który miał przyjść na świat. Jezus zaś poznawszy, że zamyślają podejść, porwać go i obwołać królem, uszedł znowu na górę sam jeden [Jn 6,14–15].
Jednak Jezus celowo stronił od takiej aktywności. Nie uległ nawet namowie własnych braci. Rzekli więc do niego bracia jego: Odejdź stąd i idź do Judei, żeby i uczniowie twoi widzieli dzieła, które czynisz. Nikt bowiem nic w skrytości nie czyni, jeśli chce być znany. Skoro takie rzeczy czynisz, daj się poznać światu [Jn 7,3–4].
Piłatowi zdziwionemu Jego postawą odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata; gdyby z tego świata było Królestwo moje, słudzy moi walczyliby, abym nie był wydany Żydom; bo właśnie Królestwo moje nie jest stąd [Jn 18,36].
Od początku do samego końca swej publicznej działalności Jezus był skupiony na wzywaniu ludzi do upamiętania i opowiadaniu o królestwie Bożym. A potem, gdy Jan został uwięziony, przyszedł Jezus do Galilei, głosząc ewangelię Bożą i mówiąc: Wypełnił się czas i przybliżyło się Królestwo Boże, upamiętajcie się i wierzcie ewangelii [Mk 1,14–15]. I stało się potem, że chodził po miastach i wioskach, zwiastując dobrą nowinę o Królestwie Bożym [Łk 8,1].
Tak oto Jezus nie został przewodniczącym żadnej partii, ani skutecznym reformatorem społecznym, ani mądrym mężem stanu, ani wielkim wodzem wojskowym, ani żadną inną gwiazdą tego świata. Zdaje się, że miał takie możliwości [Mt 4,8–9], ale je zdecydowanie odrzucił. On przyszedł zająć się ludzkimi sercami i zbawić lud swój od grzechów jego [Mt 1,21].
Z Biblii wynika, że Jezus nie spędziłby ani godziny w jakimkolwiek sztabie wyborczym. Czytając ewangelię ani razu nie widzimy Go przesiadującego w gronie politycznym i zajmującego się omawianiem, budowaniem czy popieraniem partyjnych strategii. Chyba szkoda Mu byłoby czasu na opowiadanie uczniom o "zielonej wyspie", która zaraz potem miałaby się okazać typowym grzęzawiskiem kryzysu...
Jezus był w stosunku do tego świata całkowicie apolityczny. Taki też winien pozostać poprzez świadectwo życia swoich naśladowców, bo Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki [Hbr 13,8].
Grupa liderów kreujących się na apostołów i proroków nowoczesnego kościoła przyszłości, wyraźnie gloryfikuje tylko jedną partię PO to, by wzywać swoich zwolenników do głosowania na jej kandydatów i do modlitw o jej pomyślność. Część chrześcijan opowiada się po lewej stronie sceny politycznej, nie bacząc – o zgrozo – na to, że większość jej przedstawicieli, już z założenia, odrzuca światopogląd chrześcijański. Są też chrześcijanie, którym podobają się partie o bardziej skrajnych poglądach i sympatyzują właśnie z nimi.
Wobec powyższego stanu rzeczy spróbujmy dziś zobaczyć w świetle Biblii, czy rownież Jezus miałby jakieś swoje sympatie polityczne i czy angażowałby po stronie którejś z partii?
W czasach Jezusa scena polityczna była nie mniej złożona niż dzisiejsza. Było o czym dyskutować. Całymi wieczorami można było się zastanawiać, kogo popierać. Reprezentowaną przez prokuratora Piłata władzę rzymską? Heroda Antypasa, króla żydowskiego? Członków Wielkiego Sanhedrynu? A może raczej sekretnych powstańców, wciąż dotkliwie nękających rzymskiego okupanta? Czyż w tak skomplikowanej sytuacji nie należało dać ludziom dobrego przykładu i opowiedzieć się po którejś ze stron?
Z ewangelii wynika, że Jezus miał spore szanse, by konkretnie zaistnieć na scenie politycznej i w ten sposób wpisać się w historię Izraela. Wtedy ludzie ujrzawszy cud, jaki uczynił, rzekli: Ten naprawdę jest prorokiem, który miał przyjść na świat. Jezus zaś poznawszy, że zamyślają podejść, porwać go i obwołać królem, uszedł znowu na górę sam jeden [Jn 6,14–15].
Jednak Jezus celowo stronił od takiej aktywności. Nie uległ nawet namowie własnych braci. Rzekli więc do niego bracia jego: Odejdź stąd i idź do Judei, żeby i uczniowie twoi widzieli dzieła, które czynisz. Nikt bowiem nic w skrytości nie czyni, jeśli chce być znany. Skoro takie rzeczy czynisz, daj się poznać światu [Jn 7,3–4].
Piłatowi zdziwionemu Jego postawą odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata; gdyby z tego świata było Królestwo moje, słudzy moi walczyliby, abym nie był wydany Żydom; bo właśnie Królestwo moje nie jest stąd [Jn 18,36].
Od początku do samego końca swej publicznej działalności Jezus był skupiony na wzywaniu ludzi do upamiętania i opowiadaniu o królestwie Bożym. A potem, gdy Jan został uwięziony, przyszedł Jezus do Galilei, głosząc ewangelię Bożą i mówiąc: Wypełnił się czas i przybliżyło się Królestwo Boże, upamiętajcie się i wierzcie ewangelii [Mk 1,14–15]. I stało się potem, że chodził po miastach i wioskach, zwiastując dobrą nowinę o Królestwie Bożym [Łk 8,1].
Tak oto Jezus nie został przewodniczącym żadnej partii, ani skutecznym reformatorem społecznym, ani mądrym mężem stanu, ani wielkim wodzem wojskowym, ani żadną inną gwiazdą tego świata. Zdaje się, że miał takie możliwości [Mt 4,8–9], ale je zdecydowanie odrzucił. On przyszedł zająć się ludzkimi sercami i zbawić lud swój od grzechów jego [Mt 1,21].
Z Biblii wynika, że Jezus nie spędziłby ani godziny w jakimkolwiek sztabie wyborczym. Czytając ewangelię ani razu nie widzimy Go przesiadującego w gronie politycznym i zajmującego się omawianiem, budowaniem czy popieraniem partyjnych strategii. Chyba szkoda Mu byłoby czasu na opowiadanie uczniom o "zielonej wyspie", która zaraz potem miałaby się okazać typowym grzęzawiskiem kryzysu...
Jezus był w stosunku do tego świata całkowicie apolityczny. Taki też winien pozostać poprzez świadectwo życia swoich naśladowców, bo Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki [Hbr 13,8].
Subskrybuj:
Posty (Atom)





