31 marca, 2011

Podglądnijmy Jezusa: Oko w oko z hierarchami

W czasach Jezusa duchowym centrum Izraela była świątynia w Jerozolimie. Władzę nad duszami ludzkimi zdawał się sprawować urzędujący arcykapłan, który z racji swej godności stał na czele Sanhedrynu, czyli rady narodowo–religijnej Izraela. Część jego autorytetu przeszła wprawdzie na prężnie działające stowarzyszenie faryzeuszy oraz na uczonych w Piśmie, niemniej jednak arcykapłan utrzymywał swoją przewodnią pozycję.

 Chociaż teoretycznie wybrany arcykapłan miał nim pozostawać aż do śmierci, to jednak w praktyce za czasów Jezusa rzadko tak było. Niektórzy pełnili tę funkcję zaledwie przez kilka lat. Na dodatek kolejnymi arcykapłanami zostawali zazwyczaj krewni lub ludzie z najbliższego otoczenia arcykapłana. Wiadomo, że następcą Annasza został jego syn Eleazar, potem zięć Kajfasz, a później znowu kolejni jego synowie, co dawało Annaszowi możliwość wpływania na ich decyzje. W ten sposób za czasów Jezusa utworzyła się grupa "trzymająca władzę" zwana  arcykapłanami.

 Jezus, jako rodowity Żyd teoretycznie formalnie podlegał duchowej władzy arcykapłana. Od narodzenia poprzez dzieciństwo i okres młodości podporządkowywał się przepisom zakonu i uczestniczył w życiu religijnym swego narodu. Nas będzie tu interesować stosunek Jezusa do władzy duchowej w okresie Jego publicznej działalności. W tym celu przytoczymy niektóre z ewangelicznych przykładów, obrazujących stan tych stosunków.

Gdy Jezus wszedł na scenę życia publicznego, szybko doszło do rozmaitych napięć między nim, a władzą duchową. Syn Boży w najmniejszym stopniu tego nie prowokował i nie szukał zaczepki. Po prostu, codziennie pełnił wolę Ojca. Hierarchów najwyraźniej drażniła wolność Jezusa od ich opinii, postanowień oraz uchwalanych przepisów.

Głównym motywem źle układających się stosunków pomiędzy Jezusem a duchowymi przywódcami Izraela była kwestia Jego popularności. Hierarchowie nie potrafili zaradzić rosnącej popularności Jezusa i tak bardzo drażniło ich to poczucie bezsilności, że zaczęli kierować się zawiścią. Tedy arcykapłani i faryzeusze zwołali Radę Najwyższą i mówili: Cóż uczynimy? Człowiek ten dokonuje wielu cudów. Jeśli go tak zostawimy, wszyscy uwierzą w niego [Jn 11,47]. I słyszeli to arcykapłani i uczeni w Piśmie, i szukali sposobu, jak by go stracić; bo się go bali, gdyż cały lud zdumiewał się nad nauką jego [Mk 11,18]. A wielu z ludu uwierzyło w niego i mówiło: Czy Chrystus, gdy przyjdzie, uczyni więcej cudów, niż Ten ich uczynił? I usłyszeli faryzeusze, że lud takie rzeczy o nim mówi; wówczas arcykapłani i faryzeusze wysłali sługi, aby go pojmali [Jn 7,31–32]. I nauczał codziennie w świątyni. Arcykapłani zaś i uczeni w Piśmie, a także przedniejsi z ludu szukali sposobności, by go zgładzić. Lecz nie znajdowali nic, co by mogli uczynić, cały lud bowiem słuchając go, garnął się do niego [Łk 19,47–48].

Ostatecznie, złe nastawienie przywódców do Jezusa stało się na tyle powszechnie znane, że nawet Piłat wiedział bowiem, że arcykapłani wydali go z zawiści [Mk 15,10].

 Jezus w swoich przemówieniach dawał do zrozumienia, że nie popiera ich postępowania. A uczeni w Piśmie i arcykapłani chcieli go dostać w swoje ręce w tej właśnie godzinie, lecz bali się ludu. Zrozumieli bowiem, że przeciwko nim skierował to podobieństwo. Śledzili go więc, nasłali szpiegów, którzy udając sprawiedliwych, mieli go przyłapać na jakimś słowie, aby go wydać władzy i mocy starosty [Łk 20,19–20]. Biada wam, ślepi przewodnicy, którzy powiadacie: Kto by przysiągł na świątynię, to nic; ale kto by przysiągł na złoto świątyni, ten jest związany przysięgą. Głupi i ślepi! Cóż bowiem jest większe? Złoto czy świątynia, która uświęca złoto? [Mt 23,16–17]. I wam, zakonoznawcy, biada, bo obciążacie ludzi brzemionami nie do uniesienia, a sami ani jednym palcem swoim nie dotykacie tych brzemion [Łk 11,46].

 Władza religijna miała do Jezusa pretensje nawet o spontaniczne zachowania ludzi, do których Pan absolutnie ich nie namawiał. Arcykapłani zaś i uczeni w Piśmie, widząc cuda, które czynił, i dzieci, które wołały w świątyni i mówiły: Hosanna Synowi Dawidowemu, oburzyli się i rzekli mu: Czy słyszysz, co one mówią? A Jezus mówi do nich: Tak jest; czy nigdy nie czytaliście: Z ust niemowląt i ssących zgotowałeś sobie chwałę? I opuściwszy ich, wyszedł z miasta do Betanii i tam zanocował [Mt 21,15–17].

 Żądali od Jezusa, żeby się im tłumaczył ze swojego postępowania. A gdy On przyszedł do świątyni, przystąpili do niego, gdy nauczał, arcykapłani i starsi ludu, mówiąc: Jaką mocą to czynisz i kto ci dał tę moc? A Jezus, odpowiadając, rzekł im: Zapytam i ja was o jedną rzecz; jeśli mi na nią odpowiecie, i Ja wam powiem, jaką mocą to czynię: Skąd był chrzest Jana? Z nieba czy z ludzi? A oni rozważali to sami w sobie, mówiąc: Jeśli powiemy, że z nieba, rzeknie nam: Czemu więc nie uwierzyliście mu? Jeśli zaś powiemy: Z ludzi, boimy się ludu, albowiem wszyscy mają Jana za proroka. I odpowiadając Jezusowi, rzekli: Nie wiemy. Rzekł i On do nich: To i Ja wam nie powiem, jaką mocą to czynię [Mt 21,23–27].

 Swój negatywny stosunek do Pana Jezusa duchowi przywódcy Izraela z początku starali się utrzymywać w tajemnicy i rozprawić się z Nim gdzieś na boku. W tym czasie zebrali się arcykapłani i starsi ludu w pałacu arcykapłana, którego zwano Kaifasz. I naradzali się, aby Jezusa podstępem pojmać i zabić. Mówili jednak: Tylko nie w święto, aby nie powstały rozruchy między ludem [Mt 26,3–5].

 W czasie procesu stosowali względem Jezusa typową technikę żądania powtarzania tego, co było powszechnie wiadome. Wtedy arcykapłan zapytał Jezusa o jego uczniów i o naukę jego. Odpowiedział mu Jezus: Ja jawnie mówiłem światu; ja zawsze uczyłem w synagodze i w świątyni, gdzie się wszyscy Żydzi schodzą, a potajemnie nic nie mówiłem. Dlaczego mnie pytasz? Pytaj tych, którzy słuchali, co im mówiłem; oto oni wiedzą, co Ja mówiłem. A gdy On to powiedział, jeden ze sług, który tam stał, wymierzył Jezusowi policzek, mówiąc: Tak odpowiadasz arcykapłanowi? Odrzekł mu Jezus: Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, że źle, a jeśli dobrze, czemu mnie bijesz? I odesłał go Annasz związanego do arcykapłana Kajfasza [Jn 18,19–24].

 W swojej niechęci do Jezusa hierarchowie Izraela posunęli się nawet do szukania na Niego tzw. haków. Lecz arcykapłani i cała Rada Najwyższa szukali fałszywego świadectwa przeciwko Jezusowi, aby go skazać na śmierć. I nie znaleźli, chociaż przychodziło wielu fałszywych świadków. Na koniec zaś przyszli dwaj i rzekli: Ten powiedział: Mogę zburzyć świątynię Bożą i w trzy dni ją odbudować. Wówczas powstał arcykapłan i rzekł do niego: Nic nie odpowiadasz na to, co ci świadczą przeciwko tobie? Ale Jezus milczał [Mt 26,59–63]. Arcykapłani zaś i cała Rada Najwyższa szukali świadectwa przeciwko Jezusowi, aby skazać go na śmierć, ale nie znajdowali. Wielu bowiem świadczyło fałszywie przeciwko niemu, ale świadectwa te nie były zgodne [Mk 14,55–56].

Próbowali oskarżać Jezusa o niestworzone rzeczy. A arcykapłani oskarżali go o wiele rzeczy [Mk 15,3]. A gdy go oskarżali arcykapłani i starsi, nic nie odpowiedział [Mt 27,12].

 W celu zdyskredytowania Jezusa i wyeliminowania Go z życia publicznego, przywódcy religijni manipulowali ludźmi i opinią publiczną. Ale arcykapłani i starsi nakłonili lud, aby prosili o Barabasza, a Jezusa aby stracono [Mt 27,20].

Do tego stopnia nastawili się przeciwko Jezusowi, że gotowi byli nawet uznać władzę rzymskiego okupanta nad sobą, aby tylko doprowadzić do wyeliminowania Syna Bożego. A oni zawołali: Precz, precz, ukrzyżuj go! Rzekł do nich Piłat: Króla waszego mam ukrzyżować? Odpowiedzieli arcykapłani: Nie mamy króla, tylko cesarza [Jn 19,15].

W końcu przedstawiciele władzy duchowej postanowili kwestię Jezusa rozstrzygnąć na zasadzie podjęcia przeciwko Niemu uchwały. A wczesnym rankiem wszyscy arcykapłani i starsi ludu powzięli uchwałę przeciwko Jezusowi, że trzeba go zabić [Mt 27,1].

 Nie oszczędzili Jezusowi również przykrości publicznego wyśmiewania się z Niego. Podobnie i arcykapłani wraz z uczonymi w Piśmie i starszymi wyśmiewali się z niego i mówili: Innych ratował, a siebie samego ratować nie może, jest królem izraelskim, niech teraz zstąpi z krzyża; a uwierzymy w niego [Mt 27,41–42].

 Na koniec warto przywołać jeszcze kwestię narzuconego Żydom obowiązku płacenia podatku świątynnego. A gdy przyszli do Kafarnaum, przystąpili do Piotra poborcy dwudrachmowego podatku i rzekli: Nauczyciel wasz nie płaci dwu drachm? Rzecze Piotr: Owszem. A gdy wchodził do domu, uprzedził go Jezus, mówiąc: Jak ci się wydaje, Szymonie? Od kogo królowie ziemi pobierają cło lub czynsz? Od synów własnych czy od obcych? A on rzekł: Od obcych. Na to Jezus: A zatem synowie są wolni. Ale żebyśmy ich nie zgorszyli, idź nad morze, zarzuć wędkę i weź pierwszą złowioną rybę, otwórz jej pyszczek, a znajdziesz stater; tego zabierz i daj im za mnie i za siebie [Mt 17,24–27].

Z powyższych fragmentów Ewangelii rysuje się nie tylko dość klarowny obraz złego nastawienia duchowych przywódców Izraela do Jezusa. Na ich podstawie możemy także nauczyć się wiele na temat postawy Jezusa względem tych przywódców. Warto raz jeszcze je prześledzić, aby czegoś nie przeoczyć.

 Podglądnijmy więc Jezusa, jak się zachowywał, dzień w dzień będąc pod presją źle nastawionych do Niego przywódców religijnych.

Oto kilka najważniejszych wniosków, jakie się z tej obserwacji nasuwają: Jezus nie zawsze schodził im z drogi. Zadawał im niewygodne pytania. Nie uznawał za stosowne, aby się im tłumaczyć z tego, co zrobił. Miał odwagę poddać publicznej krytyce ich poglądy, postawy i czyny. Gdy Go oskarżali, milczał. Nie przejmował się narzucanymi przez nich obowiązkami. Nie potrzebował ich aprobaty, by wykonać wolę Bożą, dla której pojawił się na ziemi.

Syn Boży był całkowicie skoncentrowany na posłuszeństwie Ojcu. Nic nie czynię sam z siebie, lecz tak mówię, jak mnie mój Ojciec nauczył. A Ten, który mnie posłał, jest ze mną; nie zostawił mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się jemu podoba [Jn 8,28-29].

 Czy Pan Jezus był źle nastawiony do tych religijnych grzeszników w dostojnych szatach? On ich miłował, więc z pewnością nie był przeciwko nim. Występował przeciwko ich pysze, obłudzie, zawiści i nieposłuszeństwie Bogu, a nie przeciwko nim samym. Dzięki temu serca niektórych z nich zostały poruszone i mogli się nawrócić [zob. Jn 12,42].

 Każdy prawdziwy chrześcijanin z definicji jest naśladowcą Jezusa Chrystusa. Nie jest uczeń nad mistrza ani sługa nad swego pana; wystarczy uczniowi, aby był jak jego mistrz, a sługa jak jego pan. Jeśli gospodarza Belzebubem nazwali, tym bardziej jego domowników [Mt 10,24-25]. Końcowe wnioski z dzisiejszego podglądania Jezusa nasuwają się więc same.

30 marca, 2011

Przydarzy ci się coś dobrego!

Głównym argumentem osób zdziwionych i zniesmaczonych moim stanowiskiem w sprawie wizyty Joyce Meyer w Polsce jest to, że ta kobieta robi tak wiele dobrego; pomaga biednym, rozbudza w ludziach nadzieję, sprawia, że nabierają chęci do życia itd.

 Tak jest. Z socjologicznego punktu widzenia jest to działalność jak najbardziej pożyteczna i godna pochwały. Dostrzegam te plusy i niczego nie chciałbym jej umniejszać. Chcę jednak raz jeszcze poprosić, abyśmy odróżniali tego rodzaju przemówienia od głoszenia Ewangelii Chrystusowej.

 Pełne pozytywnej energii wystąpienia Joyce Meyer z pewnością są zachęcające. Trafnie ktoś określił je jako festiwal życia. Mam jednak poważne wątpliwości, czy można je nazwać zwiastowaniem Ewangelii.

 Weźmy nieco pod lupę jedno z jej znanych kazań, zatytułowane "Przydarzy ci się coś dobrego" [nawiasem mówiąc, jak widać na załączonej ilustracji, ten tytuł to stara śpiewka teologii sukcesu i nie pierwsza Joyce Meyer głosi takie przesłanie].

To półgodzinne wystąpienie rozpoczyna ona od ogłoszenia, że Bóg jest dobry, nie gniewa się i nie zajmuje się karaniem. Jest pełen łaski i ma wspaniały plan dla każdego z jej słuchaczy. Powyższe stwierdzenia, zdaniem Joyce, stanowią podstawę do przestawienia umysłu na następującą myśl: Przydarzy mi się coś dobrego! Już po kilku minutach oświadcza, że całe jej wystąpienie jest właśnie po to, aby każdy, rano i wieczorem, przez cały tydzień powtarzał: Przydarzy mi się coś dobrego!

 Następnie przywołuje swój osobisty przykład. Przed laty była nikim. Przez 5 lat nauczała tylko 25 osób. Teraz przemawia do milionów. Kluczem do tej ogromnej zmiany stało się stworzenie – zgodnie z Bożym wezwaniem – podpartej dopasowanymi wersetami biblijnymi, 65 punktowej listy marzeń  i codzienne, dwukrotne ich głośne wypowiadanie. Robiła tak miesiącami. Zżyła się z tymi myślami do tego stopnia, że w końcu jej marzenia się urzeczywistniły. Zaczęło się jej przydarzać coś dobrego!

 W drugiej części przemówienia, dość niespodziewanie pojawia się uwaga: Nie przydarzy ci się nic dobrego, jeżeli nie uczynisz Jezusa swoim Zbawicielem i Panem. Tylko ci, którzy przyjęli Jezusa mogą mówić: Przydarzy mi się coś dobrego! Więc kaznodziejka wzywa słuchaczy do tego kroku i prowadzi ich w tzw. "modlitwie grzesznika".

 Warunek spełniony! Od tej chwili każdy z nich może śmiało wierzyć i wyznawać: Przydarzy mi się coś dobrego! Robią to zresztą wielokrotnie podczas omawianego spotkania.

Celem całego kazania i prawdą najważniejszą w nim do uchwycenia jest to, żeby słuchaczowi przydarzyło się coś dobrego! To dlatego miał on przyjąć Jezusa i potem ma głośno wypowiadać słowa z Biblii.

 Pytam: Czy to jest Ewangelia Chrystusowa? Czy tak głosił Jezus i apostołowie?

 Słowo Boże mówiąc o celowości nawrócenia daje między innymi przykład Tesaloniczan, którzy nawrócili się od bałwanów do Boga, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu i oczekiwać Syna jego z niebios, którego wzbudził z martwych, Jezusa, który nas ocalił przed nadchodzącym gniewem Bożym [1Ts 1,9–10].

 Innymi słowy, w prawdziwym nawróceniu chodzi przede wszystkim o to, żeby Jezus Chrystus stał się wreszcie Bogiem w naszym życiu! Żeby mu się całkowicie podporządkować i służyć niezależnie od okoliczności! Żeby odwrócić serce od świata i nastawić się na Królestwo Boże, oczekując Jego przyjścia!

 W nawróceniu zaproponowanym przez Joyce Meyer chodzi o przyjęcie Jezusa po to, aby słuchaczom w tym doczesnym życiu zaczęło przydarzać się coś dobrego. Wabiła ich tą myślą, wabiła swoim przykładem, a kiedy już byli zwabieni, powiedziała im, że w tym celu muszą przyjąć Jezusa. Więc Go przyjęli, niczym nakręcony już reklamą klient decyduje się podpisać jakiś dodatkowy, podstawiony mu nagle warunek zakupu.

 Czy taki sposób przyprowadzania ludzi do Jezusa jest uczciwy? Czy tak naprawdę brzmi poselstwo Ewangelii?

Nie czekam na odpowiedź. Proszę o rozsądzenie tego we własnym sercu, w świetle Biblii.

29 marca, 2011

Bajka o odpowiedzialności

Znany w sporej części lasu szczygieł Kenys miał się całkiem dobrze. Mile widziany przez większość ptaków, swobodnie fruwał po okolicy, zaglądał do różnych gniazd, siadał przy nich i wyśpiewywał swoje trele. Robił to zazwyczaj przy pełnej aprobacie innych mieszkańców lasu.

 Od czasu do czasu nawiedzał gniazdo orlika, który - sam daleki od takich zdolności - lubił posłuchać jego śpiewu. Wpadał do sroki pragnącej swoje potomstwo wyposażyć w coś więcej, niż tylko umiejętność skrzeczenia. Z racji swych predyspozycji czuł się też w obowiązku pomagać dudkowi wabić upatrzoną prze niego wybrankę. Nawet mądra sowa, znudzona ciszą swego gniazda, nie miała nic przeciwko świergotliwym wizytom szczygła.

 Jednym z mieszkańców lasu był dzięcioł Modsiw. Również on chętnie i wielokrotnie witał Kenysa na gałęzi u wejścia do swojej dziupli. Jednakże któregoś poranku, w czasie roboczej wyprawy na skraj lasu, zauważył szczygła wyfruwającego z gniazda myszołowa, o którym w całym lesie huczało, że padł zarażony jakąś dziwną chorobą. Ta niespodziewana obserwacja zaniepokoiła dzięcioła.

 Właśnie rozpoczął się lęg tegorocznego potomstwa. Wiecznie głodne dzięciołki w poprzednich latach nieraz wyciągały dzióbki do przyjacielskiego szczygła. Teraz dzięcioł zaczął to uniemożliwiać. Zabójcza zaraza z gniazda myszołowa z pewnością była na nóżkach Kenysa. Kontakt z nim był więc dla młodych niebezpieczny.

 Dzięcioł nie chciał już obecności szczygła w pobliżu. Zdumiona partnerka Modsiwa zachodziła w głowę, dlaczego tak nadweręża dziób, starając się oddziobać gałąź tuż przy wejściu do ich dziupli, na której Kenys wcześniej wielokrotnie przesiadywał. Mało tego, za każdym razem gdy Modsiw odlatywał gdzieś dalej, zasłaniał teraz szyszką wejście do dziupli, uniemożliwiając szczygłowi zbliżenie się do maleństw.

 Wśród mieszkańców lasu rozniosła się plotka, że dzięciołowi najwyraźniej pomieszało się w głowie, skoro zaczął odpędzać tak powszechnie lubianego Kenysa. Niejasności w lesie było coraz więcej. Przecież nikt nie widział tego, co podpatrzył Modsiw wspomnianego poranka...

Martwy myszołów szybko gdzieś poszedł w niepamięć. Nawet nie zauważono, że wśród ptaków zapanowała mało znana grypa, której Kenys stał się lokalnym nosicielem.

 A dzięcioł Modsiw? Czy zachował się nieodpowiedzialnie, wykazując - zgodnie ze swoją naturą -  tak daleko idącą ostrożność?

Biblia poucza:  Kto się za daleko zapędza i nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga. Kto trwa w niej, ten ma i Ojca, i Syna. Jeżeli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie. Kto go bowiem pozdrawia, uczestniczy w jego złych uczynkach [2Jn 1,9–11].

 Dziwię się, że tak prędko dajecie się odwieść od tego, który was powołał w łasce Chrystusowej do innej ewangelii, chociaż innej nie ma; są tylko pewni ludzie, którzy was niepokoją i chcą przekręcić ewangelię Chrystusową. Ale choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty! [Ga 1,6–8].

Są sytuacje, gdy staje się nieważne, jak barwnie ptak jest upierzony i jak pięknie potrafi śpiewać. Ważne, gdzie wcześniej przesiadywał, bo może stamtąd - nawet niechcący - przywlec zarazę do naszego gniazda.

28 marca, 2011

Znowu pod obcą kontrolą

Ponieważ w tych dniach uwaga świata skupia się na Libii, chcę zwrócić uwagę, że dzisiaj Libijczycy, formalnie rzecz biorąc, obchodzą doroczne święto narodowe pn. British Evacuation Day. Ustanowiono je na okoliczność opuszczenia Libii przez ostatni oddział brytyjski, co definitywnie kończyło wówczas erę kolonizacji tego kraju. Miało to miejsce 28 marca 1970 roku. Uroczystość opuszczenia kraju przez Brytyjczyków stała się najważniejszym świętem libijskim.

 Dziś, ponad czterdzieści lat później, Brytyjczycy znowu powracają do Libii. Zamiast więc British Evacuation Day, dzień 28 marca można by ogłosić British Comeback Day. Od 19 marca Wielka Brytania w koalicji ze Stanami Zjednoczonymi, Francją, Kanadą i Włochami prowadzi tam operację wojskową "Świt Odysei", dziś brytyjskie myśliwce bombardowały bunkry libijskie, a jutro w Londynie zbiera się międzynarodowa konferencja, która ma określić szczegóły dalszej interwencji w Libii, teraz już pod dowództwem NATO. Brytyjczycy znowu więc decydują, jak będzie wyglądać codzienne życie w Libii.

 Nie wypowiadam się w kwestii zasadności militarnego powrotu Brytyjczyków do Libii. Odnotowuję jedynie fakt, że chociaż naród libijski tak bardzo świętował niezależność od innych narodów, to jednak znowu pod ich wpływ popada. Najwidoczniej z jakiegoś powodu nie pisana im niepodległość...

Nawiasem mówiąc, to dobra ilustracja losu niektórych ludzi i ich trudności w samodzielnym funkcjonowaniu. Nietrudno w ich życiu zauważyć, że nawet jeżeli na jakiś czas uda się im wyrwać spod niechcianej kurateli, to jednak pozostają obiektem łatwo ponownie osiągalnym i przy pierwszej lepszej okazji znowu popadają w jakąś zależność. Po prostu, nie mają dostatecznej zdolności do trwałego korzystania z wolności.

 Znam ludzi, którzy - chociaż pomożesz im wyjść z długów - za kilka tygodni znowu je mają. Wyciągniesz ich ze złego towarzystwa, a oni znowu się tam pakują. Stworzysz im korzystne warunki do prowadzenia nowego życia, a oni wracają do starego. Mówiąc krótko, nie są zdolni na dłuższą metę odpowiedzialnie korzystać z przywileju samodzielności.

 Przypominają mi się tu zmienne losy Izraelitów. Pan wzbudzał sędziów i ci ratowali ich z rąk ich łupieżców. Lecz nawet swoich sędziów nie słuchali, tylko cudzołożyli, idąc za innymi bogami, i oddawali im pokłon; rychło zboczyli z drogi, którą kroczyli ich ojcowie, słuchając przykazań Pana; oni tak nie postępowali. Ilekroć zaś Pan wzbudzał im sędziów, to Pan był z tym sędzią i wybawiał ich z rąk ich wrogów, póki żył ten sędzia, gdyż Pan litował się nad ich skargami na ich gnębicieli i ciemiężców. Lecz po śmierci sędziego odwracali się i postępowali jeszcze gorzej niż ich ojcowie, idąc za innymi bogami, aby im służyć i oddawać im pokłon; nie zaniechali żadnego ze swych czynów i upartych postępków {Sdz 2,16–19].

 Konieczność kolejnych interwencji przywracających swobody życia, owocuje utratą zaufania i pogorszeniem sytuacji. Tak Biblia mówi o niektórych chrześcijanach. Jeśli bowiem przez poznanie Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa wyzwolili się od brudów świata, lecz potem znowu w nie uwikłani dają im się opanować, to stan ich ostateczny jest gorszy niż poprzedni [2Pt 2,20]. Czy należy wciąż na nowo stawiać ich na nogi, czy raczej zostawić, aby sami stanęli, jeżeli naprawdę chcą stać? Oto jest pytanie.

 Nie znam się na rzeczywistych przyczynach powrotu sprzymierzonych narodów i próby ponownego przejmowania przez nich kontroli nad Libią. Wydaje się jednak jasne, że Libijczycy przez ponad czterdzieści lat nie umocnili należycie swojej państwowości. W tej sytuacji celebrowanie tam British Evacuation Day straciło sens. Nie ma czego świętować, podobnie jak w życiu człowieka, który przez kilka lat zdaje się korzystał już z wolności od grzechu, a teraz znowu stał się jego niewolnikiem. Cóż za przykry i smutny stan ludzkiej duszy!

 Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli [Ga 5,1]. Niech to zdewaluowane święto libijskie stanie się dla mnie bodźcem do odpowiedzialnego korzystania z wolności w Chrystusie.

26 marca, 2011

Emocje powitania

 Dziś na Wielkiej Krokwi w Zakopanem cała Polska żegna naszego najlepszego skoczka, Adama Małysza. Według szacunków organizatorów benefisu, pod Giewontem może pojawić się nawet 80 tysięcy kibiców. Udział w imprezie zapowiedział nawet Prezydent RP.

 W nietypowych zawodach pod nazwą "Skoki do celu" wystartuje szesnastu skoczków. Każdy zawodnik odda dwa skoki, starając się osiągnąć długość skoku, którą wskaże mu zakręcone przed skokiem koło fortuny. Jeśli wyląduje w miejscu, które ukazało się na kole, otrzyma 100 punktów, jeżeli nie, to za każdy metr odstępstwa odejmie mu się 10 punktów. Pożegnalny benefis to także scena muzyczna, na której zagra kilka znanych grup muzycznych oraz festiwal gastronomii i handlu, na który bardzo liczą miejscowi górale.

 Adam Małysz przez całą dekadę przyciągał uwagę tłumów i rozpalał najróżniejsze emocje. Dzięki swoim sukcesom sportowym, skromności i miłej aparycji, wywołał w kraju zjawisko małyszomanii. Mnóstwo młodych chłopców zapragnęło być jak on i nie mniej starszych facetów podziwiało go, ponieważ nie stali się jak on.

 Fenomen małyszomanii ma związek z ludzkimi marzeniami o sprawności fizycznej, sukcesie i popularności. Adam Małysz ze swoimi osiągnięciami utrafił w te elementarne pragnienia i został wyniesiony "na ołtarze", stając się bożyszczem tłumów. Gdyby w tym układzie czegoś zabrakło, zjawisko by nie zaistniało.

 Swego czasu na ziemię przyszedł Syn Boży. Urodził się chłopiec imieniem Jezus, wyrósł i w wieku trzydziestu lat zaczął przyciągać uwagę tłumów. Czynił cuda, zapowiadał niezwykłe rzeczy i nikogo się nie bał. Dopóki jego zachowanie i słowa trafiały w ludzkie oczekiwania, chcieli go nawet obwołać królem. Stał się tak popularny, że najważniejszych ludzi w kraju zaczęła zżerać zazdrość.

 Ale Jezus nie pojawił się na ziemi, żeby się spodobać i zrobić karierę. Przyszedł zbawić ludzi z ich grzechów. Wiąże się to z koniecznością opamiętania i całkowitego nawrócenia do Boga, co zaczął im konkretnie mówić. I co? Pożegnalny benefis Jezusa, w odróżnieniu od dzisiejszego, miał całkiem inny charakter. Wyprowadzili go poza miasto i ukrzyżowali.

 Adam Małysz dał Polakom wiele wspaniałych wzruszeń. Są to jednak chwile tymczasowego zachwytu. Dziś ich pożegnalna odsłona. Jezus przyszedł dać ludziom żywot wieczny. Dzięki Jego ofierze za grzech świata i Jego zmartwychwstaniu, każdy kto w niego uwierzy, będzie żył wiecznie!

Dla fanów Jezusa wszystko się dopiero zaczyna i nigdy się nie skończy. A kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki. Czy wierzysz w to? [Jn 11,26]. Ja wierzę.

 Moją uwagę przyciąga więc Jezus Chrystus. Od czasu, gdy Go poznałem, nikt i nic nie jest w stanie tego zachwytu Jezusem zdominować. Wczoraj wieczorem przeżyłem z Nim niezwykłą godzinę, gdy modliłem się z grupą moich przyjaciół. Dziś od rana chodzę z Jezusem i ciekaw jestem, co w Jego towarzystwie jeszcze mnie spotka, zanim położę się spać.

A przecież jestem dopiero na początku drogi. Jakież wzruszenia i emocje czekają mnie na powitanie, gdy wreszcie Go zobaczę i gdy - mam nadzieję - usłyszę: Sługo dobry i wierny [...] wejdź do radości Pana swego [Mt 25,23].

I żebyśmy się dobrze zrozumieli: Nie mam nic przeciwko fanom Adama Małysza. Mam po prostu inne fascynacje, którym tu dałem wyraz.

25 marca, 2011

Technik z refleksem

Wczorajsza prasa doniosła, że pilot–instruktor jedynego już samolotu rządowego TU–154M w czasie lotu szkoleniowego popełnił poważny błąd grożący rozbiciem maszyny. Sytuację uratował technik pokładowy, który nie czekając ani chwili, natychmiast zwrócił uwagę na zaistniałą nieprawidłowość. Dzięki tej reakcji skorygowano ustawienia i nie doszło do katastrofy.

 Załoga tupolewa wykonywała lot treningowy. Za sterami siedzieli kursant, który pilotował maszynę oraz instruktor, który dowodził całą załogą i pomagał szkolącemu się oficerowi. Podczas jednego ze startów pilot-instruktor na niewielkiej wysokości, przy zbyt małej prędkości i przy wysuniętym jeszcze podwoziu, "schował" klapy w skrzydłach. W ten sposób maszyna zaczęła niebezpieczne tracić siłę nośną, co groziło "przepadnięciem" samolotu i w konsekwencji jej rozbiciem.

 Normalnie rzecz biorąc, najpierw należy schować podwozie, dopiero potem klapy. W tym przypadku wszystko było zrobione na odwrót. Absolutnie nie można przy mniejszej prędkości od wymaganej, chować klap i to jeszcze przy wysuniętym podwoziu.

 W krytycznej sytuacji przytomnością umysłu wykazał się technik pokładowy. Gdy instruktor popełnił błąd, krzyknął: Co z podwoziem!? Dzięki temu pilot-instruktor zreflektował się i błyskawicznie wycofał się z manewru przestawienia klap, zwiększając siłę nośną maszyny.

 Zatwierdzony przedwczoraj raport z badania tej sprawy, pod nazwą "karta badania incydentu lotniczego", opatrzono klauzulą niejawności. Dziwne, bo do tej pory wszystkie tego typu dokumenty były jawne.

 Zastanawiam się, jakie uczucia może żywić dowódca tupolewa w stosunku do technika ze swojej załogi. Zakwestionował jego decyzję. Tego nie lubi żaden dowódca. Z drugiej jednak strony przecież dzięki temu uniknęli katastrofy. Więc dobrze, że się odważył szybko wskazać na nieprawidłowość jego manewru. Tak czy owak, cały incydent nie świadczy jednak dobrze o dowódcy, więc lepiej sprawę utajnić...

 Do podobnych sytuacji dochodzi w życiu dość często. Dzieci potrafią nieraz zmienić błędne postanowienia rodziców. Zwykły pracownik może skorygować decyzje szefa, dzięki czemu firma unika strat i osiąga dalsze zyski. Także w Kościele doceniamy trzeźwość i odwagę zwykłych członków zboru, życzliwie zwracających uwagę na błędy przywódców. Dobrze, że zdumieni tym co widzą, wołają: A co z Biblią?!

 Pisałem niedawno o małżeństwie Pryscylli i Akwili, którzy słysząc kazanie błyskotliwego mówcy Apollosa, zajęli się nim i wyłożyli mu dokładniej drogę Bożą [Dz 18,26]. Dzięki Bogu, że nie było im wszystko jedno, co dalej stanie się z Apollosem i ludźmi, którzy będą go słuchać. Odważyli się. Zwrócili mu uwagę na duchowe braki jego posługi.

 Apostoł Paweł, jako początkujący sługa Ewangelii dostąpił swego rodzaju zaszczytu: Jakub i Kefas, i Jan, którzy są uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na dowód wspólnoty [Ga 2,9]. Paweł został w ten sposób niejako zaproszony do wspólnego grona. Jednakże niedługo potem stanął przed poważnym dylematem. Zauważył, że apostoł Piotr popełnia kardynalny błąd. Cóż miał w tej sytuacji zrobić?! A gdy przyszedł Kefas do Antiochii, przeciwstawiłem mu się otwarcie, bo też okazał się winnym [Ga 2,11]. Prawica przywódców podana nowicjuszowi w służbie, na szczęście nie uśpiła jego czujności i nie zmieniła optyki jego oglądu spraw.

 Dzięki Bogu za takich techników z refleksem, jak nasz bohater z tupolewa. Dzięki Bogu za drugo i trzecioplanowe szeregi kościelne, w których mamy braci z duchową czujnością i odwagą. Ich odpowiedzialna reakcja, może czasem niemile widziana przez przywódców, zabezpiecza wspólnotę kościelną przed niejednym niebezpieczeństwem.

 Warto i trzeba odważnie reagować widząc błędy grożące nieszczęściem. Róbmy to z pokorą odważnie i wiernie, nawet jeśli "karty badania incydentu" pozostaną niejawne, dopóki nie przyjdzie Pan, który ujawni to, co ukryte w ciemności, i objawi zamysły serc; a wtedy każdy otrzyma pochwałę od Boga [1Ko 4,5].