07 maja, 2013

W Gdańsku lepiej być danielem niż zielonoświątkowcem?

Wprawdzie nic nie powinno mnie już dziwić, jeśli chodzi o zachowanie przedstawicieli gdańskiego magistratu, a jednak...

Od wczoraj toczy się w mediach dyskusja o hodowli danieli na działce przekazanej parę lat temu arcybiskupowi na cele sakralne. Ktoś postawił kwestię, czy oddana przez gminę za 1% wartości działka jest użytkowana zgodnie z celem przeznaczenia? Cele sakralne są bowiem dość oczywiste i sprowadzają się do sprawowania w danym miejscu kultu religijnego.

Spodziewałbym się, że Prezydent Gdańska przynajmniej zaniepokoi się sposobem wykorzystywania przez hierarchę  gruntu podarowanego na cele sakralne i jasno się wypowie, że nie jest on właściwy. Tymczasem zdaniem rzecznika prasowego Prezydenta Miasta Gdańska, hodowla danieli ma charakter sakralny, jeżeli te zwierzęta wezmą udział np. w szopce bożonarodzeniowej. Więcej tutaj. Póki co sprawy więc nie ma i kropka.

Ta wypowiedź rzecznika, bądź co bądź najważniejszego w mieście urzędu, zdaje się mówić sama za siebie, zwłaszcza, że odbieram ją w kontekście osobistych kontaktów z magistratem. Od siedemnastu lat wspólnota Kościoła Zielonoświątkowego ubiega się o kawałek gruntu pod budowę sali nabożeństw, bo nie ma gdzie się zgromadzać. Tułamy się po wynajmowanych lokalach i ciągle prosimy Prezydenta Gdańska o zbycie naszemu Kościołowi, zgodnie z obowiązującymi przepisami, działki na której chcemy zbudować skromny dom zborowy na cele kultu religijnego. Niestety, pomimo wielokrotnego już przymierzania się do konkretnych działek, gmina zawsze znajduje jakąś przeszkodę i  znowu przechodziliśmy do punktu wyjścia.

Gdy więc czytam z jaką lekkością pan rzecznik Pana Prezydenta broni sensowności jednego z niedawnych urzędowych podarunków, z obrony której wynika, że w niektórych środowiskach to nawet zwierzętom należy się ziemia na cele sakralne, a ludziom ze społeczności innego Kościoła, pod względem prawnym też działającego przecież na mocy ustawy sejmowej, jakoś wciąż się nie należy, to zwyczajnie po ludzku robi się człowiekowi przykro...

Po ludzku robi się przykro - piszę - ponieważ z biblijnego punktu widzenia nie ma tym nic dziwnego. Zdaniem innego, ważnego w Gdańsku człowieka, mniejszość nie ma prawa do tego, do czego prawo ma większość. Prawdziwi chrześcijanie w tym świecie zawsze stanowić będą mniejszość. Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują [Mt 7,13-14]. Słowa Jezusa to czysta prawda. Aż do końca będę w mniejszości. Czego się więc spodziewam po demokratycznie wybranej władzy..?

No cóż? Wolę być naśladowcą Jezusa Chrystusa, pomimo tego, że w Gdańsku - pod względem dostępu do niektórych ułatwień - chyba lepiej byłoby być danielem...

04 maja, 2013

Czy wyratowałeś już kogoś z ognia?

Pod koniec 1998 roku australijscy strażacy ratowali czyjeś życie i mienie z pożaru w Linton. Pięciu z nich; Matt, Stuart, Jason, Garry i Chris poniosło śmierć w tej akcji. Ich poświęcenie nie mogło pozostać bez echa. Z inicjatywy jednego ze strażaków z Melbourne, J.J. Edmondsona, koledzy ze Straży Pożarnej w stanie Wiktoria wraz z całym społeczeństwem  tego stanu postanowili uczcić ów akt poświęcenia i udzielić wsparcia rodzinom poległych strażaków. Za symbol hołdu obrano czerwono-niebieską wstążkę.

Informacja o tym trafiła do Internetu i szybko wywołała szeroki odzew w środowisku strażaków na całym świecie. Załogom strażackim spodobał się pomysł czerwono-niebiskiej wstążki i zgłaszały chęć jej noszenia. Zachęceni tym australijscy strażacy z JJ Edmondsonem na czele, zgłosili postulat, aby z nadejściem 1999 roku ustanowić dzień szacunku i poparcia dla wszystkich strażaków świata. Po konsultacjach na taki dzień obrano 4 maja, dzień wspominania w Kościele katolickim św. Floriana, który jest patronem strażaków.

Z powyższych powodów mamy dziś Międzynarodowy Dzień Strażaka (ang. International Firefighters' Day). Pomysłodawca święta, J.J. Edmondson, powiedział: Wszystkim strażakom, w hołdzie za ich trud i narażanie życia, w podziękowaniu za pomoc i ratunek oraz tym, co ponieśli śmierć - dzień ten został poświęcony.

Głównym przeciwnikiem strażaków jest ogień. W straży pożarnej, będziemy razem walczyć przeciwko jednemu wspólnemu wrogowi - ogniowi - bez względu na kraj, pochodzenie, w czym chodzimy i w jakim języku mówimy – zgodnie deklarują i z ofiarnością stawiają mu czoła. Buduje nas ich postawa. Jesteśmy dumni z ich błyskawicznych i skutecznych akcji. Rośnie nam serce, gdy widzimy ich czerwone wozy bojowe, pędzące ludziom na ratunek.

Przyjdzie jednak czas, gdy strażacy z ogniem sobie nie poradzą. Zbliża się dzień, gdy Bóg użyje tego strasznego żywiołu na skalę przewyższającą możliwości wszystkich zastępów strażackich razem wziętych. Ale teraźniejsze niebo i ziemia mocą tego samego Słowa zachowane są dla ognia i utrzymane na dzień sądu i zagłady bezbożnych ludzi [2Pt 3,7]. Mowa tu o ogniu jako narzędziu ostatecznych sądów Bożych nad światem. A dzień Pański nadejdzie jak złodziej; wtedy niebiosa z trzaskiem przeminą, a żywioły rozpalone stopnieją, ziemia i dzieła ludzkie na niej spłoną [2Pt 3,10].

Nie ma nawet sensu tak myśleć, że ten żywioł ostatecznego sądu Bożego będzie można jakoś ugasić. Nie można nic zrobić, aby zapobiec pojawieniu się tego ognia. Można za to samemu przed nim się uchronić.  Jak? Oto jest pytanie! Węże! Plemię żmijowe! Jakże będziecie mogli ujść przed sądem ognia piekielnego? [Mt 23,33].

Jedynym sposobem uratowania się przed nadchodzącym sądem Bożym jest wcześniejsze pojednanie się z Bogiem. Można to zrobić wyłącznie poprzez osobistą wiarę w Jezusa Chrystusa i nowe narodzenie. Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny, kto zaś nie słucha Syna, nie ujrzy żywota, lecz gniew Boży ciąży na nim [Jn 3,36].

Nie boję się ognia sądu Bożego, bo wierzę w Pana Jezusa Chrystusa. Trzeba mi jednak na co dzień żyć w społeczności z Panem Jezusem i chodzić w bojaźni Bożej. Skoro to wszystko ma ulec zagładzie, jakimiż powinniście być wy w świętym postępowaniu i w pobożności, jeżeli oczekujecie i pragniecie gorąco nastania dnia Bożego, z powodu którego niebiosa w ogniu stopnieją i rozpalone żywioły rozpłyną się? [2Pt 3,11-12].

W Międzynarodowym Dniu Strażaka przypominam to samemu sobie i każdemu, kto czyta moje rozważanie. Wiemy z Biblii, jak można uniknąć ognia  sądu Bożego i byłoby podwójną tragedią, gdybyśmy z powodu swej lekkomyślności w tym ogniu się znaleźli. Dlatego w duchu przypinam sobie dziś czerwono-niebieską wstążkę i dziękuję Bogu za duchowych strażaków, którzy swego czasu, posłuszni wezwaniu Słowa Bożego: wyrywając ich z ognia, ratujcie ich [Jd 1,23] przyszli i do mnie, aby mnie ratować. Cześć ich pamięci!
 
Jednocześnie zastanawiam się, czy są, czy będą tacy, którzy w sensie duchowym przypinając sobie taką wstążkę, za to samo zechcą podziękować Bogu w odniesieniu do mnie? Pragnę być na tyle skutecznym strażakiem duchowym, żeby choć jedną duszę uratować przed zbliżającym się ogniem sądu Bożego. A Ty?

30 kwietnia, 2013

Pocałunek śmierci

Mamy dziś z chrześcijańskiego punktu widzenia bardzo ciekawą, a zarazem smutną rocznicę. 30 kwietnia 311 roku wydany został pierwszy w dziejach akt prawny, stający w obronie chrześcijan i ułatwiający im działalność w granicach Cesarstwa Rzymskiego. Mam na myśli edykt tolerancyjny cesarza Galeriusza, w którym m.in. można było przeczytać:

Wśród zarządzeń, które stale wydajemy dla dobra i pożytku państwa, były też następujące: pragnęliśmy uzdrowić całość organizmu zgodnie z istotą dawnych ustaw i ładu rzymskiego; zmierzaliśmy też do tego, by chrześcijanie, którzy porzucili religię swych przodków, powrócili do rozsądku. Z niewiadomego bowiem powodu owych chrześcijan ogarnął taki upór i takie zawładnęło nimi urojenie, że nie szli za ustawami ludzi starożytnych, lecz według swego uznania i zachcianki sami sobie czynili prawa i w różnych miejscach gromadzili wyznawców. Gdyśmy zaś objawili naszą wolę, by powrócili do wiary przodków, wielu z nich zostało pociągniętych do odpowiedzialności, wielu też poniosło karę, wszelako część największa trwała przy swoich przekonaniach. Doszło też do naszej wiadomości, że są tacy, którzy nie oddają czci bogom, ale też nie dochowują wierności swemu bogu. Spojrzeliśmy na te sprawy poprzez naszą niezmierzoną łagodność, zgodnie z naszym stałym obyczajem okazywania łaski wszystkim ludziom. Osądziliśmy więc, że należy również im objawić wyrozumiałość. Niechże znowu będą chrześcijanami i niech budują swoje miejsca zebrań, pod tym wszakże warunkiem, że niczego nie uczynią przeciw porządkowi. Innym listem wskażemy namiestnikom, jak mają postępować. Tak więc, zgodnie z obecnym naszym zezwoleniem chrześcijanie winni modlić się do swego boga, prosząc o dobro dla nas, dla państwa i dla nich samych, aby państwo trwało niewzruszone, oni zaś żyli bezpiecznie w swych siedzibach (Fragment dzieła Laktancjusza, zaczerpnięty z książki A. Krawczuka pt. "Konstantyn Wielki").

Edykt cesarza Galeriusza wprawdzie nie rozwiązywał kwestii prześladowania chrześcijan całkowicie, ale stanowił punkt zwrotny w polityce stosowanej wobec nich. Jak powszechnie wiadomo, dwa lata później, tj. w 313 roku cesarz Konstantyn Wielki w porozumieniu z cesarzem wschodniej części imperium, Licyniuszem, wydał Edykt Mediolański, który w całym Cesarstwie Rzymskim zaprowadzał wolność wyznania. Odtąd chrześcijanie już bez żadnych przeszkód mogli praktykować swą religię. Zwrócono im budynki i grunty kościelne, a w niedługim czasie  hierarchowie kościelni zaczęli mieć wpływ na władzę świecką i pośrednio nawet ją sprawować. Pod koniec IV wieku chrześcijaństwo nabrało wręcz charakteru religii państwowej. Skończyło się praktykowanie biblijnej wiary, a zaczęło się uprawianie polityki.

Jakie są tego skutki? Pełne uznanie Kościoła przez władzę świecką oznacza, że z jedną lub z drugą stroną coś jest nie tak. Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby to, co jest jego; że jednak ze świata nie jesteście, ale Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Wspomnijcie na słowo, które do was powiedziałem. Nie jest sługa większy nad pana swego. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą [Jn 15,19-20]. Trwający w posłuszeństwie Słowu Bożemu pierwsi chrześcijanie przez dwa i pół wieku doznawali szykan i rozmaitych ucisków ze strony świata. Wszystko zgodnie z zapowiedzią Pana. Na świecie ucisk mieć będziecie [Jn 16,33] ostrzegł Jezus, a apostoł Paweł potwierdził: Tak jest, wszyscy, którzy chcą żyć pobożnie w Chrystusie Jezusie, prześladowanie znosić będą [2Tm 3,12].

Na początku IV wieku z chrześcijaństwem stało się jednak coś, co zmieniło tę optykę. Chrześcijanie najwidoczniej przestali być kością w gardle tego świata. Światłość świata przestała być już tak intensywna i rażąca, a zwietrzała sól już nie wywoływała w bezbożnym świecie uczucia przykrego pieczenia. Świat nie może was nienawidzieć, lecz mnie nienawidzi, ponieważ Ja świadczę o nim, że czyny jego są złe [Jn 7,7]. Świat zaczął miłować ten nowy rodzaj chrześcijan. Wkrótce udzielił im całkowitego poparcia, a oni z prześladowanych powoli przerodzili się w prześladowców.

Od tamtych czasów prawdziwi chrześcijanie są prześladowani przez chrześcijan zeświecczonych i odstępczych. Na przestrzeni wieków starają się reformować, wzywać do pokuty, wskazywać na fundamenty nauki apostolskiej. Niestety, są za to przez nominalnych chrześcijan odsądzani od czci i wiary i uznawani za heretyków. Popularność i wygodne życie hierarchów kościelnych znieczuliło ich serca. Umiłowali bowiem bardziej chwałę ludzką niż chwałę Bożą [Jn 12,43]  i zaniechali bojaźni Bożej.

W rocznicę tolerancyjnego edyktu Galeriusza nie ma się z czego cieszyć. Wiara uznawana i popierana przez władze świeckie i państwowe nie ma i nie może mieć Bożej pieczęci. Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga [Jk 4,4]. Uznanie w świecie i w Królestwie Bożym wzajemnie się wykluczają. Można mieć albo jedno, albo drugie.

Prawdziwi chrześcijanie oczywiście nie prowokują niewierzących do tego, żeby ich prześladowali, ale też się im nie przymilają, by uniknąć przykrości. Trwają w posłuszeństwie Słowu Bożemu i głoszą światu ewangelię o Jezusie Chrystusie. Gdy z tego powodu spotyka ich w tym świecie odrzucenie i ucisk, zakwitają w wierze, a ich życie nabiera chwalebnego blasku.

Świeckie uznanie i tolerancja to dla Kościoła pocałunek śmierci.

29 kwietnia, 2013

Nie samo muzeum, a żyjący jeszcze więźniowie

W ramach przygotowań do tradycyjnego, pierwszomajowego wyjazdu ludzi z Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE na łono natury, byłem dziś na Mierzei Wiślanej i w byłym obozie Stutthof. Jak już pisałem, od czasu wyjazdu do Izraela, gdzie zapoznałem się z piękną działalnością na rzecz osób ocalałych z Holokaustu, w moim sercu zamieszkała myśl, żeby zainteresować się ludźmi, którzy przeżyli Stutthof.

Dziś zrobiłem pierwszy praktyczny krok w tym kierunku. Pojechałem do Sztutowa, odwiedziłem Muzeum Stutthof, porozmawiałem z kim się dało i nawiązałem pierwsze kontakty. 1 maja pojedziemy tam grupowo, aby zanim urządzimy sobie piknik w lesie na Mierzei Wiślanej, wcześniej pospacerować razem po terenie byłego obozu Stutthof. Mam nadzieję, że wzbogaci to nas duchowo i dobrze zaowocuje na przyszłość.

Przechadzając się dziś po terenie tego byłego obozu zreflektowałem się w pewnej chwili, że nie interesują mnie aż tak bardzo szczegółowe informacje o tym, jak obóz był urządzany i jaka była jego historia. Wciąż myślałem o ludziach, którzy są gdzieś rozsiani po świecie, a których swego czasu połączył przymus wspólnego pobytu za jego drutami. Biorąc pod uwagę upływ czasu i charakter obozu Stutthof, jakże niewielu ich jeszcze żyje...

Tam w Sztutowie przyszło mi na pamięć wezwanie apostolskie, skierowane w pierwszej kolejności do chrześcijan z Koryntu, w sprawie właściwego podejścia do człowieka, który już przeżył sporo przykrości. Dlatego proszę was, abyście postanowili okazać mu miłość [2Ko 2,8]. Zauważmy, że natchniony apostoł nie wzywał do roztrząsania szczegółów życia i przyczyn złego losu owego człowieka. Chodziło o prostą rzecz, której nieszczęśnik najbardziej potrzebował. Chodziło o miłość.

Każdy z nas ma wokół siebie takie osoby, którym w życiu się nie powiodło i którzy doznali wielu zranień. Uważajmy, żeby poprzez filozofowanie nad ich losem nie dokładać im kolejnych cierpień. Postanówmy okazać im miłość.

26 kwietnia, 2013

Więcej pokory i wdzięczności dla Boga!


Dziś Światowy Dzień Własności Intelektualnej (ang. World Intellectual Property Day). Ustanowiony on został w 2000 roku i wyznaczony na dzień 26 kwietnia na pamiątkę wejścia w życie konwencji powołującej Światową Organizację Własności Intelektualnej (ang. WIPO).

Celem obchodów Dnia Własności Intelektualnej jest podkreślenie znaczenia kreatywności naukowców, badaczy, wynalazców i artystów dla całej ludzkości oraz uświadamianie, jak ważna jest ochrona ich osiągnięć poprzez stosowanie patentów, praw autorskich, czy znaków towarowych. Własność intelektualna jest wartością podlegającą ochronie prawnej tak samo, jak wartość materialna. Trzeba nam mieć to na uwadze i szanować prawa własności intelektualnej.

Biblia naucza, że mądrość, pomysłowość i talent ludzie otrzymują w darze od Boga. Oto Pan powołał imiennie Besalela, syna Uriego, syna Chura, z plemienia Judy,  i napełnił go duchem Bożym, mądrością, rozumem, poznaniem i wszechstronną zręcznością w rzemiośle, pomysłowością w wyrobach ze złota, ze srebra i miedzi, w szlifowaniu drogich kamieni do oprawy, w snycerstwie i we wszelkiej artystycznej robocie. Dał też zdolność nauczania, jemu i Oholiabowi, synowi Achisamacha, z plemienia Dan; napełnił ich umiejętnością wykonywania wszelkich prac rzemieślniczych, rzeźbiarskich i hafciarskich w fioletowej i czerwonej purpurze, w karmazynie dwakroć barwionym, w bisiorze i w tkaninie, sporządzania wszelkich rzeczy i obmyślania wszelkich wzorów [2Mo 35,30-35].

Nie inaczej było z nadzwyczajną mądrością Salomona  albo też z nieprzeciętnym poziomem intelektualnym proroka Daniela i jego towarzyszy [Dn 1,17]. Niestety, zdarza się, że osoby z wrodzonym talentem i szczególnymi uzdolnieniami zaczynają gwiazdorzyć i patrzeć na innych z góry. Miło jest patrzeć, gdy ludzie w chwili osiągnięcia czegoś znaczącego, mniej lub bardziej świadomie, ale oddają za to chwałę Bogu. Przykro, że niektórzy swe sukcesy przypisują samym sobie.

Owszem, należy pamiętać o własności intelektualnej i w tym zakresie przestrzegać obowiązującego prawa, lecz każdy posiadacz jakiegokolwiek prawa do własności intelektualnej powinien wiedzieć, że swoje osiągnięcia zawdzięcza Stwórcy. Bo któż to jest Apollos? Albo, któż to jest Paweł? Słudzy, dzięki którym uwierzyliście, a z których każdy dokonał tyle, ile mu dał Pan. Ja zasadziłem, Apollos podlał, a wzrost dał Bóg. A zatem ani ten, co sadzi, jest czymś, ani ten, co podlewa, lecz Bóg, który daje wzrost [1Ko 3,5-7]. Będzie dla nas lepiej, gdy nie tyle skupiać się będziemy na obronie swoich praw, co bardziej na oddaniu chwały Bogu za to, co dzięki Jego łasce mogliśmy odkryć, wynaleźć, stworzyć, napisać, skonstruować itd.

Ostatnio rozważaliśmy w naszym zborze naukę biblijną o szatanie. Zanim stał się on szatanem, był jedną z najwspanialszych istot niebiańskich. Lucyferowi jednak uleciało jakoś, że wszystko kim jest, zawdzięcza swemu Stwórcy. Przyszło mu natomiast do głowy, żeby pysznić się swoją wyjątkowością i zrównać się z Najwyższym. Wiadomo, czym się to dla niego skończyło. Twoje serce było wyniosłe z powodu twojej piękności. Zniweczyłeś swoją mądrość skutkiem swojej świetności. Zrzuciłem cię na ziemię [Ez 28,17] - powiedział o nim Bóg.

Zatem, więcej pokory i wdzięczności dla Boga, Panie i Panowie, posiadacze własności intelektualnej!

22 kwietnia, 2013

Jan Brózda

śp. Jan Brózda (w środku)
śp. F. Wigłasz (poniżej)
oraz autor w czasie wyjazdu
do Szwajcarii w 1985 roku
Pośród wielu setek poznawanych ludzi, napotykamy od czasu do czasu na osoby, które w naszym życiu odgrywają rolę szczególną. Wiele naszych kontaktów zazwyczaj ulega szybkiemu zapomnieniu, podczas gdy niektóre pozostają nam w sercu i pamięci na zawsze.

Wspominam dziś człowieka, który poprzez niezwykłą życzliwość i przyjaźń stał się w moim dotychczasowym życiu jedną z najważniejszych dla mnie osób. Gdyby żył, to dokładnie dziś ukończyłby  90 lat. Mam na myśli Jana Brózdę, rolnika z Puław Górnych w gminie Rymanów, a jednocześnie absolwenta wydziału teologii Uniwersytetu Karola w Pradze. Nade wszystko zaś gorliwego, serdecznego chrześcijanina, oddanego sprawie głoszenia ewangelii w każdym miejscu i na wszelkie możliwe sposoby.

Jana Brózdę poznałem w 1984 roku, gdy w pierwszych tygodniach mojej posługi w Krośnie przyjechał, aby zapoznać się z człowiekiem, który zamieszkał w ich mieście wojewódzkim, aby zatroszczyć się o gromadkę tamtejszych wierzących i zorganizować zbór. Już za pierwszym razem Jan przywiózł torbę świeżych jajek ze wsi i przetwory zrobione przez jego żonę Martę. W nowym miejscu zamieszkania, z dwójką małych dzieci, bez samochodu i stałych przychodów byliśmy wdzięczni Bogu, że przysłał do nas tego niezwykłego człowieka.

Wkrótce staliśmy się bliskimi znajomymi. Miałem motor, więc dość często wsiadałem nań i pędziłem 35 km z Krosna do Puław, aby choć na chwilę spotkać się z Janem i jego rodziną. Dzięki otwartości tego niesamowitego człowieka wkrótce zacząłem poznawać  także innych mieszkańców trzech bieszczadzkich wiosek, zasiedlonych w latach sześćdziesiątych przez zielonoświątkowców z Zaolzia. Wiele z tych znajomości i przyjaźni przetrwało do dziś.

Wyjątkowym dla mnie przeżyciem z tamtych lat, ściśle związanych z Janem Brózdą, był wyjazd na Światową Konferencję Zielonoświątkową do Zurychu w Szwajcarii w 1985 roku. Operatywność mojego przyjaciela wsparta łaską Bożą sprawiła, że dokonaliśmy rzeczy wówczas wręcz niemożliwej, bo w ciągu niespełna tygodnia załatwiliśmy potrzebny dla mnie paszport  i wizę. Tak po raz pierwszy pojechałem na tzw. Zachód.  Bez żadnego doświadczenia usiadłem za kierownicą i wioząc trzech zacnych braci; Jana Brózdę, Andrzeja Byrta i Fryderyka Wigłasza, ruszyłem w nieznany mi świat, aby uczestniczyć w zgromadzeniu kilku tysięcy zielonoświątkowców zebranych z całego świata w Zurychu. To było dla mnie naprawdę wielkie przeżycie.

Potem nasze relacje pogłębiły się jeszcze bardziej. Jan wielokrotnie użyczał mi swojego samochodu, abym swobodniej mógł podróżować z posługą Słowa Bożego. Nawet po moim  wyjeździe do Gorzowa Wielkopolskiego odwiedzaliśmy się wzajemnie i zachowywaliśmy serdeczną więź. Dopiero choroba ukróciła nasze spotkania, zatrzymując Jana w mieszkaniu aż do grudnia 2004 roku, kiedy to wyrwał się stąd na dobre.

Wspominając dziś mojego przyjaciela, śp. Jana Brózdę w rocznicę jego urodzin,  dziękuję Bogu, że dane mi było poznać  tak szlachetnego człowieka, zadziwiać się jego gorliwością w działaniu na rzecz Królestwa Bożego i budować się prostolinijną wiarą w Pana Jezusa, którą mogłem obserwować w jego życiu.

Jana od ładnych paru lat już nie ma na tym świecie, ale Puławy Górne wciąż pozostają dla mnie jednym z najbliższych memu sercu miejsc na ziemi, bo wciąż mogę spotkać tam Martę, wdowę po Janie, jego syna i córkę z ich rodzinami, z którymi żyję w serdecznej przyjaźni oraz wielu innych, bliskich memu sercu mieszkańców wioski.

Myślę, że gdyby apostoł Paweł był na moim miejscu, to kończąc pisanie Listu do Rzymian, w natchnieniu Ducha do listy pozdrowień dopisałby: Pozdrówcie i Jana, mojego wspaniałomyślnego przyjaciela w Panu…