30 lipca, 2013

Wspomnienie pastora Anatola Matiaszuka

Dziś mija 15. rocznica śmierci pastora Anatola Matiaszuka, znanego i lubianego w całym kraju, nie tylko w środowiskach zielonoświątkowych, wykładowcy i kaznodziei Słowa Bożego oraz tłumacza z języka angielskiego. Bóg odwołał go niespodziewanie ze służby w wieku 53 lat, gdy zdaniem wielu jego talent kaznodziejski i inne uzdolnienia tak bardzo przydałyby się w dalszej pracy Pańskiej w naszym kraju.
 
Pastor Anatol Matiaszuk urodził się 6 stycznia 1945 roku w Austrii. Po ukończeniu studiów teologicznych na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie zaangażował się w służbę kościelną najpierw we Wrocławiu a potem w Zielonej Górze. Pracę duchową na Wybrzeżu rozpoczął w roku 1982, gdy został powołany na pastora gdańskiego zboru zielonoświątkowego przy ul. Menonitów (w miejsce odchodzącego na emeryturę śp. prezb. Sergiusza Waszkiewicza). Zamieszkał w Gdyni. W Gdańsku był to okres sporego ożywienia duchowego i nawracania się do Boga wielu młodych ludzi. Nowy pastor nie tylko potrafił nakarmić duchowo szybko rosnące grono wierzących, ale także dla wielu młodych braci stworzył warunki do zrobienia pierwszych kroków w kaznodziejstwie.  Dzisiaj kilku z nich ma już swoją własną historię posługi Słowem i na dobre wpisało się do kaznodziejskich kręgów. Do grona tych zapalonych, młodziutkich ongiś kaznodziejów należą m.in. Tomasz Ropiejko i Tomasz Chaciński, jakże dobrze nam dziś znani i wypróbowani już pracownicy na Niwie Pańskiej.
 
Autor podczas wystąpienia
na pogrzebie śp. Anatola Matiaszuka
Oto treść mojego wystąpienia pożegnalnego na cmentarzu w Gdyni w dniu 6 sierpnia 1998 roku:
 
„Czyż jest coś wspanialszego jak siłą wymowy
Utrzymać tłum ludzki na wodzy
Przyciągać ku sobie umysły
Naginać wolę lub odwracać od złego”
 
Powyższe słowa wybitnego męża stanu starożytnego Rzymu niewątpliwie można odnieść do osoby zmarłego Brata, bowiem Bóg obdarzył go bystrym umysłem, łatwością formułowania myśli oraz darem wymowy.
Jest to wielkim darem dla Kościoła, kiedy w jednym człowieku takie predyspozycje spotykają się z inspiracją Ducha Świętego i mogą być używane w dziele zwiastowania Ewangelii.
Osobiście w posłudze prezbitera Anatola Matiaszuka znajdowałem zawsze ziarno czegoś nowego, odkrywczego i byłem inspirowany do dalszej pracy duchowej.
Ta nagła śmierć, to wielka strata dla Kościoła pielgrzymującego nie tylko w Trójmieście, jednak w sercach tysięcy ludzi w Polsce pastor Anatol pozostanie na zawsze jako utalentowany mówca i kaznodzieja Słowa Bożego, a jego kazania nadal będą ożywiać nasze umysły i pobudzać nas do życia z Bogiem.
 
Lubiłem przebywać w towarzystwie Anatola. Było tak wesoło, że nawet największy smutas musiał się w końcu uśmiechnąć. Ale bywało też bardzo poważnie i inspirująco. Dziękuję Bogu, że przez ładnych parę lat mogłem się z nim przyjaźnić, zapraszać go jako kaznodzieję do prowadzonego przeze mnie zboru, widywać się z nim na co dzień i nabierać przy starszym towarzyszu entuzjazmu do dalszej pracy.
 
Do dziś nie rozumiem, dlaczego Tolek tak szybko od nas odszedł. Jakże chciałoby się dziś do niego pojechać; porozmawiać, poradzić się, posłuchać mądrzejszego i bardziej doświadczonego brata. Od piętnastu lat wciąż mam ten niedosyt i gdy przejeżdżam ul. Wielkopolską w Gdyni, na wysokości dawnej jego posesji serce wciąż mi jakoś mocniej pulsuje.

29 lipca, 2013

Nie oddzielajcie Starego Testamentu od Nowego!

Dość często zdarza mi się ostatnio natrafiać na teksty i to dość poważnych autorów, w których oddzielają oni Stary Testament od Nowego, twierdząc, że niektóre przykazania dotyczyły wyłącznie Żydów w okresie Starego Przymierza i nas już nie obowiązują. To poważny błąd, który podważa i relatywizuje wartość 39 ksiąg biblijnych.

Cokolwiek bowiem przedtem napisano, dla naszego pouczenia napisano, abyśmy przez cierpliwość i przez pociechę z Pism nadzieję mieli [Rz 15,4]. Twierdząc, że jakiś fragment Starego Testamentu nas nie dotyczy oznacza, że stawiamy swoje słowo ponad słowo Pana, który powiedział: Bo zaprawdę powiadam wam: Dopóki nie przeminie niebo i ziemia, ani jednaj jota, ani jednak kreska nie przeminie z zakonu [Mt 5,18]. To, że nie potrzebujemy dziś składać ofiar za nasze grzechy lub literalnie trzymać się 613 przykazań zawdzięczamy temu, że Syn Boży w osobie Jezusa z Nazaretu doskonale wypełnił cały zakon i usprawiedliwił wszystkich wierzących w Niego na trwale jednając ich z Bogiem. On zniósł zakon przepisów i przykazań [Ef 2,15] w tym sensie, że litera zakonu nadanego Żydom nie stanowi bariery w dostępie do zbawienia dla innych narodów. Przez wiarę ukryci w Chrystusie, prawdziwi chrześcijanie wszystkich nacji doskonale wypełniają cały zakon Pański.

Dlatego zgodnie z Bożym planem zbawienia wszyscy chrześcijanie otrzymują Ducha Świętego, aby On wprowadzał nas we wszelką prawdę, pomagał nam rozpoznawać ducha każdego słowa Biblii, chwytać w lot myśl Chrystusową  i chodzić posłuszeństwie Słowu Bożemu tak iż chodzimy w nowości ducha, a nie według przestarzałej litery [Rz 7,6]. Przez wiarę Chrystus Pan uzdolnił nas, abyśmy byli sługami nowego przymierza, nie litery lecz ducha, bo litera zabija, duch zaś ożywia [2Ko 3,6].

Praktycznie jest więc tak, że każde słowo Starego Testamentu nas obowiązuje. Nie literalnie, a duchowo. Każde przykazanie poza warstwą literalną kryje w sobie głębię myśli Bożej, zawiera tajemnice, objawia zasady postępowania Bożego z człowiekiem, zapoznaje nas z wolą Bożą. Nadal, na przykład, obowiązuje nas obrzezka, nie fizyczna, dokonywana na ciele, lecz obrzezka serc, o co - jak wiemy - od początku Bogu chodziło! [zobacz: Rz 2,28-29].

Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany [2Tm 3,16-17]. Niech więc nikomu nie przychodzi do głowy pisać i mówić, że coś dotyczyło tylko Żydów, albo obowiązywało jedynie w czasach Starego Testamentu! Literalnie może i owszem, ale każde słowo Biblii inspiruje nas i stanowi integralny element duchowego objawienia zasad życia i służby Bogu.

Bójcie się Boga. Nie rozdzielajcie, proszę, Pisma Świętego!

27 lipca, 2013

Jesteśmy tylko ludźmi

Jesteśmy tylko ludźmi - tak miał powiedzieć hiszpański maszynista w chwilę po tym, jak się okazało, że jego mania bicia rekordów szybkości w jeździe pociągiem zakończyła się ogromną tragedią i kosztowała życie osiemdziesięciu osób. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi - tak tłumaczyli się niedawno temu zakonnicy ze Zgromadzenia  Bracia Szkół Chrześcijańskich, gdy wyszło na jaw, że w prowadzonej przez nich szkole w Gdańsku dzieją się rzeczy bardzo naganne.

Maszyniście wcześniej zdawało się, że jest królem szybkości. Zakonnikom mogło się wydawać, że habity chronią ich przed złem i czynią świętszymi od innych. Niespodziewane, choć możliwe do przewidzenia nadużycie i dramatyczne konsekwencje, w obydwu przypadkach wywołały podobną reakcję obronną: Cóż, stało się. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Takie tłumaczenie oczywiście nie usprawiedliwia niczyjej głupoty, szaleństwa lub niemoralności, ani nie może go zwalniać od odpowiedzialności za popełnione czyny. Dobrze jednak, że to w końcu do człowieka dociera, choć szkoda, że tak późno i nieraz bywa okupione krzywdą wielu osób. Jakże inaczej mogłoby wszystko się potoczyć, gdyby ludzie nie tracili kontaktu z rzeczywistością.  Potrzebna nam jest stała świadomość naszych licznych ograniczeń i podatności na popełnienie błędu.

Dopuszczamy się bowiem wszyscy wielu uchybień [Jk 3,2]. Bądźcie wobec siebie jednakowo usposobieni; nie bądźcie wyniośli, lecz się do niskich skłaniajcie; nie uważajcie sami siebie za mądrych [Rz 12,16]. Kto stale ma w głowie tego rodzaju biblijne rady, temu palma nie odbije. Pokorny człowiek korzysta z łaski Bożej. Nawet gdy niebezpiecznie zbliża się do niedozwolonej granicy otrzeźwieje, zanim zdarzy się nieszczęście.

Stwierdzenie, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi na nic się nie przydaje komuś, kto przekroczył dopuszczalne granice i wyrządził innym krzywdę. Wtedy to już o wiele bardziej przydałoby się o tym pamiętać osobom, którzy mają danego delikwenta osądzić.

23 lipca, 2013

Obejrzałem i zmierzyłem

Już wiem. Obwód zespołu dworsko - parkowego Olszynka liczy sobie łącznie ponad 470 metrów. Dziś przedarłem się przez wszystkie chaszcze i dokonałem pomiaru granic całej posesji, o którą się staramy jako Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE w Gdańsku. To dla nas ważna informacja, bowiem już wkrótce staniemy przed nie lada zadaniem ogrodzenia tego terenu.

Przedzierając się dziś z taśmą mierniczą wzdłuż granic działki, pokonując wyższe ode mnie pokrzywy i poszukując słupków geodezyjnych, przypomniałem sobie świadectwo Nehemiasza, który przybył do zburzonej Jerozolimy z zadaniem odbudowania jej murów. Przybywszy do Jeruzalemu, spędziłem tam trzy dni, a potem zerwałem się nocą, ja i kilku mężów ze mną, nikomu nie wyjawiwszy, jaką myślą natchnął mnie mój Bóg, aby czegoś dokonać dla Jeruzalemu - a miałem ze sobą tylko to zwierzę, na którym jechałem - i przyjechałem nocą przez Bramę nad Doliną w kierunku Źródła Smoczego i dotarłem do Bramy Śmietnisk, i badałem dokładnie mury Jeruzalemu, które były zburzone i jej bramy strawione przez ogień. Potem pojechałem do Bramy Źródlanej i do Stawu Królewskiego; a ponieważ nie było tam miejsca, aby zwierzę, na którym jechałem, mogło tamtędy przejechać, poszedłem piechotą pod osłoną nocy korytem potoku, obejrzałem dokładnie mur. Potem zawróciłem, wszedłem przez Bramę nad Doliną i tak powróciłem [Neh 2,11-15].

Co nieco z tego rodzaju emocji przeżyłem i ja, gdy z moim synem mierzyliśmy dzisiaj granice posesji zabytkowego Dworu Olszynka. Wprawdzie nie robiliśmy tego - jak Nehemiasz - nocą, tylko późnym popołudniem, ale i tak serce biło mi mocno. Podejmuję się wielkiego dzieła, które przerasta moje naturalne możliwości. Jak wiele osób zechce nam sprzyjać i pomagać? Ilu będzie przeciwników?

 Nehemiaszowi udało się pozyskać wielu pomocników, gdy zaapelował: Wy oglądacie niedolę, w jakiej się znajdujemy, że oto Jeruzalem jest spustoszone a jego bramy spalone ogniem. Nuże! Odbudujmy mur Jeruzalemu, abyśmy już nie byli pohańbieni. I opowiedziałem im o dobrotliwej ręce mojego Boga, która była nade mną, oraz o słowach, jakie wypowiedział do mnie król. A wtedy oni rzekli: Zabierzmy się do budowy! I przyłożyli ręce do dobrego dzieła [Neh 2,17-18]. Jak będzie z nami? Niebawem zacznie się to wyjaśniać.

Dzień Włóczykija

Według kalendarza świąt nietypowych 23 lipca to Dzień Włóczykija. Określenie włóczykij pochodzi od średniowiecznych studentów - żaków, którzy, wędrując od miasteczka do miasteczka, zajmowali się w celach zarobkowych tworzeniem i odtwarzaniem świeckiej poezji miłosnej, satyrycznej i okolicznościowej. Dziś określa się tak turystę, który pędzony ciekawością i nie wiadomo czym jeszcze, przemierza wciąż nowe obszary świata lub kraju. W skali lokalnej zaś włóczykijem nazywamy człowieka, który szwenda się po okolicy, jakby ciągle czegoś szukał.

Pierwszym człowiekiem, który – jak się można domyślać - nie mógł znaleźć dla siebie stałego miejsca był Kain. Z powodu zbrodni dokonanej na Ablu usłyszał wyrok: Gdy będziesz uprawiał rolę, nie da ci już plonu swego. Będziesz tułaczem i wędrowcem na ziemi [1Mo 4,12]. Rzeczywiście, ziemia, w której Kain potem się znalazł, nosiła nazwę Nod, co znaczy: kraina błądzenia.

Odczucie niezaspokojenia i wynikająca zeń tułaczka, to na pewno jakiś rodzaj ciążącego na człowieku przekleństwa. Czytana przeze mnie w tych dniach Księga Amosa zapowiada: Oto idą dni - mówi Wszechmogący Pan - że ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz słuchania słów Pana. I wlec się będą od morza do morza, i tułać się z północy na wschód, szukając słowa Pana, lecz nie znajdą [Am 8,11-12].

Pomysłodawcy Dnia Włóczykija chcieliby, aby zgodnie z duchem znanych bajek, oznaczał on coś sympatycznego. W środku wakacji odbyć nietypową wędrówkę, pójść sobie tak trochę bez celu, znaleźć się w miejscu nieprzewidzianym - coś takiego wydaje się mieć nawet charakter przygody. Ale czy podobnie jest w sferze życia duchowego? Gdy nasz duch jest niespokojny, rozgląda się nie wiadomo za czym, włóczy się od zboru do zboru i nie znajduje dla siebie miejsca, czy coś takiego można uznać za normalne?

Nie ma w tym niczego dobrego, gdy chrześcijanin staje się duchowym włóczykijem. Nawet wróbel znalazł domek, a jaskółka gniazdo dla siebie, gdzie składa pisklęta swoje: Tym są ołtarze twoje, Panie Zastępów, Królu mój i Boże mój! Błogosławieni, którzy w domu twoim mieszkają, nieustannie ciebie chwalą! [Ps 84,4-5].

21 lipca, 2013

Powyjazdowe zdziwienie

Miniony tydzień spędziłem z ludźmi z Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE daleko od Gdańska. Po powrocie z wyjazdu ze zdziwieniem odkryłem niezwykłe, jak na mój skromny blog, zainteresowanie wpisem o Agnieszce Radwańskiej. Ilość reakcji i ich pobieżna lektura zrodziły we mnie parę pytań:

1. Dlaczego, skoro moi komentatorzy uważają się za ludzi pobożnych, brakuje ich komentarzy pod wpisami poruszającymi zagadnienia duchowe, a tylko przy tym wpisie tak bardzo się uaktywnili? Czyżby sprawdzało tu się znane porzekadło: Uderz w stół, a nożyce się odezwą?

2. Dlaczego mało kto z mojego tekstu wychwycił to, że Agnieszka Radwańska raczej nie jest chrześcijanką w sensie biblijnym? Jest być może dobrą katoliczką, ale to nie jest jedno i to samo. Jej kontrowersyjnego czynu w ogóle nie należy rozpatrywać w kategoriach: Co wypada, a czego chrześcijance robić nie wypada? Oczywiste, że osoba narodzona na nowo,  nawet w tak aseksualnej sesji, udziału brać by nie zechciała. Odmówiłaby z tej prostej przyczyny, że godność dziecka Bożego nie pozwoliłaby jej pokazywać własnego ciała obcym ludziom.

3. Czyżby uważny czytelnik na podstawie zdania: "Nie bronię zachowania Agnieszki Radwańskiej, chociaż szczerze mówiąc nie widzę w nim niczego zdrożnego"  mógł wyciągnąć wniosek, że popieram takie sesje fotograficzne? Przecież nie popieram. Jednocześnie jednak powiem tak: Zachowanie tej nieodrodzonej z Ducha Świętego dziewczyny bulwersuje mnie znacznie mniej od plotkarstwa, zazdrości, obłudy czy próżności niejednej siostry w Chrystusie. Dlaczego? Ponieważ one, w odróżnieniu od pani Radwańskiej, uważają się za osoby odrodzone i duchowe, a komu wiele powierzono, od tego więcej będzie się wymagać [Łk 12,48].

Jestem dziś bardzo zdziwiony i zasmucony. Okazało się bowiem, że albo piszę w sposób niezbyt dla moich Czytelników zrozumiały, albo niektórzy z nich czytają mojego bloga bez zrozumienia. A może po części ma miejsce i jedno i drugie? Tłumaczenie się ze wzmianki o tym, że nagość sama w sobie nie jest grzechem, na nic się tu już nie przyda :-(