27 lipca, 2015

Pan zaopatruje!

Od kilku miesięcy wraz z osobami zaangażowanymi w stwarzanie nowego życia pośród ruin zabytkowego Dworu Olszynka  przeżywamy wiele uniesień ducha. Bóg bowiem cudownie podaje nam pomocną dłoń, pobudzając do tego różnych ludzi i nadając rozmaitym sprawom korzystny dla nas bieg.

Mijający poniedziałek dostarczył kolejnych dowodów błogosławieństwa Bożego. Najpierw otrzymaliśmy zgodę na to, aby do nieodpłatnie użyczonego nam żurawia budowlanego nie trzeba było wzywać płatnego operatora. Jeden z naszych ludzi ma odpowiednie uprawnienia i dźwig możemy obsługiwać samodzielnie, co znacznie będzie ułatwiać nam pracę przy budowie. Bardzo budujące dla nas są także ofiary, które dotarły dziś z Kołobrzegu i Puław.

Wyrazem wielkiej wspaniałomyślności naszego Pana, Jezusa Chrystusa w tych dniach jest nade wszystko dzisiejsza, druga już dostawa drewna. Gdy o tym myślę nieodparcie nasuwa mi się biblijna myśl o zaopatrzeniu świątyni. Tak było zarówno przy wznoszeniu świątyni jak i później przy jej odbudowie. Najpierw Salomon dostał list od króla Tyru, w którym przeczytał: A my naścinamy drzew w Libanie, ile tylko potrzebujesz, i dostarczymy ci je tratwami drogą morską do Jafy. Ty zaś sprowadzisz je sobie do Jeruzalemu [2Krn 2,15]. Potem powracającym z niewoli wygnańcom zabierającym się za odbudowę świątyni, zapisano w edykcie króla Cyrusa:  Dom ten ma być odbudowany w miejscu, gdzie składane są ofiary krwawe i ogniowe, według następujących wymiarów: jego wysokość ma wynosić trzydzieści łokci, jego długość sześćdziesiąt łokci, jego szerokość dwadzieścia łokci z trzech warstw kamienia ciosanego, z jednej warstwy drzewa, których koszt pokryje skarb królewski [Ezd 6,3-4].

Podobnie jest z powstającym domem Bożym na Olszynce, ponieważ mamy przychylność tego samego Boga, co Salomon i wygnańcy izraelscy. Ponad sześćdziesiąt metrów sześciennych drewna z Mazur zaopatrzyło budowę sali zgromadzeń Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE. Nasz Pan wie czego potrzebujemy i w odpowiednim momencie uruchamia swoje kanały zaopatrzenia. I nazwał Abraham to miejsce: Pan zaopatruje. Dlatego mówi się po dziś dzień: Na górze Pana jest zaopatrzenie [1Mo 22,14]. Olszynkę również – podobnie jak Abraham górę Moria – możemy nazwać: Pan zaopatruje!

26 lipca, 2015

Marna pociecha?

Pastor Vinoth Selva z tłumaczką
W tych miesiącach przyszło mi mierzyć się z wieloma zadaniami. Z ponad dwusetletniego, bardzo zniszczonego budynku gospodarczego, robimy salę spotkań Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE. Urzędy, dokumentacja, materiały, pracownicy, narzędzia, finanse, terminy – logistyka tego wszystkiego nie jest łatwa. Jednak prowadzenie budowy nie jest aż tak trudne. Dużo większą trudnością okazuje się zwołanie ludzi do słuchania Słowa Bożego.

Oto najnowszy przykład. Trwają wakacje. Sobota, godzina osiemnasta, to – wydawać by się mogło - idealna pora na spotkanie ewangelizacyjne. Rozdane zaproszenia, przyjemna pogoda, ewangelista z Niemiec, poruszające świadectwo młodej kobiety o tym, jak Jezus zmienił jej życie, przyjazna atmosfera. Czemuż namiot nie pęka w szwach?!  Zabrakło ludziom dostatecznej zachęty?

Targany tego rodzaju myślami, zostałem dziś rano pocieszony Słowem Bożym. Owszem, w mojej pracy pastorskiej popełniam wiele błędów. Brakuje mi też cech, które w sposób naturalny przyciągałyby ludzi. Daleko mi w tym wszystkim do mojego Mistrza – Jezusa Chrystusa.  Lecz - o dziwo - i Jemu nie poszło z ludźmi tak, jak by się chciało. Oto z ust Dobrego Pasterza, z ust Miłości Prawdziwej – padły słowa: Ileż to razy chciałem zgromadzić dzieci twoje, jak kokosz zgromadza pisklęta swoje pod skrzydła, a nie chcieliście! [Mt 23,32].

Przykro mi, że wielu moich towarzyszy wiary w czasie spotkania ewangelizacyjnego zajęło się czymś innym. Smutno mi, że tylko nieliczni skorzystali z zaproszenia do posłuchania Słowa Bożego. Nie jestem wszakże zniechęcony. Wręcz przeciwnie, znowu poczułem, że jadę na tym samym wózku, co mój Pan. Czy to marna pociecha?

25 lipca, 2015

21 lipca, 2015

Pentekostalizacja


Obrazek ze strony http://www.odnowa.jezuici.pl/
Od dłuższego już czasu obserwuję zdumiewające zjawisko wprowadzania w kościele katolickim elementów pobożności zielonoświątkowej. Biorące się z nowego narodzenia i napełnienia Duchem Świętym przejawy życia duchowego, takie jak np. radosne śpiewanie pieśni uwielbiających Boga, glosolalia, prorokowanie czy uliczne akcje ewangelizacyjne stają się czymś normalnym  w większości katolickich diecezji. Wygląda to jak  duchowe przebudzenie i tak zresztą przez wielu jest postrzegane…

Trzeba przyznać, że widok bywa niecodzienny. Na przykład, zgromadzenie biskupów modlących się w obcych językach. Falujący tłum księży ubranych w stroje liturgiczne, śpiewających pieśni wcześniej znane tylko zielonoświątkowcom.  Radosna ewangelizacja na promenadzie, prowadzona przez grupę wyraźnie oddanych sprawie katolików, co było domeną wyłącznie środowisk ewangelicznych. Parafialna modlitwa o chorych z wkładaniem rąk i prorokowaniem. Czyż takie sceny nie przekonują nas, że Bóg działa i wśród katolików?  Co jednak powiedzieć na to, że wspomniani księża każdego dnia przez adorację „Przenajświętszego Sakramentu” łamią przykazanie Boże, aby nie oddawać boskiej czci niczemu, co jest materialne? Jaką wartość ma ewangelizacja, która utwierdza ludzi w nauce niezgodnej z Biblią i zachęca do niebiblijnych obrzędów? Czy jakikolwiek cud podczas modlitwy z wkładaniem rąk  może oznaczać, że Bóg przymknął oko  i zaakceptował sprzeczne z Biblią dogmaty?

Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie i poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi [Jn 8,31-32] – powiedział Jezus do wierzących Żydów. Obserwowana pentekostalizacja nie sięga istoty sprawy, bo nie doprowadza do poznania prawdy. Jest więc nie tylko bezużyteczna, ale wręcz szkodliwa, bowiem dostarcza wiernym fałszywego przekonania, że znaleźli się na wyższym poziomie wiary. Myślą, że wszystko jest z nimi OK. Nie muszą się nawracać, zmieniać przynależności kościelnej, narażać się na niechęć i prześladowanie ze strony najbliższego otoczenia. W pełni zachowują swoje dotychczasowe życie, a do tego zyskują opinię ludzi ponad przeciętnie uduchowionych.

Zjawisko pentekostalizacji nie wzięło się z niczego. Fakt, że miliony ludzi przechodzi w Ameryce Południowej z katolickich parafii do zborów zielonoświątkowych zmusza do myślenia. Ludziom nie wystarcza udział w niedzielnej mszy. Pragną prawdziwej i głębokiej społeczności z Bogiem. Jak skanalizować te pragnienia wśród wiernych, tak aby chcieli pozostać katolikami? Dać im to, czego im najwyraźniej brakuje. Niech we własnej parafii śpiewają i modlą się jak zielonoświątkowcy. Poczują się wówczas charyzmatykami, a jednocześnie staną się "niezbitym dowodem" na to, że Duch Święty działa i w kościele katolickim. A co z niebiblijną doktryną? Pentekostalizacja zawiera w sobie tak silną magię, że o dogmaty nie wypada już nawet pytać. Przecież dzieją się cuda, działa Duch Święty i ludzie czują się tak wspaniale!

Czym więc pentekostalizacja jest w rzeczy samej? Nie dajmy sobie zamydlić nią oczu? Istotą prawdziwego chrześcijaństwa nie jest to, żeby pośpiewać i pomodlić się w Duchu, poczuć dreszczyk dobrych emocji i doznać czegoś nadnaturalnego. Najważniejsze jest to, aby trwać w nauce apostolskiej, bowiem to ona, a nie późniejsze sobory, wyznacza fundamenty Kościoła. Kto się za daleko zapędza i nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga. Kto trwa w niej, ten ma i Ojca, i Syna [2Jn 1,9]. Pierwsi chrześcijanie trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i modlitwach [Dz 2,42]. W następnych wiekach powoli przeniesiono akcent z Pisma Świętego na Tradycję, wprowadzając wygodne dla kleru przykazania kościelne, obyczaje i dogmaty.

W nawróceniu chodzi o odwrócenie się od bałwanów do Boga, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu [1Ts 1,9], a nie o połączenie jednego z drugim.

18 lipca, 2015

Gdy nie można znaleźć w Biblii ...

W rocznicę ogłoszenia dogmatu o nieomylności papieża

11 lipca, 2015

Do papieża, jak muchy na lep

Któżby nie chciał skorzystać z możliwości zobaczenia papieża? Wielu marzy o tym, aby osobiście z nim porozmawiać, albo np. zaśpiewać papieżowi Franciszkowi, gdziekolwiek by głowa rzymskokatolicka się nie pojawiła. Jakiś czas temu chrześcijańskie media doniosły o goszczących u papieża stu pastorach zielonoświątkowych, że o wizycie innych charyzmatyków czy Ricku Warrenie już nie wspomnę. W ubiegłym tygodniu czytałem, że 3 lipca 2015 roku znani "nasi" liderzy uwielbienia, Don Moen i Darlene Zeschech wraz z katolikiem, Andreą Bocellim i Żydówką, Noą, śpiewali  w Watykanie „Amazing grace”  w obecności zasłuchanego Franciszka. Nawet mój dobry znajomy, Junior Robinson, parę lat temu połasił się na ten zaszczyt i zaśpiewał na Placu św. Piotra.

Jak najbardziej rozumiem katolików, którzy czcząc swego „Ojca Świętego” chcą go zobaczyć, może i dotknąć, a nawet coś dla niego zrobić. To głowa ich kościoła, więc nic dziwnego, że otaczają go najwyższym szacunkiem. Zupełnie jednak nie rozumiem narastającego parcia „na papieża” w środowiskach ludzi ewangelicznie wierzących. Przecież papież Franciszek, jakkolwiek by nie był miły i szlachetny (a jest!),  stoi na czele systemu religijnego, który już dawno przestał się przejmować Biblią. Kult maryjny, wstawiennictwo świętych, celibat, modlitwy za zmarłych, czyściec, nieomylność papieża, przeistoczenie chleba i wina w ciało i krew Chrystusa podczas mszy –  to przykłady oczywistej sprzeczności wiary katolickiej z Pismem Świętym.

Wiara chrześcijańska raz na zawsze została określona przez apostołów Jezusa Chrystusa w Nowym Testamencie i przekazana świętym tj. wierzącym w Jezusa.  Kto się za daleko zapędza i nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga. Kto trwa w niej, ten ma i Ojca, i Syna. Jeżeli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie [2Jn 1,9-10]. Ale choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty! Jak powiedzieliśmy przedtem, tak i teraz znowu mówię: Jeśli wam ktoś zwiastuje ewangelię odmienną od tej, którą przyjęliście, niech będzie przeklęty! [Ga 1,8-9]. Jednym słowem, ścisłe trzymanie się ewangelii Chrystusowej jest sprawą niezwykle ważną. Nie można się tu zgodzić na żadne zmiany i ludzką inwencję.

Oczywiste, że mamy miłować wszystkich ludzi bez względu na ich rasę, pochodzenie lub wyznanie. Każdy ma prawo wierzyć w Boga, jak sobie chce lub wcale w Niego nie wierzyć. Nie wolno nam kimkolwiek gardzić dlatego, że nie podziela naszych poglądów. Na co dzień spotykamy się z wieloma takimi osobami. Rozmawiamy z nimi i załatwiamy różne sprawy. Nie są to wszakże osoby, które szerzą jakąś fałszywą naukę lub utrzymują ludzi na fałszywym kursie. Gdy natomiast stajemy w obliczu propagatora lub reprezentanta niebiblijnej nauki, to jako naśladowców Jezusa Chrystusa obowiązuje nas Słowo Boże wzywające do zachowania określonego dystansu.

Wspomniane wyżej przypadki wskazują, że już również ewangeliczni chrześcijanie przestają respektować Słowo Boże. Bóg powiedział, żeby ludzi głoszących błędną naukę nawet nie pozdrawiać, a oni nie tylko ignorują wyraźne polecenie Pisma Świętego ale wręcz chwilom spędzonym z papieżem przypisują działanie łaski Bożej. Biblia wzywa wierzących, by skłaniali się do niskich, a nasi wierzący, jak muchy na lep, ciągną w stronę wysoko postawionych.

Baczcie, aby was kto nie sprowadził na manowce filozofią i czczym urojeniem, opartym na podaniach ludzkich i na żywiołach świata, a nie na Chrystusie [Kol 2,8]. Szatan dobrze wie, do czego naturalnie lgną ludzkie serca. Zdaje się, że ostatnio podwoił wysiłki i znowu udaje anioła światłości...