20 września, 2014

Z miłości

Dwudziesty dzień września staje się dziś dla mnie dniem na zawsze absolutnie wyjątkowym. Mój syn, najmłodszy z trójki moich dzieci, bezpowrotnie opuszcza stan kawalerski i staje się mężem wspaniałej i pięknej dziewczyny. Cóż go do tego nakłania? Odpowiedź jest prosta. Niespełna dwa lata temu zakochał się z wzajemnością. Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, i połączy się z żoną swoją, a tych dwoje będzie jednym ciałem. Tajemnica to wielka, ale ja odnoszę to do Chrystusa i Kościoła [Ef 5,31-32]. Miłość jest tajemnicą, lecz ma całkiem oczywiste skutki.

Podobnie jak podłożem powstającego dziś związku małżeńskiego Ani i Tomka jest ich wzajemna miłość, tak jest też ze związkiem chrześcijanina z Jezusem Chrystusem. Jak prawdziwa miłość między mężczyzną i kobietą normalnie przeradza się w małżeństwo, tak też i miłość do Boga niezawodnie wprowadza nas w osobistą więź z Panem Jezusem. Kto naprawdę kocha, nie chce być daleko.

Zakochanie zbliża. Pragnie słuchać, patrzeć, dotykać. Dopomina się o więcej. Dąży do skrócenia dystansu. Kto miłuje Boga, ten oddaje Mu swoje serce. Nic z objawionej w Piśmie Świętym woli Bożej nie jest trudne lub zbyteczne. Na tym bowiem polega miłość ku Bogu, że się przestrzega przykazań jego, a przykazania jego nie są uciążliwe [1Jn 5,3].

Kto nie kocha, ten nie nadaje się do małżeństwa. Kto nie jest rozmiłowany w Bogu i Jego Słowie, ten nie może być prawdziwym chrześcijaninem. Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej siły swojej [5Mo 6,5]. Tylko dzięki miłości prawdziwie nawracamy się do Boga, poznajemy Go i jesteśmy zdolni do trwania w wierze. Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością [1Jn 4,8].

Mam dziś w rodzinie i zborze święto miłości. Dobry czas, by pomyśleć o poziomie mojej miłości do Pana Jezusa, do mojej żony i dzieci, do braci i sióstr, nawet do ludzi mi nieżyczliwych. To także właściwa chwila na apel: Umiłowani, miłujmy się nawzajem, gdyż miłość jest z Boga, i każdy, kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga [1Jn 4,7].

12 września, 2014

Rok później...

Równo rok temu, 12 września 2013 roku, aktem notarialnym weszliśmy w użytkowanie zabytkowego zespołu dworsko-parkowego Gdańsk Olszynka. Wprawdzie potem upłynęły jeszcze dwa tygodnie zanim obiekt został nam formalnie przekazany,  lecz można powiedzieć, że mamy dziś faktycznie pierwszą rocznicę Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE na Olszynce.

Pamiętam początkowe tygodnie naszej obecności w nowym miejscu. Zwłaszcza noce miały dla mnie posmak survivalowy, zważywszy że w budynku nie było ani prądu, ani wody i w wielu oknach brakowało szyb, a my postanowiliśmy strzec budynku dworu jakby był on miejscem ukrycia wielkich skarbów. Na szczęście dość szybko udało się naprawić zdewastowane piece kaflowe i mogliśmy - przynajmniej w niektórych pokojach - skutecznie chronić się przed zimnem.

Wiele wspaniałych chwil Bóg dał nam przeżyć w ciągu pierwszego roku na Olszynce. Zgromadzenia zboru, społeczności plenerowe, odwiedziny gości, ale także wspólna praca fizyczna - wszystko sprawiało mi ogromną radość. Zauważyłem, że nie tylko ja noszę w sobie poczucie błogosławieństwa Bożego, gdy Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE zapuszcza korzenie w Dworze Olszynka. Nawet w obliczu nadchodzącej zimy i niedoboru warunków na organizację tu nabożeństw w tym okresie, wielu Braci i Sióstr nawet nie chce słyszeć o tym, że mielibyśmy gdzieś poza dworem szukać na czas zimowy schronienia.

Jednym słowem, Bóg okazał nam na Olszynce w przeciągu minionego roku wiele Swej łaski. Pragnę dziś Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi oddać chwałę z każdej dobrze przeżytej tu chwili i złożyć Mu serdeczne podziękowania. Nade wszystko dziękuję Bogu za Braci i Siostry, za ich wspaniałą kompanię. Są oni dla mnie wielkim zbudowaniem. Ten jeden rok dał mi pod tym względem o wiele więcej niż całe lata wcześniejsze. Błogosławiony Bóg, który nie odrzucił modlitwy mojej i nie odmówił mi swej łaski! [Ps 66,20].

10 września, 2014

Fruwająca krowa

Przed wieloma laty Jan Brzechwa w wierszu pt. "Fruwająca krowa" poruszył kwestię, która ciśnie mi się do głowy, gdy natrafiam na informacje, że w przyszłym roku nasz kraj nawiedzi niejaki Nick Vujicic. Ów sławny na całym świecie adwentysta, jako człowiek bez rąk i bez nóg, przyciąga uwagę tłumów niezwykłą wolą życia i pozytywnym myśleniem.

Gdy pierwszy raz zetknąłem się ze świadectwem Vujicica, uderzyło mnie to, że wszystkie marzenia tego błyskotliwego mówcy, które z wielką pasją przedstawiał, dotyczyły doczesnego życia. Ponieważ zaanonsowano mi go jako niezwykłego chrześcijanina, więc spodziewałem się niezwykłej koncentracji na celach duchowych. Tymczasem niemal przez cały czas jego wystąpienia słuchałem, że będzie w przyszłości latał, pływał, wychowywał dzieci i osiągnie wiele temu podobnych rzeczy. Jeżeli owego dnia moje myśli w ogóle wzbiły się ku Bogu, to raczej tylko po to, aby On pomógł i mnie w realizacji ziemskich marzeń.

Rzeczywiście, Nick Vujicic osiągnął to, o czym wówczas opowiadał. Czy jednak stało się to niezależnie od australijskich warunków życia i możliwości technicznych tam dostępnych? Czy człowiek bez rąk i bez nóg mógłby zdobyć taką sprawność bez udziału wielu pomocnych osób? Trzeba zauważyć, że Nick miał dostęp do ułatwień i środków finansowych, które są poza zasięgiem większości osób w Polsce. Czy zatem jego osiągnięcia noszą znamiona cudu Bożego? Przecież do większości doczesnych sukcesów potrzebne jest kalifornijskie słońce, które u nas świeci znacznie krócej i tylko dla niektórych.

Pisząc te słowa staram się wejść w skórę potencjalnych uczestników planowanego u nas spotkania. Nick Vujicic przyleci tu, aby błysnąć pozytywnym przykładem. Pesymiści, bojaźliwi, biedacy, niepełnosprawni itp. mają doznać zachęty i uwierzyć, że - skoro jemu się udało - to im także się uda! Niechby się tak stało. Co jednak, gdy któryś z Polaków zainspirowany przykładem Vujicica uwierzy, że i z nim będzie tak samo, a zabraknie mu całej gamy środków dostępnych dla tamtego? Czyż po jakimś czasie karmienia duszy tego rodzaju złudzeniami nie stanie się on tym większym sceptykiem i frustratem?

Właśnie z tego powodu dziwi mnie zaangażowanie ewangelicznych chrześcijan w popularyzowanie spotkania z Nickiem Vujicicem, zwłaszcza że jest ono organizowane niezależnie od działalności Kościoła i będzie miało świecki charakter. Mogę zrozumieć powody, dla których pomysłodawcom zależy na zaangażowaniu w to naszych środowisk. Czy jednak ów miting będzie wywyższać Jezusa Chrystusa i budzić biblijną wiarę? Kto ma wątpliwości, niech uważniej przejrzy materiały reklamujące  to wydarzenie. Do wiary zatem potrzebne jest przesłanie, a treścią tego przesłania jest to, co mówi Chrystus [Rz 10,17 wg NP].

Owszem, Nick Vujicic to wspaniały przykład pozytywnego podejścia do życia. To dowód, że nawet w głębokiej niepełnosprawności można się uśmiechać, tryskać życiem i spełniać marzenia. Czy jednak tego rodzaju postawy są równoznaczne z wiarą w Jezusa Chrystusa? Czy czegoś takiego nie potrafią i ludzie niewierzący? Prawdziwa wiara to cud nowego narodzenia. To radykalna zmiana myślenia, gdy życiem staje się Chrystus, a śmierć zyskiem. To uznanie wszystkiego, co można tu osiągnąć, za śmiecie w porównaniu z poznaniem Jezusa Chrystusa!  Niestety, takiego świadectwa wiary w Nicku Vujicicu póki co nie dostrzegam.

Mam świadomość, że powyższe uwagi nie do wszystkich przemówią z jednakowym skutkiem. Reakcję znakomitej większości fanów 'człowieka bez rąk i bez nóg' na ten wpis można będzie raczej oddać ostatnią zwrotką wspomnianego wiersza Brzechwy:
     Wy mi zaraz na pewno powiecie,
     Że historia ta jest niebywała,
     A ja wiem, że w Skowrońskim powiecie
     Była krowa, co fruwać umiała.


Po cóż więc napisałem ten tekst? Bo chciałbym, aby prawdziwi chrześcijanie upatrywali cuda nie we "fruwającej krowie", lecz w Chrystusie Jezusie!

05 września, 2014

Dzień wdzięczności za dom

Od dwudziestu lat piąty dzień września to dla mnie ważny powód do okazywania wdzięczności. 5 września 1994 roku, po latach życia mojej rodziny w wynajmowanych i służbowych mieszkaniach, z Bożą pomocą zakupiliśmy połowę skromnego, przedwojennego bliźniaka i przylegające do niego trzysta metrów kwadratowych ziemi w Gdańsku i to zaledwie 2,5 km od gdańskiej Starówki.

Dwadzieścia lat od tamtej chwili wciąż zadziwiam się nad wspaniałomyślnością naszego Pana, Jezusa Chrystusa, któremu dwadzieścia lat przed tym zakupem oddałem się w służbę. Tylko On potrafi tak skonfigurować okoliczności, żeby człowiek bez zasobów finansowych mógł stać się właścicielem dachu nad głową. Wówczas był to cud Boży dla nas i po dwudziestu latach niezmiennie wciąż tak samo oceniam tamte chwile.

Od młodości tak byłem nauczany Chrystusa, że gdy nadszedł ten właściwy moment, aż trzy czynniki jednocześnie odegrały pozytywną rolę i złożyły się na całość cudownego błogosławieństwa Bożego. Pierwszy z nich, to systematyczne oszczędzanie, nawet wówczas, gdy wydawało się, że zupełnie nie można będzie niczego odłożyć. W czasach szkoły zawodowej, gdy miałem zaledwie coś na kształt dzisiejszego kieszonkowego, założyłem oszczędnościową  książeczkę mieszkaniową. Mogło to wydawać się czynnością beznadziejną, bowiem odkładałem tam zaledwie jakieś dzisiejsze 20 złotych miesięcznie. Nie zaniechałem jednak tych wpłat nawet w okresie nauki w Szkole Biblijnej, za co jestem wdzięczny mojej Mamie. Ona bowiem, gdy ja nie miałem żadnych  przychodów, wsparła mnie w kontynuacji tego mozolnego oszczędzania. Koniec końców, po wielu latach owe niewielkie ale zrewaloryzowane środki dały 1/3 kwoty niezbędnej na zakup naszego domku.

Drugim czynnikiem, który złożył się na wspominany dziś cud, była wyjątkowo ciężka praca. Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku do naszego zboru w Gdańsku zawitał człowiek poszukujący pracowników do pracy w firmie szkółkarskiej w Niemczech. Proponował dwa miesiące pracy na polu przy produkcji sadzonek, często w warunkach bardzo uwłaczających godności ludzkiej, o czym dowiedziałem się dopiero później. Pojechałem. Jestem wdzięczny Tadeuszowi B. który notabene potem wraz z żoną uwierzył w Pana Jezusa i przyłączył się do naszego zboru, że dwukrotnie umożliwił mi wyjazd do tej ciężkiej pracy, dzięki czemu zarobiłem następną 1/3 kwoty potrzebnej na zakup domu.

Trzecim elementem składowym cudu sprzed dwudziestu lat była wierność w pracy Pańskiej. Gdy w 1980 roku po ukończeniu Szkoły Biblijnej w Warszawie poświęcałem swe życie służbie Bożej, postanowiłem, ze będę ją pełnił zupełnie niezależnie od środków materialnych. I tak było. W kilku miejscach zajmowałem się pracą kościelną nie mając żadnych gwarancji finansowych. Dzień po dniu żyliśmy jednak z moją żoną i dziećmi nie przymierając głodem, a ja cieszyłem się zaszczytem pracy na rzecz Królestwa Bożego. Mało tego. Gdy przyszło co do czego, zaprzyjaźniony z czasów mojej posługi w Gorzowie Wielkopolskim angielski zbór Diss Christian Community Church, wspierający moją służbę kwotą 50 funtów miesięcznie, postanowił udzielić mi swego wsparcia jednorazowo, na całe pięć lat do przodu. To dało ostatnią 1/3 część potrzebnej na dom kwoty.

Tak oto dwadzieścia lat temu zebrałem cudowne owoce wcześniejszych decyzji i postaw. Nie byłoby to możliwe, gdyby wcześniej Pan Jezus nie stał się moim Zbawicielem i Panem mojego życia.

Nawet sam zakup nosił znamiona cudu. Oto kilka szczegółów: W czwartkowym wydaniu gazety bezpłatnych ogłoszeń "Anonse" ukazało się dość kuszące ogłoszenie. Zaczęliśmy dzwonić, ale nikt nie odbierał telefonu. Próby skontaktowania się z ogłoszeniodawcą nie przyniosły żadnych rezultatów aż do niedzielnego popołudnia, 4 września. Po powrocie z nabożeństwa z naszego zboru przy ul. Menonitów w Gdańsku, a mieszkaliśmy wówczas w wynajętym mieszkaniu w Sopocie - nawiasem mówiąc, po sąsiedzku z dzisiejszym nowo wybranym Przewodniczącym Rady Europy - gdy już bez większych nadziei wybrałem pożądany numer, ktoś wreszcie odebrał telefon. Okazało się, że dopiero teraz właścicielka z Niemiec przyjechała do Gdańska, a ja byłem drugą osobą, która się do niej dodzwoniła. Natychmiast pojechaliśmy z żoną i córką obejrzeć to miejsce. Gdy weszliśmy na posesję, od razu wiedziałem, że Bóg ją nam daje. Nie czekając ani chwili dłużej powiedziałem to właścicielce, co za chwilę okazało się bardzo ważne, bowiem zgłosił się człowiek, który był przed nami lecz takiej decyzji wcześniej nie podjął, a Pani z Niemiec okazała się osobą bardzo prawą i skrupulatną. Jako pierwszy zgłosiłem chęć nabycia jej domu i dopiero gdybym zrezygnował, mogłaby rozmawiać z tym człowiekiem. Telefon rozdzwonił się na dobre, więc czym prędzej umówiliśmy się na poranną wizytę u notariusza i pojechaliśmy do siebie.

Wieczorem usłyszałem, że ktoś chce zapłacić właścicielce domu kwotę o jedną trzecią większą niż chciała. Oddałem więc raz jeszcze całą sprawę w ręce Boże i poszedłem spać. W poniedziałek, 4 września 1994 roku o godzinie 8 rano zabraliśmy panią właścicielkę wraz z jej mamą i pojechaliśmy do notariusza. Tutaj okazało się, że wszystkie dokumenty są już skompletowane i za pół godziny możemy podpisywać akt notarialny. Otóż dwa miesiące wcześniej nasza właścicielka była umówiona na taką transakcję z ludźmi spod Kielc. Gdy oni już jechali do Gdańska podpisać akt notarialny ona nagle została wezwana do Niemiec i do transakcji nie doszło. Dlatego wszystko było już gotowe. Trzeba więc było jak najszybciej zorganizować całą kwotę należności za dom i to w markach niemieckich. Wciąż niezmiennie jestem bardzo wdzięczny Mikołajowi J., Rafałowi R. i Dariuszowi W., że owego dnia bardzo mi pomogli, tak że w ciągu trzech godzin byłem gotowy do transakcji.

Dwadzieścia dwie godziny od chwili pierwszego spojrzenia na posesję, bez zaciągania jakiegokolwiek kredytu, trzymaliśmy z moją Gabrielą w rękach notarialny akt własności domu w Gdańsku. Domu, który wprawdzie trzeba było wyremontować, ale za to z garażem, kawałkiem trawnika i gruszą, na której wisiały smakowite gruszki, czym niezmiennie cieszymy się od dwudziestu lat. Bogu niech będą dzięki!

Za wszystko dziękujcie; tak jest bowiem wola Boża w Chrystusie Jezusie względem was [1Ts 5,18].

03 września, 2014

Dziwna wojna

Foto z www.dziwnawojna.pl
"Dziwna wojna", "udawana wojna", czy też "wojna na siedząco" – to określenia stanu stosunków między Niemcami a Francją i Wielką Brytanią, po tym, jak te dwie ostatnie w dniu 3 września 1939 roku wypowiedziały wojnę III Rzeszy. Niestety, ów formalny akt aż do maja 1940 roku nie został powiązany z żadnym poważniejszym działaniem rzekomych sojuszników Polski. Niemcy pastwiły się nad Polską, a około 110 dywizji francuskich i brytyjskich zachowywały kompletną bierność wobec zaledwie 23 dywizji niemieckich. Brak interwencji militarnej Brytyjczyków i Francuzów umożliwił siłom niemieckim pokonanie wojsk polskich i rozbiór państwa polskiego.

Chociaż dzisiejsza rocznica rozpoczęcia „dziwnej wojny” może kojarzyć się z obecną sytuacją na Ukrainie, gdzie Rosja powoli bierze, co chce, a inne państwa, poza formalnymi gestami poparcia, pozostają bierne – mnie naszły w związku z nią całkiem inne myśli. Nie od dziś wiadomo, że Biblia ustawia chrześcijan naprzeciwko śmiertelnego wroga, jakim są siły ciemności. Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich [Ef 6,12]. W obliczu tej prawdy chrześcijanie nie mogą pozwolić sobie ani na jeden rok zwłoki i bezczynności. Nie czas na zabawę!

Pochłaniająca każdego dnia tysiące ludzkich dusz ekspansja diabelska domaga się zdecydowanej reakcji Kościoła. Nie wolno nam biernie się przyglądać temu, co diabeł wyczynia. Bóg chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy [1Tm 2,4]. Wyrywając ich z ognia, ratujcie ich [Jd 1,23] - wzywa Słowo Boże. Tymczasem wielu współczesnych chrześcijan zdaje się coraz bardziej schodzić nieprzyjacielowi z drogi, a nawet się z nim układać. Jak podczas dziwnej wojny po stronie francuskiej ustawiano tablice – Prosimy nie strzelać. My nie strzelamy,  tak i dzisiejsi chrześcijanie unikają wszelkiego konfliktu. Wolą tzw. święty spokój.  Jeśli wy nie strzelacie, to i my nie będziemy strzelać – uspokajali  Niemcy Francuzów. Podobne sygnały ze strony świata odbiera dziś wielu chrześcijańskich konformistów. Zamknijcie się w swoich kościelnych ścianach i wierzcie sobie, w co chcecie. Jeżeli nie będziecie wchodzić nam w drogę, to i my będziemy was tolerować. A jeśli do tego od czasu do czasu usiądziecie z nami przy wspólnym stole, to nawet zyskacie nasze uznanie. I tak "dziwna wojna" trwa. Każdego dnia wróg wciąga tysiące ludzkich dusz w grzech i wieczne potępienie, a wielu chrześcijan biernie się temu przygląda…

Nie będę w tym duchowym konflikcie biernym obserwatorem. Nie będę konformistą skupionym na własnej wygodzie i świętym spokoju. Przywdzieję całą zbroję Bożą [Ef 6,11] poddając się Bogu, a przeciwstawiając się diabłu [Jk 4,7]. Każdego dnia będę starać się wyratować kogoś z tego wypaczonego pokolenia [Dz 2,40 wg NP] zachęcając go do wiary w Pana Jezusa Chrystusa.

31 sierpnia, 2014

Oszacuj wartość niespełnionych ślubów!

Jak traktujemy nasze obietnice i ślubowania? Jakże łatwo zdarza się nam wypowiadać słowa, które potem zdają się być bez znaczenia, bo ich nie dotrzymujemy. Bóg jednak traktuje poważnie to, co przed nim wypowiadamy. Ba, nadaje naszym ślubom wymierną wartość!

Oto biblijna ilustracja. I przemówił Pan do Mojżesza tymi słowy:  Mów do synów izraelskich i powiedz im tak: Jeżeli kto składa Panu jakieś szczególne ślubowanie dotyczące jakichś osób według twojej oceny, to twoja ocena będzie taka: Za mężczyznę od dwudziestu lat do lat sześćdziesięciu będzie twoja ocena wynosiła pięćdziesiąt sykli srebra według sykla świątynnego. Jeżeli to jest kobieta, to twoja ocena będzie wynosiła trzydzieści sykli.  Jeżeli chodzi o młodzież od pięciu do dwudziestu lat; to twoja ocena będzie wynosiła za rodzaj męski dwadzieścia sykli, a za rodzaj żeński dziesięć sykli. Jeżeli chodzi o dziecko od jednego miesiąca do pięciu lat, to twoja ocena będzie wynosiła za dziecko płci męskiej pięć sykli srebra, a za dziecko płci żeńskiej twoja ocena będzie wynosiła trzy sykle srebra. Jeżeli chodzi o sześćdziesięcioletniego i wyżej, to za mężczyznę twoja ocena będzie wynosiła piętnaście sykli, a za kobietę dziesięć sykli [3Mo 27,1-7]

Izraelici byli zachęcani do tego, by składać przed Bogiem rozmaite ślubowania. Składajcie śluby i spełniajcie je Panu, Bogu waszemu; Wszyscy wokół niego niech złożą dary Strasznemu! [Ps 76,12]. Mieli przy tym dbać o dotrzymywanie danego słowa. Co wyszło z twoich ust, tego dotrzymaj i postąp tak, jak ślubowałeś Panu, Bogu twemu, dobrowolnie, jak powiedziałeś swoimi ustami [5Mo 23,24]. Złożenie ślubu było zarazem prawnym zobowiązaniem.  Nie można było o nim zapomnieć i następnego dnia przejść sobie do porządku dziennego.  Gdy złożysz Bogu ślub, nie zwlekaj z wypełnieniem go, bo mu się głupcy nie podobają. Co ślubowałeś, to wypełnij! Lepiej nie składać ślubów, niż nie wypełnić tego, co się ślubowało [Kzn 5,3-4].

W zacytowanej na początku  instrukcji  chodzi o ślubowanie poświęcenia się Panu, wyrażanego poprzez pracę na rzecz świątyni. Poza służbą kapłańską i czynnościami lewitów każdego dnia przy świątyni było bowiem mnóstwo rzeczy do zrobienia przez zwykłych ludzi. To stanowiło wspaniałą przestrzeń aktywności dla  pobożnych Żydów. Zgłaszali oni przed Bogiem swoje zobowiązania i pracowali. Mogło się  jednak zdarzyć, że ktoś – po złożeniu takich ślubów – nagle z jakiegoś powodu  nie mógł ich wypełniać. Bywało też, że po jakimś czasie ktoś tracił chęć do dalszego spełniania danego przed Bogiem słowa. Po prostu, coś innego zaczęło go pociągać i zajmować mu każdą wolną chwilę.

W takich przypadkach Słowo Boże stwarzało Żydom możliwość wykupienia się od obowiązku wynikającego ze złożonych ślubów, przy czym ciężar gatunkowy ślubowania zależny był od płci i wieku. Jako rekompensatę za niespełnione ślubowanie mężczyzny trzeba było wpłacić do skarbca świątyni sporo więcej niż za ślubowanie kobiety w tym samym wieku. Śluby dotyczące młodzieńca miały wyższą wartość niż ślubowanie złożone w odniesieniu do małego dziecka. Dzięki tym szacunkowym kwotom wykupu świątynia była doposażona w niezbędne środki, a Bóg wychowywał w ten sposób swój lud do odpowiedzialności za słowa.

Czego z tej praktyki mogą nauczyć się chrześcijanie? My również składamy przed Bogiem rozmaite deklaracje i obietnice. Na przykład wszyscy obiecaliśmy podczas chrztu wiary, że aż do śmierci będziemy naśladować Jezusa Chrystusa. Zawierając związek małżeński ślubowaliśmy przed Bogiem wiele ważnych postaw w stosunku do współmałżonka.  Zdarzają się nam też – jak biblijnemu Jakubowi - zobowiązania wywołane sytuacją podbramkową. I złożył tam Jakub ślub, i powiedział: Jeżeli Bóg będzie ze mną i będzie mnie strzegł w drodze, w którą się udaję, i da mi chleb na pokarm i szatę na odzienie,  i powrócę w pokoju do domu ojca mego, to Pan będzie Bogiem moim,  a kamień, który postawiłem jako pomnik, będzie domem Bożym, i ze wszystkiego, co mi dasz, będę ci dawał dokładnie dziesięcinę [1Mo 28,20]. Przypominam, że wielu z nas swego czasu poświęciło też swe życie służbie Bożej.

Bardzo dobrze się dzieje, że wypowiadamy przed Bogiem słowa rozmaitych obietnic. Rzecz w tym, abyśmy pamiętali, że każda z nich ma w oczach Bożych wymierną wartość. Oznacza to, że nie możemy pozwalać sobie na nonszalancję i brak odpowiedzialności za wypowiedziane słowa ślubowania. Ktoś, kto przyjął na siebie jakiś rodzaj usługiwania w zborze nie może któregoś dnia się ot tak, po prostu, wycofać się z tego, co obiecał. Gdy ktoś postanowił przed Bogiem, że będzie dobrym mężem, nie może teraz lekceważyć lub porzucać swojej żony. Osoby, które zobowiązały się do wolontariatu na rzecz zboru Bożego powinny dotrzymać swojej obietnicy.

Słowo Boże  nadaje naszym ślubom i zobowiązaniom wymierną wartość. W Izraelu odbywało się to wg klucza wieku i płci. A wśród chrześcijan? Owszem, nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie [Ga 3,28]. Czyż jednak wiara w Pana Jezusa Chrystusa  nie oznacza wielu ważnych i dobrych zobowiązań dotyczących wszystkich, bez wyjątku? Wzywam was tedy, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście składali ciała swoje jako ofiarę żywą, świętą, miłą Bogu, bo taka winna być duchowa służba wasza [Rz 12,1]. Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera; bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy [Rz 14,7-8].

Wszystko, co zadeklarowaliśmy, że będzie należeć do Pana; siebie samych, nasze dzieci, nasze domy, nasze umiejętności, wykształcenie, środki techniczne  – wszystko to ma w świetle Słowa Bożego wymierną wartość. Wszelkie nasze zobowiązania przed  Bogiem są solidnie oszacowane w Jego oczach! Żaden trud nie jest daremny w Panu! Gdy przez lata wiernie spełniamy nasze śluby, wiedzmy, że w niebie rosną nasze duchowe aktywa. Jeżeli jednak nie możemy lub już nie chcemy dotrzymać słów obietnicy  - to wszystko podlega wykupieniu! Trzeba nam pamiętać, że ociąganie się z wypełnianiem danego słowa lub zapominanie o złożonych przed Bogiem obietnicach generuje swego rodzaju debet na naszym koncie duchowym.  Gdy zaczynamy żyć po swojemu, gdy dzień po dniu zaczynamy krzątać się wyłącznie wokół własnych spraw, zapominając o naszych ślubach złożonych Panu, wówczas narasta nam coraz większy dług względem Boga.

Ponieważ Bóg ma moc pociągnąć nas do odpowiedzialności za złożone obietnice, trzeba nam czym prędzej oszacować wartość naszych niespełnionych ślubów. Dlaczego? Przede wszystkim po to, by zobaczyć i należycie docenić ogrom Bożego przebaczenia! Uświadomieni, że nasze niedotrzymane obietnice mają swoją wymierną wartość, odkrywamy, jak wiele łaski okazał nam Bóg w Jezusie Chrystusie. Gdy w pokucie korzymy się przed Nim i wyznajemy nasze grzechy, On przebacza nam nie tylko popełnione przez nas złe czyny, ale również odpuszcza nam nasze zaniedbania. Wymazał obciążający nas list dłużny, który się zwracał przeciwko nam ze swoimi wymaganiami, i usunął go, przybiwszy go do krzyża [Kol 2,14]. Mało tego. Uświadamiając sobie wymierną wartość naszych zobowiązań otrzymujemy silny bodziec do ich spełniania. Przecież w ten sposób - biorąc pod uwagę pozytywną stronę całej sprawy - zbieramy sobie niewyczerpany skarb w niebie!

Co jednak będzie z tymi, którzy swego czasu złożyli Bogu rozmaite śluby, a teraz w ogóle się tym nie przejmują?  Jak wytłumaczą się przed Bogiem ludzie, którzy naobiecywali, że będą pełnić Jego wolę, a od lat żyją po swojemu?