20 września, 2018

Pan przychodzi po owoce

Jabłka dziś zerwane w ogrodzie
CCNŻ na Olszynce
Owoce. Przyjemnie jest podejść do jabłoni i zerwać piękne jabłka. Tak zrobiłem dziś w ogrodzie zborowym. Po miesiącu nieobecności właśnie dojrzewające owoce czynią mi z Olszynki miejsce na nowo godne oglądania. Pamiętam kwiaty, potem walkę ze szkodnikiem, który mógł udaremnić owocowanie, a teraz doczekałem się widoku rumianych jabłek.

Myślami powracam do fragmentu Pisma Świętego, z którym zaczynałem mój wyjazd do zborów polonijnych Stanów Zjednoczonych i Kanady. Właśnie dlatego dołóżcie starań i połączcie swoją wiarę z prawością, prawość z poznaniem, poznanie z opanowaniem, opanowanie z wytrwałością, wytrwałość z pobożnością, pobożność z braterstwem, a braterstwo z miłością. Gdy te cechy będą waszym udziałem, i to w coraz większej mierze, to nie dopuszczą one, abyście byli bezczynni i bezowocni w poznaniu naszego Pana, Jezusa Chrystusa [2Pt 1,5-8].

Owocowanie nie tylko nadaje sensowności naszemu nowemu życiu duchowemu. Ono jest naszą powinnością. Nie po to Syn Boży swoją drogocenną krwią wykupił nas z marnego postępowania naszego przez ojców nam przekazanego [1Pt 1,18-19] abyśmy sobie zbijali bąki. Kościół jako Winnica Chrystusowa ma dostarczać Mu stosownych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dorodnych owoców, wycina się i wrzuca do ognia [Mt 7,19]. Chociaż Pan w oczekiwaniu na owoce jest długo cierpliwy, to jednak na nie wciąż czeka i któregoś dnia po nie przyjdzie. Oby nikt z nas nie usłyszał wtedy z Jego ust słów wypowiedzianych do nieurodzajnego drzewa figowego. I gdy przy drodze zobaczył figowiec, podszedł, ale nie znalazł na nim nic oprócz liści. Niech się już na wieki owoc z ciebie nie rodzi — powiedział do drzewa. I figowiec natychmiast usechł [Mt 21,19].

Ażeby nasza wiara mogła zaowocować dobrymi uczynkami, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili [Ef 2,10] potrzebujemy połączyć ją z siedmioma cechami wyżej wymienionymi. Bez nich wiara jest nie tylko bezużyteczna ale wręcz martwa, bo jak ciało bez ducha jest martwe, tak martwa jest wiara bez uczynków [Jk 2,26]. Zachęcam, abyśmy bardziej skoncentrowali się na tej sprawie. W Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE będziemy to robić w kolejne, zbliżające się niedziele.

13 września, 2018

Uczeń w roli nauczyciela?


Wciąż jestem uczniem. Od dziesięcioleci pobieram naukę w szkole, której Nauczycielem i Mistrzem jest Pan Jezus Chrystus. Bywam też nauczycielem, tyle że przez małe "n". Po raz pierwszy postawiono mnie w obliczu takiego zadania równiutko czterdzieści lat temu w Gdańsku, gdy 13 września 1978 roku w kaplicy przy ul. Menonitów wygłosiłem moje pierwsze w życiu kazanie. Być może dlatego, że trwało ono jedynie pięć minut, do dziś pamiętam o czym było. Potem były kolejne, dłuższe i krótkie chwile, gdy jako uczeń dostępowałem zaszczytu nauczania innych.

Dzisiaj, na okoliczność rozpoczęcia nowego roku szkolnego w polskim zborze w Toronto znowu dane mi jest stanąć przed ludźmi i nauczać Słowa Bożego. Będąc przeciętnym uczniem z pewnością nie wykonam tego zadania dostatecznie dobrze. Czuję się jednak zaszczycony tym wyróżnieniem, podobnie jak kiedyś, gdy nasz szkolny nauczyciel z powodu swej nagłej nieobecności powierzył mi zadanie poprowadzenia jednej z lekcji. Nie była to łatwa, ale bardzo motywująca mnie chwila.

Każdemu chrześcijaninowi zdarza się pełnić rolę nauczyciela. Chociaż wciąż nie jesteśmy tacy, jakimi być powinniśmy, to jednak Chrystus Pan powierza nam kolejne dusze, abyśmy pomogli im postawić pierwsze kroki w duchowym świecie. Zazwyczaj są to początkujący chrześcijanie, dzieci lub pojedyncze osoby, które trafiają do zboru. Mamy ich nauczać Chrystusa. Czy jest to proste zadanie? Czy każdy może wykonać je z łatwością? A co z odpowiedzialnością nauczyciela za udzielenie niewłaściwej nauki? Przestańcie, drodzy bracia, tak się garnąć do nauczania. Wiedzcie, że dla nas, nauczycieli, wyrok będzie surowszy [Jk 3,1]. O, tak. Z pewnością trzeba nam bardziej przyłożyć się do sprawy.

Jest wiele ważnych aspektów do omówienia w tej kwestii, lecz ograniczmy się tutaj jedynie do paru myśli na temat roli pierwszego nauczyciela. Gdy przypadnie nam zaszczyt uczenia kogoś pierwszych kroków na drodze wiary, bądźmy świadomi ciężaru gatunkowego tego zadania. Oto formujemy duchowo nowego chrześcijanina. Kształtujemy jego duchowe gusty. Przez całe lata będzie on otwarty na to, na co my jesteśmy otwarci. Z daleka zaś będzie wyczuwać i szerokim łukiem omijać to, co my uznawaliśmy za fałszywe lub niewarte słuchania. Pierwszy nauczyciel jest najważniejszy. Tylko pilny uczeń Chrystusa ma szansę dobrze poprowadzić w Jego imieniu lekcję dla innych uczniów.

W czterdziestą rocznicę moich pierwszych doświadczeń w roli nauczyciela nie tylko zamyślam się nad ilością popełnionych w tym zakresie błędów, aby więcej ich nie powielać. Rozglądam się też wokoło, by zauważyć kolejne osoby, którymi powinienem się zająć. Nie powinni sami przebijać się przez ścianę niewiedzy. Nie chcę, by ktoś skrzywił ich duchowo. Chcę poświęcić im czas i dobrze nauczać ich Chrystusa. Mało tego. W myśl nauki apostolskiej to, czego się nauczyłem, pragnę również zawczasu przekazać ludziom godnym zaufania, którzy będą zdolni i innych nauczać [2Tm 2,2]. Jezus Chrystus potrzebuje nowego pokolenia nauczycieli.

Nade wszystko jednak dziękuję Bogu za tych, którzy przed laty udzielali mi pierwszych lekcji na drodze wiary. Moja Mama, Józef Wołoszczuk senior, Władysław Rudkowski, Sergiusz Waszkiewicz, Jan Krauze, Mieczysław Kwiecień - oto moi mistrzowie, którzy na kolejnych etapach mojego rozwoju pokazywali mi Chrystusa. Większości z nich nie ma już na tej ziemi, ale wciąż jestem im wdzięczny za to, że byli moimi pierwszymi nauczycielami. Cześć ich pamięci.

11 września, 2018

Sadzawka większa od wieży

Budować wieże swoich sukcesów, piąć się wyżej i wyżej - to potrafimy robić od czasów wieży Babel. Oczywiście, skala ludzkich możliwości jest bardzo zróżnicowana, więc i wieże ich osiągnięć bywają mocno niejednakowe. Dopóki jednak klocki naszych ambicji pomyślnie się układają, dumnie prezentujemy je światu z myślą, że to dopiero początek tego, na co nas stać. Werbalizujemy wybujałe marzenia, uwznioślamy przeciętność wymyślając dla niej nowe określenia i wypierając myśl o porażce ogłaszamy zwycięstwo.

Nie każdy, niestety, potrafi godnie się zachować, gdy coś lub ktoś nagle popsuje mu jego domek z kart. Gasnąca wizja sukcesu rozpala złe emocje. Rozpadające się klocki iluzorycznej wielkości stają się monolitem rozżalonej małości. Cichną dobre słowa. Odzywa się przekleństwo. Narasta gniew, chęć odwetu, a przynajmniej życzenie innym jeszcze większej porażki. Czy tak być musi? Czy w obliczu nieszczęścia nie można zachować się inaczej?

Stojąc nad sadzawką po jednej z wież World Trade Center w Nowym Jorku tuż przed kolejną rocznicą dramatycznych wydarzeń, które miały tu miejsce w dniu 11 września 2001 roku, rozmyślałem o  tym, że w społeczności z Bogiem niejedno zło możemy obrócić w dobro. Wtedy strata okazuje się zyskiem. Upadek z wysoka owocuje głębokością. Ozdoba niepamięci o krzywdach zakrywa sromotę zaznanej nienawiści. Straszny smutek staje się zalążkiem wielkiej radości. A wiemy, że kochającym Boga, to jest tym, którzy są powołani zgodnie z Jego planem, wszystko służy ku dobremu [Rz 8,28]. Warunkiem i tajemnicą tego jest Chrystus przez wiarę zamieszkujący serce człowieka.

Tak jest. Sadzawka w miejscu niejednego sukcesu znaczy więcej od niego.

07 września, 2018

W tę miłość trzeba uwierzyć

Jak to jest z miłością Boga do mnie? Czy zasługuję na Jego miłość? Przecież wciąż zasmucam Go i jestem nieposłuszny. Czy Bóg może miłować kogoś takiego, jak ja?

Tego rodzaju dylematy biorą się z tego, że nie rozumiemy wyjątkowego charakteru miłości Bożej. On nie kocha nas za coś ani po coś. Powód tej miłości nie tkwi w nas, a tylko w Nim samym! On nas kocha, bo jest miłością! Trójjedyny Bóg jest całkowicie spełniony w miłości. Ojciec, Syn Boży i Duch Święty – to doskonała relacja Trzech Osób w Jednym Bogu. Nasza miłość domaga się jakiegoś zewnętrznego obiektu. Potrzebujemy kogoś kochać, bo inaczej czujemy się osamotnieni. Jeśli nie znajdujemy odpowiedniego człowieka – to obdarzamy miłością przynajmniej psa lub kota. Dość często też przeżywamy rozczarowanie w miłości. Boga nic takiego nie dotyka. On nie ma żadnego deficytu miłości. Dlatego w Bożą miłość do nas trzeba uwierzyć! A myśmy poznali i uwierzyli w miłość, którą Bóg ma do nas. Bóg jest miłością [1 Jn 4,16] – zaświadczyli apostołowie.

Podczas wtorkowego czytania Biblii zobaczyłem ją w obrazie miłości ojca do syna. Gdy Izrael był chłopcem, pokochałem go — i wezwałem mego syna z Egiptu. Ale im bardziej ich wzywałem, tym bardziej ode Mnie odchodzili. Składali ofiary baalom i spalali kadzidła bożyszczom. A przecież to Ja uczyłem Efraima chodzić, brałem go na swe ramiona. A jego ludzie? Nawet nie byli świadomi, że to Ja ich leczyłem. Przyciągałem go więzami ludzkimi, powrozami miłości — byłem dla Efraima jak ci, którzy podnoszą niemowlę do policzka, pochylałem się, aby go nakarmić [Oz 11,1-4].

Każdy z nas był dzieckiem. Wielu z nas ma dzieci. Wiemy coś o miłości rodziców do dziecka. Używając wyobraźni, wszyscy dostrzegamy szczerość miłości rodzicielskiej. Wyczuwamy jej temperaturę i trwałość. Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu i nie zlitować się nad dziecięciem swojego łona? [Iz 49,15]. Miłości do dziecka towarzyszy pełne oddanie. Czegóż nie robi się dla dzieci?! – zwykliśmy mawiać i takie też mamy świadectwo samego Boga. Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w jego ręce [Jn 3,35]. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje mu wszystko, co sam czyni, i ukaże mu jeszcze większe dzieła niż te, abyście się dziwili [Jn 5,20].

Ponieważ Bóg w zadziwiający sposób pokochał Izraela jak swego syna, porusza nas w tym narodzie brak stosownej wrażliwości na Jego miłość. Ale im bardziej ich wzywałem, tym bardziej ode Mnie odchodzili. Mamy w tym tekście szereg wspomnień normalnie wyciskających ojcu łzy z oczu: Pierwsze kroki syna -  "A przecież to Ja uczyłem Efraima chodzić". Noszenie go na rękach  - "brałem go na swe ramiona." Przytulanie – "byłem dla Efraima jak ci, którzy podnoszą niemowlę do policzka" i karmienie – "pochylałem się, aby go nakarmić". A oni? Nawet nie byli świadomi, że to Ja ich leczyłem – powiedział  Ojciec.

Bóg złożył nam świadectwo ojcowskich wzruszeń i przykrości w miłości do Izraela, którego pokochał i usynowił. To ważna lekcja dla chrześcijan, którym przez wiarę w Jezusa Chrystusa dał prawo nazywać się dziećmi Bożymi. Nam też Bóg na różne sposoby Bóg okazuje miłość. Uczy nas chodzenia, nosi na ramionach, leczy, przyciąga, przytula i karmi. Niestety, ze strony swoich dzieci tak często spotyka się z uporem, niewdzięcznością i przekorą. Nie też w nich świadomości Jego miłości.

Jako Ojciec musiał dla dobra Izraela zareagować. Teraz jednak zawróci do ziemi egipskiej! Asyria będzie mu królem, gdyż nie chcieli zawrócić do Mnie.  I miecz zawiruje w jego miastach, i pochłonie fałszywych proroków — pożre ich z powodu ich rad.  A mój lud? Uparty w odstępstwie ode Mnie, woła ku Baalowi, jego wszyscy wielbią! [Oz 11,5-7].

Święty Bóg nie mógł pobłażliwie patrzeć na grzechy Izraela. [Rozwińmy ten temat.] Otóż Bóg nie jest obojętny. Wszelki przejaw bezbożności i niesprawiedliwości ludzi, którzy nieprawością tłumią prawdę, spotyka się z gniewem nieba [Rz 1,18]. Kielich sprawiedliwego gniewu Bożego musiał zostać wylany. Bo nie chcieli zawrócić do Mnie – powiedział Bóg i posłużył się Asyrią, jako narzędziem dyscyplinowania swego syna, Izraela. Teraz jednak zawróci do ziemi egipskiej! Asyria będzie mu królem. Na własne życzenie wrócili do dawnego losu niewolników. Znowu mieli tak, jak kiedyś w Egipcie.

Wielu chrześcijan też nie chce się opamiętać. Dlaczego Bóg powiedział do chrześcijan: Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych [Hbr 4,7]? Ponieważ tracimy wrażliwość na głos Boży i potrafimy długo trwać w uporze serca. W takiej sytuacji Bóg Ojciec zaczyna nas dyscyplinować. Bo kogo Pan kocha, tego karci, i okazuje surowość wobec każdego syna, którego darzy uznaniem. Cierpliwie znoście karcenie. Jest ono dowodem, że Bóg obchodzi się z wami jak z synami. Bo nie ma syna, którego by ojciec nie karcił. Jeśli nie jesteście karceni — tak jak wszyscy — to jesteście dziećmi nieprawymi, a nie synami. Ponadto, jeśli nasi ziemscy ojcowie karcili nas, a my ich za to szanowaliśmy, to czy nie tym bardziej powinniśmy podporządkować się Ojcu duchów — po to, żeby żyć? Ziemscy ojcowie karcili nas według swego uznania, w trosce o nasze krótkie skądinąd życie. Bóg natomiast czyni to dla naszego dobra, abyśmy uczestniczyli w Jego świętości. Żadne karcenie w chwili, gdy nas dosięga, nie sprawia nam radości, lecz łączy się z bólem. Później jednak tym, którzy dzięki niemu zostali wyćwiczeni, zapewnia pełen pokoju owoc sprawiedliwości [Hbr 12,6-11].

Bóg może wystawić takich chrześcijan na pastwę przeciwnika. Dopuścić, że znowu opanuje ich dawne uzależnienie i powrócą do starych grzechów. W ten sposób spełni się na nich to trafne przysłowie: Pies powróci do tego co zwrócił. Albo: Świnię po kąpieli znów w błocie widzieli [2Pt 2,22]. Bóg dobiera się przy tym do źródła problemu. Trzeba nam większej uważności. Zbyt często nie rozumiemy, co się dzieje. Podnosimy lament i użalamy się nad sobą, zawracając innym głowę, a powinniśmy wejrzeć w siebie. Wsłuchać się w głos Boży i dotrzeć do źródła życiowej burzy, która nas ogarnęła. Kto bowiem je i pije niegodnie, bez uszanowania dla ciała Pańskiego, je i pije wyrok na samego siebie. Dlatego jest między wami tylu chorych i słabych, a wielu pomarło. Bo gdybyśmy osądzali samych siebie, nie bylibyśmy sądzeni. A tak, sądzeni przez Pana, jesteśmy karceni, aby wraz ze światem nie doznać potępienia [1Ko 11,29-32].

Jednak nawet w takich okolicznościach miłość Boża do Jego dzieci nie ustaje. Oto Słowo Boże, które wręcz powala mnie ogromem ojcowskiej wspaniałomyślności okazanej synowi. Jak mam cię porzucić, Efraimie? Jak pozostawić w nieszczęściu, Izraelu? Czy miałbym zostawić cię jak Admę? Postąpić z tobą jak z Seboim? Gdzie indziej kieruje Mnie serce, wezbrała we Mnie litość.  Nie spadnie na was żar mojego gniewu. Nie wrócę, by znów zniszczyć Efraima. Gdyż Ja jestem Bogiem, a nie człowiekiem, Świętym pośród was — nie przyjdę wywrzeć gniewu! A oni pójdą za PANEM, gdy ryknie jak lew! Tak, On ryknie! Wtedy przybędą z drżeniem synowie od strony morza, przylecą z drżeniem niczym ptak z Egiptu, niczym gołąb z Asyrii. I sprawię, że na nowo zamieszkają w swych domach — oto Słowo PANA [Oz 11,8-11].

Normalnie i po ludzku należałoby z takim synem dać sobie już spokój. Izrael nie zasługiwał na dalsze okazywanie mu miłości. Wobec tak licznych aktów buntu i braku opamiętania serce ludzkie zaczyna się zamykać. Ale nie Boże! Gdzie indziej kieruje Mnie serce, wezbrała we Mnie litość. Ojciec musiał skarcić syna, ale – o, dziwo! – wcale go nie porzucił i nie przekreślił na wieki. Nie spadnie na was żar mojego gniewu. Nie wrócę, by znów zniszczyć Efraima. Gdyż Ja jestem Bogiem, a nie człowiekiem, Świętym pośród was — nie przyjdę wywrzeć gniewu! Ta niepojęta miłość Boga do Izraela ostatecznie ma zaowocować powrotem marnotrawnych synów. I sprawię, że na nowo zamieszkają w swych domach.

Wczytujący się w powyższe słowa chrześcijanin może nabrać pełnego przekonania, że miłość Boża do niego w Jezusie Chrystusie nigdy nie ustaje. Albowiem jestem tego pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani potęgi niebieskie, ani teraźniejszość, ani przyszłość, ani moce, ani wysokość, ani głębokość, ani żadne inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym [Rz 8,38-39]. Człowiek upada, wraca do starych grzechów, a Bóg wciąż go kocha i wyciąga ręce, aby go przytulić?! Patrząc na sprawę z ludzkiego punktu widzenia, aż tak zdeterminowana miłość może nie tylko zadziwiać ale i bulwersować.

Zaufajmy Bogu, że On wie co robi, gdy w Swojej miłości nie daje się zniechęcić naszymi grzechami. W świetle rozważanego fragmentu Biblii jaśniejsze staje się świadectwo apostołów Jezusa, że w tę miłość trzeba uwierzyć. I my poznaliśmy tę miłość, którą darzy nas Bóg, i zaufaliśmy jej. Bóg jest miłością [1Jn 4,16].

Bóg z nikim z nas jeszcze nie skończył! Oto stoję u drzwi! Pukam [Obj 3,20] – mówi do zeświecczałych chrześcijan. On nas miłuje miłością niezniszczalną! Nasz Pan doprowadzi dzieło naszego zbawienia do doskonałego końca. Dla niejednego błądzącego dziś i nurzającego się w grzechach dziecka Bożego zbliża się chwila, gdy znowu zaśpiewa: Jezu, Jezu, Jezu, Twa miłość me serce zdobyła!

Wzorując się na Bogu i Jego ojcowskiej miłości do nas – takimi też sami bądźmy względem upadających grzeszników. Takim sercem charakteryzowali się apostołowie. Wszak wiecie, że każdego z was, niczym ojciec dzieci swoje, napominaliśmy i zachęcali, i zaklinali, abyście prowadzili życie godne Boga, który was powołuje do swego Królestwa i chwały [1Ts 2,11-12]. Trzeba nam więcej i wciąż więcej miłości Bożej.

Miłość Boża jest całkowicie niezrozumiała dla ludzi bez Ojcowskiego serca. Nie można jej pojąć ani opisać. Nie mieści się w granicach zdrowego rozsądku. W tę miłość trzeba uwierzyć. Wierzę. A ty?

05 września, 2018

Waga danej chwili

Tablica upamiętniająca narodziny
 rock 'n' rolla w Cleveland, Ohio.
W tle gmach Rock and Roll Hall of Fame
Każda chwila dana nam przez Boga ma swoje znaczenie. Czasem może stać się zalążkiem wielkich zmian lub całkiem nowych rzeczy. Nie możemy tego przewidzieć, ani zaplanować. Możemy wszakże uważniej przeżywać swoje dni i doceniać ich wagę. To, co w danym momencie robimy będzie miało wpływ na dalsze życie i to nie tylko nasze własne. W zwykłą codzienność może nagle się wpleść wątek prowadzący do zmiany myślenia i postępowania. Jedno spojrzenie lub gest może zaowocować wspaniałym pomysłem. Krótkie spotkanie może zapoczątkować trwałą więź. Kilka wypowiedzianych słów może stworzyć nową rzeczywistość.

Byłem dziś w ciekawym miejscu w Cleveland, Ohio. Pewien amerykański DJ, Alan Freed opisując nowe zjawisko w muzyce jako pierwszy użył tu w 1951 roku słów "rock and roll" i zorganizował w Cleveland pierwszy taki koncert. Od tego czasu określenie "rock 'n' roll" zagościło na ustach ludzi na całym świecie, a Cleveland okrzyknięto miejscem narodzin tego gatunku muzycznego. Trzydzieści lat później zbudowano tu monumentalne muzeum  - Rock and Roll Hall of Fame, honorujące artystów rockowych z całego świata. W 1986 roku, jako jednego z pierwszych, do tutejszego "hall of fame" wprowadzono Alana Freeda, pomimo tego, że on sam muzykiem rockowym nie był.

Pisząc te słowa nie mam oczywiście na myśli tego, żebyśmy nie wiadomo jak zamyślali się nad każdym myciem zębów czy kęsem codziennego śniadania. Zresztą tempo życia nie pozwala nam na taką przesadną zadumę. Zwróćmy jednak uwagę na to, że każdy z nas w swoim życiorysie już ma takie chwile, które zaważyły na naszym dalszym losie. Jeżeli w takich chwilach zabrakło nam wiary, bojaźni Bożej, kierownictwa Ducha Świętego, lub chociażby zdrowego rozsądku, to życie potoczyło się w złą stronę. Gdy natomiast należycie wyczuliśmy wagę danej chwili i podeszliśmy do niej ze stosowną uważnością, życie nabrało nowych barw i na całe lata stało się wspaniałą przygodą.

Chcę być bardziej świadomy znaczenia każdego dnia w moim życiu. To co zdarza się dzisiaj będzie mieć wpływ na moje jutro. Jaki wpływ? Dobry czy zły?  Zajdę daleko, czy będę dreptać w miejscu? Przyniosę chwałę Bogu czy ujmę? Biblia mówi: Naucz nas dobrze liczyć nasze dni, aby nasze serca mogły zyskać mądrość [Ps 90,12]. Boże, uchroń mnie przed powierzchownością, lekkomyślnością i nonszalancją w podejściu do tego, co w tej chwili przeżywam. Amen.

31 sierpnia, 2018

Doceniaj tę możliwość

Z dala od domu rozmyślam o wartości zboru, bycia jego aktywną cząstką i uczestnictwa w nabożeństwach. Nie mogę pojąć takich chrześcijan, którzy niedaleko od swego miejsca zamieszkania mają zbór, a do niego nie należą. Nie mniej zadziwiam się nad takimi, którzy przynależą do zboru, a w czasie jego zgromadzenia potrafią siedzieć w domu albo iść sobie gdzieś na miasto. Przecież Pismo Święte nakreśla nam zupełnie inny stosunek do miejsca spotkań ludu Bożego. Albowiem lepszy jest dzień w przedsionkach twoich, niż gdzie indziej tysiąc; Wolę stać raczej na progu domu Boga mego, niż mieszkać w namiotach bezbożnych [Ps 84,11].

Zwyczaj opuszczania wspólnych zgromadzeń doprowadził już do tego, że niektóre zbory z powodu niskiej frekwencji zawiesiły organizowanie nabożeństw w ciągu tygodnia. Na szczęście w takich zborach jak Times Square Church na Manhattanie, założonym przez Dawida Wilkersona czy w The Brooklyn Tabernacle, założonym i wciąż prowadzonym przez Jima Cymbalę, nikt nie wpadł na pomysł, że w praktykowaniu wiary wystarczy ludziom niedzielne nabożeństwo. Dzięki temu mogliśmy w tygodniu odwiedzić w Nowym Jorku oba te miejsca i zbudować się ich wieczorną społecznością.

Nie zaprzestawajmy organizowania nabożeństw w ciągu tygodnia, a już na pewno nie dajmy się zwieść propagatorom tzw. kościoła domowego, że publiczne nabożeństwo można zastąpić spotkaniem z paroma przyjaciółmi w mieszkaniu.  Gdyby wszyscy chrześcijanie tak pomyśleli i wcielili tę ideę w życie, to wyjeżdżając do innego miasta w ogóle nie mielibyśmy gdzie pójść na nabożeństwo. A przecież mamy taką potrzebę.