24 lutego, 2015

Nie bawimy się w kościół

Domeną dzieci jest zabawa. Bawią się przez pewien czas odgrywając dla zabawy jakąś rolę, a potem przerzucają się na zabawę w kogoś innego. Sporo w tym zależy od atrakcyjności danej profesji dla konkretnego dziecka, od aktualnie popularnych bohaterów filmowych, a także od środowiska, w jakim dzieci wyrastają. Czasem zdarza się, że malec bawiący się w lekarza, lekarzem rzeczywiście potem zostaje, lecz najczęściej z upływem lat porzucamy role swoich dziecinnych zabaw. Doroślejemy i zaczynamy zajmować się całkiem innymi sprawami.

Podobny mechanizm behawioralny obserwuję w sferze duchowej. Dość często w środowisku chrześcijańskim mamy do czynienia z ludźmi, którzy zdają się bawić w kościół. Dotyczy to przeważnie ludzi, którzy nawrócili się w młodym wieku.  Przez pewien czas są gorliwi, uduchowieni i konkretnie opowiadają się po stronie Jezusa Chrystusa. Po kilku latach wszakże ich entuzjazm przygasa. Kiedy zaś podejmą pracę, założą rodzinę i zaczynają się w życiu czegoś dorabiać, wówczas wszystko czym wcześniej żyli jakby im przechodzi. Wyłączają się z życia duchowego. Porzucają pełnioną służbę i w najlepszym przypadku widzimy ich w zborze zaledwie w niektóre niedziele. Ot, takie życie, obowiązki, brak czasu – rozkładają ręce i jeszcze mniej się angażują w duchową działalność kościoła.

Przysłuchując się dziś wypowiedzi jednego z mężczyzn należących do Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku doznałem nagłego przypływu radości i głębokiej satysfakcji. Człowiek ten spędził dzieciństwo w środowisku ewangelicznego zboru. Wyrósł, zdobył wyższe wykształcenie z tytułem doktora, ożenił się, kupił mieszkanie, ma dzieci, dobrą pracę  oraz zarobki pozwalające na kosztowne hobby i weekendowe rozrywki. A jednak ten facet niezmiennie, mimo upływu lat, jest z nami, systematycznie angażując się w działalność zboru. Wypełnia mnie przyjemne uczucie. Nie przeszło mu z wiekiem. Jego serce wciąż jest oddane Bogu. To jest prawdziwy brat w Chrystusie i naśladowca Pana Jezusa. Dumny jestem z tego, że w naszym gronie mamy takich ludzi.

W historii zboru, którego jestem członkiem nie jeden raz się zdarzyło, że ktoś przez parę lat jakby pobawił się w kościół, a potem opuścił zbór i przerzucił się na coś nowego. Sezonowo – niczym biblijny Demas – pobawił się w działalność misyjną, a następnie poszedł sobie w świat. Jednak znakomita większość naszych braci i sióstr, to ludzie zdeklarowani i stabilni w wierze. A tak, bracia moi mili, bądźcie stali, niewzruszeni, zawsze pełni zapału do pracy dla Pana, wiedząc, że trud wasz nie jest daremny w Panu [1Ko 15,58]. W myśl powyższego fragmentu Słowa Bożego nie bawimy się w kościół. Jesteśmy kościołem Jezusa Chrystusa na poważnie.

I jeszcze jedna myśl. Są tacy, którzy w dzieciństwie bawili się w policjantów, a potem zostali przestępcami. Niestety, niejeden dzisiejszy szyderca, to dawny wyznawca Chrystusa. Obserwuję gorliwość młodych ludzi, słucham ich świadectw i drży mi serce. Niechby po latach się okazało, że to nie była dla nich żadna zabawa!

20 lutego, 2015

Sprawiedliwość społeczna!?

Dziś Światowy Dzień Sprawiedliwości Społecznej (ang. World Day of Social Justice ). Został on ustanowiony na sesji  ONZ w listopadzie 2007 roku w celu promowania wysiłków na rzecz zmniejszenia ubóstwa, wykluczenia społecznego i bezrobocia. Zgromadzenie Ogólne chce w ten sposób motywować narody i ich rządy do walki z ubóstwem, do promowania godnego zatrudnienia, równości płci, dostępu do świadczeń socjalnych i sprawiedliwości dla wszystkich obywateli.

Chociaż idea Światowego Dnia Sprawiedliwości Społecznej wydaje się krzepić człowieka na duchu, to jednak każdego dnia przekonujemy się, że jest ona tyle piękna, co i utopijna. Gdzież jest ta sprawiedliwość społeczna!? Ileż już lat żyjemy w duchu solidarności i wolnej Polski? I co? Korupcja i poplecznictwo. Pensje funkcjonariuszy państwowych i prezesów nieprzyzwoicie wysokie w porównaniu z głodowymi zarobkami większości obywateli. Niemoc zwykłego człowieka w obliczu takich instytucji jak Urząd Skarbowy, ZUS czy Urząd Gminy. Ciągnące się całymi dekadami procesy sądowe bez nadziei na sprawiedliwy wyrok. Władza ustawodawcza uchwalająca niedopracowane, czasem wręcz szkodliwe dla społeczeństwa ustawy. Surowe kary za drobne przewinienia poczciwych ludzi w obliczu bezkarności prawdziwych przestępców. Pieniądz rządzi wszystkim. Czy ma to miejsce gdzieś hen daleko, w krajach Trzeciego Świata? Niestety, mamy z tym do czynienia na co dzień tutaj, nad Wisłą.

Czy można z tym walczyć? Jakimi sposobami domagać się sprawiedliwości społecznej? Pokornie prosząc? Protestując? A może wywołując rewolucję? Weźmy na przykład społeczeństwo ukraińskie. Rok temu pisałem o zamieszkach na Ukrainie, których już wówczas nie mogłem pogodzić z Ewangelią Chrystusową. Naruszony wówczas przez nich ład społeczny dzisiaj wydaje gorzkie owoce wojny domowej. Czy na kijowskim Majdanie udało się osiągnąć sprawiedliwość społeczną? Nawet nie pytam o to docierających do Gdańska uchodźców wojennych, którym zniszczono lub zrabowano całą ich własność. Naruszony społecznym protestem porządek rzeczy przede wszystkim pobudził tam do bezkarnego działania rozmaitych przestępców i nacjonalistów. Zwykli ludzie jak mieli źle, tak nadal mają, a nawet mają jeszcze gorzej, niż mieli.

Jak na to patrzeć w świetle Biblii? Prawdziwi naśladowcy Jezusa Chrystusa, czyli chrześcijanie, potrafią odnaleźć się i przetrwać w każdych warunkach. Lgną sercem do Królestwa Bożego, które nie jest z tego świata. Wiemy, że dopóki Jezus Chrystus nie przyjdzie powtórnie na ziemię, nie da się tu osiągnąć zadowalającego poziomu sprawiedliwości społecznej. My oczekujemy, według obietnicy nowych niebios i nowej ziemi, w których mieszka sprawiedliwość [2Pt 3,13]. Doczesne życie traktujemy jako krótkotrwałą podróż. Używamy rzeczy tego świata, tak jakbyśmy ich nie używali. Umiemy się ograniczyć i umiemy żyć w obfitości, do rzeczy materialnych nie przywiązując serca.. Pracujemy nie po to, żeby się nachapać, lecz by dla nikogo nie być ciężarem, własny chleb jeść i mieć z czego udzielać potrzebującemu. Nie próbujemy robić w tym świecie kariery. Dbamy o porządek i środowisko tak, jakbyśmy mieli tu żyć jeszcze co najmniej sto lat, ale w głębi duszy jesteśmy już przy naszym Zbawicielu w Domu Ojca. Nie liczymy tu na żadne przywileje i nie spodziewamy się sprawiedliwości ze strony niesprawiedliwych.

Oburzamy się, oczywiście, widząc jak prości, uczciwi ludzie nagminnie doznają krzywdy. Gniewa nas wszechobecna tu niesprawiedliwość i cwaniactwo. Ponieważ jednak wiemy, że cały świat tkwi w Złym [1Jn 5,19], nawet nie próbujemy go naprawiać. Zamiast walczyć o sprawiedliwość społeczną na ziemi, różnymi sposobami składamy ludziom świadectwo i napominamy, mówiąc: Ratujcie się spośród tego pokolenia przewrotnego [Dz 2,40]. Zachęcamy wszystkich do szukania przede wszystkim Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości. Kto bowiem narodzi się na nowo, ten od razu zaczyna cieszyć się sprawiedliwością zagwarantowaną przez nadchodzącego Króla.  Albowiem Królestwo Boże, to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym [Rz 14,17].

17 lutego, 2015

Dlaczego kawa w zborze jest bezpłatna?

Od samych początków istnienia Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE w Gdańsku uczestnicy naszych spotkań i nabożeństw mogą nieodpłatnie napić się gorącej kawy i herbaty  lub schłodzonej wody mineralnej. O cieście i innych wiktuałach nie wspominając, chcę dziś wyjaśnić gratisowy charakter tego poczęstunku. Kto sponsoruje takie ilości bardzo dobrej kawy? Czy zbór dostaje ją za darmo?

Oczywiście nie. Zbór kupuje wodę mineralną, kawę, herbatę i wszystko, co do ich serwowania jest potrzebne,  każdego miesiąca wydając na to sporo pieniędzy. Stać nas na to, ponieważ członkowie zboru regularnie oddają do kasy zborowej swoje dziesięciny i składają tu rozmaite ofiary. Podobnie jak funkcjonowanie świątyni i całe życie duchowe Izraela kwitło dzięki oddawanym dziesięcinom, tak też nie brakuje niczego  we wspólnocie chrześcijan stosujących się do zasad Słowa Bożego. Wprowadzanie opłaty lub dodatkowej ofiary za kawę w zborze infekowałoby wspólnotę duchem komercji, a przede wszystkim byłoby nieuczciwością w stosunku do członków zboru, którzy swoimi dziesięcinami i ofiarami już się na tę kawę przecież złożyli.

Gratisowy charakter zborowego poczęstunku może niektórym z nas pomóc zrozumieć, jak to jest z naszym zbawieniem. Czy mamy je za darmo? Tak i nie. Owszem, mamy w Biblii prorocze zaproszenie: Nuże, wszyscy, którzy macie pragnienie, pójdźcie do wód, a którzy nie macie pieniędzy, pójdźcie, kupujcie i jedzcie! Pójdźcie, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia wino i mleko! [Iz 55,1]. Lecz czy to znaczy, że zbawienie grzesznika nikogo i nic nie kosztuje? Tak nie powiemy, bo Biblia nam mówi, że nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego [1Pt 1,18-19].

Drogoście kupieni [1Ko 7,23]. Syn Boży, Jezus Chrystus, zapłacił za nasze zbawienie pełną cenę. Wobec tego nie ma potrzeby, byśmy znowu za nie płacili. Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; nie z uczynków, aby się kto nie chlubił.  Jego bowiem dziełem jesteśmy [Ef 2,8-10]. Tym bardziej nikomu nie wolno już handlować zbawieniem i pobierać  za nie dodatkowych opłat. Uwłaczałoby to wystarczalności ofiary Chrystusa, niczym pobieranie od członka zboru opłaty za kawę mogłoby sugerować, że regularnie oddawana przez niego dziesięcina nie wystarcza na kubek niedzielnej kawy.

Może i są gdzieś zbory, gdzie członkowie nie oddają dziesięcin i nie składają regularnych ofiar. Takie zbory – jeśli chcą po nabożeństwach serwować kawę – są zmuszone ją sprzedawać. W naszym zborze kawa po nabożeństwie jest za darmo. Już za nią zapłaciliśmy.

13 lutego, 2015

Znaczenie niedzielnego nabożeństwa

Od czasów narodzin Kościoła każdej niedzieli, tj. „pierwszego dnia po sabacie” naśladowcy Chrystusa organizują wspólne zgromadzenia na cześć Zmartwychwstałego Jezusa, najczęściej nazywane nabożeństwami. Celem tych zgromadzeń jest pielęgnowanie społeczności z Bogiem i ze współwyznawcami Chrystusa Jezusa poprzez uwielbianie Boga, głoszenie i słuchanie Słowa Bożego, wspólną modlitwę, śpiew i świadectwo. Niedzielne nabożeństwo stanowi główną płaszczyznę wzajemnego oddziaływania; budowania wiary, pocieszania, napominania, zachęcania i nauczania.  Zgromadzający się w niedzielę chrześcijański zbór jest miejscem szczególnego objawienia obecności Bożej. Biblia mówi, że Jezus Chrystus przechadza się pośród zborów [Obj 2,1], a Duch Święty przemawia do zborów [Obj 2,7]. Oczywiście, poszczególni członkowie zboru utrzymują więź z Bogiem każdego dnia w miejscu gdzie żyją, niedzielne nabożeństwo zaś jest cotygodniową sumą i kulminacją tej społeczności.

Niedzielne zgromadzenie zboru Bożego każdego tygodnia jest dla chrześcijanina absolutnie najważniejszym wydarzeniem. Każdy z nas różnie przeżywa sześć dni. W odmiennych warunkach mieszkamy,  inne mamy sposoby zarabiania na życie, doświadczamy w ciągu tygodnia różnorodnych przeżyć. Nagromadzone w nas przez sześć dni emocje, przemyślenia, odkrycia, sukcesy, porażki, zranienia i rozczarowania – wszystko to niesiemy na nabożeństwo. Pełni uzbieranych rozmaitości stajemy razem przed Bogiem, aby  podzielić się nimi, posłuchać, co Pan nam powie i przygotować się na wyzwania nowego tygodnia.

Jeden w ciągu tygodnia stracił pracę, drugi awansował, a trzeci ciężko przepracował sześć dni i nie wiadomo, czy dostanie za to zapłatę. Czwartemu popsuł się samochód, a syn szóstego chyba zaczyna mieć ciągotki do narkotyków. Siódmy ma trudności w relacjach z żoną. Ósmy zalega w spłacie kredytu, a dziewiąty ma rozterkę, czy latem znowu spędzać urlop w Chorwacji. Gdy schodzimy się, niech Święty Duch w nas działa – razem śpiewamy i Pan zaczyna przemawiać. Każdy ma szansę i sam usłyszeć głos Boży, i stać się takim głosem dla innych. Czyż nie szkoda czegoś takiego przegapić?

Cóż tedy, bracia? Gdy się schodzicie, jeden z was służy psalmem, inny nauką, inny objawieniem, inny językami, inny ich wykładem; wszystko to niech będzie ku zbudowaniu. Jeśli kto mówi językami, niech to czyni dwóch albo najwyżej trzech, i to po kolei, a jeden niech wykłada; a jeśliby nie było nikogo, kto by wykładał, niech milczą w zborze, niech mówią samym sobie i Bogu. A co do proroków, to niech mówią dwaj albo trzej, a inni niech osądzają; lecz jeśliby ktoś inny z siedzących otrzymał objawienie, pierwszy niech milczy. Możecie bowiem kolejno wszyscy prorokować, aby się wszyscy czegoś nauczyli i wszyscy zachęty doznali [1Ko 14,26-31].

Nie bez znaczenia jest tu cykliczność niedzielnego nabożeństwa i naszego w nim udziału. Sześć dni będzie się pracować, ale w dniu siódmym będzie sabat, dzień całkowitego odpoczynku, poświęcony Panu [2Mo 31,15]. Bóg tak uformował naszą psychikę a nasze ciało obdarzył takimi siłami, abyśmy przez sześć dni pracowali, a siódmego w społeczności z Panem koniecznie odpoczęli od swoich trudów. Każda ingerencja w ten porządek rzeczy przynosi nam szkodę. Zarówno nieustanna praca bez odpoczynku co siódmy dzień, jak i wielodniowe uchylanie się od pracy - obydwie te postawy nie wpływają na nas korzystnie. Nie inaczej jest z cyklicznością uczestnictwa w nabożeństwie. Przestaje w końcu prawidłowo funkcjonować taki chrześcijanin, który tygodniowo chce zaliczać po kilka nabożeństw, ale z drugiej strony, koniecznie trzeba nam dochować właśnie tego siedmiodniowego cyklu, nie opuszczając wspólnych zebrań naszych, jak to jest u niektórych w zwyczaju [Hbr 10,25]. Kto musi pracować w niedzielę, ten powinien urządzić sobie "niedzielne nabożeństwo" w którymś dniu tygodnia.

Jako przyjaciel oczywiście chciałbym codziennie widywać Was w siedzibie zboru, biorących udział we wszystkim, co tutaj organizujemy, lecz  jako duszpasterz odpowiedzialny za zdrowy wzrost duchowy i prawidłowe funkcjonowanie członków naszej wspólnoty w codziennym życiu, raczej zalecam biblijny porządek rzeczy. Lepiej bowiem z tęsknotą za zborem wywiązywać się z nałożonych na nas przez Chrystusa Pana obowiązków męża, żony, ojca, matki, syna, córki, pracodawcy i pracownika, aniżeli w pełni zaspokajać pragnienie społeczności ze świętymi kosztem często drastycznego zaniedbywania tychże biblijnych obowiązków. Trzeba nam tak funkcjonować w codziennym życiu, aby niedzielne nabożeństwo było wyczekiwanym i upragnionym wypoczynkiem i świętem, w pełni poświęconym społeczności z Bogiem i Jego ludem. Nawis życiowych zaległości i zaniedbań wywołanych zbyt częstym uczestnictwem w spotkaniach i imprezach zborowych może doprowadzić do tego, że niedzielne nabożeństwo straci dla nas swój blask. A tak bracia moi być nie powinno.

Podsumowując, bardzo mocno promuję w zborze niedzielne nabożeństwo. Wszystko inne - choć też dla poszczególnych osób w pewnym okresie ich życia jak najbardziej ważne – ma charakter drugoplanowy i jest uzupełnieniem głównego zgromadzenia ludu Bożego. Do zobaczenia w niedzielę J

10 lutego, 2015

Jeszcze o czipach

Informacja o czipach wszczepionych pracownikom szwedzkiej firmy wywołała dyskusję - jak się okazuje - nie tylko w środowiskach chrześcijańskich. Nas oczywiście temat intryguje w kontekście zapowiadanego przez Biblię znamienia, które ludzie przyjmować będą na czoło lub prawą rękę. Pisałem o tym przedwczoraj. Jedni twierdzą, że absolutnie nie jest tam mowa o czipach, drudzy mają szereg wątpliwości, a jeszcze inni są przekonani, że właśnie o tego rodzaju oznakowanie chodzi.
Nie wiem, kto ma rację. Trzeba wszakże uważać, ażeby nie przespać sprawy. Są ludzie, którzy przez nie wiadomo czym karmiony sceptycyzm i sami mogą nie rozpoznać ważnego znaku, i w innych uśpić pożądaną czujność. Wiele tu zależy od duchowej wrażliwości. To co pochodzi od Boga niełatwo bywa rozpoznawane w świecie. Tym bardziej, gdy osoby uchodzące za znawców tematu, jawnie twierdzą, że to na pewno jeszcze nie to.

Tak właśnie było z uznaniem Jezusa za Mesjasza. Znakomita większość Żydów oczekujących na przyjście Mesjasza przegapiła fakt, że On przyszedł. Spierali się o Niego i wymądrzali. Z Jego powodu jedni drugich odsądzali od czci i wiary. A On? Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli [Jn 1,11]. Znawcy Pisma wiedzieli, że narodzi się w Betlejem.  Potrafili Herodowi dać prawidłową odpowiedź, gdy zgromadziwszy wszystkich arcykapłanów i nauczycieli ludu, wypytywał ich, gdzie się ma Chrystus narodzić? A oni mu rzekli: W Betlejemie Judzkim; bo tak napisał prorok: I ty, Betlejemie, ziemio judzka, wcale nie jesteś najmniejsze między książęcymi miastami judzkimi, z ciebie bowiem wyjdzie wódz, który paść będzie lud mój izraelski [Mt 2,4-6]. Dość jasno powiedziane. Czemu więc poza Herodem, który posłał tam oprawców, nikt nie wziął informacji od mędrców na poważnie?

Wśród Żydów było całkiem sporo ekspertów od spraw mesjańskich. Tedy niektórzy z ludu, usłyszawszy te słowa, rzekli: To jest naprawdę prorok. Inni mówili: To jest Chrystus; a jeszcze inni mówili: Czy z Galilei przyjdzie Chrystus? Czy Pismo nie mówi, że Chrystus przyjdzie z rodu Dawida i z Betlejemu, miejscowości, gdzie mieszkał Dawid? [Jn 7,41-42]. Jak to możliwe, że mając taką wiedzę nie wzięli pod uwagę faktu narodzin Jezusa w Betlejem i przypisywali Go wyłącznie do Nazaretu? A dziesiątki innych znaków rozpoznawczych, zapowiedzianych przez proroków? Byli nawet z siebie dumni, że nie dali wiary słowom Jezusa. Czy kto z przełożonych lub z faryzeuszów uwierzył w niego? Tylko ten motłoch, który nie zna zakonu, jest przeklęty [Jn 7,48-49]. Z jakiegoś powodu owi "widzący" do końca pozostali ślepi. Czy to nie powinno dać nam do myślenia?

Tajemna moc nieprawości już działa [2Ts 2,7]. Przeciwnik bez wątpienia zmierza do całkowitego uzależnienia od siebie wszystkich ludzi. Zwłaszcza na wybranych Bożych ma chrapkę, bo inni i tak już przynależą do jego systemu. W tym kontekście bardzo nie chciałbym, ażeby ludzie z naszego zboru i nie tylko, któregoś dnia obudzili się z ręką w nocniku. W Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE stawiamy sobie za cel, aby dobrze przygotować się na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa. Czipowanie ludzi – to poważny sygnał. Boję się go zbagatelizować. To nie to samo, co karta bankomatowa albo telefon komórkowy, który w razie czego można wyrzucić do rzeki. Czip zostaje wszczepiony w ludzkie ciało, a ono - w przypadku chrześcijanina - należy przecież do Jezusa.

Będziemy uważnie przyglądać się sprawie.

09 lutego, 2015

Zostań ze mną

Aż cztery statuetki Grammy 2015 otrzymał wczoraj w Los Angeles wokalista brytyjski - Sam Smith. Nagranie Roku, Piosenka Roku, Najlepszy Nowy Artysta oraz Najlepszy Wokalny Album Popowy – w tych kategoriach najwyższe uznanie przypadło dwudziestoparoletniemu wykonawcy, który w ubiegłym roku „wyszedł z szafy”.  Jak wynika z wczorajszej gali, w najmniejszym stopniu nie zaszkodziła mu ta jawność. Kto wie, czy nawet mu trochę nie pomogła..? Sam przyznał bowiem, że utwory składające się na pierwszy i jak do tej pory jedyny album „In the Lonely Hour” zostały  zainspirowane nieszczęśliwą, nieodwzajemnioną miłością do mężczyzny, w którym się zakochał. O dziwo, właśnie ten krążek znalazł się na 1. miejscu brytyjskiej i na 2. miejscu amerykańskiej listy najczęściej kupowanych albumów w 2014 roku. Miłość homoseksualna święci triumfy.

Stało się to już znamienne w szerokim świecie, że nikt nie powinien się niczego wstydzić. Zgodnie z duchem czasów, jeśli ktoś miałby się wstydzić, to raczej niektórzy chrześcijanie, że są tacy zaściankowi i konserwatywni w poglądach. Ludzie nowocześni, rozumiejący obecne czasy, czy się wstydzą, że popełnili obrzydliwość? – pyta Biblia. Oni nie potrafią się wstydzić, nie umieją także się rumienić. Dlatego padną wśród poległych, runą, gdy ich nawiedzę - mówi Pan [Jr 6,14-15]. Najwyraźniej, w odróżnieniu od wielu postępowców, Bóg nie przymknie oka na bezwstydną bezbożność.

Dziś chodzi mi jednak o coś innego. W zwycięskiej piosence „Stay with me” Sam Smith wyśpiewuje dziewczynie, żeby z nim pozostała. Ale po co? Po cóż miałaby zostawać skoro nie kieruje nim miłość i chociaż jest oczywiste, że nic z tego poważniejszego nie będzie. On jednak na swój sposób jej potrzebuje i chce, żeby została. Nie jest to jedynie jakieś tam niepotrzebne zawracanie komuś głowy. Zza czułego pojękiwania artysty zdaje się wyzierać egoizm, zatrzymujący dziewczynę przy sobie bez pytania o to, czy jej taki układ odpowiada? Czy tak bywa tylko w piosenkach? Czy przypadkiem i w codziennym życiu nie zdarza się nam  traktować innych ludzi jak przedmiotów, które mają służyć zaspokajaniu naszych potrzeb i przyjemności bez cienia troski o to, co czują oni?

Gdy zachęcamy kogoś do pozostania z nami, to w naszej zachęcie kryć się powinna nasza szczera miłość do tej osoby i przekonanie, że to będzie dla niej dobre. Właśnie z takich powodów Bóg chce trzymać nas przy Sobie. On się nami nie bawi. On nie wzywa nas do bliskości z Sobą dlatego, że ma taki kaprys. Pan zaprasza nas do bliskiej więzi, bo wie, że wówczas przekonamy się, jakie to dla nas cenne i za Asafem będziemy z radością wyznawać: Bo oto ci, którzy oddalają się od ciebie, zginą: Wytracasz wszystkich, którzy nie dochowują ci wierności. Lecz moim szczęściem być blisko Boga [Ps 73,27-28].

Dobrze jest być z ludźmi, których nie trzeba przy sobie zatrzymywać. Kto ma ochotę odejść, nie powinien być  zawstydzany i deprecjonowany. Chociaż to przykre, ale nie ma co trzymać przy sobie ludzi, którzy chcieliby odejść. Uczucie to znał apostoł Paweł pisząc: albowiem Demas mnie opuścił, umiłowawszy świat doczesny, i odszedł do Tesaloniki [2Tm 4,10]. Ów pełny Ducha Świętego apostoł narodów nie potrafił zatrzymać przy sobie współpracownika? Może by i potrafił, ale skoro Demas chciał odejść, to sobie poszedł. Nawet sam Pan Jezus nie trzyma nikogo przy sobie na siłę.

„Zostań ze mną” mówmy raczej tylko tym, w oczach których widzimy szczere pragnienie pozostania.