24 lutego, 2017

Tutaj nie ujrzały światła, ale...

Przeżyłem dziś niecodzienne chwile. Towarzyszyłem zaprzyjaźnionemu małżeństwu w pogrzebie ich synka, który urodził się martwy. Opis całej scenerii można by zawrzeć w kilku słowach: Mama i Tata. Biała trumienka. Krzyż. Tabliczka z jedną tylko datą. Słowo Boże i modlitwa. I to wszystko? Nie. To jedynie pojedyncze klatki zarejestrowanego przez mózg filmu.

Nawet nie próbuję opisywać tego, co kryło się w smutnych oczach Mamy. Nie będę snuł domysłów, co sobie myślał milczący Tata. Nie jestem w stanie pozbierać nawet własnych myśli, ani wyrazić empatii schowanej za słowami prozaicznej rozmowy o tym i o tamtym. Brak mi słów. Może - po prostu - wystarczy, że byłem tam z Nimi?

Teraz, gdy siedzę już w moim gabinecie, ciśnie mi się do głowy tylko jeden fragment z Biblii. Słowa z Księgi Hioba, w bólu żałującego, że się urodził żywy. Albo dlaczego nie zostałem pogrzebany niczym płód poroniony, niczym niemowlęta, które nie cieszyły się światłem dnia? Byłbym tam, gdzie bezbożni zaprzestają swoich szaleństw, gdzie odpoczywają zmęczeni, bez sił, gdzie więźniowie leżą obok siebie, nie dochodzi do nich strażniczy krzyk, gdzie mali i wielcy są już razem - i niewolnik już wolny od pana [Jb 3,16-19]. Kapitalne objawienie: Wprawdzie rodzice są zasmuceni, ale akurat to ich dziecko Wszechmogący na dobre i na zawsze zachował od złego!

W świetle Biblii sporo rzeczy wygląda inaczej, aniżeli zazwyczaj się je postrzega. Jedno jest oczywiste. Synka moich Przyjaciół nie dotknie żadna przykrość, jakich tu wiele. Pan Jezus od razu zabrał go do Siebie, do takich  bowiem  należy Królestwo Boże [Mk 10,14]. Taką mamy pewność.

Niemowlętom, które nie cieszyły się tutaj światłem dnia, nie grożą też ciemności tutejszej nocy. Cieszą się światłością o wiele lepszą, a nocy tam nie ma! Oświetla je chwała Boga.

23 lutego, 2017

Bądźcie stali, niewzruszeni...

Od wczoraj nie przestaję myśleć o tym, jak nieocenioną wartością w dzisiejszych czasach jest stałość chrześcijanina. Tę refleksję wzbudziło we mnie dość nieoczekiwane odkrycie, że w dniu 22 lutego jedna z kobiet z naszego zboru ma właśnie dwudziestą rocznica chrztu wiary. Magdę, bo ją mam na myśli, ochrzciłem w 1997 roku. Jako młoda dziewczyna postanowiła związać swoje życie z Panem Jezusem i została członkiem C. C. NOWE ŻYCIE. Wzruszam się. Lata studiów, kariery zawodowej, odejście od zboru jej przyjaciół, z którymi była i jest emocjonalnie związana, zmiana miejsca zamieszkania, przeniesienie siedziby zboru na Olszynkę - nic z tych rzeczy nie odciągnęło Magdy ani od Boga, ani od zboru. Przez te wszystkie lata pozostaje z nami, zaangażowana, pod wieloma względami bardzo użyteczna w działalności naszej wspólnoty i zawsze gotowa do dobrego dzieła. Takie osoby są naszą chlubą w Chrystusie Panu.

Nie bez kozery dotykam dziś kwestii stałości w życiu i służbie chrześcijanina. Nie trzeba wcale być wnikliwym obserwatorem, by zauważyć niepokojącą zmienność wielu współczesnych chrześcijan. Parę lat temu dziękowali Bogu. Zrobili sporo szumu wokół swego nawrócenia i powołania.  Zapowiedzieli wierność i pełne zaangażowanie. Złożyli przyrzeczenia. A dziś..? Jeśli nawet jeszcze formalnie są w zborze, to praktycznie już ich nie ma. Wystarczyło, że się zakochali i pobrali, zmienili pracę czy miejsce zamieszkania - i przepadli. Inni po paru zaledwie latach obecności w zborze stwierdzili, że się już w nim nie budują i dlatego muszą iść i gdzieś indziej szukać dla siebie duchowej  strawy.

Najbardziej jednak zdumiewającą przyczyną odejścia niektórych chrześcijan od zboru jest bliżej nieokreślona potrzeba czegoś nowego. Twierdzą, że w dotychczasowej wspólnocie czują się świetnie i nie mają do niej zastrzeżeń, a mimo to od niej odchodzą? Widzą, że zbór jest na właściwym kursie duchowym i jest w nim wiele pracy do wykonania, a go opuszczają, bo zachciało się im czegoś nowego?  Przemknęła mi myśl, czy takim ludziom po jakimś czasie nie znudziło by się nawet niebo, gdyby do niego trafili?

Pomimo tego, że żadna społeczność chrześcijańska nie jest na tyle doskonała, żeby nie było już w niej nad czym pracować, to jednak niektórzy chrześcijanie co kilka lat potrzebują spróbować czegoś nowego. Nie przyszłoby im to do głowy, gdyby mieli serce sługi i rozumieli, że życie chrześcijanina to służba, a nie rozrywka. Lecz oni mają w głowie wciąż nowe wyzwania i atrakcje. Nie chcą tkwić w tym samym miejscu i się trudzić.  Pragną  kolejnych przygód i kontaktu z nowymi ludźmi. Jeśli naprawdę Duch Święty każe im tak zrobić, to posłuszni Mu nie mają innego wyjścia. Jeśli jednak to nie za sprawą Ducha opuszczają zbór i porzucają stanowisko w pracy Pańskiej, to jak się wytłumaczą przed sądem Chrystusowym?

Swego czasu Jezus powiedział do swoich uczniów: Wy zaś jesteście tymi, którzy zostali przy Mnie, gdy przechodziłem przez próby [Łk 22,28]. Inni z rozmaitych powodów odeszli, a oni pozostali. Tacy bracia i siostry, tacy towarzysze wiary i służby - to w dzisiejszych czasach prawdziwy skarb! Dlatego bracia moi, ukochani, bądźcie stali, niewzruszeni, wciąż tryskający poświęceniem w dziele Pana, pewni, że wasz trud nie jest daremny w Panu [1Ko 15,58].

18 lutego, 2017

Przywrócić posłudze zachwyt Bogiem

Dzisiejsza lektura Biblii odnawia we mnie pragnienie przywrócenia w zborze zachwytu Bogiem. Gdy bowiem w społeczności ludu Bożego objawia się chwała Boża, wówczas zbór dostaje się pod silny wpływ obecności Pana i na różne sposoby zaczyna wyrażać swój zachwyt. Tak właśnie stało się po wyświęceniu Aarona i jego synów do służby kapłańskiej. Po dokonaniu tego wszystkiego Mojżesz z Aaronem weszli do namiotu spotkania. Kiedy stamtąd wyszli i błogosławili lud, całemu ludowi ukazała się chwała PANA. Wyszedł bowiem ogień sprzed PANA i strawił na ołtarzu ofiarę całopalną z jej tłuszczem. Gdy ludzie to zobaczyli, zakrzyknęli radośnie i upadli na twarz [3Mo 9,23-24].

Najwidoczniej Lud Boży przeżył wielkie uniesienie duchowe. Dosłownie zakrzyknęli z zachwytu - czytamy. Nie potrzebowali żadnych dodatkowych bodźców. Wystarczyła im obecność Boża. Właśnie o czymś takim marzę i do tego dążę. Pragnę, by w trakcie naszej posługi w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE ukazywała się chwała PANA, by Duch Święty objawiał Jezusa, byśmy w zgromadzeniu wręcz odczuwali realną obecność Bożą. Wówczas nie będzie już potrzeby zachęcania ludzi do modlitwy, do wspólnego śpiewania lub uważnego słuchania Słowa Bożego.  Skończą się nasze wysiłki tworzenia atmosfery duchowej za pomocą muzyki, światła lub innych jeszcze środków oddziaływania. Nikt, znajdując się pod silnym wrażeniem obecności żywego Boga pośród nas, nie będzie mógł pozostać obojętny. Nikt nie będzie przysypiać ani myśleć o niebieskich migdałach. Nikt też nie powie, że mieliśmy (czytaj: zrobiliśmy) "mega uwielbianie". Serca tak drżeć będą od obecności Pana, że padniemy na twarz.

Jak przywrócić naszej posłudze zachwyt Bogiem?  Co wcześniej powinniśmy zrobić, abyśmy w niedzielę zakrzyknęli z zachwytu? Pomyślmy o tym, proszę.



13 lutego, 2017

Tajemnicza moc uśmiechu

Któż z nas nie zna zbawiennego wpływu uśmiechu. W trudniejszych chwilach uśmiech mamy, nauczyciela, lekarza lub instruktora czynił z nami prawdziwe cuda. Znowu nabieraliśmy otuchy, robiło się nam raźniej i odzyskiwaliśmy wiarę, że zdołamy pokonać trudności.

Dziś rano przeczytałem w Biblii o uśmiechu Boga i jego cudownym wpływie na Izraela. Bo przecież nie zdobyli ziemi swoim mieczem, ani nie pomogło im ich własne ramię. Dokonała tego Twoja prawica, Twoje ramię i światło Twojego oblicza - bo im okazałeś przychylność [Ps 44,4]. "Światło Twojego oblicza" - to idiom oznaczający uśmiech. Jahwe wyciągnął ku Izraelitom  rękę pomocy i uśmiechnął się przy tym, a to do tego stopnia ich wzmocniło, że zdobyli Ziemię Obiecaną.

Są wokół nas ludzie bardzo potrzebujący naszego uśmiechu. Zaniepokojeni, niepewni naszych reakcji, nisko oceniający samych siebie, wątpiący we własne siły - wyglądają w wyrazie naszej twarzy choćby cienia akceptacji. Pochmurne oblicze pogłębia ich stres i paraliżuje działanie. Gdy obdarzymy ich uśmiechem, od razu nabierają otuchy. Uśmiechajmy się więc do ludzi. Obdarzajmy ich uśmiechem. 'Światło naszego oblicza' z pewnością rozjaśni im horyzont.

Uśmiech ma dla człowieka wielkie znaczenie. Dlatego Bóg dał kapłanom Izraela następujące  polecenie: Tak będziecie błogosławić synów Izraela, macie mówić do nich: Niech ci błogosławi JHWH i niech cię strzeże. Niech JHWH rozjaśnia nad tobą swe oblicze (niech się uśmiechnie nad tobą) i niech ci będzie przychylny; niech JHWH zwróci ku tobie swe oblicze i niech ci zapewni pokój [4Mo 6,24-26]. Wystarczy pomyśleć, że Bóg się do nas uśmiecha, a od razu czujemy się silniejsi, by stawić czoła przeciwnościom :)

07 lutego, 2017

Upewniłem się!

Osiem najnowszych wpisów na blogu "Dzisiaj w świetle Biblii" poświęciłem wielkiej potrzebie  sprawdzenia samego siebie w myśl apostolskiego wezwania: Poddawajcie samych siebie próbie: Czy trwacie w wierze? Doświadczajcie siebie: Czy dostrzegacie u siebie to, że Jezus Chrystus jest w was? [2Ko 13,5]. Poruszyłem w tych rozważaniach zagadnienia, które jako pierwsze przyszły mi na myśl, gdy rozpocząłem upewnianie się na drodze wiary. Oczywiste, że jeszcze i w innych kwestiach należałoby postawić sobie niewygodne pytania. Mogę i będę to miał na uwagę, skoro jednak tym razem chciałem, żeby przynajmniej niektórzy moi Czytelnicy zechcieli przejść ze mną ten proces, ograniczyłem go do siedmiu punktów. Jak się po tych badaniach czuję?

Przyglądając się w lustrze Słowa Bożego odkryłem w sobie sporo braków. Nawet w tak podstawowych  sprawach, jak regularna lektura Biblii i modlitwa, nie mam się czym chwalić. Zwłaszcza w ostatnich latach zasmucałem Boga zbytnią gonitwą i naturalnym dla mnie, 'zadaniowym' podejściem do życia. Moje modlitwy zbyt często miały charakter odprawy technicznej, zamiast spokojnej rozmowy z umiłowanym Zbawicielem i Panem. Mam sobie wiele do zarzucenia w sferze panowania nad emocjami, za co - poza Ojcem - przepraszam też moich najbliższych oraz drogich braci, pracujących przy budowie sali nabożeństw. Wciąż nie mam też dostatecznego wstrętu do grzechu, bo Słowo Boże zapowiada, że kto zatyka ucho, aby nie słyszeć o krwi przelewie, kto zamyka oczy, aby nie patrzeć na zło, ten będzie mieszkał na wysokościach [Iz 33,15-16], a mnie jeszcze zdarza się z przyjemnością oglądać film akcji, w którym dzieje się wiele złego. Nie zawsze też wygrywam z niepotrzebnym sięganiem po następny kotlet lub kawałek ciasta. Mógłbym wymieniać jeszcze inne ułomności, ale póki co, wystarczy.

Dokonując podsumowania mojego upewniania się na drodze wiary, nie czuję się jednak przybity wnioskami wyciągniętymi z tej autoanalizy. Żaden czar nie prysł, bo go wcześniej wcale nie było. Otrzymałem za to silny bodziec do uświęcania mojego życia, bo chociaż od lat mam z tyłu głowy wezwanie apostolskie, by dążyć do uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy Pana [Hbr 12,14], to charakteru Jezusa we mnie wciąż zbyt mało. Dlatego biorę się w garść i za świętym Pawłem powtarzam: Nie jakobym już to osiągnął albo już był doskonały, ale dążę do tego, aby pochwycić, ponieważ zostałem pochwycony przez Chrystusa Jezusa. Bracia, ja o sobie samym nie myślę, że pochwyciłem, ale jedno czynię: zapominając o tym, co za mną, i zdążając do tego, co przede mną, zmierzam do celu, do nagrody w górze, do której zostałem powołany przez Boga w Chrystusie Jezusie [Flp 3,12-14]. Jestem przy tym absolutnie pewny, że Pan Jezus nie jest mną rozczarowany. Przecież w chwili, gdy ze mną zaczynał, dobrze wiedział, jak trudnym jestem materiałem do obróbki. I mimo to mnie powołał?! Alleluja!

Pan Jezus przez wiarę mieszka w moim sercu. Biorę się więc za siebie i pewny Jego miłości - upewniony, co do aktualnego stanu mojej wiary - dalej podążam drogą naśladowania Pana.  A ty?

04 lutego, 2017

Upewniam się! 7.

7. Prawdziwy chrześcijanin trwa we wspólnocie z innymi naśladowcami Jezusa Chrystusa. Pierwsi chrześcijanie z pewnością odczuwali silną potrzebę spotykania i trzymania się razem. Trwali oni w nauce apostołów, we wspólnocie, razem łamali chleb i nie ustawali w modlitwie. Każda osoba była przejęta lękiem przed panem, ponieważ za sprawą apostołów działo się wiele cudów i znaków. A wszyscy wierzący trzymali się razem i mieli wszystko wspólne. Sprzedawali przy tym posiadłości oraz mienie i uzyskane w ten sposób środki dzielili między sobą, zgodnie z tym, jaką kto miał potrzebę. Codziennie też jednomyślnie gromadzili się w świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali pokarm z wielką radością i w prostocie serca [Dz 2,42-46]. Społeczność  świętych nie ograniczała się do obecności na nabożeństwie raz w tygodniu, ani też do spotkań domowych. Zgromadzali się wszyscy razem, lecz mieli także społeczności domowe. Połączyła ich wiara w Jezusa Chrystusa i wynikająca z tej wiary miłość wzajemna. Nie potrafili i nie chcieli żyć w odosobnieniu.

Tak jest i dzisiaj. Kto miłuje Pana, miłuje również Jego naśladowców - a co za tym idzie - ma silną potrzebę spotykania się z nimi. Każdy, kto wierzy, że Jezus jest Chrystusem, narodził się z Boga. A każdy, kto kocha Ojca, kocha również Jego dziecko. Naszą miłość do dzieci Bożych poznajemy po tym, że kochamy Boga i spełniamy Jego przykazania [1J 5,1-2]. My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, ponieważ kochamy braci [1J 3,14]. Mając w sercach wzajemną miłość chrześcijanie mocno garną się do siebie. Lubią razem przebywać, poznawać i uwielbiać Boga, uczyć się, pracować, odpoczywać i pomagać sobie wzajemnie. Nie zawsze jednakowo jest to możliwie, ale takie zapotrzebowanie noszą w sercach. Gdy tylko otwiera się im możliwość spędzenia z braćmi i siostrami chociażby jednej godziny, natychmiast z takiej okazji korzystają. Nie izolują się i nie dają się zamknąć w ciasnym kręgu kilkuosobowej grupy.

A jak jest z tobą? Upewniasz się, że masz w sercu taką miłość do świętych? Ciągnie cię do zboru? Chciałbyś częściej  widywać się z braćmi i siostrami? Radujesz się na myśl, że zbliża się pora nabożeństwa? Odczuwasz w kontaktach z wierzącymi potrzebę czegoś więcej, niż tylko niedzielnego zgromadzenia? Pragniesz gościć ich u siebie w domu i wsłuchać się w bicie ich serca? Obchodzi cię to, co przeżywają? Bardzo dobrze. Oznacza to, że jesteś prawdziwym uczniem Jezusa. Po tym wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli jedni drugich darzyć będziecie miłością [Jn 13,35]. To dlatego, gdy ktoś ze zboru zawiera związek małżeński lub przeżywa jakiś życiowy sukces, chcesz mieć udział w jego radości. Radujcie się z radosnymi, płaczcie z płaczącymi [Rz 12,15]. To dlatego razem z braćmi i siostrami uczestniczysz w pogrzebie ich bliskich i starasz się być blisko nich w ich chorobie. Po prostu, jesteś chrześcijaninem. Miłujesz braci.

A co, jeśli męczy cię społeczność z wierzącymi? Co, jeśli z trudem przetrzymujesz dwie godziny niedzielnego zgromadzenia i czym prędzej czmychasz, nie czekając nawet na jego zakończenie? Co, jeżeli nie przychodzi ci do głowy, aby zaprosić wierzących do swojego mieszkania, a jeśli tak, to tylko po to, żeby założyć "kościół domowy" i w ogóle przestać chodzić na nabożeństwa? Co, jeśli nie obchodzą cię ich urodziny, rocznice i życiowe sukcesy? Jeżeli tak jest, jeżeli osobiście nie znasz połowy braci i sióstr w zborze, i nie odczuwasz potrzeby bliższej z nimi społeczności, to znaczy, że nie ma w tobie miłości Chrystusowej. Potrzebujesz odrodzenia serca! Wiedz, że ludzie ze zboru cię kochają. Nasze serca są szeroko otwarte. To nie u nas jest wam ciasno. Ciasno jest w waszych wnętrzach. W imię wzajemności - jak do dzieci mówię - otwórzcie się i wy szeroko [2Ko 6,12-13]. Padnij na kolana i proś Boga, aby wypełnił cię Jego miłością do chrześcijan. Zacznij może od drobnych gestów. Zostań po nabożeństwie dłużej. Okaż komuś bliższe zainteresowanie, dowiadując się, co aktualnie przeżywa. Zaangażuj się w działalność zboru, co z pewnością pogłębi twoje relacje z innymi. Nie opuszczajmy przy tym wspólnych spotkań, co jest u niektórych w zwyczaju... [Hbr 10,25].

Jedno jest pewne. Odnowiona miłość wskaże ci drogę do bliższych relacji z ludźmi wierzącymi i będziesz miał z tego wiele radości.

PS. Jest to przedostatni tekst napisany w nawiązaniu do Upewnij się! Wkrótce posumowanie :)