Ponieważ mój wczorajszy wpis wzbudził zainteresowanie tematem dziesięciny, chcę jeszcze i dziś przy tym pozostać i krótko przedstawić trzy główne powody, dla których od lat praktykuję oddawanie dziesięciny.
Po pierwsze, dziesięcina jest wspaniale pomyślanym sposobem finansowania duchowej strony życia. Jak wiadomo, Izraelici mieli trzykrotnie w ciągu roku pielgrzymować do Jerozolimy. Na święto Paschy, Pięćdziesiątnicy i święto Namiotów. Ponieważ za każdym razem była to co najmniej tygodniowa wyprawa, a zarazem przerwa w pracy, potrzebna była odpowiednia ilość środków materialnych na to świętowanie.
Ażeby uniknąć niedoboru tych środków, spowodowanych np. wcześniejszą rozrzutnością lub chwilowo szczuplejszym budżetem, Bóg zabezpieczył im te środki na pobyt w świątyni poprzez dziesięcinę. Mieli obowiązek ją odkładać i ze swą dziesięciną, zgromadzoną w naturze udawać się do Jerozolimy, aby tam spożywać ją przed Panem, wielbiąc Go i weseląc się. Jeżeli zaś ktoś mieszkał zbyt daleko, aby dźwigać swą dziesięcinę w naturze, mógł ją spieniężyć. Te pieniądze miał zachować i zabrać ze sobą, aby mieć z czego tam na miejscu kupować żywność i brać udział w całych świętach.
Nie trzeba żadnych głębszych rozważań, aby docenić mądrość takiego zabezpieczenia środków na praktykowanie życia duchowego i wspólne świętowanie. Wystarczy wsłuchać się w to, co mówią dzisiejsi chrześcijanie, gdy zachęcamy ich do wyjazdu na wspólne wczasy, aby razem spędzić trochę czasu przed Panem, albo gdy zapraszamy ich na budującą konferencję. Chętnie by pojechali, ale nie mają na to pieniędzy, albo czasu, bo muszą pracować i zarabiać...
Po drugie, ażeby Izraelici mieli gdzie świętować i aby po dotarciu do Jerozolimy mogli zastać świątynię tętniącą życiem, potrzebne były środki na całą tamtejszą służbę świątynną. Kapłani i lewici nie otrzymali normalnego przydziału ziemi, ażeby mieli czas na doglądanie i wykonywanie posługi w świątyni. Ponieważ jednak potrzebowali z czegoś żyć, Bóg zorganizował im zaopatrzenie z dziesięcin synów Izraela oraz z ofiar składanych przez nich w świątyni. Dzięki temu Dom Boży na okrągło przez cały rok tętnił życiem.
By docenić mądrość takiego rozwiązania, wystarczy przyjrzeć się funkcjonowaniu zborów, których członkowie nie praktykują oddawania dziesięciny. Zazwyczaj ich pastor musi pracować zarobkowo, z trudem płacą bieżące rachunki i na nic ponadto nie mają pieniędzy. Niezbyt przyjemnie jest iść na zgromadzenie takiego zboru, gdzie pastor przyjeżdża prosto z pracy, niezbyt przygotowany do posługi Słowem Bożym, a sala zgromadzeń wyziębiona. Wierne składanie dziesięcin przez członków zboru umożliwia wypłacenie pastorowi średniej pensji i owocuje dobrze zaopatrzoną materialnie siedzibą zboru.
I po trzecie, praktykując oddawanie dziesięciny, Żydzi na co dzień uczyli się zachowywania należytego dystansu do rzeczy materialnych. Konieczność potraktowania co dziesiątej narodzonej owcy, co dziesiątej efy zebranej pszenicy lub bańki oliwy – jako poświęconych Panu – była ustawicznym sprawdzianem ich miłości do Jahwe. Serce człowieka tak łatwo przywiązuje się do dóbr materialnych. Umiłowanie pieniędzy jest wg Biblii źródłem wszelkiego zła. Dlatego Bóg daje w nasze ręce określone dobra materialne i sumy pieniędzy i chce, abyśmy to my, a nie On, oddzielali z tego 10% jako wartość, która do nas nie należy. W każdym naszym przychodzie dziesięć procent nie jest nasze. Formalnie rzecz biorąc, wszystko nam mówi, że w całości jest to nasz zarobek, spadek, kieszonkowe, premia itd. Ale z Biblii wynika, że dziesięć procent należy do Pana i powinno trafić do domu Bożego. Zawsze, zarówno w czasach obfitości materialnej, jak i w czasach niedostatku, jest to sprawdzian pokazujący, do czego jest przywiązane nasze serce.
Idea dziesięciny nie od dziś ma w środowiskach chrześcijańskich wielu przeciwników. Uważny czytelnik Biblii zauważa jednak, że w życiu pobożnych ludzi pojawia się ona na długo przez nadaniem Izraelowi prawa Mojżeszowego, a potem wyraźnie jest nakazana w Zakonie. W Kościele znowu, literalnie rzecz biorąc, nie jest obowiązkiem, ale wyżej przedstawione trzy główne cele dziesięciny jak najbardziej mają swoje zbawienne zastosowanie w życiu każdego chrześcijanina i każdego chrześcijańskiego zboru.
Chyba każdy chrześcijanin uważa, że jest dobrze, gdy nie brakuje nam środków materialnych na kultywowanie naszej osobistej pobożności. Zgadzamy się też z tym, że zbór, gdzie karmimy się duchowo i otrzymujemy potrzebne nam wsparcie, powinien mieć środki finansowe, niezbędne do jego funkcjonowania. Jesteśmy także świadomi, że nasze serca dość łatwo przywiązują się do dóbr doczesnych. Trzeba je więc na bieżąco sprawdzać i utrzymywać w zdrowym dystansie do pieniędzy.
Dziesięcina, to naprawdę złoty, biblijny środek!
Dzisiaj w świetle Biblii
Aktualne tematy, wydarzenia, zjawiska, święta, rocznice i trendy społeczne z biblijnej perspektywy
środa, 21 marca 2012
wtorek, 20 marca 2012
I w tym pora wrócić do Biblii!
Dziś rocznica powołania w dniu 20 marca 1950 roku Funduszu Kościelnego. O tyle ważna, że trwa właśnie w Polsce gorąca debata o jego likwidacji. Rząd ogłosił zamiar zastąpienia Funduszu Kościelnego innymi, bardziej nowoczesnymi sposobami finansowania działalności kościołów i związków wyznaniowych.
Z mocy owej ustawy o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego kościoły i związki wyznaniowe posiadające uregulowany status prawny w RP czerpią z budżetu państwa określone środki. W ubiegłym roku była to w skali całego kraju kwota 89 milionów złotych. Z oczywistych powodów głównym beneficjentem tych środków jest kościół katolicki, ale także inne wspólnoty kościelne, nawet te, którym państwo nic nie zabrało, bo przed 1950 rokiem formalnie ich nie było, teoretycznie mają prawo z tego przywileju korzystać.
Gros środków z Funduszu Kościelnego (np. w 2004 roku aż 86%] przeznacza się na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne duchownych. Teraz ma to się zmienić. Kościoły, względnie bezpośrednio sami duchowni, będą pokrywać te koszty z własnych środków. Budżet państwa natomiast odstąpi jakiś ułamek procentowy podatku dochodowego obywatela (być może 0,3%) , jeżeli ten obywatel osobiście go swojemu kościołowi zadeklaruje. Czy sprawy idą więc w dobrą stronę?
Patrząc na kwestię finansów Kościoła w świetle Biblii można się zdziwić, że na tym polu chrześcijanie w ogóle mają względem świeckiego państwa jakiekolwiek oczekiwania. Pismo Święte prezentuje inne, całkiem dostateczne źródło finansowania wspólnoty kościelnej. Jest to dziesięcina, czyli 10% dochodów każdego członka, przeznaczana na działalność miejscowego zboru, do którego ów wierzący przynależy i w którym korzysta z potrzebnego mu wsparcia duchowego.
Wszelka dziesięcina z płodów ziemi, czy to z plonów polnych, czy z owoców drzew, należy do Pana. Jest ona poświęcona Panu [3Mo 27,30]. Podkreślmy przy tym, że środki z dziesięcin bynajmniej nie były potrzebne Bogu. Służyć miały zaspokojeniu potrzeb ludu Bożego. Na miejsce, które Pan, Bóg wasz, wybierze na mieszkanie dla swego imienia, będziecie przynosić wszystko, co wam dziś nakazuję: wasze całopalenia i rzeźne ofiary, wasze dziesięciny i dary ofiarne waszych rąk, i cały wybór ofiar ślubowanych, jakie ślubować będziecie Panu. I będziecie się radować przed obliczem Pana, Boga waszego, wraz z synami i córkami swymi, sługami i służebnicami swymi oraz z Lewitą, który jest w twoich bramach, gdyż on nie ma działu i dziedzictwa z wami [5Mo 12,11–12].
Biblijne wezwanie do oddawania dziesięciny, jako części dochodu chrześcijanina, która już przed jego uzyskaniem, mocą Słowa Bożego została przypisana do domu Bożego, jest najbardziej sprawiedliwą i niezwykle mądrą formą finansowania zboru. Po prostu, każdy członek wspólnoty, proporcjonalnie do swoich przychodów, partycypuje w pokrywaniu kosztów jej funkcjonowania.
Oczywiście, wiemy że w naśladowaniu Jezusa liczą się nie tylko te sprawy, ale Jezus wskazał, żebyśmy przypadkiem nie popadli w drugą skrajność i nie zaniechali oddawania dziesięciny. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że dajecie dziesięcinę z mięty i z kopru, i z kminku, a zaniedbaliście tego, co ważniejsze w zakonie: sprawiedliwości, miłosierdzia i wierności; te rzeczy należało czynić, a tamtych nie zaniedbywać [Mt 23,23].
Przynieście całą dziesięcinę do spichlerza, aby był zapas w moim domu, i w ten sposób wystawcie mnie na próbę! - mówi Pan Zastępów - czy wam nie otworzę okien niebieskich i nie wyleję na was błogosławieństwa ponad miarę. I zabronię potem szarańczy pożerać wasze plony rolne, wasz winograd zaś w polu nie będzie bez owocu - mówi Pan Zastępów. Wszystkie narody będą was nazywać szczęśliwymi, bo będziecie krajem uroczym - mówi Pan Zastępów [Ml 3,10–12].
Jak widać, ludzie wierzący, z ochotą okazujący posłuszeństwo temu wezwaniu, nie tylko mają szczęście udziału w życiu dobrze zaopatrzonej finansowo wspólnoty i mogą stale z tego w sposób uprawniony korzystać, ale także doświadczają błogosławieństwa Bożego w życiu prywatnym.
To błogosławieństwo bierze się z tego, że oddając dziesięcinę, chrześcijanie nie zatrzymują dla siebie tego, co w świetle Biblii do nich nie należy. Czy człowiek może oszukiwać Boga? Bo wy mnie oszukujecie! Lecz wy pytacie: W czym cię oszukaliśmy? W dziesięcinach i daninach [Ml 3,8]. Kto kombinuje przy dziesięcinie zaniżając jej wysokość lub wcale jej nie oddaje, ten sprzeniewierza Bożą własność. Kto z radością i skwapliwie ją oddaje, ten jest błogosławiony. Czy dobrze rozumiem ten fragment Pisma?
Jakkolwiek byśmy nie pojmowali nauki biblijnej na ten temat, lokalna wspólnota chrześcijańska, zasilana na bieżąco dziesięcinami swoich wiernych, jest w stanie prawidłowo funkcjonować bez żadnych dotacji, oczywiście pod warunkiem, że nie będzie obligowana do ponoszenia kosztów funkcjonowania administracji kościelnej tzw. wyższego szczebla lub płacenia jakichś dodatkowych podatków.
Jeżeli jakiś zbór ma trudności finansowe, to tylko dlatego, że spora część jego członków nie okazuje posłuszeństwa Słowu Bożemu w kwestii oddawania dziesięciny. Oglądają się na innych, wyciągają ręce po dotacje unijne, wpatrują się w portfele bogatszych współwyznawców, ubolewają z powodu likwidacji państwowego Funduszu Kościelnego, a tymczasem wystarczy, żeby bardziej rozmiłowali się w Jezusie Chrystusie.
Po tym poznajemy, iż dzieci Boże miłujemy, jeżeli Boga miłujemy i przykazania jego spełniamy. Na tym bowiem polega miłość ku Bogu, że się przestrzega przykazań jego, a przykazania jego nie są uciążliwe [1Jn 5,2–3]. Kto miłuje Pana Jezusa, ten z radością bierze też udział we wspieraniu wspólnoty Jego wyznawców, której notabene sam jest członkiem.
Wspólnocie chrześcijańskiej złożonej z takich wiernych ani Fundusz Kościelny, ani 0,3% podatku kościelnego nie są konieczne do życia...
Z mocy owej ustawy o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego kościoły i związki wyznaniowe posiadające uregulowany status prawny w RP czerpią z budżetu państwa określone środki. W ubiegłym roku była to w skali całego kraju kwota 89 milionów złotych. Z oczywistych powodów głównym beneficjentem tych środków jest kościół katolicki, ale także inne wspólnoty kościelne, nawet te, którym państwo nic nie zabrało, bo przed 1950 rokiem formalnie ich nie było, teoretycznie mają prawo z tego przywileju korzystać.
Gros środków z Funduszu Kościelnego (np. w 2004 roku aż 86%] przeznacza się na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne duchownych. Teraz ma to się zmienić. Kościoły, względnie bezpośrednio sami duchowni, będą pokrywać te koszty z własnych środków. Budżet państwa natomiast odstąpi jakiś ułamek procentowy podatku dochodowego obywatela (być może 0,3%) , jeżeli ten obywatel osobiście go swojemu kościołowi zadeklaruje. Czy sprawy idą więc w dobrą stronę?
Patrząc na kwestię finansów Kościoła w świetle Biblii można się zdziwić, że na tym polu chrześcijanie w ogóle mają względem świeckiego państwa jakiekolwiek oczekiwania. Pismo Święte prezentuje inne, całkiem dostateczne źródło finansowania wspólnoty kościelnej. Jest to dziesięcina, czyli 10% dochodów każdego członka, przeznaczana na działalność miejscowego zboru, do którego ów wierzący przynależy i w którym korzysta z potrzebnego mu wsparcia duchowego.
Wszelka dziesięcina z płodów ziemi, czy to z plonów polnych, czy z owoców drzew, należy do Pana. Jest ona poświęcona Panu [3Mo 27,30]. Podkreślmy przy tym, że środki z dziesięcin bynajmniej nie były potrzebne Bogu. Służyć miały zaspokojeniu potrzeb ludu Bożego. Na miejsce, które Pan, Bóg wasz, wybierze na mieszkanie dla swego imienia, będziecie przynosić wszystko, co wam dziś nakazuję: wasze całopalenia i rzeźne ofiary, wasze dziesięciny i dary ofiarne waszych rąk, i cały wybór ofiar ślubowanych, jakie ślubować będziecie Panu. I będziecie się radować przed obliczem Pana, Boga waszego, wraz z synami i córkami swymi, sługami i służebnicami swymi oraz z Lewitą, który jest w twoich bramach, gdyż on nie ma działu i dziedzictwa z wami [5Mo 12,11–12].
Biblijne wezwanie do oddawania dziesięciny, jako części dochodu chrześcijanina, która już przed jego uzyskaniem, mocą Słowa Bożego została przypisana do domu Bożego, jest najbardziej sprawiedliwą i niezwykle mądrą formą finansowania zboru. Po prostu, każdy członek wspólnoty, proporcjonalnie do swoich przychodów, partycypuje w pokrywaniu kosztów jej funkcjonowania.
Oczywiście, wiemy że w naśladowaniu Jezusa liczą się nie tylko te sprawy, ale Jezus wskazał, żebyśmy przypadkiem nie popadli w drugą skrajność i nie zaniechali oddawania dziesięciny. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że dajecie dziesięcinę z mięty i z kopru, i z kminku, a zaniedbaliście tego, co ważniejsze w zakonie: sprawiedliwości, miłosierdzia i wierności; te rzeczy należało czynić, a tamtych nie zaniedbywać [Mt 23,23].
Przynieście całą dziesięcinę do spichlerza, aby był zapas w moim domu, i w ten sposób wystawcie mnie na próbę! - mówi Pan Zastępów - czy wam nie otworzę okien niebieskich i nie wyleję na was błogosławieństwa ponad miarę. I zabronię potem szarańczy pożerać wasze plony rolne, wasz winograd zaś w polu nie będzie bez owocu - mówi Pan Zastępów. Wszystkie narody będą was nazywać szczęśliwymi, bo będziecie krajem uroczym - mówi Pan Zastępów [Ml 3,10–12].
Jak widać, ludzie wierzący, z ochotą okazujący posłuszeństwo temu wezwaniu, nie tylko mają szczęście udziału w życiu dobrze zaopatrzonej finansowo wspólnoty i mogą stale z tego w sposób uprawniony korzystać, ale także doświadczają błogosławieństwa Bożego w życiu prywatnym.
To błogosławieństwo bierze się z tego, że oddając dziesięcinę, chrześcijanie nie zatrzymują dla siebie tego, co w świetle Biblii do nich nie należy. Czy człowiek może oszukiwać Boga? Bo wy mnie oszukujecie! Lecz wy pytacie: W czym cię oszukaliśmy? W dziesięcinach i daninach [Ml 3,8]. Kto kombinuje przy dziesięcinie zaniżając jej wysokość lub wcale jej nie oddaje, ten sprzeniewierza Bożą własność. Kto z radością i skwapliwie ją oddaje, ten jest błogosławiony. Czy dobrze rozumiem ten fragment Pisma?
Jakkolwiek byśmy nie pojmowali nauki biblijnej na ten temat, lokalna wspólnota chrześcijańska, zasilana na bieżąco dziesięcinami swoich wiernych, jest w stanie prawidłowo funkcjonować bez żadnych dotacji, oczywiście pod warunkiem, że nie będzie obligowana do ponoszenia kosztów funkcjonowania administracji kościelnej tzw. wyższego szczebla lub płacenia jakichś dodatkowych podatków.
Jeżeli jakiś zbór ma trudności finansowe, to tylko dlatego, że spora część jego członków nie okazuje posłuszeństwa Słowu Bożemu w kwestii oddawania dziesięciny. Oglądają się na innych, wyciągają ręce po dotacje unijne, wpatrują się w portfele bogatszych współwyznawców, ubolewają z powodu likwidacji państwowego Funduszu Kościelnego, a tymczasem wystarczy, żeby bardziej rozmiłowali się w Jezusie Chrystusie.
Po tym poznajemy, iż dzieci Boże miłujemy, jeżeli Boga miłujemy i przykazania jego spełniamy. Na tym bowiem polega miłość ku Bogu, że się przestrzega przykazań jego, a przykazania jego nie są uciążliwe [1Jn 5,2–3]. Kto miłuje Pana Jezusa, ten z radością bierze też udział we wspieraniu wspólnoty Jego wyznawców, której notabene sam jest członkiem.
Wspólnocie chrześcijańskiej złożonej z takich wiernych ani Fundusz Kościelny, ani 0,3% podatku kościelnego nie są konieczne do życia...
| Reakcje: |
poniedziałek, 19 marca 2012
Jak wędka, to wędka, a nie sieć!
Dziś w Polsce Dzień Wędkarza. Upamiętnia on datę powstania Polskiego Związku Wędkarskiego. 19 marca 1950 roku 270 delegatów Związku Sportowych Towarzystw Wędkarskich zebranych w Warszawie podjęło uchwałę o zakończeniu działalności tego Związku i utworzeniu Polskiego Związku Wędkarskiego. Obecnie PZW zrzesza około 650 tysięcy miłośników wędkowania.
Moje osobiste związki z wędkarstwem są takie, że od 1974 roku byłem członkiem PZW, ale już od dawna pomimo corocznych chęci tylko od czasu do czasu wybierałem się na ryby. W ostatnich latach zaś już ani razu nie zdarzyło mi się pojechać nad wodę, więc w ubiegłym roku zaprzestałem opłacania składki i całkiem pożegnałem się z wędkarstwem.
Chociaż wędkarstwo uważam za dobre hobby, to po prostu brakuje mi na nie czasu. Od lat mam w życiu inną, wielką pasję, która zdominowała wszystkie pozostałe. Chcę cały pozostały mi czas poświęcać służbie Słowa. Z upływem czasu widzę coraz większą potrzebę niesienia chrześcijanom zachęty do trwania w wierze. Tylko zwiastowanie zdrowej nauki Słowa Bożego może nas na drodze wiary zachować. Jeżeli naprawdę chcę być sługą Słowa, potrzebuję więcej czasu spędzać nad Biblią. Dlatego bez żalu odłożyłem moją wędkę, chociaż Biblia w paru miejscach wspomina o wędkowaniu.
Najbardziej chyba znanym przypadkiem użycia wędki w Biblii jest polecony Piotrowi sposób zdobycia monety na zapłacenie podatku. A gdy wchodził do domu, uprzedził go Jezus, mówiąc: Jak ci się wydaje, Szymonie? Od kogo królowie ziemi pobierają cło lub czynsz? Od synów własnych czy od obcych? A on rzekł: Od obcych. Na to Jezus: A zatem synowie są wolni. Ale żebyśmy ich nie zgorszyli, idź nad morze, zarzuć wędkę i weź pierwszą złowioną rybę, otwórz jej pyszczek, a znajdziesz stater; tego zabierz i daj im za mnie i za siebie [Mt 17,25–27].
Motyw wędkarski pojawia się też w pouczającej mowie Boga do Hioba: Czy krokodyla zdołasz złapać na wędkę albo powrozem skrępować jego język? [Jb 40,25] oraz w zapowiedzi sądu Bożego nad Egiptem: Zniknie wszystko sitowie na brzegach Nilu i wszystkie zasiewy nad Nilem uschną, zostaną rozwiane, nie będzie ich. I będą narzekać rybacy i skarżyć się wszyscy, którzy zarzucają w Nilu wędkę, a ci, którzy rozciągają sieć w wodzie, omdleją z wycieńczenia [Iz 19,7–8].
Powróćmy jednak do Piotra. Oto zawodowy rybak, przez całe lata łowiący siecią, otrzymał polecenie, aby posłużyć się wędką. To mniej więcej tak, jakby zawodowemu kombajniście kazano iść na żniwa z kosą. Jednak wierzę, że Piotr posłusznie wziął wędkę, nie sieć, i zarzucił ją w wody Jeziora Galilejskiego. Skąd w nim taka zmiana? Ponieważ od jakiegoś czasu już nie jego rozum, doświadczenie i przyzwyczajenie kierowały jego postępowaniem. Jezus stał się jego Panem! Skoro On powiedział, by zarzucić wędkę, to jakże Piotr miałby postąpić inaczej?
Chcę być takim uczniem Jezusa, który nie polemizuje z wezwaniami Słowa Bożego. Nieważne, czy potwierdza je moja wiedza i życiowe doświadczenie. Błogosławieństwo Boże spoczywa na tych, którzy okazują Mu pełne posłuszeństwo. Jozue, młody wódz Izraela, następca Mojżesza, otrzymał następującą wskazówkę: Niechaj nie oddala się księga tego zakonu od twoich ust, ale rozmyślaj o niej we dnie i w nocy, aby ściśle czynić wszystko, co w niej jest napisane, bo wtedy poszczęści się twojej drodze i wtedy będzie ci się powodziło [Jz 1,8].
Dziś rano przeczytałem w Biblii: Niczego nie dodacie do tego, co ja wam nakazuję, i niczego z tego nie ujmiecie, przestrzegając przykazań Pana, waszego Boga, które ja wam nakazuję [5Mo 4,2].
Tyle już razy zrobiłem po swojemu. Tyle razy zbagatelizowałem Słowo Boże, bo gdy przyszło co do czego, to ważniejsze okazały się moje własne racje i pragnienia, niż posłuszeństwo Słowu Bożemu.
W Dniu Wędkarza mówię więc przede wszystkim do samego siebie: Jak wędka, to wędka, a nie sieć!
Moje osobiste związki z wędkarstwem są takie, że od 1974 roku byłem członkiem PZW, ale już od dawna pomimo corocznych chęci tylko od czasu do czasu wybierałem się na ryby. W ostatnich latach zaś już ani razu nie zdarzyło mi się pojechać nad wodę, więc w ubiegłym roku zaprzestałem opłacania składki i całkiem pożegnałem się z wędkarstwem.
Chociaż wędkarstwo uważam za dobre hobby, to po prostu brakuje mi na nie czasu. Od lat mam w życiu inną, wielką pasję, która zdominowała wszystkie pozostałe. Chcę cały pozostały mi czas poświęcać służbie Słowa. Z upływem czasu widzę coraz większą potrzebę niesienia chrześcijanom zachęty do trwania w wierze. Tylko zwiastowanie zdrowej nauki Słowa Bożego może nas na drodze wiary zachować. Jeżeli naprawdę chcę być sługą Słowa, potrzebuję więcej czasu spędzać nad Biblią. Dlatego bez żalu odłożyłem moją wędkę, chociaż Biblia w paru miejscach wspomina o wędkowaniu.
Najbardziej chyba znanym przypadkiem użycia wędki w Biblii jest polecony Piotrowi sposób zdobycia monety na zapłacenie podatku. A gdy wchodził do domu, uprzedził go Jezus, mówiąc: Jak ci się wydaje, Szymonie? Od kogo królowie ziemi pobierają cło lub czynsz? Od synów własnych czy od obcych? A on rzekł: Od obcych. Na to Jezus: A zatem synowie są wolni. Ale żebyśmy ich nie zgorszyli, idź nad morze, zarzuć wędkę i weź pierwszą złowioną rybę, otwórz jej pyszczek, a znajdziesz stater; tego zabierz i daj im za mnie i za siebie [Mt 17,25–27].
Motyw wędkarski pojawia się też w pouczającej mowie Boga do Hioba: Czy krokodyla zdołasz złapać na wędkę albo powrozem skrępować jego język? [Jb 40,25] oraz w zapowiedzi sądu Bożego nad Egiptem: Zniknie wszystko sitowie na brzegach Nilu i wszystkie zasiewy nad Nilem uschną, zostaną rozwiane, nie będzie ich. I będą narzekać rybacy i skarżyć się wszyscy, którzy zarzucają w Nilu wędkę, a ci, którzy rozciągają sieć w wodzie, omdleją z wycieńczenia [Iz 19,7–8].
Powróćmy jednak do Piotra. Oto zawodowy rybak, przez całe lata łowiący siecią, otrzymał polecenie, aby posłużyć się wędką. To mniej więcej tak, jakby zawodowemu kombajniście kazano iść na żniwa z kosą. Jednak wierzę, że Piotr posłusznie wziął wędkę, nie sieć, i zarzucił ją w wody Jeziora Galilejskiego. Skąd w nim taka zmiana? Ponieważ od jakiegoś czasu już nie jego rozum, doświadczenie i przyzwyczajenie kierowały jego postępowaniem. Jezus stał się jego Panem! Skoro On powiedział, by zarzucić wędkę, to jakże Piotr miałby postąpić inaczej?
Chcę być takim uczniem Jezusa, który nie polemizuje z wezwaniami Słowa Bożego. Nieważne, czy potwierdza je moja wiedza i życiowe doświadczenie. Błogosławieństwo Boże spoczywa na tych, którzy okazują Mu pełne posłuszeństwo. Jozue, młody wódz Izraela, następca Mojżesza, otrzymał następującą wskazówkę: Niechaj nie oddala się księga tego zakonu od twoich ust, ale rozmyślaj o niej we dnie i w nocy, aby ściśle czynić wszystko, co w niej jest napisane, bo wtedy poszczęści się twojej drodze i wtedy będzie ci się powodziło [Jz 1,8].
Dziś rano przeczytałem w Biblii: Niczego nie dodacie do tego, co ja wam nakazuję, i niczego z tego nie ujmiecie, przestrzegając przykazań Pana, waszego Boga, które ja wam nakazuję [5Mo 4,2].
Tyle już razy zrobiłem po swojemu. Tyle razy zbagatelizowałem Słowo Boże, bo gdy przyszło co do czego, to ważniejsze okazały się moje własne racje i pragnienia, niż posłuszeństwo Słowu Bożemu.
W Dniu Wędkarza mówię więc przede wszystkim do samego siebie: Jak wędka, to wędka, a nie sieć!
| Reakcje: |
czwartek, 15 marca 2012
Podglądnijmy Jezusa: Otwartość na nietypowe zachowania
Kto interesuje się bliżej życiem i publiczną działalnością Jezusa, ten wie, że przemierzał On wzdłuż i wszerz ziemię Izraela, zwłaszcza Galileę, chodząc na piechotę. I stało się potem, że chodził po miastach i wioskach, zwiastując dobrą nowinę o Królestwie Bożym, a dwunastu z nim [Łk 8,1]. A potem chodził Jezus po Galilei; nie chciał bowiem iść do Judei, bo Żydzi zamierzali go zabić [Jn 7,1].
Z ewangelii wynika, że wielokrotnie tak właśnie przemieszczał się pomiędzy Galileą i Judeą. Opuścił Judeę i odszedł z powrotem do Galilei. A musiał przechodzić przez Samarię [Jn 4,3–4]. Ba, nawet dłuższe wyprawy poza północne granice Izraela odbywał na piechotę. I wyszedłszy stamtąd, udał się Jezus w okolice Tyru i Sydonu [Mt 15,21].
Zupełnym więc zaskoczeniem dla Jego uczniów mogło się okazać polecenie, skierowane do dwójki z nich: Idźcie do wioski, która jest przed wami, a zaraz przy wejściu do niej znajdziecie oślę uwiązane, na którym jeszcze nikt z ludzi nie siedział; odwiążcie je i przyprowadźcie. A jeśliby ktoś wam rzekł: Cóż to czynicie? Powiedzcie: Pan go potrzebuje. I zaraz je tutaj z powrotem odeśle [Mk 11,2–3]. Takiego zapotrzebowania Jezus wcześniej nigdy nie zgłaszał. Czyżby na kilometr od bram Jerozolimy nagle zasłabł? Czyżby nie mógł dojść piechotą, zwłaszcza, że tego dnia szli tylko z Betanii, oddalonej o niecałe trzy kilometry?
Powód tak nagłej zmiany w sposobie podróżowania Jezusa wynikał z kierownictwa Ducha Świętego. Nie należało więc dyskutować z Nim, tylko czym prędzej wykonać polecenie. A Jezus znalazłszy oślę, wsiadł na nie, jak napisano: Nie bój się, córko syjońska! Oto król twój przychodzi, siedząc na źrebięciu oślicy. Tego początkowo nie zrozumieli uczniowie jego, lecz gdy Jezus został uwielbiony, wtedy przypomnieli sobie, że to było o nim napisane i że to uczynili dla niego [Jn 12,14–16].
Zrozumienie tak wyjątkowego zachowania Jezusa miało przyjść dopiero po jakimś czasie. Wtedy stało się uczniom jasne, że owo nagłe zapotrzebowanie Pana na oślę było zamocowane w Piśmie Świętym i tak właśnie należało postąpić.
Czego uczę się z dzisiejszego podglądania Jezusa? Po pierwsze, tego, że Duch Święty może pobudzić mnie do zrobienia czegoś, co jest dla mnie nietypowe, niezgodne z moimi kanonami zachowań i codziennym stylem życia. Gdy Duch Boży na coś takiego mi wskaże, to niezależnie od tego, jak ocenią mnie ludzie, mam być otwarty i gotowy, by postąpić zgodnie z Jego poleceniem.
Po drugie zaś, uczę się z tego ostrożności w ocenie zachowania moich bliźnich. Jeżeli komuś z nich Pan powiedział, że ma dziś zrobić coś, co znacznie odbiega od ogólnie przyjętej normy, to okazałbym się duchowym głupcem, gdybym na podstawie tego pojedynczego czynu zmieniał o nim zdanie lub go krytykował. Prawda bowiem o tym jego wyjątkowym zachowaniu może się okazać zaskakująco pozytywna na jego korzyść.
Kimże ty jesteś, że osądzasz cudzego sługę? Czy stoi, czy pada, do pana swego należy; ostoi się jednak, bo Pan ma moc podtrzymać go [Rz 14,4]. Jeżeli Pan mu powiedział, że ma postąpić w sposób dla mnie choćby nie wiem jak dziwny i niezrozumiały, to przecież – jeśli jest to człowiek posłuszny Bogu – nie może zrobić inaczej! Jeżeli zaś Pan mu nie powiedział, ażeby tak robił, jak zrobił, to ma przecież swojego Pana, i nie ja, a On go za tę samowolę rozliczy.
Dojrzałością takiego podejścia do sprawy wykazał się król Dawid, gdy pewien człowiek o imieniu Szymei złorzeczył mu publicznie. Dysponował środkami pozwalającymi go czym prędzej uciszyć, a jednak tego nie zrobił. Wtedy rzekł Abiszaj, syn Serui, do króla: Dlaczego ten zdechły pies ośmiela się złorzeczyć mojemu panu, królowi? Pozwól, że podejdę do niego i utnę mu głowę! Lecz król odpowiedział: Co wam do tego, synowie Serui? Niech złorzeczy, gdyż to Pan nakazał mu: Złorzecz Dawidowi! W takim razie zaś któż może rzec: Dlaczego to czynisz? [2Sm 16,9-10].
Chcę pamiętać, że tak jak mnie samego Bóg ma prawo użyć do zrobienia czegoś nietypowego, tak też może On pobudzić innych ludzi, by postąpili w sposób dla mnie zupełnie w danej chwili niezrozumiały.
Nie wszystko muszę od razu rozumieć i nie wszystko musi się w moim móżdżku zawsze zgadzać...
Z ewangelii wynika, że wielokrotnie tak właśnie przemieszczał się pomiędzy Galileą i Judeą. Opuścił Judeę i odszedł z powrotem do Galilei. A musiał przechodzić przez Samarię [Jn 4,3–4]. Ba, nawet dłuższe wyprawy poza północne granice Izraela odbywał na piechotę. I wyszedłszy stamtąd, udał się Jezus w okolice Tyru i Sydonu [Mt 15,21].
Zupełnym więc zaskoczeniem dla Jego uczniów mogło się okazać polecenie, skierowane do dwójki z nich: Idźcie do wioski, która jest przed wami, a zaraz przy wejściu do niej znajdziecie oślę uwiązane, na którym jeszcze nikt z ludzi nie siedział; odwiążcie je i przyprowadźcie. A jeśliby ktoś wam rzekł: Cóż to czynicie? Powiedzcie: Pan go potrzebuje. I zaraz je tutaj z powrotem odeśle [Mk 11,2–3]. Takiego zapotrzebowania Jezus wcześniej nigdy nie zgłaszał. Czyżby na kilometr od bram Jerozolimy nagle zasłabł? Czyżby nie mógł dojść piechotą, zwłaszcza, że tego dnia szli tylko z Betanii, oddalonej o niecałe trzy kilometry?
Powód tak nagłej zmiany w sposobie podróżowania Jezusa wynikał z kierownictwa Ducha Świętego. Nie należało więc dyskutować z Nim, tylko czym prędzej wykonać polecenie. A Jezus znalazłszy oślę, wsiadł na nie, jak napisano: Nie bój się, córko syjońska! Oto król twój przychodzi, siedząc na źrebięciu oślicy. Tego początkowo nie zrozumieli uczniowie jego, lecz gdy Jezus został uwielbiony, wtedy przypomnieli sobie, że to było o nim napisane i że to uczynili dla niego [Jn 12,14–16].
Zrozumienie tak wyjątkowego zachowania Jezusa miało przyjść dopiero po jakimś czasie. Wtedy stało się uczniom jasne, że owo nagłe zapotrzebowanie Pana na oślę było zamocowane w Piśmie Świętym i tak właśnie należało postąpić.
Czego uczę się z dzisiejszego podglądania Jezusa? Po pierwsze, tego, że Duch Święty może pobudzić mnie do zrobienia czegoś, co jest dla mnie nietypowe, niezgodne z moimi kanonami zachowań i codziennym stylem życia. Gdy Duch Boży na coś takiego mi wskaże, to niezależnie od tego, jak ocenią mnie ludzie, mam być otwarty i gotowy, by postąpić zgodnie z Jego poleceniem.
Po drugie zaś, uczę się z tego ostrożności w ocenie zachowania moich bliźnich. Jeżeli komuś z nich Pan powiedział, że ma dziś zrobić coś, co znacznie odbiega od ogólnie przyjętej normy, to okazałbym się duchowym głupcem, gdybym na podstawie tego pojedynczego czynu zmieniał o nim zdanie lub go krytykował. Prawda bowiem o tym jego wyjątkowym zachowaniu może się okazać zaskakująco pozytywna na jego korzyść.
Kimże ty jesteś, że osądzasz cudzego sługę? Czy stoi, czy pada, do pana swego należy; ostoi się jednak, bo Pan ma moc podtrzymać go [Rz 14,4]. Jeżeli Pan mu powiedział, że ma postąpić w sposób dla mnie choćby nie wiem jak dziwny i niezrozumiały, to przecież – jeśli jest to człowiek posłuszny Bogu – nie może zrobić inaczej! Jeżeli zaś Pan mu nie powiedział, ażeby tak robił, jak zrobił, to ma przecież swojego Pana, i nie ja, a On go za tę samowolę rozliczy.
Dojrzałością takiego podejścia do sprawy wykazał się król Dawid, gdy pewien człowiek o imieniu Szymei złorzeczył mu publicznie. Dysponował środkami pozwalającymi go czym prędzej uciszyć, a jednak tego nie zrobił. Wtedy rzekł Abiszaj, syn Serui, do króla: Dlaczego ten zdechły pies ośmiela się złorzeczyć mojemu panu, królowi? Pozwól, że podejdę do niego i utnę mu głowę! Lecz król odpowiedział: Co wam do tego, synowie Serui? Niech złorzeczy, gdyż to Pan nakazał mu: Złorzecz Dawidowi! W takim razie zaś któż może rzec: Dlaczego to czynisz? [2Sm 16,9-10].
Chcę pamiętać, że tak jak mnie samego Bóg ma prawo użyć do zrobienia czegoś nietypowego, tak też może On pobudzić innych ludzi, by postąpili w sposób dla mnie zupełnie w danej chwili niezrozumiały.
Nie wszystko muszę od razu rozumieć i nie wszystko musi się w moim móżdżku zawsze zgadzać...
| Reakcje: |
piątek, 9 marca 2012
Boże, chroń nas od takich teologów
Kanał BBC Knowledge emituje w tych dniach cykl programów pod tytułem: Czy Bóg istnieje? Nie zdziwił mnie pierwszy film z tej serii - Korzenie zła?, w którym prof. Richard Dawkins przekonuje widza, że wszelkie zło na świecie bierze się z wiary w Boga. Wniosek nasuwa się niejako samoczynnie: Gdyby nie było ludzi religijnych, życie na świecie toczyłoby się bezkonfliktowo i stałoby się jedną wielką sielanką ;). Nawiasem mówiąc, opinię na temat twórczości Dawkinsa wyraziłem parę lat temu tekstem "Urojony postulat".
Dużo boleśniej przeżyłem drugi odcinek tej serii, pod tytułem: Kim naprawdę był Jezus? (ang. The Real Jesus). Tym razem niejaki Robert Beckford, brytyjski teolog akademicki, stawia sobie za cel "oświecenie" widza w kwestii rzekomo rzeczywistego obrazu sylwetki Jezusa. Materiały do swoich rewelacji o Jezusie czerpie z luźnej rozmowy z jakimś muzułmaninem, buddystą, czy dziwnie uśmiechniętym, z wiankiem kwiatów na szyi, wyznawcą Kriszny, lub oglądając zagubione gdzieś w trawach ruiny świątyni boga Mitry.
W miarę kolejnych rozmów i wojaży Beckford zadziwia się coraz bardziej odkryciem, że Jezus wcale nie był wyjątkową postacią, a inne religie są tak samo wspaniałe i dobre jak chrześcijaństwo. Historia życia Jezusa, to prawie dokładna kopia dziejów Buddy lub Kriszny. Mało tego, ów znany teolog wyraża przekonanie, że Jezus chciałby, ażeby ludzie pozostali przy swoich wierzeniach, ponieważ wszystkie te drogi są jednakowo dobre i prowadzą do Boga.
W wypowiedzi Jezusa: Ja jestem droga, prawda i żywot [Jn 14,6] pan Beckford pomija myśl, że nie można inaczej przyjść do Ojca, jak tylko przez Jezusa. Wspominając, że jest chrześcijaninem, a jednocześnie mówiąc, że zbawienie można osiągnąć także poza wiarą w Jezusa, przeczy podstawowej doktrynie chrześcijańskiej, wskazującej na Jezusa, jako jedynego Zbawiciela: On to jest owym kamieniem odrzuconym przez was, budujących, On stał się kamieniem węgielnym. I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni [Dz 4,11-12]. Oczywiście, o zmartwychwstaniu Jezusa ten program w ogóle nie wspomina, bo to już zbyt drastycznie różni zalożycieli innych religii od osoby Jezusa Chrystusa.
Zrobiło mi się naprawdę przykro, bo tenże "teolog" z głową w dredach, chwali się gdzieś, że wyrósł w środowisku zielonoświątkowców. Rozumiem, że w szkółce niedzielnej na Jamajce mógł nie mieć dostępu do solidnej doktryny biblijnej, ale przecież pobyt w środowiskach akademickich w Wielkiej Brytanii umożliwiał mu lekturę naprawdę dobrych książek o Jezusie Chrystusie i Jego nauce. Najwyraźniej przegapił tę lekcję, skoro opowiada o Jezusie takie banały, zupełnie wykrzywiające Jego obraz.
A co z samą Biblią? Czyżby jej nie czytał? Owszem. Uczył się jej już – jak twierdzi – siedząc na kolanach matki i wyrastał w przekonaniu, że Biblia jest prawdą. Ale teraz, po dwudziestu latach, nasz doktor teologii już nie wierzy, że jest ona nieskażonym Słowem Bożym. Oczywiście, tych wątpliwości nie zachowuje dla siebie. Dzieli się nimi w innym programie telewizyjnym pod tytułem: Kto napisał Biblię?
Dlaczego w ogóle wspominam dr Beckforda i jego programy? Głównie z powodu ich tytułów. Wsłuchajmy się w ich melodię: Kto napisał Biblię? Kim naprawdę jest Jezus? Nietrudno się domyślić, że statystyczny widz, zwłaszcza ten odczuwający dotychczasowy brak naukowych programów o tematyce chrześcijańskiej, będzie oglądać te filmy z zaciekawieniem, obdarzając je dużą dozą zaufania. I w tym właśnie tkwi ich niebezpieczeństwo...
Zapowiedź cyklu "Czy Bóg istnieje?" zdawała się stwarzać nadzieję na uczciwe i solidne przedstawienie tematu. Tymczasem widz otrzymuje sporą porcję wiedzy pozornej i absolutnie tendencyjnej. Jedyną wartością, jaka może wyniknąć z programu "Kim naprawdę byl Jezus?" jest zaalarmowanie środowisk ewangelikalnych, aby w swoich szeregach położyły większy nacisk na solidne nauczanie biblijne. Może wtedy nie będziemy musieli się wstydzić takich teologów, jak jego gospodarz?
A tak swoją drogą, czy tacy ludzie, jak dr Beckford, powinni nazywać się teologami? Przecież teologia – to nauka o Bogu.
Dużo boleśniej przeżyłem drugi odcinek tej serii, pod tytułem: Kim naprawdę był Jezus? (ang. The Real Jesus). Tym razem niejaki Robert Beckford, brytyjski teolog akademicki, stawia sobie za cel "oświecenie" widza w kwestii rzekomo rzeczywistego obrazu sylwetki Jezusa. Materiały do swoich rewelacji o Jezusie czerpie z luźnej rozmowy z jakimś muzułmaninem, buddystą, czy dziwnie uśmiechniętym, z wiankiem kwiatów na szyi, wyznawcą Kriszny, lub oglądając zagubione gdzieś w trawach ruiny świątyni boga Mitry.
W miarę kolejnych rozmów i wojaży Beckford zadziwia się coraz bardziej odkryciem, że Jezus wcale nie był wyjątkową postacią, a inne religie są tak samo wspaniałe i dobre jak chrześcijaństwo. Historia życia Jezusa, to prawie dokładna kopia dziejów Buddy lub Kriszny. Mało tego, ów znany teolog wyraża przekonanie, że Jezus chciałby, ażeby ludzie pozostali przy swoich wierzeniach, ponieważ wszystkie te drogi są jednakowo dobre i prowadzą do Boga.
W wypowiedzi Jezusa: Ja jestem droga, prawda i żywot [Jn 14,6] pan Beckford pomija myśl, że nie można inaczej przyjść do Ojca, jak tylko przez Jezusa. Wspominając, że jest chrześcijaninem, a jednocześnie mówiąc, że zbawienie można osiągnąć także poza wiarą w Jezusa, przeczy podstawowej doktrynie chrześcijańskiej, wskazującej na Jezusa, jako jedynego Zbawiciela: On to jest owym kamieniem odrzuconym przez was, budujących, On stał się kamieniem węgielnym. I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni [Dz 4,11-12]. Oczywiście, o zmartwychwstaniu Jezusa ten program w ogóle nie wspomina, bo to już zbyt drastycznie różni zalożycieli innych religii od osoby Jezusa Chrystusa.
Zrobiło mi się naprawdę przykro, bo tenże "teolog" z głową w dredach, chwali się gdzieś, że wyrósł w środowisku zielonoświątkowców. Rozumiem, że w szkółce niedzielnej na Jamajce mógł nie mieć dostępu do solidnej doktryny biblijnej, ale przecież pobyt w środowiskach akademickich w Wielkiej Brytanii umożliwiał mu lekturę naprawdę dobrych książek o Jezusie Chrystusie i Jego nauce. Najwyraźniej przegapił tę lekcję, skoro opowiada o Jezusie takie banały, zupełnie wykrzywiające Jego obraz.
A co z samą Biblią? Czyżby jej nie czytał? Owszem. Uczył się jej już – jak twierdzi – siedząc na kolanach matki i wyrastał w przekonaniu, że Biblia jest prawdą. Ale teraz, po dwudziestu latach, nasz doktor teologii już nie wierzy, że jest ona nieskażonym Słowem Bożym. Oczywiście, tych wątpliwości nie zachowuje dla siebie. Dzieli się nimi w innym programie telewizyjnym pod tytułem: Kto napisał Biblię?
Dlaczego w ogóle wspominam dr Beckforda i jego programy? Głównie z powodu ich tytułów. Wsłuchajmy się w ich melodię: Kto napisał Biblię? Kim naprawdę jest Jezus? Nietrudno się domyślić, że statystyczny widz, zwłaszcza ten odczuwający dotychczasowy brak naukowych programów o tematyce chrześcijańskiej, będzie oglądać te filmy z zaciekawieniem, obdarzając je dużą dozą zaufania. I w tym właśnie tkwi ich niebezpieczeństwo...
Zapowiedź cyklu "Czy Bóg istnieje?" zdawała się stwarzać nadzieję na uczciwe i solidne przedstawienie tematu. Tymczasem widz otrzymuje sporą porcję wiedzy pozornej i absolutnie tendencyjnej. Jedyną wartością, jaka może wyniknąć z programu "Kim naprawdę byl Jezus?" jest zaalarmowanie środowisk ewangelikalnych, aby w swoich szeregach położyły większy nacisk na solidne nauczanie biblijne. Może wtedy nie będziemy musieli się wstydzić takich teologów, jak jego gospodarz?
A tak swoją drogą, czy tacy ludzie, jak dr Beckford, powinni nazywać się teologami? Przecież teologia – to nauka o Bogu.
| Reakcje: |
środa, 7 marca 2012
Kto nie pracuje, ten...
7 marca 1950 roku przyjęto w Polsce ustawę sejmową, wprowadzającą obowiązek pracy. Miało to zapewnić kadry pracownicze w zawodach szczególnie ważnych dla gospodarki. Ogólnie rzecz biorąc, chodziło o zwiększenie rozwoju gospodarczego kraju, zlikwidowanie bezrobocia i okazanie praktycznego poparcia dla władzy ludowej.
Osobom bez pracy oraz absolwentom szkół średnich i wyższych wystawiano nakaz pracy i kierowano ich do określonego w nakazie miejsca na terenie całego kraju. Tak więc np. ktoś z Gdańska, po medycynie, dostawał skierowanie do pracy w przychodni zdrowia gdzieś na Kielecczyźnie i musiał tam wyjechać. Oczywiście, jeżeli miał dobre wyniki końcowe lub znajomości, to miał szanse na miejsce bardziej korzystne pod względem lokalizacji i warunków zakwaterowania.
Administracyjne skierowanie do pracy obowiązywało przez trzy lata, po czym pracownik mógł już sam zadecydować o ewentualnej zmianie miejsca, gdzie chce pracować. Stosowania nakazu pracy w zawodach cywilnych zaniechano w latach 60. ubiegłego wieku.
Uśmiechamy się dziś, myśląc o takich rozwiązaniach. Jednakże, chociaż - jak to się mówi - z niewolnika nie ma robotnika, to przecież obowiązkowa przez trzy lata praca dawała ludziom zbawienną możliwość wyrobienia w sobie nawyku wczesnego wstawania i wdrożenia się w rytm codziennych obowiązków. Jakże by się to przydało wielu dzisiejszym niebieskim ptakom, którzy na myśl o chodzeniu w takim kieracie dostają dreszczy i o własnych siłach od lat do stałej pracy jakoś nie mogą się przekonać?!
Oczywiście, w czasach gospodarki rynkowej nikt takich rozwiązań nie stosuje, ale ponadczasowa Biblia jednoznacznie pracę nakazuje. My zaś napominamy was, bracia, żebyście tym bardziej obfitowali i gorliwie się starali prowadzić żywot cichy, pełnić swe obowiązki i pracować własnymi rękami, jak wam przykazaliśmy, tak abyście wobec tych, którzy są poza zborem, uczciwie postępowali i na niczyją pomoc nie byli zdani [1Ts 4,10–12].
Bo gdy byliśmy u was, nakazaliśmy wam: Kto nie chce pracować, niechaj też nie je. Albowiem dochodzą nas słuchy, że niektórzy pomiędzy wami postępują nieporządnie: nic nie robią, a zajmują się tylko niepotrzebnymi rzeczami. Tym też nakazujemy i napominamy ich przez Pana Jezusa Chrystusa, aby w cichości pracowali i własny chleb jedli [2Ts 3,10–12].
Wspomniany, ustawowy nakaz pracy odwoływał się poniekąd do powyższych słów Pisma poprzez leninowskie hasło "Kto nie pracuje, ten niech nie je", ale jednocześnie wypaczał naukę biblijną. Przecież nie każdy, kto nie pracuje, jest leniwy i niechętnie do pracy nastawiony. Kto nie chce pracować, niechaj też nie je – precyzuje Biblia. Są ludzie przez lata do pracy niezdolni, albo okresowo pracy pozbawieni, z przyczyn od siebie niezależnych. Tacy jeść mają prawo.
Zresztą, ta apostolska uwaga ma raczej służyć autorefleksji wierzącego człowieka nad własnym stosunkiem do pracy, a nie stanowić podstawy do osądzania bliźnich.
A tak przy okazji, z uwagi na narastające z drugiej strony zjawisko pracoholizmu, przypominam, że biblijna norma dla wszystkich brzmi następująco: Sześć dni będziesz pracował i wykonywał wszelką swoją pracę, ale siódmego dnia jest sabat Pana, Boga twego: Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służebnica, ani twoje bydło, ani obcy przybysz, który mieszka w twoich bramach [2Mo 20,9-10].
Osobom bez pracy oraz absolwentom szkół średnich i wyższych wystawiano nakaz pracy i kierowano ich do określonego w nakazie miejsca na terenie całego kraju. Tak więc np. ktoś z Gdańska, po medycynie, dostawał skierowanie do pracy w przychodni zdrowia gdzieś na Kielecczyźnie i musiał tam wyjechać. Oczywiście, jeżeli miał dobre wyniki końcowe lub znajomości, to miał szanse na miejsce bardziej korzystne pod względem lokalizacji i warunków zakwaterowania.
Administracyjne skierowanie do pracy obowiązywało przez trzy lata, po czym pracownik mógł już sam zadecydować o ewentualnej zmianie miejsca, gdzie chce pracować. Stosowania nakazu pracy w zawodach cywilnych zaniechano w latach 60. ubiegłego wieku.
Uśmiechamy się dziś, myśląc o takich rozwiązaniach. Jednakże, chociaż - jak to się mówi - z niewolnika nie ma robotnika, to przecież obowiązkowa przez trzy lata praca dawała ludziom zbawienną możliwość wyrobienia w sobie nawyku wczesnego wstawania i wdrożenia się w rytm codziennych obowiązków. Jakże by się to przydało wielu dzisiejszym niebieskim ptakom, którzy na myśl o chodzeniu w takim kieracie dostają dreszczy i o własnych siłach od lat do stałej pracy jakoś nie mogą się przekonać?!
Oczywiście, w czasach gospodarki rynkowej nikt takich rozwiązań nie stosuje, ale ponadczasowa Biblia jednoznacznie pracę nakazuje. My zaś napominamy was, bracia, żebyście tym bardziej obfitowali i gorliwie się starali prowadzić żywot cichy, pełnić swe obowiązki i pracować własnymi rękami, jak wam przykazaliśmy, tak abyście wobec tych, którzy są poza zborem, uczciwie postępowali i na niczyją pomoc nie byli zdani [1Ts 4,10–12].
Bo gdy byliśmy u was, nakazaliśmy wam: Kto nie chce pracować, niechaj też nie je. Albowiem dochodzą nas słuchy, że niektórzy pomiędzy wami postępują nieporządnie: nic nie robią, a zajmują się tylko niepotrzebnymi rzeczami. Tym też nakazujemy i napominamy ich przez Pana Jezusa Chrystusa, aby w cichości pracowali i własny chleb jedli [2Ts 3,10–12].
Wspomniany, ustawowy nakaz pracy odwoływał się poniekąd do powyższych słów Pisma poprzez leninowskie hasło "Kto nie pracuje, ten niech nie je", ale jednocześnie wypaczał naukę biblijną. Przecież nie każdy, kto nie pracuje, jest leniwy i niechętnie do pracy nastawiony. Kto nie chce pracować, niechaj też nie je – precyzuje Biblia. Są ludzie przez lata do pracy niezdolni, albo okresowo pracy pozbawieni, z przyczyn od siebie niezależnych. Tacy jeść mają prawo.
Zresztą, ta apostolska uwaga ma raczej służyć autorefleksji wierzącego człowieka nad własnym stosunkiem do pracy, a nie stanowić podstawy do osądzania bliźnich.
A tak przy okazji, z uwagi na narastające z drugiej strony zjawisko pracoholizmu, przypominam, że biblijna norma dla wszystkich brzmi następująco: Sześć dni będziesz pracował i wykonywał wszelką swoją pracę, ale siódmego dnia jest sabat Pana, Boga twego: Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służebnica, ani twoje bydło, ani obcy przybysz, który mieszka w twoich bramach [2Mo 20,9-10].
| Reakcje: |
Subskrybuj:
Posty (Atom)




