22 września, 2020

Mieczysław Kwiecień - wspomnienie

Podczas kazania w  kwietniu 2010 roku
Czternastego września 2020 roku dotarła do mnie wiadomość, że tego dnia nad ranem zmarł brat Mieczysław Kwiecień z Warszawy. Zrobił to niespodziewanie, tak jakby swoim odejściem nie chciał nikomu zakłócić rytmu życia. Cichutko pożegnał się z doczesnością i odszedł. Natychmiast w mojej pamięci odżyły wspólnie przeżyte lata oraz jego odwiedziny w różnych miejscach i okresach naszej pracy dla Pana.

Moje pierwsze zetknięcie się z bratem Mieczysławem miało miejsce na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku na dworcu kolejowym w Lublinie. Mieszkałem wtedy w Piaskach, wiosce położonej mniej więcej pośrodku między Chełmem a Włodawą. Dopiero co ewangelia dotarła do naszego domu i rozpoczynała się moja przygoda życia z Jezusem. Tamtej niedzieli z mamą i rodzeństwem wracaliśmy z nabożeństwa lubelskiego zboru, prowadzonego przez brata Władysława Rudkowskiego. Nagle odprowadzający nas na pociąg człowiek przywitał się w przejściu z jakimś znanym mu mężczyzną i zaczął przedstawiać mu naszą rodzinę. Nazywam się, jak czwarty miesiąc - uśmiechnął się do nas ów mężczyzna i wyjaśnił, że też wraca z nabożeństwa, tyle że z innego niż my zboru, i pobiegł na pociąg do Warszawy. 

Po sześciu latach, jesienią 1978 roku ze zdumieniem odkryłem, że ów przygodnie napotkany w Lublinie człowiek jest kierownikiem Szkoły Biblijnej w Warszawie i będzie moim najważniejszym nauczycielem. To były naprawdę wyjątkowe dla mnie lata. Jako dziewiętnastoletni, świeżo ochrzczony i wewnętrznie już ukierunkowany na życie dla Jezusa chłopak, pragnąłem jak najwięcej wziąć z wykładów i zajęć w Szkole Biblijnej. Miałem to szczęście, że właśnie wtedy nasz kierownik, brat Mieczysław Kwiecień, przechodził proces odnowy duchowej i czas znaczących zmian w jego własnym życiu. Razem z grupą przyjaciół ze zboru, do którego należał, przeżywał zielonoświątkowe przebudzenie. Zachwycony na nowo Jezusem Chrystusem, napełniony Duchem Świętym, rozmiłowany w Biblii i przejęty uświęcaniem życia - z ogromną pasją wszystko to nam przekazywał. 

Na spacerze ze studentami Szkoły Biblijnej wiosną 1980 roku

Bardzo przylgnąłem duszą do tak rozumianego i przeżywanego chrześcijaństwa. Ponieważ brat Mieczysław mieszkał w tym samym budynku, miał na nas wpływ nie tylko podczas wykładów. Był z nami w modlitwie i rozważaniu Słowa Bożego podczas społeczności porannej. Spożywał z nami posiłki, dużo rozmawiał z nami, dzieląc się też swoimi przeżyciami i odkryciami duchowymi. Jego wykłady do tego stopnia mnie pochłaniały, że gdy z dołu rozlegał się gong obwieszczający przerwę na posiłek, robiło mi się przykro, że z powodu pokarmu fizycznego musimy przerywać tak wspaniałą ucztę duchową. 

Wspominając dziś postać brata Mieczysława Kwietnia z Warszawy chcę uczcić go przywołaniem dwóch szerzej nieznanych szczegółów z jego życia. Pierwszym z nich jest "Straż poranna przed Panem". Tak Mieczysław nazywał praktykę osobistej społeczności z Bogiem wczesnym rankiem. Wpajał nam, że każdego dnia po przebudzeniu, zanim cokolwiek zaczniemy robić, powinniśmy stawić się przed Panem na odprawę. Z otwartą Biblią wsłuchać się w bieżące instrukcje Ducha Świętego i omówić je w modlitwie. Choćbyście mieli zapomnieć wszystko inne ze Szkoły Biblijnej - mawiał wielokrotnie - to koniecznie niech zostanie wam nawyk straży porannej przed Panem. Został. Każdego rana odczuwam wewnętrzne przynaglenie, aby sercem i umysłem zwrócić się ku Bogu i wziąć udział w duchowej odprawie.

Człowiek o tak błyskotliwym umyśle jak Mieczysław Kwiecień, świetnie mówiący po niemiecku i angielsku, dobrze wykształcony teologicznie, znający języki biblijne, obdarzony wysokim ilorazem inteligencji i łatwością przemawiania, niewątpliwie mógł w kręgach chrześcijańskich zaistnieć jako jeden z ważniejszych przywódców chrześcijańskich. Dlaczego więc na listach oficjalnych rad i komitetów kościelnych od lat nie znajdowaliśmy jego nazwiska? Otóż dawno temu brat Mieczysław przez jakiś czas był członkiem pewnej rady kościoła. Przebieg jej obrad przybijał go duchowo. Zszokowany zachowaniem braci wyszedł na chwilę z jednego z takich spotkań do ubikacji i nagle usłyszał głos: Wyjdź! Rozejrzał się wokoło, ale nikogo z ludzi nie zobaczył. Wyjdź i nigdy do niej nie wracaj! - usłyszał ponownie. I wtedy zrozumiał. Poszedł do swego biura, wziął kartkę, odręcznie napisał rezygnację z członkostwa w radzie kościoła, zaniósł na biurko jej przewodniczącego i poszedł do domu. Był sługą Słowa Bożego. Rady i komitety okazały się być miejscem nie dla niego.

Po zakończeniu Szkoły Biblijnej nie utrzymywałem z bratem Mieczysławem regularnych kontaktów. Gdzie mnie do niego - myślałem. Nie śmiałem zajmować mu czasu i uwagi. Silna więź duchowa jednak pozostała i od czasu do czasu mieliśmy ten przywilej, by gościć go w naszym domu i zborze. W październiku 1980 roku wygłosił nam ślubne kazanie w Gdańsku, a potem wielokrotnie przyjeżdżał do miejsc prowadzonej przeze mnie pracy duchowej i służył nam Słowem Bożym. Nosiłem się z zamiarem zaproszenia Mieczysława, aby znowu stanął za kazalnicą w 40. rocznicę naszego z Gabrysią ślubowania małżeńskiego. Się nie udało. 😕 Ostatnie więc kazanie brata Mieczysława Kwietnia, wygłoszone u nas w Gdańsku nosi tytuł: "Naszym szczęściem być blisko Boga". 

Nieodżałowany szczęściarz! - pomyślałem o Mieczysławie, skojarzywszy ten tytuł z wiadomością o jego odejściu. Jutro jadę do Warszawy. Jeśli Bóg pozwoli, 23 września 2020 roku na cmentarzu przy ul. Żytniej 42 w samo południe pochylę głowę w podziękowaniu Bogu za niego i jego wpływ na moje życie.

Pamiętajcie o waszych przewodnikach, którzy wam zwiastowali Słowo Boże. Rozpatrując koniec ich życiowej drogi, naśladujcie ich wiarę [Hbr 13,7].

20 września, 2020

Niech zmężnieją nam serca!

Ostatnio dużo rozmyślam o męstwie. Któregoś dnia napotkałem w Biblii wezwanie: Poszukujący Boga, niech zmężnieją wam serca [Ps 69,33] i od razu skojarzyłem je z ogromną potrzebą obecnych czasów. Męstwo to dzielność, odwaga, nieustraszoność, hart ducha, bohaterstwo, waleczność. Człowiek mężny odznacza się walecznością. Jest śmiały w walce, odważny i nieustraszony. Nie lęka się przeciwności losu. Stawia im czoło. Przejawia siłę charakteru. Jest nieugięty i wytrwały.

Jest w nas tęsknota za męstwem. Świadczy o tym popularność obozów survivalowych, nastawienie społeczeństwa na uprawianie sportu a także wielki boom na ćwiczenia wojskowe tzw. terytorialsów. W praktycznym podejściu do życia niewiele się jednak przez to zmienia. Jesteśmy coraz słabi psychicznie. Rodzice coraz dłużej czekają na usamodzielnienie się dzieci. Młodzi ludzie boją się odpowiedzialności i wybierają życie w pojedynkę. Z danych GUS wynika, że siedem milionów Polaków żyje samotnie. Są to przede wszystkim osoby powyżej dwudziestego piątego roku życia, a blisko połowa z nich, to single z wyboru.

Urabiani i kształtowani przez system tego świata staliśmy się mięczakami. Panicznie boimy się bólu i cierpienia. Obawiamy się biedy i niedostatku. Drżymy na myśl o odrzuceniu i samotności. Tak bardzo boimy się śmierci, że na hasło COVID-19 na całym świecie pozakładaliśmy maseczki, zadekowaliśmy  się w swoich czterech ścianach i wyciągamy rękę po marne grosze od systemu, który coraz bardziej nas od siebie uzależnia.

A chrześcijanie? Z obawy przed wyśmianiem wstydzimy się mówić o Jezusie. Boimy się prześladowania z powodu naszych poglądów. "Goliat" coraz bardziej wyśmiewa wartości chrześcijańskie, a w naszych szeregach brak "Dawida", który odważyłby się mu przeciwstawić. Niektórzy spośród nas sprzeniewierzają się ideałom ewangelii, za którą cierpieli nasi ojcowie. Jawnie już deprecjonują duchowe oddzielenie od świata, uświęcanie życia i trwanie w nauce apostolskiej, a nam brak odwagi, żeby zamknąć im usta. Wkrada się w nasze szeregi zeświecczenie i niemoralność, a my biernie się temu przyglądamy i co najwyżej się dziwimy. Bywa, że czasem wzmaga się nasz jazgot na jakiś temat, ale gdy przychodzi co do czego, to szybko się wycofujemy i nabieramy wody w usta.

Z Biblii wiemy, że Bóg oczekiwał od Izraela odwagi. Nie bój się, bom Ja z tobą, nie lękaj się, bom Ja Bogiem twoim! Wzmocnię cię, a dam ci pomoc, podeprę cię prawicą sprawiedliwości swojej [Iz 41,10]. Zapewniał ich o swojej obecności i pomocy. Nie będziesz się bał nagłych strachów ani nieszczęść, gdy spadają na bezbożnych, gdyż PAN będzie twoją ufnością, będzie strzegł twojej nogi od potrzasku [Prz 3,25-26].

Lud Boży zawsze był wzywany do męstwa. Za przykład niech posłuży nam biblijny Jozue. Jako następca Mojżesza usłyszał: Bądź mocny i mężny, bo ty oddasz temu ludowi w posiadanie ziemię, którą przysiągłem dać ich ojcom. Tylko bądź mocny i bardzo mężny, aby ściśle czynić wszystko według zakonu, jak ci Mojżesz, mój sługa, nakazał. […] Czy nie przykazałem ci: Bądź mocny i mężny? Nie bój się i nie lękaj się, bo Pan, Bóg twój, będzie z tobą wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz [Joz 1,6-9].

Ludzie bojaźliwi nie byli i nie są w stanie wypełniać woli Bożej, a ich obecność pośród ludu Bożego osłabiała morale wierzących. Dlatego w trakcie rekrutacji wojowników przed zbliżającą się walką należało dokonać selekcji. I niech nadzorcy jeszcze dalej mówią do wojowników tak: Jeżeli ktoś jest bojaźliwy i lękliwego serca, niech idzie z powrotem do swego domu, niechaj nie osłabia serca swoich braci jak swoje [5Mo 20,8]. Tak było przy formowaniu armii Gedeona mającej walczyć z Midiańczykami. Każ więc ogłosić ludowi tak, aby usłyszał: Kto bojaźliwy i lękliwy, niech zawróci. I dokonał Gedeon przeglądu, wskutek czego zawróciło z zastępu dwadzieścia dwa tysiące, a pozostało dziesięć tysięcy [Sdz 7,3]. Uczniowie Jezusa też byli bojaźliwi. Bali się burzy [Mt 8,23-26] i aresztowania [Mt 26,56]. Obawiali się też Żydów [J 20,19] i dopiero napełnienie Duchem Świętym rozwiązało problem ich braku męstwa [Dz 4,29-31].

Chciałbym się mylić, ale dzisiejsi chrześcijanie również nie mogą poszczycić się dostatecznym poziomem męstwa. Mamy w naszym gronie wielu zniewieściałych mężczyzn, którzy zarządzanie domem i większość życiowych decyzji oddali w ręce swoich żon, sióstr, córek i matek. Ba, coraz częściej przekazują im nawet kazalnicę i przywództwo w zborze. Mamy kobiety chorobliwie zatroskane o byt doczesny. Widzimy wycofanych ewangelistów, którzy boją się już głosić pełnej ewangelii. Zmanipulowani oczekiwaniem wyłącznie pozytywnych i motywujących przemówień, współcześni  kaznodzieje i prorocy zaprzestali wzywania ludzi do opamiętania z grzechów. Triumfuje akceptacja grzesznych postaw i czynów. W imię miłości, tolerancji i miłej zgody zapanował  powszechny konformizm.

Bezbożny świat napiera na chrześcijan i bierze górę. Stopniało przeto serce ludu i stało się jak woda [Joz 7,5]. Brak naszego męstwa ujawnia się wyraźnie w czasach obecnej pandemii. Diabeł ma niezły ubaw widząc, jak wierzący boją się bardziej choroby i śmierci niż tego, że przez brak odwagi i męstwa zasmucą Pana. Kiedyś takiej próbie poddano biblijnego Nehemiasza. Został on wezwany przez Szemajasza do ukrycia się przed rzekomym zamachem na jego życie. A ja odpowiedziałem: Czy człowiek taki jak ja ma uciekać? Czy ktoś taki jak ja wejdzie do przybytku, aby ratować życie? Nie pójdę! Odgadłem bowiem, że to nie Bóg go wysłał, lecz że wypowiedział tę wyrocznię o mnie, ponieważ Tobiasz i Sanballat przekupili go, a został przez nich przekupiony, abym ja się przeląkł i uczynił tak, a przez to popełnił grzech, i aby oni mieli podstawę do zniesławienia mnie, by mnie zhańbić [Neh 6,11-13].

Tchórzliwość to cecha niegodna dziecka Bożego. Aby zachować się mężnie, trzeba nam spojrzeć na Jezusa! Nasz Pan jaśnieje nam jako najlepszy wzór męstwa. On szedł do Jerozolimy dokładnie wiedząc, co Go tam spotka. Dlatego Ojciec miłuje mnie, iż Ja kładę życie swoje, aby je znowu wziąć. Nikt mi go nie odbiera, ale Ja kładę je z własnej woli. Mam moc dać je i mam moc znowu je odzyskać [J 10,17-18]. Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat – powiedział swoim uczniom [J 16,33]. Ten, który jest w was, większy jest, aniżeli ten, który jest na świecie – uspokaja nas Słowo Boże [1J 4,4]. 

Trzeba nam przejąć się nauką apostolską, która z racji naszego bliskiego związku z Bogiem ogłasza, że możemy z odwagą stawić czoła zagrożeniom. Wszak nie wzięliście ducha niewoli, by znowu ulegać bojaźni, lecz wzięliście ducha synostwa, w którym wołamy: Abba, Ojcze! [Rz 8,15]. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, lecz mocy i miłości, i powściągliwości. Nie wstydź się więc świadectwa o Panu naszym – zachęcał ł św. Paweł młodego Tymoteusza [2Tm 1,7-8]. Gdy więc zaczynają nas ogarniać obawy, patrzmy na Jezusa!  Gdy naszą duszą targa jakiś lęk, prośmy o napełnienie Duchem Świętym.

Męstwo w rozumieniu chrześcijańskim to gotowość do walki duchowej. To odwaga w sprzeciwianiu się złu. To śmiałe głoszenie ewangelii i składanie świadectwa o Jezusie. To nieugiętość w przestrzeganiu przykazań Chrystusowych i pełnieniu codziennych obowiązków. To wytrwałość w wierze pomimo przeciwności i niepowodzeń. To pokój wewnętrzny w obliczu prześladowań i cierpień za wiarę.

Brak męstwa – to wstydliwa plama na mundurze żołnierza Chrystusa. Poszukujący Boga, niech zmężnieją wam serca [Ps 69,33]. Wiedzmy, że każde kolejne doświadczenie normalnie zwiększa nasz hart ducha. Nie bój się nadchodzących cierpień. Oto diabeł wtrąci niektórych z was do więzienia. Zostaniecie poddani próbie. Przez dziesięć dni doświadczać będziecie ucisku. Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia [Obj 2,10]. Wielkim błogosławieństwem w takich chwilach jest dotyk Wszechmocnego. Gdy zaczynamy się trwożyć, prośmy więc, aby Pan nas dotknął. Tak było z Danielem w chwili objawiania mu, co będzie dziać się z Izraelem w dniach ostatecznych. Wtedy ponownie dotknął mnie ktoś podobny do człowieka i posilił mnie, I rzekł: Nie bój się, mężu miły, pokój ci! Bądź mężny, bądź mężny! A gdy rozmawiał ze mną, poczułem siłę i rzekłem: Niech mówi mój Pan, bo mnie posiliłeś [Dn 10,18-19].

Bóg widząc, co dzieje się z naszymi sercami, mówi dziś do nas: Niech zmężnieją wam serca! Patrzmy na Jezusa. Zabiegajmy o napełnienie Duchem Świętym. Niechby Pan dotknął nas dzisiaj, abyśmy poczuli Jego moc i mężnie podejmowali każdą walkę, niezbędną do osiągnięcia celu naszej wiary i oddania Bogu należnej Mu chwały.

12 września, 2020

Dlaczego są tak chwiejni?

Mam taki zwyczaj, że raz w miesiącu, w drodze do miejsca wyjazdowej posługi Słowem Bożym słucham nabożeństw Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE dokładnie sprzed dziesięciu lat. Chcę w ten sposób przypomnieć sobie, czym nasz zbór żył dekadę temu. Kto wśród nas wówczas posługiwał, jakie tematy poruszaliśmy i które pieśni dziesięć lat temu śpiewaliśmy. Cenię sobie tę retrospekcję, bo jest ona dla mnie okazją do wielu przemyśleń.

Wczoraj jechałem daleko, więc wziąłem do słuchania nagrania z września i października 2010 roku. Pierwsze odsłuchane przeze mnie nabożeństwo prowadził Robert, którego od paru lat, niestety, nie ma już w zborze. Jeszcze dziesięć lat temu aktywnie włączał się i współtworzył nabożeństwo, a dzisiaj nie ma go już wcale. Wspólne uwielbianie Boga w trakcie drugiego nabożeństwa z września 2010 roku odbywało się pod kierownictwem Czarka. Ten siedem lat temu pozostawił służbę i odszedł z naszego zboru. Trzecie nabożeństwo, którego słuchałem, było połączone z chrztem czwórki nowo nawróconych wówczas osób. Karolina, Sylwia, Radek i Grzegorz wstępowali owego dnia w przymierze z Bogiem i wyrażali pragnienie naśladowania Pana Jezusa aż po kres swoich dni. Radek składał świadectwo i - ku naszemu ogólnemu zbudowaniu - bardzo dobitnie podkreślał, że teraz to już będzie żył z Jezusem i dla Jezusa. Żadnej z tych osób nie ma dzisiaj w zborze. Wprawdzie Grzegorz zmarł we wierze i go pochowaliśmy, ale trzy pozostałe osoby wciąż chodzą po ulicach Gdańska, lecz ich życiowe ścieżki omijają zbór.

Tym razem wspomnienia sprzed dziesięciu lat okazały się dla mnie bardzo smutne. Brakuje nam stałości w wierze. Owszem, bardzo dziękuję Bogu za wszystkie osoby, które trwają w społeczności z Panem i są aktywne w zborze, ale głęboko ubolewam nad zjawiskiem chwiejności tak wielu osób. Jak się wytłumaczą one przed Panem w chwili Jego przyjścia? Co powiedzą na swoje usprawiedliwienie? Nawet jeśli uda się im przerzucić na mnie odpowiedzialność za ich rezygnację i odejście od zboru, to i tak będą musieli przed Bogiem zdać sprawę z tego, co robią już po zerwaniu więzi z CCNŻ. O ile wiem, żadna z tych osób nie przynależy do zboru. Czy można złożyć obietnicę posłuszeństwa Słowu Bożemu, a potem żyć po swojemu? 

Niestałość to nasz poważny mankament. Nie potrafię przejść nad tym do porządku, zwłaszcza, że Biblia wzywa: Stójcie więc niezachwianie... [Ga 5,1]. Jak więc przyjęliście Jezusa Chrystusa, Pana, tak też - zjednoczeni z Nim - postępujcie jako ludzie zakorzenieni w Nim, jako ci, którzy się w Nim budują i w Nim umacniają  swą wiarę - zgodnie z tym, jak was nauczono [Kol 2,6-8], bo człowiek, który wątpi przypomina falę morską, gnaną i miotaną przez wiatr. Ktoś taki niech nie liczy, że coś od Pana otrzyma, dlatego, że on sam nie wie, czego chce, jest niestały w całym swoim postępowaniu [Jk 1,6-8]. 

Dlaczego niektórzy są tak chwiejni? Wieczorem zastanawialiśmy się nad tym ze zborem, wpośród którego w ten weekend mam przywilej posługiwać Słowem Bożym. Czy to tylko kwestia zaniedbań w bieżącej społeczności z Bogiem, czy może jednak nienależyty fundament nowego życia z Jezusem?

31 sierpnia, 2020

Samarytański typ pobożności


Zachowanie niektórych chrześcijan zdradza, że ich naśladowanie Jezusa Chrystusa wypływa wyłącznie z tego, co zdołają podejrzeć u innych wierzących. Sami nie mają o tym zielonego pojęcia. Brakuje im własnej, wrodzonej świadomości i wyczucia. Nie widać też w nich - naturalnego dla zrodzonych z Boga - zapotrzebowania na duchowy pokarm ani potrzeby bliskiej społeczności z braćmi i siostrami w Chrystusie. Owszem, potrafią zachować się po chrześcijańsku, lecz jest to wynikiem bardziej powielania postaw zaobserwowanych u innych, aniżeli osobistego rozeznania w tym zakresie.

Ciśnie mi się tu do głowy biblijny przykład Samarii i jej mieszkańców. Jak wiadomo, po deportacji rodzimych Izraelitów do Asyrii, na terenach Izraela osiedlono ludzi z narodów podbitych w innych częściach Wschodu. Ponieważ nie mieli oni pojęcia o tym, jak należy czcić JHWH, początkowo źle im było w Ziemi Świętej. Gdy na początku ich zamieszkania tamże nie oddawali czci Panu, nasłał Pan na nich lwy, które ich rozszarpywały. Wtedy doniesiono królowi asyryjskiemu tak: Ludy, które zagarnąłeś i osiedliłeś w miastach samaryjskich, nie znają sposobu oddawania czci Bogu tej ziemi, toteż nasłał on na nich lwy, które pozbawiają je życia, gdyż one nie znają sposobu oddawania czci Bogu tej ziemi [2Kr 17,25-26].

Sytuacja była złożona. Ludność izraelska, która uniknęła deportacji, od lat żyła w bałwochwalstwie i nie czciła Boga jak należy. Jako tubylcy nie byli w stanie zaświecić przybyszom przykładem. Osadnicy przynieśli ze sobą do Samarii własne praktyki religijne, a to najwyraźniej wywoływało gniew JHWH. Wobec tego król asyryjski wydał taki rozkaz. Wyprawcie tam jednego z kapłanów, których stamtąd uprowadziliście, niech uda się i zamieszka tam, i nauczy ich sposobu oddawania czci Bogu tej ziemi. Udał się tam więc jeden z kapłanów, których uprowadzono z Samarii, i zamieszkał w Betel, i on nauczył je jak mają oddawać cześć Panu [2Kr 17,27-28].

Uczenie nowych mieszkańców Samarii oddawania czci Panu nie zmieniło ich serc. Nadal ciągnęło ich do ich wcześniejszych bożków i obyczajów. Czcili więc Boga ale służyli także swoim bogom według zwyczajów tych ludów, z których zostali uprowadzeni do niewoli i aż po dziś dzień postępują według dawnych zwyczajów. Nie czczą więc Pana i nie postępują według Jego zwyczajów i praw... [2Kr 17,33-34]. Bóg 

Tak oto na terenach, gdzie należało czcić tylko samego JHWH, ukształtował się synkretyczny kult będący mieszaniną różnych wierzeń i obyczajów. To wyjaśnia dlaczego później, w czasach Jezusa, Żydzi omijali Samarię szerokim łukiem, a nawet sam Jezus wysyłając uczniów w pierwszą misję zabronił im wchodzenia do miasta Samarytan [zob. Mt 10,5]. Samaria potrzebowała duchowego odrodzenia serc jej mieszkańców, a to mogło nastąpić dopiero po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. I tak się stało.

A Filip dotarł do miasta Samarii i głosił im Chrystusa. Ludzie zaś przyjmowali uważnie i zgodnie to, co Filip mówił, gdy go słyszeli i widzieli cuda, które czynił. [...] I było wiele radości w owym mieście. [...] A gdy apostołowie w Jerozolimie usłyszeli, że Samaria przyjęła Słowo Boże, wysłali do nich Piotra i Jana, którzy przybywszy tam modlili się za nimi, aby otrzymali Ducha Świętego. Na nikogo bowiem z nich nie był jeszcze zstąpił, bo byli tylko ochrzczeni w imię Pana Jezusa. Wtedy wkładali na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego [Dz 8,5- 17].

Przykład Samarytan mówi nam sporo na temat prawdziwego chrześcijaństwa. Nie można się go nauczyć. Bierze się ono ze szczerej pokuty, odrodzenia serca i napełnienia Duchem Świętym. Tylko przez nowe narodzenie człowiek staje się  prawdziwym uczniem Chrystusa. Inaczej praktykuje lepiej lub słabiej wyuczoną pobożność, która nie wypływając z głębi serca, dla jego nieodrodzonej duszy staje się uciążliwym obowiązkiem. Z jednej strony wie, że trzeba stosować się do Słowa Bożego, a z drugiej, gdzieś w głębi serca lgnie do świata.

Obawiam się, że taki typ pobożności dominuje w wielu współczesnych zborach chrześcijańskich. Jak to zmienić? Trzeba w nich głosić pełną ewangelię. Należy członków tych zborów prowadzić do szczerego oddania się Chrystusowi i napełnienia Duchem Świętym.

27 sierpnia, 2020

Stopniowe gorsze od nagłego

Następstwa najazdu ziemi Izraela przez Asyrię i związane z tym przesiedlenia ludności, dobrze ilustrują aktualną sytuację w Kościele. Rozmyślałem dziś o tym od rana po lekturze 17. rozdziału Drugiej Księgi Królewskiej. Rozdział ten opisuje odstępstwo Narodu Wybranego od Boga i jego następstwa. Był to proces powolny i na poszczególnych jego etapach mało zauważalny. Izraelici stopniowo zaczęli postępować w sposób sprzeczny z wolą PANA, swego Boga [2Kr 17,9 BE], albo inaczej: Synowie Izraela robili potajemnie przeciwko PANU, swemu Bogu, to co nie było słuszne [NBG]. 

Pierwszą oznaką sądu nad ludem Bożym był podział. Oderwał bowiem Izraela od domu Dawida, a oni ustanowili królem Jeroboama, syna Nebata. Jeroboam zaś odwiódł Izraela od naśladowania PANA i przywiódł go do popełnienia wielkiego grzechu. I synowie Izraela chodzili we wszystkich grzechach Jeroboama, które czynił, a nie odstąpili od nich [2Kr 17,21-22].

Podział w naszych czasach jest czymś powszechnym nie tylko w świecie. Raz po raz słyszymy, że jakaś grupa osób opuściła zbór, do którego należeli, aby zgromadzać się oddzielnie. Oczywiście wiąże się to z obraniem sobie nowego, lepszego przywództwa. Charyzmatyczność współczesnych "Jeroboamów" polega zaś na tym, że wszystko robią po swojemu, nie dbając już tak bardzo o przestrzeganie Słowa Bożego. Jak więc za czasów Jeroboama Izraelici robili sobie, co tylko chcieli, tak i dzisiaj nowopowstałe wspólnoty, w poczuciu wolności od praw obowiązujących w dotychczasowym zborze, na własną rękę od nowa definiują swoje chrześcijaństwo. Są otwarci na wszystko i na wszystkich. Odstępstwo od praktyk zboru, z którego wyszli, uważają za coś słusznego, a nawet godnego pochwały. 

Drugim etapem sądu Bożego nad Izraelem były przesiedlenia oraz wymieszanie poglądów i obyczajów.  Izrael został uprowadzony ze swojej ziemi do Asyrii (...) Na ich miejsce król Asyrii sprowadził ludność z Babilonu, z Kuty, z Awwy, z Chamat i z Sefarwaim. Osiedlił ich w miastach Samarii zamiast synów Izraela, a oni posiedli Samarię i zamieszkali w jej miastach [2Kr 17,23-24].

Otwartość i akceptacja wszystkiego - wbrew pozorom - nie jest oznaką trwania ludu Bożego Nowego Przymierza na właściwym kursie. Świadczy raczej o duchowym wykorzenieniu. Gdy asyryjscy przesiedleńcy swoim sposobem bycia zaczęli wpływać na Izraelitów, a skierowany przez króla Asyrii kapłan żydowski zaczął pouczać Asyryjczyków jak praktykować kult Jahwe w nowym miejscu, Samaria stała się wielką mieszaniną pogaństwa i wiary w Boga. Podobnie jest dzisiaj. Gdy na przykład zbór otwiera się na obecność i udział w służbie osób nie odrodzonych duchowo, tacy ludzie wnoszą do zboru świeckie obyczaje i swój sposób myślenia. Wprawdzie można ich nauczyć nowych form służenia Bogu, ale bez narodzenia się na nowo w głębi duszy nadal pozostaną oni duchowymi "przesiedleńcami", a ich serca lgnąć będą do starych bożków. 

Stopniowość i złożoność tego procesu sprawia, że mało kto zauważa, jak daleko odeszliśmy już od ideałów ewangelii Chrystusowej. Gdyby dwadzieścia lat temu w ewangelicznym zborze ktoś nagle rozwiódł się z żoną, wziął sobie inną kobietę i chciał nadal brać czynny udział w służbie, to z pewnością nie byłoby to możliwe. To, co dzisiaj w niektórych zborach stało się normalne, kilkadziesiąt lat temu było jawnym odstępstwem od posłuszeństwa Słowu Bożemu. Powoli, krok po kroku ulegamy zeświecczeniu i nawet tego nie dostrzegamy.

Trzecim znakiem tego, że Bóg odwrócił się od Izraelitów, stało się uprawianie w Izraelu kultu, który nie był już prawdziwym kultem JHWH. Czcili więc PANA, ale także służyli swoim bogom według zwyczaju narodów, z których zostali uprowadzeni. (...) Nie czczą zatem PANA, nie postępują według Jego ustaw, rozstrzygnięć, Prawa ani przykazania, które PAN nadał synom Jakuba... [2Kr 17,33-34]. I co najsmutniejsze, Bóg przestał już w to ingerować. 

Podobnie dzieje się ze współczesnymi wspólnotami chrześcijańskimi. Akceptując niebiblijne zachowanie, otwierając się na współpracę z ludźmi oddanymi bałwochwalstwu, stosując świeckie metody w prowadzeniu działalności kościoła, niektórzy przywódcy chrześcijańscy wyprowadzili swoje wspólnoty na duchowe manowce. Myślą, że nadal służą Bogu, ale tego co oni robią - On, Święty - nie bierze już pod uwagę. Oni grają, śpiewają, uwielbiają, nauczają, ogłaszają i działają, a On wcale już nie jest tym zainteresowany. Jeżeli zaś robiąc to powołują się na Jego imię - to tym samym popełniają jeszcze dodatkową nieprawość. Tak może się stać z całą wspólnotą, z grupą przyjaciół, z rodziną, ale również z pojedynczym chrześcijaninem.

Proces stopniowego odstępstwa Izraelitów wstrząsnął mną dziś na nowo. Biorę to sobie głęboko do serca...

17 sierpnia, 2020

Można się na nowo zakochać?!

Czy naprawdę stara miłość nie rdzewieje? Czy każdy kocha na zabój? Bynajmniej. Zbyt często zakochani 'po uszy' już po kilku latach mamy siebie 'po dziurki' w nosie. Bywa, że w takim stanie trwamy całymi latami ale coraz częściej po prostu się rozchodzimy. Rzadko następuje uzdrowienie relacji. Tylko od czasu do czasu, po latach oziębłości, dochodzi do ponownego zakochania.

Ujmują nas przypadki rozkwitu miłości od nowa. Są one wdzięcznym tematem chwytających za serce filmów i powieści. O ile podoba się nam szalona miłość od pierwszego wejrzenia, to rozkwitająca po latach na nowo miłość dojrzałych już ludzi budzi nasz podziw. Mam w ogrodzie magnolię. Podoba się nam, gdy kwitnie wczesną wiosną. Ale tym razem przekwitła i zakwitła znowu. Dla mnie osobiście w tym jej ponownym kwitnieniu jest coś wyjątkowo uroczego.

Zastanowimy się dzisiaj nad naszą miłością do Jezusa. Wielu z nas sporo wie o tej miłości. Pamiętamy cudowne chwile pierwszego zachwytu Panem Jezusem, gdy lejąc łzy pokuty rodziliśmy się na nowo. Pokochaliśmy naszego Zbawiciela i szczerze zaprosiliśmy Go, aby stał się Panem naszego życia. Prawda? Tak było. Raz po raz ogarniała nas fala szczęścia. Poznałem imię najpiękniejsze w świecie. Na dźwięk imienia tego serce drży… – śpiewaliśmy o Panu Jezusie w pierwszych miesiącach i latach po nawróceniu.

Za fundament tego rozważania przyjmijmy pogląd, że ludzka dusza stworzona jest przez Boga i dla Boga. Z tego tytułu potrzebujemy bliskiej społeczności ze Stwórcą. Jedynym sposobem na nawiązanie prawidłowej więzi z Bogiem jest osobista wiara w Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Bez możliwego w Chrystusie pojednania z Bogiem, człowiek jest niekompletny. Nosimy w sercu jakiś rodzaj niedosytu. Na różne sposoby staramy się zaspokoić swój brak. Słono płacimy za swe nienasycenia. Tylko nielicznym zdarza się odkryć i na własnej skórze przekonać, że nasza dusza przez lata pragnęła społeczności z Bogiem.

Pojednana z Bogiem dusza rozkwita. Jak wspomniana magnolia albo bliskowschodni migdałowiec, gdy tylko zaświeci słońce, bez najmniejszej zwłoki i oglądania się na poprawę warunków od razu zakwita - tak serce odrodzonego człowieka, rozgrzane słońcem miłości Bożej, natychmiast rozmiłowuje się w Jezusie Chrystusie. W ten sposób powracamy do naszego przeznaczenia. Jezus odpowiedział: Pierwsze przykazanie jest to: Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest. Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej [Mk 12,29-30]. Z chwilą nowego narodzenia Syn Boży staje się największą miłością naszego życia. 

Biblia naucza, że fundamentem dobrych relacji z Bogiem i z ludźmi jest nasza miłość do Syna Bożego. Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłuje syna albo córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien [Mt 10,37], a kto mnie miłuje, tego też będzie miłował Ojciec i Ja miłować go będę, i objawię mu samego siebie [J 14,21]. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego [1J 4,21].

Co dzieje się z ludzką duszą, gdy jej miłość do Pana Jezusa zaczyna ziębnąć? Czy w ogóle można kogoś takiego jak Jezus przestać miłować? Oj, niestety tak. Lecz mam ci za złe, że porzuciłeś pierwszą twoją miłość. Wspomnij więc, z jakiej wyżyny spadłeś i upamiętaj się, i spełniaj uczynki takie, jak pierwej [Obj 2,4-5]. Innym razem Jezus zapowiedział: A ponieważ bezprawie się rozmnoży, przeto miłość wielu oziębnie [Mt 24,12].

Nasza miłość do Chrystusa Pana nie jest wartością stałą. Zdarza się, że z różnych powodów już nie kochamy Go tak żarliwie, jak wcześniej. Od zarania dziejów Kościoła diabeł dwoi się i troi, aby odciągnąć nasze serca od szczerego oddania się Chrystusowi. I należy przyznać, że dość często mu się to udaje. Dlatego rozważanie o powrocie do pierwszej miłości jest w życiu chrześcijanina tyle drażliwe, co i niezwykle potrzebne. Niejednemu z nas trzeba na nowo zakochać się w Jezusie. Jak to zrobić?

Zastanówmy się najpierw, jak można rozkochać się na nowo w swoich bliskich? Buduje nas widok ponownego zakochania między mężem i żoną. Zwłaszcza ich dzieci są z tego tytułu bardzo szczęśliwe. Nie mniej błogosławiony jest powrót do obopólnej miłości pomiędzy rodzicami i dzieckiem. Serce się rozpływa, gdy po latach wzajemnego niezrozumienia i emocjonalnych krzywd, dzieci znowu czczą swego ojca i matkę, a rodzice znowu przytulają swoje dorosłe już dzieci.

Ponowna miłość do bliskich członków rodziny nie przychodzi samoczynnie. Owszem, czasem więzy krwi mogą na chwilę zjednoczyć zwaśnionych krewnych w walce przeciwko jakiemuś wspólnemu wrogowi rodziny, ale zaraz potem następuje powrót wzajemnych animozji. By prawdziwie odnowić miłość w rodzinie, trzeba aby przynajmniej jedna ze stron przeżyła duchowe odrodzenie. Odnowiony przez Ducha Świętego umysł przestaje oskarżać. Chętnie przebacza i potrafi poprosić o przebaczenie. Pojednanie z Bogiem natychmiast rodzi w sercu potrzebę zbliżenia się do swoich domowników i naprawienia z nimi relacji. Takim dzieciom nie trzeba już mówić, ażeby pomyślały, jak wiele trudu i poświęceń ich rodzice wnieśli w cały proces ich wychowania. Nawracający się do Boga rodzice szybko zaczynają rozumieć, że powinni swoim dzieciom zaświecić przykładem Bożej miłości. Podobny proces obejmuje relacje w rodzeństwie. Choćby nie wiem jakie przykrości nas spotkały ze strony brata lub siostry, wiara w Jezusa Chrystusa pcha nas w ich stronę i każe budować mosty, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego [1J 4,20-21].

Zanim postawimy najważniejsze pytanie, pomyślmy jeszcze, jak można rozmiłować się na nowo w tym, co dobre? Przecież nie tylko biblijny Demas porzucił służbę Bogu, umiłowawszy świat doczesny [2Tm 4,10]. Także nam się zdarza, że po latach umiłowania Słowa Bożego, przebywania w towarzystwie ludzi wierzących, angażowania się w działalność zboru i rozczytywania się w literaturze chrześcijańskiej, coś zaczyna nas ciągnąć w stronę świata. Jeździmy wtedy na świeckie imprezy, karmimy duszę bezbożną twórczością i przesiadujemy w świątyniach próżności. Znowu spędzamy wiele czasu w towarzystwie ludzi nie narodzonych na nowo, bynajmniej nie w celu opowiadania im o naszej miłości do Jezusa. Jak to możliwe, by przyjaźń i twórczość ludzi żyjących bez Boga na świecie stały się dla nas równe wartościom wynikającym z wiary w Chrystusa, a nawet je przewyższały?

Pomyślmy. Gdyby ktoś zabił naszego przyjaciela, a potem urządzał imprezę, czy wzięlibyśmy w niej udział tylko dlatego, że świetnie tam grają albo dobrze karmią? Pamięć o naszym przyjacielu nie pozwoliłaby nam tam pójść i jakby nigdy nic bawić się z nimi. Ludzie lekceważący ewangelię Chrystusową przynależą do systemu, który odrzucił i ukrzyżował Syna Bożego. Nie godzi się, aby uczeń Jezusa łasił się do nich, podziwiał ich twórczość i pragnął ich towarzystwa. Nie pozwól memu sercu skłaniać się ku złej sprawie, trzymać się złych przyzwyczajeń, żyć niegodziwie, jak ludzie czyniący nieprawość – nie dopuść, abym sięgał po ich smakołyki [Ps 141,4]. Ten świat jest za mną, a krzyż przede mną. Nie wrócę już, nie wrócę już – śpiewamy o naszym, raz na zawsze dokonanym wyborze. Jednym słowem, ze względu na prawidłowy stosunek do Pana Jezusa, oferta świata nie jest godna naszej uwagi.

Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały [Flp 4,8]. Ażeby powrócić do miłowania tego, co dobre, trzeba dużo rozmyślać o tym, co miłe jest w oczach Bożych. Każdemu z nas powinno zależeć na tym, aby podobać się Bogu. Także w tej sferze wszystko zasadza się na naszej miłości do Boga, albo o jej brak się rozbija. Nie miłujcie świata ani tych rzeczy, które są na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca [1J 2,15]. Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga [Jk 4,4].

I tak doszliśmy do pytania o fundamentalnym znaczeniu: Jak się rozkochać na nowo w Panu Jezusie? Skoro od tego zależy i nasza wieczność, i teraźniejszość, to jak przestawić nasze serca na stuprocentową miłość do Syna Bożego? Przede wszystkim trzeba nam znowu zacząć rozmyślać o tym, kim On jest i jak wiele Mu zawdzięczamy.

Trzeba codziennie otwierać Biblię i prosić, aby Duch Święty objawiał nam Jezusa. Nasz Zbawiciel, jako Bóg a zarazem prawdziwy Syn Człowieczy, jako trzydziestokilkuletni mężczyzna, oddał za nas swoje życie. Pokonał szatana i otworzył nam drogę do życia wiecznego. Poświęcił się i przez swą ofiarę dokonał naszego usprawiedliwienia. Policz dary, które Pan ci dał, policz dary, któreś Odeń brał. Policz dary, w których miałeś dział, a w twym sercu muszą zabrzmieć pieśni chwał – podpowiada stara pieśń. Pan Jezus godzien jest naszej największej miłości i całkowitego oddania. 

Nieczęste, ale możliwe jest, ażeby twoja oziębła w miłości żona rozkochała się na nowo w swoim podstarzałym już mężu, a ty żebyś ponownie zakochał się w niej. Bo czy można wzgardzić małżonką poślubioną w młodości? - mówi twój Bóg [Iz 54,6]. Możliwe jest, żeby rodzice znowu zaczęli błogosławić swoje dorosłe już dzieci, a dzieci, żeby odnowiły w sobie szacunek i miłość do rodziców, bo Bóg na progu Nowego Przymierza obiecał, że zwróci serca ojców ku synom, a serca synów ku ich ojcom [Ml 3,24]. Takie rzeczy dzieją się z ludźmi, którym dane nam jest na nowo rozmiłować się w Bogu i w Słowie Bożym. 

Stąd – jako sługa Słowa Bożego – zalecam ponowne zakochanie się w Jezusie Chrystusie. Jeśli znowu, albo wreszcie, zaczniemy miłować Pana Jezusa z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, to nasze życie zacznie się prawidłowo układać i cieszyć się będziemy wewnętrzną harmonią. Gdy Jezus zajmie pierwsze miejsce na tronie naszego serca, wtedy i nasi bliscy, i różne wartości, znajdą się na miejscu właściwym. Kochaj się w Panu, a dać prośby serca twego! [Ps 37,4] - nawołuje Biblia Gdańska.

Jak Jezusa swego kochasz, jak? – pyta stary hymn chrześcijański. Z tym pytaniem pragnę dziś dotrzeć do każdego serca i każdej głowy. Kładźmy się z nim do snu i rankiem z nim wstawajmy, aż znowu rozkochamy się w Panu Jezusie tak, jak należy.