30 marca, 2015

Z deszczu pod rynnę

Dziś rocznica „wyzwolenia” Gdańska w 1945 roku. Wyzwolenia w cudzysłowie, bowiem dziś już powszechnie wiadomo, jak naprawdę było. Po wcześniejszym szturmie, 30 marca owego roku wojska sowieckie i polskie z II Frontu Białoruskiego wkroczyły do miasta. Chociaż Niemcy nie zniszczyli „swojego” miasta, to jednak w ruiny zamieniono  wówczas około 90% zabytkowego śródmieścia. Połowa tych zniszczeń powstała już po wyjściu Niemców.

Gorzka prawda o „wyzwolicielach” Gdańska z 1945 roku wywołuje dziś we mnie szereg skojarzeń. Dość często zdarza się w życiu, że ktoś lub coś niby pomaga, a jednocześnie szkodzi:  Super skuteczne lekarstwo, lecz ze skutkami ubocznymi. Kolorowy świat wrażeń po zażyciu zioła i gasnąca z miesiąca na miesiąc zdolność do samokontroli.  Cudowna sesja z „uzdrowicielem”, po której zaczynają się problemy natury wewnętrznej i nie można już spokojnie się wyspać. Wspaniałomyślna pomoc banku i wieloletnia presja dziwnie nie malejącego kredytu. Upojny flirt z piękną kobietą i rozbite życie rodzinne.

Oczekujący na wyzwolenie cywilni mieszkańcy Gdańska mieli prawo spodziewać się ze strony nadciągającej armii wyzwolenia od hitlerowców i upragnionego życia w pokoju. Tymczasem z armią „wyzwolicieli” nad Gdańsk nadciągnęły chmury zniszczeń, gwałtów i rabunków. Owszem, wojska niemieckie zostały wyparte, ale to, co nadeszło było dla wielu Gdańszczan jeszcze gorsze.

W życiu duchowym dość często bywa podobnie. Źle jest komuś w życiu, więc rozgląda się i szuka pomocy duchowej. To, że szuka, to dobrze, lecz powinien uważać, żeby nie wejść z deszczu pod rynnę.  Odczuwając bowiem silną potrzebę miłości, zdrowia, akceptacji i temu podobnych wartości, łatwo otwieramy się wewnętrznie i ulegamy złudzeniom. W takim stanie możemy dostać się pod wpływ ludzi, którzy nie dadzą nam tego, co obiecują. Biblia mówi: Ludzie ci, to źródła bez wody i obłoki pędzone przez wicher; czeka ich przeznaczony najciemniejszy mrok. Przemawiając bowiem słowami nadętymi a pustymi, nęcą przez żądze cielesne i rozwiązłość tych, którzy dopiero co wyzwolili się od wpływu pogrążonych w błędzie, obiecując im wolność, chociaż sami są niewolnikami zguby [2Pt 2,17-19].

Do przywódców religijnych Jezus kiedyś powiedział: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że obchodzicie morze i ląd, aby pozyskać jednego współwyznawcę, a gdy nim zostanie, czynicie go synem piekła dwakroć gorszym niż wy sami [Mt 23,15]. Nie każda ewangelizacja warta jest naszego zaangażowania. Nie każda misja chrześcijańska jest głoszeniem Słowa Bożego.  Nie każda  pomoc pod chrześcijańskim szyldem przynosi naprawdę miłość, radość, wolność i pokój. Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie [Jn 8,36]. Tylko Syn Boży, Jezus Chrystus, wyzwalając z grzechu, wypuszcza ludzką duszę na wolność.

Niech historyczna prawda o skutkach dziwnego "wyzwolenia" Gdańska da nam do myślenia i pomoże otworzyć duchowe oczy.

27 marca, 2015

Upewnij się, komu ufasz

Szok. Drugi pilot samolotu pasażerskiego niemieckich linii lotniczych, lecącego z Barcelony do Dusseldorfu, zabarykadował się w kokpicie i świadomie rozbił go we francuskich Alpach!

Stu czterdziestu czterech pasażerów zajmując rankiem 24 marca 2015 roku miejsca w airbusie A320 powierzyło swój los w ręce dobrze wyszkolonych i wzbudzających zaufanie sześciu członków załogi.  Niestety, dla wszystkich lot 4U 9525 okazał się dramatycznym końcem życia. Owszem, niejednemu z nich mogła przemknąć myśl o tym, jak wiele czynników w tej podróży może zawieść, ale do głowy by im nie przyszło, że śmierć przyjdzie ze strony pilota. Przecież to najmocniejsze ogniwo w całym łańcuchu pasażerskiego poczucia bezpieczeństwa. Nieważne z jakich powodów tak zrobił. Zaufali mu, a on powiózł ich ze sobą prosto na skały.

Biblia niejednokrotnie mówi o naszym życiu jako o swoistej, krótkiej podróży, której celem jest żywot wieczny. W czyje ręce powierzyliśmy swój los na tę drogę? Księdza? Prezydenta? Jakiegoś lidera, żeby nie powiedzieć - demagoga? A może wystarcza nam zaufanie do samego siebie?  Bywa nawet, że samo wykształcenie, wysoka pozycja społeczna, czy też pieniądze - dla niejednego człowieka stają się źródłem poczucia bezpieczeństwa. W dobrym nastroju wyrusza i odbywa życiową podróż z przekonaniem, że dotrze do celu. Tymczasem Biblia mówi: Niejedna droga zda się człowiekowi prosta, lecz w końcu prowadzi do śmierci [Prz 14,12]. Wzbudzający nasze zaufanie ludzie, możliwości i środki, mogą niestety okazać się tragicznie zawodne.

Tak mówi Pan: Przeklęty mąż, który na człowieku polega i z ciała czyni swoje oparcie, a od Pana odwraca się jego serce! [Jr 17,5]. Nawet na zwykłej drodze mądry kierowca stosuje zasadę ograniczonego zaufania. W każdej chwili bowiem ktoś lub coś może w ruchu drogowym  zawieść. Tym bardziej nie ufajmy ślepo w sprawach wiecznego zbawienia. Niech nam tu nie wystarcza, że ktoś założy sutannę czy ładny garnitur albo, że często występuje w telewizji. To czy nasze doczesne życie zakończy się dla nas przejściem do życia wiecznego, czy na wieczne potępienie jest przecież sprawą wagi najwyższej! Upewnijmy się, komu ufamy.

Wstrząśnięty prawdą o tym, jak stu czterdziestu dziewięciu ludzi w miniony wtorek zawiodło się na człowieku, który wzbudzał zaufanie, całym sercem zwracam się ku Bogu i błagam: W sprawach zbawienia swojej własnej duszy ufajmy wyłącznie i bezpośrednio samemu Zbawicielowi, Jezusowi Chrystusowi. Do głowy ciśnie mi się znany mi od dzieciństwa stary hymn chrześcijański:

Jezus zawieść mnie nie może, bo On dla mnie skarbem jest
Droższym, niźli myśleć mogłem, bo któż jak On wiernym jest
Im poznaję lepiej Jego, tym wierniejszym zda się być
I tym większy zapał czuję innych też do Niego wieść.

Jezus zawieść mnie nie może, On co śmierci wydarł mnie
On, co grzechu dług mój spłacił, dług co dręczył serce me
On też Swoją świętą, cichą obecnością pełną łask
Odkrył w pełni sercu memu Swej miłości jasny blask

Jezus zawieść mnie nie może, On znów przyjdzie, On mój Pan
W głębi serca mego czuję, że się zbliża błogi stan
Niech tam świat się z tego śmieje, nie zna on radości mej
Lecz ja wiem: mój Król jest blisko. Wkrótce przyjdzie w chwale Swej

Jezus zawieść mnie nie może. On jest wszystkim w życiu mym
Panem. Wodzem. Przyjacielem. Zbawicielem w świecie tym
On zagarnął serce moje, zawsze o mnie troszczy się
Nie, On zawieść mnie nie może. Doskonale zbawił mię!
(Śpiewnik Pielgrzyma nr 387).

23 marca, 2015

Przyganiał kocioł garnkowi...

the pot calling the kettle black
Z wiadomego powodu jesteśmy w tych dniach świadkami narastającej krytyki międzypartyjnej. Główne media nie od dziś sprawę przedstawiają w ten sposób, że zasadniczo mamy w Polsce z jednej strony szerokie środowiska propagujące miłość i obstające za zgodą. Zaś naprzeciwko tych dobrych kręgów ustawili się ludzie opanowani duchem chorobliwej krytyki.  Doprowadza to do podziałów naszego kochanego społeczeństwa, a winni tego są oczywiście ci drudzy. Kto jednak potrafi odfiltrować powstające  przy takim stawianiu sprawy powierzchowne wrażenie, nie może nie zauważyć, że wcale nie mniejsza krytyka płynie także i z tej pierwszej strony. Wystarczy wsłuchać się nieco bardziej w słowa przedstawicieli owych „pozytywnych” środowisk. Ileż w nich pogardy dla wszystkich, którzy ośmielają się myśleć inaczej, a ileż przy tym poczucia wyższości! Można by z ich wnioskować, że wszystko, co w Polsce jest nie tak, ma miejsce z powodu fundamentalizmu i radykalizmu osób krytycznie do nich nastawionych. Oni pragną Polski racjonalnej.

Od dawna tego rodzaju zjawisko obserwuję też w środowiskach kościelnych. Prawdą jest, że mamy w swych szeregach osoby bardzo wnikliwie przyglądające się przywódcom chrześcijańskim i nie szczędzące im krytyki. Są wśród nas ludzie, którzy zanim coś uznają i poprą, chcą wcześniej się temu – po prostu - przyjrzeć i zbadać, jak mają się te nowe rzeczy w świetle Słowa Bożego. Gdy zaważają niezgodność z Biblią, nie przemilczają sprawy. Wypowiadają się krytycznie, co oczywiście sporo ich kosztuje. Znakomita większość naszych środowisk natomiast, to osoby dobre, pozytywnie nastawione i pełne miłości. Najwyraźniej myślą o sobie, a nawet mówią, że są za zgodą, że unikają wartościowania i nikogo nie osądzają. Gdyby wszyscy zechcieli być tacy jak oni, to nie tylko zakwitłyby relacje wewnątrzkościelne ale i nasza działalność misyjna przyniosłaby o wiele lepsze wyniki. Wszystkiego, co w Kościele jest nie tak, winni są krytycy i różnej maści „łowcy herezji”, którzy zatruwają sielankę ewangelicznego współżycia i działania.

Nie od dziś wsłuchuję się i wczytuję w wypowiedzi wielu braci, którzy sytuują samych siebie po tej  dobrej, oświeconej  stronie. I co? Ze zdumieniem stwierdzam, że wcale nie są mniej krytyczni. Ba, odnoszę nawet wrażenie, że ich jakby drugą naturą stało się krytykowanie krytyków. Chcą być pozytywni, a niemal za każdym razem jakoś nie mogą sobie podarować przyjemności wtrącenia paru zdań przeciwko osobom nie podzielającym ich sposobu myślenia. Niby ubolewają, że wśród ludzi ewangelicznie wierzących są ludzie, którzy swą krytyką powodują podziały. Tymczasem ton ich wypowiedzi w nie mniejszym stopniu atmosferę tej wzajemnej niechęci tworzy.

Jest w Biblii taki fragment, który opisując pewnych ludzi stwierdza, że są oni pełni wszelkiej nieprawości, złości, chciwości, nikczemności, pełni są również zazdrości, morderstwa, zwady, podstępu, podłości; potwarcy, oszczercy, nienawidzący Boga, zuchwali, pyszni, chełpliwi, wynalazcy złego, rodzicom nieposłuszni;  nierozumni, niestali, bez serca, bez litości; oni, którzy znają orzeczenie Boże, że ci, którzy to czynią, winni są śmierci, nie tylko to czynią, ale jeszcze pochwalają tych, którzy to czynią [Rz 1,29-32].  Zauważając u kogoś grzechy takiego kalibru, łatwo się oburzamy i dziwimy, jak może on coś tak złego robić?! Jest to słuszne i zasadne, gdy sami prowadzimy bogobojne i nienaganne życie. Gdy natomiast zdarza się nam grzeszyć podobnie, to byłoby dla nas lepiej, gdybyśmy  nie zabierali się za wytykanie błędów innych ludzi. Oddajmy znowu głos Słowu Bożemu.  Nie ma przeto usprawiedliwienia dla ciebie, kimkolwiek jesteś, człowiecze, który sądzisz; albowiem, sądząc drugiego, siebie samego potępiasz, ponieważ ty, sędzia, czynisz to samo. Bo wiemy, że sąd Boży słusznie spada na tych, którzy takie rzeczy czynią. Czy mniemasz, człowiecze, który osądzasz tych, co takie rzeczy czynią, a sam je czynisz, że ujdziesz sądu Bożego? [Rz 2,1-3].

Myśl tę dobrze oddaje polskie przysłowie: Przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli. Jeżeli jakiś chrześcijanin całą swoją energię  i czas przeznacza na wyszukiwanie błędów innych chrześcijan i poddawaniu ich krytyce, to z pewnością popełnia poważny błąd. Słusznie nie podobają się nam takie postawy. Uważajmy wszakże, byśmy sami nie okazali się do takich ludzi podobni.

21 marca, 2015

Patrzmy na serce

Dziś Światowy Dzień Zespołu Downa obchodzony pod auspicjami ONZ. Wybór 21. marca na obchody tego Dnia wziął się stąd, że w 21. parze chromosomów osoby z zespołem Downa zamiast dwóch, mają trzy chromosomy. Inną nazwą wady jest Trisomia 21. Szacuje się, że Polsce takie osoby stanowią 1,4 % populacji.

Rozmaite akcje uliczne organizowane w Światowym Dniu Zespołu Downa mają na celu oswojenie społeczeństwa z widokiem takich osób, aby przestał on wzbudzać niezdrowe zaciekawienie. Z drugiej strony, dodają one otuchy zarówno samym osobom z zespołem Downa jak też ich rodzicom i opiekunom. Jednym słowem, nikt w cywilizowanym społeczeństwie nie musi czuć się gorszym. Tym bardziej, że trisomia 21 przez nikogo absolutnie nie jest zawiniona.

Gdy myślę dziś o osobach z zespołem Downa, to nasuwa mi się pouczenie, jakiego udzielił Bóg prorokowi Samuelowi w trakcie doboru właściwego człowieka na nowego króla Izraela. Nie patrz na jego wygląd i na jego wysoki wzrost; nie uważam go za godnego, albowiem Bóg nie patrzy na to, na co patrzy człowiek. Człowiek patrzy na to, co jest przed oczyma, ale Pan patrzy na serce [1Sm 16,7]. W tym przypadku okazało się, że bardziej rośli i dojrzali synowie Isajego okazali się mniej przydatni, niż niepozorny chłopiec. Owszem, wygląd zewnętrzny człowieka  z zespołem Downa odbiega nieco od widoku większości osób, ale w żadnym wypadku nie świadczy o jego niższej wartości.

Biblia objaśnia także, że Bogu mili są nie tylko ci, którzy są piękni. Bóg nie ma względu na osobę, lecz w każdym narodzie miły mu jest ten, kto się go boi i sprawiedliwie postępuje [Dz 10,34-35]. Pozwolę sobie nawet zauważyć, że ludzie o nieskazitelnym wyglądzie zbyt często są zadufani i zapatrzeni w siebie samych. Osoby z zespołem Downa zwykle cechują się sporą wrażliwością i stosunkowo większą otwartością na kontakt z Bogiem. Patrzmy na serce.

19 marca, 2015

Zapotrzebowanie na prawdę

W jakim stopniu prezentowane w mediach informacje są prawdziwe? Jak uzyskana w ten sposób wiedza ma się do rzeczywistości? Na przykład, po wczorajszym zamachu w Tunisie chcielibyśmy w Polsce znać prawdę o ilości Polaków tam poszkodowanych. I co? Owszem, informacje płyną nieustannym strumieniem, ale nie wiadomo, które z nich są prawdziwe. To co słyszeliśmy po południu już wieczorem okazało się nieaktualne. Rankiem dowiadujemy się jeszcze czegoś innego. Jak jest naprawdę?

Skoro w sytuacji, gdy do ustalenia prawdy wystarczy jedynie policzyć osoby zastrzelone i sprawdzić ich tożsamość, a płyną z tego tak różne informacje, to co mówić o sprawach niewymiernych? Na ile można być pewnym słyszanej wiadomości, gdy proces jej ustalania uzależniony jest od interpretacji zdarzenia lub subiektywnych odczuć sprawozdawcy? Chociaż w takich przypadkach znacznie trudniej jest dotrzeć do prawdy, to jednak w niemniejszym stopniu chcemy ją znać. I dobrze, gdy wciąż do niej dążymy. Byłoby z nami bardzo źle, gdybyśmy przybliżoną lub mylną informację uznali za całkowitą prawdę i przy niej uparcie obstawali.

W kontekście powyższego pomyślmy o naszej wiedzy o Bogu i życiu wiecznym. Co stanie się z nami w chwili śmierci? Jak należycie przygotować się do przejścia na drugą stronę? Wciąż napływają do nas rozmaite informacje na ten temat. Nie z każdego źródła wypływa czysta woda. Nie wystarczy stanąć na ambonie czy za kazalnicą, aby prawdą było to, co powiemy. Duchowni różnych religii, owszem, autorytatywnie wypowiadają się w tych kwestiach, lecz ich opinie okazują się bardzo rozbieżne. Która jest prawdziwa? Dobrze, gdy nie ufamy im na ślepo i wciąż staramy się dotrzeć do prawdy. Źle, gdy po usłyszeniu jakiejś informacji na temat naszego zbawienia od razu przyjmujemy ją za pewnik. Wówczas może się okazać, że przez lata opieramy się na czymś, co wcale prawdą nie jest.

Jest tylko jeden Bóg prawdziwy i tylko jeden sposób na dotarcie do prawdy o Nim. Boga nikt nigdy nie widział, lecz jednorodzony Bóg, który jest na łonie Ojca, objawił go [Jn 1,18]. Prawdomówność Syna Bożego została potwierdzona Jego zmartwychwstaniem. Fakt zmartwychwstania Jezusa nadaje wszystkim Jego słowom znaczenia najwyższej rangi. Ja jestem droga i prawda, i żywot. Nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie [Jn 14,6].

Ażeby poznać prawdę i zacząć zgodnie z nią żyć, trzeba oddzielić się od fałszywych źródeł informacji. Przestać ufać ludziom i przekazywanym przez nich wiadomościom. Trzeba nam sięgnąć po Biblię. Jezus i dziś wstawia się za nami u Ojca: Poświęć ich w prawdzie twojej; słowo twoje jest prawdą [Jn 17,17].

Nie bez racji żartowaliśmy przed laty, że największym w świecie organem kłamstwa jest sowiecka gazeta "Prawda". Dziś kłamstwo ma wiele nowych tytułów. Nie należy w ciemno ufać temu, co mówią ludzie, choćby nawet w sondażach mieli najwyższy procent społecznego zaufania. Jezus powiedział: Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie i poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi [Jn 8,31-32]. Dążmy do poznania prawdy.

17 marca, 2015

Sprawy nie idą tak łatwo, jakby się chciało

W tych dniach zaczyna się w moim życiu próba wiary. Dzieło adaptacji ruin na siedzibę zboru, którego podjąłem się w połowie 2013 roku, wchodzi w fazę realizacji.  Do tej pory oczyszczaliśmy, naprawialiśmy i zabezpieczaliśmy. Przeżywaliśmy codzienną radość, widząc jak zmienia się oblicze mocno zaniedbanej wcześniej posesji. Rodziła się wizja naszego domu modlitwy i powstawał jego projekt. Było wiele dobrych rozmów i pokrzepiających słów. Teraz nadszedł czas realizacji.

Wyruszyłem w tę drogę z wiarą, że jest to dzieło zadane mi przez Pana Jezusa Chrystusa. Jego celem jest stworzenie dobrych warunków do głoszenia Słowa Bożego, wzajemnego zbudowania ludzi wierzących i szerokiej działalności misyjnej. W czasach powszechnego zjawiska rozmywania granic, mam wizję stworzenia ośrodka, który będzie świadectwem Kościoła zbudowanego na fundamencie apostołów i proroków i mocno trzymającego się wyznaczonych tym fundamentem zasad. Pragniemy, by Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE w Gdańsku było miejscem, gdzie ludzie będą naprawdę rodzić się na nowo i nabywać pewności zbawienia, a nie tylko jego złudzenia.

Dziś rano czytałem o wierze Abrahama. Ojciec wiary usłyszał głos Boży i otrzymał od Boga obietnicę. Zaczął żyć zgodnie ze Słowem Bożym, co całkowicie odmieniło jego wcześniejsze życie. Nie wszystko poszło tak łatwo, jakby się chciało. Nie dał się jednak zbić z tropu i nie zachwiał się w wierze, choć widział obumarłe ciało swoje, mając około stu lat, oraz obumarłe łono Sary; I nie zwątpił... [Rz 4,19-20a]. Ostatecznie przez wiarę osiągnął to, co Bóg mu obiecał.

Mam świadomość, że i przede mną próba wiary. Sprawy nie idą tak łatwo, jakby się chciało. W uszach brzmią mi słowa starego hymnu: Gdy się wiara moja chwieje, Jezus trzyma mnie. W Nim jedyną mam nadzieję. Mocno trzyma mnie. Modlę się dziś rano o duchowe siły, by - jak Abraham - nie zachwiać się w wierze i nie zwątpić. A Ty? Czy trwasz w wierze? Czy realizujesz jakieś dzieło wiary? Jak się masz na swej drodze wiary?