20 sierpnia, 2014

Nasze modlitwy w złotej kadzielnicy?!

Księga Objawienia św. Jana to dana nam szansa oglądania nieba w czasach ostatecznych. Skojarzenie zaś tego ze słowami modlitwy Pańskiej: „Bądź wola Twoja, jak w niebie, tak i na ziemi!”  pobudza nas do praktycznego zastosowania niebiańskich obserwacji w doczesnym życiu.

W tych dniach moje myśli krążą wokół początkowych wersetów ósmego rozdziału ostatniej księgi Biblii: A gdy zdjął siódmą pieczęć, nastało w niebie milczenie na około pół godziny. I widziałem siedmiu aniołów, którzy stoją przed Bogiem, i dano im siedem trąb.  I przyszedł inny anioł, i stanął przy ołtarzu, mając złotą kadzielnicę; i dano mu wiele kadzidła, aby je ofiarował wraz z modlitwami wszystkich świętych na złotym ołtarzu przed tronem.  I wzniósł się z ręki anioła dym z kadzideł z modlitwami świętych przed Boga. A anioł wziął kadzielnicę i napełnił ją ogniem z ołtarza, i rzucił ją na ziemię. I nastąpiły grzmoty donośne i błyskawice, i trzęsienie ziemi [Obj 8,1-5].

Kadzielnica to narzędzie ściśle związane z ołtarzem kadzidlanym. W wyjątkowych przypadkach pozwalała ona przenieść z tego ołtarza do innego miejsca woń miłą Panu. Tak było na przykład, gdy arcykapłan raz w roku wchodził poza zasłonę do miejsca najświętszego. Następnie weźmie pełną kadzielnicę rozżarzonych węgli z ołtarza, który jest przed Panem, i pełne garście miałkiego wonnego kadzidła i wniesie poza zasłonę, i nasypie kadzidła na ogień przed Panem, aby obłok z kadzidła okrył wieko, które jest ponad Świadectwem, i aby nie zginąć [3Mo 16,12-13]. Kadzielnica została też użyta przez Aarona w czasie buntu Izraelitów:  I rzekł Mojżesz do Aarona: Weź kadzielnicę, włóż w nią ogień z ołtarza, nasyp kadzidła i udaj się śpiesznie do zboru, i dokonaj za nich przebłagania, gdyż Pan rozgniewał się i zaczęła się plaga. Aaron wziął kadzielnicę, jak mu powiedział Mojżesz, i pobiegł w sam środek zgromadzenia, gdzie już zaczęła się plaga wśród ludu. Nasypał kadzidła i dokonał przebłagania za lud, stanął pomiędzy umarłymi i żywymi, i plaga została powstrzymana [ 4Mo 17,11-13]. Jak wynika z powyższych przykładów, wydobywająca się z kadzielnicy woń przyjemna dla Pana, miała zbawienny wpływ dla ludzi znajdujących się w jej pobliżu.

Biblia kojarzy kadzidło z modlitwami  świętych. Niech wznosi się ku tobie modlitwa moja jak kadzidło, a podniesienie rąk moich jak ofiara wieczorna! – czytamy w Psalmie 141. Przypomnijmy, że kadzidło było sporządzane wg ściśle określonej przez Boga receptury.  I rzekł Pan do Mojżesza: Weź sobie wonności: pachnącej żywicy i goździków, i galbanu wonnego, i czystego kadzidła, w różnych ilościach,  i zrób z tego wonne kadzidło, mieszaninę, tak jak się robi wonności: posoloną, czystą, świętą.  Rozetrzyj to na proszek i połóż część tego przed Skrzynią Świadectwa w Namiocie Zgromadzenia, gdzie będę się z tobą spotykał. To będzie dla was świętością nad świętościami.  A kadzidła, które sporządzisz według tego składu, nie sporządzajcie dla siebie. Dla ciebie będzie to święte, poświęcone tylko dla Pana. Ktokolwiek by takie sporządził i używał jako pachnidła, zostanie wytracony ze swojego ludu  [2Mo 30,34-38]. Jednym słowem, przyjemną woń dla Pana można było uzyskać wyłącznie wówczas, gdy w pełni zastosowano się do Bożych wskazówek. Bogu sprawia bowiem przyjemność tylko to, co jest zrobione wg Jego woli. Skoro zaś kadzidło jest w Biblii synonimem modlitwy, to najwidoczniej również nie każda treść modlitwy zyskuje przed Bogiem jednakowe upodobanie.

Ten słuszny wniosek każe nam zastanowić się nad treścią modlitw zmieszanych z kadzidłem i ofiarowanych na złotym ołtarzu przed tronem w niebie. Są to modlitwy wszystkich świętych, z całą pewnością zanoszone zgodnie z myślą Bożą. W obliczu rozpoczynającego się sprawiedliwego sądu Bożego ludzie wierzący mają bardzo ważną rolę do spełnienia. Powinni oddać Bogu chwałę i błogosławić Go w Jego zamysłach.  Powinni uznać wyroki Boże za dobre i słuszne.  Celem ofiary kadzidlanej z trzymanej przez anioła kadzielnicy w żadnym razie nie jest zakwestionowanie sądu Bożego. Modlitwy świętych  nie stają w poprzek planom i zamysłom Bożym. Święci błogosławią Boga w tym, co On zamierzył i co czyni. Początek ósmego rozdziału Księgi Objawienia wskazuje raczej, że Bóg będzie wykonywał swoje sądy w atmosferze chwały oddawanej Mu przez świętych!

Biblia wyraźnie mówi o nieodwracalności nadchodzącego sądu Bożego. Różnie ludzie podchodzą do tej prawdy. Wielu nie daje temu wiary. Zagłuszają w sobie tę prawdę, a nawet ją zwalczają. Większość ludzi bagatelizuje myśl o sądzie, skupiając się na doczesności. A jak na wieść o zbliżającym się sądzie Bożym reagują prawdziwi chrześcijanie? Słowo Boże wskazuje, że święci nie tylko nie unikają tematyki końca świata, ale że konstruktywnie włączają się w sprawy nadchodzącego Królestwa Bożego. W jaki sposób? Poprzez modlitwę!  Właśnie taki obraz maluje nam dzisiaj Biblia, mówiąc o kadzidle w złotej kadzielnicy, zmieszanym z modlitwami świętych.

W tym miejscu trzeba nam jednak powiedzieć coś bardzo ważnego o treści naszych modlitw. Ogólnie rzecz biorąc, większość  chrześcijańskich modlitw dotyczy doczesnego życia. Przeważnie modlimy się o nasze potrzeby, zdrowie, marzenia i sukcesy. Uaktywniamy się w modlitwie, gdy dotyka nas choroba, niedostatek lub jakieś prześladowanie. Aby nasze modlitwy miały szansę znaleźć się w złotej kadzielnicy, winniśmy zwrócić się ku rzeczom wyższym. W obliczu zbliżającego się Dnia Gniewu mamy do spełnienia jako wybrani Boży szczególną rolę. Tak jak swego czasu Mojżesz łagodził gniew Pana, Boga swego [2Mo 32,11], tak i święci  - widząc aniołów sposobiących się do tego, by zatrąbić – powinni wznosić modlitwę podobnej treści. Bóg chce, abyśmy całym sercem zaangażowali się w nadchodzące wydarzenia końca świata i byli w tym po Jego stronie.

Uwaga! Łagodzić gniew Pana, to nie znaczy stawać w poprzek sądom Bożym. To nie znaczy kwestionować zasadność należnej kary. Oto prosta ilustracja z życia wzięta:  Bywa, że rodzicom zdarzy się taka konieczność, aby własne dziecko  poddawać dyscyplinie.. Prawy rodzic nie może bowiem przymknąć oka na popełnione zło. Jakaż to przykrość dla niego, że musi wymierzyć karę i patrzeć na cierpienie dziecka. W takiej chwili bardzo potrzebuje kogoś, kto okaże mu zrozumienie, kto zacznie wstawiać się za jego własnym dzieckiem, łagodząc gniew ojca lub matki. Taką właśnie rolę mają odegrać modlitwy świętych w obliczu zbliżającego się sądu! Poprzez modlitwę mamy sprawiać Bogu przyjemność, że ma na ziemi takich, którzy tak myślą jak On,  kochają jak On i są miłosierni tak, jak On. Podobnie jak prorok Habakuk w obliczu nadchodzącej na Izraelitów kary modlił się: Panie! Słyszałem od ciebie wieść, widziałem, Panie, twoje dzieło. W najbliższych latach tchnij w nie życie, w najbliższych latach objaw je! W gniewie pomnij na miłosierdzie! [Hb 3,2], tak też lud Boży – znający swojego Boga – może i powinien łagodzić gniew sprawiedliwego Boga, wspierając Go w Jego miłosierdziu, które bardzo cierpi w chwili wymierzania kary. Takie modlitwy są szczególnie miłe w oczach Bożych. Takie modlitwy wypełniają złotą kadzielnicę rzuconą na ziemię tuż przed wylaniem się gniewu Pana.

Czy nasze modlitwy mają szanse trafić do złotej kadzielnicy? Trzeba nam coraz częściej wyrywać się z ciasnej klatki własnych spraw  i myśleć o Bogu i sprawach Królestwa Bożego! Trzeba nam modlić się nie tylko o nasze interesy! Dzięki Bogu, że On jest zainteresowany i chce zajmować się naszymi „małymi” sprawami. Czas, abyśmy i my więcej pomyśleli o Nim i o tym, co On zamierza uczynić! Ma to ścisły związek z Synem Bożym, Jezusem Chrystusem! Przez niego więc nieustannie składajmy Bogu ofiarę pochwalną, to jest owoc warg, które wyznają jego imię [Hbr 13,15].

Czas poszerzyć tematykę naszych modlitw! Proś mnie, a dam ci narody w dziedzictwo i krańce świata w posiadanie [ Ps 2,8]. Bóg chciałby słyszeć, że modlimy się o sprawy, które On ma na sercu;  np. że błogosławimy Izraela, że modlimy się o nasz naród,  że wyczekujemy Jego przyjścia. Miłe jest w oczach Pana, gdy przeżywamy to, co On przeżywa i myślimy, jak On myśli. Miłe jest w oczach Pana, że błogosławimy Go we wszystkim, co czyni. Takie modlitwy trafiają do złotej kadzielnicy i sprawiają naszemu Ojcu i naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi przyjemność! Będą miały one szczególne znaczenie w dniach, gdy Bóg zacznie wywierać gniew na mieszkańcach ziemi! A gdyby nie były skrócone owe dni, nie ocalałaby żadna istota, lecz ze względu na wybranych będą skrócone owe dni [Mt 24,22]

Bóg miał i wciąż ma takich ludzi, których modlitwa wznosi się przed Nim jak kadzidło, sprawiając Mu przyjemność. Czy należymy do ich grona?

Zapraszam do posłuchania tego poselstwa - tutaj.

12 sierpnia, 2014

"Goldwasser" - chluba czy plama?

The Hope Singers śpiewa w CCNŻ
podczas niedzielnego nabożeństwa
W tych dniach gościmy w Gdańsku kilkudziesięcioosobowy chór mennonitów The Hope Singers. Ubiegłej niedzieli chórzyści wzięli udział w nabożeństwie w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE i spędzili z nami na Olszynce lwią część niedzielnego popołudnia aż do czasu kolejnego koncertu w kaplicy przy ul. Menonitów 2a. Dzisiaj mają koncert w Nowym Dworze Gdańskim - miejscowości przez mennonitów założonej. Charakterystyczne ubiory mennonitów, świadomość ich konserwatywnych poglądów, opowieści o ich dawnym życiu na Żuławach, a potem i w samym Gdańsku, wszystko to budzi we mnie szereg refleksji.

Jedna z nich dotyczy mennonity, Ambrożego Vermoellena, który przybył tu z Holandii pod koniec XVI wieku. Początkowo, podobnie jak inni mennonici, nie miał prawa do osiedlenia się w Gdańsku. Jednakże w jego przypadku bardzo szybko los jakby się do niego uśmiechnął, bo już w 1598 roku otrzymał obywatelstwo gdańskie. Dlaczego?

Otóż Ambroży Vermoellen to wynalazca znanej gdańskiej wódki „Goldwasser”. Mocny, korzenny likier okrasił on płatkami czystego złota, dogadzając próżności bogatych obywateli Gdańska. Wynalazek Holendra spodobał się w grodzie nad Motławą. Dla firmy produkującej złotą gdańską wódkę  zapaliło się zielone światło prosperity, a Vermoellen dołączył do grona sławnych Gdańszczan. Coś w tym wszystkim jednak poszło nie tak.

Przypomnijmy, że Ambroży Vermoellen był mennonitą. Trzymający się biblijnych zasad wiary i życia jego bracia i siostry w Chrystusie byli marginalizowani. Nie byli zainteresowani władzą, nie brali broni do ręki, nie angażowali się politycznie. Za swą wierność Słowu Bożemu płacili wysoką cenę społeczną. Między innymi taką, że nie mieli prawa do zamieszkania w Gdańsku. Vermoellen musiał wiedzieć, że zajmując się produkcją likieru, zdradza interesy Królestwa Bożego i zaprzecza zasadom wiary mennonitów. Niewykluczone, że miał z tego tytułu poważne wyrzuty sumienia...

Istnieje legenda, wg której Ambroży Vermoellen winą za swój wynalazek niejako obarczył Neptuna. Otóż miał on swego czasu obserwować huczną zabawę gdańszczan na Długim Targu, podczas której z fontanny Neptuna, zamiast wody, popłynęło wino. Podpici uczestnicy zabawy zaczęli wrzucać do fontanny złote talary. Oburzony tym mennonita poprosił Neptuna o interwencję, który tak mocno trójzębem mieszał wino z talarami, że monety zaczęły się rozpadać na drobne płatki. Parę kropel tej mikstury prysnęło na twarz mennonity. Oblizawszy usta Vermoellen odkrył, że wino z płatkami złota ma niezwykły smak. Gdy wszyscy się rozeszli przelał zawartość fontanny do beczek i zatoczył je do swoich magazynów. Odtąd w jego gospodzie pojawił się tajemniczy trunek o wybornym smaku zawierający widoczne drobinki złota.

Legenda legendą, a prawda jest taka, że mennonita Vermoellen swym wynalazkiem mocno uchybił wierze w Pana Jezusa Chrystusa. Żadne wyjaśnienia tego nie zmienią. Przypominają mi się słowa Aarona po tym, jak w celu zadowolenia ludu pod górą Synaj ulał złotego cielca. Niech pan mój się nie gniewa! Ty znasz ten lud, że jest skłonny do złego. Powiedzieli mi: Uczyń nam bogów, którzy pójdą przed nami, gdyż nie wiemy, co się stało z Mojżeszem, tym mężem, który nas wyprowadził z ziemi egipskiej. Więc rzekłem do nich: Kto ma złoto, niech je zdejmie z siebie. I dali mi je, potem wrzuciłem je do ognia, i tak powstał ten cielec [2Mo 32,22-24]. Czy coś takiego mogło usprawiedliwić czyn Aarona?

Vermoellen też wiedział, w jaki sposób można przypodobać się wpływowym Gdańszczanom i zyskać ich względy.  „Goldwasser” przyniosła mu duże korzyści materialne i otworzyła wejście na gdańskie salony, lecz splamiła jego szatę ucznia Chrystusa. Ironiczne opinie o niektórych mennonitach produkujących i sprzedających guziki dla zysku, chociaż uważali je za bezbożny zbytek i sami swoje ubrania wiązali wstążkami – to przykład swego rodzaju ujmy, jaką tego rodzaju chrześcijanie sprawiają Ewangelii.

Pokusa popularności i chęć spodobania się ludziom jest wielka. W niejednym chrześcijaninie wywołuje spore napięcie. A nie przypodobywajcie się temu światu [Rz 12,2 wg Biblii Gdańskiej]. Holender Vermoellen musiał znać to biblijne wezwanie. Nie dawajcie zgorszenia ani Żydom, ani Grekom, ani zborowi Bożemu [1Ko 10,32] – czytamy i dzisiaj. Prowadźcie wśród pogan życie nienaganne, aby ci, którzy was obmawiają jako złoczyńców, przypatrując się bliżej dobrym uczynkom, wysławiali Boga w dzień nawiedzenia [1Pt 2,12]. Ludzie wygadywali i wygadywać będą o wierzących niestworzone rzeczy. Chodzi o to, aby owe pomówienia nie miały uzasadnienia w rzeczywistości.

Bóg powołał nas do świętości. Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy Pana [Hbr 12,14]. Albowiem nie powołał nas Bóg do nieczystości, ale do uświęcenia [1Ts 4,7]. Jestem dumny z wielu braci mennonitów, którzy wydali w Gdańsku i na Żuławach wspaniałe świadectwo wiary i pobożnego życia. „Goldwasser” Vermoellena zacienia nieco to świadectwo, lecz go bynajmniej nie przekreśla! Mnie osobiście wręcz „podkręca” do tego, abym trwał wiernie przy Panu Jezusie i codziennie kroczył drogą uświęcenia aż On przyjdzie i zabierze mnie do Siebie.

06 sierpnia, 2014

To nie miejsce dla koziołka

Wczoraj wieczorem miałem dość nietypowe przeżycie. Przez bramę, jak co dzień szeroko otwartą, wszedł na posesję Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE młody koziołek sarny. Mogłoby się wydawać, że w odległości 2 kilometrów od Starówki - to w Gdańsku bardzo urocze zdarzenie. Tymczasem  niezwykłość odwiedzin koziołka oznaczała dla mnie sporo trudu. Jedynym bowiem, słusznym podejściem do sprawy, było ponowne skierowanie zwierzaka do otwartej bramy, aby sobie poszedł, skąd przyszedł.

Obecność dzikich zwierząt w mieście, a już niemal codziennie widuję tutaj lisy i sarny, że o dzikach niedawno chodzących po gdańskich osiedlach nie wspomnę, to skutki błędnego podejścia współczesnego człowieka do przyrody. Biblia nie zachęca do koegzystencji człowieka i dzikich zwierząt. Wręcz przeciwnie, wskazuje na konieczność panowania nad ich ilością, aby nie zagroziły bezpieczeństwu człowieka. Chodzi o odmienność natur, których nie należy łączyć.

Można to zobaczyć na przykładzie procesu osadzania Izraelitów w Ziemi Obiecanej. Nie wypędzę go przed tobą w jednym roku, aby ziemia nie stała się pustkowiem i nie rozmnożył się zwierz dziki przeciwko tobie. Powoli będę ich wypędzał przed tobą, aż się tak rozmnożysz, iż będziesz mógł objąć tę ziemię, dziedzictwo twoje [2Mo 23,29-30]. Innymi słowy, człowiek ma panować nad przyrodą i utrzymywać ją w takim stanie, aby była dla niego pożyteczna, a nie zagrażająca jego zdrowiu lub życiu.

Ucieszyłem się, że okazały koziołek - choć wywołał swoją wizytą spore poruszenie - po jakimś czasie pobiegł sobie, gdzie go oczy poniosły. Udało się. Wszystko znowu wróciło do normy. Wprawdzie wyobraźnia podpowiadała przez chwilę sielankowy widok koziołka pośród "owieczek" na zielonej trawce, ale szybko musiała ustąpić realiom życia. Człowiek nie pasuje bowiem do dziko żyjących saren, a sarny nie integrują się z człowiekiem.

Gdy zasypiałem, przemknęła mi myśl, że aby uniknąć podobnych problemów w przyszłości, może należałoby nieco bardziej przymykać bramę... Ależ nie! Brama Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE pozostawać będzie nadal otwarta.  Jest po to, aby przychodzili przez nią do nas ludzie. Zapraszamy!

Kto ma uszy, niechaj słucha, co Duch mówi do zborów. 

04 sierpnia, 2014

Bóg skrojony na ludzką miarę

Nie od dziś mamy w szeregach chrześcijańskich ludzi, którzy z miną eksperta opisują Boga. Zdają się wiedzieć jak Bóg myśli i co lubi. Wkładają w usta Boże dziwne słowa i przypisują Mu – niczym w starożytnej mitologii – ludzkie cechy. Na przykład, w ostatnich latach modne stało się powiedzonko, że Bóg ma poczucie humoru. Mówią tak i piszą o Bogu, a może raczej powtarzają po innych - najróżniejsi chrześcijanie chyba nie bardzo rozumiejąc, co mają na ustach. Dzisiaj jeden z chrześcijańskich liderów młodzieżowych po zakończeniu ogólnopolskiego zgrupowania gimnazjalistów napisał na Facebook’u: Wbijmy sobie to wszyscy do głów BÓG NIE JEST NUDNY! MA POCZUCIE HUMORU i LUBI MOCNY BIT! (z zachowaniem pisowni i interpunkcji).

Pominę to, czy wypada o Bogu pisać, że nie jest nudny i lubi mocny bit. Chcę skupić się dziś na stwierdzeniu, że Bóg ma poczucie humoru. Humor wg słownika języka polskiego to (1) zdolność dostrzegania zabawnych stron życia lub (2) chwilowy stan usposobienia, albo (3) przedstawienie czegoś w zabawny sposób.  Poczucie humoru natomiast, to umiejętność patrzenia na życie w sposób optymistyczny, z dystansem, z humorem. Czy można tego rodzaju ludzkie cechy przypisywać Bogu?

Biblia naucza, że Bóg jest Duchem [Jn 4,24]. Jest Bogiem odwiecznym [Iz 9,5] i po trzykroć świętym [Obj 4,8]. Bóg jest miłością [1Jn 4,8]. Nie zmienia się [Ml 3,6] i nie ulega nastrojom [Jk 1,17]. Jest sprawiedliwy [Iz 45,21].  U kresu tych dni, przemówił do nas przez Syna, którego ustanowił dziedzicem wszechrzeczy, przez którego także wszechświat stworzył. On, który jest odblaskiem chwały i odbiciem jego istoty i podtrzymuje wszystko słowem swojej mocy, dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy majestatu na wysokościach [Hbr 1,2-3]. Jaką podstawę ma stwierdzenie, że Bóg ma poczucie humoru? Biblijną?

Boga nikt nigdy nie widział, lecz jednorodzony Bóg, który jest na łonie Ojca, objawił go [Jn 1,18]. W życiu i służbie Jezusa nie chodziło o to, żeby było zabawnie. Bo ja nie z siebie samego mówiłem, ale Ojciec, który mnie posłał, On mi rozkazał, co mam powiedzieć i co mam mówić. I wiem, że przykazanie jego jest żywotem wiecznym. Przeto, co Ja wam mówię, mówię tak, jak mi powiedział Ojciec [Jn 12,49-50]. Czy komuś może przyjść do głowy coś takiego, że Syna idącego na śmierć Ojciec instruował, aby swą misję wykonywał z poczuciem humoru? On przecież doskonale pełnił wolę Ojca. Niczego innego poza tym, co Mu nakazał Ojciec, nie mówił i nie robił.

Pismo Święte ostrzega nas przed dodawaniem lub ujmowaniem czegokolwiek w stosunku do tego, co Bóg sam o sobie powiedział i objawił. Jest wiele wspaniałych myśli i stwierdzeń o Bogu autoryzowanych przez Niego samego!  Nie ma potrzeby silić się na jakąś dodatkową charakterystykę Najwyższego, zwłaszcza że możemy przy tym bardzo pobłądzić. Wymyślili też synowie izraelscy rzeczy niewłaściwe o Panu, Bogu swoim [2Kr 17,9] - czytamy o Izraelitach. Drży mi serce, bo dzisiejsi wyznawcy Pana czynią podobnie. Z dziwną lekkością gotowi są stwierdzać o Bogu prawie wszystko, byle tylko zachwycić oryginalnością i spodobać się swoim słuchaczom.

Wierzę w Boga i czczę Boga takiego, jakim On jest. Żeby nie było tu żadnych wątpliwości; On objawił się nam w osobie Jezusa Chrystusa i w Piśmie Świętym. Nie ma i nie może być żadnej innej miary Boga. Nie ma tu miejsca na ludzkie fantazje. Jednak od lat ludzie tworzą sobie Boga na swój obraz i swoje wyobrażenie. Prześcigają się w wygadywaniu o Bogu coraz to dziwniejszych rzeczy, podczas gdy Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki [Hbr 13,8].

29 lipca, 2014

Nie łudźcie samych siebie

Wczoraj, 28 lipca 2014 roku miało miejsce dość interesujące wydarzenie. Papież Franciszek odwiedził pastora zielonoświątkowego, Giovanniego Traettino w jego domu w Casercie, a potem spotkał się z kilkusetosobową grupą włoskich zielonoświątkowców w sali gromadzeń tamtejszego zboru Pojednanie. Przemawiając do nich, przeprosił za prześladowania, z jakimi spotykali się ze strony katolików. Wyraźnie też powiedział, że traktuje ich, jako braci w wierze.

Chociaż jako chrześcijanin przynależący do Kościoła Zielonoświątkowego mógłbym czuć się poruszony, a nawet wyróżniony owym niezwykłym gestem zwierzchnika Kościoła Rzymskokatolickiego w stosunku do moich współwyznawców we Włoszech, to jednak odczuwam bardziej obawę niż zadowolenie. Dlaczego?

Trzeba pamiętać, że ruch zielonoświątkowy od wielu lat dynamicznie rozwija się niemal na całym świecie. Skąd biorą się nowi członkowie zborów zielonoświątkowych? W dużym stopniu są to osoby, które wcześniej nominalnie były rzymsko-katolikami. Po zetknięciu się z zielonoświątkowym świadectwem wiary i przeżyciem chrztu w Duchu Świętym, budzą się do życia duchowego. Dość szybko odkrywają też, że się  nie przyszywa łaty z nowego sukna do starej szaty, bo inaczej łata obrywa nowe od starego i rozdarcie staje się większe. Nikt też nie wlewa młodego wina do starych bukłaków, bo inaczej wino rozsadzi bukłaki, i wino i bukłaki zniszczeją. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków [Mk 2,21-22]. Zbory zielonoświątkowe rosną więc, a parafie katolickie w wielu częściach świata maleją.

Zwierzchnik Kościoła Rzymskokatolickiego z pewnością chciałby zatrzymać ten proces. Jak to zrobić? Myślę że seria ostatnich jego spotkań oraz ciepłych wypowiedzi pod adresem zielonoświątkowców i charyzmatyków zmierza w tym właśnie kierunku. Chodzi o wywołanie w katolikach następującej refleksji: Skoro rzeczywiście jesteśmy braćmi w Chrystusie, to jaki sens ma jakakolwiek konwersja?

Warto jeszcze coś innego wziąć pod uwagę. Nieraz już w historii tak bywało, że wielcy tego świata wypowiadali słowa, które można by uznać za ich nawrócenie do Boga, podczas gdy faktycznie nic się w ich życiu nie zmieniało. Na przykład, który z początkujących czytelników Biblii nie cieszył się z "nawrócenia" króla babilońskiego, Nebukadnesara, gdy natrafił na jego słowa: Teraz ja, Nebukadnesar, chwalę, wywyższam i wysławiam Króla Niebios, gdyż wszystkie jego dzieła są prawdą i jego ścieżki są sprawiedliwością. Tych zaś, którzy pysznie postępują, może poniżyć [Dn 4,34]. Wszakże król babiloński nie został prawdziwym czcicielem Jahwe, bo to musiałoby oznaczać dla niego odwrócenie się od wszystkich bóstw czczonych przez Babilończyków. Wyznanie Nebukadnesara świadczy co najwyżej o tym, że do panteonu czczonych bogów po swoim przeżyciu dodał jeszcze i Króla Niebios.

Nie wiem dlaczego, ale od rana brzmią mi w uszach słowa biblijnego proroctwa: Tak mówi Pan: Nie łudźcie samych siebie słowami: Chaldejczycy na pewno od nas odstąpią, gdyż nie odstąpią [Jr 37,9]. Judejczycy spodziewali się, że Babilończycy przestaną im zagrażać. Bóg przez proroka Jeremiasza wyjaśnił, że nawet gdyby udało się synom Izraela odnieść nad nimi zwycięstwo, to i tak zagrożenie z ich strony nie ustanie. Tak w sferze duchowej jest do dzisiaj. Przeciwny ludowi Bożemu duch Wielkiego Babilonu w głębi swej istoty nie zmienia się ani na jotę. Może przybrać postać anioła światłości, wygładzić słownictwo, zaproponować pojednanie, lecz nadal pozostanie duchem bałwochwalczym, sprzeciwiającym się Bogu duchem tego świata. Nie łudźmy samych siebie, że dzieje się coś naprawdę dobrego. Wręcz przeciwnie; Babilon (co nawiasem mówiąc znaczy - zamieszanie) przechodzi do nowej ofensywy i zaczyna siać w szeregach ludzi ewangelicznie wierzących całkiem spory zamęt duchowy. Nie bądźmy naiwni.

Zdumiewa mnie, jak łatwo chrześcijanie ulegają złudzeniom i gotowi są cieszyć się nawet szkodliwymi dla nich, byle tylko miłymi, gestami. Pamiętam jak w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku nasz zbór zielonoświątkowy podczas wieczornego nabożeństwa odwiedził  rzymskokatolicki biskup gdański, Lech Kaczmarek. Jako świeżo nawrócony, odrodzony z Ducha Świętego były rzymsko-katolik, przeżyłem konsternację widząc, jak niektórzy moi współwyznawcy pieli z zachwytu, że taka osobistość nawiedziła nasze skromne progi. Dobrze znałem duchową pustkę bijącą od pachnących kadzidłem szat. Biskup gdański przybył wówczas do zielonoświątkowców wyłącznie w ekumenicznym geście. Następne lata pokazały, że  po tej wizycie nie należało się spodziewać niczego więcej.

Wczorajsze spotkanie papieża z zielonoświątkowcami ma oczywiście swoje znaczenie. Nie łudźmy się jednak, że przez to sprawy idą w dobrym kierunku, bo nie idą. Mamy inny powód do radości: Sprawy Królestwa Bożego mają się dobrze, bo nadchodzi Pan. Marana tha!

28 lipca, 2014

Schowaj mnie

Schowaj mnie pod skrzydła Swe! Ukryj mnie w silnej dłoni Swej! - tak śpiewała podczas niedzielnego nabożeństwa w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE siostra Ludmiła, wierząca wdowa, która miesiąc temu uciekła z trójką dzieci z Donbasu na Ukrainie, gdzie trwa regularna wojna. W obawie o losy osiemnastoletniego syna, którym zaczęli interesować się separatyści, spakowała do walizki najpotrzebniejsze rzeczy, zamknęła mieszkanie i ruszyła w stronę Polski. Na granicy poprosiła o nadanie jej statusu uchodźcy wojennego.

Dowiedziałem się o niej parę dni po tym, jak znalazła się w oddalonym o sto kilometrów od Gdańska ośrodku dla cudzoziemców. Ponieważ zajmowaliśmy się już dwoma innymi rodzinami uchodźców z Ukrainy, od razu było dla mnie jasne, że skoro wdałem się w tę sprawę, to tym bardziej wdowy nie możemy pozostawić bez pomocy. Kto czyta Biblię, wie dlaczego. Tak więc czym prędzej pojechaliśmy po nią.

Wyśpiewywana po rosyjsku modlitwa Ludmiły o Bożą ochronę wróciła dziś do mnie w lekturze Psalmu 27. Bo skryje mię w dzień niedoli w szałasie swoim, schowa mnie w ukryciu namiotu swego [Ps 27,5]. Bijąca z tych słów pewność dziecka Bożego zobowiązuje. Gdybym nie był chrześcijaninem, być może potrafiłbym w tej sytuacji pójść sobie na Jarmark Dominikański  albo wyjechać na "zasłużony" urlop i zapomnieć o sprawie. Lecz jestem sługą Bożym, więc nie potrafię. Dziś jeszcze - chociaż z bólem serca - po wspólnym weekendzie kolejny raz odwieźliśmy Ludmiłę z dziećmi do ośrodka dla cudzoziemców. Ale wiem, że już wkrótce zostaną z nami w Gdańsku. Skąd ta pewność? Bo Pan skryje ich w dniu niedoli i niechby zrobił to - przez nas!

Szukamy dla nich mieszkania. Dziś zobaczyliśmy szansę, że syn Ludmiły zostanie przyjęty na Uniwersytet Gdański i nie zmarnuje roku. Proszę o wsparcie w modlitwie.