20 maja, 2019

Nieprzebaczalność braku przebaczenia

Od wczorajszego poranka chodzą mi po głowie nowe myśli na temat wartości przebaczenia w oczach Bożych. Myślę, że powodem, dla którego biblijny król Dawid został nazwany "mężem według serca Bożego" była właśnie jego wspaniałomyślność w przebaczaniu. Saul wielokrotnie chciał go zabić, a Dawid płakał na jego pogrzebie. Absalom zbuntował się i przejął władzę w Izraelu, a jego ojciec Dawid - pomimo wygnania - wciąż chciał ocalić mu skórę.

Początkowe rozdziały Drugiej Księgi Samuela opowiadają o kolejnych aktach wspaniałomyślności króla Dawida względem jego przeciwników. Takimi ludźmi niewątpliwie był wojownik Abner oraz Iszboszet pretendujący do tronu po śmierci króla Saula, jego ojca. Jednakże Dawid był nastawiony na przebaczenie i pojednanie. Gdy Abner w towarzystwie dwudziestu osobistości przybył do Dawida do Hebronu, Dawid wyprawił ucztę dla niego i dla tych, którzy z nim przybyli [2Sm 3,20]. Również potomek króla Saula był przez Dawida życzliwie traktowany. Dawid nie żywił żadnej urazy do swoich winowajców. Dobrze znał Boga i upodobnił się do Niego, gdyż On jest hojny w odpuszczaniu [Iz 55,7].

Zaobserwowałem, że gniew Dawida wzbudzali nie jego właśni winowajcy, lecz ci, którzy - pomimo dawanego im przykładu - nie potrafili wybaczyć i w szukaniu zemsty starali się dopiąć swego. Widać to w zachowaniu Dawida, gdy jego wojownicy Joab i Abiszaj zabili Abnera [2Sm 3,28-30]. Również gdy nadgorliwcy w trosce o jego powodzenie, Baana i Rekab, przynieśli mu głowę Iszboszeta, Dawid postąpił wobec nich jak najsurowiej. Na podstawie tej historii można nawet powiedzieć, że Dawid nie chciał śmierci tych, którzy zgrzeszyli przeciwko niemu. Uśmiercał natomiast ludzi ziejących zemstą i nie potrafiących odpuścić.

Gdy przynieśli głowę Isz-Boszeta do Dawida do Hebronu, powiedzieli królowi: Oto głowa Isz-Boszeta, syna Saula, twojego wroga, królu, człowieka, który próbował cię zabić. PAN jednak zsyła dziś mojemu panu, królowi, czas pomsty na Saulu i jego potomstwie. A Dawid odpowiedział Rekabowi i jego bratu Baanie, synom Rimmona Beerotczyka: Jak żyje PAN, który wykupił mnie z wszelkiej niedoli, że tego, który mi doniósł o śmierci Saula — a był przekonany, że przyniósł mi dobrą nowinę — kazałem w Siklag pojmać i pozbawić życia. Tak mu wynagrodziłem jego dobrą wiadomość. Czy tym bardziej teraz, gdy wy, niegodziwi ludzie, zabiliście niewinnego człowieka w jego domu, na jego łóżku, nie powinienem pociągnąć was do odpowiedzialności za przelaną krew i usunąć was z ziemi? Po tych słowach Dawid rozkazał swoim wojownikom, aby ich zabili, obcięli im ręce i nogi i powiesili przy stawie w Hebronie [2Sm 4,8-12].

Słowo Boże naucza, że Bóg ma upodobanie w ludziach podobnych do Syna Bożego, który w męce krzyżowej prosił: Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią [Łk 23,34]. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią [Mt 5,7] powiedział wcześniej w Kazaniu na Górze. Nie tylko własnym winowajcom powinniśmy chętnie przebaczać, ale również osobom, które zawiniły wobec innych osób. Jeżeli nie stać nas na taką wspaniałomyślność, to musimy liczyć się z tym, że spotka nas surowsza kara. Nad tym, kto nie okazał miłosierdzia, odbywa się sąd bez miłosierdzia [Jk 2,13].

Dawid chętnie odpuścił swoim winowajcom, surowo natomiast ukarał ludzi, którzy przebaczyć nie chcieli. W ten sposób dobrze wpisał się w myśl Bożą. A gdy stoicie i modlicie się, przebaczajcie, jeśli macie coś przeciwko komuś, aby i wasz Ojciec, który jest w niebie, przebaczył wam wasze wykroczenia. Bo jeśli wy nie odpuścicie, i Ojciec wasz, który jest w niebie, nie odpuści waszych wykroczeń [Mk 11,25].

Jaki z tego wniosek? Boga nie tyle gniewają moje osobiste grzechy i upadki, co bardziej widoczny we mnie brak gotowości do przebaczania innym ludziom. Nieprzejednane serce jest Mu obce. Jeżeli chcę jak Dawid być człowiekiem według serca Bożego - to trzeba mi się nauczyć chętnie przebaczać ludziom. Nawet tym, którzy nie zawinili bezpośrednio przeciwko mnie.

15 maja, 2019

Warto wrócić!

Czytając dzisiaj Pismo Święte natrafiłem na wzmiankę o potomkach Szeli, najmłodszego syna Judy. Niewiele o nich wiemy, ale Biblia przybliża kilka szczegółów na ich temat. Joasz i Saraf, którzy ożenili się w Moabie, ale powrócili do Betlejem. To są dawne wydarzenia. Byli oni garncarzami i mieszkali w Netaim oraz w Gederze. Wykonując prace dla króla, mieszkali przy nim [1Krn 4,22-23 w przekładzie Biblii Poznańskiej].

Po pierwsze, o Joaszu i Sarafie wiadomo, że ożenili się w Moabie, ale powrócili do Betlejem. Żeniaczka z kobietami z obcych narodów była dla Izraelitów wykroczeniem przeciwko Prawu. Bardzo źle skończył król Salomon, który - jak czytamy - pokochał wiele kobiet cudzoziemskich[1Krl 11,1], między innymi Moabitki. Dwaj synowie Noemi żeniąc się w Moabie tam pomarli i już nie wrócili do ziemi judzkiej. Joasz i Saraf popełnili ten sam błąd. Najwidoczniej po przeniesieniu się do Moabu odnieśli jakiś sukces, bo inne przekłady Biblii mówią nawet, że panowali w Moabie. Powodzenie potomków Judy w Moabie nie trwało jednak długo. Nie mogło trwać, bowiem każdy człowiek, który osiąga coś w życiu za cenę złamania zasad Słowa Bożego, musi się liczyć z tym, że jego sukces nie będzie trwały. Bóg najwidoczniej okazał wielką łaskę Joaszowi i Sarafowi. Pomimo ich emigracji matrymonialnej, powrócili do Betlejem.

Tak niestety bywa i dzisiaj z nami, że w swoich planach i dążeniach zapędzamy się gdzieś poza granice Słowa Bożego. Bóg dał nam miejsce na ziemi i wszystko, co jest potrzebne do życia i pobożności, a my szukamy czegoś lepszego. Chwilowo wydaje się nam nawet, że zrobiliśmy dobrze. Cieszymy się swoim nowym miejscem zamieszkania, nową wspólnotą kościelną, nowym gronem towarzyskim, lecz ma to charakter przejściowy. Kto pochodzi z "Betlejem" nie będzie się miał dobrze w "Moabie", nawet jeśli przez jakiś czas czuje się tam jak pan. Na szczęście Bóg w Chrystusie Jezusie jest dla nas łaskawy i nie tylko pozwala nam powrócić, ale serdecznie nas przyjmuje.

Po drugie - jak przeczytałem - Joasz i Saraf dostali się na dwór królewski. Byli garncarzami, którzy w wyniku wykonywania prac na rzecz króla stali się poniekąd jego domownikami. Byli oni garncarzami i mieszkali przy królu w Netaim i Gedera, wykonując zlecone im przez króla prace [1Krn 4,23 w przekładzie Biblii Ewangelicznej]. Nie mogli lepiej trafić. Powrót do ziemi judzkiej okazał się dobrą decyzją.

Również i my, gdy decydujemy się wrócić do miejsca, które wyznaczył nam Pan, możemy liczyć na to, że Bóg przywróci nas do służby i zacznie znowu dawać nam zadania do wykonania. Mało tego. Przyjmie nas i uzna za swoich domowników. Tak więc nie jesteście już obcymi, przybyszami, lecz współobywatelami świętych i domownikami Boga [Ef 2,19]. Czyż coś lepszego może się nam przydarzyć? Dlatego warto wrócić. Nie ma sensu dalej błąkać się gdzieś po "Moabie" nawet jeśli wydaje sie nam, że tam panujemy. Trzeba nam wrócić do kraju, do zboru, do swoich sprawdzonych przyjaciół, do porzuconej służby Bogu, do życia na Jego chwałę.

To, co Biblia mówi o Joaszu i Sarafie - To są dawne wydarzenia - jak głosi zacytowany na wstępie święty tekst. A jednak dawne dzieje są wspaniałą wskazówką dla nas, którzy żyjemy tutaj i teraz. Wszystko bowiem, co przedtem napisano, ku naszej nauce napisano, abyśmy przez cierpliwość i pociechę z Pism mieli nadzieję [Rz 15,4].

13 maja, 2019

Motu Proprio? A Biblia nie wystarczyła?

Podobnie jak większość Polaków, również i ja jestem wzburzony faktami ujawnionymi w filmie braci Sekielskich pt. "Tylko nie mów nikomu". Z bólem w sercu myślę o wielu skrzywdzonych dzieciach, których trauma - jak widać - pomimo upływu wielu lat wciąż trwa. Jeszcze bardziej boli mnie podejście do problemu osób, które mogą skutecznie, i które zdecydowanie powinny temu złu się przeciwstawić. Dlaczego ci ludzie w obliczu tak karygodnego zachowania nie tylko pozostawali bierni, ale nawet je ukrywali?

Dowiedziałem się dziś z wypowiedzi prymasa Wojciecha Polaka, że teraz będzie już dobrze, bo duchowni otrzymali najnowszy dekret papieża Franciszka Motu Proprio (łac. z własnej inicjatywy). "Jest to niezwykle ważny dokument, dzięki któremu wszystkie dotychczasowe wytyczne stają się jednolitym prawem obowiązującym w Kościele katolickim na całym świecie. […] Chciałbym podziękować Ojcu Świętemu za ten bardzo konkretny wyraz troski o Kościół, który nie jest tylko szczególną zachętą, ale daje konkretne narzędzia do bardzo praktycznego działania, które będą musiały być podjęte" - powiedział prymas (źródło: Onet Religia).

Jestem zdumiony. Przecież od zawsze mamy Pismo Święte, które nie tylko nazywa grzech po imieniu ale też wyraźnie poucza, jak od naszych grzechów możemy być zbawieni. Mało tego, udziela również konkretnych wskazówek, co mamy robić dowiadując się o grzechu popełnianym przez innych chrześcijan. Bracia, jeśli człowiek zostanie przyłapany na jakimś upadku, wy, którzy jesteście duchowi, poprawiajcie takiego w duchu łagodności. Uważajcie przy tym na siebie, abyście wy nie ulegli pokusie [Ga 6,1]. Chrześcijanom nie wolno biernie przypatrywać się upadkom współwyznawców. Są zobowiązani do podejmowania konkretnych kroków.

Samo zaistnienie grzechu nawet w środowisku kościelnym nie jest jakimś wielkim zaskoczeniem, bo Biblia mówi, że wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej [Rz 3,23]. Apostoł Paweł oburzył się jednak, dowiadując się, że w jednym ze zborów jawny grzech akceptowano. Słyszy się powszechnie o nierządzie między wami i to takim nierządzie, jakiego nie ma nawet pośród pogan: Oto ktoś żyje z żoną swego ojca! Czym tu się szczycić?! Powinniście raczej zapłakać i usunąć ze swego grona osobę, która tak postępuje. Ja, nieobecny ciałem, obecny tylko duchem, już ją osądziłem, tak jakbym był pośród was. Otóż gdy się zgromadzicie w imieniu naszego Pana Jezusa Chrystusa — i mój duch będzie przy was wraz z mocą naszego Pana Jezusa — wydajcie tę osobę szatanowi, niech zguba dotknie jej ciała, aby duch był uratowany, gdy zjawi się nasz Pan. Wasza pewność siebie jest niezdrowa. Czy nie wiecie, że odrobina zakwasu odmienia stan całego ciasta? [1Ko 5,1-6].

Klasycznym pouczeniem, jak prawidłowo reagować na grzech, są słowa Jezusa, w których widać troskę również o dobro samego grzesznika. Jeśli twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i uświadom mu to w osobistej rozmowie. Jeśli cię posłucha, pozyskałeś swojego brata. Jeśli jednak nie posłucha, udaj się do niego ponownie, tym razem z jeszcze jedną lub dwiema osobami, aby każda sprawa opierała się na zeznaniach dwóch lub trzech świadków. Jeśli i w tym przypadku nie posłucha, przedstaw sprawę wspólnocie kościoła. A jeśli kościoła nie posłucha, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik [Mt 18,15-17].

Bóg też wie, że są ludzie zdolni do oczerniania i składania fałszywych zeznań, na co szczególnie narażeni bywają przywódcy kościoła. Coraz łatwiej jest przypiąć człowiekowi złą łatkę i odebrać mu dobre imię. Dlatego Biblia mówi: Przeciw starszemu nie przyjmuj oskarżeń, chyba że są oparte na zeznaniach dwóch lub trzech świadków [1Tm 5,19]. Jeżeli wszakże czyjś grzech zostanie poświadczony przez kolejne osoby, napominanie go staje się obowiązkiem duszpasterza. Tych, którzy grzeszą upominaj wobec wszystkich, aby i pozostali się bali [1Tm 5,20].

Jak widać, Pismo Święte nie pozostawia nas bezradnymi w sytuacji pojawienia się grzechu. Czytając je, dobrze wiemy, jak dostąpić usprawiedliwienia i oczyszczenia z grzechów. Mamy też pełną jasność, jak powinna wyglądać nasza reakcja na grzech zaobserwowany u innych chrześcijan. Nie potrzebujemy żadnych dodatkowych dekretów ani instrukcji, bo one nie mają mocy odradzania ludzkich serc. Szczęśliwi są raczej ci, którzy słuchają Słowa Bożego i stosują je [Łk 11,28]. Mamy Biblię, a ona całkowicie wystarcza. Wierzymy, że Pismo Święte - Biblia - jest Słowem Bożym, nieomylnym i natchnionym przez Ducha Świętego, i stanowi jedyną normę wiary i życia.

12 maja, 2019

My im też nie jesteśmy na rękę

Kto uważnie czyta Biblię, ten wie, że Bóg chce, abyśmy służyli Mu nie angażując się w realizację pomysłów ludzi bezbożnych. Lud Boży nie powinien też nastawiać się na wsparcie ze strony świata. Oczywiście, Bóg dla dobra swoich dzieci może posłużyć się także ludźmi niewierzącymi, ale chrześcijanie nie powinni sercem wiązać się z nimi poprzez zabieganie o ich pomoc, ani też od tej ich ewentualnej pomocy nie powinni się uzależniać.

Gdy swego czasu król judzki sprzymierzył się z odstępczym królem izraelskim i dał się wciągnąć we wspólną wyprawę wojenną, dostał za to poważne napomnienie. Tymczasem Jehoszafat, król Judy, wrócił do siebie, do Jerozolimy, cało. Wówczas wyszedł mu naprzeciw Jehu, syn Chananiego, jasnowidz, i zwrócił się do króla Jehoszafata w ten sposób: Czy musiałeś pomagać bezbożnemu i dochowywać wierności tym, którzy nienawidzą PANA? Wzbudziłeś tym przeciw sobie oburzenie PANA! [2Kn 19,1-2].

Bardzo ważnym głosem w tym temacie jest postawa przywódców odbudowy świątyni po niewoli babilońskiej. A gdy wrogowie Judy i Beniamina usłyszeli, że wygnańcy odbudowują przybytek PANU, Bogu Izraela, przybyli do Zorobabela oraz do naczelników rodów i zaproponowali: Pozwólcie, że będziemy budować razem z wami, ponieważ podobnie jak wy czcimy waszego Boga i my także składamy Mu ofiary od czasów Asarchaddona, króla Asyrii, który nas tutaj sprowadził. Zorobabel jednak, Jeszua i pozostali naczelnicy rodów Izraela odpowiedzieli: Właściwie nic nas z sobą nie łączy na tyle, byśmy mieli wspólnie budować świątynię dla naszego Boga. My sami chcemy budować ją dla PANA, Boga Izraela [Ezd 4,1-3].

Podczas dzisiejszego czytania Biblii zobaczyłem, że i sami ludzie nie należący do ludu Bożego, nie chcą współpracować z prawdziwymi sługami Bożymi. A książęta filistyńscy ciągnęli setkami i tysiącami, a Dawid i jego ludzie ciągnęli na końcu z Akiszem. Książęta filistyńscy zapytali: Po co tutaj ci Hebrajczycy? Akisz odpowiedział książętom filistyńskim: Czyż to nie jest Dawid, sługa Saula, króla Izraela, który był przy mnie przez te dni, nawet przez te lata, a nie znalazłem w nim żadnej winy od tego dnia, kiedy zbiegł do mnie, aż po dziś dzień? Lecz książęta filistyńscy rozgniewali się i powiedzieli mu: Odpraw tego człowieka i niech wróci do swego miejsca, które mu wyznaczyłeś. Niech nie idzie z nami do bitwy, aby w czasie walki nie stał się naszym przeciwnikiem [1Sm 29,2-4]. Może i zwykli wojownicy chcieliby towarzystwa Dawida, ale ich książęta uznali go za personę non grata.

Jaki z tego wniosek? Ludzie odrodzeni duchowo i żyjący na co dzień z Jezusem powinni wykonywać dzieła Boże bez wchodzenia w związki i sojusze ze światem. Mamy kierownictwo Ducha Świętego, aby wiedzieć co, gdzie, kiedy i jak należy robić. Mamy też Wszechmogącego Pana, który potrafi zaspokoić wszelkie nasze potrzeby i wyposażyć nas odpowiednio do zleconych nam przez Niego zadań. Przestańcie wprzęgać się w nierówne jarzmo z niewierzącymi. Cóż za towarzystwo sprawiedliwości z bezprawiem? Co za wspólnota światła i ciemności? Co za harmonia między Chrystusem a Beliarem? Gdzie część wspólna wierzącego z niewierzącym? Jaka zgoda między przybytkiem Boga a bóstwami? [2Ko 6,14-16]. Przypadek z Dawidem uświadamia nam, że ludziom bezbożnym faktycznie nasza obecność też nie jest na rękę. Gdybyście byli ze świata, świat kochałby was jako swoją własność; ponieważ jednak nie jesteście ze świata, ale Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi [J 15,19] - powiedział Jezus.

Niedawno przeczytałem gdzieś na FB kilka luźnych myśli uczestnika pewnej głośnej konferencji chrześcijańskiej. Był podekscytowany, więc sformułował parę wniosków i podzielił się nimi ze znajomymi. Dowiedział się na tej konferencji między innymi tego, że "jeżeli ktoś nie ma w świecie przyjaciół, to znaczy, że nie jest naśladowcą Chrystusa". Jak to skomentować? Najlepiej słowami samej Biblii: Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga [Jk 4,4].

Posłuszeństwo Słowu Bożemu w poruszonej tu kwestii ma swoją cenę. Czasem już sam brak zaproszenia do współpracy może osoby niezaproszone na tyle poirytować, że zaczną występować przeciwko nam. Coś takiego zdarzyło się biblijnemu Jefcie. Potem zebrali się Efraimici, ruszyli na północ i rzekli do Jefty: Dlaczego wyruszyłeś na wojnę z Ammonitami a nas nie wezwałeś, abyśmy z tobą poszli? Toteż spalimy twój dom razem z tobą [Sdz 12,1]. Skąd w nich aż tak silna niechęć? To już temat na inne rozważanie...

10 maja, 2019

Po co starsi ludzie w kościele?

W trakcie przygotowywania wykładu początkowych wersetów Drugiego Listu św. Pawła do Tymoteusza, naszła mnie silna myśl o potrzebie utrzymywania wielopokoleniowego charakteru wspólnoty chrześcijańskiej. W kulturze Zachodu od dawna obserwujemy dążenie młodych ludzi do jak najszybszego oddzielania się i zamieszkiwania na własną rękę, z dala od rodziców. Również w środowiskach chrześcijańskich rośnie moda na dobieranie się w grupach rówieśniczych. W obrębie lokalnych społeczności powstają 'kościoły' dziecięce, młodzieżowe, akademickie lub skupiające ludzi np. o określonym stylu życia. Tymczasem chrześcijanin na każdym etapie swojego rozwoju i służby bardzo potrzebuje bliskiego towarzystwa braci i sióstr w różnym wieku. Pomiędzy ludźmi wierzącymi zróżnicowanymi wiekowo, ale i społecznie, z racji wspólnoty wiary w Chrystusa wytwarza się silna więź duchowa, która dla wszystkich ma niebagatelne znaczenie.

Zobaczmy to na przykładzie relacji, jakie łączyły apostoła Pawła z jego duchowym synem, Tymoteuszem. Pod względem wieku różnili się może tylko o niecałe dwadzieścia lat, lecz pod względem poznania Boga i doświadczenia w służbie, Paweł był dla Tymoteusza - jak dobry ojciec - prawdziwym autorytetem. Tymoteusz u boku apostoła Pawła uczył się posługi duchowej i nabierał pojęcia o tym, jak ma wyglądać chrześcijańskie życie w różnych jego aspektach. Zżyli się przy tym ze sobą do tego stopnia, że gdy nadeszła chwila rozstania, Tymoteusz nie był w stanie powstrzymać łez. Nawet tak zahartowany sługa Boży, jak Paweł, nie ukrywał tęsknoty za wzajemnym spotkaniem. Pragnę cię zobaczyć. Nie mogę zapomnieć twoich łez. Tęsknię więc za radością spotkania z tobą [2Tm 1,4]. Postaraj się przyjść do mnie jak najszybciej [2Tm 4,9] - pisał do Tymoteusza z Rzymu.

'Ojciec' Paweł nie cieszył się, że jego duchowy potomek został w Efezie wreszcie na swoim. Umiłowany syn Tymoteusz nie cieszył się, że ojca poniosło gdzieś na krańce świata i nie będzie się już wtrącał w jego nowoczesne metody prowadzenia kościoła. Wprost przeciwnie. Pragnęli razem służyć Bogu, czerpiąc od siebie nawzajem mądrość, zbudowanie i zachętę. Pamiętam ile dla mnie znaczył czas spędzany ze starszymi ode mnie w wierze braćmi z Gdańska. Chwil, gdy jako młodzieniec mogłem rozmawiać z sędziwym już wtedy pastorem Sergiuszem Waszkiewiczem, zrównoważonym i serdecznym Bolesławem Kudzinem, czy też płomiennym kaznodzieją Janem Krauze - tych chwil nie da się przecenić. Chłonąłem ich mądrość życiową, oddanie sprawie Bożej i prostotę. Chciałem jak oni służyć Chrystusowi Panu. Z drugiej strony, gdy jako dwudziestokilkuletni duszpasterz trafiłem do wiejskiego zboru składającego się niemal z samych wiekowych już braci i sióstr, widziałem radość na ich twarzach, że młody kaznodzieja z Gdańska zechciał do nich przyjechać na głęboką wieś, by im służyć. Młodzi chrześcijanie potrzebują starszych, a starsi młodych.

Dlaczego dzisiaj w wielu miejscach powstają zbory grupujące niemal wyłącznie ludzi młodych? Przecież nie dlatego, że młodzi bracia i siostry w Chrystusie uznali starsze osoby za niepotrzebne we wspólnocie Kościoła. W coś takiego nie mógłbym uwierzyć. Może więc dlatego, że gdzieś w rozpędzie życia i chęci szybkiego spełnienia najlepszych swoich marzeń o kościele, niektórym młodym liderom zabrakło świadomości, jakim skarbem wspólnoty chrześcijańskiej są starsi wiekiem i stażem członkowie zboru? Może gdzieś uleciało ich uwadze, że oddzielając się w celu zbudowania kościoła na miarę XXI wieku, niechcący sprawili przykrość braciom i siostrom służącym Bogu od czasów minionego stulecia?

Nie chcę powiedzieć, że zbór młodzieżowy to jakieś zło w kościele. Chcę jednakże w imieniu starszych osób poprosić młodych wiekiem wierzących, abyście nie zostawiali nas sobie samym, bo - jak Paweł Tymoteusza - tak my pragniemy widywać się z wami. Chcemy cieszyć się waszym zbawieniem i waszymi osiągnięciami w pracy dla Pana, ale też - przynajmniej od czasu do czasu - byłoby nam miło zobaczyć, że i wy cenicie sobie nasze towarzystwo. Potrzebujemy siebie nawzajem. Trzeba nam zadbać o utrzymanie wielopokoleniowego charakteru zboru. Trzeba tak organizować codzienne życie i działalność wspólnoty, aby dobrze się w niej czuły osoby z każdej grupy wiekowej.

Po co nam dzieci i młodzież w kościele? Aby starsi wiekiem chrześcijanie mieli komu przekazać  najlepszą swą wiedzę i doświadczenie w pracy Pańskiej. Aby sędziwi bracia cieszyli się widokiem dorastających następców w służbie. Aby wkładali na nich ręce i błogosławili świeżość ich podejścia do każdej dziedziny działalności Kościoła. Po co nam starsi ludzie w kościele? Ażeby nam mówić, że źle się ubieramy albo może marudzić, że za głośno gramy? Z pewnością nie po to, chociaż czasem i takie uwagi zdarzy się nam usłyszeć. Przede wszystkim wszakże potrzebujemy możliwie często i blisko przebywać w towarzystwie siwych głów po to, aby ochronić siebie samych przed duchową pychą i złudzeniem, że jakoby dopiero od nas zaczynał się w kraju kościół dobrze pojmowany i na czasie. Starsi ludzie w kościele są nam potrzebni, bo ich obecność umożliwia młodszym ćwiczenie się w uległości, do czego wzywa przecież Słowo Boże. Sędziwi chrześcijanie mają też być beneficjentami braterskiej troski i miłości młodszych wiekiem i stażem naśladowców Chrystusa.

Jako starszy już wiekiem chrześcijanin proszę: Nie zostawiajcie nas samych. Nie wyjeżdżajcie wciąż na konferencje i rozmaite imprezy, których coraz więcej w różnych częściach kraju. Bądźcie z nami na niedzielnym nabożeństwie. Ono może jest mniej atrakcyjne pod względem muzycznym i merytorycznym niż konferencja, na która jesteście zaproszeni, ale przecież i tutaj jest z nami Pan Jezus w Duchu Świętym. Nie zostawiajcie nas wciąż w ostatnią noc roku, byśmy w gronie starszych osób wchodzili w Nowy Rok. Pragniemy takie chwile przeżywać razem z wami. Pokażmy światu, że zbór chrześcijański funkcjonuje tak, jak kochająca się rodzina, w której czas z rodzicami lub dziadkami jest nie tylko wartościowy ale i piękny, a czas z dziećmi i wnukami to najsłodsze chwile, jakie mogą nam się zdarzyć pod słońcem.

Pisząc powyższe słowa dostałem e-mailową reklamę ze znamiennym  hasłem: "Siwe włosy to już przeszłość". Nieprawda. W kościele siwe włosy zawsze będą mile widziane i na czasie.

04 maja, 2019

Jesteś, kim jesteś tutaj i teraz!

O klasie człowieka świadczy jego zachowanie. Lecz nie jakieś tam jego czyny sprzed lat, a to, jak się zachowuje tutaj i teraz. Znam ludzi, którzy opowiadają niezwykłe historie ze swojego życia i w szczegółach malują barwny obraz samego siebie. Najczęściej jednak albo miało to miejsce przed laty, albo działo się na tyle daleko, że słuchacze nie mają jak upewnić się o prawdziwości przedstawianych im wydarzeń. Zresztą nawet nie odczuwają takiej potrzeby, bo charyzmatyczny mówca opowiada o sobie tak sugestywnie i na tyle przekonująco, że nawet nie przychodzi im do głowy, aby sprawdzać zgodność jego słów z rzeczywistością. Tak narodził się niejeden mit wielkiego podróżnika, ewangelisty, misjonarza, uzdrowiciela itp.

Naszła mnie dziś taka refleksja, bo czytając rankiem Biblię natrafiłem na niecodzienne, bardzo nietypowe wyznanie apostoła Pawła: Gdybym bowiem chciał się chlubić, nie byłbym głupi, bo powiedziałbym prawdę. Powstrzymuje się jednak, aby ktoś nie myślał o mnie ponad to, jakim mnie widzi albo co ode mnie słyszy [2Ko 12,6]. Ów sługa Jezusa Chrystusa miał do opowiedzenia wiele prawdziwych historii z własnego życia. Potrafił jednak opanować tę ciągotkę i nie zajmował ludziom czasu prezentowaniem samego siebie.

Zarówno w oczach Bożych jak i w zborze Pańskim liczy się to, kim jesteśmy tutaj i teraz. Jaką korzyść mają ludzie z opowieści o cudownych uzdrowieniach, jeśli ich bohater przed chwilą przyjął kolejną dawkę lekarstwa i po nabożeństwie umawia się na wizytę do miejscowego lekarza? Jaką wartość ma świadectwo o umartwianiu Duchem spraw ciała, gdy jego autor po nabożeństwie do granic nieprzyzwoitości folguje sobie za stołem któregoś z jego słuchaczy? Można przedstawić ludziom wiele interesujących i budujących historyjek na swój temat, a oni i tak będą potem chcieli zobaczyć, jakimi jesteśmy z bliska.

Przekonuje mnie postawa apostolska. Wolę, aby ktoś nie przykładał do mnie miary nie odpowiadającej temu, co u mnie widzi lub co ode mnie słyszy, i nie łączył mnie z nadzwyczajnością objawień, jak to jest oddane w przekładzie Biblii Ewangelicznej. Faktycznie jestem, kim jestem tutaj i teraz, a nie kimś z opowieści, zwłaszcza jeśli miałyby to być opowieści mojego własnego autorstwa.

26 kwietnia, 2019

Koszty łączenia miłości z dyscypliną

Czytałem dziś w Biblii opowieść o tym, jak swego czasu Izraelici dyscyplinowali jedno z ich plemion za niegodziwość, którego się w nim dopuszczono. Końcowe rozdziały Księgi Sędziów opisują skomplikowany proces wymierzania kary Beniaminitom przez ich współbraci, zapoczątkowany wspólną naradą. W Izraelu dopuszczono się bowiem wielkiej niegodziwości, haniebnego czynu! A teraz wy wszyscy synowie Izraela, dajcie sobie odpowiedź i radę, jak w związku z tym postąpić. Wtedy cały lud powstał jak jeden mąż: Nikt z nas nie pójdzie do swojego namiotu i nikt nie wróci do swojego domu - postanowili. - Postąpimy tak: Ruszymy na Gibeę za wskazaniem losu [Sdz 20,6-9].

Troska o sprawiedliwość i ład społeczny w szeregach synów Izraela okazała się niełatwym zadaniem. Beniaminici nie tylko nie chcieli się ukorzyć, ale stanęli do walki. Dwukrotnie pobili braci z innych plemion, którzy odważyli się ich dyscyplinować. Koszty tej operacji okazały się bardzo wysokie. Tysiące osób poniosło śmierć. Jednakże - o, dziwo! - ostatecznie ukarane plemię Beniamina natychmiast stało się w Izraelu obiektem empatii. Żałowali więc potomkowie Izraela swojego brata Beniamina. Powtarzali: Dzisiaj zostało odcięte jedno plemię od Izraela. Co zrobimy dla tych pozostałych? [Sdz 21,6-7]. Wszystkim zależało na tym, aby Beniaminici nadal należeli do społeczności izraelskiej. Znowu zaczęli się więc naradzać, tym razem w celu ułatwienia im powrotu do normalnych relacji. I naprawdę pomogli potomkom Beniamina ponownie włączyć się w życie narodu.

Ostra reakcja na zaistniałe zło była jak najbardziej stosowna. Niemniej ważne i zasadne było okazanie miłości. Takich postaw Bóg oczekuje również w Kościele. Miłość i dyscyplina mają iść w parze, z jednej strony chroniąc zbór od zepsucia, a z drugiej od bezdusznej surowości. Dobrym przykładem służy nam postawa apostoła Pawła względem apostoła Piotra. Gdy jednak Kefas przybył do Antiochii, otwarcie mu się przeciwstawiłem, dlatego, że zawinił. Otóż zanim pojawiły sie osoby z otoczenia Jakuba, jadał razem z poganami. Po ich przybyciu natomiast zaczął ich unikać z obawy przed zwolennikami obrzezania. W tej dwulicowości dołączyli do nich również inni Żydzi. Nawet Barnaba dał się wciągnąć w ich obłudę. Gdy zauważyłem, że postępują niewłaściwie, wbrew prawdzie dobrej nowiny, powiedziałem do Kefasa wobec wszystkich: Jeśli ty, będąc Żydem, żyjesz również po pogańsku, a nie tylko po żydowsku, to dlaczego zmuszasz pogan do życia wyłącznie po żydowsku? [Ga 2,11-14]. Kto czyta Biblię, ten wie, że zaistniałe napięcie nie zaważyło jednak na ich dalszych relacjach braterskich i nie ustawiło ich przeciwko sobie.

Miłość do braci w Chrystusie nieraz nakazuje nam zająć stanowisko, które w pierwszym odczuciu może być zrozumiane jako brak miłości. Napominanie nigdy przecież nie jest przyjemne i rodzi naturalny sprzeciw. Wszakże zaniechanie dyscypliny w imię miłości byłoby błędem prawdziwym. Izraelici słusznie zrobili, że przystąpili do dyscyplinowania plemienia Beniamina. Rodzice słusznie robią, gdy kochając swoje dziecko, z bólem serca poddają je dyscyplinie, jednocześnie zapewniając je o swojej miłości. Sama dyscyplina mogłaby uśmiercić je emocjonalnie. Sama miłość, bez dyscypliny, stałaby się pożywką dla ich egoizmu, nieposłuszeństwa Bogu i niewiary.

Mądrzy kochający rodzice dyscyplinują swe dzieci nie bacząc, że na ich wdzięczność trzeba będzie poczekać nawet kilkadziesiąt lat. Prawdziwi bracia i siostry w Chrystusie reagują na zaobserwowane w kościele zło, chociaż wiedzą, że trzeba będzie za to słono zapłacić, bo nikt nie lubi być napominanym. Nie zrażają się tym jednak i nadal szukają dobra dla tych, którym się przeciwstawili...

24 kwietnia, 2019

To przynosi nam ujmę

Parę dni temu dowiedziałem się, że rada jednego z kościołów mniejszościowych, z przymiotnikiem "ewangeliczni" w nazwie, wyrokiem świeckiego sądu z końcem kwietnia 2019 roku ostatecznie pozbawia zbór w dużym mieście miejsca jego dotychczasowych zgromadzeń. Czarę goryczy przepełnia fakt, że ów zbór przed laty wielkim wysiłkiem, na gruncie zakupionym za prywatne pieniądze rodziców i siostry pastora, wybudował dla siebie rzeczony dom zborowy i od ponad trzydziestu lat go użytkował oraz się o niego troszczył. Gdy swego czasu cała ta lokalna wspólnota postanowiła usamodzielnić się i na własną rękę pracować na rzecz Królestwa Bożego, rada kościoła zaczęła żądać zwrotu nieruchomości, która formalnie jest jej przypisana na mocy przyjętych niegdyś kościelnych zapisów prawnych.

Nie od dziś znam problem, ale dotychczas publicznie milczałem w tej sprawie ufny, że ewangelicznie wierzący bracia pójdą po rozum nie do własnej głowy, ale do Biblii. Rozumiem, że zgodnie z literą obowiązującego prawa nieruchomość zborowa jest własnością kościoła jako całości. Lecz ta nieruchomość w ogóle by nie powstała, gdyby nie lokalny zbór, który własnym wysiłkiem organizacyjnym dla własnych potrzeb fizycznie ją stworzył. Wystarczy spojrzeć na sprawę w duchu ewangelii Chrystusowej. Nauka apostolska głosi: W ogóle, już to przynosi wam ujmę, że się z sobą procesujecie. Czemu raczej krzywdy nie cierpicie? Czemu raczej szkody nie ponosicie? Tymczasem wy sami krzywdzicie i szkodę wyrządzacie, i to braciom [1Ko 6,7-8].

Jestem głęboko zasmucony. Znam i miłuję braci po jednej i po drugiej stronie tego konfliktu. To co ma miejsce, przynosi nam ujmę. Zbór pozbawiony swojego miejsca zgromadzeń przetrwa. Mogę tak o nim myśleć, bo nie popadł w żadną herezję lub niemoralność. Jego członkowie nadal będą się zgromadzać. Na miarę swych możliwości wciąż będą służyć Bogu i ludziom, bo wynika to z ich wiary oraz miłości do Chrystusa Pana. Obawiam się jednak, że nasz Pan, jako Głowa Kościoła, nie pozostawi tak tej sprawy. Dlatego ze względu na miłość i łaskę naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa, zachęcam do zwykłej życzliwości, nawet jeśli zdaniem niektórych ta grupa chrześcijan postąpiła kiedyś niewłaściwie. Wciąż przecież można odstąpić od egzekwowania litery prawa i okazać braterską wspaniałomyślność.

Jeśli więc w Chrystusie jest jakaś zachęta, jakaś pociecha miłości, jakaś wspólnota Ducha, jakieś współczucie i zmiłowanie, dopełnijcie radości mojej i bądźcie jednej myśli, mając tę samą miłość, zgodni, ożywieni jednomyślnością. I nie czyńcie nic z kłótliwości ani przez wzgląd na próżną chwałę, lecz w pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie. Niechaj każdy baczy nie tylko na to, co jego, lecz i na to, co cudze. Takiego bądźcie względem siebie usposobienia, jakie było w Chrystusie Jezusie, który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej [Flp 2,1-8].

19 kwietnia, 2019

Dlaczego Wieczerza Pańska jest tak ważna?

Wieczerza Pańska została ustanowiona przez Jezusa Chrystusa podczas święta Paschy, rokrocznie obchodzonego przez Żydów na wspomnienie ich cudownego uwolnienia z niewoli egipskiej. Tajemnicą cudownego ocalenia Izraelitów owej nocy od śmierci był baranek paschalny. Zgodnie z wolą Bożą miał on być spożywany w czasie ostatniej plagi egipskiej, a jego krwią należało naznaczyć wejścia do izraelskich domów.

Zachowanie życia w tamtych okolicznościach wymagało czynnej wiary. Kto posłuchał i pokropił odrzwia swego domu krwią baranka, tego pierworodni domownicy ocaleli i wszyscy cieszyli się życiem. Kto zlekceważył Słowo Boże i nie oznakował swych drzwi krwią, ten miał wizytę anioła śmierci i rozpacz w domu.

Jak przebiegała typowa wieczerza paschalna na pamiątkę tamtych wydarzeń? Prowadzący na początku brał do ręki kielich z winem, ogłaszał błogosławieństwo tzw. kidusz, wypijał wino i dawał pozostałym do wypicia. Potem brano gorzkie zioła moczone w sosie owocowym. Był to także czas  na wyjaśnienie znaczenia paschy. Śpiewano też któryś z psalmów (od 113 do 118). Zasadniczą wieczerzę paschalną Żydzi zaczynali łamaniem chleba. Pili drugi kielich wina i jedli baranka oraz chleb bez kwasu. Kiedy skończyli wieczerzę prowadzący brał trzeci kielich, wypijali go po modlitwie i śpiewali kolejny hymn ze wspomnianego zakresu psalmów. Po śpiewaniu wypijali czwarty kielich podkreślając w ten sposób swą nadzieję na udział w chwale przyszłego królestwa Izraela.

W czasie swojej ostatniej wieczerzy paschalnej Jezus nadał nowe znaczenie dwóm elementom: przaśnikom i trzeciemu kielichowi. Powiedział  o chlebie: To jest ciało moje,  za was wydane; to czyńcie na pamiątkę moją(1Ko 11,24). Podając trzeci kielich powiedział: Ten kielich, to nowe przymierze we krwi mojej; to czyńcie ilekroć pić będziecie na pamiątkę moją (1Ko 11,25). Tak jest do dzisiaj. Chleb reprezentuje ciało Jezusa Chrystusa jako Baranka Bożego. Wino w Wieczerzy Pańskiej reprezentuje krew Jezusa Chrystusa jako Baranka Bożego, który gładzi grzech świata. Warto tu dodać, że w symbolice żydowskiej wino reprezentuje zarówno krew jak i radość.

W zrozumieniu głębi wymowy Wieczerzy Pańskiej może być bardzo pomocny obraz tradycyjnych zaślubin żydowskich. Gdy młody Izraelita zakochał się w kobiecie – wówczas ojcowie organizowali uroczystość zawarcie kontraktu ślubnego. Aktem, który cementował miłość i związywał Oblubienicę z Oblubieńcem na zawsze była chwila, gdy on podawał jej kielich z winem i mówił: "Wino, które jest w tym kielichu reprezentuje moją krew. Jeżeli ją wypijesz, będziesz moją. Będziesz mi na zawsze poślubioną". Jeżeli ona wzięła ten kielich i z tego kielicha wypiła, to stawali się małżeństwem.

W Wieczerzy Pańskiej mamy wyraźny akt duchowych zaręczyn Syna Bożego z Kościołem. Podając kielich swym uczniom, Jezus symbolicznie zaoferował im związanie się z Nim na zawsze na wzór małżeństwa. Apostołowie znali ten obyczaj żydowski i nie mogli tego inaczej rozumieć. Jak niegdyś Izrael był małżonką Jahwe, tak Kościół jest Oblubienicą Chrystusa, związaną z Nim prawnym kontraktem ślubnym. Wskazują na to słowa Pisma Świętego: Zabiegam bowiem o was z gorliwością Bożą; albowiem zaręczyłem was z jednym mężem, aby stawić przed Chrystusem dziewicę czystą [2Ko 11,2].  Każdy, kto dzisiaj w akcie Wieczerzy Pańskiej pije z kielicha Pańskiego – daje świadectwo, że przyjął oświadczyny PANA i jest z Nim związany dozgonnym węzłem.

Tak było z izraelskimi zaślubinami. Po wypiciu wina z kielicha podanego przez oblubieńca  narzeczona była mu poślubiona. Od tego momentu należała tylko do niego. Zgodnie ze Słowem Bożym złamanie tych ślubów było w Izraelu karane śmiercią. Pomimo tego, że oblubieniec jeszcze nie mieszkał z oblubienicą, to już była ona zobowiązana do dochowania mu całkowitej wierności. Stąd rozterka Józefa po otrzymaniu informacji, że Maria – z którą byli już związani  takim kontraktem - jest w ciąży. Dopiero, gdy otrzymał objawienie w tej sprawie uspokoił się i w stosownym czasie przyjął Marię do przygotowanego już domu.

Udział w Wieczerzy Pańskiej zobowiązuje do wierności Panu. Nie możecie pić kielicha Pańskiego i kielicha demonów; nie możecie być uczestnikami stołu Pańskiego i stołu demonów. Albo czy chcemy Pana pobudzać do gniewu? Czyśmy mocniejsi od niego? [1Ko 10,21-22].  Stąd przestroga, którą często powtarzamy za apostołem: Niechże więc człowiek samego siebie doświadcza i tak niech je z chleba tego i z kielicha tego pije. Albowiem kto je i pije niegodnie, nie rozróżniając ciała Pańskiego, sąd własny je i pije. Dlatego jest między wami wielu chorych i słabych, a niemało zasnęło. Bo gdybyśmy sami siebie osądzali, nie podlegalibyśmy sądowi. Gdy zaś jesteśmy sądzeni przez Pana, znaczy to, że nas wychowuje, abyśmy wraz ze światem nie zostali potępieni [1Ko 11,28-32]. Wspaniałe to i chwalebne być w związku z Panem Jezusem Chrystusem! Jednocześnie jednak jest to bardzo odpowiedzialna pozycja, domagająca się wygaszenia wszelkich duchowych przyjaźni i związków ze światem.

Powróćmy do ilustracji kontraktu ślubnego. Po wypiciu wina z kielicha zaręczynowego oblubieniec odchodził, by przygotować dom do wspólnego zamieszkania, a oblubienica pozostawała w oczekiwaniu na dzień, gdy po nią przyjdzie, aby zabrać ją do siebie. Oblubieniec przygotowywał dom pod okiem ojca, który był doświadczony i wiedział, co oblubienicy będzie potrzebne. Gdy ojciec stwierdzał, że wszystko było już należycie przygotowane – wysyłał syna po oblubienicę. Wtedy oblubieniec powracał po swą narzeczoną, zabierał ją do przygotowanego domu i tam – znowu podawał jej kielich z winem. Był to wino ich radości. Pili z niego razem - symbolicznie kończąc czas rozstania.

Na tę radość wskazał Pan uczniom, ustanawiając Wieczerzę Pańską. Potem wziął kielich, podziękował, dał im i pili z niego wszyscy. I rzekł im: To jest krew moja nowego przymierza, która się za wielu wylewa. Zaprawdę powiadam wam, nie będę już odtąd pił z owocu winorośli, aż do owego dnia, gdy go będę pił na nowo w Królestwie Bożym. A gdy odśpiewali hymn, wyszli na Górę Oliwną [Mk 14, 23-26]. To prawda. Przed Oblubienicą Chrystusową wspaniała przyszłość – czwarty kielich z winem radości!

Niechaj się nie trwoży serce wasze; wierzcie w Boga i we mnie wierzcie! W domu Ojca mego wiele jest mieszkań; gdyby było inaczej, byłbym wam powiedział. Idę przygotować wam miejsce. A jeśli pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście, gdzie Ja jestem, i wy byli [J 14,1-3]. I wy teraz się smucicie, lecz znowu ujrzę was, i będzie się radowało serce wasze, a nikt nie odbierze wam radości waszej [J 16,22]. Czeka nas niekończąca się radość w niebie.

Dlaczego Wieczerza Pańska jest tak ważna? Bo mówi, że jesteśmy w związku z samym Panem! Zawarliśmy Przymierze z Synem Bożym Jezusem Chrystusem. On  ofiarował się dla nas. Przelał za nas Swą krew. My przyjęliśmy z Jego rąk dar ocalenia od śmierci. Dar życia wiecznego! Za każdym razem jedząc z tego chleba i pijąc z tego kielicha to poświadczamy! To poważna sprawa. Najpoważniejsza na świecie! Zapraszam do łamania chleba przy stole Pańskim. Zapraszam do godnego picia z kielicha Pańskiego.

Posłuchaj całego przesłania z Wielkiego Piątku 2019 w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE

16 kwietnia, 2019

Czy będziesz miał co świętować w Wielkanoc?

Pobożność ludu Bożego w czasach Jezusa wymagała radykalnej odnowy. Syn Boży przyszedł dać im nowe życie, bo stare na tyle było skażone, że nie nadawało się na żadną rewitalizację. Spojrzenie na Jerozolimę przyprawiło Pana o płacz, a na widok tego, co zastał w świątyni, wziął do ręki bicz. Gdy się zbliżył i zobaczył miasto, zapłakał nad nim i powiedział: O, miasto, gdybyś i ty w tym dniu poznało drogę, która prowadzi do pokoju. Lecz jest ona teraz zakryta przed tobą. Bo oto nadejdą dni, w których twoi wrogowie usypią wokół ciebie wał, otoczą cię, uderzą zewsząd, powalą wraz z twoimi mieszkańcami i nie pozostawią w tobie kamienia na kamieniu, ponieważ zabrakło ci rozpoznania czasu Bożych odwiedzin u ciebie. Potem wszedł do świątyni i zaczął z niej wyrzucać sprzedawców. Mówił do nich: Napisane jest: Mój dom będzie domem modlitwy, a wy zrobiliście z niego jaskinię zdzierców [Łk 19,41-45].

Stan duchowy ówczesnych Żydów podpowiada, jak w oczach Bożych może wyglądać obraz współczesnego chrześcijaństwa. Ludzka religijność bez rzeczywistej obecności Ducha Świętego tworzy postawy, dzieła, obrzędy i zwyczaje, które na tyle zasmucają i gniewają Boga, że On nie chce już dłużej na nie patrzeć. Przypomnijmy, że bezbożna twórczość narodów Kanaanu z chwilą, gdy Izraelici tam wkraczali, musiała zniknąć, niezależnie od jej walorów kulturowych, historycznych czy estetycznych. Również Jezus nie chciał, aby Jego uczniowie wdrażali się w religijne praktyki ustanowione przez duchowo martwych ludzi. Nikt nie przyszywa łaty z nowego sukna do starego płaszcza, w przeciwnym razie nowa łata obrywa stary materiał i dziura sie powiększa. Nikt też nie wlewa młodego wina do starych bukłaków, w przeciwnym razie wino rozrywa bukłaki - samo wycieka i bukłaki stracone. Młode wino trzeba lać do nowych bukłaków [Mk 2,21-22] - tłumaczył.

Przez wiarę w Jezusa Chrystusa jesteśmy zbawieni z naszych grzechów i otrzymujemy dar życia wiecznego. To jest całkiem nowe życie, z nowym systemem wartości, bez wplatania w nie starej cielesności i koncentracji na tym, co materialne. Gdyż Królestwo Boże to nie pokarm ani napój, lecz sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym [Rz 14,17]. Rzeczywiste nawrócenie do Boga i odrodzenie z Ducha Świętego owocuje nowym podejściem do życia i przestawieniem się na Królestwo Boże. Nic ze starego sposobu myślenia i cielesnej religijności nie zasługuje na ocalenie. Ma umrzeć i na zawsze zostać pogrzebane. Czy nie wiecie, że my wszyscy, ochrzczeni w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? A zatem za sprawą chrztu zostaliśmy pogrzebani wraz z Nim w śmierć, abyśmy wzorem Chrystusa, który został wzbudzony z martwych przez chwalę Ojca, my również prowadzili nowe życie [Rz 6,3-4].

Jest to prawda o kapitalnym znaczeniu dla naszego zbawienia. Stąd moje serdeczne życzenie, aby w okresie Wielkiego Tygodnia dotarła ona do jak największej ilości osób, zakończyła w nich roztkliwianie się nad ich przeszłością, a nawet dotychczasową religijnością, i zaowocowała pełnym odrodzeniem do nowego życia. Tylko wtedy będzie miało sens świętowanie Zmartwychwstania Pańskiego w niedzielę.

11 kwietnia, 2019

Dekada z blogiem "Dzisiaj w świetle Biblii"

Dziesięć lat temu, w czwartek, 9 kwietnia 2009 roku na blogu "Dzisiaj w świetle Biblii" napisałem pierwszy tekst. Zbliżały się święta Zmartwychwstania Pańskiego, więc była to refleksja o ewangelicznym wydarzeniu z okresu Wielkiego Tygodnia, zatytułowana "Pocałunkiem?". Dzisiaj w archiwum bloga jest już ponad tysiąc czterysta różnej długości wpisów. Pisałem je z potrzeby serca, ale też z poczucia obowiązku, by jako sługa Słowa Bożego umożliwiać Biblii zabranie głosu.

W ciągu dziesięciu minionych lat poruszyłem wiele tematów. Zgodnie z tytułem bloga starałem się  rzucać na nie choć trochę biblijnego światła. Przy okazji odkrywałem się przed Czytelnikami ze swoimi poglądami i przekonaniami. I wciąż tak robię. Czytając to możecie zrozumieć moje pojmowanie tajemnicy Chrystusowej [Ef 3,4]. Wiadomo, co myślę o zjawiskach i procesach zachodzących w środowisku biblijnych chrześcijan. Smucę się postępującym zeświecczeniem ewangelicznych zborów. Cieszy mnie każde kazanie nacechowane bojaźnią Bożą i troską o wierność nauce Chrystusowej. Ostrzegam przed niechybnymi konsekwencjami ordynacji kobiet i obejmowania przez nie stanowisk przywódczych w kościele. Zdumiewa mnie u niektórych pastorów ignorowanie znaczenia doktryny chrześcijańskiej i lekkość, z jaką wpuszczają za kazalnicę mówców o wątpliwym związku ze zdrową nauką.

Buduje mnie gorliwość i praktyczne poświęcenie życia na rzecz Królestwa Bożego, zwłaszcza gdy widzę to u ludzi, którzy mają już za sobą pierwsze pięć lat wiary w Jezusa Chrystusa. Nadal będę podkreślać znaczenie instrukcji apostolskiej, by do służby powoływać wyłącznie sprawdzonych już braci. Jestem szczęśliwy widząc i słysząc nowych kaznodziejów Słowa Bożego, którzy mają odwagę dbać przede wszystkim o upodobanie w oczach Pana.

Jeśli Bóg zechce i pozwoli - to nadal będę tu pisać o tym, co mnie poruszy, zbuduje, zainspiruje, zaintryguje lub zbulwersuje. Chciałbym to robić mądrzej i zawsze zgodnie z myślą Bożą. Przynajmniej od czasu do czasu wspomnijcie mnie więc - proszę - w waszych modlitwach.

10 kwietnia, 2019

Szata nie zdobi, ale też mówi

Środowy wieczór. W telewizji leci mecz Ligi Mistrzów - Manchester kontra Barcelona. Patrzę na trenerów obydwu drużyn. Jeden i drugi pod krawatem. Niedzielne przedpołudnie. Trwa chrześcijańskie nabożeństwo. Patrzę na pastora i zaproszonego kaznodzieję. Obydwaj w t-shirtach, a jeden dodatkowo w celowo przedartych dżinsach...

Co o tym myśleć? Trenerzy drużyn futbolowych uczestniczą w wydarzeniu sportowym, ale ponieważ ich podopieczni grają mecz, a patrzą na to tłumy - to od lat mają zwyczaj pojawiać się na stadionie w odświętnym ubraniu. Podopieczni pastora zgromadzają się na wspólne spotkanie z Najwyższym. Przyjeżdżają do domu modlitwy, by oddać Bogu chwałę, złożyć dziękczynienia i wysłuchać Słowa Bożego. Pastor wszakże z roku na rok przychodzi na taki event coraz bardziej luzacko ubrany...

Biblia uczy, że kapłani w czasach Starego Przymierza do służby w Przybytku mieli obowiązek ubierać się odświętnie. Święte szaty dla Aarona jako kapłana i szaty synów do pełnienia służby kapłańskiej [2Mo 35,19] podkreślały doniosłość tej służby. Kapłani i lewici nie mogli pełnić swych zadań ubrani dowolnie i po swojemu. Nawet polscy gimnazjaliści ubrali się dzisiaj jakoś wyjątkowo, bo zdają swój egzamin. Czyżby zgromadzenie chrześcijańskiego zboru z roku na rok stawało się coraz mniej ważne i godne? Czy pastor swym ubraniem niczego ludziom nie mówi..?

09 kwietnia, 2019

Co przyprawia Chrystusa Pana o wymioty

Zdrowy, prawidłowo funkcjonujący organizm człowieka przyjmuje i wydala wiele substancji w naturalny sposób. Czasem jednak zdarzają się sytuacje krytyczne, gdy do organizmu przedostało się, lub próbuje się dostać coś dla zdrowia i życia niebezpiecznego lub wprost śmiertelnie szkodliwego. Wówczas człowiek dostaje torsji. Bóg tak cudownie nas stworzył, że bez udziału naszej świadomości w takich chwilach bierze nas na wymioty. Gdy coś dla nas niezdrowego trafi do naszych ust, to od razu czujemy, że trzeba to wypluć, a jeżeli już to połknęliśmy, to nasz organizm gwałtownie reaguje i stara się to zwymiotować.

Czy w Piśmie Świętym jest coś na ten temat? Biblia mówi, że Kościół to Ciało Chrystusowe. To Jego Oblubienica, którą On jako Oblubieniec sam sobie przysposabia, by stawić przed sobą kościół chwalebny, niemający skazy ani zmarszczki, ani czegoś podobnego, lecz żeby był święty i nienaganny [Ef 5,27]. W tym procesie okazuje się bardzo ważne to, czym Ciało się karmi, co wchłania i czym jest pielęgnowane. Oblubienica Chrystusa nie może być karmiona czym popadnie. Obowiązuje ją specjalna dieta. Cechuje się delikatnością i wrażliwością na to, co może zaszkodzić jej zdrowiu i urodzie.

O wszystkim, co dla Oblubienicy jest korzystne, a co szkodliwe, decyduje nasz Panu, Jezus Chrystus, który jest Głową Kościoła. Jak z mózgu wypływają wszystkie bodźce i sygnały mające na celu dobro i bezpieczeństwo naszego fizycznego ciała, tak Duch Święty trzyma rękę na pulsie, aby chronić Kościół i lokalne jego zbory przed wszystkim, co mogłoby im zaszkodzić. Trzeba więc uważnie słuchać, co mówi Duch Święty. Na początku Księgi Objawienia Słowo Boże aż siedmiokrotnie wzywa: Kto ma uszy niechaj słucha, co Duch mówi do zborów [Obj 2,7].

W ostatnim czasie, w kilkudniowych odstępach trzykrotnie dotarło do mnie jedno i to samo wezwanie, ażeby zwrócić uwagę na problem letniości. Pierwszy sygnał pochodził z redakcji miesięcznika PS wydawanego przez Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE, a kolejne od dwóch nieznających się bliżej sióstr, które w osobistej modlitwie nabrały silnego przekonania, aby podzielić się ze mną tą myślą. Biblia poucza, że na zeznaniu dwóch albo trzech świadków opierać się będzie każda sprawa [2Ko 13,1]. Potrójnego świadectwa absolutnie nie wolno mi zignorować, dlatego tym tekstem robię pierwszy krok we wskazanym kierunku.

Gdy w chrześcijańskiej głowie pojawia się zagadnienie duchowej letniości, od razu nasze myśli biegną do zboru w Laodycei, do którego Chrystus Pan skierował swego czasu następujące słowa: Wiem o twoich czynach. Nie jesteś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A ponieważ jesteś letni, nie gorący i nie zimny, wypluję cię z moich ust [Obj 3,15-16].

Zasadniczo jest tu mowa o potrzebie bycia użytecznym. Słowa Pisma Świętego odwołują się bowiem do zrozumiałych dla Laodycejczyków obrazów. Powszechnie znali oni użyteczność oddalonych o 10 km gorących źródeł leczniczych w Hierapolis. W upalnym  klimacie dobrze wiedzieli też jakim dobrodziejstwem jest źródło zimnej wody lub cień chłodnej skały. Letniość jednego lub drugiego czyniła je nie tylko bezużytecznym ale i wzbudzała odruch wymiotny. Nawet ja nie lubię letniego rosołu ani ciepławej coca-coli. Rosół ma być gorący, a coca-cola powinna być zimna. Inaczej jedno czy drugie wypluwam.

Kto dba o swoje ciało, nie chce mieć w organizmie niczego niepotrzebnego, a tym bardziej szkodliwego. Pozbywa się nadmiernej tkanki tłuszczowej, spala zbędne kalorie, oczyszcza organizm z toksyn i walczy z nadwagą. Dobrze się też odżywia, nie jedząc niczego małowartościowego lub trującego. Tym bardziej Jezus Chrystus jako Głowa Kościoła dobrze wie, co jest dla Ciała Chrystusowego dobre i użyteczne. Nie zgodzi się na nic, co Jego Ciału nie przynosi żadnej korzyści. Stąd tak radykalne słowa do zboru w Laodycei: Ponieważ jednak jesteś letni, a nie zimny ani gorący, muszę cię wyrzucić z ust moich (BW-P). Tylko jeden raz w Nowym Testamencie, w tym właśnie miejscu pojawia się grecki czasownik, który znaczy - wymiotować, zwracać. Dlatego dosłowny przekład Pisma oddaje słowa Pana Jezusa jeszcze bardziej dosadnie: Tak, że letni jesteś i ani zimny ani gorący- wrzący, zamierzam cię zwymiotować - wyrzygać z ust moich. Mocne to słowa ale i dające do myślenia, jak przykra dla Pana musi być letniość Jego naśladowców.

Użyteczność. Oto tajemnica upodobania w oczach Pana i warunek trwania w Ciele Chrystusowym. Jeśli tedy kto siebie czystym zachowa od tych rzeczy pospolitych, będzie naczyniem do celów zaszczytnych, poświęconym i przydatnym dla Pana, nadającym się do wszelkiego dzieła dobrego [2Tm 2,21]. Naszej przydatności dla Kościoła nie wmówimy Panu naszymi pięknymi słowami i pieśniami. Jego ocena nie poddaje się żadnym sugestiom. Jest jednocześnie całkowicie wolna od błędu. A ponieważ On nie gromadzi i nie trzyma tego, co jest Mu nieprzydatne, trzeba nam bardzo przejąć się Jego słowami. Czy w ich świetle można się dziwić, że niektórych ludzi już nie ma w Kościele? Niechby wszystkich nas ogarnęła bojaźń Boża, abyśmy zachowywali się od pospolitych postaw i czynów, abyśmy stronili od grzechu, który czyni nas bezużytecznymi w Ciele Chrystusowym.

Przetrwa tylko ten, kogo Pan Jezus uzna za użytecznego dla Kościoła. Nawet jeśli chwilowo taki ktoś upadnie, to znowu się podniesie, dostąpi odpuszczenia grzechów i Bóg nadal będzie go używał. Umie Pan wyrwać pobożnych z pokuszenia [2Pt 2,9]. Dobrze jest wiedzieć, że metryczkę tej przydatności wystawia sam Pan. On patrzy na nasze serce i nie przejmuje się ludzkimi opiniami na nasz temat. Jeżeli jesteśmy dla Niego użyteczni, to na pewno nas nie wypluje.

Bracia i Siostry! Czas byśmy odrzucili postawę duchowej letniości i zadbali o przydatność dla Pana. Temu zaś, który ma moc uchronić was przed upadkiem i postawić przed obliczem swej chwały bez zarzutu i w prawdziwej radości, jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu, niech będzie przez Pana naszego Jezusa Chrystusa cześć i chwała, moc i panowanie przed wszystkimi czasy, teraz i po wszystkie wieki. Amen [Jd 1,24-25].

08 kwietnia, 2019

Problemy nawet z tym, co normalnie możliwe?

Zwykle bywa tak, że zmagamy się w sprawach, które wydają się dla nas niemożliwe. Bez większego problemu radzimy sobie z tym, co leży w granicach naszych naturalnych możliwości, a dopiero w obliczu spraw, które nas przerastają, przychodzi czas, by docenić dar wiary i możliwość wezwania Boga na pomoc. Czasem jednak ogarnia nas jakaś dziwna słabość nawet w tym, co normalnie łatwe...

Czytając dzisiaj Biblię natrafiłem na sytuację, która w porównaniu ze zdobyciem wcześniejszej twierdzy Jerycho wydawała się być dla Izraelitów całkowitą łatwizną. Oddajmy głos Pismu Świętemu: Tymczasem Jozue posłał kilku mężczyzn z Jerycha do Aj, które leży blisko Bet-Awen, na wschód od Betel, i powiedział do nich: Idźcie i zbadajcie tę ziemię. Mężczyźni poszli więc i zbadali Aj. Potem wrócili do Jozuego i powiedzieli mu: Niech nie wyrusza cały lud. Niech wyruszy około dwóch lub trzech tysięcy mężczyzn i niech zburzą Aj. Nie trudź całego ludu, bo tamtych jest niewielu. Wyruszyło więc z ludu około trzech tysięcy mężczyzn. Uciekli jednak przed ludźmi z Aj [Joz 7,2-4].

Okazało się, że to, co na zdrowy rozsądek było całkowicie możliwe, co zapowiadało się na zadanie na tyle łatwe, że wymagające użycia tylko części posiadanych środków, nagle stało się boleśnie niemożliwe. Dlaczego? Ponieważ ktoś w Izraelu zgrzeszył nieposłuszeństwem względem Boga podczas zdobywania Jerycha i Bóg cofnął Izraelitom swoje poparcie. Przestał ich błogosławić i dlatego dostali łupnia. Izrael zgrzeszył! […] Właśnie dlatego synowie Izraela nie są w stanie przeciwstawić się swoim wrogom [Joz 7,11-12].

Tak. Są takie sytuacje, że przestajemy - o, dziwo - radzić sobie w sprawach, które dla pierwszego lepszego człowieka nie stanowią żadnej trudności. Nawet ludzie żyjący bez Boga z łatwością potrafią stawiać czoła tak prostym wyzwaniom, a dzieci Boże wymiękają i ogrania ich jakaś tajemnicza niemoc. Mają problemy z tym, co normalnie dla innych bywa zupełnie możliwe. Wspomniany przypadek podpowiada, że przesądzać o tym może nieujawniony i nie załatwiony problem grzechu.

Czego możemy się z tego nauczyć? Tego, że gdy jesteśmy pojednani z Bogiem, to przez wiarę możemy zdobywać niejedno Jerycho! Gdy natomiast zasmucimy Boga naszym nieposłuszeństwem, to tracimy Jego błogosławieństwo i przestają nam się udawać sprawy, które normalnie nie wymagają nawet wiary. Pan kieruje krokami męża. Wspiera tego, którego droga Mu się podoba [Ps 37,23].

Jaki z tego wniosek? Gdy chrześcijanin przestaje sobie radzić w zwykłych sprawach życiowych, gdy wszystko idzie mu jak po grudzie, to - pomijając oczywiście chwile, gdy Bóg poddaje nas jakiejś próbie - może być to sygnał, że trzeba naprawić swe drogi przed Bogiem i się do Niego z całego serca znowu nawrócić. Że trzeba przebaczyć, odrzucić kłamstwo, przestać zazdrościć, zakasać rękawy itd. - jednym słowem - powrócić do posłuszeństwa Bogu.

06 kwietnia, 2019

Potrzeba stosownego dystansu

Należę do pokolenia, w którym otaczało się szacunkiem rodziców, nauczycieli oraz pastora i starszych zboru. Nie do pomyślenia było, aby próbować mówić im po imieniu lub w jakikolwiek inny sposób spoufalać się z nimi. Ów respekt w swoisty sposób podnosił i chronił wspomniane autorytety, pozwalając nam przez całe dekady budować się nimi i cieszyć z ich istnienia. Tajemnicą tego błogostanu było zachowanie stosownego dystansu. Zbytnie skracanie go wprawdzie zrównywało nas nieco z naszymi autorytetami, lecz chociaż wydawało się, że dodaje nam znaczenia, to jednak ostatecznie jakoś nam szkodziło... Co mam na myśli?

Czytałem dziś rano o dość zdumiewającym poleceniu, jakie otrzymali Izraelici wkraczając do Ziemi Obiecanej. Gdy zobaczycie skrzynię Przymierza z PANEM, waszym Bogiem, i kapłanów Lewitów niosących ją, to i wy ruszcie z miejsca i idźcie za nią. Tylko zachowajcie odległość około dwóch tysięcy łokci pomiędzy wami a nią. Nie zbliżajcie się do niej. Dzięki temu zobaczycie wyraźniej, którędy macie iść, szczególnie że wcześniej tą drogą nie szliście [Joz 3,3-4]. Kto nie znając drogi podążał za kimś, kto dobrze ją znał, wie o czym jest tu mowa. Oczywiście, trzeba było uważać, aby za bardzo nie oddalić się od niego i nie stracić go z oczu. Jednak nie mniej złe i niebezpieczne było zbytnie zbliżanie się do naszego przewodnika. Potrzeba było patrzeć na to, co on robi z odpowiedniej odległości, by w porę się przygotować i wykonać ten sam manewr.

Niech ta praktyczna ilustracja zobrazuje nam ważną prawdę duchową o konieczności utrzymania samych siebie w stosownym uniżeniu wobec braci i sióstr w Chrystusie, zwłaszcza starszych od nas stażem wiary. Myślcie nie o tym, jak się wybić kosztem innych lub zaspokoić własną próżność, ale raczej w pokorze uważajcie jedni drugich za ważniejszych od siebie [Flp 2,3]. Inaczej - skracając dystans respektu - stracimy orientację, co nam wolno, a czego już nie można. Zaprzestaniemy czcić ojca i matkę. Zamiast obdarzać nauczyciela szacunkiem, odważymy się nawet nałożyć mu kubeł na głowę. Z coraz większą łatwością będziemy krytykować i źle myśleć o starszych kościoła i kaznodziejach, którzy głoszą nam Słowo Boże. Wkrótce nie będziemy mieli już żadnych autorytetów ani "świętości". Czy to wyjdzie nam na dobre?

Przede wszystkim zaś należy tę lekcję stosować w naszej relacji z Bogiem. Pamiętajmy, że miłość naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa, nie upoważnia nas do spoufalania się z Nim. Także z drugiej strony, najżarliwsza nawet miłość do Boga wymaga zachowania przez nas bojaźni Bożej i respektu dla Jego Majestatu. Gdy pouczeni przez złych nauczycieli, próbujemy skrócić, a nawet zupełnie zniwelować ten zdrowy dystans, wówczas tracimy w życiu duchową orientację. Wprawdzie może i raz po raz w modlitwie nazywamy wtedy Boga "Tatusiem", ale ciągle miotamy się w naszych emocjach i wciąż rozbijamy o liczne przeszkody, jakbyśmy Boga w ogóle nie znali.

Tak. Trzymajmy się blisko Boga, broń Boże nie za daleko!  Ale też i nie za blisko ośmielajmy się z Bogiem obcować. Uczniowie przez trzy lata codziennie chodzący z Jezusem wciąż nazywali Go Panem. Zachowujmy wyznaczany nam przez Ducha Świętego, stosowny dystans w praktykowaniu społeczności i z Bogiem, i z naszymi ziemskimi autorytetami.

03 kwietnia, 2019

Czy naprawdę patrzą na nas z góry?

Wczorajsza rocznica śmierci Jana Pawła II, niedawna śmierć Prezydenta mojego Miasta i cały szereg innych, pomniejszych pożegnań, obfitują w przekonanie, że Zmarły - pomimo śmierci fizycznej - nadal będzie nas widział. Chcemy tak myśleć zwłaszcza wówczas, gdy pożegnaliśmy kogoś bardzo nam bliskiego. Wypieramy z siebie myśl o całkowitej utracie kontaktu, zwracając się do zmarłej osoby, jakby nadal była obecna i pocieszając się, że wciąż będzie ona nam towarzyszyła. Ba, że teraz będzie nas z góry wspierać! Na tym podłożu zrodził się kult świętych. Jest on wiarą w to, że zmarli, gdy zostaną przez kościół uznani za świętych, zyskują zdolność wstawiania się za nami i udzielania nam pomocy. Dlatego też trzeba otaczać ich czcią i modlić się do nich.

Czytałem dziś rano w Biblii między innymi o Mojżeszu i jego ostatnich dniach na tej ziemi. Tego samego dnia PAN przemówił do Mojżesza tymi słowy: Wstąp na tę górę Abarim, górę Nebo, w ziemi moabskiej, górę naprzeciw Jerycha, i spójrz na ziemię Kanaan, którą Ja daję synom Izraela na własność. Tam, na tej górze umrzesz i zostaniesz przyłączony do swoich przodków, podobnie jak umarł Aaron, twój brat, na górze Hor i został przyłączony do swoich przodków. […] tylko z daleka zobaczysz tę ziemię, nie wejdziesz do tej ziemi, którą Ja daję synom Izraela [5Mo 32,48-52].

Z Pisma Świętego wynika więc, że była to dla Mojżesza ostatnia chwila i możliwość spojrzenia na Ziemię Obiecaną. Gdyby było tak, jak tego chcą nasze apele kierowane do zmarłych, to Mojżesz po śmierci fizycznej nadal patrzyłby sobie z góry na Izraelitów. Obserwowałby proces obejmowania przez nich Kanaanu, cieszyłby się widokiem ziemi "mlekiem i miodem płynącej", do której przyprowadził swoich rodaków. Jednak prawda jest inna. Umierając fizycznie naturalny człowiek całkowicie rozstaje się z fizycznym światem i nie ma żadnej możliwości wpływania na to, co się tutaj dzieje. Śmierć naturalnego człowieka jest pożegnaniem na wieki wieków, bo w świecie umarłych, do którego zmierzasz, nie ma działania ani planowania, ani poznania, ani mądrości [Kzn 9,10].

Nadzieję na ponowne zobaczenie się z bliskimi mają tylko ci, którzy umierają już pojednani z Bogiem przez wiarę w Pana Jezusa Chrystusa. Dla takich osób Bóg przygotował dzień zwany pierwszym zmartwychwstaniem, w którym otrzymają oni nowe ciało na wzór zmartwychwstałego w ciele Jezusa Chrystusa. Takie osoby będą oglądać chwałę Bożą i na zawsze już cieszyć się będą społecznością z wszystkimi zbawionymi. Do tego wszakże konieczne jest nowe narodzenie z wody i z Ducha. Odpowiedział mu Jezus: Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Jeśli sie kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego [J 3,3]. Zmarli, którzy za życia w ciele nie narodzili się na nowo, czekają na tzw. drugie zmartwychwstanie poprzedzające sąd ostateczny.

Tak więc zmarli, nawet wierzący w Jezusa Chrystusa przed pierwszym zmartwychwstaniem, nie mają wglądu w życie na ziemi. Ani Jan Paweł II, ani prezydent Adamowicz, ani żaden inny człowiek, który odszedł z tego świata, niczego tu nie widzi i w niczym nam nie może pomóc. Jedynym wyjątkiem jest Jezus Chrystus, bo On już zmartwychwstał! On żyje i ma pełny wgląd w nasze życie!  Do Niego należy się ze wszystkim zwracać, zwłaszcza w sprawie życia wiecznego i zbawienia swojej duszy.

02 kwietnia, 2019

Kto nadaje sprawie taki bieg?

Młodzież. Kościół pełen młodych ludzi! Niech do nas przemawiają! Niech nas prowadzą! Wszystko wokoło dzieje się i zmienia tak szybko, że  tylko oni potrafią za tym nadążyć i się w tym połapać. Cieszmy się, że chcą być w kościele. Mają w sobie tyle pozytywnej energii i radości. I wiedzą, czego chcą! Mają pomysł na kościół dwudziestego pierwszego wieku! Alleluja! Młodzież jest przyszłością naszego kościoła!

Jest w Biblii interesująca i znamienna historia o królu, który jako następca tronu stanął przed poważnym dylematem. Opinia starego zespołu doradców, którzy od lat służyli radą jego ojcu, znacznie odbiegała od stanowiska wypracowanego przez prężny zespół rówieśników młodego króla. Nie ukrywał, że chciał zaistnieć w narodzie jako władca dynamiczny i nowoczesny, który zorganizuje cały kraj niejako od nowa. Gdy po trzech dniach ludzie przyszli po odpowiedź, już wiedział, co ma zrobić. Odrzucił radę starszych i przemówił do nich według rady rówieśników [1Krl 12,13-14]. Chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jak brzemienne w skutkach będzie to całkowite zdanie się na młodych, bez uwzględnienia rady starszych. Wkrótce rozpadło mu się całe państwo. Większość narodu nie chciała już jego przywództwa.

Ot, historia, jak wiele innych - można by powiedzieć, lecz Biblia opatrzyła ją dość intrygującym komentarzem. Król nie wysłuchał prośby ludu, bo PAN nadał sprawie taki bieg, po to, by spełniło się Jego Słowo… [1Krl 12,15]. Kto zawinił? Kto popełnił błąd? Wystarczy uważnie przeczytać jedenasty rozdział Pierwszej Księgi Królewskiej i wszystko staje się jasne. Poprzedni król pod koniec swego panowania zlekceważył Słowo Boże. Takiej władzy Bóg nie chciał dalej popierać. A młodzi rówieśnicy i mentorzy króla? Odegrali tylko przypisaną im, krótką rolę. Nie czytamy, żeby dźwignęli potem ciężary podzielonego narodu.

Od czterdziestu lat żywotnie interesuję się losami biblijnego chrześcijaństwa w naszym kraju i lokalnie na tym polu pracuję. Lud Boży Nowego Przymierza w Polsce, to całe moje życie. Siłą rzeczy znam kulisy wielu decyzji przywódców chrześcijańskich i obserwuję zachodzące w życiu kościoła zmiany. Trudno nie zauważyć w nim tendencji do stawiania na młodzież. Młodzi inspirują i nadają ton. Młodzi wiekiem lub stażem wiary mówcy wiodą prym na chrześcijańskich mównicach. Chcą zmian i je wprowadzają. Ba, zakładają młodzieżowe wspólnoty i mają do tego zielone światło, nawet gdy robią to kosztem lekceważenia i krzywdzenia starszych wierzących. Niektórzy zachowują się tak, jakby dopiero od nich zaczynało się chrześcijaństwo.

Aktywność młodych jest błogosławieństwem wtedy, gdy jest powiązana z szacunkiem dla starszych i dbaniem o utrzymanie wielopokoleniowego charakteru zboru. Przed siwizną wstaniesz i uczcisz osobę starca, i bój się swego Boga. Ja jestem PAN [3Mo 19,32] - poucza Słowo Boże. Podobnie młodsi, bądźcie poddani starszym [1Pt 5,5]. Niech młodzi chrześcijanie wezmą to pod uwagę. Koniecznie trzeba, aby pomysły młodych były równoważone rozwagą i doświadczeniem starszych członków kościoła. Inaczej wkrótce trzeba będzie za prorokiem Izajaszem wołać:  Ciemięzcami mego ludu są dzieci i kobiety nim rządzą. O ludu mój! Twoi wodzowie cię zwodzą i niszczą drogę twoich ścieżek [Iz 3,12].

Bogu niech będą dzięki za młodych ludzi, którzy poświęcają się pracy dla Pana. Uważajmy wszakże, bo stałoby się niedobrze, gdyby tyle energii poszło na marne, a byłoby jeszcze gorzej, gdyby wyrządziło to kościołowi duchową szkodę. Kto czyta Biblię, ten wie, że to nie młodzież jest przyszłością kościoła. Przyszłością kościoła jest Chrystus!

01 kwietnia, 2019

Nie kryję wzruszenia

Rafał i Kasia z dziećmi
Jak większość naszych przyjaciół już wie, mój zięć Rafał zmaga się z dość tajemniczą chorobą. Na tyle rzadką i nieznaną, że polscy lekarze nie bardzo wiedzą, jak zabrać się do jej leczenia. Na zawiłość tego schorzenia wskazuje już sama diagnoza: "Zapalenie wielomięśniowe ze zwłóknieniem płuc. Polineuropatia czuciowo - ruchowa z nakładającą się radioculopatią oraz demielinizacja komórek neuronowych". I trzeba powiedzieć, że jest to choroba śmiertelna z prognozą trzech lat życia.

Rafał jest chrześcijaninem. Pojednany z Bogiem przez wiarę w Pana Jezusa Chrystusa w ostatnich latach doświadczył odnowy duchowej i na całego oddał się w służbę Bogu. Czasem nachodzą mnie nawet myśli, że robi to ponad siły. Zajmuje się duszpasterstwem w lokalnym zborze w Gnieźnie, prowadzi z przyjacielem całodobowy ośrodek dla bezdomnych i uzależnionych mężczyzn, a ponadto zaangażował się we wdrażanie ogólnopolskiego projektu pn. Baptystyczna Akcja Charytatywna. Jednocześnie jest ojcem trójki dzieci; piętnastoletniego Jakuba, czteroletniej Anastazji i dwuletniego Beniamina.

Rozumiemy, że życie i zdrowie Rafała jest w rękach Bożych. Chrystus Pan ma prawo odwołać z tego świata człowieka w dowolnym wieku. Tym bardziej sługa Boży liczy się z tym i ma być na to przygotowany. Modlimy się o uzdrowienie i ufamy naszemu Panu. Dotychczasowa bezradność lekarzy upewnia nas, że poleganie na Bogu to właściwe podejście do sprawy. Bóg pomaga na różne sposoby i czasem kieruje nami w sposób przez nas wcześniej absolutnie nieplanowany.

Tak się dzieje w sprawie Rafała. W gronie jego przyjaciół pojawiła się myśl o kontakcie z profesorem Patrickiem Gordonem z Kings College London Hospital, który ma pomysł na leczenie Rafała. Inni przyjaciele zorganizowali zbiórkę koniecznych środków finansowych. Na tygodniowy pobyt w szpitalu w Londynie i lekarstwa do planowanego leczenia potrzeba 40 tysięcy złotych. Leczenie potrwa kilka tygodni, a więc potrzeba będzie jeszcze pokryć koszty zakwaterowania w Londynie.

Nie kryję wzruszenia widząc reakcję przyjaciół i znajomych, a zwłaszcza braci i sióstr w Chrystusie. W ciągu dwóch dni ogłoszonej 30 marca zbiórki na Pomagam.pl zebrano już ponad dwadzieścia dwa tysiące złotych. Wręcz namacalnie doświadczamy dobrodziejstwa praktycznego zastosowania ewangelii Chrystusowej. Z dnia na dzień znacznie lepiej rozumiem słowa nauki apostolskiej, mówiącej o reakcji  świętych w potrzebie na okazaną im przez innych wierzących pomoc. Bo sprawowanie tej służby nie tylko wypełnia braki u świętych, lecz wydaje też obfity plon w licznych dziękczynieniach, składanych Bogu. Doznawszy dobrodziejstwa tej służby, chwalić będą Boga za to, że podporządkowujecie się wyznawanej przez siebie ewangelii Chrystusowej i za szczerą wspólnotę z nimi i ze wszystkimi [2Ko 9,12-13].

Tym wpisem właśnie chcę pochwalić Boga za ludzi podporządkowujących się wyznawanej przez siebie ewangelii Chrystusowej. Są i będą też przy tym liczne dziękczynienia.

30 marca, 2019

Skąd taka niezdolność?

Naturalną cechą człowieka jest samowola i nieposłuszeństwo. Zainfekowany duchem tego świata buntuje się przeciwko Bogu i kieruje się uporem własnego serca. Nawet gdy czasem zechce mu się zrobić coś po Bożemu, to i tak zaraz potem powraca na własne ścieżki. Biblia uczy, że człowiek żyje albo według ciała, albo według Ducha. Ci, którzy żyją według ciała, kierują się tym, co cielesne, ci zaś, którzy żyją według Ducha - tym, co duchowe [Rz 8,5]. I nie jest tak, że człowiek żyjący według ciała może myśleć i działać w sposób duchowy. Słowo Boże objawia, że cielesny człowiek jest wręcz niezdolny do tego. Nie potrafi podporządkować się Bogu. Cielesne dążenia są przeciwne Bogu. Nie poddają się one prawu Boga, nawet nie są w stanie [Rz 8,7].

Nowoczesny człowiek ceni sobie wolność. Odmienia ją przez wszystkie przypadki i chlubi się swą niepodległością. Deprecjonuje i wyśmiewa uległość. Ten sposób myślenia nie omija też chrześcijan, którzy wolności w Chrystusie coraz częściej zaczynają nadawać cechy pospolitej niezależności i samowoli. Ich nieumartwiona cielesność szuka swobodnej dla siebie przestrzeni i szerokim łukiem omija miejsca, gdzie wymagana jest uległość.

Brak podporządkowania to poważny problem współczesnego chrześcijaństwa. Wspaniali, inteligentni i utalentowani ludzie - mimo najlepszych chęci - potykają się o swą cielesność. Nie są w stanie podporządkować się Bogu. Przyłączają się do wspólnoty chrześcijańskiej, uaktywniają się w niej, lecz po jakimś czasie biblijne zasady życia i służby w zborze zaczynają ich irytować. Do tego stopnia są z nich niezadowoleni, że jawnie się im sprzeciwiają, po czym wycofują się i całkowicie od zboru odchodzą. Cielesność nie chce i nie potrafi się poddać. Zawsze chce postawić na swoim.

Cechą prawdziwych chrześcijan jest uległość. Napełnieni Duchem Chrystusowym zyskują zdolność do podporządkowani się wszelkiej władzy sprawującej rządy. Bez trudu i żalu porzucają ścieżki samowoli i sprzeciwu. Z łatwością ulegają jedni drugim w bojaźni Chrystusowej. Normalna społeczność chrześcijańska nie jest polem do ścierania się poglądów i kłótni o słowa. Jest wspólnotą osób duchowych, a więc zdolnych do uległości i podporządkowania.

Podporządkujcie się zatem Bogu, przeciwstawcie diabłu, a od was ucieknie [Jk 4,7]. Wkrótce więcej na ten temat  w rozważaniu pod tytułem - "Podporządkowani".

29 marca, 2019

Ślubuj i spełniaj!

Zamyślam się dzisiaj nad ciężarem gatunkowym ślubowania, jakie publicznie złożyłem Bogu w niedzielę 18 września 1977 roku przyjmując chrzest poprzez zanurzenie. Wyznałem wówczas swą wiarę w Jezusa Chrystusa i ślubowałem Mu, że będę Go naśladował i żył dla Niego aż do śmierci. Minęło wiele lat, a ślub ten wciąż mnie obowiązuje. Mało tego. Chociaż złożyłem go dobrowolnie, to już jego spełnianie jest moim obowiązkiem. Gdybym zaprzestał naśladowania Jezusa, popełniłbym grzech. Nie jakiś pojedynczy grzech, ale znalazłbym się w stanie ciągłego grzechu. Jedynym sposobem na to, aby ów grzech przestał na mnie ciążyć, byłaby pokuta i powrót do spełniania mojego ślubowania. Czy dobrze myślę?

Oto słowa Pisma Świętego, które mnie rankiem do tych przemyśleń skłoniły: Jeśli złożysz PANU, swemu Bogu, jakiś ślub, nie zwlekaj z jego spełnieniem, gdyż PAN, twój Bóg, z pewnością będzie się tego domagał od ciebie, a na tobie będzie ciążył grzech. Lecz jeśli nie będziesz ślubował, grzech nie będzie na tobie ciążył. To, co wyjdzie z twoich ust, wypełnisz i uczynisz, gdyż dobrowolnie ślubowałeś PANU, swemu Bogu, co powiedziałeś swoimi ustami [5Mo 23,21-23].

Chrzest wiary jest szczególnym wyznaniem i ślubowaniem. Jest dla grzesznika pragnącego zbawienia aktem koniecznym, bo Pismo mówi: Kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony [Mk 16,16]. Zbawienie - oczywiście - nie jest dla nikogo obowiązkowe ani przymusowe, ale jeśli ktoś chce być zbawiony, to tylko w ten sposób może rozpocząć nowe życie. Czyż nie wiecie, że my wszyscy, którzy zostaliśmy ochrzczeni w Jezusie Chrystusie, w jego śmierci zostaliśmy ochrzczeni? Zostaliśmy więc pogrzebani z nim przez chrzest w śmierci, aby jak Chrystus został wskrzeszony z martwych na chwałę Ojca, tak żebyśmy i my postępowali w nowości życia. Jeśli bowiem zostaliśmy z nim wszczepieni w podobieństwo jego śmierci, to będziemy też z nim wszczepieni w podobieństwo zmartwychwstania [Rz 6,3-5].

Powstrzymanie się od przyjęcia chrztu uwalniałoby mnie od obowiązku spełniania ślubu, ale trzymałoby mnie z dala od zbawienia. Chciałem pojednać się z Bogiem i otrzymać dar życia wiecznego. Dlatego przyjąłem chrzest i wziąłem na siebie obowiązek dotrzymywania złożonego w akcie chrztu przyrzeczenia.

Kto podpisał umowę z operatorem i za złotówkę wziął nowiutki smartfon, chyba nie dziwi się, że miesiąc po miesiącu trzeba się z tej umowy wywiązywać. Boję się myśleć, co będzie z tymi, którzy ochrzcili się, a od jakiegoś czasu już nie przejmują się spełnianiem swojego ślubowania. Bóg z pewnością będzie się tego domagał od nich...

28 marca, 2019

A jednak Pismo Święte ma rację

W wieku kilkunastu lat słyszałem, jak nasz gdański pastor śp. Sergiusz Waszkiewicz przy różnych okazjach wspominał książkę "A jednak Pismo Święte ma rację". Niedostępna dla mnie wówczas, rozpalała mą wyobraźnię i w tajemniczy sposób upewniała mnie, że dobrze robię całkowicie zdając się na Biblię. Miałem nadzieję, że kiedyś dane mi będzie ją przeczytać.

Dzisiaj, w dniu ogłoszenia w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa zwiększenia o dwadzieścia milionów złotych budżetu polskich bibliotek z powodu opłakanego stanu czytelnictwa w kraju, kurier - bynajmniej nie za ministerialne pieniądze - przywiózł mi książkę moich młodzieńczych marzeń. Wydaną w 1959 roku (mój rocznik!) "A jednak Pismo Święte ma rację" autorstwa Wernera Kellera. Nie będzie to moja pierwsza przeczytana w tym roku książka. Jestem nią jednak szczególnie podekscytowany. Ciekawi mnie na ile argumenty przemawiające za Biblią sześćdziesiąt lat temu wciąż mogą brzmieć interesująco w dobie najnowszych odkryć naukowych i opracowań apologetycznych. Oto przykładowy fragment mojej dzisiejszej zdobyczy z rozdziału zatytułowanego "Odbudowa Kraju Według Pisma Świętego".

W Starym Testamencie tkwi niewątpliwie owa trudna do ocenienia siła działania w dziedzinie historyczno-obyczajowej, umysłowej i duchowej, a czas nie przynosi jej uszczerbku. Natomiast fakt, że ta siła działania odnosi sie również do trzeźwej, realnej dziedziny gospodarczej odbudowy kraju, jest bezprzykładną sensacją. 
Od roku 1948 ta licząca ponad trzy tysiące lat "księga nad księgami" odgrywa rolę wytrwanego doradcy przy odbudowie nowoczesnego państwa Izrael. Historycznie dokładne dane, przekazane przez Pismo Święte, okazały się niezwykle ważne dla nowych perspektyw gospodarki rolnej i przemysłowej.

Obszar tego nowego państwa wynosi trochę ponad 20 000 km kwadratowych. Biblijne wyobrażenie o Ziemi Obiecanej, "płynącej mlekiem i miodem", odnosiło sie w roku 1948 tylko do równiny Ezdrelon oraz żyznych nizin nad jeziorem Genezaret. Wielkie obszary w Galilei i niemal cała górska kraina Judei ukazują oblicze zupełnie inne niż w czasach biblijnych. Zła uprawa w ciągu wieków wyniszczyła nawet trawę. Rabunkowa gospodarka doprowadziła do wyniszczenia drzew oliwnych i figowych na zboczach górskich. Następstwem tego był wzrastający wyrąb i znaczna erozja.

Niedoświadczeni osiedleńcy, dla których ponadto kraj był zupełnie nieznany, znaleźli w Starym Testamencie nieocenioną pomoc, ułatwiającą im niejednokrotnie decyzję w sprawach uprawy, zalesienia lub uprzemysłowienia kraju. Toteż zdarza się nieraz, że nawet eksperci w tych dziedzinach radzą się go w wypadkach wątpliwych. "Na szczęście Pismo Święte zdradza nam - mówi dr Walter Clay Lowdermilk, specjalista w dziedzinie uprawy roślin użytkowych - jakie rośliny mogą się udawać na poszczególnych obszarach. Wiemy z Księgi Sędziów, że Filistyni uprawiali zboże, Samson bowiem powiązał lisy  parami za ogon, a w środku przywiązał pochodnie, po czym "ogniem je zapaliwszy rozpuścił...". Lisy wbiegły zaraz w zboże filistyńskie (por. Sdz 15,5). W podobny sposób spalił także ich gaje oliwne, a kiedy był w drodze, by odwiedzić swą wybrankę, przechodził koło winnic (por. Sdz 14,5). Wszystkie te rośliny uprawne udają się tam z powodzeniem."

Zapowiada mi się interesująca lektura...

22 marca, 2019

Dokąd zmierzamy?

Jestem po lekturze futurystycznej powieści Pawła Lisickiego "Epoka Antychrysta", pozycji wydawniczej Fabryki Słów, Lublin 2018, która przenosi czytelnika na początek dwudziestego trzeciego wieku. Nowo wybrany papież przyjmuje w niej imię Judasz i trwającym od dawna przemianom społeczno-religijnym stawia kropkę na "i".

Jestem pod wrażeniem umiejętności przewidywania przez autora tej opowiastki, do czego mogą doprowadzić obserwowane już dzisiaj w chrześcijaństwie zjawiska i trendy. Co najmniej kilka wątków ciśnie mi się do głowy, lecz ograniczę się do jednego. Dla przykładu, "Epoka Antychrysta" jest w dużym stopniu zdominowana przez kobiety zajmujące wysokie stanowiska watykańskie. Wyłączność przywództwa mężczyzn w kościele, w tej książce od dawna należy już do przeszłości. A zaczynało się od pozornie nieważnych zmian. Jedną z nich była bulla papieska nakazująca kaznodziejom odejście od tradycyjnej formuły "bracia i siostry" i zwracanie się do audytorium "siostry i bracia" lub zupełne pomijanie określeń płciowych.

Ostatecznie tytułowa "Epoka" polega na podważeniu prawdy o zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa,  odrzuceniu wiary w Boga i na całkowitym wygaszeniu chrześcijaństwa. Najważniejsze staje się w niej człowieczeństwo i wiara w człowieka. Każdy w tej epoce cieszy się miłością i równym traktowaniem, niezależnie od tego, kim jest i jak się zachowuje... z wyjątkiem opornych chrześcijan, oczywiście.

Apokaliptyczna fantazja Pawła Lisickiego jest całkiem bliska uważnym czytelnikom Biblii. Nie trzeba być prorokiem, by - czytając Biblię - wyraźnie widzieć, w jakim kierunku zmierza świat i jakie zmiany już mają miejsce w chrześcijaństwie. Otwartość na wszystko i wolność od wszystkiego - to upragniony stan serca ludzi, którzy w głębi serca przestają się liczyć z Bogiem. Jednak w chwili, gdy w powieści Lisickiego ludzkość osiąga ten szczyt - rozlega się ryk trąb i nadchodzi Ten, na kogo już nikt nie czekał...

Dokąd zmierzamy? Teoretycznie wszyscy chrześcijanie czekają na Powtórne Przyjście Jezusa Chrystusa. Tylko czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? [Łk 18,8].

19 marca, 2019

Z ręką na Biblii

Tylko nieliczni podzielają mój zachwyt nad jednością chrześcijan, wyrażony w poprzednim wpisie zatytułowanym "Znormalizowani"? Przecież chrześcijaństwo jest polem pooranym  głębokimi i bolesnymi bruzdami podziałów. Gdziekolwiek by nie zaczęło się coś dobrego, wszędzie po pewnym czasie pojawia się jakiś rozdźwięk, nieporozumienie i następuje rozejście. Ta sama Biblia, a jakże różne do niej podejście. Wszyscy nazywają się chrześcijanami, a wciąż oddzielają się od siebie i zakładają odrębne wspólnoty. Jedna religia zwana chrześcijaństwem, a mamy już na świecie tysiące jej denominacji. Czy można więc zachwycać się jednością wiary i poglądów chrześcijan? Czy przypadkiem nie patrzę na świat przez jakieś różowe okulary?

Niestety. Biblia dla wielu tzw. chrześcijan jest jedynie jakimś bliżej nieokreślonym symbolem. Nie czytają jej codziennie z modlitwą. Czytają, ale nie rozumieją. Rozumieją jej literę, ale nie czują jej Ducha i nie są myśli Chrystusowej. Przysięgają z ręką na Biblii, ale rządzą po swojemu. Gdy jakieś słowa Biblii pasują w danej chwili do sposobu ich myślenia, to nawet gotowi są je zacytować, lecz dalecy są od poddania się jej, by Biblia określała sposób ich myślenia. Przeżywają chwilowy zachwyt Biblią, dopóki nie postawi im niewygodnego wymagania opamiętania się z grzechów, zapierania się samego siebie, brania krzyża i uświęcania życia. Oficjalnie powołują się na Biblię, a w tym samym czasie uprawiają kult świętych, modlą się za zmarłych, czczą figury i obrazy, stawiają ludziom pomniki, powtarzają niepowtarzalną ofiarę Chrystusa itd. - czego Biblia wyraźnie zakazuje. Przyłączają się do wspólnoty chrześcijańskiej i zaczynają nazywać Jezusa swoim Panem, ale niezmiennie nadal sami pozostają panami własnego życia.

Formalna przynależność do chrześcijańskiego zboru nie czyni człowieka automatycznie naśladowcą Chrystusa. Bo skoro między wami jest zazdrość i kłótnia, to czyż cieleśni nie jesteście i czy na sposób ludzki nie postępujecie? [1Ko 3,3]. Gdy część wspólnoty stanowią ludzie odrodzeni z Ducha Świętego i respektujący Biblię, a większość żyje według ducha tego świata i wnosi do niej świecki sposób myślenia, to nic dziwnego, że w takim tyglu indywidualizmu, samowoli i cielesności dochodzi do nieporozumień i rozdźwięku. Zresztą, muszą nawet być rozdwojenia między wami, aby wyszło na jaw, którzy wśród was są prawdziwymi chrześcijanami [1Ko 11,19]. Nie każdy, kto o sobie samym mówi, że jest chrześcijaninem, jest chrześcijaninem naprawdę. Świat pełny jest nominalnych chrześcijan, którzy praktykują wiarę w Boga po swojemu. Dopóki nie narodzą się na nowo i pokornie nie poddadzą się w posłuszeństwo Słowu Bożemu, wciąż będą się dzielić.  A jeśliby nawet we własnym gronie umówili się na jedność, to wciąż nie będą jedno z ludźmi żyjącymi według Ducha.

Prawdziwi chrześcijanie się nie dzielą. Są jedno. Czy rozdzielony jest Chrystus? [1Ko 1,13]. W Chrystusie i tylko w Nim doświadczamy tego niezwykłego fenomenu jedności myśli, poglądów i przekonań. Tajemnicą naszej jedności nie jest ręka na Biblii, lecz Biblia w sercu.

18 marca, 2019

Znormalizowani

Niejednemu z nas się zdarzyło, że nowo zakupiona bateria łazienkowa nie pasuje do starych podłączeń, albo że wypożyczana przyczepa ma inną wtyczkę niż gniazdo w naszym samochodzie. Są to przykre chwile, bo chociaż zgadzamy się na różną jakość i wygląd nowego produktu, to jednak system połączeń powinien być znormalizowany. Mamy przecież w kraju Polski Komitet Normalizacyjny, który określa tzw. Polską Normę (PN) i pilnuje jej stosowania. Gdy coś jest wykonane zgodnie z PN, to jedno pasuje do drugiego, chociażby zostało przywiezione z drugiego krańca Polski i pochodziło od innego producenta.

Od kilku dekad zadziwia mnie fenomen jedności wiary i zgodności poglądów prawdziwych chrześcijan. Choć żyją w najdalszych zakątkach świata i nigdy wcześniej się nie spotkali, okazuje się, że tak samo wierzą. Podobnie też praktykują swą pobożność. W górach czy nad morzem, w zapadłej wiosce ukraińskiej czy na nowojorskim Manhattanie – wszędzie napotykam na ten sam sposób myślenia. Po prostu mamy tę samą Biblię. Jest w tym coś naprawdę niezwykłego. Myślę, że jest to wielka wartość, którą trzeba doceniać i o którą należy dbać. Dokładajcie starań, by zachować jedność Ducha w spójni pokoju – jedno ciało i jeden Duch, jak też zostaliście wezwani w jednej nadziei związanej z waszym powołaniem. Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest, jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich [Ef 4,3-6].

Bóg ustanowił jedną normę dla wszystkich, którzy chcą być zbawieni. Tą normą jest dla nas Syn Boży, Jezus Chrystus, objawiony w Piśmie Świętym. Mamy więc słowo prorockie jeszcze bardziej potwierdzone, a wy dobrze czynicie, trzymając się go niby pochodni, świecącej w ciemnym miejscu, dopóki dzień nie zaświta i nie wzejdzie jutrzenka w waszych sercach. Przede wszystkim to wiedzcie, że wszelkie proroctwo Pisma nie podlega dowolnemu wykładowi. Albowiem proroctwo nie przychodziło nigdy z woli ludzkiej, lecz wypowiadali je ludzie Boży, natchnieni Duchem Świętym [2Pt 1,19-21]. Koniecznie trzeba nam trzymać się Pisma Świętego, bo ono właśnie jest tajemnicą zdumiewającej normalizacji życia i wiary wszystkich chrześcijan.

Apel ten o tyle jest na czasie, że opanowuje nas moda na pozabiblijne inspiracje. Sama Biblia niektórym z nas już nie wystarcza. Nauka apostolska wydaje się być zbyt ciasnym gorsetem. Z podziwem patrzymy na ludzi sukcesu i zaczynamy dopytywać się o tajemnicę ich osiągnięć, gotowi, by ich wskazówki wprowadzić do kościoła. Chęć na coś nowego każe niektórym chrześcijanom opuszczać swój zbór i wyruszać na duchowe poszukiwania. Ambicje zyskania sobie opinii pomysłowego twórcy, a nie naśladowcy, popycha część przywódców chrześcijańskich do postaw i czynów wykraczających poza granice Pisma Świętego. Komu bojaźń Boża na to nie pozwala, temu szybko przypina się łatkę religijnego konserwatysty.

Tymczasem Biblia wzywa: Miejcie się na baczności, abyście nie utracili tego, nad czym pracowaliśmy, lecz abyście pełną zapłatę otrzymali. Kto się za daleko zapędza i nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga. Kto trwa w niej, ten ma i Ojca, i Syna. Jeżeli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie. Kto go bowiem pozdrawia, uczestniczy w jego złych uczynkach. [2J 1,8-11]. Mamy tutaj bardzo poważny argument przemawiający za trwaniem w granicach Biblii. W przekładzie KUL brzmi on następująco: Żaden z tych, którzy wybiegają, a nie pozostają w nauce Chrystusa, Boga nie posiada. Kto trwa w nauce, ten i Ojca, i Syna posiada. Samo słowo "wybiegać" mówi o tzw. postępie, który jest przeciwieństwem zacofania. Widocznie już wtedy niektórzy chrześcijanie chwalili się swoją postępowością, a wiernych, którzy pozostawali w Kościele praktykując swą wiarę zgodnie z nauką Chrystusową – uważali za zacofanych. Jednakże Biblia wzywa do pozostania przy ewangelii Chrystusowej. Jak więc przyjęliście Chrystusa Jezusa, Pana, tak w Nim chodźcie, wkorzenieni weń i zbudowani na nim, i utwierdzeni w wierze, jak was nauczono, składając nieustannie dziękczynienie. Baczcie, aby was kto nie sprowadził na manowce filozofią i czczym urojeniem, opartym na podaniach ludzkich i na żywiołach świata, a nie na Chrystusie [Kol 2,6-8].

Owszem, są ludzie, którzy mają we krwi ciągłą potrzebę odmiany. Nudzi ich spanie z tym samym partnerem, to samo miejsce pracy lub wypoczynku i ten sam krąg przyjaciół. Chcą wciąż czegoś nowego. Normalnie jednak cieszymy się stałym rytmem życia. Jesteśmy szczęśliwi budząc się we własnym mieszkaniu, wciąż pijąc poranną kawę i kolejny dzień jadąc do tej samej pracy. Podobnie jest w sprawach wiary. Wciąż ten sam Zbawiciel i Pan, Jezus Chrystus. Ta sama ewangelia. Te same uczynki wynikające z wiary w Niego. Ta sama wspólnota kościelna i ta sama służba aż do powrotu Chrystusa Pana. Czyż jest w tym coś niewłaściwego?

Normalizację tę zapewnia nam Pismo Święte. Prostolinijne posłuszeństwo Słowu Bożemu stabilizuje nam życie. Nie tylko wprowadza Boży pokój do naszego własnego serca ale również prowadzi do harmonijnego funkcjonowania całej społeczności ludzi wierzących. Wszyscy bowiem podlegają tej samej nauce Chrystusowej. Już w okresie Starego Przymierza Bóg dał wszystkim mieszkającym w ziemi Izraela jedną i tę samą normę. W ogóle, jednakowy jest przepis dla was i dla cudzoziemca, który u was przebywa. Będzie to przepis wieczny, dla waszych pokoleń przed Panem, zarówno dla was jak i dla cudzoziemca. Jednakowe prawo i jednakowy przepis będzie dla was i dla cudzoziemca, przebywającego u was. [4Mo 15,15-16]. Nie inaczej jest w czasach Nowego Przymierza. Tak więc już nie jesteście obcymi i przychodniami, lecz współobywatelami świętych i domownikami Boga, zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, którego kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus, na którym cała budowa mocno spojona rośnie w przybytek święty w Panu, na którym i wy się wespół budujecie na mieszkanie Boże w Duchu [Ef 2,19-22].

Dlaczego chrześcijanie powinni trzymać się granic zakreślonych przez naukę apostołów i proroków Nowego Testamentu? Co mamy z wiernego stosowania się do norm Słowa Bożego? Przede wszystkim to, że w ten sposób zyskujemy i utrzymujemy status ucznia Jezusa. Mówił więc Jezus do Żydów, którzy uwierzyli w Niego: Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie [J 8,31]. Kto w tym nie wytrwa, ten nie będzie uczniem Pana. Gdy swego czasu jakaś kobieta chciała inaczej zaakcentować tajemnicę błogosławionego życia, Syn Boży natychmiast skorygował jej myślenie mówiąc: Błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają Słowa Bożego i strzegą go [Łk 11,28].

Trzymanie się norm Pisma Świętego od zawsze warunkowało też pomyślność i powodzenie w życiu. Tylko bądź mocny i bardzo mężny, aby ściśle czynić wszystko według zakonu, jak ci Mojżesz, mój sługa, nakazał. Nie odstępuj od niego ani w prawo, ani w lewo, aby ci się wiodło wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz. Niechaj nie oddala się księga tego zakonu od twoich ust, ale rozmyślaj o niej we dnie i w nocy, aby ściśle czynić wszystko, co w niej jest napisane, bo wtedy poszczęści się twojej drodze i wtedy będzie ci się powodziło [Joz 1,7-8]. Czasem Bóg może poddać nas jakieś próbie, gdy jak Hiob przeżywamy tymczasowe trudności, lecz nie zmienia to zasady, że wierne posłuszeństwo Słowu Bożemu owocuje też w sferze materialnej.

Mało tego. Trwanie w przestrzeganiu norm Pisma Świętego przesądza o tym, jak będziemy nazywani w Królestwie Bożym. Kto zatem rozwiąże jedno z przykazań, choćby z pozoru nieważne, i w ten sposób będzie uczył ludzi, tego w Królestwie Niebios też nazwą nieważnym. Tego natomiast, kto będzie je stosował i innych tego uczył, w Królestwie Niebios nazwą ważną osobą [Mt 5,19]. Jeśli chcemy być ważni w Niebie to tutaj na ziemi koniecznie trzeba nam trzymać się Biblii. Tym większą ma to wartość w oczach Bożych, im bardziej jesteśmy kuszeni, aby niektóre wezwania ewangelii Chrystusowej potraktować jako już przestarzałe i nie pasujące do naszej kultury.

Do czego w tym rozważaniu zmierzamy? Czy chrześcijanom naprawdę grozi niebezpieczeństwo odejścia od norm Pisma Świętego? Powróćmy do ilustracji o Polskich Normach. Przez prawie pięćdziesiąt lat obowiązywał w Polsce system obligatoryjny z silnym zakorzenieniem się w świadomości całego społeczeństwa przekonania o obowiązku stosowania tych norm. Do końca 1993 roku stosowanie PN było obowiązkowe i pełniły one rolę przepisów. Nieprzestrzeganie postanowień PN było naruszeniem prawa. Od początku 1994 roku stosowanie PN stało się dobrowolne, przy czym do końca 2002 roku istniała możliwość, by w pewnych przypadkach nakładać obowiązek stosowania PN. Od początku 2003 roku stosowanie PN jest już całkowicie dobrowolne.

Jak widać, polityka wolnego rynku zaowocowała w Polsce powolnym procesem odchodzenia od obowiązkowości w trzymaniu się norm. Teraz PN może - ale już nie musi - być przez producentów stosowana. Kupując coś nowego trzeba się liczyć z tym, że może to już nie pasować do tego, co było wcześniej. Podobny proces obserwujemy w Kościele, a nawet w pojedynczym zborze. Nie od dziś mamy do czynienia ze zjawiskiem odchodzenia "od normy" Słowa Bożego. W kościołach historycznych zrobiono tak już dawno. Teraz coraz mocniej ogarnia to też środowiska ewangelicznego chrześcijaństwa. Niby teoretycznie nic jeszcze się nie zmieniło. Punkt pierwszy aktualnego wyznania wiary Kościoła Zielonoświątkowego wciąż głosi, że Pismo Święte – Biblia – jest Słowem Bożym, nieomylnym i natchnionym przez Ducha Świętego, i stanowi jedyną normę wiary i życia. Czy jednak nie ma się czego obawiać? Czy Biblia jako jedyna norma wiary i życia naprawdę utrzyma się w naszej wspólnocie kościelnej aż do końca?

Dużo tu zależy od postawy braci stojących na czele zborów. Jako duszpasterze i nauczyciele odpowiadamy przed Bogiem za utrzymanie zboru w normach Pisma Świętego. Trzeba nam uważać, aby nasze umysły, zamiast Słowem Bożym, nie wypełniły się błyskotliwymi hasłami z poradników przywództwa. W porównaniu z nimi wezwania biblijnych apostołów i proroków wydają się być nie na czasie. Kto się uwolnił od prostolinijnego pojmowania i stosowania nauki apostolskiej – ten wydaje się święcić triumfy. Wszyscy odczuwamy silną pokusę do posłużenia się czymkolwiek, aby tylko mieć sukces, nawet za cenę wyjścia poza granice Pisma. Nie dajmy się zwieść. Pozostańmy w granicach fundamentów nauki Chrystusowej, zakreślonych przez Jego apostołów i proroków.

Prawdziwi chrześcijanie są znormalizowani Pismem Świętym. Dzięki temu jeden do drugiego pasuje. Jest to cudowne i godne zachowania tego stanu rzeczy. Biblia jest dla wierzących ludzi wielkim dobrodziejstwem. Czytana i rozważana z modlitwą pod każdą szerokością geograficzną owocuje jednakową nauką i tak samo rozumianą pobożnością. Problemy braku jedności rodzą się wówczas, gdy ktoś – w imię nowoczesności – znajdzie sobie jakieś pozabiblijne źródło inspiracji i zaczyna innych pociągać za sobą.

Swego czasu Syn Boży powiedział: Dlaczego mówicie do Mnie, Panie, Panie, nie czynicie tego, co mówię? [Łk 6,46]. Jego słowa ustanowiły dla nas normę, zgodnie z którą nie tylko mamy żyć tutaj na ziemi, ale na podstawie której zostaniemy też rozliczeni na końcu naszej drogi. I jeśliby ktoś słuchał moich słów, lecz nie stosował się do nich, nie Ja będę go sądził; nie przyszedłem bowiem aby sądzić świat, ale aby świat uratować. Kto Mnie odrzuca i nie przyjmuje moich słów, ma swego sędziego: Słowo, które wygłosiłem, osądzi go w dniu ostatecznym [J 12,47-48]. Trzymajmy się Słowa Bożego.