14 sierpnia, 2018

Żeby kościół był Kościołem

Każdy normalny człowiek, każda zorganizowana grupa społeczna pragnie sukcesu w osiąganiu wyznaczonych dla siebie celów. Nie ma wszakże jednej dla wszystkich, uniwersalnej miary sukcesu. Poczucie triumfu i zadowolenie z dokonań w dużym stopniu zależą od przyjętych kryteriów, według których nasz sukces mierzymy. I nie tylko chodzi tu o skalę osiągnięć, lecz przede wszystkim o ich kategorię i charakter. Czym innym są tłuste lata placówki handlowej, czym innym dobre wyniki ośrodka terapii uzależnień, a jeszcze czym innym powodzenie w działalności strażnicy granicznej.

Absolutnie innymi kryteriami się posługujemy mierząc i oceniając osiągnięcia wspólnoty kościelnej. Z tego tytułu to, co w świecie powszechnie uznawane jest za sukces, w kościele może być potraktowane nawet  jako swoista porażka. Szczęśliwi jesteście ubodzy - powiedział Jezus do swoich uczniów - gdyż wasze jest Królestwo Boże. Szczęśliwi, którzy teraz głodujecie, ponieważ będziecie nasyceni. Szczęśliwi, którzy teraz płaczecie, dlatego, że będziecie radośni. Szczęśliwi jesteście ilekroć was ludzie znienawidzą, ilekroć od siebie odłączą, znieważą i zniesławią wasze imię - z powodu Syna Człowieczego. Cieszcie się w tym dniu i z radości skaczcie do góry. W niebie czeka was naprawdę hojna zapłata. Podobnie bowiem ich ojcowie traktowali proroków. Ale biada wam, bogatym, gdyż w pełni odbieracie swą pociechę. Biada wam, teraz opływającym w dostatki, gdyż spadnie na was głód. Biada wam zuchwale roześmianym, gdyż będziecie smucić się i płakać. Biada wam, ilekroć wszyscy będą mieli o was dobre zdanie, bo takie ich ojcowie mieli o fałszywych prorokach [Łk 6,20-26].

Kościół to całkowicie wyjątkowa wspólnota ludzi wywołanych i oddzielonych od świata. Żadna z powszechnych w świecie miar sukcesu do kościoła więc nie pasuje. Miarą dobrych notowań w świecie jest otwartość na zmiany i szybkie dostosowywanie się do nowych trendów, a nawet ich kreowanie. Tajemnicą sukcesu Kościoła jest wytrwanie w nauce apostolskiej i wierne trzymanie się granic zakreślonych przez Pismo Święte. A nie przypodobywajcie się temu światu [Rz 12,2] - nawołuje Biblia Gdańska. Bóg wytycza wyraźną granicę duchową oddzielającą Kościół od świata. Przestańcie wprzęgać się w nierówne jarzmo z niewierzącymi. Cóż za towarzystwo sprawiedliwości z bezprawiem? Co za wspólnota światła i ciemności? Co za harmonia między Chrystusem a Beliarem? Gdzie część wspólna wierzącego z niewierzącym? Jaka zgoda między przybytkiem Boga a bóstwami? [2Ko 6,14-16]. 

Lokalna wspólnota chrześcijańska odpowiada za należyty wizerunek i sukces całego Kościoła, który musi pozostać w zgodzie z duchem całej Biblii. Żadne trendy światowe, żadne zmiany o charakterze kulturowym i społecznym nie mają prawa tego zmienić. Sukcesem świeckich instytucji i organizacji jest zdolność do zmian. Sukcesem Kościoła jest przeciwstawienie się wpływom świata i wytrwanie na pozycjach wyznaczonych nam przez Chrystusa i Jego apostołów. Gdy jakiś zbór zaczyna odnosić sukcesy w oczach świata, trzeba się upewnić, czy aby nie zaczął wchodzić na ścieżki duchowych kompromisów, co musi skończyć się jakąś porażką.

Zauważam, że wiele dzisiejszych wspólnot chrześcijańskich bez większego zahamowania stosuje środki oraz metody rozwoju, podpatrzone i zaczerpnięte bezpośrednio w świeckich organizacjach społecznych, kulturalnych i biznesowych. Z uwagi na wygląd i wyposażenie sali zgromadzeń, ubiór i zachowanie mówców, a nawet merytoryczną zawartość spotkania, w wielu przypadkach coraz trudniej już takie niedzielne zgromadzenie nazywać nabożeństwem chrześcijańskim. Kościół w takich przypadkach przestaje być kościołem. Raczej należałoby coś takiego nazywać klubem towarzyskim, grupą wsparcia lub organizacją wdrażającą nowatorski program społeczny. 

Niech ludzie duchowo przynależący do świata idą sobie szeroką drogą rozrywki, bogactwa, wygody i licznych przyjemności, drogą, którą ciągną całe tłumy amatorów dobrego życia. Ludzie Nowego Przymierza mają inną drogę, wyznaczoną nam przez Pana Kościoła. Wchodźcie przez ciasną bramę, gdyż przestronna jest brama i szeroka droga, która prowadzi do zguby, i wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Natomiast ciasna jest brama oraz wąska droga, która prowadzi do życia - i niewielu tych, którzy ją znajdują [Mt 7,13-14]. 

Wzywam do głębszej refleksji nad zjawiskiem liberalizacji poglądów, wprowadzania świeckich metod przywództwa i postępującej sekularyzacji zborów. Żadne - choćby nie wiem jak sprawdzone - korporacyjne przepisy na sukces nie mogą mieć prawa głosu w Kościele. Zborem Bożym kieruje Duch Święty! On mówi wierzącym, co trzeba, a czego nie wolno robić. On wspomaga zbór, przesądza o jego liczebności i udziela darów istotnych dla zdrowego rozwoju świętych. Duch Święty nigdy nie zgodzi się na pełnienie jedynie roli jednego z doradców. On jest Kierownikiem!

Głową Kościoła jest Chrystus i tak ma zostać aż do samego końca! Zgromadzenie chrześcijan ma być więc aktem bogobojnego uniżenia się przed Trójjedynym Bogiem. Miejscem i czasem wspólnego oddania Mu chwały, wyrażenia wdzięczności, przedłożenia próśb i uważnego wysłuchania Słowa Bożego. Oznaką sukcesu Kościoła nie jest nadążanie zboru za nowymi trendami lecz jego zdolność do wiernego trwania w granicach nakreślonych przez Słowo Boże. Miejmy bojaźń Bożą i z niedzielnego nabożeństwa nie róbmy sobie czasu rozrywki, że już o obowiązku bogobojnego życia poszczególnych chrześcijan w ciągu tygodnia nie wspomnę...

Niech kościół będzie Kościołem!

11 sierpnia, 2018

Przywódcom chrześcijańskim pod rozwagę - 9

Nadeszła pora, by omówić ostatnie "biada" z mowy przeciwko przywódcom religijnym, którą wypowiedział Chrystus Pan tuż przed swoją śmiercią.

Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Budujecie groby prorokom i zdobicie grobowce sprawiedliwych. Gdybyśmy żyli za dni naszych ojców - mówicie - nie rozlewalibyśmy wraz z nimi krwi proroków. W ten sposób przyznajecie, że jesteście synami morderców. Dopełnijcie miary waszych ojców. Węże! Pomioty żmij! Jak ujdziecie przed wyrokiem wiecznej kary? Dlatego Ja posyłam do was proroków, ludzi mądrych i rozumiejących Prawo. Niektórych zabijecie i ukrzyżujecie, innych ubiczujecie w waszych synagogach lub będziecie przepędzać z miasta do miasta. W ten sposób spadnie na was odpowiedzialność za całą sprawiedliwą krew przelaną na ziemi: od krwi sprawiedliwego Abla aż do krwi Zachariasza, syna Barachiasza, którego zabiliście między przybytkiem a ołtarzem. Zapewniam was, wszystko to spadnie na to pokolenie. Jerozolimo, Jerozolimo, która zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy zostali do ciebie posłani! Tyle razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak kwoka swoje pisklęta pod skrzydła, lecz nie chcieliście! Wasz dom opustoszeje. Bo mówię wam: Na pewno Mnie nie zobaczycie - do chwili, kiedy powiecie: Błogosławiony Ten, który przychodzi w imieniu Pana [Mt 23,29-39].

Niech mi ktoś powie, że nie liczy się historia, a jedynie to, co robimy aktualnie. Błędy przywódców poprzednich pokoleń wymagają od ich następców refleksji, pokuty i jednoznacznego odżegnania się od nich. Gdy w wyniku kazania Piotra po zesłaniu Ducha Świętego w święto Pięćdziesiątnicy, pobożni Żydzi zdali sobie sprawę z tego, że przynależą do grona tych, którzy w czasie minionej Paschy ukrzyżowali Mesjasza - Jezusa z Nazaretu, natychmiast zrozumieli, że muszą odciąć się od owego towarzystwa.

A zatem niech wie to na pewno cały dom Izraela, że Bóg ustanowił Panem i Chrystusem tego Jezusa, którego wy ukrzyżowaliście. Słowa te przeszyły ich do głębi serca. Przerażeni zwrócili sie do Piotra i pozostałych apostołów: Drodzy bracia, co mamy teraz robić? Opamiętajcie się - odpowiedział Piotr - i niech każdy z was da się ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa... […]. W inny też sposób, jeszcze wyraźniej, składał im mocne świadectwo i zachęcał: Ratujcie się spośród tego wypaczonego pokolenia! [Dz 2,36-40].

Współcześni Jezusowi uczeni w Piśmie i faryzeusze byli duchowymi spadkobiercami bałwochwalstwa, duchowej pychy i wielu innych, kardynalnych błędów swoich poprzedników. Należało się od nich odciąć wg zasady: Moją matką i braćmi moimi są ci, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je [Łk 8,21]. Żadne gloryfikowanie proroków wcześniej odrzuconych i uśmierconych, nie załatwiało sprawy, skoro nie towarzyszyło mu nazwanie rzeczy po imieniu i jednoznaczne odwrócenie się od grzechów wcześniej popełnionych przez ojców. Duch sprzeciwu wobec żywego Boga wciąż panował w Izraelu nadając ton nastawieniu kolejnego pokolenia jego przywódców do posłańców Bożych, co skończyło się odrzuceniem i ukrzyżowaniem samego Syna Bożego.

Także w historii Kościoła powszechnego jest wiele niechlubnie zapisanych kart. Prześladowanie i zabijanie innowierców, niemoralność, wyzysk, handel odpustami, fałszowanie Słowa Bożego - to tylko niektóre grzechy przywódców religijnych minionych wieków. Kto nie potrafi albo nie chce wyraźnie od nich się odciąć, ten jest spadkobiercą tych grzechów. Mało tego! Pozostaje pod wpływem tego samego ducha, który kierował postępowaniem "ojców" tamtych czasów, a więc wcześniej czy później dopuści się podobnych wykroczeń. Żadne dzisiejsze sympatyzowanie z biblijnym chrześcijaństwem nikogo nie oczyści w oczach Bożych, jeżeli pozostaje on w duchowym związku z systemem religijnym, który krzywdził i tępił odrodzonych z Ducha Świętego chrześcijan w przeszłych wiekach.

Bracia! Jako ludzie aktualnie odpowiedzialni za stan duchowy trzody Bożej powinniśmy zawsze mieć na uwadze czyny naszych poprzedników w służbie. Rozpatrując koniec ich życia [Hbr 13,7] jak najbardziej możemy wychwalać swoich ojców duchowych, stawiać im pomniki i dobrze ich wspominać, jeżeli nie splamili oni swojego życiorysu czynami niegodnymi ewangelii Chrystusowej. Jeżeli natomiast jest dla nas jasne, że kiedyś np. popierali oni fałszywą naukę i sami ją głosili, jeżeli wiemy, że zdefraudowali ofiary złożone na dzieło Boże, dopuścili się czynów niemoralnych albo tępili szczerze oddanych Panu sług Słowa Bożego, to powinniśmy zdecydowanie wyrzec się naszego związku z nimi. Nieważne, jak wielkie są to imiona. Wymieniając je bagatelizujemy ich grzechy i stajemy się ich uczestnikami.

Omawiany dziś końcowy fragment mowy Jezusa przeciwko przywódcom religijnym pobudza mnie do jeszcze jednej refleksji. Otóż w gronie przywódców zauważam  zjawisko nieuprawnionego podłączania się pod uznane w środowiskach ewangelicznego chrześcijaństwa autorytety. Na przykład, ktoś, kto całymi latami głosił - i wciąż głosi - ewangelię sukcesu, cytuje dziś i poleca innym Dawida Wilkersona. O co chodzi? Przecież Wilkerson zdecydowanie odcinał się od tej zwodniczej nauki. Ktoś inny z kolei, przez lata wyśmiewający zielonoświątkowców za praktykowanie darów Ducha Świętego, nagle - bez jednoznacznego wyznania swego błędu - zaczyna okazywać im przychylność i dobrze się o nich wypowiadać. Co sie stało? Jeżeli przejrzał na oczy, to powinien wyraźnie to powiedzieć. Inaczej można się domyślać, że chodzi mu tylko o osiągnięcie jakiejś doraźnej korzyści. Ciśnie mi się tu przykład, jak swego czasu pewien przywódca z Warszawy, wyraźnie przeciwny poglądom zielonoświątkowców, poleciał na Światową Konferencję Zielonoświątkową reprezentować tam nasze kręgi, bo dzięki temu mógł za darmo zobaczyć Amerykę.

Wystrzegajmy się takich ludzi, a tym bardziej sami nigdy takimi nie bądźmy. Kto nie potrafi wyraźnie odciąć się od grzechów swoich ojców, albo od swoich własnych grzechów z przeszłości, ten pozostaje pod wpływem ducha, który te grzechy inspiruje i któregoś dnia znowu je popełni.

Niechże rozważone przez nas ośmiokrotne "biada", które padło z ust naszego umiłowanego Zbawiciela i Pana, Jezusa Chrystusa, nastroi nas, bracia, i zachęci do stawania się coraz lepszymi przywódcami duchowymi, dbającymi przede wszystkim o upodobanie w Jego oczach.

09 sierpnia, 2018

Przywódcom chrześcijańskim pod rozwagę - 8

Skąd w społeczeństwie wzięło się takie myślenie, że osoby duchowne, że przywódcy religijni w ogóle ludności są kimś szczególnym? Przecież jak każdy inny człowiek, tak samo ubierają spodnie, chodzą do ubikacji i się starzeją. Tak! Człowiek jest tylko tchnieniem, nawet ten wysoko postawiony [Ps 39,6]. Nie ma oczywiście w tym nic niestosownego, gdy ludzie okazują szacunek swoim duszpasterzom i czasem spontanicznie potraktują ich w wyjątkowy sposób. W pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie [Flp 2,3] - poucza nas przecież Pismo Święte.

Rzecz w tym, że niejednokrotnie to sami duchowni tworzą wokół siebie atmosferę glorii. Czasem odnoszę wrażenie, że niektórzy chyba naprawdę uwierzyli w swoją niezwykłość. Przedstawiając się lub opowiadając o jakimś zdarzeniu, w którym uczestniczyli, nigdy nie pomijają swojego tytułu lub funkcji kościelnej. Gdy jakiś 'Korneliusz' zaczyna oddawać im honory, zamiast powiedzieć mu: Wstań, i ja jestem tylko człowiekiem [Dz 10,26], oni z upodobaniem napawają się ludzkim zachwytem i oddaniem.

Chęć ustawicznego wyróżniania się na tle zboru wytwarza w przywódcy postawę nienaturalnego prężenia mięśni i wciągania brzucha, co z upływem czasu może zaowocować totalnym zakłamaniem życia. Takie właśnie zjawisko zaobserwował Jezus w Izraelu. Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Przypominacie groby pokryte białą farbą. Na zewnątrz są piękne, a wewnątrz - kości zmarłych i wszelka zgnilizna. Wy też w oczach ludzi uchodzicie za sprawiedliwych, ale w waszych wnętrzach pełno obłudy i bezprawia [Mt 23,27-28].

Winę za taki stan rzeczy nie ponoszą - bynajmniej - ludzie, którzy swoich przywódców obdarzają autorytetem i otaczają szacunkiem. Biblia im to nakazuje, więc osoby bogobojne jak najbardziej odnoszą się do duszpasterzy z należytym respektem. Gdy zatem dochodzi do sytuacji, że w zborze szanowany i stawiany na piedestale bywa człowiek prowadzący podwójne życie, że hołubiony jest pastor wewnętrznie zbrukany sekretnymi grzechami - to odpowiedzialność za to ponosi wyłącznie ów zakłamany przywódca. Biadam wam, a nie ludziom, w oczach których uchodzicie za sprawiedliwych - powiedział Pan.

Bracia, nie nasza to sprawa, czy ludzie zechcą odnosić się do nas z szacunkiem, czy może będą nas lekceważyć. Naszą wielką powinnością natomiast jest to, aby uznanie ze strony chrześcijan nie brało się z zafałszowanego wizerunku naszej osoby. Jeżeli w środku jesteśmy nieczyści, to nie udawajmy czystych. Miejmy odwagę przyznać się do swoich grzechów i czym prędzej je porzućmy. Niech czar opadnie. Ludzie mają prawo wiedzieć, z kim naprawdę mają do czynienia, gdy spotykają się ze swoim pastorem i zwierzają mu się z rozmaitych problemów.

Lepiej w porę odbrązowić się samemu, niż przez lata uchodzić za wielkiego męża Bożego, a potem okazać się żałośnie malutkim.

PS. Piszę te słowa w dniach, gdy staje się jawne, że właśnie takim grobem pobielanym przez całe lata był np. Bill Hybels, sławny superpastor megazboru Willow Creek i twórca "The Global Leadership Summit (GLS) :(

07 sierpnia, 2018

Przywódcom chrześcijańskim pod rozwagę - 7

Może i ktoś słowa Jezusa skierowane przeciwko przywódcom religijnym nazwałby dziś "mową nienawiści" lecz faktycznie były one nacechowane serdeczną troską o ich zbawienie. Ludzie tego pokroju i pozycji społecznej nie są skłonni do tego, by przejmować się każdym słowem do nich kierowanym. Wszelkie napomnienia i uwagi czym prędzej przekierowują na innych, a sami kryją się za fasadą osoby duchownej. Dlatego Pan swą mowę dobitnie zaadresował i wypowiedział im prosto w oczy, ażeby wstrząsnąć nimi i zmusić ich do refleksji nad osobistą pobożnością.

Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Dbacie o czystość zewnętrznych części kielicha i misy, nie o to, że środek pełny grabieży i gwałtu. Ślepy faryzeuszu! Czyszczenie kielicha zaczynaj od wnętrza, a wtedy to, co na zewnątrz, też zalśni czystością [Mt 23,25-26].

Obłuda uczonych w Piśmie i faryzeuszy była tak oczywista, że aż bolało. W sferze publicznej dbali o  nienaganny ubiór, etykietę i postępowanie zgodne z protokołem. Wydawać by się mogło, że są naprawdę wielcy i jakby nieziemsko święci. W prywatnym życiu byli jednak żałośnie mali. Podobnie do innych nastawieni byli na zysk i zaspokajanie swoich pożądliwości. Pamiętam, jak dotkliwie przeżywałem tego rodzaju dwulicowość w okresie, gdy byłem ministrantem. Za ołtarzem i ksiądz, i ministranci, wyglądali na świętych. W zakrystii już tacy - niestety - nie byli. Nieduże drzwi oddzielające prezbiterium od zaplecza, a czyniły tak wielką różnicę!

Wy, faryzeusze, oczyszczacie zewnętrzną stronę kielicha i miski, podczas gdy wasze wnętrze jest pełne chciwości i zła [Łk 11,39]. Znam ludzi, którzy świetnie prezentują się na mieście, a mieszkają w brudzie i sypiają w barłogu. Koncentracja na sprawach zewnętrznego wyglądu zbyt często wiąże się z całkowitym zaniedbaniem wnętrza. Duszpasterz, przywódca chrześcijański nie może się posunąć do takiej hipokryzji, żeby robić na ludziach dobre wrażenie, a w rzeczywistości nurzać się w swoich grzechach. Najpierw środek, potem wygląd zewnętrzny - oto właściwy porządek rzeczy.

Zbawienie człowieka zaczyna się od przemiany jego serca. Przybrane pozory pobożności, wzniosłe słowa i piękne gesty potrafią oczarować ludzi ale zasmucają Boga. Nic nie pomagają w zapanowaniu nad własną zmysłowością. Do tego potrzebne jest duchowe odrodzenie. Tylko osobiste opamiętanie z grzechów, szczere i pokorne zwrócenie się do Jezusa Chrystusa z prośbą o przebaczenie, tylko nowe narodzenie czyni nas prawdziwymi sługami Bożymi i daje nam prawo do reprezentowania Boga pośród ludzi. Bóg nie powołuje do swej służby ludzi żyjących w obłudzie.

Dlatego trzeba nam, Bracia, z dostateczną troską zadbać najpierw o wewnętrznego człowieka. Zajmowanie się duszpasterstwem, doradzaniem i korygowaniem zachowania innych ludzi, domaga się wcześniejszego uświęcenia własnego życia. Biada takim przywódcom chrześcijańskim, którzy na zewnątrz chcą uchodzić za mężów Bożych, a żyją w grzechu. Biada takim, którzy innym mówią o wolności w Chrystusie, a sami są niewolnikami zepsucia. Czemu bowiem ktoś poddańczo służy, tego jest niewolnikiem [2Pt 2,19].

Uświęcenie - to proces, który trzeba nam zaczynać od własnego serca. Z tego wyniknie w naszym życiu szereg zmian o charakterze wizerunkowym. Dopiero wtedy mamy moralne prawo i Boży autorytet, aby zająć się innymi.

04 sierpnia, 2018

Przywódcom chrześcijańskim pod rozwagę - 6

Piąte 'biada" w Jezusowej mowie przeciwko przywódcom religijnym Izraela porusza problem wybiórczego podejścia do Słowa Bożego. Uczeni w Piśmie i faryzeusze z upływem lat nabrali takiej pewności siebie, że  praktycznie liczyło się już tylko ich własne zdanie. Na przykład, drobiazgowo oddawali dziesięcinę, podczas gdy do innych przykazań Tory odnosili się już mniej rygorystycznie. Posłuszeństwa niektórym zaś zupełnie zaniechali. Pieczołowicie odcedzali komara, w tym samym czasie połykając wielbłąda.

Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Dajecie dziesięcinę z mięty, kopru oraz kminku, a porzuciliście to, co w Prawie jest ważniejsze: sprawiedliwy sąd, miłosierdzie oraz wiarę - to należało zachować, a i tamtych spraw nie porzucać. Ślepi przewodnicy! Przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda [Mt 23,23-24].

Należycie przestrzegać Prawa Bożego może tylko ten, w kim mieszka Duch Boży. Ktoś, kto poza literą Pism świętych, zna też ich ducha, dzięki czemu zdolny jest w każdej - najmniejszej nawet - sprawie stosować je całościowo. Duchowni z czasów Jezusa tej cechy nie mieli. Zafiksowali się na punkcie dziesięciny, a zupełnie rozmyła się ich wiara i miłosierdzie. Stając przed ich trybunałem trudno też było liczyć na sprawiedliwy wyrok. Pomijając przyczyny, dla których tak było, jako przewodnicy duchowi, zawiedli całkowicie.

Wierzymy w całkowite natchnienie Biblii, to znaczy, że każde słowo Pisma Świętego jest niezmiennie ważne i obowiązujące. Dopóki trwać będzie niebo i ziemia, ważna będzie każda jota i każda kreska Prawa - aż wszystko się dokona. Kto zatem rozwiąże jedno z przykazań, choćby z pozoru nieważne, i w ten sposób będzie uczył ludzi, tego w Królestwie Niebios też nazwą nieważnym [Mt 5,18-19]. Nic w Biblii nie jest nieważne. Każde słowo Syna Bożego, każde zdanie proroków lub apostołów Jezusa Chrystusa jest nieprzypadkowe i - zgodnie z myślą Bożą, według ducha Biblii, a nie jedynie według litery  - obowiązuje wszystkich wierzących.

Proszę zauważyć, że Jezus w sprawie oddawania dziesięciny powiedział: - "a i tamtych nie porzucać". Czy te słowa wyszły z Jego ust ot, tak sobie? Nasz Pan z pewnością ważył słowa i dlatego każde z nich miało wielkie znaczenie. Ba, Jego słowa pochodziły nawet od Niego samego.  To zatem, co Ja mówię, mówię tak, jak mi polecił Ojciec [Jn 12,50]. Skoro więc Syn Boży powiedział, aby takich spraw jak dziesięcina nie porzucać (nie zaniedbywać - BW i BW-P, nie opuszczać - BG i BT) to znaczy, że również w Jego Kościele oddawanie dziesięciny pozostaje biblijną formą dobrego - proporcjonalnie rozłożonego na wiernych -  zaopatrzenia lokalnego zboru Pańskiego.

Oczywiście, w Kościele Chrystusowym nic nie odbywa się pod przymusem. Wy bowiem, bracia, zostaliście powołani do wolności [Ga 5,13]. W Chrystusie mamy możliwość życia w Duchu, a co za tym idzie, mamy zdolność do całościowego przestrzegania Słowa Bożego. Duch Święty poucza nas i prowadzi, byśmy trwali w nauce apostolskiej, zachowywali równowagę, uwzględniali pełne objawienie woli Bożej i dzięki temu unikali skrajności.

Błędem niektórych współczesnych przywódców chrześcijańskich jest skupianie się na ulubionych - ich zdaniem - ważnych zagadnieniach, a bagatelizowanie i pomijanie innych. Całe Pismo natchnione jest przez Boga i pożyteczne do nauki, do wykazania błędu, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był w pełni gotowy, wyposażony do wszelkiego dobrego dzieła [2Tm 3,16-17]. Jedna z podstawowych, uniwersalnych zasad w podejściu do Pisma Świętego brzmi następująco: Wszystko, co wam powiedziałem, starannie wypełniajcie. Nic do tego nie będziesz dodawał ani nic od tego nie ujmiesz [5Mo 13,1].

Bracia! Każde kolejne pokolenie chrześcijan gotowe jest tak myśleć o sobie, jakby dopiero od nich Bóg zaczynał działanie. Ich przywódcy duchowi silą się więc na zupełnie nowe podejście do służby duchowej i dopasowują się do aktualnych trendów, zaniedbując to, co wcześniej w Kościele było ważne i święte. Skutkuje to też skupianiem całej uwagi i energii chrześcijan na sprawach, które obecnie uznano za potrzebne. Tymczasem jako przywódcy chrześcijańscy, niezależnie od czasów, w których żyjemy i pracujemy dla Pana, jesteśmy zobowiązani, by niezmiennie trzymać się słów Pana naszego, Jezusa Chrystusa, wyłożonych przez Jego apostołów, niczego nie zaniedbując ani nie zmieniając.

Dlatego, bracia, stójcie niewzruszenie. Trzymajcie się przekazanych wam prawd, których nauczyliście się dzięki naszym słowom oraz dzięki listom [2Ts 2,15].

02 sierpnia, 2018

Przywódcom chrześcijańskim pod rozwagę - 5

Po paru dniach przerwy powracamy do mowy Jezusa przeciwko uczonym w Piśmie i faryzeuszom. Możemy wyciągać z niej pozytywne wnioski i dzięki temu być lepszymi przywódcami duchowymi dla swoich rodzin, przyjaciół i zborów. Oto kolejne, czwarte już "biada" skierowane do duchownych tamtych czasów:

Biada wam, ślepi przewodnicy! Mówicie: Kto przysięga na przybytek - to nic; kto przysięga na złoto przybytku, ten jest związany przysięgą. Bezmyślni! Ślepcy! Co jest ważniejsze: złoto czy przybytek, który uświęca złoto? Mówicie też: Kto przysięga na ołtarz - to nic; kto przysięga na dar, który jest na nim, ten jest związany przysięgą. Ślepcy! Co jest ważniejsze: dar czy ołtarz, który uświęca dar? Kto więc przysięga na ołtarz, przysięga i na sam ołtarz, i na wszystko, co na nim. I kto przysięga na przybytek, przysięga na sam przybytek oraz na Tego, który w nim mieszka. Również kto przysięga na niebo, przysięga na tron Boży oraz na Tego, który na nim zasiada [Mt 23,16-22].

Przywódcy religijni Izraela w czasach Jezusa byli duchowo ślepi. Robili na ludziach wrażenie, że się znają na rzeczy i za takich chcieli uchodzić, a faktycznie dawali świadectwo swojej niewiedzy i bezmyślności. Najdobitniej pokazali to swoim stosunkiem do Syna Bożego, zupełnie Go nie rozpoznając. A uczeni w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy, mówili, że ma Belzebuba i że mocą księcia demonów wypędza demony [Mk 3,22]. Nic dziwnego, że również ich 'eksperckie' podejście do ważności przysięgi - jak wykazał Jezus -  rozmijało się z prawdą. Gorzej, że takie wywody pogłębiały w narodzie duchową dezorientację, bo gdy ślepy ślepego prowadzi, wszyscy są w niebezpieczeństwie.

Okres wczesnego Kościoła - jak można wnioskować z natchnionych pism apostolskich - nie uchronił się od podobnej maści przywódców. Apostoł Paweł wielokrotnie pisał o ich szkodliwości dla Kościoła. List św. Judy niemal w całości poświęcony jest wystąpieniu przeciwko ludziom, którzy zdominowali społeczność chrześcijańską, podczas gdy w ogóle nie powinno w niej być dla nich miejsca. Wielu bowiem to ludzie niekarni, rozgadani, zwodziciele - zwłaszcza wśród obrzezanych. Takim trzeba zatkać usta, gdyż oni całe domy wywracają, ucząc - dla brudnego zysku - rzeczy niepotrzebnych [Tt 1,10-11].

Niestety, również wielu dzisiejszych przywódców chrześcijańskich to eksperci od siedmiu boleści. Silą się na objaśnienia duchowe, nie mając o nich zielonego pojęcia. Wypowiadają się, interpretują wydarzenia na świecie nadając im proroczy wymiar i znaczenie, lecz ich wywody nie mają zamocowania w prawdzie. Są wytworem jedynie ich własnej wyobraźni, pobożnych życzeń i chęci wywołania na ludziach wrażenia, że są mężami Bożymi, że mają ponadprzeciętne objawienie w sprawach ogólnie niezrozumiałych.

Pełno dziś w kręgach chrześcijańskich, a zwłaszcza w Internecie, kaznodziejów głoszących to, co im ślina na język przyniesie. Pełno domorosłych teologów  mówiących o Bogu rzeczy przez siebie wymyślone i nieprawdziwe. Pełno proroków prześcigających się w ogłaszaniu rewelacji. Przydałoby się, żeby ktoś - podobnie jak Jezus w stosunku do ówczesnych przywódców religijnych - wykazał ich ślepotę duchową, bezmyślność i szkodliwość. Jak to zrobić? Kto ma się tym zająć? Czy w ogóle jest to dzisiaj możliwe?

Jedno, co na pewno trzeba nam w tej sytuacji robić, Bracia, to rozważać i głosić Słowo Boże w duchu Chrystusowym, zgodnie z apostolską nauką pism Nowego Testamentu. Prawda Słowa Bożego - choć w pierwszym odczuciu przegrywa z błyskotliwą i ekspercką mową rozmaitych 'arcyapostołów' - przetrwa wszystko i ostatecznie będzie doceniona, bo niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą - powiedział Pan. Nieważne, że ktoś obśmieje naszą prostolinijność w wiernym trzymaniu się Biblii. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

Absolutnie natomiast nie wypowiadajmy się w sprawach, na których się nie znamy. Lepiej jest szczerze przyznać się do niewiedzy, niż robić mądrą minę i mówić niestworzone rzeczy. Lepiej jest być jak Jan, który wprawdzie żadnego cudu nie uczynił, ale wszystko, cokolwiek Jan o Nim powiedział, było prawdą [Jn 10,41], aniżeli być prorokiem i przyciągającym tłumy przywódcą, który wygłasza to, co sam wymyślił.

31 lipca, 2018

Przywódcom chrześcijańskim pod rozwagę - 4

W mowie przeciwko przywódcom religijnym Jezus - obnażając to, co kryło się w ich sercach - dał  do myślenia, że przy takim stanie duszy nie można liczyć na dobre owoce choćby nie wiem jak aktywnej działalności ewangelizacyjnej i duszpasterskiej. Każde drzewo poznaje się po jego owocu - mówił przy innej okazji. Z cierni przecież nie zrywa się fig ani z krzewu jeżyn - winogron [Łk 6,44]. Oto kolejne zdanie z omawianej przez nas wypowiedzi Pana Jezusa, które konkretnie dotyka tego problemu.

Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Potraficie obejść morze i ląd, żeby zyskać jednego wyznawcę, a gdy się wam to uda, czynicie go synem godnym wiecznej kary dwa razy gorszym niż wy [Mt 23,15].

Przywódca chrześcijański - zanim zabierze się za prowadzenie innych - sam najpierw powinien dać się poprowadzić Duchowi Świętemu. Ewangelista - wyruszając z domu, by innym głosić ewangelię - winien we własnym domu i najbliższym otoczeniu mieć świadectwo, że według tej ewangelii rzeczywiście sam żyje. Duszpasterz - zanim zacznie poprawiać i leczyć dusze innych -  koniecznie powinien zadbać o własne podwórko, osobistą prawość i uświęcenie życia. Inaczej posługa chrześcijańska nie tylko nie przyniesie dobrych owoców, ale wręcz będzie imię Pańskie narażać na szwank.

Oddajmy ponownie głos Pismu Świętemu w ocenie stanu duchowego religijnych Żydów: Jeśli natomiast ty określasz się Żydem, polegasz na Prawie, szczycisz się Bogiem; jeśli umiesz rozpoznać Jego wolę i pouczony przez Prawo wskazać to, co słuszne; jeśli masz przekonanie, że jesteś przewodnikiem niewidzących, światłem pogrążonych w mroku, wychowawcą niemądrych, nauczycielem ludzi nieświadomych rzeczy, człowiekiem znajdującym w Prawie wyraz poznania i prawdy - jeśli więc ty pouczasz drugiego, dlaczego sam nie czerpiesz z tej wiedzy? Dlaczego głosisz, by nie kraść, a kradniesz? Mówisz, by nie cudzołożyć, a cudzołożysz? Brzydzisz się bożkami, a bezcześcisz świątynię? Szczycisz się Prawem, a przez przekraczanie Prawa znieważasz Boga? Gdyż to z waszego powodu - jak czytamy - imię Boga obraża się wśród pogan [Rz 2,17-24]. Czy te słowa opisują na pewno tylko ówczesnych Żydów?

Problemem współczesnego chrześcijaństwa nie jest to, że jego przywódcy są mało aktywni, albo że  nie mają efektów w pomnażaniu swoich wspólnot. Wiele zborów rośnie w liczbę i organizacyjnie rozkwita. Kim jednak są i kim za parę lat będą nowo pozyskiwani i chrzczeni ludzie? Będą co najmniej tacy, jak ich przywódcy. Zbyt często widzę, że ktoś wzywa innych do posłuszeństwa Słowu Bożemu, a sam jest nieposłuszny. Głosi, żeby najpierw szukać Królestwa Bożego, a sam jest skupiony na sprawach doczesnych. Zachęca do ofiarności, a sam nie składa żadnej ofiary. Zaleca pracowitość, a sam jest leniwy. Czy obserwujący go ludzie nie wezmą z niego przykładu? Mówię wam, że z czasem posuną się w takich postawach jeszcze dalej niż ich duszpasterz.

Bracia! To jest nasza wielka odpowiedzialność przed Bogiem. Tego prawa duchowego nie da się oszukać. Zasadźcie drzewo dobre, to i owoc będzie dobry, albo zasadźcie drzewo złe, to i owoc będzie zły [Łk 12,33]. Nasz Pan przygląda się naszemu życiu i dobrze zna zakamarki naszej duszy. Nie bądźmy takimi przywódcami, jak uczeni w Piśmie i faryzeusze z czasów Jezusa, bo będziemy naszą aktywnością pomnażać powierzchowność, samowolę i obłudę. Zadbajmy o to, aby w głębi serca być szczerymi sługami Bożymi.

26 lipca, 2018

Przywódcom chrześcijańskim pod rozwagę - 3

W mowie przeciw przywódcom religijnym Jezus wziął na celownik ówczesnych znawców Prawa i faryzeuszów. Analiza poszczególnych wątków tej wypowiedzi naszego Pana pozwala współczesnym duchownym wnikliwiej wejrzeć we własną duszę i upewnić się, czy przypadkiem nie powielamy starych błędów. Teraz zajmiemy się wersetem, który w niektórych przekładach Pisma Świętego w ogóle nie istnieje. Biada wam znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Pożeracie domy wdów; wasze długie modlitwy to pozory! Dlatego spadnie na was surowszy wyrok [Mt 23,14].

Gdyby ktoś się zastanawiał, czy Jezus w ogóle takie słowa o uczonych w Piśmie i faryzeuszach wypowiedział, to odsyłam do Ewangelii Marka, gdzie już w każdym z przekładów Biblii czytamy: Pożerają oni dobytek wdów i dla pozoru długo sie modlą. Na nich spadnie o wiele surowszy wyrok [Mk 12,40], a także do Ewangelii Łukasza: Strzeżcie się znawców Prawa, którzy chętnie paradują w długich szatach, lubią być publicznie witani, zajmować honorowe krzesła na nabożeństwach i przednie miejsca na ucztach, którzy rujnują domy wdów i dla pozoru długo sie modlą - ci otrzymają surowszy wyrok [Łk 20,46-47].

Wdowa w czasach biblijnego Izraela z rozkazu Boga otoczona była szczególną troską. Po śmierci jej męża sam Bóg brał ją pod swoją ochronę. Bóg jest ojcem sierot oraz sędzią wdów [Ps 68,6]. Stąd wyraźna przestroga Słowa Bożego: Nie będziesz gnębił żadnej wdowy ani sieroty. Bo jeśli będziesz to czynił, a oni zaczną wołać do Mnie, na pewno wysłucham ich wołania [2Mo 22,22-23]. Obowiązek zatroszczenia się o pobożne wdowy Bóg nałożył także na zbory chrześcijańskie, [zob. 1Tm 5,9-10]. Wrażliwość na potrzeby wdów i udzielanie im materialnego wsparcia jest wolą Bożą dla każdej społeczności ludzi wierzących.

Przywódcy religijni Izraela zachowywali się jednak całkiem inaczej. Traktowali wdowy jako jedno z ważnych źródeł pozyskiwania funduszy dla swojej działalności. Bezbronne, ufne we wszystko, co kapłan mówi, im starsze, tym bardziej religijne, ofiarne - łatwo dawały się łupić. Zwłaszcza, gdy duchowny obiecywał długą modlitwę w intencji rzeczonej wdowy, a także gwarantował zbawienie duszy jej męża. W takich okolicznościach dobytek nawet zasobnej wdowy topnieje z miesiąca na miesiąc.

Modlitwy faryzeuszów to pozory - wyjaśnił Jezus. Choćby nie wiadomo jak długo się modlili, ich modlitwa nie dociera przed oblicze Najwyższego. Czy wobec tego ma to jakikolwiek sens, aby wdowa wydawała swoje skromne fundusze na coś, co jest tylko pozorem? Wdowy robią tak, bo są święcie przekonane, że ich przywódcy religijni mówią prawdę. Chrystus Pan bardzo oburza się na takich duszpasterzy. Jako sędzia wdów powiedział: Dlatego spadnie na was surowszy wyrok.

Czego współczesny przywódca chrześcijański powinien nauczyć się z omówionych słów Jezusa? Tego, że jeśli wśród członków jego społeczności są pobożne wdowy, to niech mu do głowy nie przyjdzie, aby próbować ciągnąć je za kieszeń. Wręcz przeciwnie. Otocz opieką te wdowy, które już raczej pozostaną we wdowieństwie (…). Wdowa, której wdowieństwo jest trwałe i która jest przy tym samotna, pokłada nadzieję w Bogu [1Tm 5,3-5]. Dlatego Bóg bacznie nam się przygląda, jak postępujemy z wdowami.

Im bardziej nam jakaś wdowa ufa, tym większą mamy odpowiedzialność, aby - nie daj Boże - nie połasić się na jej dobytek.

25 lipca, 2018

Przywódcom chrześcijańskim pod rozwagę - 2

Chciałoby się, ażeby nakreślony niegdyś przez Jezusa portret przywódców religijnych Izraela po dwudziestu wiekach istnienia Kościoła w żaden sposób nie pasował już do przywódców chrześcijańskich. I na szczęście w wielu przypadkach tak jest, bowiem obecność i kierownictwo Ducha Świętego chroni zbór przed złym duszpasterstwem. Wierzę, że zawdzięczamy to również wyrazistej nauce naszego Pana, którą od wczoraj zaczęliśmy tutaj rozważać. Oto kolejny jej fragment: Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Zamykacie Królestwo Niebios przed ludźmi. Sami bowiem nie wchodzicie i tym, którzy pragną wejść, zabraniacie [Mt 23,13].

Według utartego w społeczeństwie sposobu myślenia, osobami znającymi się na sprawach duchowych, mogącymi innych wprowadzić w tajemnice Królestwa Bożego, są przywódcy religijni. Tak jak woźny ma klucz do szkolnej sali gimnastycznej i wiadomo, że właśnie on wpuszcza tam chętnych, tak przeciętny człowiek pragnący wejść do Królestwa Bożego zwraca się z tą sprawą do księdza lub pastora. Jest dobrze, gdy woźny ma życzliwy stosunek do dzieci uprawiających sport. Jest idealnie gdy sam go lubi i też chciałby potrenować. Gorzej, gdy woźny sportu nie lubi i złoszczą go prośby o otwarcie sali gimnastycznej, a jeszcze gorzej, gdy ludzie myślą, że woźny ma do niej klucz, a on go gdzieś zagubił...

Zadaniem duchowego przywódcy jest doprowadzanie powierzonych mu ludzi do szeroko otwartych drzwi Królestwa Bożego. Wymaga to miłości do ludzi i gorliwej troski o ich zbawienie przy jednoczesnym osobistym trwaniu w procesie uświęcenia. Jeżeli bowiem duchowny podobny jest do drogowskazu, który innym wyznacza drogę, a sam stoi w miejscu i nie podąża do miejsca, które wskazuje, to jego posługa staje się dla ludzi mało przekonująca. Prawdziwe duszpasterstwo nierozerwalnie związane jest z osobistą fascynacją duchownego sprawami Królestwa Bożego. Gdy tej pasji w nim brakuje, duchowny nie tylko przestaje przyprowadzać ludzi do Boga, ale wręcz staje się dla nich przeszkodą.

Jak to wygląda praktycznie? Są duchowni, którzy chociaż nadal pełnią swe funkcje, dawno już przestali żyć sprawami Królestwa Bożego. W odbiorze społecznym wciąż pozostają ekspertami w sprawach duchowych, lecz faktycznie nie mają już o nim zielonego pojęcia, albowiem Królestwo Boże, to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym  [Rz 14,17]. Tylko pełen Ducha Świętego duszpasterz sam pasjonuje się Chrystusem i cieszy się, gdy jego podopieczni są coraz bliżej Boga. Martwy duchowo duszpasterz zamyka przed innymi Królestwo Boże. Ludzie myślą, że właśnie on ma do niego klucze, a on je zgubił.

Duchowny, który przestał już wchodzić głębiej w sprawy Królestwa Bożego, staje się niechętny osobom, które udziału w Królestwie Bożym bardzo pragną. Zaczyna im odradzać angażowanie się w dodatkowe spotkania biblijne, przestrzega przed nadgorliwością, podważa wartość niektórych społeczności, a nawet różnych rzeczy zabrania. Czasem może to wynikać z jego lenistwa duchowego, które w zderzeniu z gorliwością osób pragnących dalszego rozwoju czuje się zawstydzone i zagrożone. Do głosu może tu niestety dochodzić także zazdrość, że zwykli wierzący mogliby zajść duchowo dalej niż ich duszpasterz. Wtedy duchowny wręcz zaczyna zwalczać wszelką aktywność zmierzająca do pogłębienia życia duchowego wierzących. A ponieważ cieszy się autorytetem wśród swoich owieczek, może robić to naprawdę skutecznie.

Biada takim przywódcom chrześcijańskim, którzy zamykają Królestwo Niebios przed ludźmi - powiedział Pan. (cdn.)

24 lipca, 2018

Przywódcom chrześcijańskim pod rozwagę - 1

Syn Boży, Jezus Chrystus od nikogo nie potrzebował świadectwa o człowieku; sam bowiem wiedział, co było w człowieku [Jn 2,25]. Za każdym razem, gdy o kimś się wypowiadał, objawiał prawdę i trafiał w sedno jego problemów. Pod koniec swej publicznej służby powiedział też parę słów o ówczesnych przywódcach religijnych. Ich portret nakreślony przez Jezusa jest dziś moją poranną lekturą  Pisma Świętego, a ponieważ łudząco przypomina znane mi twarze, poświęcę tym słowom naszego Pana trochę uwagi.

Wtedy Jezus przemówił do tłumów oraz do swoich uczniów tymi słowy: Wykładem praw Mojżesza zajęli się znawcy Prawa i faryzeusze. Przestrzegajcie zatem wszystkich zasad, które wam podają, lecz z nich samych nie bierzcie przykładu, bo tego, co głoszą, sami nie stosują. Wiążą oni ciężkie brzemiona, trudne do udźwignięcia, i kładą ludziom na ramiona. Tymczasem sami nawet małym palcem nie chcą ich podeprzeć. Wszystko robią na pokaz. Chcą być zauważani. Powiększają więc swoje modlitewne szkatułki, wydłużają frędzle swoich szat. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i honorowe krzesła w synagogach. Pochlebiają im pozdrowienia na rynkach i tytułowanie przez ludzi: Rabbi. Wy natomiast nie pozwalajcie nazywać się Rabbi. Macie jednego Nauczyciela, a dla siebie nawzajem wszyscy jesteście braćmi. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie swoim ojcem. Macie jednego Ojca — Tego, który mieszka w niebie. Niech was też nie tytułują: Mistrzu. Jeden jest waszym Mistrzem — Chrystus. Ten, kto większy wśród was, niech będzie sługą innych. Kto się będzie wywyższał, zostanie poniżony, a kto się będzie uniżał — zostanie wywyższony [Mt 23,1-12].

Całkiem dobrze się stało, że objaśnianiem Pisma zajęli się znawcy tematu. Jak nie zgadzamy się, aby operację na sercu wykonywał nam mechanik samochodowy, a jedynie prawdziwy chirurg, tak też Słowa Bożego powinien nauczać nas wyłącznie ktoś mający do tego Bożą licencję. W świetle Biblii musi to być człowiek przede wszystkim napełniony Duchem Świętym. Powinien być nienaganny, nie samowolny, nieskory do gniewu, nie oddający się pijaństwu, nie porywczy, nie chciwy brudnego zysku,ale gościnny, zamiłowany w tym, co dobre, roztropny, sprawiedliwy, pobożny, wstrzemięźliwy, trzymający się prawowiernej nauki, aby mógł zarówno udzielać napomnień w słowach zdrowej nauki, jak też dawać odpór tym, którzy jej się przeciwstawiają. Wielu bowiem jest niekarnych, pustych gadułów, zwodzicieli... [Tt 1,7-10].

Bardzo niedobrze się stało, że ówcześni wykładowcy Pisma okazali się ludźmi niegodnymi naśladowania. Pięknie i dobrze mówili, lecz sami tak nie żyli. Według Jezusa, owszem, należało brać pod uwagę ich słowa, lecz nie wolno było wzorować się ich postępowaniem. Było to przywództwo całkowicie niepraktyczne. Z przykrością trzeba przyznać, że i w Kościele trafiają się tacy przywódcy. Bardzo dobrze przemawiają. Świetnie motywują innych do dobrych czynów i postaw. Byłoby jednak najlepiej, aby nikt z ich słuchaczy nigdy nie zetknął się z ich codziennym zachowaniem. Trzeba nam, Bracia, potwierdzać głoszoną ewangelię praktyką własnego życia. Jeżeli zgodnie z nauką apostolską zalecamy chrześcijanom poprzestawanie na małym, to niech i nasza własna pobożność na tym polega! [1Tm 6,6-8]. Jeżeli wzywamy ludzi do pracowitości, to i sami zakaszmy rękawy! Inaczej jesteśmy podobni do przywódców religijnych Izraela z czasów Jezusa.

Chrystus Pan zaobserwował w nich dziwną chęć bycia zauważanym. Honory, tytuły, prestiż społeczny, rozpoznawalność na ulicy, pozdrowienia i zaproszenia, zaszczytne miejsca, specjalne traktowanie, jednym słowem - popularność! Prawdziwy naśladowca Jezusa nie jest celebrytą. Ma naturę sługi. W świetle reflektorów czuje się nieswojo. Ten wzorzec zachowania wciąż pozostaje aktualny. Bo któż to jest Apollos? Albo, któż to jest Paweł? Słudzy, dzięki którym uwierzyliście, a z których każdy dokonał tyle, ile mu dał Pan [1Ko 3,5]. Bądźcie wobec siebie jednakowo usposobieni; nie bądźcie wyniośli, lecz się do niskich skłaniajcie; nie uważajcie sami siebie za mądrych [Rz 12,16].

Bracia, skromność wasza niech będzie znana wszystkim ludziom [Flp 4,5], a nie to, jaka jest wasza ulubiona restauracja, marka samochodu czy kurort wypoczynkowy. Bóg powołał nas i postawił pośród ludu Bożego, abyśmy paśli trzodę Bożą ochotnie, po Bożemu, nie dla brzydkiego zysku, lecz z oddaniem, nie jako panujący nad tymi, którzy są wam poruczeni, lecz jako wzór dla trzody [1Pt 5,2-3]. Chrystus Pan przygląda się przywódcom chrześcijańskim. Niechby miał na ustach słowa całkiem inne, niż te, które wypowiedział o faryzeuszach i ówczesnych uczonych w Piśmie. (cdn.)

03 lipca, 2018

Skąd pomysł głoszenia ewangelii na ulicy?

W dobie parad, marszów i rozmaitych imprez ulicznych, tak chętnie organizowanych również przez środowiska kościelne, odważę się publicznie to powiedzieć, nawet jeśli nie przez wszystkich zostanę dobrze zrozumiany, a nawet jeśli niektórzy z tego powodu odsądzą mnie od czci i wiary. Otóż w sprawie ulicznych ewangelizacji mam zdanie znacznie odbiegające od poglądów powszechnie panujących.

Nie wiem skąd się to wzięło, ale większość chrześcijan jest święcie przekonana, że głoszenie ewangelii na ulicy jest nakazem Pańskim, a nawet swego rodzaju heroizmem duchowym. Tymczasem przy wnikliwszej lekturze pism Nowego Testamentu trudno nie zauważyć, że we wczesnym Kościele takiej praktyki nie było. Jezus nauczał w świątyni, w synagogach i w domach. Czasem nauczał też w wybranych miejscach pod gołym niebem, ale tam, gdzie ludzie schodzili się do Niego. Nie znalazłem w ewangelii żadnego przypadku, ażeby Jezus stał na ulicy i nagabywał przechodniów. To raczej Jego nagabywano, gdy przechodził z miejsca na miejsce.

Nakazywał im jednak, by nie czynili wokół Niego rozgłosu. W ten sposób wypełniło się to, co zostało powiedziane przez proroka Izajasza: Oto mój Sługa, którego wybrałem. Mój Ukochany. Stał się On źródłem radości mojej duszy. Złożę na Nim mojego Ducha i On ogłosi narodom sprawiedliwe prawa.  Nie będzie toczył sporów i nie będzie krzyczał. Nikt na ulicach nie usłyszy Jego głosu. Trzciny nadłamanej nie dołamie i tlącego się knota nie dogasi, dopóki nie doprowadzi do zwycięstwa sprawiedliwości. W Jego imieniu narody będą pokładać nadzieję  [Mt 12,16-21].

Sporo do myślenia w tej materii daje nam też wystąpienie Jana Chrzciciela. Proszę zauważyć, że to nie Jan przychodził do ludzi, lecz ludzie wychodzili do Jana. Wtedy wychodziła do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nadjordańska. I byli chrzczeni przezeń w rzece Jordanie, wyznając grzechy swoje [Mt 3,5-6]. Nie inaczej było potem z głoszeniem ewangelii przez uczniów Jezusa. Zasadniczo robili to w synagogach, domach prywatnych i zamkniętych salach. Czasem opowiadali o Jezusie na zewnątrz w miejscach publicznych, ale przeznaczonych do takich właśnie celów , jak np. ateński areopag. Głoszenie i słuchanie Słowa Bożego wymaga bowiem skupienia uwagi, co w rozgwarze ulicy mało jest możliwe.

Ulica jako synonim tego co potoczne, popularne i ogólnodostępne ale także jako mało ambitne, a nawet próżne i bezprawne - jest miejscem przeżyć na takim właśnie poziomie. Gdy mówimy, że kogoś wychowała ulica albo, że ktoś pracuje na ulicy, to raczej są to określenia o zabarwieniu negatywnym. Owszem, ulica jest miejscem, w którym można coś obwieścić, zagrać, zareklamować, oprotestować, nawiązać kontakt itp., ale nie jest miejscem przeżywania rzeczy wartościowych i głębokich. Spraw naprawdę ważnych nie załatwia się na ulicy. Do tego służą zaciszne gabinety, salony oraz kościoły.

Wystawianie na ulicę swej pobożności nie ma w Biblii dobrych notowań. A gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy, gdyż oni lubią modlić się, stojąc w synagogach i na rogach ulic, aby pokazać się ludziom; zaprawdę powiadam wam: Otrzymali zapłatę swoją. Ale ty, gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie [Mt 6,5-6]. Skąd więc pomysł, żeby na ulicy urządzać nabożeństwo, modlitwę, uwielbianie Boga itp.?

Ktoś wzburzony moim wywodem powie: Przecież sam Pan głosił na ulicach! Czy aby na pewno? Starajcie się wejść przez wąską bramę, gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, ale nie będą mogli. Gdy wstanie gospodarz i zamknie bramę, a wy staniecie na dworze i pukać będziecie w bramę, mówiąc: Panie, otwórz nam, a on odpowie: Nie wiem, skąd jesteście. Wówczas zaczniecie mówić: Jadaliśmy i pijaliśmy przed tobą, i na ulicach naszych nauczałeś; a on powie wam: Nie wiem, skąd jesteście, odstąpcie ode mnie wszyscy, którzy czynicie nieprawość [Łk 13,24-26]. Z powyższych słów Pisma wynika, że – owszem – ktoś nauczał na ich ulicach, ale najwyraźniej nie był to PAN, skoro nie zostali przez Niego rozpoznani.

Jaki jest więc mój aktualny ogląd omawianych tu spraw? Otóż ulica jak najbardziej może być miejscem kontaktowym, miejscem właściwym na przykład do rozdawania zaproszeń do kościoła. Mówiąc słowami gospodarza z Jezusowej przypowieści o uczcie weselnej, powiedziałbym: Wyjdź prędko na place i ulice miasta i sprowadź tutaj ubogich i ułomnych, i ślepych, i chromych [Łk 14,21]. Jeżeli bowiem chcemy kogoś doprowadzić do duchowego odrodzenia i osobistej relacji z Panem Jezusem Chrystusem, to nie zrobimy tego proponując mu w rozgwarze ulicy wypowiedzenie tzw. "modlitwy grzesznika". Jest to na tyle głęboka i poważna sprawa, że wymaga stosownego miejsca skupienia, namysłu i decyzji. Inaczej powierzchowność i hałaśliwość ulicy zacznie przenosić się do naszych dusz, a następnie do miejsc zgromadzeń zboru, nadając nowy ton naszym nabożeństwom. W niektórych zaś przypadkach stało się nawet tak, że członkowie zboru z całą swą pobożnością przenieśli się na ulicę i nie biorą już udziału w zgromadzeniach ludu Bożego. Swoboda ulicznej pobożności jakoś bardziej przypadła im do gustu.

Mam świadomość, że to co tutaj napisałem może w potocznym odbiorze być uznane za subiektywne i jednostronne. Zastanawiam się więc, co napisałbym, gdyby moim celem było przekonanie czytelników do wyjścia z ewangelią na ulicę i np. założenia kościoła ulicznego? Czy Jezus albo Jego apostołowie dali w tym jakiś przykład? A może to tylko nowatorski pomysł kogoś, kto z jakiegoś powodu nabrał negatywnego stosunku do zboru zgromadzającego się w zaciszu swej sali nabożeństw?

Czy ktoś chciałby mi pomóc tę kwestię lepiej wyjaśnić?

PS. Celem mojego wpisu jest zachęta do tym aktywniejszego głoszenia ewangelii w obrębie osobistych wpływów i kontaktów. Głośmy Słowo poparte czynami we własnym domu, szkole, miejscu pracy i sąsiedztwie. Głośmy ewangelię poprzez aktywne wykorzystanie siedziby i możliwości naszego zboru! Tak prezentowana ewangelia nie jest oderwana od rzeczywistości. Ma zamocowanie w praktyce życia pojedynczego chrześcijanina i lokalnego kościoła.  

27 czerwca, 2018

Mój największy sukces

Kosząc dziś trawę przed konferencją "Paradoksy Sukcesu" zobaczyłem przed kosiarką jakiś delikatny ruch w trawie. Było to niezdolne jeszcze do fruwania pisklę. Przestraszone hałasem i ruchem ogromnej kosiarki poruszyło się nieco, a ja - o dziwo - pomimo nienajlepszego już wzroku, je zauważyłem. Od tego momentu ptaszek był bezpieczny. Nadjeżdżając kosiarką przyglądałem się uważnie, ostrożnie omijałem, a w końcu stworzonko przeszło po wykoszonej już murawie do pobliskich krzaków. Miało szczęście, że w porę je zauważyłem i nie tylko nie rozjechałem ale stałem się wręcz bacznym stróżem jego bezpieczeństwa.

Przyszła mi myśl, że taki jestem w oczach Bożych. Panie, zbadałeś mnie i znasz. Ty wiesz, kiedy siedzę i kiedy wstaję, rozumiesz myśl moją z daleka. Ty wyznaczasz mi drogę i spoczynek, wiesz dobrze o wszystkich ścieżkach moich [Ps 139,1-3]. Gdyby nie uważne oko Chrystusa Pana, dawno już zostałbym rozjechany. Ty zaś widzisz, bo patrzysz na trud i utrapienie, aby to ująć w ręce swoje. Na Tobie polega nieszczęśliwy, Tyś pomocą sierocie [Ps 10,14].

Bóg troszczy się nawet o małe ptaszki. Tym bardziej chce zbawić każdego człowieka. Nie bójcie się; jesteście więcej warci niż wiele wróbli [Mt 10, 31] - powiedział Jezus. Jestem pod osłoną Najwyższego. On śledzi każdy mój ruch i chroni mnie od złego. Wokoło dzieją się straszne rzeczy, a ja jestem bezpieczny. Wiem, że obietnica dana niegdyś Izraelowi, teraz - przez wiarę w Syna Bożego - jest Bożym zapewnieniem i dla mnie. Gdy będziesz przechodził przez wody, będę z tobą, a gdy przez rzeki, nie zaleją cię; gdy pójdziesz przez ogień nie spłoniesz, a płomień nie spali cię. Bo Ja, Pan, jestem twoim Bogiem, Ja, Święty Izraelski, twoim wybawicielem [Iz 43,2-3].

Moim szczęściem być blisko Boga. To jest mój prawdziwy sukces życiowy!


13 czerwca, 2018

Jak przyciągnąć uwagę i pozyskać słuchaczy?

Jest w społeczeństwie coraz większe zapotrzebowanie na niezwykłe, nowatorskie, intrygujące, ekstremalne, mega itp. Każdego tygodnia musi być coś oryginalnego i nowego! Inaczej ludzie pójdą gdzie indziej kupować, bawić się, angażować, jeść i zaspokajać inne swoje potrzeby. Duch silnego zapotrzebowania na atrakcje zagościł również w środowiskach kościelnych. Zbory bez nowoczesnej muzyki, nowatorskich programów, atrakcji dla dzieci, poczęstunku i szeregu innych urozmaiceń zdają się być już "nie na czasie". Nie omija to nawet kaznodziejstwa. Kazanie w uwspółcześnionym kościele musi być ciekawe pod względem intelektualnym, pełne barwnych obrazów, motywacyjne i wygłoszone z poczuciem humoru. Z jednej strony nie powinno niepokoić sumienia, a z drugiej, nie może też być nudne. Przydałoby się, aby zawsze zawierało coś oryginalnego, czego jeszcze ludzie nie słyszeli.

Dla przykładu, słyszałem dzisiaj jak nieżyjący już pastor Paweł Godawa w udostępnionym przez kogoś kazaniu ślubnym parokrotnie stwierdził, że kobiety są silniejsze od mężczyzn. Skutecznie zaciekawił słuchaczy i sporą część  swojej przemowy oparł właśnie na tym założeniu. A przecież Pismo Święte wyraźnie stwierdza: Podobnie mężowie, we współżyciu bądźcie wyrozumiali. Bierzcie pod uwagę, że kobiety są od was słabsze. Odnoście sie do nich z szacunkiem... [1Pt 3,7]. Proszę zauważyć, że nawet tzw. mądrość ludowa w odniesieniu do kobiet używa określenia "słaba płeć", lecz rzeczony pastor nie dbał o to. Wygłosił coś oryginalnego, co - jak można było zauważyć - bardzo spodobało się kobietom. Gdyby głosił wiernie i zgodnie z Biblią, jego kazanie nie byłoby aż tak atrakcyjne.

Zapotrzebowanie na ciągle nowe atrakcje w kościele coraz wyraźniej staje w poprzek poglądom o niezmienności Pisma Świętego. Dlaczego? Bo Słowo wypowiedziane przez Pana trwa na wieki. Takie właśnie Słowo zostało wam ogłoszone [1Pt 1,25]. Biblia już z racji swej natury przestaje pociągać większość ludzi. Jeżeli bowiem Słowo Boże jest zawsze takie same, to nie zawiera w sobie potrzebnego dla nich magnetyzmu. Wszelkie newsy trzeba koniecznie obejrzeć lub poczytać i to dzisiaj! Biblia jest zawsze taka sama, więc może poczekać. I tak oto brak czytania Biblii staje się czynnikiem ułatwiającym zwodzenie chrześcijan.

Dlaczego wielu dzisiejszych mówców chrześcijańskich może sobie swobodnie mówić, co im tylko ślina na język przyniesie, a większość słuchaczy przyjmuje to za dobrą monetę? Ponieważ mamy coraz słabszą znajomość Biblii. Nie czytając i nie zgłębiając Pisma Świętego, łatwo dajemy się zwodzić różnorodnym obcym naukom [Hbr 13,9]. Aby wychwycić błąd, potrzeba znać całą Biblię, bo całe Pismo natchnione jest przez Boga i pożyteczne do nauki, do wykazania błędu, do poprawy... [2Tm 3,16].  Kaznodzieja, kuszony narastającą chęcią podobania się i przyciągania uwagi, powinien spotkać się z uważnością zboru, który na co dzień bada Pisma, czy tak się rzeczy mają [Dz 17,11]. Niestety, coraz częściej spotyka sie z płytkim zachwytem, który dla obydwu stron wyjdzie w końcu na szkodę.

Swego czasu Jezus modlił się do Ojca o swoich uczniów: Poświęć ich do życia w prawdzie; Słowo Twoje jest prawdą [J 17,17]. O to samo chodzi i dzisiaj. Jeżeli wytrwacie w Słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie [J 8,31]. Prawdziwy sługa Słowa Bożego nie zadaje sobie więc pytania, jak przyciągnąć uwagę i pozyskać słuchaczy? Jedno ma w głowie: Wiernie głosić niezmienne Słowo. Nie idzie z duchem czasu. Jezus Chrystus wczoraj i dziś - ten sam i na wieki [Hbr 13,8].

12 czerwca, 2018

Dylematy pomagających

Swego czasu środowiskiem chrześcijańskim wstrząsnęła historia tragicznego finału pomocy okazanej rzekomo nawróconemu więźniowi. Po wyjściu z więzienia przygarnęło go jedno z małżeństw ze zboru, pozwalając mu mieszkać razem z nimi. Któregoś dnia, gdy gospodarz pojechał do pracy, rzeczony człowiek wziął młotek, zaszedł gospodynię od tyłu, zabił ją uderzeniem w głowę, ograbił dom i się ulotnił. Tak się im odwdzięczył za okazane mu serce.

Tego rodzaju drastyczne incydenty zmuszają do namysłu i na nowo wywołują dyskusję nad sensem i granicami okazywania pomocy. Oczywiste, że w imię chrześcijańskiej miłości wyciągając rękę pomocy, liczymy się z tym, że ta ręka nie zawsze zostanie w końcu ucałowana. Jest dobrze, gdy pomagając nie zaznamy aż tak strasznej krzywdy, jak wspomniana rodzina. Prawie zawsze natomiast musimy mierzyć się z absolutnym brakiem wdzięczności. Obserwuję to zjawisko dość często w najbliższym mi środowisku. Mamy w naszym gronie braci i siostry, którzy ludziom w potrzebie chętnie okazują pomoc. Widziałem na przykład, jak niecały rok temu dwoili się i troili, aby pomóc zawiązującemu się małżeństwu założyć tu gniazdo. Na różne sposoby pomagali. Poświęcali czas, gościli, zaopatrywali, dźwigali i przewozili ich rzeczy, pracowali na ich korzyść - jednym słowem, okazywali praktyczną miłość. I co? Nagle ta para beneficjentów zborowej pomocy zniknęła z naszego pola widzenia. Nawet nie wiemy, gdzie się teraz podziewają.

Mamy w Biblii opowieść o tym, jak Pan Jezus Chrystus pomógł kiedyś dziesięciu osobom chorującym na trąd. Gdy wszedł do pewnej wioski, wyszło naprzeciw niego dziesięciu trędowatych mężów, którzy stanęli z daleka. I podnieśli swój głos, mówiąc: Jezusie, Mistrzu! Zmiłuj się nad nami. A gdy ich ujrzał, rzekł do nich: Idźcie, ukażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Jeden zaś z nich, widząc, że został uzdrowiony, wrócił, donośnym głosem chwaląc Boga. I padł na twarz do nóg jego, dziękując mu, a był to Samarytanin. A Jezus odezwał się i rzekł: Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? A gdzie jest dziewięciu? Czyż nikt się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec? [Łk 17,12-18].

Wzywając do okazywania wdzięczności Słowo Boże jednocześnie objawia prawdę o ludzkiej naturze. W świetle powyższej historii widać, jak często możemy liczyć na dobre słowo ze strony osób, którym podajemy rękę. Tylko co dziesiątego z nich stać na jakieś podziękowanie i cieszmy się, gdy po skorzystaniu z naszej pomocy, nie obrobi nam potem tyłka. Dość często bowiem tak się zdarza. Nawet przyjaciel mój, któremu zaufałem, który jadł mój chleb, podniósł piętę przeciwko mnie [Ps 41,10]. To boli. Okazaliśmy komuś praktyczną miłość, a on odwraca się od nas i zwraca się ku ludziom, którzy - gdy był w potrzebie - nawet nie kiwnęli palcem. Mało tego. Nie wiedzieć dlaczego, zaczyna nas traktować jak wrogów. Niewątpliwie coś takiego mocno podcina skrzydła pomocy.

Czy wobec powyższego powinniśmy nadal pomagać? Czy nie należałoby bardziej selektywnie określać cele i zakres niesionej pomocy? Czy Biblia każe nam jednakowo wszystkim podawać rękę? Oto dylematy, z którymi wciąż na nowo będziemy się zmagać. I nadal będziemy nieść pomoc. Czynimy to przecież ze względu na Chrystusa Pana, a nie ze względu na ludzi.

02 czerwca, 2018

Nie będziecie się tatuować.

Parę dni temu ktoś wrzucił do sieci rysunek (na załączonym zdjęciu), który - po chwili zastanowienia się - wcale nie jest aż tak zabawny, na jaki wygląda. Obrazuje on rosnącą w świecie modę na tatuaże. O ile dawnymi czasy tatuowanie się było raczej domeną przestępców, to dzisiaj stało się w świecie zjawiskiem absolutnie powszechnym. Mało tego, tatuaż zaczyna być rzeczą normalną również w kręgach ewangelicznego chrześcijaństwa.

Abstrahując od efektów estetycznych i zdrowotnych tatuażu, z którymi osoba wytatuowana żyje już do śmierci, najbardziej zdumiewa mnie coraz większa ignorancja chrześcijan i ich nieposłuszeństwo Bogu. Przecież Biblia naucza całkiem jednoznacznie: Nie będziecie robili sobie nacięć z żałoby po zmarłych ani nie będziecie tatuowali swoich ciał - Ja jestem PAN [3Mo 19,28 wg Biblii Ewangelicznej]. Nie będziecie się tatuować. Ja jestem Pan! [w Biblii Tysiąclecia]. Cóż jaśniej można powiedzieć lub napisać na ten temat?

Z nauki apostolskiej wiadomo, że ciało chrześcijanina jest świątynią Ducha Świętego. Czy nie wiecie, że wasze ciało jest przybytkiem Ducha Świętego, który jest w was i którego macie od Boga? Oraz, że już nie należycie do siebie samych? Gdyż za ogromną cenę zostaliście kupieni. Chwalcie zatem Boga w waszym ciele [1Ko 6,19-20]. Nie mamy w zwyczaju czegokolwiek malować na ścianach kosztownej budowli, zwłaszcza jeśli reprezentuje ona ważną i szacowną instytucję. Graffiti pasują raczej do ruin, do murów, za którymi jest jakaś pustka albo do tuneli i podziemnych przejść. Gdy nocą ktoś zrobi napis lub obrazek na porządnym budynku, natychmiast wzbudza to społeczny sprzeciw.

Ciało chrześcijanina jest mieszkaniem Ducha Świętego. Poruszając się wśród ludzi, reprezentuje Chrystusa Pana. Jako takie ma być czyste od jakichkolwiek napisów i rysunków. Jeśli został na nim jakiś ślad z czasów, gdy dany człowiek nie znał Boga, to jest świadectwem jego grzesznej przeszłości, z której Bóg go zbawił i niczym więcej. Nie ma się czym chwalić.

W świetle Biblii nie może być mowy o tzw. chrześcijańskich tatuażach. Jak więc wytłumaczą się chrześcijanie, którzy na ciele, które przecież jest już własnością Pana, coś wbrew Jego woli napisali lub namalowali?

29 maja, 2018

Przywiąż się do Jezusa!

Czytałem niedawno o interesującym zjawisku przywiązania. Pewien wdowiec z Chorwacji w 1993 roku przygarnął postrzeloną przez myśliwych samicę bociana. Po jakimś czasie, w zbudowanym dla niej na szczycie dachu gnieździe zaczął ją odwiedzać adorator. Relacja się zacieśniła, lecz gdy nastała jesień, kierowany instynktem bocian wyemigrował do ciepłych krajów. Bocianka nie poleciała, bo nie pozwoliła jej na to niepełnosprawność. Jednak wiosną bocian wrócił. Od tamtej pory minęło wiele lat, a bocian wciąż co roku przylatuje,  za każdym razem pokonując dystans około 14 tysięcy kilometrów i trafiając dokładnie do tego samego miejsca. Para doczekała się przez ten czas 62 piskląt. Bocian przylatuje zawsze w marcu o tej samej porze, a tajemnicą jego powrotów jest instynkt przywiązania.

Chcę w tym rozważaniu zastanowić się właśnie nad znaczeniem przywiązania w życiu chrześcijanina. Dlaczego? Ponieważ Bóg jednoznacznie i wielokrotnie wzywa swój lud, aby przywiązał się do Niego. Kochaj PANA, twojego Boga, słuchaj Jego głosu i lgnij do Niego, gdyż On jest twoim życiem… [5Mo 30,20].

Według słownika języka polskiego przywiązanie to uczucie sympatii, oddania, to zżycie się. Przywiązać się - to poczuć sympatię do kogoś, polubić kogoś, coś, zżyć się z kimś, przyzwyczaić się do czegoś. Przywiązany to związany z kimś lub czymś uczuciowo, oddany, wierny. W Biblii spotykamy przynajmniej dwa hebrajskie słowa wyrażające postawę przywiązania. DaBhaQ - co znaczy przylgnąć, lgnąć, być blisko, przykleić się, pozostać blisko, kleić się, spoić się. Oraz QaSzaR - przywiązać, związać, sprzymierzyć się.

Za pierwszy przykład zastosowania ich w Biblii niech posłuży nam postawa Rut względem jej teściowej. Potem Orpa ucałowała teściową na pożegnanie. Rut jednak do nie przylgnęła [Rt 1,14]. O Eleazarze, jednym z rycerzy Dawidowych, jest napisane, że stanął i raził Filistynów tak, że zdrętwiała mu ręka i przywarła do miecza [2Sm 23,10]. W jeszcze innym miejscu czytamy o zamiarach Boga względem Jego ludu: Bo jak pas przylega do bioder osoby, która go nosi – oświadcza PAN – tak chciałem, by przylegał do Mnie cały dom Izraela i cały dom Judy. Chciałem, by był moim ludem, mą chlubą, chwałą i ozdobą. Lecz oni nie posłuchali [Jr 13,11].

Żyjemy w czasach coraz większej popularności postawy nieprzywiązywania się do nikogo i do niczego. Mamy więc na przykład coraz więcej jednoosobowych gospodarstw domowych. Podobno w Sztokholmie, w ogólnej liczbie gospodarstw domowych jest ich ponad siedemdziesiąt procent. Obserwujemy rosnącą migrację ludności, chociażby ze względów ekonomicznych. Ludzie nie są przywiązani do swojego kraju i przenoszą się tam, gdzie będzie im lepiej. Niektórzy rodzice w stosunku do swoich dzieci stosują zasadę tzw. "chłodnego wychowu". Uważają, że nie dopuszczając do silnego związku emocjonalnego miedzy nimi, ułatwią dzieciom chwile rozstania z rodzicami, np. z powodu rozwodu lub ich nagłej śmierci.

Gasnącą potrzebę przywiązania obserwujemy też w środowiskach chrześcijańskich. Rośnie liczba ewangelicznie wierzących ludzi krążących po różnych zborach. Nie chcą być z żadnym zborem na stałe związani. Bardzo im to ułatwiają liczne konferencje chrześcijańskie, dzięki którym co weekend mogą uczestniczyć w atrakcyjnych spotkaniach, jednocześnie będąc naprawdę pożądanymi ich uczestnikami. Osoby przywiązane do swoich zborów z reguły mają w nich rozmaite obowiązki, co wyklucza częste uczestnictwo w konferencjach. Chrześcijaństwo konferencyjne, jako nowy typ pobożności, wytworzyło się w wyniku aktywności ludzi często nieprzywiązanych do żadnego zboru. Myślę, że mimowolnie są oni narzędziami chytrego przeciwnika Kościoła, który systematycznie osłabia zbory, przyciągając uwagę ich członków do konferencji. Zbór wyludnia się w kolejne niedziele. Nie ma komu grać, prowadzić śpiewu, poprowadzić zajęć szkółki niedzielnej, głosić Słowa Bożego, bo muzycy, kaznodzieje i inni aktywni członkowie zboru pojechali na drugi koniec Polski na konferencję.

Znam takich, którzy brak przywiązania do zboru przyjęli za swój punkt honoru i oznakę swej duchowej dojrzałości. Lecz uwaga! Okazywany chociażby okresowo stan niezależności i nieprzywiązania do czegokolwiek – staje się często dla człowieka pułapką. Bez stałej relacji ze zrównoważonymi i bogobojnymi ludźmi, bez konieczności systematycznego wywiązywania się z pożytecznych obowiązków, łatwo można przywiązać się do rzeczy prozaicznych, płaskich, nieistotnych, a nawet szkodliwych. Są ludzie mocno już przywiązani do określonej formy odżywiania, do dziwnego hobby, do przesadnej troski o ciało albo chociażby do … kota. Są tak zafiksowani na punkcie swego przywiązania, że nie tylko sami chorobliwie są mu oddani, ale zaczynają przywiązywać do niego też innych ludzi.

Ofiarą przywiązania o niskich lotach, przywiązania niegodnego dziecka Bożego, zostać można z powodu ciągłych przeciwności życiowych. Oto prochu dosięgła nasza dusza, powaleni przywarliśmy do ziemi [Ps 44,26]. Tak. Ustawiczne niepowodzenie, brak zrozumienia, bieda i samotność może stać się podłożem przywiązania do rzeczy małych. Uzależnienia się od telewizji, papierosa, zajmowanego stołka itd. Do takiego przywiązania może też dojść z powodu zbytniego umiłowania doczesnego świata. Skupiając się na coraz to piękniejszych rzeczach i miejscach popadamy w stan, w którym pozostaje już tylko rozpaczliwa modlitwa: Moja dusza przylgnęła do prochu – ożyw mnie według Twego Słowa [Ps 119,25].Mamy też w Biblii przykłady przywiązania się do ludzi o złym wpływie. O królu Salomonie jest napisane, że pokochał wiele kobiet obcych plemion. Pochodziły one z narodów, co do których PAN powiedział synom Izraela: Nie łączcie się z nimi i niech one nie łączą się z wami, bo z pewnością nakłonią wasze serca do pójścia za swoimi bogami - do takich właśnie kobiet przylgnął Salomon w swych pragnieniach [1Krl 11,2]. Związek z drugim człowiekiem może być bardzo pożyteczny, ale też może zrujnować nam życie. Salomon – mimo swej niezwykłej mądrości – popełnił ten kardynalny błąd.

Zbyt łatwo przywiązujemy się do złych ludzi i rzeczy. Porozmawiajmy więc o dobrym przywiązaniu. W potocznym zrozumieniu jest to przywiązanie do rodziny, do przyjaciół, do miejsca urodzenia, do ojczyzny, do określonych wartości itd. Jednakże w życiu człowieka wierzącego wszystko zaczyna się od przywiązania do Boga. Niech te słowa, które Ja ci dziś przykazuję, będą w twoim sercu. Wpajaj je swoim dzieciom, mów o nich gdy jesteś w domu, gdy odbywasz podróż, przed snem i kiedy wstajesz. Przywiąż je sobie jako znak do ręki i niech ci one będą przepaską na czole. Wypisz je też na odrzwiach swego domu i na swoich bramach [5Mo 6,8-9]. Przykładem wielkiego przywiązania do Boga świeci król judzki Hiskiasz. Był przywiązany do Pana (wg Biblii Ewangelicznej: lgnął on do PANA) i nie odstępował od niego, przestrzegając przykazań, jakie Pan nadał Mojżeszowi. Toteż Pan był z nim, wszystko, co przedsięwziął, wiodło mu się [2Krl 18,6-7].

Dobrą postawą w świetle Biblii jest również przywiązanie do ludzi związanych z Bogiem. Na przykład o Jonatanie, synu pierwszego króla izraelskiego, czytamy: A gdy Dawid skończył rozmawiać z Saulem, dusza Jonatana przylgnęła wręcz do duszy Dawida. Jonatan pokochał go jak samego siebie [1Sm 18,1]. Biblia Gdańska mówi, że dusza Jonatanowa spoiła się z duszą Dawidową. Stało się tak bynajmniej nie dlatego, że Jonatan był gejem, jak dzisiaj chciałyby te środowiska, lecz dlatego, że Dawid był człowiekiem według serca Bożego, a Jonatan właśnie z kimś takim chciał się przyjaźnić.

Celem tego rozważania jest uświadomienie problemu złego przywiązania i zachęta do przywiązywania się do tego, co dobre. Chrześcijanin nie może być przywiązany do tego, co złe! Trzeba nam przywiązać się do Boga. Trzeba być przywiązanym do zboru ludu Bożego. Trzeba nam zaprzyjaźniać się i przywiązywać do ludzi wierzących. Powstające w ten sposób trwałe przywiązanie przynosi chwalę Bogu, a ludziom pożytek. Tego rodzaju przywiązanie okazuje się też mocniejsze od więzów krwi, bo niejeden przyjaciel jest bardziej przywiązany niż brat [Prz 18,24]. Wspomniany już król Dawid wyznał Bogu: Przylgnąłem do Ciebie całą duszą [Ps 63,9].

Tak. Wolą Bożą dla człowieka wierzącego jest to, aby lgnął on do Boga. Kochaj PANA, twojego Boga, słuchaj Jego głosu i lgnij do Niego, gdyż On jest twoim życiem… Należyte przywiązanie do Boga oznacza jednoczesne odwiązanie ludzkiego serca od świata. Miłując Boga z całego serca, ze wszystkich sił i myśli, przestajemy miłować świat i rzeczy, które są na świecie. Jesteśmy całkowicie przywiązani do Boga i zboru odrodzonych duchowo ludzi.

Budda nauczał, że największymi wrogami człowieka są jego pragnienia i przywiązywanie się, że większość problemów i rozczarowań w życiu powstaje z powodu przywiązania. Biblia mówi inaczej! Nawet bocian w przestworzach zna swój czas, synogarlica, jaskółka i żuraw przestrzegają pory swojego przylotu, lecz mój lud nie chce znać prawa Pana [Jr 8,7]. Nawet bocian przywiązuje się tak mocno do miejsca, gdzie jest jego gniazdo, że aż dziw!

Są ludzie, którzy uważają za swój punkt honoru – aby do niczego nie być przywiązanym. Ani do Boga, ani do ludzi, ani do żadnego miejsca. Odrzucając dobre przywiązanie – stają się niewolnikami czegoś zgubnego. Popadają w złe uzależnienie, przywiązują się sercem do rzeczy niegodnych chrześcijanina.

A ty? Przywiąż się do Jezusa – proszę. Przywiązanie do Boga objawia się przywiązaniem do zboru Bożego i wszystkiego, co miłe w Jego oczach! Tylko przywiązani do Boga ludzie są przez Niego używani. Tylko tacy mogą wydawać i wychowywać duchowe potomstwo. Dlatego zachęcam: Przywiąż się do Jezusa!

26 maja, 2018

Jak matka

Kaplica naszego Kościoła przy ul. Menonitów
widziana z wnętrza otwartego dziś Forum Gdańsk
 
Czas spędzony dzisiaj z moją Mamą na nowo uświadomił mi, jak wiele jej zawdzięczam. Teraz już osiemdziesięcioczteroletnia kobieta, w latach mojego dzieciństwa wykazała się niezwykłą zaradnością, pracowitością i odwagą. Zdana przeważnie na własne siły, dzielnie stawiała czoła roli matki sześciorga dzieci. Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku podjęła strategiczną decyzję przeniesienia rodzinnego gniazda z małej wioski na Lubelszczyźnie do Gdańska. Wyszukała pustostan na obrzeżach stoczni remontowej, podjęła pracę w stołówce robotniczej i nie dopuściła do tego, aby jej dzieci chodziły głodne. Podczas moich wczorajszych odwiedzin u jej siostry, ciocia wspominała, jak moja Mama pędzelkiem do golenia malowała ściany owego pustostanu, w którym zamieszkaliśmy. Wzruszam się, gdy myślę o tamtych latach i niezwykłym harcie ducha, którym wykazywała się wówczas moja Mama. Z Bożą pomocą przetrwaliśmy trudne lata i wyszliśmy na prostą.

Właśnie. Jestem przekonany, że tajemnicą i źródłem owego heroizmu mojej Mamy stało się jej nowe narodzenie w 1971 roku i napełnienie Duchem Świętym. Owszem, popełniała błędy, ale trwając w bliskiej społeczności z Panem Jezusem miała odwagę wyruszać z motyką na słońce. Po przyjeździe do Gdańska, już jako duchowo  odrodzona osoba, odnalazła zbór  zielonoświątkowy przy ul. Menonitów w Gdańsku, do którego się przyłączyliśmy. Gdy z tarasu otwartego dziś Forum Gdańsk spojrzałem na pomennonicki kościółek, który od 1974 roku był moim domem duchowym i jednym z najbliższych memu sercu miejsc w Gdańsku, ożyło we mnie wiele wspomnień z kaplicą naszego macierzystego zboru związanych. W niej przeżyłem młodzieńcze lata, zostałem ochrzczony w wodzie, złożyłem ślubowanie małżeńskie, stawiałem pierwsze kroki w służbie duszpasterskiej i  modliłem się o błogosławieństwo Boże dla pierwszej naszej córki. Ten dom modlitwy wiąże się też z moim powołaniem do służby Słowa Bożego i najlepszymi marzeniami o tej posłudze. To miejsce w dużym stopniu uformowało mnie duchowo, podobnie jak moja Mama miała wpływ na kształtowanie mojego charakteru.

Nadszedł dla mnie czas, gdy trzeba było opuścić zbór-matkę i założyć w Gdańsku nowe gniazdo duchowe dla powstającego zboru, podobnie jak - zgodnie z Biblią - opuściłem moją Mamę i z Gabrielą utworzyłem nową rodzinę. Jednak Mama ani na chwilę nie przestała mi być bardzo bliska. Tak wiele jej zawdzięczam, że zawsze mam ją w sercu i w najlepszej pamięci. Tak też jest z kaplicą gdańskiego zboru zielonoświątkowego przy ul. Menonitów. Na zawsze wpisała się w moje serce i nic tego nie zmieni. Za każdym razem gdy znajdę się w Forum Gdańsk, tęsknie spojrzę w jej stronę.

11 maja, 2018

Godnie jedzmy i pijmy przy Stole Pańskim

Przedmiotem tego rozważania jest Wieczerza Pańska czasem błędnie zwana "Pamiątką Wieczerzy Pańskiej". Błędnie, ponieważ Wieczerza Pańska jest wspominaniem śmierci Jezusa, a nie wspominaniem samej Wieczerzy. Jeżeli więc mówiąc o Wieczerzy Pańskiej chcielibyśmy koniecznie użyć słowa "pamiątka" to należałoby powiedzieć "Pamiątka Śmierci Pańskiej". Mamy wszakże inne biblijne jej nazwy, takie jak "Łamanie chleba" lub "Stół Pański".

Klasycznym fragmentem Biblii o ustanowieniu i praktykowaniu Wieczerzy Pańskiej jest nauka apostolska z jedenastego rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian. Albowiem jam wziął od Pana, com też wam podał, iż Pan Jezus tej nocy, której był wydan, wziął chleb, a podziękowawszy, złamał i rzekł: Bierzcie, jedzcie; to jest ciało moje, które za was bywa łamane; to czyńcie na pamiątkę moję. Także i kielich, gdy było po wieczerzy mówiąc: Ten kielich jest nowy testament we krwi mojej; to czyńcie, ilekroć pić będziecie, na pamiątkę moję. Albowiem ilekroć byście jedli ten chleb i ten kielich byście pili, śmierć Pańską opowiadajcie, ażby przyszedł. A tak, kto by jadł ten chleb, albo pił ten kielich Pański niegodnie, będzie winien ciała i krwi Pańskiej. Niechże tedy człowiek samego siebie doświadczy, a tak niech je z chleba tego i z kielicha tego niechaj pije. Albowiem kto je i pije niegodnie, sąd sobie samemu je i pije, nie rozsądzając ciała Pańskiego. Dlatego między wami wiele jest słabych i chorych, i niemało ich zasnęło. Bo gdybyśmy się sami rozsądzali, nie bylibyśmy sądzeni. Lecz gdy sądzeni bywamy, od Pana bywamy ćwiczeni, abyśmy z światem nie byli potępieni [1Ko 11,23-29  w przekładzie Biblii Gdańskiej]

Jak wiadomo, Paweł apostoł nie był w gronie uczniów w wieczerniku. Jednak nie tylko nauczał o Wieczerzy tak samo jak inni apostołowie, ale też bardzo dobrze rozumiał jej znaczenie. Sam zmartwychwstały Chrystus Pan objawił się Pawłowi i przekazał mu, czego i jak trzeba nauczać. Jest to wyraźny dowód, że Wieczerza Pańska nie jest pomysłem apostolskim. Pochodzi ona od samego Jezusa Chrystusa, jako czynność na Jego pamiątkę, wciąż na nowo przypominająca o Jego śmierci za nasze grzechy. Trzeba nam przy tym pamiętać, że śmierć krzyżowa Jezusa Chrystusa ma absolutnie wyjątkową rangę i znaczenie. Owszem, znamy w dziejach ludzkości takie przypadki, że ludzie oddawali swe życie za ojczyznę, rodzinę lub ideę, lecz ich śmierć w żadnym razie nie rozwiązywała problemu grzechu. Tylko śmierć wcielonego Syna Bożego, doskonałego Baranka Bożego, stanowiła ofiarę gładzącą grzech świata i jednającą nas z Bogiem.

Wieczerza Pańska jest głoszeniem śmierci Pańskiej, aż przyjdzie. Mowa tu o powtórnym przyjściu Jezusa Chrystusa. Do czasu powrotu Chrystusa na ziemię trwa czas łaski Bożej. Grzesznicy słysząc ewangelię, słuchając o śmierci Jezusa na krzyżu, mogą się opamiętać ze swoich grzechów i przez wiarę osobiście skorzystać z ofiary Chrystusowej. Trzeba nam więc opowiadać o ofierze złożonej przez Baranka Bożego aż do końca, aż On powróci.

Do wspominania śmierci Jezusa poprzez sprawowanie Wieczerzy Pańskiej używamy prostego obrazu podstawowego pokarmu i napoju w Izraelu z czasów Jezusa. Są to chleb i wino.  Pojawiają się one już na początku Biblii w rękach Melchizedeka, kapłana Boga Najwyższego [1Mo 14,18]. Obietnica Boża złożona Izraelowi, głosi o Ziemi Obiecanej, że w niej nie zabraknie im chleba i wina  [3Mo 26,5]. Chleb i wino było w Izraelu na każdym stole paschalnym i tak jest do dzisiaj. Księga Psalmów mówi o winie, które rozwesela serce człowieka i chlebie, co wzmacnia serce człowieka [Ps 104,15].

Chleb złamany rękami samego Syna Bożego, to obraz ciała Jezusa ubiczowanego i ukrzyżowanego jako ofiara za grzech świata. Wziął chleb, a podziękowawszy, złamał i rzekł: Bierzcie, jedzcie; to jest ciało moje, które za was bywa łamane. Z pewnością nikt z uczniów nie pomyślał wówczas, że Jezus daje im do jedzenia swoje ciało w sensie dosłownym. Tak. Jego ciało jest prawdziwym pokarmem, a Jego krew jest prawdziwym napojem, lecz są pokarmem i napojem duchowym, a nie materialnym. Łamiąc chleb własnymi rękami Syn Boży dał do zrozumienia, że oddanie życia za grzech świata jest Jego czynem osobistym i dobrowolnym. Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz oddaje za owce własne życie [Jn 10,11]. Ja kładę życie swoje, aby je znowu wziąć. Nikt mi go nie odbiera, ale Ja kładę je z własnej woli. Mam moc dać je i mam moc znowu je odzyskać; taki rozkaz wziąłem od Ojca mego [Jn 10,17-18].

Jedząc z jednego, rozłamanego chleba, karmiąc swe dusze Chrystusem, zbór daje tym samym świadectwo jedności Kościoła tj. Ciała Chrystusowego. Czy chleb, który łamiemy, nie oznacza udziału w Jego ciele? Ponieważ jest jeden chleb, my, choć liczni, stanowimy jedno ciało, wszyscy bowiem bierzemy cząstkę pochodzącą z jednego chleba [1Ko 10,16-17].

Kielich podany do picia uczniom – to obraz Nowego Przymierza Syna Bożego z wierzącymi w Niego ludźmi. Kielich ten jest Nowym Przymierzem we krwi mojej (wg BW-P). Biblia mówi, że bez krwi nie ma przebaczenia grzechów. Krew doskonałego Baranka Bożego musiała zostać wylana w ofierze, raz na zawsze złożonej za grzech świata. Syn Boży, Jezus Chrystus jako Arcykapłan złożył ofiarę z własnej krwi za nasze grzechy i w ten sposób ustanowił Nowe Przymierze, na mocy którego wszyscy wierzący w Niego zostali pojednani z Bogiem. 

Ideę Nowego Przymierza Boga z człowiekiem dobrze ilustruje związek małżeński w dawnym Izraelu. Tajemnica to wielka, ale ja odnoszę to do Chrystusa i Kościoła [Ef 5,31-32] – napisał o małżeństwie apostoł Paweł w natchnieniu Ducha Świętego. Przypatrując się żydowskim zaślubinom, rzeczywiście można lepiej zrozumieć, jak dochodzi do związku pomiędzy Chrystusem i wierzącym w Niego człowiekiem.

W tamtych czasach w Izraelu ojciec oblubieńca wyszukiwał synowi oblubienicę, wypłacał za nią określoną należność i wtedy następował akt zaręczyn. Podpisywano kontrakt, w którym oblubieniec zobowiązywał się, że zatroszczy się o całą przyszłość oblubienicy. Oblubieniec rozpoczynał przygotowanie domu, a oblubienica szykowała się do dnia ślubu i wesela, nie wiedząc, kiedy oblubieniec przyjdzie zabrać ją do ich wspólnego miejsca zamieszkania. W końcu następował ten wyczekiwany dzień zaślubin i czas wesela.

Czyż można lepiej zobrazować związek Chrystusa z Kościołem? Bóg Ojciec wybiera i pociąga człowieka do Syna Bożego. Nikt nie może przyjść do mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który mnie posłał [Jn 6,44] powiedział Jezus. Następnie grzesznik zostaje wykupiony ze swojej grzesznej przeszłości, ze wszystkich uzależnień, naturalnych powiązań i świeckiego środowiska. Wiedząc, że nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego [1Pt 1,18-19]. Duch Święty wzbudza wiarę w sercu człowieka i w ten sposób powstaje osobista więź z Synem Bożym. Albowiem zaręczyłem was z jednym mężem, aby stawić przed Chrystusem dziewicę czystą [2Ko 11,2]. Tym samym Syn Boży bierze na Siebie odpowiedzialność za nasze zbawienie. Daje nam dar żywota wiecznego, a poprzez zadatek Ducha zapewnia wszystkich napełnionych Duchem Świętym, że doprowadzi do końca, to co z nimi zaczął i że zabierze ich do Siebie. Idę przygotować wam miejsce. A gdy pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie ja jestem [Jn 14,2-3].

Kościół - jako Oblubienica Chrystusowa - ma się przygotowywać na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa. I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o takiej godzinie, której się nie spodziewacie [Łk 12,40]. Wraz z ponownym przyjściem Chrystusa nadejdzie czas wesela Baranka.  Weselmy się i radujmy się, i oddajmy mu chwałę, gdyż nastało wesele Baranka, i oblubienica jego przygotowała się; i dano jej przyoblec się w czysty, lśniący bisior, a bisior oznacza sprawiedliwe uczynki świętych. I rzecze do mnie: Napisz: Błogosławieni, którzy są zaproszeni na weselną ucztę Baranka. I rzecze do mnie: To są prawdziwe Słowa Boże [Obj 19,7-9].

Czy wszystko w tym obrazie jest jasne? Kielich podczas Wieczerzy Pańskiej rozdzielany pomiędzy wiernych  obrazuje Nowe Przymierze, jakie Bóg zawarł z wierzącymi, poprzez krew Syna Bożego.

Z powyższych powodów odczytane Słowo Boże nakazuje konieczność rozsądzania Ciała Pańskiego i godnego przystępowania do Wieczerzy Pańskiej. W naszym tekście występują dwa ważne pojęcia: rozróżnianie i doświadczanie. Rozróżnianie, gr. diakrino, znaczy - rozdzielać, rozróżniać, rozstrzygać, rozsądzać. Albowiem kto je i pije niegodnie, nie rozróżniając ciała Pańskiego, sąd własny je i pije [w. 29]. To nie jest zwyczajne jedzenie chleba i picie wina. Udział w Wieczerzy Pańskiej domaga się rozróżnienia pomiędzy tym, co święte i godne, a tym, co jest duchowo nieczyste. Kto chce mieć udział w Łamaniu Chleba potrzebuje oddzielenia dla Pana! Nie możecie pić kielicha Pańskiego i kielicha demonów; nie możecie być uczestnikami stołu Pańskiego i stołu demonów [1Ko 10,21].

Aby należycie oddzielać się dla Chrystusa Pana, trzeba samego siebie wciąż na nowo poddawać próbie. Doświadczanie, gr. dokimadzo, znaczy próbować, doświadczać, poddać próbie, wybadać. Chodzi o zdolność duchową, niektórym ludziom zupełnie nieznaną. Poddawajcie samych siebie próbie, czy trwacie w wierze, doświadczajcie siebie; czy nie wiecie o sobie, że Jezus Chrystus jest w was? [2Ko 13,5]. Tylko ludzie dorośli i odrodzeni z Ducha Świętego potrafią na tyle wejrzeć w siebie, aby oczyścić się od wszelkiej zmazy ciała i ducha, dopełniając świątobliwości swojej w bojaźni Bożej [2Ko 7,1].

Oto dlaczego do Wieczerzy Pańskiej w naszym zborze przystępują wyłącznie osoby odrodzone duchowo i pojednane z Bogiem, będące we właściwych relacjach z innymi ludźmi. Oto dlaczego osobom przybliżonym i dzieciom zalecamy, aby z udziałem w Wieczerzy Pańskiej poczekali aż do chwili ich osobistego nawrócenia i przyjęcia chrztu wiary.

Coraz więcej wspólnot zaprasza do Wieczerzy wszystkich uczestników nabożeństwa, nawet dzieci, które do żadnego diakrino ani dokimadzo jeszcze nie są zdolne. My tak nie robimy, bo Słowo Boże mówi o konsekwencjach niegodnego jedzenia i picia przy Stole Pańskim. Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winnym staje się Ciała i Krwi Pańskiej [1Ko 11,27]. Być winnym Ciała i Krwi Pańskiej to poważna sprawa. Taka wina musi wiązać się z konsekwencjami. Dlatego to właśnie wielu wśród was słabych i chorych i wielu też pomarło [1Ko 11,32].

Przystępowanie do Stołu Pańskiego z należytym respektem i oddzieleniem się dla Pana wzmacnia chrześcijanina duchowo i powoduje jego dalszy rozwój. Niegodny, lekkomyślny udział w Wieczerzy Pańskiej nie tylko mu nie pomaga, ale wręcz powoli go zabija i to nie tylko duchowo. Gdy ktoś ze zboru zachoruje nagle lub umrze, to najczęściej szukamy naturalnych przyczyn takiego stanu rzeczy. Nawet do głowy nam nie przychodzi, że mogło to nastąpić z omawianych tu powodów duchowych. Naprawdę warto o tym pomyśleć.

Oczywiście, nikt z nas nie potrafi policzyć, ile z znanych nam chorób i zgonów w kręgach chrześcijańskich nastąpiło z powodu niegodnego udziału w Wieczerzy Pańskiej. Zresztą, nie naszą rolą jest ocenianie innych ludzi. Słowo Boże zobowiązuje nas wszakże do rozsądzania znaczenia Ciała i Krwi Pańskiej. Przymusza nas też do należytej samooceny przed przystąpieniem do stołu Pańskiego. Jeżeli zaś sami siebie osądzimy, nie będziemy sądzeni. Lecz gdy jesteśmy sądzeni przez Pana, upomnienie otrzymujemy, abyśmy nie byli potępieni ze światem [1Ko 11,31-32].

Każdy własny ciężar poniesie – naucza Biblia [Ga 6,5]. Wieczerza Pańska jest nam dana, abyśmy wciąż na nowo karmili naszego wewnętrznego człowieka Ciałem i Krwią Pańską. Biorąc regularnie udział w Wieczerzy Pańskiej należycie pielęgnujemy społeczność z naszym Zbawicielem i Panem, Jezusem Chrystusem. Łamiąc chleb dajemy też świadectwo naszej jedności ze zborem Pańskim, a to ma również wielkie znaczenie w praktycznym zastosowaniu Bożego Planu Zbawienia. Chrystus Pan bowiem na ziemi działa poprzez zbór i na rzecz zboru.

Dlatego serdecznie zachęcam do godnego jedzenia i picia przy Stole Pańskim.

30 kwietnia, 2018

Przepis na zbór, jakiego pragnę

Najdłuższy rozdział Biblii, tj. Psalm 119 zatytułowany w Biblii Ewangelicznej "Pieśń zachwytu nad Bożym Prawem" dostarcza mi od wczoraj wielu przemyśleń. Część z nich ma charakter wyłącznie osobisty,  podczas gdy inne odnoszę do lokalnego zboru, a nawet całego Kościoła.

W dobie coraz to nowych pomysłów na zakładanie i rozwój zboru, gdy na tym polu popularność zyskują sobie świeckie zasady i sposoby, chcę niezmiennie pamiętać, że zbór - to społeczność ludzi wywołanych ze świata przez samego Boga i zgromadzonych, by czcili Go, służyli Mu i we wszystkim oddawali chwałę Chrystusowi Panu. W biblijnej idei powstawania zboru - poza głoszeniem ludziom Słowa Bożego i troską o ubogich - nie ma ani krzty ludzkiej pomysłowości i przedsiębiorczości. Jest to dzieło autorstwa Ducha Świętego.

W czasie dzisiejszego czytania Słowa Bożego zobaczyłem bardzo prosty i wolny od ludzkiego czynnika sposób tworzenia się lokalnego zboru chrześcijańskiego. Niech skupią się przy mnie ci, w których jest bojaźń przed Tobą, oraz ci, którzy znają Twe postanowienia! [Ps 119,79]. Gromadzenie ludzi wg innych zasad, przyciąganie ich rozmaitymi atrakcjami, budowanie zboru pod kątem oczekiwań ludzi duchowo nieodrodzonych - to wysiłek, który nie ma umocowania w praktyce apostolskiej. Owszem, dzięki nowoczesnym, zapożyczonym ze świata przywództwa i biznesu, rozmaitym socjotechnikom, powstają całkiem spore wspólnoty kościelne, lecz czy takie metody budowania zboru nie są okupione postępującą liberalizacją poglądów i zeświecczeniem jego członków?

Miłujący i głoszący Słowo Boże sługa Boży powiedział: Niech zwrócą się do mnie bojący się Ciebie i ci, którzy uznają Twoje napomnienia [Ps 119,79 wg Biblii Tysiąclecia]. Oto przepis na zbór, jakiego pragnę. Czasem będzie w nim więcej osób, a czasem mniej. Czasem będą to tylko ubodzy i nic nie znaczący w tym świecie ludzie, a czasem trafi się i ktoś po ludzku ważny. To wszystko ma znaczenie drugorzędne. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że prawdziwy zbór chrześcijański tworzą ludzie przejęci bojaźnią Bożą i całkowicie respektujący Słowo Boże.

Dlatego modlę się dzisiaj: Niech się obrócą do mnie, którzy się Ciebie boją, i którzy znają świadectwa Twoje [Ps 119,79 wg Biblii Gdańskiej]. Mocno wierzę, że właśnie w taki sposób Jezus Chrystus buduje swój Kościół oraz każdy jego lokalny zbór.

28 kwietnia, 2018

Objawienie z Joppy wciąż potrzebne

Dom Szymona garbarza w Jaffie
Lwią część wczorajszego dnia spędziłem nad morzem, spacerując uliczkami starej Jaffy, czyli dawnej Joppy, zaglądając do portu, skąd kiedyś prorok Jonasz popłynął w inną stronę, niż chciał tego Bóg i towarzysząc mojemu najstarszemu wnukowi, który bardzo pragnął wykąpać się w Morzu Śródziemnym. Jednak Jaffa jest od wielu lat w mojej świadomości przede wszystkim z powodu objawienia, jakie otrzymał tu apostoł Piotr, goszcząc u niejakiego Szymona garbarza. Odnaleźliśmy ten skromny dom tuż przy latarni morskiej nad samym morzem, jakby schowany na zapleczu bardziej okazałej zabudowy.

Znowu ożyły we mnie słowa Pisma Świętego, skierowane kiedyś do setnika rzymskiego, Korneliusza, stacjonującego w oddalonej o 50 km Cezarei: Teraz więc poślij swoich ludzi do Joppy i sprowadź stamtąd niejakiego Szymona, którego nazywają Piotrem. Gości on u pewnego garbarza Szymona, który ma dom nad morzem. [...] Tymczasem następnego dnia około południa - gdy oni byli w drodze i zbliżali się do miasta - Piotr wyszedł na taras na dachu i tam się modlił. Zgłodniał przy tym bardzo i chciało mu się jeść. A gdy już przyrządzano posiłek, wpadł w zachwycenie. Zobaczył otwarte niebo. Z nieba zstępował w dół jakiś przedmiot. Przypominał wielkie lniane płótno, trzymane za cztery rogi i opuszczane w kierunku ziemi. Wewnątrz znajdowały się różne czworonożne zwierzęta, płazy oraz ptaki. Rozległ się również głos: Piotrze, wstań, zabijaj i jedz! Piotr odpowiedział: O tym nie może być mowy, Panie, bo jeszcze nigdy nie jadłem nic skalanego i nieczystego. Wtedy głos zabrzmiał ponownie: Tego, co Bóg oczyścił, ty nie uważaj za skalane. Wszystko to powtórzyło się trzy razy, po czym przedmiot został wzięty do nieba. Podczas gdy Piotr zastanawiał się, co mogłoby oznaczać to widzenie, ludzie wysłani przez Korneliusza odnaleźli dom Szymona, stanęli u bramy i podniesionym głosem zaczęli pytać, czy Szymon, zwany Piotrem, przebywa tam w gościnie. Pogrążony w myślach Piotr usłyszał głos Ducha: Szukają cię trzej mężczyźni. Ale wstań, zejdź na dół i idź z nimi bez wahania, bo to Ja ich posłałem [Dz 10,5-20].

Okazało się, że objawienie na dachu domu w Joppie miało przygotować Piotra do całkiem nowego spojrzenia na ludzi z narodów pogańskich. Mając od Chrystusa Pana klucze Królestwa Bożego, najpierw w święto Pięćdziesiątnicy otworzył je dla rozsianych po całym świecie Żydów [Dz 2]. Następnie otworzył je dla Samarytan, wkładając ręce na nowo nawróconych w Samarii [Dz 8]. W końcu nadszedł czas otworzyć drzwi Królestwa Bożego także dla pogan.

Przemówił do nich w ten sposób: Wy wiecie, jak bardzo niezgodne z Prawem jest dla Żyda przestawanie z ludźmi innej narodowości lub odwiedzanie ich. Mnie jednak Bóg pokazał, abym żadnego człowieka nie nazywał skalanym lub nieczystym. Właśnie dlatego na wasze wezwanie przyszedłem bez sprzeciwu. [...] Naprawdę, zaczynam rozumieć, że Bóg nie traktuje jednych lepiej niż innych, lecz w każdym narodzie miły mu jest ten, kto Go szanuje i postępuje sprawiedliwie. Odniosę się teraz do poselstwa, które przekazał synom Izraela, głosząc za pośrednictwem Jezusa Chrystusa, który jest Panem wszystkich, dobrą nowinę o pokoju. Otóż wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Wiecie o Jezusie z Nazaretu, że Bóg namaścił Go Duchem Świętym i mocą. Wiecie też, że wszędzie, gdzie chodził, czynił dobrze i leczył wszystkich dręczonych przez diabła, a działo się tak dlatego, że był z Nim Bóg. My jesteśmy świadkami tego wszystkiego, co uczynił na terenach zamieszkałych przez Żydów i w  Jerozolimie. Jego też zawiesili na krzyżu i w ten sposób zabili. Bóg jednak wzbudził Go trzeciego dnia i sprawił, że stał się widzialny, lecz nie dla całego ludu, a tylko dla świadków uprzednio wybranych przez Boga, to znaczy dla nas, którzy po Jego zmartwychwstaniu jedliśmy i piliśmy wraz z Nim. On też polecił nam głosić ludowi i składać o Nim świadectwo, że jest ustanowionym przez Boga sędzią żywych i umarłych. O Nim świadczą wszyscy prorocy. Głoszą, że każdy, kto w Niego wierzy, dostępuje, przez Jego imię, przebaczenia grzechów. Piotr jeszcze mówił o tych sprawach, a Duch Święty już zstąpił na wszystkich słuchających jego mowy. Zaskoczyło to tych wszystkich wierzących, którzy należeli do obrzezanych i przybyli z Piotrem, że i na pogan został wylany dar Ducha Świętego. Słyszeli ich bowiem, jak mówili językami i wywyższali Boga. Wtedy odezwał się Piotr: Czy ktoś może odmówić wody, aby ochrzcić tych, którzy otrzymali Ducha Świętego, podobnie jak my? I rozkazał, aby ich ochrzczono w imię Jezusa Chrystusa. Następnie uprosili go, aby pozostał z nimi kilka dni [Dz 10,28-48].

Objawienie z Joppy, z którym swego czasu Piotr poszedł do pogan, nabrało dla mnie świeżego wymiaru. W tych dniach mam styczność z mieszkającymi w Izraelu tzw. świeckimi Żydami. Przebywam w ich domach, rozmawiam, słucham i obserwuję. Są inteligentni, wykształceni i dobrze sytuowani. Trzymają się nawet narodowych tradycji lecz - o dziwo - nie wierzą w Boga. Zjawisko ma charakter powszechny. Słyszałem gdzieś, że osiemdziesiąt procent dzisiejszych mieszkańców Izraela to ludzie niewierzący. Powinni to wiedzieć chrześcijanie, którzy hołubią ten naród i w swej gorliwości wręcz ubóstwiają wszystko, co żydowskie. Izraelici potrzebują pełnej ewangelii z wezwaniem do pokuty, a nie tylko mówienia im, że ich kochamy, podziwiamy i dziękujemy za nich Bogu. Tak jak niegdyś Piotr musiał pojąć, że trzeba głosić ewangelię poganom, tak my dzisiaj powinniśmy zrozumieć, że trzeba nam ją głosić Żydom i to z całą jej wyrazistością.

Wiara w Boga nie jest przypisana żadnemu narodowi ani żadnemu wyznaniu chrześcijańskiemu na zawsze. Przynależność do biblijnego zboru też nie gwarantuje trwałego związku z Jezusem Chrystusem. Nawet wychowanie w chrześcijańskim domu nie sprawia, że przez całe życie pozostaniemy chrześcijanami. Każdy człowiek osobiście nawiązując relację z Bogiem poprzez nowe narodzenie z wody i z Ducha jest odpowiedzialny za trwanie w posłuszeństwie ewangelii Chrystusowej. Jeśli wytrwacie w moim Słowie, to istotnie jesteście moimi uczniami - powiedział Pan.