31 grudnia, 2009

Z Bogiem!

W ostatnim dniu roku, od samego rana, ciśnie mi się do głowy znany zwrot – Z Bogiem! Zazwyczaj wypowiadany przez pobożnych ludzi na pożegnanie, urasta dziś w mojej duszy do rangi motta całego mojego życia, a w szczególności do rozpoczynającego się tej nocy Nowego Roku.

 Wielu ludzi przeżywa swoje życie bez Boga. Wyrastają, uczą się, kochają, pracują, cierpią, osiągają sukces, przeżywają porażki i umierają jako nie mający nadziei i bez Boga na świecie [Ef 2,12]. Wcale nie jest tak, że z Bogiem ma się pełny sukces, a bez Boga tylko same porażki. Wielu ludzi żyjących bez Boga pławi się w luksusach, podczas gdy niejeden pobożny musi liczyć każdą złotówkę. Jednak jedni przeżywają życie z Bogiem, a drudzy bez Boga. To jest zasadnicza różnica!

 Są ludzie, którzy mówią, że żyją z Bogiem, ale wcale tak nie jest. Stworzyli sobie boga na własne wyobrażenie i myślą, że jest OK, bo ich zdaniem najważniejsze, żeby w ogóle w coś wierzyć. Bogiem ich jest Opatrzność, Allach, Budda, Siła Wyższa, własny brzuch itd. Dla mnie „Z Bogiem” znaczy – z Jezusem Chrystusem jako Zbawicielem i Panem życia! Bo chociaż nawet są tak zwani bogowie, czy to na niebie, czy na ziemi, i dlatego jest wielu bogów i wielu panów, wszakże dla nas istnieje tylko jeden Bóg Ojciec, z którego pochodzi wszystko i dla którego istniejemy, i jeden Pan, Jezus Chrystus, przez którego wszystko istnieje i przez którego my także istniejemy [1Ko 8,5–6].

 Coraz częściej bywa, że ludzie wprawdzie postanawiają z kimś się związać, ale gdy sprawy przybiorą zły obrót, wycofują się i nie chcą już dłużej z nim być. Małżeństwo, przyjaźń, spółka biznesowa – kończą się, gdy partner przestał spełniać oczekiwania. Postanawiam, że będę żyć z Bogiem w Nowym Roku, niezależnie od okoliczności. W dniach dobrych i złych. Nawet przez głowę mi nie przechodzi, że można byłoby z jakiegoś powodu odejść od Boga i żyć bez Niego.

 Z Bogiem, bo On Sam w Sobie jest najwyższą dla mnie wartością. On jest El Shaddai, co znaczy – ten, który wystarcza za wszystko. Mogę wszystko stracić; przyjaciół, zdrowie, dach nad głową, a Jego obecność, a świadomość, że jestem z Nim - wciąż będzie dostatecznym zadowoleniem dla mojej duszy. Lecz moim szczęściem być blisko Boga. Pokładam w Panu, w Bogu nadzieję moją [Ps 73,28].

Takie jest moje ostatnie słowo w Starym Roku na Nowy Rok. Tak też brzmią moje życzenia dla Ciebie. Z Bogiem!

30 grudnia, 2009

Wyczucie właściwej pory opuszczenia bandery

Niedaleko mojego domu w Gdańsku, przy  nabrzeżu  Motławy,  niemal naprzeciwko znanego z pocztówek Żurawia, stoi zacumowany Sołdek. Jest to pierwszy pełnomorski statek wybudowany po wojnie w gdańskiej stoczni, tzw. rudowęglowiec dawnymi czasy służący przede wszystkim do transportu węgla. Od chwili uroczystego podniesienia bandery, które miało miejsce w Szczecinie sześćdziesiąt lat temu, przez ponad trzydzieści lat Sołdek pływał po morzach i oceanach, aby 30 grudnia 1980 roku zakończyć swą pracę i kilka miesięcy później powrócić do Gdańska. Teraz, już blisko trzydzieści kolejnych lat, służy tu jako ważny eksponat Centralnego Muzeum Morskiego.

Właśnie ta chwila opuszczenia na Sołdku bandery w dniu 30 grudnia sprowokowała mnie do dzisiejszej refleksji. Rozmyślam o tym, jak ważne jest, aby w odpowiednim czasie zakończyć aktywność zawodową i zdążyć zająć się w życiu czynnościami właściwymi dla tzw. trzeciego wieku.

Abstrahując od stanu technicznego tego pierwszego 'cudu' polskiego przemysłu stoczniowego powojennej Polski, który niewątpliwie wpłynął na wycofanie go z floty, myślę, że Sołdek miał wielkie szczęście, że nie był dłużej eksploatowany. Gdyby nadal wypływał w morze, któregoś dnia zatonąłby niechybnie, albo gdzieś w dalekich krajach w końcu pocięliby go na żyletki. A tak od trzech dekad stoi sobie pięknie odmalowany, wzbudza zainteresowanie turystów i stanowi przykład polskiej myśli technicznej z wczesnych lat powojennych.

 Trochę podobnie bywa też z ludźmi. W każdej dziedzinie ludzkiej aktywności należy w określonych latach dać z siebie wszystko, a potem w stosownej porze zejść z pola, robiąc miejsce dla innych i pozostawiając po sobie niezatartą pamięć swojej klasy oraz użyteczności. Zarówno sportowcy, artyści, przedsiębiorcy jak i duchowni powinni mieć zdolność rozpoznania właściwego czasu swego odejścia. W innym przypadku musi zdarzyć się przykrość oglądania niegdyś podziwianego mistrza na trzydziestym którymś miejscu tabeli wyników, albo wątpliwa przyjemność słuchania odgrzewanych i coraz marniej prezentowanych treści.

 Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę: Jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono. Jest czas zabijania i czas leczenia; jest czas burzenia i czas budowania. Jest czas płaczu i czas śmiechu; jest czas narzekania i czas pląsów. Jest czas rozrzucania kamieni i czas zbierania kamieni; jest czas pieszczot i czas wstrzymywania się od pieszczot. Jest czas szukania i czas gubienia; jest czas przechowywania i czas odrzucania. Jest czas rozdzierania i czas zszywania; jest czas milczenia i czas mówienia. Jest czas miłowania i czas nienawidzenia; jest czas wojny i czas pokoju [Kzn 3,1–8].

 Chociaż mógłbym tę refleksję z łatwością odnieść do wielu moich zewnętrznych obserwacji, to jednak chcę ją zaaplikować przede wszystkim samemu sobie. Niechby tak często oglądana przeze mnie bryła Sołdka utrzymała w czujności mój umysł i przypominała o zbliżającej się porze opuszczenia bandery. Za Mojżeszem powtórzę więc znane słowa modlitwy: Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy posiedli mądre serce! [Ps 90,12].

29 grudnia, 2009

Taniec Ducha

Dziś przypada smutna rocznica masakry Indian z plemienia Siuksów, dokonanej w dniu 29 grudnia 1890 roku przez wojska Stanów Zjednoczonych nad strumieniem Wounded Knee.

 Rozczarowani ciężkimi warunkami życia, łamaniem składanych im obietnic i brakiem perspektyw na przyszłość, Indianie żyli wspomnieniami przeszłości i chętnie zwracali się ku dającym nadzieję nowym prorokom. Jednym z nich był Indianin Pajute z Nevady – Wovoka (Jack Wilson). W oparciu o rzekome objawienie zapoczątkował on wśród Indian nowy ruch religijny, będący swoistą mieszanką ideologii i rytuałów małej chrześcijańskiej wspólnoty Shakerystów (ang. Shakers) z tradycyjnym mistycyzmem, spirytualizmem i taneczną obrzędowością Pajutów.

 Nowa religia obiecywała wyznawcom nadejście końca świata połączonego z zagładą białych ludzi, powrót wytępionych stad bizonów i ponowne połączenie się z bliskimi. Oprócz systematycznego uczestnictwa w ekstatycznych obrzędach Tańca Ducha nakazywała m.in. życie w pokoju, dobre uczynki oraz odrzucenie alkoholu. Siuksowie do rytuałów Wovoki dodali trans i charakterystyczne koszule ducha, które – zdaniem wyznawców kultu – miały ich chronić przed kulami wrogów. Taniec Ducha trwał zazwyczaj pięć dni. Jego uczestnicy pościli w celu przeżycia pełnego, duchowego oczyszczenia, a przy tym bardzo rozbudzali w sobie  chęć działania.

Właśnie celebrowanie owego Tańca Ducha było jednym z głównych pretekstów do masakry nad Wounded Knee. Amerykanie uważając go za taniec wojenny, w obawie o swoje bezpieczeństwo podjęli działania zaradcze. Do rezerwatów Dakoty wezwano znaczne oddziały wojska. W grudniu 1890 ceremonie Tańca Ducha zostały w rezerwatach Siuksów zakazane, a tańczących "wrogich Indian" wezwano do powrotu do wyznaczonych i kontrolowanych przez władze placówek.

 Wtedy doszło do tragedii, która w amerykańskich źródłach nazywana "bitwą", przez większość historyków uważana jest za masakrę. Rozbrojona wcześniej grupa Indian z wodzem Wielką Stopą (ang. Big Foot) na czele, składająca się w dużej części z kobiet i dzieci została otoczona przez 7 Pułk Kawalerii i dosłownie zmasakrowana. Na miejscu zginęło ok. 150 Indian, ale łączną liczbę ofiar tej tragedii szacuje się na około 300 osób.

 Jak na tę masakrę sprzed 120 lat można dziś spojrzeć w świetle Biblii? Mnie osobiście zaintrygowała w tym rola owego Tańca Ducha. W wyniku sugestywnej działalności proroka Wovoki, Indianie zostali zmanipulowani i wciągnięci w rytuał, który ostatecznie ich zgubił. Na wyznaczonych przez rząd terenach mogliby wieść w miarę cichy i spokojny żywot. Jednak ekstatyczny Taniec Ducha wprowadzał ich w stan iluzorycznych nadziei i pobudzał do działań, które nie miały szans na powodzenie. Skończyło się to tragedią, której w żadnym razie nie można nazwać męczeństwem za wiarę w Chrystusa.

 Działalność fałszywych proroków i dzisiaj jest niebezpieczna. Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi! [Mt 7,15]. Niestety, także teraz można natknąć się na swoistych maniaków wzywających do podjęcia jakiejś bliżej nieokreślonej, duchowej walki.  Coraz częściej praktycznie towarzyszy też temu nomen omen taniec duchowy i tzw. flagi wojenne.

 W rezultacie aktywności owych strategów i speców od duchowej walki, wielu poczciwych chrześcijan, zamiast – jak to jest w piosence – po prostu z Jezusem żyć, zwyczajnie, bez wielkich słów, każdy dzień powierzać Mu, stale przy Nim trwać – daje się wciągać w działalność nie znajdującą oparcia w nowotestamentowej nauce apostołów i proroków.

Umiłowani, nie każdemu duchowi wierzcie, lecz badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków wyszło na ten świat [1Jn 4,1]. Strzeżmy się takich przywódców duchowych, którzy próbują nas zaangażować w posty, obrzędy i walki duchowe z jakimś wyimaginowanym wrogiem. Uważajmy na takich proroków, którzy dążą do zagospodarowania każdej godziny naszego wolnego czasu i każdej naszej złotówki.

 Jeden z moich ojców w wierze zwykł mawiać: „Pamiętaj synu, nie biegaj za prorokami”. Dziś ja – nawiązując do indiańskiego obrzędu Tańca Ducha i jego zgubnego dla Siuksów skutku – wzywam do większej rozwagi w słuchaniu współczesnych proroków. Zawsze sprawdzaj, jak to, co oni głoszą, ma się do całości nauki Pisma Świętego, a nie tylko do kilku wybranych z niego urywków. Nie daj się wciągnąć w to, co niebiblijne, choćby nie wiem jak atrakcyjnie to brzmiało, bo inaczej i ty zostaniesz Indianinem ;)

28 grudnia, 2009

Dobrodziejstwo gumy do żucia

Dokładnie 140 lat temu, 28 grudnia 1869 roku w Biurze Patentowym Stanów Zjednoczonych niejaki William F. Semple z Mount Vernor [Ohio] opatentował wynaleziony przez siebie sposób wytwarzania gumy do żucia [patent Nr 98.304]. Wiadomo, że już m.in. starożytni Grecy i Indianie mieli zwyczaj żucia żywicy z tzw. drzewa gumowego w celu oczyszczania zębów i odświeżania oddechu, co można uznać za pierwowzór dzisiejszej gumy do żucia, jednak obecnie jest to wyrób wysoce udoskonalony i uatrakcyjniony smakowo.

 Guma do żucia jest produktem spożywczym o szczególnej funkcjonalności dla organizmu człowieka. Już sam proces jej żucia zmniejsza napięcie nerwowe. Ponadto żucie gumy zwiększa wydzielanie śliny i soków trawiennych, wzmacnia mięśnie szczęk, poprawia higienę jamy ustnej, stan uzębienia oraz dziąseł. Relaksujące działanie gumy do żucia docenili kwatermistrze żołnierzy amerykańskich. Właśnie z tego powodu jest ona stałą częścią codziennych racji żołnierskich we współczesnej armii USA.

 Gdy pomyślałem o uspokajającym skutku żucia gumy, zaintrygowało mnie to, że Bóg zalecił Izraelowi spożywanie wyłącznie takich zwierząt, które przeżuwają pokarm i mają rozdzielone kopyto. Każde spośród bydła, które ma rozdzielone kopyto i rozszczepioną racicę i przeżuwa pokarm, możecie jeść [3Mo 11,3]. To, które ma rozdzielone kopyto, ale nie przeżuwa połkniętego pokarmu, będzie dla was nieczyste i każdy, kto się go dotyka, stanie się nieczysty [3Mo 11,26]. Czyżby codzienna czynność przeżuwania pokarmu miała wpływ na pożywność mięsa tych zwierząt?

 Co o żuciu gumy można powiedzieć z chrześcijańskiego punktu widzenia? Mam zasadę, by o różnych sprawach mówić tylko to, co jest o nich napisane w Biblii. A co Biblia mówi o gumie do żucia? Z tego, co wiem, to nic o niej nie mówi. Pozwolę więc sobie jedynie na praktyczną uwagę, że chociaż niektórzy denerwują się na widok żujących gumę, to jednak - jeżeli dzięki temu możemy mieć więcej chrześcijan ze świeżym oddechem - osobiście jestem jej zwolennikiem.

24 grudnia, 2009

Wówczas przyszedł, to i teraz przyjdzie!

Od dłuższego już czasu polską opinię publiczną intryguje tragiczny los i śmierć Krzysztofa Olewnika, syna płockiego przedsiębiorcy branży mięsnej. Porwany dla okupu w nocy z 26 na 27 października 2001 roku, przetrzymywany przez dwa lata i bardzo źle traktowany, 5 września 2003 roku, pomimo przekazania żądanego okupu, został zamordowany. Tak długo wyczekiwał, że ktoś go wyratuje. Z pewnością każdego dnia wyglądał pomocy, ale się nie doczekał. Okazało się, że najbliżsi, chociaż bardzo chcieli, jednak nie byli w stanie mu pomóc.

Inna historia. Lot odłączył się od stryja Abrahama i rozpoczął życie na własną rękę. Niedługo potem został napadnięty i z całą rodziną uprowadzony. Gdy Abram usłyszał, że bratanka jego wzięto do niewoli, uzbroił swoich trzystu osiemnastu wypróbowanych ludzi, urodzonych w jego domu i ruszył w pościg aż do Dan. Potem podzieliwszy swój oddział, napadł na nich w nocy ze sługami swymi, pobił ich i ścigał aż do Choby, na północ od Damaszku. Tak odzyskał cały dobytek. Również przyprowadził na powrót Lota, bratanka swego, i jego dobytek, a także kobiety i ludzi [1Mo 14,14–16]. Lot nawet nie miał podstaw do tego, by liczyć na ratunek, bo mu się on nie należał. Na szczęście Abraham okazał się wspaniałomyślnym,  a przy tym bardzo dzielnym stryjem. Wyruszył z odsieczą i go uratował.

Do czego zmierzam? Z powodu upadku Adama, cała ludzkość dostała się pod wpływ grzechu, a w konsekwencji popadła w śmierć duchową, czyli w całkowite oddzielenie od Boga. Potrzeba jej było ratunku. Już w Edenie Bóg zapowiedział, że konieczne będzie posłanie Mesjasza, Wybawiciela.

Tak wiele przemawiało za tym, aby Syn Boży nie szedł zbawiać człowieka. Z jednej strony, stan duchowy ludzkości emocjonalnie nie pobudzał do działań ratunkowych. I spojrzał Bóg na ziemię, a oto była skażona, gdyż wszelkie ciało skaziło drogę swoją na ziemi [1Mo 6,12]. Z drugiej strony, decydując się na wcielenie się w postać człowieka, Syn Boży wiedział, że czekać Go będzie na ziemi odrzucenie, cierpienie i w końcu haniebna śmierć. Mało też kto w ogóle na Niego tu czekał.

A jednak, Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas [Jn 1,14]. A jednak, gdy nadeszło wypełnienie czasu, zesłał Bóg Syna swego, który się narodził z niewiasty i podlegał zakonowi, aby wykupił tych, którzy byli pod zakonem, abyśmy usynowienia dostąpili [Ga 4,4–5].

 W dniach, kiedy wspominamy i świętujemy pierwsze przyjście Syna Bożego na świat, moje myśli, szukające oparcia dla nadziei Jego powtórnego przyjścia, doznały niezwykłego uspokojenia. Skoro tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny [Jn 3,16]. Skoro, by ratować grzeszników, On przyszedł wówczas, to z całą pewnością przyjdzie też znowu, by swoich zabrać do Siebie!

Ponieważ uwierzyłem w Jezusa Chrystusa, nie jestem w beznadziejnym położeniu, jak wspomniany Krzysztof Olewnik. Mogę, niczym uwięziony apostoł Piotr, spać spokojnie. Mogę, jak Paweł i Sylas, zakuty w dyby, śpiewać i wielbić Boga. Któregoś dnia, jak Lot, zobaczę nadchodzącego Zbawiciela. Jezus się nie spóźni. W stosownym czasie przyjdzie. Wybawi i zabierze mnie do Siebie!

Fakt pierwszego przyjścia Syna Bożego na świat stanowi wspaniałą przesłankę dla Jego powtórnego przyjścia. Tak i Chrystus, raz ofiarowany, aby zgładzić grzechy wielu, drugi raz ukaże się nie z powodu grzechu, lecz ku zbawieniu tym, którzy go oczekują [Hbr 9,28]. Wierzę i spokojnie czekam. Alleluja!

22 grudnia, 2009

Sama idea, czy tylko jej realizacja?

W pewnym miasteczku urodziło się chore dziecko. Należało w zagranicznej klinice szybko poddać je kosztownej operacji, aby mogło żyć i normalnie się rozwijać. Ktoś wpadł na pomysł, aby zorganizować zbiórkę pieniędzy na ten cel. Powołano społeczny komitet, ogłoszono akcję, zorganizowano liczne imprezy i pieniądze zaczęły napływać. Okazało się jednak, że lwia część tych darowizn poszła na koszty organizacyjne, przejazdy i posiłki członków komitetu, którzy ponadto wypłacili sobie z tych środków wysokie honoraria. Cel akcji nie został osiągnięty.

Co byśmy powiedzieli, gdyby na podstawie historii tej zbiórki ktoś inny wpadł na pomysł, że należy w ogóle zaprzestać organizowania takich zbiórek społecznych?  Czy sama idea zbiórki była zła? Nie. To przypadkowi i bez należytego oddania ludzie, swoim egoistycznym podejściem do sprawy zacienili jej blask, ale pomagać ludziom w takich przypadkach  jak najbardziej nadal trzeba!

Przed nami kolejna rocznica narodzin Jezusa Chrystusa. Urodziny Kogoś takiego jak Pan Jezus – to ważna i wielka uroczystość! Jednak od lat tysiące ludzi prawie wcale nie myśląc o Zbawicielu świata, wykorzystuje to święto dla własnych interesów. Urodziny Jezusa przeważnie są świętowane już zupełnie bez Niego. Większość ludzi najzupełniej wcale nie potrzebuje Solenizanta, żeby się dobrze bawić w święta Jego urodzin.

 Właśnie dlatego każdego roku w kręgach bardziej [żeby nie powiedzieć: ultra] duchowych chrześcijan podnosi się krytyka Świąt Narodzenia Pańskiego. Rażąca powierzchowność i ubóstwo duchowe oprawione bogactwem symboli i walorów materialnych, wzbudza ich sprzeciw i prowadzi do rezygnacji ze świętowania w ogóle. Czyż nie jest to jednak przesada w drugą stronę? Owszem, świat spłycił i wypaczył te święta, ale czy to znaczy, że naprawdę nie mają one sensu?

Godzien jest ten Baranek zabity wziąć moc i bogactwo, i mądrość, i siłę, i cześć, i chwałę, i błogosławieństwo. I słyszałem, jak wszelkie stworzenie, które jest w niebie i na ziemi, i pod ziemią, i w morzu, i wszystko, co w nich jest, mówiło: Temu, który siedzi na tronie, i Barankowi, błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc na wieki wieków [Obj 5,12-13]. Czy w obliczu takiego zachwytu Synem Bożym, któryś z prawdziwych uczniów Jezusa mógłby pomyśleć, że można  zrezygnować ze świętowania faktu Jego wcielenia?

Co wam się nie podoba? Sama idea święta narodzin Jezusa, czy może raczej powierzchowność świętowania? Nie wierzę, że jakikolwiek prawdziwy chrześcijanin może być niezadowolony z tego, że wspomina się narodziny Pana Jezusa Chrystusa. Myślę, mam nadzieję, że krytykom grudniowych świąt chodzi jedynie o to, aby to świętowanie uczynić bardziej duchowym.

Mnie też o to chodzi. Pokażmy więc światu, jak bardzo z narodzin Zbawiciela potrafią cieszyć się ludzie, którzy w Duchu pojęli wartość faktu, że Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas, i ujrzeliśmy chwałę jego, chwałę, jaką ma jedyny Syn od Ojca, pełne łaski i prawdy [Jn 1,14]. Idea świętowania inkarnacji Syna Bożego jest dobra i miła w oczach Bożych.

Szersze ujęcie tego tematu przedstawiam tutaj.

21 grudnia, 2009

Czy naprawdę nowe życie?

Nadchodzi początek kalendarzowej zimy. Dzisiejsza noc będzie najdłuższą nocą całego rocznego cyklu. W kręgach kultury starosłowiańskiej od pradawnych wieków był to czas tzw. Godów albo inaczej Święta Zimowego Staniasłońca, uznawanego za początek nowego roku słonecznego, liturgicznego i wegetacyjnego. Moment, w którym zaczynało przybywać dnia a ubywać nocy, symbolizował zwycięstwo światła nad ciemnością. Przynosił nadzieję, radość i optymizm. Swaróg - Słońce znów zaczynało odzyskiwać panowanie nad światem. Stary cykl się zamykał. Odchodził stary rok (Stare Słońce umierało), a nowy się rozpoczynał ( rodziło się Nowe Słońce). Ot, interesująca symbolika, bez większego wpływu na codzienne postępowanie.

 Dla Izraela początkiem roku miała być pascha i dzień opuszczenia Egiptu. I rzekł Pan do Mojżesza i do Aarona w ziemi egipskiej, mówiąc: Ten miesiąc będzie wam początkiem miesięcy, będzie wam pierwszym miesiącem roku [2Mo 12,1–2]. Oznakowani krwią baranka, przeżyli przejście anioła śmierci i uwolnieni od władzy faraona, mieli rozpocząć nowe życie, osiedlając się w Kanaanie. Jak wiadomo, każdego kolejnego roku urządzali sobie wieczerzę paschalną symbolizującą ten początek, ale prawdziwego odrodzenia do nowego życia nie przeżyli. Pismo wyjaśnia – Lecz większości z nich nie upodobał sobie Bóg; ciała ich bowiem zasłały pustynię [1Ko 10,5].

 Jak z tego wynika, same symbole nic nie zmieniają. Świętowanie symbolicznego odrodzenia i nowego początku,  wcale automatycznie nie musi oznaczać rzeczywistego odnowienia życia. I pogańscy Słowianie, i wybrany naród żydowski, rok po roku świętują nowy początek, a wszystko jest po staremu; to samo zatwardziałe serce, ten sam sposób myślenia, te same grzechy...

 Pismo Święte naucza, że prawdziwym początkiem jest upamiętanie się z grzechów i duchowe odrodzenie do życia w wierze w Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe [2Ko 5,17]. Niezbitym dowodem nowego początku jest odwrócenie się od grzechu. Kto popełnia grzech, z diabła jest, gdyż diabeł od początku grzeszy. A Syn Boży na to się objawił, aby zniweczyć dzieła diabelskie. Kto z Boga się narodził, grzechu nie popełnia, gdyż posiew Boży jest w nim, i nie może grzeszyć, gdyż z Boga się narodził [1Jn 3,8–9].

 Oczywiście, można się corocznie bawić w świętowanie jakiegoś symbolicznego odrodzenia. Lecz co to praktycznie zmienia w życiu? Można przywoływać z przeszłości swój chrzest w wodzie albo jakieś silne przeżycie duchowe i świętować jego kolejne rocznice, lecz jeśli nie prowadzimy naprawdę nowego życia, ta cała symbolika na nic się nam nie zda!

 Zamiast więc brnąć w to dalej i z uporem maniaka powtarzać, że jesteśmy nowym stworzeniem – podczas gdy nie tylko wewnętrzne odruchy serca i myśli, ale nawet nasze słowa i czyny wskazują, że tak nie jest – czyż nie lepiej upaść dziś na kolana i prawdziwie pokutować?! Z pewnością lepiej dla nas będzie, gdy się okaże, że dopiero dzisiaj, ale narodziliśmy na nowo, niż gdyby się miało okazać, że od lat świętujemy symboliczne odrodzenie, którego tak naprawdę wcale nie było...

 Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego [Jn 3,3].

18 grudnia, 2009

Wracaj!

Mamy dziś Międzynarodowy Dzień Emigranta. To święto ma nie tylko przypominać, że 18 grudnia 1990 roku weszła w życie międzynarodowa konwencja na temat ochrony praw wszystkich emigrujących pracowników i członków ich rodzin. Ma ono również uczulić nas na ciężki los emigrantów i pobudzić do zastanowienia się, jak moglibyśmy im pomóc.

 Dramatyczne wołanie o pomoc grupy czeczeńskich emigrantów kilka dni temu wyrzucanych z pociągu na granicy w Zgorzelcu, uświadamia, że nasz naród już nie tylko jest w czołówce, jeżeli chodzi o liczbę osób wyjeżdżających z kraju w poszukiwaniu lepszego życia, ale że też sam stał się przynajmniej tymczasowym gospodarzem dla emigrantów z innych krajów. Wcześniej patrzyliśmy na ręce innych, jak się obchodzą z naszymi rodakami. Dziś inni nam patrzą na ręce.

 Czy naprawdę jesteśmy odpowiedzialni za los ludzi, którzy bez zaproszenia przybyli do Polski i którzy na dodatek wcale tu nie zamierzają pozostać, a nasz kraj traktują tylko jako przystanek w podróży docelowej? Żadne państwo nie rwie się do opieki nad takimi emigrantami. Widać to już choćby po tym, że wspomnianą na początku konwencję, jak do tej pory, podpisały zaledwie 34 państwa, chociaż upłynęło już 19 lat od chwili jej ogłoszenia.

 Jak ta sprawa wygląda w świetle Biblii? Bóg organizując życie narodu wybranego w Ziemi Obiecanej poruszył również i tę kwestię, udzielając m.in. następującej instrukcji: Przychodnia nie uciskaj, sami bowiem wiecie, jak się czuje przychodzień; wszak byliście przychodniami w ziemi egipskiej [2Mo 23,9].  Mało tego. Bóg wydał polecenie, aby Izraelici przygotowywali się i co trzy lata organizowali specjalne wsparcie dla osób będących w potrzebie. Pod koniec trzech lat oddzielisz całą dziesięcinę z twoich plonów tego roku i złożysz ją w swych bramach. Wtedy przyjdzie Lewita, ponieważ nie ma on działu i dziedzictwa z tobą, oraz obcy przybysz, sierota i wdowa, którzy są w twoich bramach, i będą jedli, i nasycą się, aby ci błogosławił Pan, Bóg twój, w każdym dziele twojej ręki, które będziesz wykonywał [5Mo 14,28-29].

To tyle, jeżeli chodzi o podejście do emigrantów, którzy znaleźli się w polu naszego widzenia i potrzebują pomocy. Skoro Pan strzeże przychodniów, sierotę i wdowę wspomaga [Ps 146,9] to i Jego dzieci obowiązkowo powinny działać w tym samym duchu. A jak spojrzeć na migrację samych chrześcijan, poszukujących lepszej pracy i łatwiejszego życia na ziemi?

 Niektórzy decydując się na wyjazd, powołują się na fakt, że nawet sam nasz Pan, Jezus Chrystus, jako mały chłopczyk pod opieką Józefa, wyemigrował do Egiptu. Jednakże ten krótki pobyt Jezusa w Egipcie miał wyłącznie charakter symboliczny. Jego celem było podkreślenie ważnej prawdy, że lud Boży nie powinien szukać ratunku w Egipcie, ani tam przebywać. Pismo objaśnia, że On dlatego się tam znalazł, aby się spełniło, co powiedział Pan przez proroka, mówiącego: Z Egiptu wezwałem syna mego [Mt 2,15].

 Jestem przekonany w Panu, że jeżeli Bóg tu w kraju dał się nam poznać, to oznacza też, że Polska jest naszym miejscem do życia i podstawowym polem misyjnym. Tutaj mamy głosić ewangelię i przyprowadzać ludzi do posłuszeństwa wiary. Oczywiście, czasem zaistnieją wyznaczone nam przez wolę Bożą okoliczności, takie jak np. zawarcie związku małżeńskiego, kontrakt zawodowy lub działalność misyjna, które uzasadniają konieczność tego, abyśmy znaleźli się w obcym kraju. Nie wrzucam wszystkich do jednego worka. Niemniej jednak chrześcijan, którzy poważnie traktują swoją wiarę w Jezusa, przestrzegam przed wyjeżdżaniem z kraju w celach zarobkowych. Tym zaś, którzy już tak zrobili i gdzieś tam tułają się po świecie, mówię: Wracaj!

 Jest tylko jeden, biblijnie uprawniony, rodzaj ducha migracji, którym powinni żyć chrześcijanie. Jest to tak silna tęsknota za ojczyzną niebiańską, że serce staje się coraz mniej przywiązane do ziemskiej. W tym sensie wszyscy prawdziwi chrześcijanie są emigrantami! Są gośćmi i pielgrzymami na ziemi. Bo ci, którzy tak mówią, okazują, że ojczyzny szukają. I gdyby mieli na myśli tę, z której wyszli, byliby mieli sposobność, aby do niej powrócić; lecz oni zdążają do lepszej, to jest do niebieskiej [Hbr 11,13–16].

W Międzynarodowym Dniu Emigranta apeluję: Pamiętajmy o naszym chrześcijańskim obowiązku doraźnego wespierania obcokrajowców, którzy znaleźli się w tarapatach. Bądźmy też czujni, aby przez pochopne decyzje niepotrzebnie samemu nie znaleźć się daleko od domu, bo jak ptak, który daleko odleciał od gniazda, tak człowiek, który się tuła z dala od ojczyzny [Prz 27,8].

17 grudnia, 2009

Co w sercu, to i na języku!

17 grudnia podobno obchodzimy w naszym kraju Dzień Bez Przekleństw. Według słownika języka polskiego przekleństwo, to wulgarne lub obelżywe słowo, użyte w celu wyrażenia złego stosunku do kogoś. Mówiąc o przekleństwie, myślimy jednak ogólnie o wulgaryzmach i agresywnych słowach wyrażających złe emocje; złość, gniew albo lekceważący i obraźliwy stosunek do drugiego człowieka.

 Wprawdzie nie sądzę, że obchody takiego Dnia zmienią cokolwiek w zachowaniach i nawykach językowych Polaków, ale też nie podzielam poglądu, że Dzień Bez Przekleństw nie ma sensu, bo rzekomo tylko jeszcze bardziej może rozbudzić chęć przeklinania. Uważam, że jest to dobry impuls do zastanowienia się nad czystością własnego języka i jakiś sposób zwrócenia uwagi na dość przykry problem społeczny.

 Plugawe i obraźliwe słowa mieszkają w człowieku martwym duchowo. Są jak ewangeliczny opętaniec zamieszkujący grobowce. Biblia wskazuje, że racji naturalnych narodzin w stanie grzechu, wszyscy ulegamy woli ciała i zmysłów, i byliśmy z natury dziećmi gniewu, jak i inni [Ef 2,3]. Oznacza to, że nawet człowiek zdaje się inteligentny, występujący przed kamerą w nienagannym garniturze albo też piękna, robiąca wrażenie szlachetnej, dama – obydwoje w chwili napięcia emocjonalnego, gdy poczują się mocno dotknięci – wyrzucają z siebie to, co mieszka w ich wnętrzu, czyli plugawe i obraźliwe słowa.

 Człowiek odrodzony z Ducha Świętego zostaje oczyszczony i przemieniony od środka. Tak więc jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem, stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe [2Ko 5,17]. Język, czyli mowa prawdziwego chrześcijanina jest wolna od wulgaryzmów, ponieważ – jak objaśnia Pismo – stał się uczestnikiem boskiej natury [2Pt 1,4]. Możesz go obrazić, uderzyć, dotknąć do żywego – a nie syknie na ciebie i z jego ust nie wyleje się lawina przekleństw. Dlaczego? Bo nie ma ich w środku.  Dusza  odrodzonego człowieka wypełnia się owocem Ducha. Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość [Ga 5,22-23].

Pismo Święte wskazuje, że oczyszczony od wewnątrz chrześcijanin jest odpowiedzialny za to, żeby nie wpuścić tego plugastwa, które z powrotem próbuje się dostać do uświęconej duszy i ją znowu zanieczyścić. Niegdyś i wy postępowaliście podobnie, kiedy im się oddawaliście; ale teraz odrzućcie i wy to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, bluźnierstwo i nieprzyzwoite słowa z ust waszych [Kol 3,7–8].

Jak to możliwe, gdy wszędzie wokoło niemal wszyscy przeklinają, gdy fale obraźliwych, plugawych słów zalewają nasze zmysły na każdym kroku? Tajemnicą tej możliwości jest życie w osobistej więzi z Jezusem. Kto na co dzień jest napełniony Duchem Świętym, wówczas – jak czytamy w Biblii – żadne nieprzyzwoite słowo nie wychodzi z ust waszych, ale tylko dobre, które może budować, gdy zajdzie potrzeba, aby przyniosło błogosławieństwo tym, którzy go słuchają [Ef 4,29].

Na okoliczność dzisiejszego święta warto posłuchać tego, co się wyrywa z naszych ust w chwilach zdenerwowania. To z pewnością może nam pomóc w ustaleniu, czy jesteśmy prawdziwymi chrześcijanami.

15 grudnia, 2009

Jawa zależna od snu

Połowa grudnia to dobra pora na refleksję o śnie. Nie dość, że noce są najdłuższe, to jeszcze i dni, przynajmniej w Gdańsku, tak pochmurne, że też wyglądają jak noc. Ma to wpływ na nasze samopoczucie. Niektórzy chodzą ospali pomimo tego, że na sen przeznaczają tyle samo czasu, co zazwyczaj.

 Sam sen i jego potrzeba to prawdziwy fenomen ludzkiego organizmu. Nasz mózg stanowiący zaledwie 2 procent masy ciała zużywa na jawie aż 20 procent całej energii. Gdy zasypiamy, mózg się wyłącza i oszczędzamy tę energię. Przeciętnie potrzebujemy ośmiu godzin snu, ale są ludzie, którzy świetnie funkcjonują sypiając zaledwie cztery godziny na dobę. Gdy się budzimy, nasz mózg wraca do pełnej aktywności w ciągu setnych sekundy [no, może nie u każdego J].

 Pismo Święte podkreśla błogosławieństwo dobrego snu. Spokojnie się ułożę i zasnę, bo Ty sam, Panie, sprawiasz, że bezpiecznie mieszkam [Ps 4,9]. Piętnuje jednakże ospałość i nadmierne wylegiwanie się. Leniwcze! Jak długo będziesz leżał, kiedy podniesiesz się ze snu? Jeszcze trochę pospać, trochę podrzemać, jeszcze trochę założyć ręce, aby odpocząć. Tak zaskoczy cię ubóstwo jak zbójca i niedostatek, jak mąż zbrojny [Prz 6,9–11]. Jednym słowem, człowiek żyjący z Bogiem i na jawie, i we śnie, jest w stanie dobrze korzystać z Bożego błogosławieństwa.

 Dość intrygujące jest to, że Bóg nieraz wykorzystuje stan uśpienia mózgu, aby dokonać w ludzkiej świadomości koniecznych zmian lub udzielić człowiekowi ważnych instrukcji i objaśnień. Widać to w życiu wielu biblijnych bohaterów. Na jawie nie byliby w stanie usłyszeć tego, co było potrzebne i przejąć się tym należycie, więc Bóg przychodził do nich we śnie. Z Biblii wynika, że tak Bóg robił zarówno z ludźmi chodzącymi z Nim na co dzień, jak też i z osobami do których przemawiał sporadycznie.

 Klasycznym przykładem człowieka nawiedzonego przez Boga podczas snu jest Józef bijący się z myślami, co ma robić po odkryciu, że jego narzeczona–małżonka w tajemniczy sposób stała się brzemienna. I gdy nad tym rozmyślał, oto ukazał mu się we śnie anioł Pański i rzekł: Józefie, synu Dawidowy, nie lękaj się przyjąć Marii, żony swej, albowiem to, co się w niej poczęło, jest z Ducha Świętego. A urodzi syna i nadasz mu imię Jezus; albowiem On zbawi lud swój od grzechów jego [Mt 1,20–21]. Najwidoczniej, gdyby anioł Pański przemówił do niego na jawie, aktywny mózg Józefa nie byłby w stanie tego zaakceptować aż tak, żeby kierować się tym w dalszym działaniu.

 Przychodzi mi teraz na myśl inny fenomen, dotyczący komunikacji z Bogiem w przeciwnym kierunku, umożliwiający Duchowi Świętemu posługiwanie się naszym fizycznym narządem mowy, aby mówić do Boga o rzeczach, które są poza zasięgiem naszego rozumu. Mam na myśli duchowy dar obcych języków. Ale to już raczej refleksja na inną okazję.

14 grudnia, 2009

Wabienie gratisem

W tych dniach wchodzimy w kulminacyjną fazę świątecznych promocji. Sporo osób celowo wstrzymywało się z zakupami i czekało na nie, żywiąc przekonanie, że promocje oznaczają dużo korzystniejsze warunki zakupu. Czy na pewno?

 Gazeta Wyborcza poinformowała, że Małopolski Inspektorat Inspekcji Handlowej w dwudziestu różnych sklepach przeprowadził ostatnio kontrolę prawidłowości i rzetelności organizowanych promocji. I co się okazało? W jedenastu miejscach wykryto, że cena oferowanych produktów z tzw. gratisem była wyższa niż cena takich samych produktów bez gratisu. W praktyce oznaczało to, że tzw. gratis był jak najbardziej płatny!

 Gdy czytałem tę informację, od razu przyszły mi do głowy myśli o głoszeniu ewangelii. Zachęcając ludzi do pójścia drogą zbawienia nieraz mówimy, że zbawienie jest za darmo. Że wystarczy przyjść i wziąć z ręki Bożej dar życia wiecznego, że nie trzeba za to absolutnie nic płacić!

 Czy jednak rzeczywiście zbawienie jest za darmo? Po pierwsze, trzeba pamiętać, że dostęp do daru żywota wiecznego ma dla grzeszników bezpłatny charakter tylko dlatego, że znalazł się Ktoś, kto zamiast nas za to zbawienie od wiecznego potępienia zapłacił. Pismo objaśnia przy tym, że nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego [1Pt 1,18–19]. Tak więc nasze zbawienie nie jest za darmo! Syn Boży, Jezus Chrystus za nie zapłacił!

 A człowiek? Czy rzeczywiście człowiek nic nie musi robić, aby być zbawiony? Z Biblii wynika, że wybawienie z niewoli grzechu i nowe życie rzeczywiście otrzymujemy z rąk Chrystusa za darmo. Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; nie z uczynków, aby się kto nie chlubił [Ef 2,8–9]. Lecz prowadzenie nowego życia na tym świecie wymaga od nas codziennego płacenia, i to czasem bardzo wysokiej, ceny.

 A przywoławszy lud wraz z uczniami swoimi, rzekł im: Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój i naśladuje mnie. Bo kto by chciał duszę swoją zachować, utraci ją, a kto by utracił duszę swoją dla mnie i dla ewangelii, zachowa ją. Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją? Kto bowiem wstydzi się mnie i słów moich przed tym cudzołożnym i grzesznym rodem, tego i Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w chwale Ojca swego z aniołami świętymi [Mk 8,34–38].

 W świetle tych słów muszę zważać, żeby moje zwiastowanie ewangelii nie miało charakteru wspomnianej, przedświątecznej promocji. Nie mogę wabić ludzi do naśladowania Jezusa,  bo jak spojrzę im w oczy, gdy potem zobaczą, że jednak pójście w ślady Chrystusa wiąże się z koniecznością ponoszenia wielu kosztów?

Istotą dobrej nowiny o Jezusie nie jest wcale to, że nic nie trzeba płacić, ale że w Chrystusie dostępne nam są takie wartości, za które warto jest oddać wszystko!

10 grudnia, 2009

Skupiony na swoich powinnościach

To co chcę dziś napisać, absolutnie nie pasuje do idei obchodzonego dziś Międzynarodowego Dnia Praw Człowieka. Dzisiejsze bowiem święto, to rocznica podpisania w 1948 roku przez ONZ Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Powinienem więc dziś skupić się na tym, jakie mamy prawa, a mnie ciągnie do napisania kilku zdań o powinnościach ;)

 Już ładnych parę lat temu stwierdziłem, że koncentrowanie się na tym, jakie to mam prawa i próba egzekwowania moich praw obywatelskich, ostatecznie prowadzi do frustracji. Rzadko kiedy bowiem mogę praktycznie z tych praw skorzystać. Najczęściej jest tak, że niby mam do czegoś prawo, ale to prawo w danym momencie z rozmaitych powodów nie jest respektowane. Co mi więc z tego, że mam do czegoś prawo, skoro w praktyce i tak z niego nie korzystam.

 Koncentruję więc uwagę na moich powinnościach. Zarówno na tych wynikających z Pisma Świętego, jak też ze zwykłej miłości i życzliwości względem bliźniego. A jak chcecie, aby ludzie wam czynili, czyńcie im tak samo i wy [Łk 6,31]. Przyjąłem taką postawę, ponieważ wywnioskowałem z Biblii, że tak będzie dla mnie najmądrzej i najlepiej.

 Jestem przecież własnością Chrystusa, Pana: Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera; bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy [Rz 14,7–8]. Skoro tak, to On najlepiej potrafi upomnieć się o prawa swojego dziecka, bo kto was dotyka, dotyka źrenicy mojego oka [Za 2,12]. W obliczu zaś już poniesionej krzywdy, mam uspokajającą wskazówkę: Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu, albowiem napisano: Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę, mówi Pan [Rz 12,17].

 Mogę oczywiście przeżyć czasem miłą chwilę, że ktoś wstawi się za mną, gdy jestem krzywdzony albo lekceważony, ale sam nie będę walczył o swoje prawa. Czyż nie ma między wami ani jednego mądrego, który może być rozjemcą między braćmi swymi? Tymczasem procesuje się brat z bratem i to przed niewiernymi! W ogóle, już to przynosi wam ujmę, że się z sobą procesujecie. Czemu raczej krzywdy nie cierpicie? Czemu raczej szkody nie ponosicie? Tymczasem wy sami krzywdzicie i szkodę wyrządzacie, i to braciom [1Ko 6,5–8]. Dochodzenie swoich praw rozpala emocjonalnie i może doprowadzić do tego, że sam zacznę kogoś krzywdzić. Gdy ktoś ujmie się za mną, wtedy moje serce pozostaje wolne od złych emocji, a nawet jest gotowe okazać wrogowi współczucie.

 Od czasu, gdy zacząłem praktycznie się do tego stosować, staję się coraz bardziej wolny od wielu napięć, które zazwyczaj się pojawiają, gdy człowiek przyjmuje postawę roszczeniową. Po prostu, wiem jakie są moje powinności względem Boga i ludzi, i na tym staram się skupiać swoją uwagę. Mam przy tym słodkie przekonanie, że sam Bóg stoi na straży moich praw. Głupi jestem? - Ale za to szczęśliwy!

09 grudnia, 2009

Bajdurzenie o ludzkim wpływie na klimat

Od poniedziałku trwa w Kopenhadze międzynarodowy szczyt klimatyczny. Na konferencji zjawiły się reprezentacje 192 państw świata, aby dyskutować o powstrzymaniu tzw. globalnego ocieplenia, głównie poprzez redukcję emisji gazów cieplarnianych. Wielu działaczy ekologicznych i polityków żywi przekonanie, że możemy zadecydować o zmianie klimatu na naszej planecie, podczas gdy część naukowców jest zdania, że ludzka aktywność jest tu bez znaczenia.

 Nie mam zamiaru odnosić się do argumentów obydwu stron, bo zupełnie nie znam się na tych sprawach. Wiem natomiast, co na temat klimatu czytam w Biblii:

 Bóg przedziwnie grzmi swoim głosem, czyni wielkie rzeczy, których nie rozumiemy. Bo do śniegu mówi: Padaj na ziemię! do deszczu i ulewy: Padajcie rzęsiście! [...] Z komory południa wychodzi huragan, a od wiatrów północnych mróz. Od tchnienia Bożego powstaje lód, a szerokie wody zamarzają. Obciąża chmury gradem i swoją błyskawicą rozpędza obłoki, które kieruje dokąd chce, aby czyniły wszystko, co im każe, na całej powierzchni ziemskiej [Jb 37,5–6. 9–12].

 Pan czyni wszystko, co zechce, na niebie i na ziemi, w morzach i we wszystkich głębinach. On sprowadza chmury z krańców ziemi, wywołuje błyskawice z deszczem, wypuszcza wiatr ze swoich komór [Ps 135,6–7].

 On stworzył ziemię swoją mocą, utwierdził okrąg ziemi swoją mądrością, a swoim rozumem rozpostarł niebiosa. Na jego głos szumią wody na niebie; On sprawia, że obłoki podnoszą się z krańców ziemi, On z błyskawic wyprowadza deszcz i wypuszcza wiatr ze swoich komór [Jr 10,12–13].

 Nigdzie nie wyczytałem w Biblii, żeby człowiek mógł mieć jakiś realny wpływ na klimat. Sam Bóg bezpośrednio o tym decyduje! Człowiek może tu mieć coś do powiedzenia tylko w ten sposób, że się ukorzy przed Bogiem, opamięta się z grzechów i całym sercem nawróci do Niego!

Ażeby ziemia mogła uniknąć gniewu Bożego, Bóg posłał swojego Syna na świat: Oto Ja poślę wam proroka Eliasza, zanim przyjdzie wielki i straszny dzień Pana i zwróci serca ojców ku synom, a serca synów ku ich ojcom, abym, gdy przyjdę, nie obłożył ziemi klątwą [Ml 3,23–24].

Coś mi się zdaje, że prawdziwą przyczyną tzw. efektu cieplarnianego jest zjawisko oziębienia w sferze relacji człowieka ze Stwórcą. Mówiąc krótko, trzeba przede wszystkim zadbać o dobry klimat w relacjach z Bogiem i z bliźnimi. Klimat na ziemi - to domena Stwórcy.

08 grudnia, 2009

Zakupy w niedzielę?

Zgodnie z kultywowaną w polskim środowisku kupieckim, prawie stuletnią tradycją, 8 grudnia to Dzień Kupca. Jest to okazja do popularyzowania dobrych tradycji kupieckich, a także do wyróżniania i nagradzania tych osób z branży, które szczególnie dbają o to, aby klient opuszczający ich sklep był zawsze zadowolony.

 Chociaż dla przeciętnego Polaka Dzień Kupca to święto mało znane i bez większego znaczenia, to może jednak w dniach przedświątecznej gorączki zakupowej warto przy jego okazji zdobyć się na chwilę refleksji biblijnej.

 Jak wiadomo, Pismo Święte wyraźnie określa nam cykl pracy i wypoczynku: Sześć dni będziesz pracował i wykonywał wszelką twoją pracę, ale siódmego dnia jest sabat Pana, twojego Boga. Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służąca, ani twój wół, ani twój osioł, ani twoje bydlę, ani obcy przybysz, który mieszka w twoich bramach, aby odpoczął twój sługa i twoja służebnica tak jak ty [5Mo 5,13–14].

 Bóg ustanowił dla człowieka taki porządek życia, abyśmy mogli zachować wewnętrzną równowagę, należytą kondycję psychofizyczną, mieli czas na pielęgnowanie społeczności z Bogiem i z rodziną. Kto po sześciu dniach pracy nie odrywa się od swoich zajęć  motywując to tym, żeby nie ponieść fiaska w życiu zawodowym, ten z pewnością pracuje na rzecz zbliżającego się krachu w jego życiu osobistym.

 Poruszam ten wątek w Dniu Kupca, ponieważ od lat nasz naród permanentnie łamie tę zasadę Słowa Bożego, idąc po sześciu dniach pracy na zakupy i zmuszając wiele tysięcy osób z branży kupieckiej do pracy w niedzielę. Niby błędne koło; Idziemy na zakupy, bo sklepy otwarteMusimy mieć czynny sklep, bo właśnie w niedzielę ludzie mają czas i przychodzą na zakupy.

 Gdy powracający z niewoli babilońskiej Izraelici zastali podobną rzeczywistość w swojej ziemi, powzięli następujące postanowienie: A jeśli poganie tej ziemi będą wystawiali na sprzedaż towary i różnorodne zboże w dzień sabatu, nie będziemy go od nich kupować w sabat lub w dzień święta [Neh 10,32].

Czyż każdy uczeń Jezusa nie może przyjąć podobnej postawy wobec robienia zakupów w niedzielę? Choćby otwierali nowy sklep i połowę rzeczy właśnie w niedzielę można było zdobyć za pół darmo, ze względu na respekt dla Słowa Bożego i bojaźń Bożą, nie będę od nich kupował w niedzielę. Koniec. Kropka.

07 grudnia, 2009

Lekcja z Pearl Harbor

Prawie przez dwa i pół roku Stany Zjednoczone Ameryki Północnej przyglądały się biernie poczynaniom Hitlera i eskalacji II Wojny Światowej. Aż doszło do tego, że 7 grudnia 1941 roku Japonia niespodziewanie zaatakowała bazę ich Marynarki Wojennej w Pearl Harbor, wyrządzając Amerykanom straszliwe szkody.

 Pomimo porównywalnych sił militarnych, Japonia straciła zaledwie 29 samolotów, 55 lotników i 10 marynarzy. Natomiast USA straciły w Pearl Harbor ok. 340 samolotów i niemal całą stacjonującą tam flotę. Przede wszystkim jednak ten atak oznaczał dla strony amerykańskiej ponad 2400 zgonów a ponadto, dla blisko 1300 osób, ciężkie rany.

 Sukces Japończyków był dla Amerykanów wielkim szokiem. Stało się dla nich jasne, że nie można już dłużej pozostawać biernym. Stany Zjednoczone natychmiast wypowiedziały wojnę Cesarstwu Japonii, włączając się tym samym w II Wojnę Światową po stronie Aliantów.

Wokół nas toczy się duchowa wojna, a mimo to wielu współczesnych chrześcijan, podobnie jak Amerykanie przed 7 grudnia 1941 roku, chcą mieć tzw. 'święty spokój'. Każdego dnia około 150 tysięcy ludzi odchodzi z tego świata, w większości nie uwierzywszy w Jezusa Chrystusa, a więc na wieczne potępienie, bo kto nie uwierzy, będzie potępiony [Mk 16,16], a tymczasem wielu chrześcijan myśli wyłącznie o swoich sprawach i wygodach życia. Codziennie namierzają nas ogniste pociski złego, a my to bagatelizujemy zajmując się banałami, jakby w ogóle nic nam nie groziło.

 Przeciwnik Boży, diabeł i jego demony – to siły stanowiące realne zagrożenie. Bądźcie trzeźwi, czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając kogo by pochłonąć [1Pt 5,8]. Któregoś dnia, wcześniej czy później, każdy chrześcijański konformista nagle się o tym przekona. Czy rozsądne jest czekać na duchowy ‘Pearl Harbor’ w naszym życiu, aby to w końcu pojąć?

 Ja tam wolę już dzisiaj zerwać z postawą „dajcie mi święty spokój”. Chcę konkretnie angażować się w duchowy bój po stronie sił Królestwa Bożego. Chcę być dobrym taktykiem. W porę należycie się uzbroić i zmierzyć z tym, co złe. Tobie też radzę: Do broni!

06 grudnia, 2009

Wyzwanie zimowego warkotu motocykli

Dzisiaj w Trójmieście byliśmy świadkami niecodziennego widowiska. Zjechało się tutaj ponad dwa tysiące trzystu motocyklistów przebranych za mikołaja. Motocykle, quady i skutery zaroiły się na naszych ulicach od Gdyni po Gdańsk, wzbudzając zaciekawienie i zadziwienie.

 Pomyślmy; 6 grudnia, temperatura zaledwie kilka stopni powyżej zera, duża wilgotność powietrza wywołująca uczucie ziąbu – a tu ludzie jeżdżący na motocyklach i to z obcymi tablicami rejestracyjnymi, świadczącymi o konieczności pokonania nawet  kilkusetkilometrowego dystansu, aby tutaj się znaleźć.

 Z podziwem myślałem o tych facetach na motorach, którzy tak gremialnie i z takim poświeceniem potrafili włączyć się w tę akcję. Dorośli mężczyźni, nie dość, że poprzebierali się w czerwone stroje, to jeszcze zadali sobie trud, żeby w taką pogodę wsiąść na motor, jechać i marznąć tyle kilometrów, a do tego jeszcze dokonać wpłaty na szkolne posiłki dla dzieci. Wielkie brawa, panowie!

 To dość szalone i ryzykowne dla zdrowia przedsięwzięcie zmusiło mnie do zastanowienia się nad moją gotowością do niezwykłych zachowań i poświęceń na rzecz Królestwa Bożego. Czy zawsze powinienem być taki poukładany, rozsądny i wyważony w swoich czynach? Czy sprawa, w którą wciągnął mnie Duch Święty, nie jest warta większej dawki ryzyka i ponadnormatywnych zachowań?!

 Gdy Jezus zaczął działać, jego krewni, gdy o tym usłyszeli, przyszli, aby go pochwycić, mówili bowiem, że odszedł od zmysłów [Mk 3,21]. Najwidoczniej musiało być w Jego poczynaniach coś, co zdumiewało, niepokoiło i budziło sumienia. Jakiś element szaleństwa w ocenie tzw. zdrowego rozsądku.

Dzisiejszy przejazd przebranych na czerwono motocyklistów z czerwonymi też zapewne od zimna nosami, rzucił jakieś wyzwanie mojej „uczesanej” pobożności. Czy dla sprawy Królestwa Bożego byłbym gotów zrobić coś równie ryzykownego dla zdrowia i szalonego?

05 grudnia, 2009

Życie dla bliźnich

Dziś, 5 grudnia obchodzimy Międzynarodowy Dzień Wolontariusza. Dzień ten ustanowiono z inicjatywy ONZ w 1986 roku w celu promowania działań i zachowań nakierowanych na dobro i potrzeby bliźnich. W Polsce jest to święto prawie 7 milionów Polaków, którzy w jakimś wymiarze poświęcają swój czas na pracę społeczną. Czyż w czasach kwitnącego egocentryzmu, nie jest to krzepiąca informacja?!

Ludzie po prostu szukają innych źródeł zadowolenia niż tylko powiększająca się liczba zer na koncie i własna wygoda życia. Mało tego, najnowsze badania społeczne wykazały, że zmora wielu osób w średnim wieku, tzw. wypalenie zawodowe, rzadziej dotyka tych, którzy bezinteresownie robią coś dla innych.

 Doskonałym wzorem dla każdego wolontariusza może być Syn Boży – Jezus Chrystus, który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom [Flp 2,6–7]. Otoczony chwałą Nieba, całkowicie szczęśliwy, w doskonałej społeczności z Ojcem i Duchem Świętym – przyszedł do ludzi pogrążonych w niewoli grzechu i rozmaitych nieszczęściach, aby ich ratować.

 Wiedział, że aby skutecznie nam pomóc, będzie musiał cierpieć i umrzeć. To nie były dwie godziny tygodniowo, poświęcone dla dobra innych ludzi. Jezus, aby zbawić ludzi, do tego stopnia ich umiłował, że zostawił wszystko, wyparł się samego siebie i oddał za nich życie.

 Po tym poznaliśmy miłość, że On za nas oddał życie swoje; i my winniśmy życie oddawać za braci. Jeśli zaś ktoś posiada dobra tego świata, a widzi brata w potrzebie i zamyka przed nim serce swoje, jakże w nim może mieszkać miłość Boża? Dzieci, miłujmy nie słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą [1Jn 3,16–18].

 Jako uczeń Jezusa chylę się przed Nim w podziwie i zastanawiam się w Dniu Wolontariusza, na ile naprawdę naśladuję mojego Mistrza? Czy stać mnie na to, abym codziennie oddawał chociaż kawałek mojego życia za braci? Czy jestem zdolny do bezinteresownego poświęcania czasu, pieniędzy i serdecznej uwagi dla otaczających mnie ludzi? Czy – poproszony o pomoc – robię to z radością, czy z szemraniem? Może warto, abyś i Ty o tym pomyślał?

03 grudnia, 2009

Odzyskanie poczucia wartości

Na podstawie rezolucji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych z 1992 roku, 3 grudnia to – Międzynarodowy Dzień Osób Niepełnosprawnych. Obchody tego Dnia mają zwrócić uwagę całego społeczeństwa na problemy osób niepełnosprawnych i stymulować działania prowadzące do ich pełnej integracji z otoczeniem. W Polsce żyje ponad pięć milionów osób niepełnosprawnych, co znaczy, że jest nią średnio co siódmy mieszkaniec naszego kraju.

 Czytelnicy Biblii wiedzą, że wg litery Starego Przymierza ludzie niepełnosprawni fizycznie lub psychicznie byli bardzo ograniczeni w dostępie do zgromadzenia ludu Bożego. Obostrzenia te szczególnie dotyczyły osób posługujących w Przybytku. Nikt ułomny z twojego potomstwa w ich przyszłych pokoleniach nie będzie przystępował, aby składać w ofierze pokarm swojemu Bogu. Żaden mężczyzna, który ma jakąś wadę, nie będzie przystępował: a więc ani ślepy, ani chromy, ani ze zniekształconą twarzą, ani z przydługimi kończynami, ani mężczyzna, który ma złamaną nogę lub złamaną rękę, ani garbaty, ani karłowaty, ani z bielmem na oku, ani chory na świerzb, ani parszywy, ani z uszkodzonymi jądrami. Żaden z potomków Aarona, kapłana, który ma jakąś wadę, niech nie przystąpi, aby składać ofiary ogniowe Panu. Jest ułomny, nie będzie więc przystępował, aby składać w ofierze pokarm swojemu Bogu [3Mo 21,17–21].

 To dlatego Jezus Chrystus, jako arcykapłan składający ofiarę za grzech świata, nie mógł mieć żadnej wady także w sensie fizycznym. Wiadomo, że jako ofiara – jako Baranek Boży, który gładzi grzech świata [Jn 1,29] – musiał być bez skazy, ale też i jako kapłan składający tę ofiarę z własnej krwi, nie mógł mieć żadnego defektu. Takiego to przystało nam mieć arcykapłana, świętego, niewinnego, nieskalanego, odłączonego od grzeszników i wywyższonego nad niebiosa; który nie musi codziennie, jak inni arcykapłani, składać ofiar najpierw za własne grzechy, następnie za grzechy ludu; uczynił to bowiem raz na zawsze, gdy ofiarował samego siebie [Hbr 7,26–27]. Jezus Chrystus przez swoją ofiarę umożliwił nam pełne pojednanie z Bogiem.

 Wracając do kwestii ludzi niepełnosprawnych, chciałbym dziś wyrazić radość, że Jezus Chrystus stworzył też możliwość ich integracji z pozostałymi członkami społeczeństwa. Nowe Przymierze stanowi bowiem, że wszyscy, także niepełnosprawni, mogą z ufnością przystąpić do tronu łaski Bożej, że żadna ułomność w dostępie do Boga już nas z góry nie dyskwalifikuje! Duch Pański nade mną, przeto namaścił mnie, abym zwiastował ubogim dobrą nowinę, posłał mnie, abym ogłosił jeńcom wyzwolenie, a ślepym przejrzenie, abym uciśnionych wypuścił na wolność, abym zwiastował miłościwy rok Pana [Łk 4,18-19]. Nawiasem mówiąc, w świetle sprawiedliwości Bożej wszyscy jesteśmy niepełnosprawni, ale Jego miłość dodaje nam otuchy i rozbudza w nas przekonanie, że przez Jezusa stało się możliwe, aby to, co chrome, nie zboczyło, ale raczej uzdrowione zostało [Hbr 12,13]. Jednym słowem, w świetle Nowego Przymierza wartość wszystkich ludzi została przez wiarę w Jezusa Chrystusa zrównana w oczach Bożych.

 W Dniu Osób Niepełnosprawnych mówi się dużo o potrzebie ich integrowania z całością społeczeństwa. Punktem ciężkości tej integracji nie są jednak zewnętrzne udogodnienia typu; windy, toalety, podjazdy, poręcze, miejsca parkingowe dla niepełnosprawnych itd. Nie są nim również programy rządowe, gesty biznesmenów i polityków, rozmaite akcje pomocy, w których zazwyczaj chodzi jedynie o dobry PR ich organizatorów. Najważniejsza jest tu miłość i atmosfera powszechnej, szczerej życzliwości dla niepełnosprawnych. Dlatego jako uczeń Jezusa z satysfakcją twierdzę, że najlepszym miejscem dla niepełnosprawnych jest środowisko prawdziwego Kościoła.

Stary hymn chrześcijański pyta:
      Czyś słyszał, że Kościół jest żywy?
      Że miłość zasadą jest tam?
      Gdzie ludzie, to bracia prawdziwi
      A głową i Ojcem Bóg sam?


Nikt w społeczności takiego Kościoła nie poczuje się niepełnowartościowy. Zapraszam.

02 grudnia, 2009

Zniesienie Niewolnictwa?

Dokładnie sześćdziesiąt lat temu, w 1949 roku Narody Zjednoczone zawarły konwencję o likwidacji handlu ludźmi i innych form wyzysku. W celu zachowania w zbiorowej pamięci tego wydarzenia, 2 grudnia ustanowiono Międzynarodowym Dniem Upamiętniającym Zniesienie Niewolnictwa.

 Chociaż ONZ już tak dawno temu przyjęła powyższą rezolucję, miliony ludzi nadal żyje w rozmaitych formach zniewolenia. Handluje się nimi, przymusza do pracy, wymusza haracze, traktuje jak żywą tarczę, szantażuje, nakłania do prostytucji itd. Wiele z tych okropności nierzadko dzieje się na oczach ogółu społeczeństwa, a już na pewno nie bez świadomości ludzi odpowiedzialnych za przestrzeganie praw człowieka.

 Co z tego, że w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka widnieją słowa: „Nie wolno nikogo czynić niewolnikiem ani nakładać na nikogo służebności”? Każdego dnia, wciąż na nowo jesteśmy pozbawiani wszelkich złudzeń, że można na tej ziemi zbudować piękny i sprawiedliwy świat. Zniewolone grzechem umysły nie są zdolne do życia w wolności. Nie mogą też innych nią prawdziwie obdarzać.

 ONZ może sobie ogłaszać wciąż nowe rezolucje, a ludzie, sami w głębi duszy pozostając  niewolnikami, nadal będą innych rozmaicie zniewalać. Jest tylko jeden jedyny sposób na zniesienie niewolnictwa. Mam na myśli całkowitą wewnętrzną odmianę. Stanie się wyzwoleńcem Chrystusa Pana! Albowiem gdy byliśmy w ciele, grzeszne namiętności rozbudzone przez zakon były czynne w członkach naszych, aby rodzić owoce śmierci; lecz teraz zostaliśmy uwolnieni od zakonu, gdy umarliśmy temu, przez co byliśmy opanowani, tak iż służymy w nowości ducha, a nie według przestarzałej litery [Rz 7,5–6]. Jak wynika z tych słów, aby można było mówić o prawdziwej wolności, najpierw musi w nas umrzeć duch zależności od grzechu.

Ani Jezus, ani żaden z apostołów nie zajął się krytyką niewolnictwa i nie podjął działań, które miałyby na celu jego zniesienie w sensie politycznym. Biblia wskazuje, że Syn Boży przyniósł ludziom wolność o wiele ważniejszą. Przyszedł, aby wyzwolić wszystkich tych, którzy z powodu lęku przed śmiercią przez całe życie byli w niewoli [Hbr 2,15].  Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, każdy, kto grzeszy, jest niewolnikiem grzechu. [...] Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie [Jn 8,34–36].

 Kto prawdziwie uwierzy w Jezusa Chrystusa, w duchu zostaje ożywiony i wypuszczony na wolność. Mentalność niewolnika znika! W głębi serca rodzi się wyzwoleniec! Mogą go gnębić, trzymać w więzieniu, narzucać mu swoją wolę, zmuszać – a on i tak jest wolny. Jest to tak wspaniały i upragniony stan wewnętrzny, że – jak głosi Pismo – całe stworzenie zmierza ku chwalebnej wolności dzieci Bożych [Rz 8,21].

 Co powinienem zrobić w Międzynarodowym Dniu Upamiętniającym Zniesienie Niewolnictwa? Jako sługa Słowa Bożego nie powiem: Stwórzmy społeczeństwo, w których nie będzie niewolnictwa. Raczej pragnę wskazać na Jezusa Chrystusa, który wyzwala nas, abyśmy w tej wolności żyli. I dodam: Stójcie więc niezachwianie i nie poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli [Ga 5,1].

 Każdy kolejny człowiek zapoznany osobiście z Jezusem Chrystusem, to najpewniejszy sposób na całkowite zniesienie niewolnictwa.

01 grudnia, 2009

Sprawdźmy swój duchowy układ odpornościowy!

Z inicjatywy Światowej Organizacji Zdrowia pierwszy dzień grudnia stał się od 1988 roku Światowym Dniem Walki z AIDS. Na całym świecie urządza się akcje edukacyjne na temat profilaktyki HIV/AIDS. Telewizja nadaje reportaże o tematyce HIV/AIDS, uświadamiające zagrożenia i zaszczepiające intuicję ostrożności, a ludzie na znak solidarności z chorymi przypinają sobie czerwoną wstążkę.

Wyjaśnijmy, że AIDS – to choroba nazywana zespołem nabytego niedoboru odporności (ang. Acquired Immune Deficiency Syndrome). HIV natomiast, to ludzki wirus niedoboru odporności (ang. Human Immunodeficiency Virus), który doprowadza do choroby AIDS. Niemal każde zakażenie HIV po latach przeradza się w AIDS. Po dość długim okresie bezobjawowym (trwającym nawet kilkanaście lat) zaczynają pojawiać się objawy uszkodzenia układu immunologicznego. Pacjent zapada na choroby, które u ludzi ze zdrowym układem odpornościowym nie występują.

 Dwa lata temu mniej więcej 33 milionów osób na świecie było nosicielami wirusa HIV. W skali globalnej każdego dnia zakaża się tym wirusem około 14 tysięcy osób, a około 8 tysięcy osób umiera z przyczyn związanych z HIV/AIDS. W samej Polsce każdego roku wykrywa się ponad 500 zakażeń HIV. To znaczy, że codziennie w Polsce 2 osoby dowiadują się o takim zakażeniu. W połowie listopada 2009 roku w naszym kraju było około 4250 pacjentów leczonych z powodu wykrycia u nich wirusa zespołu nabytego braku odporności.

 Chcę dziś porównać zdrowy system odpornościowy naszego organizmu do sumienia prawdziwego chrześcijanina. Jak z Biblii wiadomo, funkcja zdrowego sumienia zostaje nam przywrócona przez wiarę w Jezusa Chrystusa: O ileż bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego ofiarował samego siebie bez skazy Bogu, oczyści sumienie nasze od martwych uczynków, abyśmy mogli służyć Bogu żywemu [Hbr 9,14].

Każdy, kto uwierzy w Jezusa Chrystusa, na znak swojego opamiętania i nowego narodzenia powinien zostać zanurzony w wodzie, co nie jest jedynie jakimś fizycznym obrzędem, lecz prośbą do Boga o dobre sumienie [1Pt 3,21]. Od chwili chrztu naszym obowiązkiem staje się takie pielęgnowanie życia chrześcijańskiego, aby nie doszło do dysfunkcji odnowionego sumienia. Zagłuszenie sumienia w sensie duchowym, niczym uszkodzenie układu immunologicznego, doprowadza bowiem do poważnych perturbacji na drodze wiary. Tak stało się z niektórymi ludźmi już w okresie wczesnego Kościoła. Stąd wezwanie do zachowywania wiary i dobrego sumienia, które pewni ludzie odrzucili i stali się rozbitkami w wierze [1Tm 1,19].

Nasuwa się pytanie o to, ilu współczesnych chrześcijan stało się nosicielami duchowego wirusa zespołu nabytego braku odporności? Widzę, że niektórzy stracili dobre sumienie. Ich duchowy system odpornościowy przestał prawidłowo funkcjonować. Utracili zdolność do tego, by zgasić wszystkie ogniste pociski złego [Ef 6,16]. W ich życiu pojawiają się zachowania, które u zdrowego w wierze chrześcijanina w ogóle nie występują. Grzech skutecznie zaczyna już paraliżować w nich duchowe funkcje. Czyż nie zbliża się duchowa śmierć?

 W Dniu Walki z AIDS zechciejmy przyjrzeć się i samym sobie, i naszym towarzyszom na drodze wiary, czy przypadkiem nie zaraziliśmy się gdzieś duchowym wirusem zespołu nabytego braku odporności. Poddawajcie samych siebie próbie, czy trwacie w wierze [2Ko 13,5]. Niezwłocznie trzeba zrobić sobie taki test na obecność duchowego HIV, bo gdy z powodu niesprawności układu odpornościowego świat wleje się do naszego życia i – nie daj tego Boże – zapadniemy na duchowy AIDS, to będzie za późno. Już dzisiaj zbyt wielu chrześcijan ma imię, że żyją, a są umarli...

Niech wszędzie widziana dziś czerwona wstążka będzie dla nas symbolem krwi Chrystusa Jezusa, która może oczyścić nas z wszelkiego grzechu i uzdrowić naszego wewnętrznego człowieka, uodparniając nas na zgubny wpływ świata.

29 listopada, 2009

Czy iść na Andrzejki?

Wieczór i noc z 29 na 30 listopada to pora zabaw i wróżb andrzejkowych. Dawniej miały one charakter przede wszystkim matrymonialny. Urządzano je z myślą o niezamężnych dziewczynach, aby w atmosferze zabawy powróżyć, która z nich jako pierwsza wyjdzie za mąż i kim będzie jej wybranek. Obecnie są okazją do spotkania zarówno dziewcząt jak i chłopców, i wspólnego poznawania wróżb, przesądów i zaklęć dotyczących przyszłości.

 Andrzejki, jak sama nazwa wskazuje, mają też związek ze św. Andrzejem. Ów rzymskokatolicki patron panien rzekomo pomaga dziewczętom w odkrywaniu szczegółów ich zamążpójścia. Zabawę zaczyna się więc od słów: Andrzeju, Andrzeju, nasz dobrodzieju dobrą wróżbę daj! Nawet porzekadło ludowe wiąże wspomnianego świętego z wróżbami matrymonialnymi: W listopadową, ciemną noc, swój los wywróżę sobie, a św. Andrzeja poproszę o moc, by powiedziały mi o tobie.

Najpopularniejszą formą wróżb andrzejkowych jest lanie, często przez ucho od klucza, rozgrzanego wosku na zimną wodę. Powstałą w ten sposób bryłę woskową o nieregularnych kształtach, oświetla się z jednej strony, aby na podstawie jej cienia wyciągać wnioski na temat przyszłego męża. Zgodnie z innym porzekadłem: W tę jedną, jedyną noc wróżby i przepowiednie sprawdzają się do joty... więc lejcie wosk starannie, by nie wywróżyć sieroty, – wystarczy dobrze się do tego przyłożyć, a wyniki wróżby mogą okazać się nadzwyczaj trafione.

 Co na to Biblia? Dla prawdziwych chrześcijan jest rzeczą zupełnie oczywistą, że św. Andrzej w tych wróżbach absolutnie nie macza palców, bo i nie może. Jako wierny apostoł Jezusa odszedł z tego świata i jest z Chrystusem. Dokonał już swego biegu, wykonał wyznaczone mu zadanie i od chwili swojej śmierci, nie ma do ludzi fizycznie żyjących na ziemi, żadnego dostępu. Modlitwy do św. Andrzeja ani do jakiegokolwiek innego świętego zmarłego, nie znajdują w świetle Biblii najmniejszego oparcia.

 Biblia bardzo wyraźnie wskazuje, że wiedzę o naszej przyszłości mamy czerpać z czytania Słowa Bożego i pielęgnowania bliskiej społeczności z Duchem Świętym, a nie poprzez kontaktowanie się z umarłymi. A gdy wam będą mówić: Radźcie się wywoływaczy duchów i czarowników, którzy szepcą i mruczą, to powiedzcie: Czy lud nie ma się radzić swojego Boga? Czy ma się radzić umarłych w sprawie żywych? [Iz 8,19].

 Ażeby rozwiać wszelkie wątpliwości w tej sprawie, Izraelici wkraczający do ziemi, gdzie wróżby wcześniej były na porządku dziennym, otrzymali od Boga następujące instrukcje: Gdy tedy wejdziesz do ziemi, którą Pan, Bóg twój, ci daje, nie naucz się czynić obrzydliwości tych ludów; niech nie znajdzie się u ciebie taki, który przeprowadza swego syna czy swoją córkę przez ogień, ani wróżbita, ani wieszczbiarz, ani guślarz, ani czarodziej, ani zaklinacz, ani wywoływacz duchów, ani znachor, ani wzywający zmarłych; gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni, i z powodu tych obrzydliwości Pan, Bóg twój, wypędza ich przed tobą. Bądź bez skazy przed Panem, Bogiem twoim, gdyż te narody, które ty wypędzasz, słuchają wieszczbiarzy i wróżbitów, a na to Pan tobie nie pozwolił [5Mo 18,9–14].

 Nic dodać, nic ująć. Po lekturze powyższego fragmentu Pisma wszystko jest jasne. Prawdziwi chrześcijanie z radością okazują posłuszeństwo Słowu Bożemu. Zapraszani na zabawę andrzejkową wiedzą, co mają odpowiedzieć.

28 listopada, 2009

Ile rzeczy mogłoby zniknąć z mojego mieszkania?

Ostatnia sobota listopada w Europie to Dzień Bez Zakupów [ang. Buy Nothing Day]. Został on ustanowiony w USA na początku lat 90. ubiegłego wieku, w celu wyrażenia sprzeciwu wobec zbędnych zakupów i nadmiernej konsumpcji dóbr w krajach rozwiniętych. W Polsce zaczęto o nim mówić w 2003 roku, a ma on polegać przede wszystkim na powstrzymaniu się w tym dniu od robienia zakupów.

Czy to możliwe? Właśnie rusza świąteczny shopping. Z badań społecznych wynika, że w tym roku polska rodzina przeciętnie wyda na święta ok. 1500 zł. Ile z tych zakupionych rzeczy okaże się zbędne? Ilu wydatków można byłoby uniknąć, gdyby tylko towarzyszył nam namysł i zdrowy rozsądek? Problem w tym, że zbyt często kupujemy rzeczy, które wcale nie są nam potrzebne. Jak to zatrzymać? Czy Dzień Bez Zakupów może wywołać w społeczeństwie jakieś otrzeźwienie?

Nie mam zamiaru prawić tu morałów albo radzić, jak odwrócić uwagę od robienia niepotrzebnych zakupów. To zależy przecież od tego, przy czym na co dzień są nasze myśli? Jeśli ktoś ciągle przegląda katalogi, ogląda reklamy, sprawdza promocje, ciągle o tym rozmawia ze znajomymi i włóczy się po centrach handlowych, to zrozumiałe, że będzie kupował rzeczy tak naprawdę mu niepotrzebne.

Abstrahując od tego, że są na ziemi ludzie nadmiernie oszczędni, żeby nie powiedzieć skąpi, którzy z takich właśnie pobudek unikają robienia zakupów, chcę wskazać dziś na chrześcijańską zasadę poprzestawania na małym. Biblia poucza, że pobożność jest wielkim zyskiem, jeżeli jest połączona z poprzestawaniem na małym. Albowiem niczego na świat nie przynieśliśmy, dlatego też niczego wynieść nie możemy. Jeżeli zatem mamy wyżywienie i odzież, poprzestawajmy na tym [1Tm 6,6–8].

Prawda jest taka, że do codziennego przeżycia człowiek faktycznie potrzebuje bardzo niewiele. Według Piśma potrzebna nam jest odzież i wyżywienie na dzisiaj. Nie ma co martwić się na zapas, bowiem nie wiadomo, czy jeszcze jutro będziemy czegokolwiek potrzebowali. Być może nawet ubranie i jedzenie już jutro nie będzie nam potrzebne. Jeśli więc trawę polną, która dziś jest, a jutro zostaje wrzucona do pieca, Bóg tak przyodziewa, o ileż bardziej was, o małowierni? Więc i wy nie pytajcie o to, co będziecie jeść i co będziecie pić, i nie martwcie się przedwcześnie. Tego wszystkiego bowiem ludy tego świata szukają; wie zaś Ojciec wasz, że tego potrzebujecie; lecz szukajcie Królestwa jego, a tamto będzie wam dodane [Łk 12,28–31].

Prawdziwy chrześcijanin jest nastawiony na świat wartości duchowych. Żyje nie tym, co by tu nowego kupić i skonsumować, a bardziej tym, jak mógłby lepiej w swoim życiu uczcić Jezusa i jak Go zaprezentować innym ludziom. Dbając o to, wprawdzie nie za bardzo wie, co ile kosztuje i gdzie jest taniej, ale za to dobrze wie, co jest miłe w oczach Bożych. Takim człowiekiem chciałbym pozostać, pomimo szalejącej wokoło konsumpcji.

Od dłuższego już czasu zamyślam się nad tym, ile rzeczy mam w domu, tak naprawdę mi niepotrzebnych? Dlaczego miałyby nadal zagracać mieszkanie? Tylko dlatego, że może kiedyś mi się jeszcze przydadzą? Przecież nie wiem, czy jeszcze jutro będę chodził po ziemi. Bardzo nie chciałbym, aby po moim odejściu do Domu, ludzie znaleźli w moim mieszkaniu mnogość rozmaitych rzeczy. Ostatnio złodzieje przekonali się, że po części już mi się to udało ;)

Mam zamiar konsekwentnie pozbywać się tego, co nie jest mi potrzebne, a tym bardziej, wystrzegać się kupowania rzeczy, bez których zupełnie dobrze mogę się obejść. Także w ten sposób chciałbym podobać się Jezusowi. A może zaczynam popadać w jakąś niezdrową skrajność?

26 listopada, 2009

Najlepsze miejsce do życia

Na początku bieżącego roku jeden z brytyjskich banków przeprowadził wśród kilku tysięcy ekspatriantów badania, aby ustalić, który kraj na świecie zapewnia zagranicznym pracownikom najlepsze warunki do życia?  W badaniach wzięto pod uwagę najróżniejsze kwestie, takie jak np. świadczenia zdrowotne, edukację, możliwości nawiązywania kontaktów itd.

Na podstawie tych badań oceniono, że krajem, w którym żyje się najlepiej na świecie jest Kanada. Zaraz po Kanadzie, dobrą jakość życia oferuje Australia i Tajlandia. Z krajów europejskich najwyższą pozycję w badaniach uzyskała Francja. Ciekawe, że tak często wybierana przez Polaków Wielka Brytania znalazła się dopiero na 23. pozycji całego rankingu.

Normalne, że ludzie interesują się poprawą warunków życia i poszukują najlepszego dla siebie miejsca na ziemi. Z młodości pamiętam, jak pewna starsza już kobieta, wyjeżdżając na stałe do Ameryki, powiedziała, że jej ojczyzna jest tam, gdzie dla niej jest najlepiej. Nie spodobało mi się takie podejście do sprawy, ale przecież każdy ma prawo decydować o tym zgodnie z własnym sumieniem i przekonaniem. Tak zazwyczaj patrzy na tę kwestię człowiek, kierujący się swoją naturalną mądrością.

 W świetle Biblii sprawa wygląda jednak inaczej. Stwierdza ona, że Bóg z jednego pnia wywiódł też wszystkie narody ludzkie, aby mieszkały na całym obszarze ziemi, ustanowiwszy dla nich wyznaczone okresy czasu i granice ich zamieszkania, żeby szukały Boga, czy go może nie wyczują i nie znajdą, bo przecież nie jest On daleko od każdego z nas [Dz 17,26–27]. Z tych słów wynika, że wyznaczone nam granice zamieszkania najwyraźniej mają jakiś związek z szukaniem i znalezieniem Boga.

 Kto wierzy w Boga, nie szuka przede wszystkim wygodnego dla siebie miejsca do życia na ziemi, lecz szuka Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości. Wszyscy biblijni bohaterowie wiary wyznali też, że są gośćmi i pielgrzymami na ziemi [Hbr 11,13]. Koncentrowali się więc na pełnieniu woli Bożej, a nie na swoich wygodach. Jeżeli czasem gdzieś się przeprowadzali, to tylko ze względu na powierzoną im przez Boga misję, a nie w celu poprawienia sobie warunków życia.

 Chrześcijanin ma całym swoim życiem świadczyć, że wszystko na tej ziemi traktuje jako krótkotrwałe i przejściowe. Bo ci, którzy tak mówią, okazują, że ojczyzny szukają. I gdyby mieli na myśli tę, z której wyszli, byliby mieli sposobność, aby do niej powrócić; lecz oni zdążają do lepszej, to jest do niebieskiej. Dlatego Bóg nie wstydzi się być nazywany ich Bogiem, gdyż przygotował dla nich miasto [Hbr 11,14–16].

 Według Pisma Świętego nie mamy tu miasta trwałego, ale tego przyszłego szukamy [Hbr 13,14]. Najlepszym dla wierzących miejscem do życia na ziemi jest to miejsce, w którym objawił się nam Bóg i powołał nas, abyśmy abyście rozgłaszali cnoty tego, który was powołał z ciemności do cudownej swojej światłości [1Pt 2,9]. Gdziekolwiek więc jesteśmy, w wyznaczonym nam czasie i zakreślonych nam przez Boga granicach zamieszkania, cieszmy się, sami będąc zapatrzeni w nadchodzące Królestwo Boże i wskazując je otaczającym nas ludziom.

 Nie ma dla nas lepszego miejsca do życia, od tego miejsca, w którym umieścił nas Bóg. Dla mnie jest to Gdańsk. Pomimo tego, że od lat nie mogę tu pomyślnie załatwić w urzędzie ważnej dla zboru sprawy, że często stoję w korkach, że kolejny raz włamali mi się do mieszkania itd., jestem szczęśliwy, bo żyję tu na co dzień z Jezusem! Wiem, że tutaj mam głosić Słowo Boże i stąd się modlić: ... Przyjdź Królestwo Twoje.  A Ty? Czy myślisz podobnie o miejscu, w którym mieszkasz?

24 listopada, 2009

Naruszenie litery, lecz nie istoty prawa!

W miniony czwartek, 19 listopada, sąd umorzył znaną od paru lat sprawę krakowskiej lekarki Ilony Rosiek–Koniecznej, która wypisywała bezpłatne recepty dla bezdomnych. Jak wiadomo, absolutnie nie robiła ona tego w celu wyłudzenia pieniędzy, a z czystego współczucia i pragnienia niesienia bezinteresownej pomocy bezdomnym i najbiedniejszym.

 To co zrobiła, wprawdzie naruszało przepisy w ich literalnym brzmieniu, lecz z pewnością nie stanowiło pogwałcenia prawa w sensie działania wbrew intencjom ustawodawcy. Po wielu przesłuchaniach, wyjaśnieniach, opiniach i rozprawach na szczęście stało się to jasne nawet dla tych, którzy wcześniej „Janosikową” postawili w stan oskarżenia. Z tego, co wyczytałem, w końcu już nawet sama prokuratura wniosła o umorzenie tej sprawy, a sąd się do jej wniosku przychylił.

 Nie widzę potrzeby przypominania tu szczegółów tej dość dobrze od kilku lat nagłaśnianej sprawy. Chcę natomiast przywołać słowa Ilony Rosiek–Koniecznej, która nazwała swój przypadek klasycznym pojedynkiem prawa i sumienia. Skojarzyło mi się to od razu z podejściem wielu biblijnych postaci do prawa Mojżeszowego.

 Pismo Święte wielokrotnie pokazuje, że naruszenie litery zakonu wcale nie musi od razu stanowić działania wbrew jego duchowi, a więc w gruncie rzeczy nie jest łamaniem tego prawa. Najbardziej znanym tego przykładem jest spożycie przez Dawida i jego żołnierzy świętych chlebów zabranych z Przybytku Bożego. Gdy uczniowie Jezusa w sabat rwali kłosy i spożywali ziarno, łamiąc literę innych przepisów żydowskich, Jezus, broniąc ich, powołał się właśnie na ten przypadek: Czyż nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy był głodny, on i ci, którzy z nim byli? Jak wszedł do Domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie wolno było jeść jemu ani tym, którzy z nim byli, tylko samym kapłanom? [Mt 12,3–4].

 Jezus, jak najbardziej stojąc na straży przestrzegania przykazania: Przestrzegaj dnia sabatu, aby go święcić, jak rozkazał ci Pan, twój Bóg [5Mo 5,12], w wielu sytuacjach – zdaniem postronnych obserwatorów – naruszał i łamał przepisy zakonu. Jednak w rzeczywistości On ani razu nie naruszył istoty prawa Bożego, a więc nie był przestępcą zakonu, chociaż niektórzy to właśnie Mu zarzucali. Sabat jest ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu. Tak więc Syn Człowieczy jest Panem również i sabatu [Mk 2,27–28] – wyjaśnił.

 Podobnie, uczniowie Jezusa. Wiedzieli, że jak najbardziej powinni być posłuszni władzy zwierzchniej i innych tego nauczali. Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione [Rz 13,1]. Czy więc odmawiając posłuszeństwa starszym Izraela, zabraniającym im nauczania i występowania w imieniu Jezusa, stali się przestępcami Słowa Bożego? Oczywiście, że nie. Lecz Piotr i Jan odpowiedzieli im i rzekli: Czy słuszna to rzecz w obliczu Boga raczej was słuchać aniżeli Boga, sami osądźcie [Dz 4,19].

 Może nie wszyscy wiedzą, że Ilona Rosiek–Konieczna swego czasu przeżyła nowe narodzenie. Jako osoba odrodzona z Ducha Świętego od lat stara się naśladować Jezusa Chrystusa. Jest więc – podobnie jak Jezus – w głębi duszy wolna od skrępowania literą prawa. Jest więc też zdolna do niekonwencjonalnych zachowań. Uczniowie Jezusa są znani z tego, że nie podlegają literalnym zakazom typu: nie dotykaj, nie kosztuj, nie ruszaj [Kol 2,21]. Są prowadzeni Duchem Świętym i gdy On im mówi, że mają coś zrobić, to okazują Mu posłuszeństwo, choćby za cenę więzienia, a nawet śmierci. Sumienie jest ważniejsze niż litera.

Jesteśmy dumni z Ciebie, siostro Ilono! Twoja piękna postawa współczucia dla biednych i chęć niesienia pomocy zasługuje nie tylko na pochwałę, lecz przede wszystkim jest godna naśladowania. Chcę naśladować Ciebie, tak jak Ty naśladujesz naszego Pana.

23 listopada, 2009

Oznaka prawdziwej pobożności

Oto dwa tytuły z działu gospodarczego dzisiejszego serwisu Onet.pl: „Luksusowe życie związkowców. Zarabiają 22 tysiące miesięcznie”. „Polscy europosłowie dostają sowite pensje z Brukseli, ale i tak dorabiają sobie w kraju”.

 Co mnie uderza w tych tytułach? To, że ludzie powołani, by zatroszczyć się o dobro innych, najbardziej dbają o to, żeby samemu się jak najwięcej nachapać. Wywindowani nadzieją zwykłych obywateli, przeważnie słabych i ubogich, bez żadnych skrupułów odwracają się do nich plecami, myślą o własnych korzyściach, a jeżeli gdzieś tam ponownie zwracają się ku ludziom, to tylko w celu poprawienia własnego wizerunku. Obrzydliwe.

 Faktycznie nie ma w tym nic dziwnego, że na tym świecie, gdzie nie spojrzeć, gołym okiem widać coraz większą przepaść między biednymi i bogatymi. Pieniądze potrafią bardzo zmienić człowieka. Wystarczy, że do szyby, przez którą przedtem dostrzegałeś innych ludzi, dodasz trochę srebra, a już widzisz tylko siebie – tłumaczył jeden rabin tajemnicę powstania lustra.

 Na szczęście są na tej ziemi ludzie, którzy przechowują i pielęgnują w swoich sercach zasady Królestwa Bożego. Kto stał się obywatelem Królestwa, ten odczuwa silną potrzebę dzielenia się z innymi tym, co posiada. Jest po prostu do tego powołany. Ma to we krwi. Gdy rosą jego dochody, to jednocześnie rosną dochody jego współpracowników. Gdy sam ma lepiej, to inni wokół niego też mają lepiej. Tylko w jednym przypadku jego otoczenie przeżywa niedostatek, mianowicie wtedy, gdy on sam doświadcza kryzysu i niedostatku.

 Ludzie należący do Królestwa Bożego noszą w sercu pasję pomagania biednym, słabszym, chorym i niedoświadczonym. Rankiem rozmawiałem dziś z jedną kobietą z Ciechanowa, zaangażowaną w niesienie pomocy ludziom biednym. Pod wieczór sędziwa kobieta z Florydy powiadomiła mnie, że za chwilę jej mąż wyrusza, aby w centrum handlowym zbierać pieniądze na wsparcie dla wdów. Resztę dołożymy ze swojej emerytury – powiedziała. Alleluja! Są jeszcze tego rodzaju ludzie na ziemi!

 Zamyśliłem się nad tym, co ich motywuje do takiej aktywności? Mogliby przecież wygodnie usiąść w fotelu, włączyć telewizor i korzystać z wygód własnego życia. Ale oni tak nie potrafią. Można o nich napisać tak, jak kiedyś święty Paweł napisał o Tymoteuszu: Albowiem nie mam drugiego takiego, który by się tak szczerze troszczył o was; bo wszyscy inni szukają swego, a nie tego, co jest Chrystusa Jezusa [Flp 2,20–21]. Oni - ze względu na Chrystusa - prawdziwie szukają korzyści nie dla siebie, a dla bliźnich.

Niewątpliwie jest to jedna z oznak prawdziwej pobożności! Czystą i nieskalaną pobożnością przed Bogiem i Ojcem jest to: nieść pomoc sierotom i wdowom w ich niedoli i zachowywać siebie nie splamionym przez świat [Jk 1,27]. W świetle Biblii wartość udzielanej pomocy mierzy się stopniem rezygnacji z własnych wygód i korzyści. Albowiem znacie łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, że będąc bogatym, stał się dla was ubogim, abyście ubóstwem jego ubogaceni zostali [2Ko 8,9].

 W pierwszym zborze chrześcijańskim takie pojmowanie pobożności było na porządku dziennym. Nie było też między nimi nikogo, który by cierpiał niedostatek, ci bowiem, którzy posiadali ziemię albo domy, sprzedając je, przynosili pieniądze uzyskane ze sprzedaży i kładli u stóp apostołów; i wydzielano każdemu, ile komu było potrzeba [Dz 4,34–35]. A jak jest w naszym zborze? Mniej więcej tak, jak jest w moim własnym sercu. I  w Twoim też.