17 sierpnia, 2017

Tak mnie nauczono i nie mogę inaczej

Gdy zastanawiałem się nad zagadnieniem, które chcę w tym tekście poruszyć, wciąż na nowo nasuwała mi się myśl o Rekabitach opisanych w 35 rozdziale Księgi Jeremiasza.  Swego czasu, gdy przebywali w Jerozolimie, zostali oni zaproszeni do świątyni i poczęstowani winem. Nie pijemy wina - odpowiedzieli -  Jehonadab, syn Rekaba, nasz ojciec, zakazał nam tego. Nie pijcie wina - powiedział - ani wy, ani wasi synowie, na wieki! (...) I my posłuchaliśmy głosu Jehonadaba, syna Rekaba, naszego ojca. Przestrzegamy wszystkiego, co nam przykazał. Nie pijemy wina po wszystkie nasze dni, ani my, ani nasze żony, ani nasi synowie, ani nasze córki. Nie budujemy też sobie domów na mieszkanie, nie mamy winnic, pól ani ziarna. I mieszkamy w namiotach. Jesteśmy posłuszni. Czynimy dokładnie to, co nam przykazał nasz ojciec Jehonadab [Jr 35,6-10].

Postawione przed Rekabitami wino było nakazanym przez Boga sprawdzianem ich posłuszeństwa. Chociaż znaleźli się w niecodziennych dla nich okolicznościach, a osobisty udział proroka Jeremiasza oraz otoczenie świątyni ułatwiały porzucenie przestarzałych nakazów ojcowskich i otworzenie się na "nowe rzeczy", to jednak przeszli tę próbę bez zarzutu. Bóg mógł posłużyć się ich posłuszeństwem jako przykładem dla całego Izraela. Usłuchano słów Jehonadaba, syna Rekaba, który przykazał swoim synom, aby nie pili wina. I nie piją - aż po dzień dzisiejszy, gdyż posłuchali przykazań swojego ojca! A Ja przemawiałem do was nieustannie i nie posłuchaliście Mnie! Wciąż posyłałem do was wszystkie moje sługi, proroków. Wzywałem: Zawróćcie, każdy ze swojej złej drogi! Poprawcie swoje czyny! Nie chodźcie za obcymi bogami, aby im służyć! Czyńcie wszystko, by mieszkać w tej ziemi, którą dałem wam i waszym ojcom! Lecz wy byliście na to głusi. Nie posłuchaliście Mnie! Tak! Synowie Jehonadaba, syna Rekaba, zachowują przykazania swojego ojca, lecz ten lud Mnie nie posłuchał [Jr 35,14,16].

Spodobała się Bogu postawa Rekabitów. Ponieważ posłuchaliście przykazania swojego ojca Jehonadaba, przestrzegaliście wszystkich jego nakazów i postępowaliście we wszystkim zgodnie z tym, co wam przykazał, dlatego tak mówi PAN Zastępów, Bóg Izraela: Nie zabraknie Jehonadabowi, synowi Rekaba, mężczyzny, który by Mi służył - po wszystkie dni [Jr 35,18-19]. Warto było przez lata płacić cenę pomówienia o zacofanie i trudności z dostosowaniem do zmieniających się czasów. Warto było narazić się testującemu ich prorokowi Bożemu. Ich wytrwałość w posłuszeństwie i utrzymywanie się na obranym kursie zostały docenione i pochwalone przez samego Boga.

Ostatnio coraz bardziej wyczuwam presję oczekiwania, bym zaczął robić rzeczy, przed którymi od lat się wzbraniam. Słyszę namowę do zmiany stanowiska, przy którym trwam od początku mojego posługiwania w kościele. Czuję się niczym Rekabici, przed którymi sam prorok Boży w świątyni stawia wino do wypicia. W czym rzecz?

Otóż od pierwszych lat wiary i służby było to dla mnie ważne, ażeby trwać w nauce apostolskiej. Moi ojcowie w wierze przekazali mi poczucie odpowiedzialności za utrzymanie w zborze zdrowej nauki. Dzięki temu, gdy przez zbory przewalały się kolejne fale nowych i dziwnych nauk, gdy niektórzy bracia uganiali się za przeżyciami typu "Toronto blessing", "Pensacola" i głosili "ewangelię sukcesu" czy ostatnio, na przykład, tzw. "ewangelię Królestwa", mnie to nie fascynowało, ani nie porywało. Izolowano mnie więc, pomijano, lekceważono, przypinano mi rozmaite łatki z tego powodu, do czego jestem już nawet przyzwyczajony. Miałem i mam świadomość, że trzymanie się wyraźnie zakreślonych granic ma swoją cenę. Bez narzekania ją płacę. Oby tylko pozwolono mi nadal być sobą i trzymać się tego, czego mnie  nauczono. Obym do końca wytrwał przy apostolskim  pojmowaniu ewangelii Chrystusowej.

Jako początkujący sługa Słowa Bożego zostałem tak uformowany, ażeby nie uganiać się za teologicznymi nowinkami ani za osobistym urokiem proroków i błyskotliwych kaznodziejów. Nie szukam popularności ani ludzkiego poklasku.  Od samego początku brzmią mi w uszach i wewnętrznie wiążą słowa apostolskiego zobowiązania: Zobowiązuję cię zatem wobec Boga oraz Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, w obliczu Jego przyjścia i na Jego
Królestwo: Głoś Słowo! Bądź gotowy w porę i nie w porę, aby poprawić, upomnieć, zachęcić – z całą cierpliwością, umiejętnie. Gdyż przyjdzie czas, że przestaną tolerować zdrową naukę, a skłonni do słuchania tego, co odpowiada ich upodobaniom, otoczą się nauczycielami przyklaskującymi ich własnym żądzom. Czyniąc to, odwrócą się od słuchania prawdy i zwrócą ku baśniom. Ty jednak zachowaj trzeźwość we wszystkim, znoś niedole, wykonuj pracę ewangelisty, rzetelnie pełnij swoją służbę
[2Tm 4,1-5].

Trwanie na tym stanowisku staje się dzisiaj o tyle trudniejsze, że coraz więcej współczesnych "Jeremiaszów" stawia przed ludem Bożym "wino" zmodyfikowanej ewangelii. Zachęta do złagodzenia poglądów na rozmaite kwestie staje się na tyle sugestywna i poparta autorytetem popularnych liderów chrześcijańskich, że opieranie się jej zaczyna wyglądać jak sprzeciw i łatwo może być posądzone o brak podporządkowania się przywódcom. Znaki i cuda, zapowiedź wielkiego przebudzenia, szczera pobożność wielu prostolinijnych chrześcijan, manifestowanie jedności różniących się dotąd środowisk chrześcijańskich - obserwowanie tego wszystkiego sprawia, że drży mi serce. Nie chciałbym przegapić prawdziwego nawiedzenia Bożego, ale nadal chciałbym trzymać się z daleka od liberalnej ewangelii i zwodniczych nauk. Swoim nieugiętym podejściem do sprawy nie chciałbym towarzyszących mi Braci i Sióstr - nie daj Boże - pozbawiać dostępu do tego, co Bóg czyni w Polsce, ale koniecznie chciałbym ich chronić przed tym, co - mimo swej atrakcyjności - nie jest z Ducha Świętego.

Przyznaję, że się zmagam, że nieraz biję się z myślami, bo sytuacja robi się coraz trudniejsza. Liberalizacja poglądów i zeświecczenie środowisk ewangelicznych staje się trudne do zaakceptowania. Miłując lud Boży bardzo cierpię, że nie z każdym, kto wyznaje wiarę w Pana Jezusa Chrystusa, mogę zasiąść do stołu. Nie ze wszystkimi mogę podjąć współpracę. Jeśli ktoś przychodzi do was, a nie przynosi właściwej nauki, tego nie przyjmujcie do domu ani nie nawiązujcie z nim bliższych stosunków [2J 1,10]. Trzymanie się tej instrukcji apostolskiej nie przychodzi mi łatwo. Gdybym jednak spasował, gdybym odstąpił od przyjętych ideałów nauki apostolskiej, gdybym zlekceważył wskazówki odebrane od moich ojców w wierze - to bym się skończył, to utraciłbym prawo nazywania się sługą Słowa Bożego.

Pozostanę więc na obranym stanowisku. Tak mnie nauczono, tak nauczyłem się Chrystusa i nie mogę inaczej.

15 sierpnia, 2017

Słowo Boże na dzisiaj - bez komentarza

Tak mówi PAN, Król Izraela, i jego Odkupiciel, PAN Zastępów: Ja jestem pierwszy i Ja ostatni, a oprócz Mnie nie ma Boga. Kto jest jak Ja? Niech się odezwie! Niech Mi da znać, niech Mi to przedstawi. Niech jak Ja ustanowi wieczny lud i potem mu ogłosi [rzeczy] przyszłe, te, które wciąż mają nadejść! Nie ulegajcie trwodze, dajcie odpór lękom! Czy od dawna nie przekazywałem wam i nie głosiłem? Jesteście moimi świadkami – czy jest Bóg oprócz Mnie? Nie ma Opoki, nie znam żadnej!

Wytwórcy bożków – oni wszyscy są niczym! Ich cacka nie przynoszą pożytku! Ich wyznawcy nie widzą i nawet nie wiedzą, że okryją się wstydem. Bo kto tworzy bóstwo lub odlewa figurkę na nic nieprzydatną? Okryje się on wstydem – wraz z towarzyszami! A rzemieślnicy? To też tylko ludzie. Niech się wszyscy zbiorą i staną, niech ich przeniknie lęk i ogarnie wstyd.

Kowal bierze przecinak, rozgrzewa metal w żarze, formuje go młotkiem, działa, korzystając z siły swojego ramienia; gdy jest głodny – ustaje, a bez wody – omdlewa. Stolarz podobnie: rozciąga sznur, kreśli zarys ołówkiem, wycina bożka dłutem, zaznacza rozmiar cyrklem i nadaje mu kształt człowieka, zgrabnej ludzkiej postaci – do postawienia w domu. Wycina sobie cedry, bierze cyprys lub dąb i suszy je między drzewami lasu. Zasadza cedr, któremu deszcz daje wzrost, a potem służy człowiekowi za opał. Bierze część, by się ogrzać, roznieca ogień, by napiec chleba, a z części robi bóstwo, aby mu się kłaniać! Czyni bożka, aby przed nim padać! Połowę spalił w ogniu, na którym upiekł mięso i zjadł, przyrządził pieczeń i nasycił się. Rozgrzał się i powiedział: Ach, jak mi ciepło przy ogniu! Resztę drewna natomiast przeznaczył na swego bożka! Pada przed nim i kłania mu się. Modli się do niego i mówi: Ratuj mnie, bo jesteś moim bogiem!

Nie kojarzą, nie rozumieją, bo mają zamazany wzrok i serca niezdolne do myślenia. Nikt sobie nie bierze do serca, brak mu rozumu, by powiedzieć: Połowę drewna spaliłem w ogniu; tak! – dzięki temu napiekłem chleba, przyrządziłem mięso i najadłem się, a z reszty zrobiłem ohydztwo, aby się kłaniać przed klockiem drewna! Kto się zadaje z popiołem, tego zwodzi omamione serce, i nie uratuje swojej duszy; nie zapyta: Czy to, co trzymam w ręce, nie jest zwykłym oszustwem?

Pamiętaj o tym, Jakubie, i ty, Izraelu, gdyż jesteś moim sługą. Ja cię stworzyłem, ty jesteś moim sługą! Izraelu, nie zapomnę o tobie. Starłem ciemny obłok twoich przestępstw, zmazałem, jak chmurę, twoje grzechy: Zawróć do Mnie, bo cię odkupiłem [Księga Izajasza 44,6-22 w przekładzie Biblii Ewangelicznej].

O samym święcie napisałem osiem lat temu - tutaj!

09 sierpnia, 2017

Potrzeba przypływu emocji

Chcę w tym tekście zmierzyć się z postawą obojętności w naszym środowisku. Są sprawy, w których obojętni nie jesteśmy. Gdy w grę wchodzi osobista krzywda lub strata, prywatny interes lub zysk materialny – wówczas uaktywniamy się i walczymy o swoje. W sprawach wiary natomiast zachowujemy daleko idącą powściągliwość, żeby nie powiedzieć obojętność. Czy nasi bliscy będą zbawieni? Czy i kiedy będzie zrobione to, co wg Biblii zrobić należy? Czy bracia i siostry będą dziś zbudowani naszym zachowaniem? Czy ludzie w potrzebie uzyskają stosowną pomoc? Czy Bóg ma chwałę z naszego życia? Do tego rodzaju pytań zbyt często podchodzimy bez cienia emocji.

Emocje odgrywają w życiu człowieka ogromną rolę. Nieraz mamy nieprzyjemność patrzenia na skutki działania nieokiełznanej siły złych emocji. Gdy w kimś do głosu dochodzi nienawiść, zemsta czy pożądliwość – wówczas w rezultacie mamy ból, zniszczenie, niezgodę, głębokie rany, destrukcję i śmierć. Lecz uwaga! Istnieją również emocje pozytywne. Gdy w człowieku zaczyna brać górę miłość, współczucie, poczucie odpowiedzialności, dobre chęci lub np. święte oburzenie – wówczas wokoło zaczyna przeważać dobro. Serce moje wezbrało miłym słowem [Ps 45,2] głosi pieśń synów Koracha, co z pewnością okazało się przyjemne dla całego ich otoczenia.

Zauważmy, że w człowieku pobudzonym emocjonalnie pojawia się siła, której normalnie on nie posiada. Słyszałem kiedyś o rolniku, który w pojedynkę uniósł bok traktora, by wyciągnąć spod niego swojego syna. W uniesieniu emocjonalnym gotowi i zdolni jesteśmy do niezwykłych czynów, heroicznego wysiłku a nawet do szaleństwa. Dlatego gwałtowny przypływ złych emocji koniecznie trzeba czym prędzej łagodzić i studzić. To oczywiste. Mniej natomiast oczywiste zdaje się być to, co należy robić z brakiem dobrych emocji. Ich deficyt bowiem zbyt często przechodzi w naszym środowisku bez echa i jakiejkolwiek próby ich stymulacji. A na drodze wiary i naśladowania Jezusa pozytywne emocje są nam bardzo potrzebne. Zbór, którego członkowie wyrzekają się wszelkich emocji zaczyna przypominać cmentarz. Jest w nim wprawdzie spokój i porządek, lecz brakuje oznak życia.

Spójrzmy przez chwilę na naszego Pana, Jezusa Chrystusa. W Jego ziemskim życiu i służbie pełno było  emocji – dobrych, ma się rozumieć, bo On grzechu nie popełnił [1Pt 2,22] – co owocowało licznymi cudami i chwałą dla Boga.  I spojrzał na nich z gniewem, zasmucił się z powodu zatwardziałości ich serca, i rzekł owemu człowiekowi: Wyciągnij rękę! I wyciągnął, i ręka jego wróciła do dawnego stanu [Mk 3,1-5]. A wyszedłszy, ujrzał mnóstwo ludu i ulitował się nad nimi, że byli jak owce nie mające pasterza, i począł ich uczyć wielu rzeczy [Mk 6,34-37]. Wtedy Jezus spojrzał nań z miłością i rzekł mu: Jednego ci brak; idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj mnie [Mk 10,21].

Jezus Chrystus zostawił nam wzór wielkiej żarliwości o sprawy Królestwa Bożego na ziemi. Nie potrafił obojętnie patrzeć na zło, które przedostało się nawet do świątyni. Wtedy uczniowie jego przypomnieli  sobie, że napisano: Żarliwość o dom twój pożera mnie [J 2,17]. Zauważoną w Jezusie postawę uczniowie skojarzyli z treścią Psalmu, gdzie Duch Chrystusowy modlił się ustami Dawida: Stałem się obcym dla moich braci, cudzoziemcem dla synów mej matki, bo żarliwość o Twój dom mnie pochłania… [Ps 69,9-10]. Jezus napełniony Duchem Świętym nie potrafił już dłużej myśleć przede wszystkim o tym, żeby np. pielęgnować relacje rodzinne. Gorliwość o Królestwo Boże tak Go opanowała, że inne sprawy poszły w kąt, a przynajmniej na drugi plan. Na całego zajął się pełnieniem woli Ojca.

Bracia i Siostry! Potrzebujemy więcej pozytywnych emocji w naszym zborze. Nieraz obserwujemy, a nawet sami okazujemy emocje na stadionach i koncertach. Skąd pomysł, że nie powinno ich być w kościele? Pomyślmy, jakiej Oblubienicy pragnie Jezus Chrystus? Rozumnej? Tak! Statecznej? O, tak! Ale również On pragnie Oblubienicy żarliwej w miłości i oddaniu się Jego sprawie na ziemi. W zapale bądźcie niestrudzeni, duchem płomienni, w Panu – gotowi do służby! [Rz 12,11] – wzywa nas Słowo Boże.

Jakiego zboru pragniemy? Ludzi, którym jest wszystko jedno? Społeczności ludzi o bezpłciowym wyrazie twarzy, którzy bez okazywania jakichkolwiek emocji potrafią przesiedzieć całe nabożeństwo? Rozumiem, że ktoś z natury może być powściągliwy w okazywaniu uczuć i emocji. Czasem może się zdarzyć, że mamy za sobą przeżycia, które skutecznie ograbiły nas z uśmiechu. Rzecz w tym, żebyśmy – ze względu na naszego Pana – przez całe dni nie pozostawali w stanie emocjonalnego bezruchu i apatii. Trzeba nam więcej dobrych emocji w codziennym życiu i na wspólnych spotkaniach!

Jak można zmienić atmosferę własnego serca i uwolnić się od stagnacji w życiu duchowym? Rozpaliło się we mnie serce, gdy rozmyślałem, zapłonął ogień [Ps 39,4] – podpowiada nam Słowo Boże. "Zapłonął ogień" to hebrajski idiom mówiący, że wzmogły się we mnie emocje. Zacznijmy więcej rozmyślać o naszym Zbawicielu i okazanej nam łasce Bożej. Częściej myślmy o naszych kochanych braciach i siostrach, którzy tak wiernie trzymają się Słowa Bożego i pracują dla Pana. Porozmyślajmy o tym, co moglibyśmy zrobić dla chwały Bożej i ratowania zgubionych dusz? Zacznijmy bardziej zachodzić w głowę, jak przeciwstawić się grzechowi, który okrada nas z radości, czasu i pieniędzy, które moglibyśmy spożytkować dla Królestwa Bożego. Poddajmy swe myśli Duchowi Świętemu i zacznijmy marzyć o tym, co będzie się działo, gdy On stale nas będzie napełniał.

Gdy tak będziemy rozmyślać, na pewno i w nas zapłonie ogień…

07 sierpnia, 2017

Czy można zakazać?

W czasach konstytucyjnie zagwarantowanej wolności słowa określanie co inni powinni mówić, a czego się wystrzegać, wydaje się być działaniem z góry skazanym na fiasko. Współczesny świat nie uznaje już takich instrukcji. Każdy chce mieć prawo do swobodnej wypowiedzi. A jak mają się te sprawy w chrześcijańskim zborze?

Pismo Święte w porannej lekturze zwraca dziś moją uwagę na niezwykłe polecenie apostolskie. Gdy wybierałem się do Macedonii, prosiłem cię, abyś pozostał w Efezie i polecił niektórym odstąpić od głoszenia innej nauki [1Tm 1,3]. Naśladowcami Jezusa Chrystusa w sprawach wiary kieruje Duch Święty, a nie świeckie przepisy i konstytucje. W środowisku chrześcijan liczy się Słowo Boże. Na świeckich "Areopagach" ludzie mogą sobie mówić, co im tylko ślina na język przyniesie, lecz z kazalnicy zborowej ma płynąć wyłącznie czysta i zdrowa nauka Chrystusowa.

Biblia najwyraźniej nie przejmuje się ludzkim umiłowaniem wolności słowa. Nauka apostolska jest w tej kwestii bardzo jednoznaczna. Ten kto się wysuwa naprzód, a nie trwa w nauce Chrystusa, nie ma Boga. Kto trwa w tej nauce, ma zarówno Ojca jak i Syna. Jeśli ktoś przychodzi do was, a nie przynosi właściwej nauki, tego nie przyjmujcie do domu ani nie nawiązujcie z nim bliższych stosunków [2Jn 1,9-10].  Ale choćby nawet ktoś z nas albo sam anioł z nieba głosił wam dobrą nowinę różną od tej, którą wam przekazaliśmy, niech będzie przeklęty! [Ga 1,8]. Kto natomiast uczy inaczej i nie przyjmuje zdrowych rad naszego Pana, Jezusa Chrystusa, ani nauk zgodnych z pobożnością, ten jest nadęty, niczego nie rozumie... [1Tm 6,3]. Wielu bowiem to ludzie niekarni, rozgadani, zwodziciele - zwłaszcza wśród obrzezanych. Takim trzeba zatkać usta, gdyż oni całe domy wywracają, ucząc - dla brudnego zysku - rzeczy niepotrzebnych [Tt 1,10-11]. To tylko niektóre fragmenty nauki apostolskiej na temat "wolności słowa" w kościele.

Czy można jakiemuś człowiekowi zakazać mówienia lub pisania czegokolwiek? Ogólnie rzecz biorąc, nie można. Jednakże w zborze obowiązują prawa i zasady Królestwa Bożego, objawione w Piśmie Świętym. Wspólnota chrześcijańska to nie internetowe forum dyskusyjne. Tutaj trzeba zważać na to, co jest głoszone z kazalnicy. Tutaj trzeba zakazać mówienia tego, co niezgodne z nauką apostolską. Zbór to miejsce, w którym słusznie się spodziewamy, że każdy będzie mówił, jak Słowo Boże.

28 lipca, 2017

Dlatego, że nie wiadomo kiedy

Wkrótce każdy z nas - mam na myśli ludzi wierzących w Jezusa Chrystusa i odrodzonych z Ducha Świętego - któregoś dnia stanie przed Bogiem. Albowiem my wszyscy musimy stanąć przed sądem Chrystusowym, aby każdy odebrał zapłatę za uczynki swoje, dokonane w ciele, dobre czy złe [2Ko 5,10]. Innych ludzi - jeśli teraz za życia w ciele się nie opamiętają i nie zaczną żyć w posłuszeństwie ewangelii Chrystusowej - czeka całkiem inny los. Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny, kto zaś nie słucha Syna, nie ujrzy żywota, lecz gniew Boży ciąży na nim [J 3,36].

W każdym razie wszyscy staniemy przed Bogiem. Z chwilą śmierci fizycznej lub w dniu powtórnego przyjścia Chrystusa i końca świata będziemy poddani jednemu z sądów Bożych. Rzecz w tym, że nie wiadomo kiedy dokładnie to się stanie. Nie znamy ani daty swojej śmierci, ani dnia powrotu Jezusa Chrystusa na ziemię, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o godzinie, której się nie domyślacie [Mt 24,44].

Właśnie dlatego trzeba nam utrzymywać się w stałej gotowości na spotkanie z Bogiem. Gdy nastąpi moment wezwania na sąd, nie będzie już czasu na żadne przygotowania i korekty. Teraz jest czas na pojednanie z Bogiem. Jak można to zrobić? Wszystko na ten temat mamy w Biblii. Nie ufajmy ludziom i stworzonym przez nich instrukcjom religijnym. Skorzystajmy z możliwości uzyskania informacji w Słowie Bożym - czyli u samego Sędziego. Trzeba wszakże czytać je w całości, aby wiedzieć kto, jak i dlaczego będzie osądzony. W świetle Pisma Świętego ustalmy obecny nasz stan i czym prędzej dostosujmy swe życie do jego wymagań.

Uwaga! Pan przychodzi! Zbliża się meta naszego biegu. Wszyscy zauważamy, że tempo życia z dnia na dzień coraz bardziej się zwiększa. Czyż nie oznacza to, że już finiszujemy? Ludzie pojednani z Bogiem cieszą się na myśl o spotkaniu z Bogiem. Za apostołem Pawłem myślą i mówią: Dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę zachowałem; a teraz oczekuje mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu da Pan, sędzia sprawiedliwy, a nie tylko mnie, lecz i wszystkim, którzy umiłowali przyjście Jego [2Tm 4,7-8].

A ty? Czy jesteś gotowy, by stanąć przed Bogiem i zdać sprawę ze swego życia?

25 lipca, 2017

Sądy sądami, a...

Moje myśli wychodzą dziś naprzeciw powracającego Pana Jezusa Chrystusa. W świetle Biblii widzę, że Jego powtórne przyjście wcale nie będzie takie oczywiste i pożądane, nawet w środowisku ludzi w Niego wierzących.

W czasach poprzedzających przyjście Syna Człowieczego będzie jak wtedy, gdy żył Noe. Ludzie przed potopem jedli, pili, żenili się i za mąż wydawali, aż do tego dnia, w którym Noe wszedł do arki. Spostrzegli się dopiero gdy przyszedł potop i zmiótł wszystkich. Tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego [Mt 24,37-39].

Nie chcę być w gronie ludzi zaskoczonych powrotem Chrystusa Pana. W porę, póki jest czas, będę więc kierował moje myśli ku Bogu. W obliczu nadchodzącego dnia, w którym sprawiedliwie osądzi zamieszkały świat, nie mają dla mnie większego znaczenia tymczasowe sądy. Sędzią będzie Człowiek, którego On ustanowił, a dowód na to przedstawił wszystkim, gdy wzbudził Go z martwych [Dz 17,31]. Rozumiem, że myśli ludzi nie mających wglądu w duchową rzeczywistość rozpalają się wokół bieżących, tymczasowych spraw. Ale ja...

Trzeba mi skoncentrować uwagę na tym, co naprawdę ma znaczenie  i przesądza o tym, jaka będzie moja wieczność. A w tym króciutkim okresie doczesnego życia?  Nie ma dla mnie znaczenia, kto mnie będzie rozliczał: wy czy jakiś inny trybunał ludzki. Więcej, nawet sam siebie nie rozliczam. Wprawdzie nie mam sobie nic do zarzucenia, ale to nie dzięki temu jestem usprawiedliwiony. Tym, który mnie rozlicza, jest Pan [1Ko 4,3-4]. Z Chrystusem Jezusem trzeba nam się liczyć, bo wkrótce każdy z nas stanie przed Jego trybunałem.

Chcę być gotowy na tę chwilę. Nie mam czasu zajmować się sprawami bez większego znaczenia. Jestem w wirze przygotowań. A ty? Możemy razem przygotowywać się na spotkanie z Jezusem Chrystusem. Zapraszam.

24 lipca, 2017

Instrukcja utrzymania czystości

Jak bardzo można zaśmiecić mieszkanie i zapuścić je brudem? Już we wczesnej młodości spotkała mnie nieprzyjemność zobaczenia takiego domu, gdy z grupą chłopaków z podstawówki pojechałem do sąsiedniej wioski pomóc starszemu małżeństwu w wykopkach. Do dziś na wspomnienie tamtego widoku robi mi się niedobrze i zbiera mnie na wymioty. Potem kilkakrotnie jeszcze natknąłem się na takie wnętrza, gdy byłem listonoszem. Okropny widok.

A jak wiele nieczystości może nagromadzić się w człowieku? Potworne ilości. Z wnętrza bowiem, z ludzkiego serca, wychodzą złe zamiary, rozwiązłe czyny, kradzieże, morderstwa, cudzołóstwa, dążenia powodowane chciwością, wszelkie niegodziwości, podstęp, wyuzdanie, zawiść, obelżywość, pycha i głupota. Wszystkie te złe rzeczy wychodzą z wnętrza człowieka i to one czynią go nieczystym [Mk 7,21-23]. Wczorajszej nocy do głębi wstrząsnął mną ogrom nieczystości owładającej duszę jednego nieszczęśnika. Chociaż niejedno w życiu słyszałem i widziałem, to jednak ilość wylewającego się zeń plugastwa była naprawdę szokująca. Kto by wcześniej pomyślał, że siedzącego na nabożeństwie człowieka wypełnia coś takiego.

Swego czasu Chrystus Pan ujawnił nieczystość serc przywódców religijnych Izraela. Okazało się, że ich zewnętrzna nienaganność była jedynie zwykłą fasadą. Biada wam, znawcy Prawa i faryzeusze, obłudnicy! Przypominacie groby pokryte białą farbą. Na zewnątrz są piękne, a wewnątrz - kości zmarłych i wszelka zgnilizna. Wy też w oczach ludzi uchodzicie za sprawiedliwych, ale w waszych wnętrzach pełno obłudy i bezprawia [Mt 23,27-28]. W oczach Bożych bardziej od zewnętrznego wyglądu liczy się serce człowieka.

Osobom zainteresowanym przywróceniem czystości i jej utrzymaniem, Syn Boży udzielił praktycznej rady: Czyszczenie kielicha zaczynaj od wnętrza, a wtedy to, co na zewnątrz, też zalśni czystością [Mt 23,26]. A ja, oprzytomniony wczorajszym doświadczeniem, dodam: Uważaj, czym karmisz swą duszę, bo któregoś dnia, gdy z jakiegoś powodu utracisz nad sobą kontrolę, cała zawartość serca zacznie wychodzić na jaw. W końcu, bracia, rozmyślajcie o tym, co prawdziwe, szlachetne, sprawiedliwe, czyste, miłe, godne polecenia, może uchodzić za wzór i zasługuje na uznanie [Flp 4,8]. Natomiast nierząd, różnego rodzaju nieczystość lub chciwość niech nawet nie będą wspominane wśród was. To niegodne świętych, tak samo jak nieprzyzwoitość, powtarzanie głupstw czy błaznowanie [Ef 5,3-4].

Błogosławieni czystego serca. Jak można je oczyścić?

22 lipca, 2017

Dobrodziejstwo przeciętności..?

Czytam dziś i rozmyślam o judzkim królu Uzjaszu. Miał szesnaście lat, gdy został królem i przez kolejne pięćdziesiąt dwa lata nim pozostawał. W początkowym okresie sprawowania władzy Uzjasz miał to szczęście, że wspomagał go człowiek dobrze znający wolę Bożą. Młody król dopytywał się więc o wolę Pana, postępował zgodnie z nią, a Bóg darzył go powodzeniem. W ten sposób jego sława rozchodziła się szeroko, był bowiem wspaniale wspierany, aż stał się potężny [2Krn 26,15].

Niestety, zbyt często tak z ludźmi bywa, że gdy coś znaczącego osiągają w życiu, gdy stają się popularni to woda sodowa zaczyna uderzać im do głowy i nabierają niebezpiecznej pewności siebie. Tak właśnie stało się z Uzjaszem. Gdy zaś doszedł do potęgi, wzbił się w pychę ku własnej zgubie i sprzeniewierzył się PANU, swojemu Bogu. Wszedł bowiem do przybytku Pana, aby na ołtarzu kadzidlanym złożyć ofiarę z kadzidła. Wtedy wszedł za nim kapłan Azariasz wraz z osiemdziesięcioma dzielnymi kapłanami PANA i przeciwstawili się królowi Uzjaszowi. Nie do ciebie, Uzjaszu, należy składanie ofiar z kadzidła - powiedzieli. Należy to do kapłanów, synów Aarona, którzy zostali w tym celu poświęceni. Wyjdź z miejsca świętego! Dopuściłeś się wiarołomstwa. Nie przysporzy ci to chwały u PANA, Boga [2Krn 26,16-18].

No właśnie. Niektórym ludziom się wydaje, że osiągnięcia, sukcesy, władza i pozycja społeczna upoważniają ich do robienia i mówienia wszystkiego, cokolwiek wpadnie im do głowy. Ale tak nie jest. Bóg dla każdego człowieka wyznacza zadania zakreślając granice jego odpowiedzialności i kompetencji. Nawet największe sukcesy nie zwalniają nas od obowiązku skwapliwego i wiernego trzymania się przy tym woli Bożej. Gdy nie wszystko w życiu wychodzi nam aż tak dobrze, siłą rzeczy nie nosimy głowy zbyt wysoko i łatwiej dociera do nas rada lub napomnienie. Nadęci własnym sukcesem tracimy zdolność pokornego posłuchania życzliwych nam ludzi. Wtedy zaczyna się dramat upadku.

Król napomniany przez kapłanów mógł jeszcze czym prędzej pokornie wycofać się z przekroczenia granic swoich kompetencji. Tymczasem Uzjasz rozgniewał się, a trzymał już w ręku kadzielnicę. Gdy tak stał pełen złości na kapłanów, w ich obecności, w przybytku PANA, przy ołtarzu kadzidlanym, na jego czole pojawił się trąd! Gdy arcykapłan Azariasz i pozostali kapłani zauważyli, że został dotknięty trądem na czole, wypchnęli go stamtąd, a i on sam pośpieszył do wyjścia, świadomy, że PAN zadał mu cios. I tak król Uzjasz pozostał trędowaty do śmierci [2Krn 26,19-21].

Smutna historia człowieka, który przez wiele lat pełnił wolę Bożą i odnosił sukcesy. Może dlatego Bóg w swojej łasce osiągnięcia wielu z nas utrzymuje na przeciętnym poziomie..?

17 lipca, 2017

Czy mi was brakuje?

Lipiec to bardzo dobra pora na zadumę nad rzeczywistym związkiem z braćmi i siostrami z miejscowego zboru. Myśli te nasuwają się niemal same, gdy podczas nabożeństwa widzę puste krzesła z powodu wakacyjnych wyjazdów osób, które normalnie każdej niedzieli je zajmują. Dlaczego aż tak bardzo odczuwam ich nieobecność? Przecież wiem, gdzie są i kiedy wrócą. A jednak przerzedzonych szeregów zborowników nie potrafią mi zrekompensować nawet najwspanialsi goście, którzy w sezonie często biorą udział w naszych nabożeństwach. Niczego i nikogo tak nie pragnę, jak widoku "swoich". Cieszę się z każdego przybysza, który chce z nami wielbić Boga i rozważać Słowo Boże, ale najcenniejszym towarzystwem są dla mnie domownicy wiary.

Czytany dziś przeze mnie Psalm 16 wskazuje na swego rodzaju prawidłowość moich uczuć do miejscowych zborowników. Mówię do Jahwe: Jesteś moim Panem! Nie mam żadnego dobra ponad Ciebie. Do świętych, którzy są w Jego ziemi, jak silne uczynił moje upodobanie do nich [Ps 16,2-3]. Tak jest. Nikt i nic nie równa się z Bogiem! On jest godzien chwały i najwyższego podziwu z mojej strony. Wszakże bracia i siostry w Chrystusie - jako najbliżsi współwyznawcy - są nieodłączną częścią mojej dobrej społeczności z Bogiem. Co do świętych, którzy są w tej ziemi, są wspaniali i są mą rozkoszą (wg Biblii Ewangelicznej). Każda wdowa, każde dziecko, każdy mężczyzna itd. - niezależnie od tego, kim są według ciała - są dla mnie wspaniali i pragnę ich towarzystwa. Nieobecność kogokolwiek z nich w niedzielnym zgromadzeniu to dla mnie duży niedosyt.

Wiem, że w moich uczuciach względem braci i sióstr nie jestem odosobniony. Każdy normalny chrześcijanin, który wyjedzie na urlop lub do sanatorium i przez dwie, trzy kolejne niedziele nie jest obecny w swoim zborze, ktoś taki wie, o czym tu piszę. My nie nudzimy się sobą nawzajem. Ponieważ Chrystus przez wiarę zamieszkał w naszych sercach, lubimy z sobą przebywać. My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, ponieważ kochamy braci [1Jn 3,14]. Nie tylko świeżo po nawróceniu chciałoby się nam, żeby nabożeństwa i spotkania zboru częściej się odbywały. Jakże wartościowa jest dla nas choćby jedna godzina spędzona w towarzystwie świętych. Choćby nie wiem jak prości, spracowani, małomówni - a jednak są oni naszą rozkoszą. To są szlachetni, w nich mam całe upodobanie - głosi przekład Biblii Warszawskiej.

W świetle powyższego nastawienia do zboru, potwierdzonego mi dziś przez Słowo Boże, w żaden sposób nie mogę pojąć ludzi, którzy do społeczności chrześcijańskiej w ogóle się nie przywiązują. Za nienormalną uważam taką sytuację, że ktoś prowadzi osiadły tryb życia, a nie przyłącza się do zboru i w kolejne niedziele bywa sobie w różnych miejscach. Tym bardziej zdumiewa mnie coś takiego, że ktoś jest członkiem określonego zboru, a w niedzielę idzie na nabożeństwo do innego. Jestem przekonany w Panu, że dla wierzącego człowieka najlepszym miejscem w niedzielę jest zbór, którego jest on członkiem. Miłuję zbór, do którego przynależę i wiem, o czym piszę. W każdym zborze można spotkać ludzi miłujących Boga, ale żadna społeczność nie jest dla nas tak wartościowa, jak ta, której jesteśmy członkami.

Korzystając z okazji pragnę zaapelować do każdego chrześcijanina, abyśmy - mając jasno określoną przynależność do zboru - kontakt z domownikami wiary, tj. z członkami swojego zboru, zawsze traktowali priorytetowo. Rozwijajmy i pielęgnujmy społeczność ze świętymi. Dla człowieka miłującego Pana nie ma takich salonów, takich kręgów towarzyskich, takich miejsc i klimatów, które swą wartością i magnetyzmem przewyższyłyby siłę przyciągania zboru Chrystusowego.

W wakacje ta prawda staje się mi szczególnie wyrazista. 

06 lipca, 2017

Prosty sprawdzian miłości

Z racji miejsca zamieszkania, zwłaszcza w sezonie, odbieram
wiele próśb i zapytań o możliwość niekomercyjnego noclegu w Gdańsku. Po latach zauważyłem, że moje odpowiedzi w tej sprawie odzwierciedlają stan mojego serca. Jeżeli ludzi nie znam i dotąd nie miałem z nimi bliższych relacji, to dość łatwo odpowiadam - zresztą zgodnie z prawą - że nie dysponujemy pokojami gościnnymi. Gdy natomiast dzwoni lub pisze do mnie człowiek mi bliski i od lat przeze mnie lubiany, wówczas zaczynam dwoić się i troić, aby tylko zapewnić mu schronienie w naszym mieście. Mam zasadę, że przyjmuję i staram się ugościć ludzi, których kocham. Przyznaję się, że nie wszystkich kocham. Nie każdego kocham jednakowo. Lecz jeśli już kogoś naprawdę kocham, to otwieram dla niego swoje drzwi.

Trzeba mi więc coraz bardziej ważyć słowa. Łatwo jest powiedzieć, że kocham. Rzecz w tym, aby moje słowa miały pokrycie w czynach. Cóż znaczyłyby zapewnienia o Bożej miłości do grzeszników, gdyby Bóg wciąż trzymał przed nami zamknięte drzwi? Miłość usuwa dystans. Pragnie bliskości. Otwiera drzwi i ramiona. Dlaczego odważyliśmy się przyjść pod krzyż Chrystusowy i codziennie z ufną odwagą przystępujemy do tronu Bożego? Ponieważ Bóg powiedział, że nas kocha. I my poznaliśmy tę miłość, którą darzy nas Bóg, i zaufaliśmy jej. Bóg jest miłością [1J 4,16]. Wiem, że On mnie kocha, bo gdy pokornie zwracam się do Niego, nigdy nie jestem zignorowany i odepchnięty. Jego drzwi zawsze są otwarte dla pokutującego grzesznika.

Mam prosty i dość miarodajny sposób na określenie, kto w kraju mnie naprawdę kocha. Wystarczy, że zadzwonię z informacją, że przejeżdżam albo będę przejeżdżał blisko jego domu. Odruch, pierwsze słowa, które w takich okolicznościach słyszę w słuchawce, mówią o miłości wystarczająco dużo. Nie chodzi o to, że chcę być jednakowo kochany przez wszystkich. Nie do każdego też po drodze się wpraszam. Wszakże jeśli wcześniej padła jakaś deklaracja miłości lub pojawiło się jej odczucie, to korzystam z okazji, by sprawdzić czy to wszystko nie jest jedynie czczym złudzeniem? Dzieci, kochajmy nie słowem i nie językiem. Niech czyn potwierdza, że mówimy prawdę [1J 3,18].

Pierwsze słowa dzisiejszego przemówienia prezydenta Donalda Trumpa - przy całej mojej sympatii do Stanów Zjednoczonych - jakoś zabrzmiały mi fałszywą nutą... Ameryka kocha Polskę i Polaków? Naprawdę? To dlaczego od dziesięcioleci nie mogę tam polecieć? Ach wiem, Ameryka podejrzewa nas, że będziemy chcieli ją jakoś wykorzystać, więc dlatego trzyma przed nami zamknięte drzwi. Od dawna obywatele innych krajów mogą tam swobodnie podróżować, ale nie Polacy. Okej, nie ufają nam. To mogę zrozumieć. Jednak dlaczego w tej sytuacji Prezydent USA powiedział, że Ameryka kocha Polskę i Polaków, tego nie rozumiem. Ktoś pomoże mi to pojąć?

W każdym bądź razie dzisiejsze, wstępne słowa przemówienia Prezydenta USA będę miał na uwadze, gdy przyjdzie mi do głowy, by komuś mówić, że go kocham. Deklaracja amerykańskiej miłości do Polski jakoś mimowolnie uwypukliła mi konieczność ważenia słów. Nie daj, Boże, żeby moje wyznania okazały się pustymi słowami.

03 lipca, 2017

Dąż do rozprawienia się ze złem!

Gdy w naszym życiu i otoczeniu dzieje się coś złego, coraz częściej to akceptujemy, uznając, że nie mamy na to wpływu. Zło się panoszy, a my schodzimy mu z drogi. Unikamy konfrontacji. Nie chce się nam walczyć i narażać. Czy jest to postawa godna naśladowcy Jezusa Chrystusa? Spójrzmy dziś na biblijnego proroka Eliasza i jego sławne rozprawienie się z bałwochwalstwem, opisane w Pierwszej Księdze Królewskiej.

Za czasów króla Achaba w Izraelu nastąpił niespotykany wcześniej rozkwit kultu Baala i Aszery. Nie mogący spokojnie na to patrzeć Eliasz pomodlił się, by Bóg powstrzymał deszcz, czym wywołał w całym kraju poważny kryzys. Za klęskę suszy oczywiście obwiniono Eliasza. Nie chciano przyjąć do wiadomości, że przyczyną nieszczęścia są grzechy Izraelitów z ich królem na czele.  Przez trzy i pół roku Bóg cudownie udzielał Eliaszowi schronienia i zaopatrzenia, aż nadeszła stosowna pora rozprawienia się ze złem. Król Achab zwołał zgromadzenie, które z ust proroka usłyszało:  Jak długo będziecie przechylać się to na jedną stronę, to na drugą? Jeśli PAN jest Bogiem, idźcie za Nim, a jeśli Baal, idźcie za nim![1Kr 18,21]. Jednocześnie Eliasz na oczach Izraelitów doprowadził do wielkiej konfrontacji z kultem Baala. W kulminacyjnym momencie całego zajścia JHWH zesłał ogień z nieba, dając jednoznaczne świadectwo, że jest Bogiem żywym i prawdziwym, co oznaczało upadek bałwochwalczego kultu i śmierć kapłanów Baala. Wtedy Eliasz modlił się i wkrótce na ziemię izraelską spadł upragniony deszcz. Krótko mówiąc, Eliasz, którego imię znaczy: Moim Bogiem jest Jahwe, nie tylko nie pogodził się z bałwochwalstwem w Izraelu ale podjął radykalne kroki zmierzające do rozprawienia się z tym złem! I tak się stało.

W naszym życiu także mamy do czynienia ze złem i to pod różną postacią. Zacznijmy od grzechów osobistych, na przykład takich jak niewiara w Jezusa Chrystusa, kłamstwo, nałogi, uzależnienia, obżarstwo, nieposłuszeństwo rodzicom, lenistwo, zazdrość, nerwowość, plotkarstwo, egoizm itd. Zło obecne jest też w relacjach międzyludzkich. Niezgoda w małżeństwie, nadużywanie władzy rodzicielskiej, nieposłuszeństwo dzieci, przemoc w rodzinie, nierówny podział obowiązków w domu, kłótnie sąsiedzkie, konflikt interesów w pracy czy animozje w zborze. Zło tkwi i w tym, że obserwujemy rażące, grzeszne zachowanie kogoś z naszego otoczenia, a przemilczamy sprawę, ponieważ kochamy go i cenimy, albo się go boimy. Czasem nabieramy wody w usta, bo jesteśmy od niego zależni finansowo lub życiowo. Złem są także rozmaite układy, spółki, sojusze i związki. Flirt z osobą nieodrodzoną z Ducha Świętego. Wspólny interes z przestępcą. Korzystanie z przywilejów za cenę przemilczania złego. Ekumeniczne jednanie się z bałwochwalcami, którzy domagają się, by traktować ich jak braci i siostry w Chrystusie. Ze złem mamy do czynienia nawet w obrębie samego zboru w postaci złej nauki, liberalizacji poglądów, zeświecczenia życia, niemoralności, nadużyć finansowych itp.

Jak reagujemy na zło? Coraz częściej zauważyć można w ludziach przyjazne nastawienie do zła i jego akceptację. Bagatelizowanie sprawy i tolerancję. Czasem strach, obawę i schodzenie mu z drogi. Niemal wszystkie reakcje ostatecznie kończą się uznanie zła za rzecz już "normalną" i pokojową koegzystencją ze złem.

Eliasz zachował się inaczej! Naśladowcom Jezusa też trzeba uznać, że zło jest złem! Nie można godzić się na akceptowanie grzechu. Słuchajmy głosu Ducha Świętego i nie bójmy się, że nasz sprzeciw wobec zła może wywołać jakiś kryzys. Tak się z pewnością stanie, bo w większości przypadków, by doszło do opamiętania i odwrócenia się od grzechów, wcześniej konieczny jest jakiś wstrząs w życiu osobistym lub społecznym. W każdym razie i niezależnie od ceny, którą przyjdzie się nam zapłacić, dążmy do rozprawienia się ze złem. Ufajmy Bogu, że się o nas zatroszczy, jak zatroszczył się o Eliasza. Oczywiście, bądźmy roztropni działając we właściwym czasie, ale – na Boga – bądźmy radykalni w rozprawianiu się ze złem. Tylko w ten sposób i sami naprawimy swoje drogi, i staniemy się Bożym narzędziem do przywrócenia błogosławieństwa Bożego dla wielu naszych bliźnich.

Przyjaciele! Istniejące zło wymaga naszej zdecydowanej reakcji. Postanówmy, że nie będziemy dłużej przemilczać złego. Powstańmy, by dążyć do rozprawienia się z tym, co złe w naszym życiu! Nie gódźmy się dłużej na to, by zło okradało nas z radości, obciążało nasze sumienie i psuło nasze świadectwo  życia. Bóg nam daje zwycięstwo w Jezusie Chrystusie! Powstańmy do walki. Zróbmy to mądrze! Po Bożemu! Wywołajmy tym nawet jakiś kryzys, ale zdecydowanie w imię Pańskie stańmy oko w oko z grzechem, a Bóg ześle ogień z nieba! Ogień, który przesądzi o naszym zwycięstwie w rozprawieniu się ze złem.

Tutaj możesz posłuchać powyższego poselstwa Słowa Bożego, wygłoszonego w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku w niedzielę, 2 lipca 2017 roku.

28 czerwca, 2017

Chwile z pierwiastkiem chwały

W dzisiejszej lekturze Biblii moją szczególną uwagę wzbudziły słowa: Panie, nikt nie potrafi jak Ty wobec mocnych dopomóc tym, którym brakuje sił [2Kn 14,10]. Tak swego czasu zawołał  król judzki Asa przed bitwą z przeważającymi siłami wroga. Pomodlił się i wyszedł im naprzeciw. Dzięki nadnaturalnemu wsparciu ze strony PANA, rola Judejczyków w tym starciu ograniczyła się jedynie do pościgu i zebrania łupów.

Nieraz stajemy oko w oko z czymś mocniejszym od nas. Zwykle na odległość dość łatwo deklarujemy spokój i zaufanie, zwłaszcza gdy przeciwności mają charakter ogólnikowy. Lecz gdy milion "Kuszytów" nam osobiście zaczyna dobierać się do skóry a przy tym wyraźnie widać, że problem nas przerasta,  wówczas przychodzi czas na wiarę prawdziwą.

Okoliczności, gdy komuś ewidentnie brakuje sił wobec mocnych, są dla chrześcijanina okazją do niecodziennych przeżyć i zapowiadają chwałę nadnaturalnego zwycięstwa. Goliat w oczach Dawida nie jest olbrzymem. Dzięki wierze przeobraża się w olbrzymi triumf. Dlaczego? Ponieważ Pan ma upodobanie w tym, aby przychodzić w sukurs ludziom wierzącym, gdy w imię Boże odważnie stają oko w oko z silniejszym od siebie wrogiem.

Takie chwile zawsze mają w sobie pierwiastek chwały!

25 czerwca, 2017

Co robić gdy wygaśnie?

Pamiętam z dzieciństwa takie sytuacje gdy zaabsorbowani innymi zajęciami nie dopilnowaliśmy ognia i wygasło nam zimą w domowym piecu. Nie mieliśmy żadnego alternatywnego źródła ciepła. Czym prędzej trzeba było ten ogień rozpalić na nowo.

Z chwilą narodzin Kościoła Chrystus Pan rozpalił niezwykły ogień w sercach swoich naśladowców. Wówczas zobaczyli jakby języki ognia. Rozdzieliły się one i spoczęły na każdym z nich. Wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym... [Dz 2,3]. Był to ogień wielkiej gorliwości w oddaniu się Panu Jezusowi i głoszeniu ewangelii Chrystusowej. Ależ wtedy zaczęło się dziać! Wierzący budowali się duchowo, żyli w bojaźni Pana, a dzięki zachęcie Ducha Świętego ich grono rosło liczebnie [Dz 9,31].

Żarliwość nie jest chrześcijanom przypisana automatycznie i na stałe. Ogień Ducha Świętego trzeba nam stale podtrzymywać. W gorliwości nie ustawając, płomienni duchem, Panu służcie [Rz 12,11]. Prawdziwe chrześcijaństwo nacechowane jest niezwykłym uniesieniem serc. Z radością i wielką pasją żyjemy dla Pana i Jemu służymy. Jesteśmy na co dzień autentycznymi zapaleńcami w naśladowaniu i zwiastowaniu Jezusa Chrystusa.

A co robić, gdy ten ogień wygaśnie? Rozpal na nowo dar łaski Bożej, który jest w tobie przez nałożenie moich rąk [2Tm 1,6] podpowiada Pismo Święte. Tak jest. Trzeba nam czym prędzej ten ogień na nowo rozpalić.

Dzisiejsza "rozpałka" duchowa w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE - posługa ewangelisty Jakuba Kamińskiego

24 czerwca, 2017

Po co żyć

Dziś od rana przenika mnie apostolskie wyznanie na temat sensu życia w ciele. Normalnie chrześcijanin chciałby stąd odejść i być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze [Fl 1,23]. Życie w ciele, w oddaleniu od Pana Jezusa, a w otoczeniu bezbożnego świata, z chwilą nowego narodzenia przestało być atrakcją samą w sobie. Jeśli już żyć w ciele, to dla owocnej pracy [Flp 1,22].

Słowo Boże ma tu oczywiście na myśli pracę dla Pana. Pracować na rzecz Królestwa Bożego można na różne sposoby; głosząc ewangelię, podając w imię Jezusa pomocną dłoń, okazując miłość ludziom odrzuconym, starając się o dobro bliźniego, rozmawiając, pisząc i śpiewając o Jezusie, wspierając dzieła Boże materialnie, angażując się w pracę fizyczną w zborze itd.

Przeciętny człowiek większość życia w ciele przeznacza na edukację, pracę zarobkową, rozrywkę, dorabianie się, poprawianie warunków życia, utrzymanie zdrowia, sport, hobby lub jakąś aktywność społeczną. Mało kto na co dzień myśli o tym, aby jak najwięcej czasu i sił przeznaczyć na pracę dla Pana. Gdy kończy się nam okres aktywności zawodowej pragniemy - jak najbardziej - dalej żyć, by wypoczywać i konsumować życiowy dorobek.

Jakże inny ogląd sprawy prezentuje natchniony Duchem Świętym apostoł Paweł. Jeśli już żyć w ciele, to dla owocnej pracy. Życie chrześcijanina w ciele tylko po to, aby zjadać kolejne kilogramy jedzenia i gorączkowo rozglądać się potem za ubikacją, nie jest godne ewangelii Chrystusowej. Normalny chrześcijanin przez całe życie, aż po sam grób, jest Bożym pracownikiem. Z upływem czasu zmienia się oczywiście charakter i stopień naszej aktywności w pracy dla Pana, ale nigdy w służbie Bożej nie przechodzimy na emeryturę. Gdy Bóg nie chce już dłużej używać w ciele na ziemi swojego pracownika, to zabiera go do Siebie. Dawid, gdy względem swego pokolenia spełnił służbę zgodną z Bożym planem, zasnął, został przyłączony do swych ojców [Dz 13,36].

Po co żyć? Po co zmagać się z wciąż na nowo wyłaniającymi się przeciwnościami losu? Tylko po to, żeby żyć dłużej? Nie. Jeśli już żyć w ciele, to dla owocnej pracy.

23 czerwca, 2017

W Dniu Ojca - do Ojca

W Dniu Ojca od rana tylko jedno ciśnie mi się do głowy:

Ojcze nasz, który jesteś w niebie, niech świętość otacza Twe imię.
Niech Twoje Królestwo nastanie i Twoja wola ziemią zawładnie tak, jak włada niebem.
Prosimy Ciebie, daj nam dziś naszego powszedniego chleba.
I przebacz winy tak jak my wobec nas winnym przebaczyliśmy.
Bądź przy nas także w chwili próby, aby zachować nas od złego, ponieważ Twoje jest Królestwo, moc i chwała - na wieki.
Amen.
[Mt 6,9-13 wg Biblii Ewangelicznej]



18 czerwca, 2017

Bądźmy mężni!

Jednym z obecnych znaków czasu jest postępująca kruchość i miękkość charakterów. Wprawdzie nic w tym dziwnego, że chcielibyśmy, aby wszystko układało się po naszej myśli i spełniało nasze zachcianki, lecz każda rozumna istota wie, że nie zawsze tak być może. Nieraz trzeba poczekać, odmówić sobie chwili przyjemności i zaprzeć się samego siebie.

Szczególnie naśladowcy Jezusa dobrze wiedzą co mam na myśli. Wszystko nam wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne. Wszystko nam wolno ale nie wszystko buduje. Wszystko nam wolno, lecz my nie damy się niczym zniewolić. Takie zasady zaczerpnęliśmy z nauki apostolskiej. Nie rozczulamy się nad sobą i nie użalamy się nad swoim losem. Dopóki jesteśmy w tym ciele, naśladowanie Pana wymaga samodyscypliny. Wsłuchiwanie się w swoje naturalne pragnienia bardzo temu przeszkadza. Zadajcie zatem śmierć temu, co w członkach ziemskie. Mam na myśli rozwiązłość, nieczystość, zmysłowość, złe pragnienia i zachłanność równoznaczną z bałwochwalstwem [Kol 3,5].

Nieraz byłoby nam trzeba mocno zapłakać nad swoimi grzechami, ukorzyć się przed Bogiem i ludźmi, przyjąć napomnienie, urządzić post, opamiętać się i dać sobie mocno w kość, aby z Bożą pomocą zapanować nad własnymi słabościami i namiętnościami. Tymczasem coraz częściej w takich chwilach przyjmujemy inną postawę. Oczekujemy, żeby wynikający ze złego zachowania dyskomfort ktoś nam czym prędzej złagodził. Mimo popełnionego grzechu, chcemy dobrego słowa, pocieszenia, przytulenia i jakiegoś wytłumaczenia nam, że wcale nie jesteśmy tacy źli. Gdy tego w naszym środowisku nie otrzymujemy, to akceptacji idziemy szukać gdzieś indziej.

W zdrowej społeczności chrześcijańskiej nie ma pozytywnej reakcji na grzech. Nie usłyszysz słowa pochwały dla lenistwa, obżarstwa, samowoli, kłótliwości, skąpstwa czy egocentryzmu. Zbór to wspólnota świętych, to żołnierze Chrystusa toczący zacięty bój duchowy o zbawienie i to nie tylko własnych dusz. Roztkliwianie się nad sobą jest tu bardzo nie na miejscu. Aby wytrwać do końca trzeba nam będzie coraz większego hartu ducha. Ludzie wsłuchujący się w samych siebie któregoś dnia odpadną. Patrzmy na Jezusa! Nie rozczulajmy się nad sobą. Nie rozmyślajmy nad tym, jak naśladowanie Pana Jezusa wiele nas kosztuje. Bądźmy mężni! Wyznaczony nam cel wart jest każdego poświęcenia.

Jozue, młody przywódca Izraela miał wraz ze swoim ludem przekroczyć Jordan i objąć w posiadanie Ziemię Obiecaną. Tylko bądź mocny i bardzo mężny - usłyszał. Jeszcze raz cię wzywam: Bądź mocny i mężny! Nie bój się i nie zniechęcaj się, bo Pan, twój Bóg, będzie z tobą wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz [Joz 1,7 i 9]. Tak będzie i z nami. Bądźmy mężni.

04 czerwca, 2017

Po co żaglom wiatr?

Żagle. Po co je projektują i szyją? Żeby łapały wiatr i umożliwiały prawidłowe korzystanie z jego siły. Wiatr w żaglach to piękno i radość prawdziwego żeglowania. Ale uwaga! Gdy wieje silny wiatr, nieraz robi się niebezpiecznie. Może więc lepiej, żeby wiatru nie było? Gdy wiatr cichnie – żagiel uspokaja się, zamiera i robi się sielankowo. Nawet na głębokiej toni nie ma zaskakujących zwrotów okoliczności. Można skupić się na zaspokajaniu swoich pragnień. Synonimem takiej postawy jest sławny „Żagiel” w Dubaju, czyli najwyższy budynek hotelowy świata, zarazem będący świątynią ludzkiego hedonizmu.

Brak wiatru wszakże to - niestety - zero zmian. Żadnych nowych celów, redukcja postępu i poczucia przygody. Dlatego prawdziwi żeglarze pragną wiatru! Sami za nim tęsknią i też innym życzą wiatru w żaglach. Mając żagiel nad głową, trudno usiedzieć w jednym miejscu. Co robić, gdy następuje flauta, cisza morska, tj. zupełny brak wiatru? Ażeby się przemieszczać, niektórzy pseudo żeglarze wyciągają wówczas własny napęd i odpalają silniki. Rasowi żeglarze natomiast nie plamią się takimi uproszczeniami. Czekają na wiatr. Czuwają, żeby już przy pierwszym powiewie, czym prędzej złapać wiatr w żagle.

Po tak sugestywnym wstępie pora na dwa fragmenty Pisma Świętego. Wiatr wieje dokąd chce – słyszysz jego szum, ale nie wiesz, skąd nadciąga i dokąd zmierza; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha [J 3,8]. A gdy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy byli wszyscy razem zgromadzeni w jednym miejscu. Nagle od strony nieba dał się słyszeć szum. Był jak uderzenie potężnego wiatru. Wypełnił cały dom, w którym się zebrali. Wówczas zobaczyli jakby języki ognia. Rozdzieliły się one i spoczęły na każdym z nich. Wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym i zaczęli mówić innymi językami, stosownie do tego, jak Duch im to umożliwiał [Dz 2,1-4].

Wiatr to biblijny obraz pomagający zrozumieć działanie Ducha Świętego. Na użytek tego rozważania proponuję następującą paralelę: Wiatr i żagiel – Duch Święty i chrześcijanin.

Tak jak żagiel ma łapać wiatr i wykorzystywać jego siłę, tak chrześcijanin ma nastawić się na działanie Ducha Bożego. Biblia uczy, że napełnienie człowieka Duchem Świętym ma konkretne cele i skutki. Jakie?  Moc do prowadzenia nowego życia. Zdolność do bycia świadkiem Jezusa. Wewnętrzne świadectwo przynależności do Boga. Korzystanie z darów Ducha. Wydawanie owocu Ducha. Nade wszystko zaś tym razem podkreślmy, że celem napełnienia Duchem Świętym jest Jego kierownictwo w codziennym życiu.

Nie trzeba być żaglem, by zatrzepotać na wietrze. Potrafi to nawet zwykła chustka czy torba foliowa, ale poza efektem wizualno-akustycznym nie ma z tego większego pożytku. Tak bywa z niektórymi ludźmi. Gdy Duch zaczyna działać – przeżywają poruszenie Ducha i… to wszystko. Praktycznie żyją, tak jak dawniej. Dobrze ilustruje to przypadek Saula, pierwszego króla Izraela. Miał on chwilę napełnienia Duchem, zanim został ustanowiony królem Izraela. Niestety, wkrótce okazał nieposłuszeństwo Bogu i od Saula odstąpił Duch Pański. Potem znowu zdarzyło się, że Duch go poruszył. Żadne jednak z tych poruszeń Ducha nie oznaczało Jego kierownictwa w życiu Saula. Oddajmy głos Pismu Świętemu:

A gdy Dawid uciekł i ocalał, przybył do Samuela do Ramy i opowiedział mu wszystko, jak z nim postąpił Saul. Potem poszedł wraz z Samuelem i zamieszkali w osiedlu prorockim. I doniesiono Saulowi: Oto Dawid przebywa w osiedlu prorockim w Ramie. Wysłał więc Saul oprawców, aby pojmali Dawida. A gdy oni ujrzeli poczet proroków będących w zachwyceniu, a na ich czele Samuela, na oprawców Saula zstąpił Duch Boży i oni również wpadli w zachwycenie. I donieśli o tym Saulowi; wysłał więc innych oprawców, lecz także oni wpadli w zachwycenie. Toteż Saul wysłał ponownie trzecich już oprawców, ale i oni wpadli w zachwycenie. Wreszcie i on sam udał się do Ramy, a przyszedłszy do wielkiej studni, która jest przy Sęk, zapytał: Gdzie jest Samuel i Dawid? I odpowiedziano mu: W osiedlu prorockim w Ramie. Udał się tedy do osiedla prorockiego w Ramie; lecz i nim owładnął Duch Boży i wpadł w zachwycenie, i był w tym zachwyceniu, aż doszedł do osiedla prorockiego w Ramie. Tam także i on zrzucił z siebie swoje szaty i był w zachwyceniu przed Samuelem, a padłszy na ziemię leżał nagi przez cały ten dzień i przez całą noc; dlatego mówi się: Czy i Saul między prorokami? [1Sm 19,18-24].

Trzy myśli cisną się do głowy po przeczytaniu powyższego fragmentu Pisma: Można popaść w zachwycenie Ducha nie będąc pojednanym z Bogiem i nie mając prawidłowej relacji z Bogiem. Nie każde napełnienie Duchem skutkuje Jego prowadzeniem w życiu. Saul w wyniku tego zachwycenia nie zaczął pełnić woli Bożej. Zachwyceniu Duchem Bożym u ludzi nie mających prawidłowej relacji z Bogiem towarzyszą kontrowersyjne zachowania i zjawiska. Saul nagi leżał na ziemi przez cały dzień i całą noc. Bywamy i w naszych czasach świadkami na tyle dziwnego zachowania niektórych ludzi w zachwyceniu Duchem, że aż trudno to komentować.

Każdy może przeżyć chwilowe poruszenie Duchem. Powyższa historia pomaga zrozumieć, jak to jest, że niektórzy ludzie mówią innymi językami, prorokują itd., a wcale nie odwrócili się od swego bałwochwalstwa, nie odczuwają potrzeby rewizji swoich poglądów ani okazania posłuszeństwa ewangelii Chrystusowej. Jakoś tam manifestują zachwycenie Duchem, ale On ich nie prowadzi.

Kapitalnym znakiem prawdziwego napełnienia Duchem jest prowadzenie przez Ducha Świętego. Wy natomiast nie jesteście w ciele lecz w Duchu – jeśli tylko Duch Boży w was mieszka. Kto zaś nie ma Ducha Chrystusa, ten do Niego nie należy. Jeśli jednak Chrystus w was jest, to chociaż ciało jest martwe z powodu grzechu, duch jest żywy dzięki sprawiedliwości. Jeśli zaś mieszka w was Duch Tego, który wzbudził Jezusa z martwych, to Ten, który przywrócił do życia Jezusa Chrystusa, ożywi również wasze śmiertelne ciała przez swego Ducha, który mieszka w was. […] Bo wszyscy, których prowadzi Duch Boży, są dziećmi Boga [Rz 8,9-14].

Życie chrześcijan prowadzonych Duchem Świętym jest nakierowane na Królestwo Boże. Służba każdego poszczególnego chrześcijanina charakteryzuje się celowością i rozwojem. Nie wszyscy robią to samo, a jednak każdy z nich działa z natchnienia Ducha Świętego. Tak jak wiele żaglówek widzimy na pełnym morzu, a każda z nich płynie w określonym tempie i kierunku, tak jest z wpływem Ducha Świętego na ludzi wierzących. Ten sam Duch, a różne dary i posługi. Niczym żagle łapią wiatr, tak dzieci Boże korzystają z powiewu Ducha i dzięki Jego mocy osiągają duchowe cele.

Ale uwaga! Prowadzenie Ducha nie jest wynikiem ludzkiej kalkulacji. Pomyślmy, jakże inaczej potoczyłyby się sprawy, gdyby w działalność pierwszych chrześcijan włączono tak modne dzisiaj ludzkie „know how”? Oto Jezus pełen Ducha został poprowadzony na pustynię, gdzie kusił go diabeł. Oto Szczepan pełen Ducha przemówił i został ukamienowany. Piotr pełen Ducha popsuł euforyczną atmosferę prazboru zadając niewygodne pytania Ananiaszowi i Safirze. Barnaba pełen Ducha poszedł aż do Tarsu szukać kontrowersyjnego faryzeusza Saula. Wiele innych jeszcze przykładów ciśnie się do głowy, a wszystkie dobitnie świadczą o tym, że wolę Bożą pełnią ci, którzy nie radząc się ciała i krwi, bezdyskusyjnie poddają się kierownictwu Ducha Świętego. Dzięki prowadzeniu Ducha wiedzą, co robić. Dzięki prowadzeniu Ducha wiedzą też, czego nie robić!
Napełnienie Duchem Świętym przekłada się na Jego kierownictwo i biorącą się z tego aktywność oraz moc do dalszej służby.

Życie ludzi napełnionych Duchem Świętym nabiera charakteru i cech wspaniałej przygody. Wiatr wieje dokąd chce – słyszysz jego szum, ale nie wiesz, skąd nadciąga i dokąd zmierza; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha. Nie wiesz, jak Duch cię jutro poprowadzi, ale poprowadzi! I jest w tym spora dawka adrenaliny. Oto przykład: A gdy was wodzić będą do synagog i do urzędów, i do władz, nie troszczcie się, jak się bronić i co mówić będziecie. Duch Święty bowiem pouczy was w tej właśnie godzinie, co trzeba mówić [Łk 12,11-12]. Czyż dla takich chwil nie warto żyć?!  Duch wieje, jak chce!  Nie potrafisz tego ogarnąć rozumem. Jest w tym adrenalina! Jest przygoda! Jest co opowiadać! Duch - działając zawsze zgodnie z myślą Bożą objawioną w Piśmie Świętym - raz po raz nas zaskakuje i zamienia nasze życie w jedną wielką niespodziankę!

Powróćmy do obrazu żagla i wiatru. Żagiel jest uszyty, aby łapać wiatr i korzystać z jego siły. Różne płachty, prześcieradła i chustki są zdolne, by powiewać na wietrze  - ale niczego nie wprawiają w pożyteczny ruch. Żagiel – odpowiednio założony na maszt – łapie wiatr i pozwala wprawić łódź w ruch zgodnie z wolą sternika.

Żagiel zawsze potrzebuje wiatru! Podobnie jest z chrześcijaninem. Jesteśmy powołani do tego, aby iść i wydawać owoc, i aby owoc nasz był trwały. Nie zrobimy tego o własnych siłach. Napełnienie Duchem Świętym nadaje naszemu życiu odpowiedniego kierunku, dynamiki i trwałości. Chrześcijanin bez Ducha Świętego jest w duchowym zastoju. Bywa, że wtedy różnymi sposobami zaczyna nakręcać się po swojemu. Nie upijajcie się też winem, bo przy tym łatwo o nieprzyzwoitość, ale dbajcie o to, aby Duch mógł was stale napełniać [Ef 5,18].

Podobnie jak żagiel potrzebuje wiatru – tak my potrzebujemy Ducha Świętego. Łapmy wiatr!  Napełniajmy się Duchem! Zapamiętajmy to z tegorocznego święta Zesłania Ducha Świętego.

22 maja, 2017

Błogosławieństwo wypróbowania

Każdy remontowany w stoczni statek zanim wypłynie na wielkie wody, przejść musi na Zatoce Gdańskiej szereg prób. Sprawdza się go pod względem mocy, sterowności, stabilności i nawigacji. Dopiero gdy przedstawiciele właściciela, stoczni i ubezpieczyciela wydadzą mu zgodne świadectwo pozytywnego przejścia przez próby, statek gotowy jest do wyjścia w morze.

Syn Boży, Jezus Chrystus, zanim rozpoczął publiczną służbę, bezpośrednio po chrzcie w Jordanie, został poddany próbie. Następnie Jezus pełen Ducha Świętego wrócił znad Jordanu i wiedziony przez Ducha chodził po pustyni, gdzie przez czterdzieści dni  diabeł poddawał Go próbie [Łk 4,1-2]. Miał przed sobą wielkie zadanie zbawienia ludzi od ich grzechów. Miał stać się naszym Arcykapłanem. Pismo Święte wydało Jezusowi jak najlepsze świadectwo pozytywnego przejścia przez te i inne jeszcze próby. Dlatego tak mówi Wszechmocny Pan: Oto Ja kładę na Syjonie kamień, kamień wypróbowany, kosztowny kamień węgielny mocnego fundamentu [Iz 28,16]. A że sam przeszedł przez cierpienie i próby, może dopomóc tym, którzy przez próby przechodzą[Hbr 2,18].

Naśladowcy Jezusa Chrystusa pragną udziału w Królestwie Bożym. Nastawiamy się na wieczność w towarzystwie naszego Pana, Jezusa Chrystusa i królowania z Nim w chwale. Skoro podjęcie najprostszej nawet pracy zazwyczaj wiąże się z przejściem przez okres próbny, to tym bardziej Bóg, zanim nas zabierze do swego Królestwa, poddaje nas rozmaitym próbom. Szczęśliwy człowiek, który przechodzi przez próbę, bo gdy zostanie wypróbowany, otrzyma wieniec życia, który Bóg obiecał tym, którzy Go kochają [Jk 1,12]. Dzięki próbom do nieba nie przedostanie się nikt, kto zatruwałby tam swoim zachowaniem niebiańską atmosferę.

Wobec powyższego nastawmy się pozytywnie do prób, jakie przechodzimy. Drodzy bracia, za najwyższą radość uważajcie te chwile, gdy jesteście poddawani przeróżnym próbom [Jk 1,2]. Prośmy, aby Bóg nas zbadał i przetestował. Poddawajcie samych siebie próbie: Czy trwacie w wierze? Doświadczajcie siebie: Czy dostrzegacie u siebie to, że Jezus Chrystus jest w was? [2Ko 13,5].

Całość kazania do posłuchania - tutaj!

10 maja, 2017

Spełniaj czym prędzej swój zamiar!

Ludzie noszą w sercu i obmyślają różne zamiary. Jedne wynikają z poczucia obowiązku, drugie z chęci uporządkowania lub naprawienia czegoś w życiu. Jeszcze inne rodzą się z namiętności i marzeń, a są też zamiary z gruntu złe i bezbożne. W tych dniach zaintrygowały mnie słowa Jezusa skierowane do Judasza podczas Jego ostatniej Paschy.

I wtedy, gdy Judasz wziął kawałek chleba, wstąpił w niego szatan. Jezus powiedział więc do niego: Spełniaj czym prędzej swój zamiar. Nikt ze spoczywających przy stole nie zrozumiał jednak, o co chodzi. Niektórzy przypuszczali nawet, że ponieważ Judasz zarządzał sakiewką, Jezus posyła go, by kupił czego im trzeba na święto, albo by dał coś ubogim. On zatem wziął ten kawałek i natychmiast wyszedł. A była noc [Jn 13,27-30].

W jakich okolicznościach Judasz powziął zamiar wydania Jezusa? Przede wszystkim trzeba tu wspomnieć o jego miłości do pieniędzy. Opiekując się wspólną sakiewką, podkradał z niej sobie. Bardzo się też oburzał, gdy jakaś kwota będąca w ich zasięgu, ostatecznie nie trafiała pod jego opiekę. Tak było na przykład z flakonem kosztownego olejku nardowego. Do tego stopnia nie mógł odżałować straty trzystu denarów, że od tej chwili korzyści dla siebie postanowił poszukać gdzie indziej. W Judasza zaś, zwanego Iskariot, który należał do dwunastu, wstąpił szatan; i ten odszedłszy, umówił się z arcykapłanami i dowódcami straży co do sposobu, jak im go wydać. I ucieszyli się, i ułożyli się z nim, że mu dadzą pieniądze. A on zgodził się i szukał sposobu, jak by go wydać z dala od ludu [Łk 22,3-6].

Człowiek miłujący świat bardziej niż Boga, podatny jest na wpływy diabła. Takie przypadki zdarzają się również w środowisku naśladowców Jezusa. Judasz powziął złe zamiary zanim zasiadł do wieczerzy paschalnej. Diabeł zasiał już w sercu Judasza syna Szymona Iskariota, myśl o wydaniu Go [J 13,2]. I wtedy, gdy Judasz wziął kawałek chleba, wstąpił w niego szatan. Poprzez ten zwyczajny szczegół potwierdziło się Słowo Boże z Psalmu 41. Ten, który je mój chleb wystąpił przeciwko Mnie zdradziecko [ Ps 41,10]. Jezus – o, dziwo! – nie próbował odwodzić Judasza od jego pomysłu. Wręcz przeciwnie. Spełniaj czym prędzej swój zamiar! – zaapelował do zdrajcy.

Niech te słowa Jezusa przemówią też dzisiaj do nas i to przynajmniej w kilku sferach.

1. Spełniaj czym prędzej swój zamiar w odniesieniu do wyjawienia, kim naprawdę jesteś. Są wokół nas ludzie obłudni i knujący - jak Judasz - złe zamiary. Czym srebrna glazura na czaszy, tym gładkie wargi i złe serce. Ten, kto nienawidzi, udaje wargami innego, lecz w sercu knuje podstęp; nie wierz mu, choć odzywa się miłym głosem, gdyż siedem obrzydliwości jest w jego sercu. Choć nienawiść ubiera się w szatę pozornej życzliwości, to jednak jej złość wyjdzie na jaw w zgromadzeniu [Prz 26,23-26]. Dość ściemy! – chciałoby się komuś takiemu powiedzieć. Nie ukrywaj, kim naprawdę jesteś! I tak wszystko kiedyś wyjdzie na jaw. Przynajmniej niech ludzie wiedzą, z kim mają do czynienia. Mają prawo to wiedzieć. Dzięki temu będą mogli się ciebie wystrzegać. Przy wyjawieniu prawdy pojawia się możliwość zapoczątkowania wobec ciebie procesu zbawczego oddziaływania. Kto ukrywa występki, nie ma powodzenia, lecz kto je wyznaje i porzuca, dostępuje miłosierdzia [Prz 28,13].

2. Spełniaj czym prędzej swój zamiar w odniesieniu do  nawrócenia. To może być dziś dla nas najważniejszy wniosek z tego wezwania. Nosimy w sercu wiele postanowień, że trzeba się  opamiętać. Zasadniczo i po raz pierwszy, ale także kolejny już raz. Przecież zawsze, gdy zeszliśmy z drogi naśladowania Pana, należy na nią powracać. Nieraz trzeba nam się opamiętać także w sensie jakiejś pojedynczej sprawy lub korekty w określonej dziedzinie życia. Bywa, że całymi latami odkładamy ten krok na potem. Spełniaj czym prędzej swój zamiar, Jezus mówi bowiem: W czasie łaski wysłuchałem cię, a w dniu zbawienia pomogłem ci; Oto teraz czas łaski, oto teraz dzień zbawienia [2Ko 6,2]. Dlatego, jak mówi Duch Święty: Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych [Hbr 3,7].

3. Spełniaj czym prędzej swój zamiar w odniesieniu do twojego powołania. Każdy chrześcijanin jest powołany do pełnienia w Ciele Chrystusowym określonej roli. Wiemy to i jak najbardziej zamierzamy wywiązywać się ze swojego powołania. Rzecz w tym, że odkładamy to na potem. Albo w ogóle nie przystąpiliśmy do wypełniania swego powołania, albo się wycofaliśmy i opuściliśmy  wyznaczone nam stanowisko.  Z tego powodu przypominam ci, abyś rozniecił na nowo dar łaski Bożej, którego udzieliłem ci przez włożenie rąk moich [2Tm 1,6] – wzywał apostoł młodego Tymoteusza. Dobrze, że wciąż myślisz o swoim powołaniu. Dobrze, że planujesz zgodnie z nim żyć. Spełniaj czym prędzej swój zamiar!

4. Spełniaj czym prędzej swój zamiar w odniesieniu do uświęcenia. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że wszyscy jesteśmy powołani do uświęcenia. Powinniśmy ustawicznie  do niego dążyć. Chociaż diabeł nie jest w stanie wmówić nam, że uświęcenie jest niepotrzebne, to jednak dość łatwo udaje mu się nas przekonać, żebyśmy odłożyli je na potem. Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały [Flp 4,8].

Spełniaj czym prędzej swój zamiar! Zamiar dążenia do uświęcenia. Zamiar życia zgodnie z powołaniem oraz zamiar nawrócenia się całym sercem do Pana Jezusa Chrystusa!

30 kwietnia, 2017

Odszukać i ocalić!

Niezrozumiała i zaskakująca to scena, gdy w sielankową scenerię miasta wdziera się nagle i ujawnia jakaś walka, strzelanina, ucieczka, pogoń, aresztowanie lub akt terroryzmu. O czym to świadczy? O tym, że gdzieś obok nas dzieją się rzeczy, z których ludzie nie zdają sobie sprawy. Ktoś na kogoś poluje, chce skrzywdzić, zemścić się, okraść, porwać, nastraszyć. W takich sytuacjach nie zawsze wiadomo, kto jest zły, a kto dobry? Kogo ratować, komu pomagać, a komu próbować się przeciwstawić?  Orientują się w tym tylko te osoby, które bezpośrednio w sprawę są zaangażowani.

Zaczynam od takiego właśnie obrazu, bowiem dobrze ilustruje on rozmaite sytuacje, z którymi, jako chrześcijanie, mamy do czynienia w sferze duchowej. Otóż, w łatwo dostrzegalną rzeczywistość fizyczną wplata się i ma miejsce akcja duchowa, dostrzegalna i zrozumiała jedynie dla nielicznych. Jako ludzie wrażliwi na ludzkie potrzeby, gotowi podawać rękę pomocy, nie zawsze mamy w tym pełne rozeznanie. Normalnie, wręcz podświadomie, rodzi się w nas współczucie i chęć ratunku na widok osoby chorej, ubogiej, porwanej, bitej lub sędziwej. Tymczasem ratunku potrzebują też ludzie, o których w pierwszym odczuciu tak nie myślimy. Dla przykładu, przyjrzymy się sytuacji człowieka, który nie był ani chory, ani biedny, ani bezrobotny, a jednak potrzebował ocalenia.

Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. W tym czasie pewien bogaty człowiek imieniem Zacheusz, przełożony celników, próbował zobaczyć Jezusa. Chciał on się dowiedzieć, kim Jezus jest, lecz nie mógł, gdyż był niskiego wzrostu i tłum mu Go zasłaniał. Pobiegł więc naprzód i, aby ujrzeć Jezusa, wspiął się na sykomorę rosnącą przy drodze, którą Pan miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i powiedział: Zacheuszu, zejdź prędko, gdyż dziś muszę zatrzymać się w twoim domu. Zacheusz zszedł więc czym prędzej i z radością przyjął Go u siebie. Zajście to wywołało powszechne niezadowolenie: Poszedł w gościnę do grzesznika – szemrano. Zacheusz natomiast podniósł się i oświadczył wobec Jezusa: Panie, oto połowę mojego majątku przeznaczam dla ubogich, a jeśli na kimś coś wymusiłem, oddaję poczwórnie. Jezus zaś odpowiedział: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, ponieważ i ten człowiek jest synem Abrahama. Syn Człowieczy przyszedł bowiem odszukać i ocalić to, co zaginęło [Łk  19,1-10].

Ta piękna historia ewangeliczna ukazuje Jezusa jako ratownika dusz. Zadaniem ratownika jest odszukiwanie i ocalanie. Każdy człowiek potencjalnie mógł stać się wówczas obiektem akcji ratunkowej Jezusa. Ewangelia w tym miejscu skupia się jednak na Zacheuszu i odkrywa prawdę o  nim. Okazuje się, że ten bogaty i dobrze ustawiony życiowo człowiek potrzebował zbawienia. Ludzie tego nie dostrzegali. Może nawet myśleli wprost przeciwnie, że to Zacheusz powinien zająć się niesieniem pomocy. Lecz Jezus zauważył, że Zacheusz nosi w sercu ogromną potrzebę. Doszło więc do kontaktu Ratownika z człowiekiem zagubionym. Nastąpiła krótka wymiana słów i już było wiadomo, że Jezus ze swoją propozycją złożoną Zacheuszowi trafił w dziesiątkę!

Jak zareagowali na to ludzie?  Widząc to, wszyscy szemrali. Skąd wzięło się powszechne  niezadowolenie z tego, jak Jezus postąpił z Zacheuszem? Po prostu, ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego, co Zacheusz nosi w głębi duszy. Widzieli w nim jedynie bogatego cwaniaka, który dorobił się na ludzkiej krzywdzie. Nie lubili go i nic nie wiedzieli o jego duchowym zagubieniu. Ratownik dusz dostrzega jednak osoby w takim stanie serca w każdym środowisku. I liczy się z tym, że nawet wśród najbliższych spotykać się będzie z niezadowoleniem. Lecz od ludzkich reakcji ważniejsza jest dla niego miłość do grzesznika, którego trzeba uratować.

W czasie gościny Jezusa w domu Zacheusza, w gospodarzu nastąpiły ogromne zmiany. Zacheusz uwierzył w Boga. Został zbawiony. Stał się innym, nowym człowiekiem, co ujawniło się poprzez – niezrozumiałą dla wielu – zmianą jego życiowych postaw. Wielu ubogich w Jerycho z pewnością mogło potem to poświadczyć, że przełożony celników naprawdę się nawrócił. Sam Zacheusz natomiast na własnej skórze przekonał się, że bardziej błogosławioną rzeczą jest dawać aniżeli brać [Dz 20,35].

Biblia mówi, że wszyscy ludzie zgrzeszyli, a każdy kto grzeszy, jest niewolnikiem grzechu. Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie [Jn 8,36]. Ludzie boją się śmierci, a Syn Boży przyszedł, aby wyzwolić wszystkich tych, którzy z powodu lęku przed śmiercią przez całe życie byli w niewoli [Hbr 2,15]. Niesienie ratunku osobom zniewolonym grzechem wymaga od ratowników wyjątkowej wrażliwości i umiejętności. A sługa Pański nie powinien wdawać się w spory, lecz powinien być uprzejmy dla wszystkich, zdolny do nauczania, cierpliwie znoszący przeciwności, napominający z łagodnością krnąbrnych, w nadziei, że Bóg przywiedzie ich kiedyś do upamiętania i do poznania prawdy, i że wyzwolą się z sideł diabła, który ich zmusza do pełnienia swojej woli [2Tm 2,24-26].

Celem tego rozważania jest rozszerzenie duchowego ratownictwa na osoby, które na pierwszy rzut oka tego nie potrzebują. Gdy ktoś jest chory, biedny, maltretowany – to od razu widać, że potrzeba mu ratunku. Jest wszakże wiele osób zgubionych, które tego po sobie nie dają poznać. Idą na wieczne zatracenie w modnych garniturach, uśmiechnięci i uznawani za ludzi sukcesu. Naszym wielkim zadaniem jest odszukanie ich i ocalenie. Bóg powołał zbór, by zgrupować ratowników dusz i używać ich do odszukiwania i ocalania wszystkich grzeszników. Owszem, jak najbardziej trzeba nam ratować przestępców, ludzi uzależnionych itp.  Ale – na Boga! – zacznijmy dostrzegać i ratować także grzeszników, którzy ukryci za parawanem religijności, dobrych uczynków, pozycji społecznej i sporych pieniędzy wydają się żadnej pomocy nie potrzebować.

Wielu z nas Pan odszukał i ocalił. Byliśmy już w ogniu – a On nas wyratował. Jakże Go nie kochać?! Taka refleksja i żarliwa miłość do Zbawiciela przychodzi czasem dopiero po latach. Słyszałem kiedyś opowieść o pięknej, młodej dziewczynie wstydzącej się matki z powodu jej szpetnego wyglądu. Nie chciała jej odwiedzin w szkole, ani wspólnych spacerów. Aż któregoś dnia dowiedziała się, że gdy była niemowlęciem, dom, w którym spała, stanął w płomieniach. Wszystko wskazywało, że nie ma już dla niej ratunku. Lecz jej mama rzuciła się w żywy ogień, odszukała ją i ocaliła. W czasie tej brawurowej akcji, chroniąc w ramionach swoje maleństwo, doznała poparzenia twarzy. W tym tkwił sekret jej złego wyglądu. Od tego momentu mama stała się dla córki kobietą najpiękniejszą na świecie.

O Wybawcy naszych dusz Pismo Święte tak opowiada: Nie miał postawy ani urody, które by pociągały nasze oczy i nie był to wygląd, który by nam się mógł podobać. Wzgardzony był i opuszczony przez ludzi, mąż boleści, doświadczony w cierpieniu jak ten, przed którym zakrywa się twarz, wzgardzony tak, że nie zważaliśmy na Niego. Lecz on nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie. A my mniemaliśmy, że jest zraniony, przez Boga zbity i umęczony.
Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni
[Iz 53,2-5]. Syn Boży – to nasz Ratownik! Jakże można się wstydzić kogoś takiego?! Nie wstydzimy się Jezusa. Kochamy Go!

Codziennie bądźmy świadomi, że w widzialną rzeczywistość wplata się wiele trudno dostrzegalnych akcji o charakterze duchowym. Obok nas ktoś się czegoś boi. Ktoś czegoś pragnie. Ktoś nosi złe zamiary. Ktoś jest w matni ukrytych grzechów. Prośmy Boga o otwarte oczy i uszy na to, co niedostrzegalne gołym okiem. Prośmy o dar rozpoznawania duchów. Uczmy się od Pana Jezusa, apostołów i doświadczonych braci, jak zauważać przypadki wymagające akcji ratowniczej. "Odszukać i ocalić!" – oto zadanie naszego życia. Historia Zacheusza otwiera nam oczy, że ocalenia potrzebują nie tylko ludzie z widocznymi potrzebami. Także tzw. „dobrych” grzeszników trzeba wyrywać z ognia i ratować przed nadchodzącym gniewem Bożym.

I jeszcze jedno.  Prawdziwy ratownik nie zadowala się tym, co już osiągnął. Jesienią ubiegłego roku świat usłyszał historię o Desmondzie Dossie, amerykańskim sanitariuszu, który pod koniec II wojny światowej, po ataku Japończyków samotnie wyniósł z pola walki 75 rannych Amerykanów. U kresu sił fizycznych, sam ranny i potrzebujący pomocy, modlił się: Boże, daj mi siłę uratować jeszcze jednego. Za tę heroiczną postawę z rąk prezydenta Trumana otrzymał Medal Honoru.

Mój Ojciec aż dotąd działa i Ja działam [J 5,17] – powiedział Jezus. Nie mógł usiedzieć na jednym miejscu. Muszę i w innych miastach zwiastować dobrą nowinę o Królestwie Bożym, gdyż na to zostałem posłany [Łk 4,43]. Syn Człowieczy przyszedł bowiem odszukać i ocalić to, co zaginęło. Wzorem Jezusa, ratownik dusz rozgląda się za wciąż nowym człowiekiem, którego należy ratować. Jeżeli zaś ktoś widzi, że sam się w życiu zagubił, to czym prędzej powinien się pomodlić: Chociaż zabłądziłem jak zgubiona owca, odszukaj swego sługę [Ps 119,176]. Wtedy na pewno Bóg pośle do niego któregoś ze swoich ratowników.

Tak, trzeba poświęcić czas na prozaiczne czynności i dobrze pełnić swe życiowe, społeczne i zawodowe role. Trzeba nam być dobrymi dziećmi, współmałżonkami, rodzicami, pracownikami, przyjaciółmi itd. Lecz gdy usłyszymy zadanie: „Odszukać i ocalić” – to już nic nie ma prawa nas zatrzymać! Niczym żołnierze elitarnego oddziału sił specjalnych w imię naszego Zbawiciela i Pana, Jezusa Chrystusa - ruszajmy do  akcji.

21 kwietnia, 2017

Baza ratowników dusz

W dniu dzisiejszym Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE w Gdańsku osiąga wiek dwudziestu jeden lat istnienia. Dwadzieścia jeden lat czynnej obecności w mieście; najpierw na Zaspie, potem we Wrzeszczu, w Oliwie, a teraz na Olszynce. W wielu środowiskach taki wiek oznacza dorosłość i zdolność do samodzielnego działania. Ja w wieku 21 lat założyłem rodzinę i wziąłem pełną odpowiedzialność  już nie tylko za swoje osobiste życie. A dwudziestojednoletni zbór? Czy nie czas na zmiany i podjęcie się nowych zadań duchowych? Gdy rozmyślam nad tym i modlę się o nasz zbór, moje myśli grupują się wokół trzech zagadnień, co zarazem określa moją wizję przyszłości Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE.

1. Otaczający nas świat pełen jest zgubionych dusz, które trzeba ratować! To zadanie zostało nakreślone już w chwili powstania pierwszego zboru chrześcijańskiego. Wielu też innymi słowy składał świadectwo i napominał ich, mówiąc: Ratujcie się spośród tego pokolenia przewrotnego [Dz 2,40]. Wyrok na bezbożny świat jest już wydany. Ale teraźniejsze niebo i ziemia mocą tego samego Słowa zachowane są dla ognia i utrzymane na dzień sądu i zagłady bezbożnych ludzi [2Pt 3,7]. Nie zmienia to dobrej nowiny, że Bóg chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni [1Tm 2,4] i w celach ratunkowych stosuje rozmaite środki. Gdy zaś jesteśmy sądzeni przez Pana, znaczy to, że nas wychowuje, abyśmy wraz ze światem nie zostali potępieni [1Ko 11,32]. Ponieważ mamy być naśladowcami Boga, jako dzieci umiłowane [Ef 5,1], to w imię Boże trzeba nam ratować ludzkie dusze. Dla jednych, którzy mają wątpliwości, miejcie litość, wyrywając ich z ognia, ratujcie ich [Jd 1,22-23]. Jeżeli jest to dla nas oczywiste, to możemy przejść do punktu drugiego.

2. Każdy z nas indywidualnie i na co dzień jest ratownikiem dusz. Zacznijmy od prostego obrazu. Dlaczego zadziwia nas bohaterstwo żołnierza lub policjanta, który w cywilnym ubraniu  przeciwstawił się przestępcy? Ponieważ zwykliśmy myśleć, że mundurowy poza godzinami pracy jest prywatną osobą i nie ma takiego obowiązku. Podobnie bywa z chrześcijańskim zaangażowaniem w ratowanie dusz. Niektórzy członkowie zboru angażują się w wyjazdy misyjne i różne działania  ewangelizacyjne wspólnoty, ale na co dzień raczej nie żyją takimi sprawami. Oddzielają życie kościelne od życia prywatnego. Tak być nie powinno. Każdemu z nas na stałe została przypisana powinność troski o zbawienie grzeszników. Tak jak lekarz lub ratownik medyczny, obojętnie czy jest w pracy, czy na urlopie daleko od domu, zawsze w razie zagrożenia powinien ratować ludzkie życie, tak i chrześcijanin nigdy nie przestaje być ratownikiem dusz. Wszędzie; w pracy, w szkole, w sąsiedztwie, na wakacjach, w szpitalu, w kościele - zawsze i wszędzie chrześcijanie są aktywnymi ratownikami dusz. To prowadzi nas do punktu trzeciego.

3. Zbór jest bazą ratownictwa duchowego. Każdy ratownik, jakkolwiek indywidualnie zmotywowany i oddany wielkiej sprawie niesienia pomocy, potrzebuje odpowiedniej bazy dla swojej działalności. Zbór jest właśnie taką bazą. Spotykają się w nim ratownicy duchowi, by wymienić się doświadczeniami, podszkolić wzajemnie lub zmotywować jeden drugiego do dalszego wysiłku. Mało tego. Do tej bazy duchowej sprowadzamy ludzi chorych, zranionych, rozczarowanych, osłabionych itd. Opiekujemy się nimi, aby ozdrowieli, stanęli w wierze na własnych nogach i zyskali zdolność do samodzielnego naśladowania Jezusa. Zarówno dla nas samych, jak i dla każdej ratowanej osoby, zbór ma być przyjaznym i bezpiecznym miejscem duchowego wytchnienia, korekty, wzmocnienia i zbudowania.

Właśnie tak postrzegam naszą nową siedzibę i przyszłość zboru. Cały trud adaptacji wozowni na salę nabożeństw, ogrom prac porządkowych na całej posesji, czekający nas remont zabytkowego budynku dworu i ewentualna rekonstrukcja dawnej stajni - to wszystko ma głębszy sens tylko wówczas, jeżeli będzie przez nas traktowane jako tworzenie i utrzymywanie bazy ratownictwa duchowego. Taka jest idea prawdziwego centrum chrześcijańskiego w świeckim otoczeniu. Tworzymy je nie dla rozrywki, zabawy i osobistej satysfakcji, lecz przede wszystkim po to, by mieć narzędzie do ratowania dusz. Siedziba CCNŻ będzie bazą ratownictwa duchowego wszakże tylko na tyle na ile my, członkowie i przyjaciele zboru, na co dzień będziemy w imieniu Pana Jezusa nieść ludziom pomoc duchową i okazywać się faktycznymi ratownikami dusz.

Drodzy Ratownicy! Dwadzieścia jeden lat wspólnoty, licznych akcji i rozmaitych doświadczeń za nami. Wykorzystajmy to wszystko, by jeszcze lepiej służyć Bogu i ludziom. Przywdziewajmy codziennie całą zbroję Bożą i działajmy dla chwały naszego Pana, Jezusa Chrystusa! Błogosławiony ów sługa, którego pan jego, gdy przyjdzie, zastanie tak czyniącego [Łk 12,43].

16 kwietnia, 2017

Trzeba rozgłaszać!

Opowieść mojego wnuka o Zmartwychwstaniu
Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa to najbardziej znaczące wydarzenie wszechczasów! Wszystko, co wydarzyło się przedtem, łącznie z ofiarą Syna Bożego złożoną za grzech świata, nie byłoby ważne i całe późniejsze dzieje chrześcijańskiego życia, przepowiadania i męczeństwa prowadziłyby donikąd, gdyby Jezus nie zmartwychwstał. Zmartwychwstanie Jezusa to fundamentalny dowód na to, że jest On prawdziwym Synem Bożym. Pociąga to za sobą całą naukę o zmartwychwstaniu ludzi i jest dla wierzących źródłem nadziei na życie wieczne. Oto co o ważności zmartwychwstania mówią natchnione Pisma:

Jeśli więc o Chrystusie się głosi, że został wzbudzony z martwych, jak mogą niektórzy z was twierdzić, że nie ma zmartwychwstania? Bo jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie został wzbudzony. A jeśli Chrystus nie został wzbudzony, to daremne jest nasze poselstwo i daremna jest wasza wiara. Okazujemy się też fałszywymi świadkami Boga, bo poświadczyliśmy, że Bóg wzbudził Chrystusa, a tymczasem nie wzbudził, skoro rzeczywiście umarli nie zmartwychwstają. Bo jeśli umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie został wzbudzony. A jeśli Chrystus nie został wzbudzony, daremna wasza wiara! Nadal ciążą na was grzechy! Ponadto ci, którzy zasnęli w Chrystusie - poginęli. Jeśli Chrystus jest naszą nadzieją tylko w tym życiu, to jesteśmy ze wszystkich ludzi najbardziej godni pożałowania. Tymczasem Chrystus zmartwychwstał i jest pierwszym zwiastunem zmartwychwstania tych, którzy zasnęli [1Ko 15,12-20].

Wiele lat temu objawiona mi prawda o znaczeniu zmartwychwstania Jezusa przekierowała moje życie. Zrozumiałem, że wszystko, co powiedział Jezus Chrystus również dla mojej przyszłości ma decydujące znaczenie. Nie mogę zignorować żadnego z poleceń, bowiem każde Jego słowo ma obowiązującą moc. On powiedział, że któregoś dnia powróci na ziemię, jako Sędzia. Oto przychodzę  wkrótce. Moja zapłata jest ze Mną. Oddam każdemu zgodnie z jego czynem [Obj 22,12]. Chrystus przyjdzie, aby ustanowić tu Królestwo Boże, któremu nie będzie końca. Biblia mówi: Nastąpi to, gdy z nieba objawi się Pan Jezus. Przyjdzie On z heroldami swej potęgi, w płomieniu ognia, wymierzając karę tym, którzy nie uznali Boga oraz tym, którzy odmawiają posłuszeństwa dobrej nowinie naszego Pana Jezusa. Zostaną oni skazani na wieczną zgubę, z dala od obecności Pana oraz potęgi Jego chwały [2Ts 1,7-9].

Cokolwiek by nie pomyśleli i nie powiedzieli o tym ludzie, tak się na pewno stanie. Na nic się przyda nauka o powszechnej łasce Bożej, głoszona w wielu kościołach, a rozbudzana i popularyzowana przez rozmaitych artystów, że niby ostatecznie Bóg się nad wszystkimi zmiłuje i wszyscy trafią do Nieba. Ręczę i zapewniam, - powiedział Jezus -  kto się nie narodzi na nowo, nie może zobaczyć Królestwa Bożego. [...] Nie dziw się, że ci powiedziałem: Musicie się na nowo narodzić [J 3,3-7]. Zmartwychwstanie Jezusa zawiera w sobie to otrzeźwiające przesłanie, że obojętnie kim jesteś i jaką rolę społeczną pełnisz, aby znaleźć się w Królestwie Bożym potrzebujesz osobistego pojednania z Bogiem przez wiarę w Syna Bożego. Jak to zrobić? Czytaj Biblię!

Prawdę o Zmartwychwstaniu Pańskim trzeba rozgłaszać! Tego wydarzenia nie wspomina się tak, jak przypominamy sobie osiągnięcia innych wielkich ludzi. Jezus żyje i powraca! Hołd przy pomnikach wybitnych zmarłych można składać bez osobistego zaangażowania. Zmartwychwstanie uprzytamnia, że oddawanie chwały Jezusowi Chrystusowi domaga się szczerości w słowach i pieśniach każdego z nas oraz konkretnych zmian w osobistym życiu!

Wszelkimi dostępnymi nam środkami przekazujmy wieść o Zmartwychwstaniu Pana! Głośmy tę prawdę nie tylko z kościelnych kazalnic w Święto Zmartwychwstania. Podnośmy poziom świadomości o Zmartwychwstałym w codziennych rozmowach  i na różne sposoby róbmy to w Internecie. Właśnie dlatego piszę ten tekst. Mój wnuczek Jakub przygotował specjalną animację. Ktoś inny napisał lub zaśpiewał piosenkę. Wielu wysłało mądre i przemyślane życzenia Wielkanocne. Wszystko po to, aby nieustannie odświeżać prawdę, że ponieważ On żyje, każdy z nas wkrótce będzie musiał przed Nim stanąć i wytłumaczyć się z tego, co zrobiliśmy z ewangelią Chrystusową.

14 kwietnia, 2017

Jedna, raz na zawsze i dostępna dla wszystkich!

Wcielony Syn Boży - Jezus Chrystus ukrzyżowany owego piątku, w przeddzień szabatu, złożył samego Siebie w ofierze za grzech świata. Wszyscy z powodu grzechu byliśmy na wieki zgubieni. Potrzebowaliśmy zbawiciela. Musiał być prawdziwym człowiekiem żyjącym w ciele i jednocześnie musiał być doskonały. Nikogo takiego wśród naturalnie poczętych i urodzonych ludzi nie było i nie ma. Wymogi doskonałego Baranka Bożego spełnił tylko On.

Jego ofiara jest całkowicie wystarczająca, by zadośćuczynić sprawiedliwości Bożej i pojednać nas z Bogiem. Warunkiem jest osobista wiara, wyrażona skruchą, odwróceniem się od grzechu i uświęconym życiem. Albowiem jedną ofiarą uczynił na zawsze doskonałymi tych, którzy są uświęceni [Hbr 10,14].

Nie wszyscy dziś świętują, bo wiara nie jest rzeczą wszystkich [2Ts 3,2]. Tylko nieliczni przez wiarę skorzystali z łaski Bożej i cieszą się zbawieniem z grzechów. Mogliby oczywiście wszyscy, bo Bóg chce, aby wszyscy byli zbawieni. Może dla ciebie właśnie dzisiaj jest ten dzień zbawienia, gdy przeżyjesz prawdziwą pokutę, narodzisz się na nowo i zaczniesz naprawdę żyć na co dzień z Jezusem?  Z takim pragnieniem w sercu dołącz do gromadzącego się w twojej miejscowości zboru ludzi biblijnie wierzących. Wielki Piątek 2017 to dobra data, by rozpocząć nowe życie!

Jezus Chrystus jest godzien tego, abyśmy zatrzymali się dziś w naszym biegu i złożyli Mu hołd wspominając Jego męczeńską śmierć na krzyżu. On jest tego godzien, abyśmy na Jego pamiątkę rozdzielili między sobą chleb i wino w Wieczerzy Pańskiej.

Dziś bardzo ważny dzień dla zbawionych. Spotkajmy się wieczorem. My w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku przy ul. Olszyńskiej 37 zaczynamy o godz. 18:30. Zapraszamy.