17 sierpnia, 2017

Tak mnie nauczono i nie mogę inaczej

Gdy zastanawiałem się nad zagadnieniem, które chcę w tym tekście poruszyć, wciąż na nowo nasuwała mi się myśl o Rekabitach opisanych w 35 rozdziale Księgi Jeremiasza.  Swego czasu, gdy przebywali w Jerozolimie, zostali oni zaproszeni do świątyni i poczęstowani winem. Nie pijemy wina - odpowiedzieli -  Jehonadab, syn Rekaba, nasz ojciec, zakazał nam tego. Nie pijcie wina - powiedział - ani wy, ani wasi synowie, na wieki! (...) I my posłuchaliśmy głosu Jehonadaba, syna Rekaba, naszego ojca. Przestrzegamy wszystkiego, co nam przykazał. Nie pijemy wina po wszystkie nasze dni, ani my, ani nasze żony, ani nasi synowie, ani nasze córki. Nie budujemy też sobie domów na mieszkanie, nie mamy winnic, pól ani ziarna. I mieszkamy w namiotach. Jesteśmy posłuszni. Czynimy dokładnie to, co nam przykazał nasz ojciec Jehonadab [Jr 35,6-10].

Postawione przed Rekabitami wino było nakazanym przez Boga sprawdzianem ich posłuszeństwa. Chociaż znaleźli się w niecodziennych dla nich okolicznościach, a osobisty udział proroka Jeremiasza oraz otoczenie świątyni ułatwiały porzucenie przestarzałych nakazów ojcowskich i otworzenie się na "nowe rzeczy", to jednak przeszli tę próbę bez zarzutu. Bóg mógł posłużyć się ich posłuszeństwem jako przykładem dla całego Izraela. Usłuchano słów Jehonadaba, syna Rekaba, który przykazał swoim synom, aby nie pili wina. I nie piją - aż po dzień dzisiejszy, gdyż posłuchali przykazań swojego ojca! A Ja przemawiałem do was nieustannie i nie posłuchaliście Mnie! Wciąż posyłałem do was wszystkie moje sługi, proroków. Wzywałem: Zawróćcie, każdy ze swojej złej drogi! Poprawcie swoje czyny! Nie chodźcie za obcymi bogami, aby im służyć! Czyńcie wszystko, by mieszkać w tej ziemi, którą dałem wam i waszym ojcom! Lecz wy byliście na to głusi. Nie posłuchaliście Mnie! Tak! Synowie Jehonadaba, syna Rekaba, zachowują przykazania swojego ojca, lecz ten lud Mnie nie posłuchał [Jr 35,14,16].

Spodobała się Bogu postawa Rekabitów. Ponieważ posłuchaliście przykazania swojego ojca Jehonadaba, przestrzegaliście wszystkich jego nakazów i postępowaliście we wszystkim zgodnie z tym, co wam przykazał, dlatego tak mówi PAN Zastępów, Bóg Izraela: Nie zabraknie Jehonadabowi, synowi Rekaba, mężczyzny, który by Mi służył - po wszystkie dni [Jr 35,18-19]. Warto było przez lata płacić cenę pomówienia o zacofanie i trudności z dostosowaniem do zmieniających się czasów. Warto było narazić się testującemu ich prorokowi Bożemu. Ich wytrwałość w posłuszeństwie i utrzymywanie się na obranym kursie zostały docenione i pochwalone przez samego Boga.

Ostatnio coraz bardziej wyczuwam presję oczekiwania, bym zaczął robić rzeczy, przed którymi od lat się wzbraniam. Słyszę namowę do zmiany stanowiska, przy którym trwam od początku mojego posługiwania w kościele. Czuję się niczym Rekabici, przed którymi sam prorok Boży w świątyni stawia wino do wypicia. W czym rzecz?

Otóż od pierwszych lat wiary i służby było to dla mnie ważne, ażeby trwać w nauce apostolskiej. Moi ojcowie w wierze przekazali mi poczucie odpowiedzialności za utrzymanie w zborze zdrowej nauki. Dzięki temu, gdy przez zbory przewalały się kolejne fale nowych i dziwnych nauk, gdy niektórzy bracia uganiali się za przeżyciami typu "Toronto blessing", "Pensacola" i głosili "ewangelię sukcesu" czy ostatnio, na przykład, tzw. "ewangelię Królestwa", mnie to nie fascynowało, ani nie porywało. Izolowano mnie więc, pomijano, lekceważono, przypinano mi rozmaite łatki z tego powodu, do czego jestem już nawet przyzwyczajony. Miałem i mam świadomość, że trzymanie się wyraźnie zakreślonych granic ma swoją cenę. Bez narzekania ją płacę. Oby tylko pozwolono mi nadal być sobą i trzymać się tego, czego mnie  nauczono. Obym do końca wytrwał przy apostolskim  pojmowaniu ewangelii Chrystusowej.

Jako początkujący sługa Słowa Bożego zostałem tak uformowany, ażeby nie uganiać się za teologicznymi nowinkami ani za osobistym urokiem proroków i błyskotliwych kaznodziejów. Nie szukam popularności ani ludzkiego poklasku.  Od samego początku brzmią mi w uszach i wewnętrznie wiążą słowa apostolskiego zobowiązania: Zobowiązuję cię zatem wobec Boga oraz Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, w obliczu Jego przyjścia i na Jego
Królestwo: Głoś Słowo! Bądź gotowy w porę i nie w porę, aby poprawić, upomnieć, zachęcić – z całą cierpliwością, umiejętnie. Gdyż przyjdzie czas, że przestaną tolerować zdrową naukę, a skłonni do słuchania tego, co odpowiada ich upodobaniom, otoczą się nauczycielami przyklaskującymi ich własnym żądzom. Czyniąc to, odwrócą się od słuchania prawdy i zwrócą ku baśniom. Ty jednak zachowaj trzeźwość we wszystkim, znoś niedole, wykonuj pracę ewangelisty, rzetelnie pełnij swoją służbę
[2Tm 4,1-5].

Trwanie na tym stanowisku staje się dzisiaj o tyle trudniejsze, że coraz więcej współczesnych "Jeremiaszów" stawia przed ludem Bożym "wino" zmodyfikowanej ewangelii. Zachęta do złagodzenia poglądów na rozmaite kwestie staje się na tyle sugestywna i poparta autorytetem popularnych liderów chrześcijańskich, że opieranie się jej zaczyna wyglądać jak sprzeciw i łatwo może być posądzone o brak podporządkowania się przywódcom. Znaki i cuda, zapowiedź wielkiego przebudzenia, szczera pobożność wielu prostolinijnych chrześcijan, manifestowanie jedności różniących się dotąd środowisk chrześcijańskich - obserwowanie tego wszystkiego sprawia, że drży mi serce. Nie chciałbym przegapić prawdziwego nawiedzenia Bożego, ale nadal chciałbym trzymać się z daleka od liberalnej ewangelii i zwodniczych nauk. Swoim nieugiętym podejściem do sprawy nie chciałbym towarzyszących mi Braci i Sióstr - nie daj Boże - pozbawiać dostępu do tego, co Bóg czyni w Polsce, ale koniecznie chciałbym ich chronić przed tym, co - mimo swej atrakcyjności - nie jest z Ducha Świętego.

Przyznaję, że się zmagam, że nieraz biję się z myślami, bo sytuacja robi się coraz trudniejsza. Liberalizacja poglądów i zeświecczenie środowisk ewangelicznych staje się trudne do zaakceptowania. Miłując lud Boży bardzo cierpię, że nie z każdym, kto wyznaje wiarę w Pana Jezusa Chrystusa, mogę zasiąść do stołu. Nie ze wszystkimi mogę podjąć współpracę. Jeśli ktoś przychodzi do was, a nie przynosi właściwej nauki, tego nie przyjmujcie do domu ani nie nawiązujcie z nim bliższych stosunków [2J 1,10]. Trzymanie się tej instrukcji apostolskiej nie przychodzi mi łatwo. Gdybym jednak spasował, gdybym odstąpił od przyjętych ideałów nauki apostolskiej, gdybym zlekceważył wskazówki odebrane od moich ojców w wierze - to bym się skończył, to utraciłbym prawo nazywania się sługą Słowa Bożego.

Pozostanę więc na obranym stanowisku. Tak mnie nauczono, tak nauczyłem się Chrystusa i nie mogę inaczej.

15 sierpnia, 2017

Słowo Boże na dzisiaj - bez komentarza

Tak mówi PAN, Król Izraela, i jego Odkupiciel, PAN Zastępów: Ja jestem pierwszy i Ja ostatni, a oprócz Mnie nie ma Boga. Kto jest jak Ja? Niech się odezwie! Niech Mi da znać, niech Mi to przedstawi. Niech jak Ja ustanowi wieczny lud i potem mu ogłosi [rzeczy] przyszłe, te, które wciąż mają nadejść! Nie ulegajcie trwodze, dajcie odpór lękom! Czy od dawna nie przekazywałem wam i nie głosiłem? Jesteście moimi świadkami – czy jest Bóg oprócz Mnie? Nie ma Opoki, nie znam żadnej!

Wytwórcy bożków – oni wszyscy są niczym! Ich cacka nie przynoszą pożytku! Ich wyznawcy nie widzą i nawet nie wiedzą, że okryją się wstydem. Bo kto tworzy bóstwo lub odlewa figurkę na nic nieprzydatną? Okryje się on wstydem – wraz z towarzyszami! A rzemieślnicy? To też tylko ludzie. Niech się wszyscy zbiorą i staną, niech ich przeniknie lęk i ogarnie wstyd.

Kowal bierze przecinak, rozgrzewa metal w żarze, formuje go młotkiem, działa, korzystając z siły swojego ramienia; gdy jest głodny – ustaje, a bez wody – omdlewa. Stolarz podobnie: rozciąga sznur, kreśli zarys ołówkiem, wycina bożka dłutem, zaznacza rozmiar cyrklem i nadaje mu kształt człowieka, zgrabnej ludzkiej postaci – do postawienia w domu. Wycina sobie cedry, bierze cyprys lub dąb i suszy je między drzewami lasu. Zasadza cedr, któremu deszcz daje wzrost, a potem służy człowiekowi za opał. Bierze część, by się ogrzać, roznieca ogień, by napiec chleba, a z części robi bóstwo, aby mu się kłaniać! Czyni bożka, aby przed nim padać! Połowę spalił w ogniu, na którym upiekł mięso i zjadł, przyrządził pieczeń i nasycił się. Rozgrzał się i powiedział: Ach, jak mi ciepło przy ogniu! Resztę drewna natomiast przeznaczył na swego bożka! Pada przed nim i kłania mu się. Modli się do niego i mówi: Ratuj mnie, bo jesteś moim bogiem!

Nie kojarzą, nie rozumieją, bo mają zamazany wzrok i serca niezdolne do myślenia. Nikt sobie nie bierze do serca, brak mu rozumu, by powiedzieć: Połowę drewna spaliłem w ogniu; tak! – dzięki temu napiekłem chleba, przyrządziłem mięso i najadłem się, a z reszty zrobiłem ohydztwo, aby się kłaniać przed klockiem drewna! Kto się zadaje z popiołem, tego zwodzi omamione serce, i nie uratuje swojej duszy; nie zapyta: Czy to, co trzymam w ręce, nie jest zwykłym oszustwem?

Pamiętaj o tym, Jakubie, i ty, Izraelu, gdyż jesteś moim sługą. Ja cię stworzyłem, ty jesteś moim sługą! Izraelu, nie zapomnę o tobie. Starłem ciemny obłok twoich przestępstw, zmazałem, jak chmurę, twoje grzechy: Zawróć do Mnie, bo cię odkupiłem [Księga Izajasza 44,6-22 w przekładzie Biblii Ewangelicznej].

O samym święcie napisałem osiem lat temu - tutaj!

09 sierpnia, 2017

Potrzeba przypływu emocji

Chcę w tym tekście zmierzyć się z postawą obojętności w naszym środowisku. Są sprawy, w których obojętni nie jesteśmy. Gdy w grę wchodzi osobista krzywda lub strata, prywatny interes lub zysk materialny – wówczas uaktywniamy się i walczymy o swoje. W sprawach wiary natomiast zachowujemy daleko idącą powściągliwość, żeby nie powiedzieć obojętność. Czy nasi bliscy będą zbawieni? Czy i kiedy będzie zrobione to, co wg Biblii zrobić należy? Czy bracia i siostry będą dziś zbudowani naszym zachowaniem? Czy ludzie w potrzebie uzyskają stosowną pomoc? Czy Bóg ma chwałę z naszego życia? Do tego rodzaju pytań zbyt często podchodzimy bez cienia emocji.

Emocje odgrywają w życiu człowieka ogromną rolę. Nieraz mamy nieprzyjemność patrzenia na skutki działania nieokiełznanej siły złych emocji. Gdy w kimś do głosu dochodzi nienawiść, zemsta czy pożądliwość – wówczas w rezultacie mamy ból, zniszczenie, niezgodę, głębokie rany, destrukcję i śmierć. Lecz uwaga! Istnieją również emocje pozytywne. Gdy w człowieku zaczyna brać górę miłość, współczucie, poczucie odpowiedzialności, dobre chęci lub np. święte oburzenie – wówczas wokoło zaczyna przeważać dobro. Serce moje wezbrało miłym słowem [Ps 45,2] głosi pieśń synów Koracha, co z pewnością okazało się przyjemne dla całego ich otoczenia.

Zauważmy, że w człowieku pobudzonym emocjonalnie pojawia się siła, której normalnie on nie posiada. Słyszałem kiedyś o rolniku, który w pojedynkę uniósł bok traktora, by wyciągnąć spod niego swojego syna. W uniesieniu emocjonalnym gotowi i zdolni jesteśmy do niezwykłych czynów, heroicznego wysiłku a nawet do szaleństwa. Dlatego gwałtowny przypływ złych emocji koniecznie trzeba czym prędzej łagodzić i studzić. To oczywiste. Mniej natomiast oczywiste zdaje się być to, co należy robić z brakiem dobrych emocji. Ich deficyt bowiem zbyt często przechodzi w naszym środowisku bez echa i jakiejkolwiek próby ich stymulacji. A na drodze wiary i naśladowania Jezusa pozytywne emocje są nam bardzo potrzebne. Zbór, którego członkowie wyrzekają się wszelkich emocji zaczyna przypominać cmentarz. Jest w nim wprawdzie spokój i porządek, lecz brakuje oznak życia.

Spójrzmy przez chwilę na naszego Pana, Jezusa Chrystusa. W Jego ziemskim życiu i służbie pełno było  emocji – dobrych, ma się rozumieć, bo On grzechu nie popełnił [1Pt 2,22] – co owocowało licznymi cudami i chwałą dla Boga.  I spojrzał na nich z gniewem, zasmucił się z powodu zatwardziałości ich serca, i rzekł owemu człowiekowi: Wyciągnij rękę! I wyciągnął, i ręka jego wróciła do dawnego stanu [Mk 3,1-5]. A wyszedłszy, ujrzał mnóstwo ludu i ulitował się nad nimi, że byli jak owce nie mające pasterza, i począł ich uczyć wielu rzeczy [Mk 6,34-37]. Wtedy Jezus spojrzał nań z miłością i rzekł mu: Jednego ci brak; idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj mnie [Mk 10,21].

Jezus Chrystus zostawił nam wzór wielkiej żarliwości o sprawy Królestwa Bożego na ziemi. Nie potrafił obojętnie patrzeć na zło, które przedostało się nawet do świątyni. Wtedy uczniowie jego przypomnieli  sobie, że napisano: Żarliwość o dom twój pożera mnie [J 2,17]. Zauważoną w Jezusie postawę uczniowie skojarzyli z treścią Psalmu, gdzie Duch Chrystusowy modlił się ustami Dawida: Stałem się obcym dla moich braci, cudzoziemcem dla synów mej matki, bo żarliwość o Twój dom mnie pochłania… [Ps 69,9-10]. Jezus napełniony Duchem Świętym nie potrafił już dłużej myśleć przede wszystkim o tym, żeby np. pielęgnować relacje rodzinne. Gorliwość o Królestwo Boże tak Go opanowała, że inne sprawy poszły w kąt, a przynajmniej na drugi plan. Na całego zajął się pełnieniem woli Ojca.

Bracia i Siostry! Potrzebujemy więcej pozytywnych emocji w naszym zborze. Nieraz obserwujemy, a nawet sami okazujemy emocje na stadionach i koncertach. Skąd pomysł, że nie powinno ich być w kościele? Pomyślmy, jakiej Oblubienicy pragnie Jezus Chrystus? Rozumnej? Tak! Statecznej? O, tak! Ale również On pragnie Oblubienicy żarliwej w miłości i oddaniu się Jego sprawie na ziemi. W zapale bądźcie niestrudzeni, duchem płomienni, w Panu – gotowi do służby! [Rz 12,11] – wzywa nas Słowo Boże.

Jakiego zboru pragniemy? Ludzi, którym jest wszystko jedno? Społeczności ludzi o bezpłciowym wyrazie twarzy, którzy bez okazywania jakichkolwiek emocji potrafią przesiedzieć całe nabożeństwo? Rozumiem, że ktoś z natury może być powściągliwy w okazywaniu uczuć i emocji. Czasem może się zdarzyć, że mamy za sobą przeżycia, które skutecznie ograbiły nas z uśmiechu. Rzecz w tym, żebyśmy – ze względu na naszego Pana – przez całe dni nie pozostawali w stanie emocjonalnego bezruchu i apatii. Trzeba nam więcej dobrych emocji w codziennym życiu i na wspólnych spotkaniach!

Jak można zmienić atmosferę własnego serca i uwolnić się od stagnacji w życiu duchowym? Rozpaliło się we mnie serce, gdy rozmyślałem, zapłonął ogień [Ps 39,4] – podpowiada nam Słowo Boże. "Zapłonął ogień" to hebrajski idiom mówiący, że wzmogły się we mnie emocje. Zacznijmy więcej rozmyślać o naszym Zbawicielu i okazanej nam łasce Bożej. Częściej myślmy o naszych kochanych braciach i siostrach, którzy tak wiernie trzymają się Słowa Bożego i pracują dla Pana. Porozmyślajmy o tym, co moglibyśmy zrobić dla chwały Bożej i ratowania zgubionych dusz? Zacznijmy bardziej zachodzić w głowę, jak przeciwstawić się grzechowi, który okrada nas z radości, czasu i pieniędzy, które moglibyśmy spożytkować dla Królestwa Bożego. Poddajmy swe myśli Duchowi Świętemu i zacznijmy marzyć o tym, co będzie się działo, gdy On stale nas będzie napełniał.

Gdy tak będziemy rozmyślać, na pewno i w nas zapłonie ogień…

07 sierpnia, 2017

Czy można zakazać?

W czasach konstytucyjnie zagwarantowanej wolności słowa określanie co inni powinni mówić, a czego się wystrzegać, wydaje się być działaniem z góry skazanym na fiasko. Współczesny świat nie uznaje już takich instrukcji. Każdy chce mieć prawo do swobodnej wypowiedzi. A jak mają się te sprawy w chrześcijańskim zborze?

Pismo Święte w porannej lekturze zwraca dziś moją uwagę na niezwykłe polecenie apostolskie. Gdy wybierałem się do Macedonii, prosiłem cię, abyś pozostał w Efezie i polecił niektórym odstąpić od głoszenia innej nauki [1Tm 1,3]. Naśladowcami Jezusa Chrystusa w sprawach wiary kieruje Duch Święty, a nie świeckie przepisy i konstytucje. W środowisku chrześcijan liczy się Słowo Boże. Na świeckich "Areopagach" ludzie mogą sobie mówić, co im tylko ślina na język przyniesie, lecz z kazalnicy zborowej ma płynąć wyłącznie czysta i zdrowa nauka Chrystusowa.

Biblia najwyraźniej nie przejmuje się ludzkim umiłowaniem wolności słowa. Nauka apostolska jest w tej kwestii bardzo jednoznaczna. Ten kto się wysuwa naprzód, a nie trwa w nauce Chrystusa, nie ma Boga. Kto trwa w tej nauce, ma zarówno Ojca jak i Syna. Jeśli ktoś przychodzi do was, a nie przynosi właściwej nauki, tego nie przyjmujcie do domu ani nie nawiązujcie z nim bliższych stosunków [2Jn 1,9-10].  Ale choćby nawet ktoś z nas albo sam anioł z nieba głosił wam dobrą nowinę różną od tej, którą wam przekazaliśmy, niech będzie przeklęty! [Ga 1,8]. Kto natomiast uczy inaczej i nie przyjmuje zdrowych rad naszego Pana, Jezusa Chrystusa, ani nauk zgodnych z pobożnością, ten jest nadęty, niczego nie rozumie... [1Tm 6,3]. Wielu bowiem to ludzie niekarni, rozgadani, zwodziciele - zwłaszcza wśród obrzezanych. Takim trzeba zatkać usta, gdyż oni całe domy wywracają, ucząc - dla brudnego zysku - rzeczy niepotrzebnych [Tt 1,10-11]. To tylko niektóre fragmenty nauki apostolskiej na temat "wolności słowa" w kościele.

Czy można jakiemuś człowiekowi zakazać mówienia lub pisania czegokolwiek? Ogólnie rzecz biorąc, nie można. Jednakże w zborze obowiązują prawa i zasady Królestwa Bożego, objawione w Piśmie Świętym. Wspólnota chrześcijańska to nie internetowe forum dyskusyjne. Tutaj trzeba zważać na to, co jest głoszone z kazalnicy. Tutaj trzeba zakazać mówienia tego, co niezgodne z nauką apostolską. Zbór to miejsce, w którym słusznie się spodziewamy, że każdy będzie mówił, jak Słowo Boże.