31 grudnia, 2014

Zaszczyt bycia sługą

W tych dniach rozmyślam o służeniu innym. Nie żebym z natury był urodzonym sługą, lecz dlatego, że należę do Pana Jezusa. A kto do Niego należy i pojmuje, Kim On jest, ten  nie może o sobie myśleć inaczej, jak tylko w ten sposób, że jest sługą Chrystusa Pana. I nie ma w tym ani cienia przykrości. Być w służbie u takiego Pana - to prawdziwy zaszczyt.

Fakt bycia sługą Bożym nadaje blasku i wartości także naszym relacjom z ludźmi, choćby nawet w potocznym odbiorze wyglądały one na mało szczęśliwe. Słudzy, bądźcie posłuszni we wszystkim ziemskim panom, służąc nie tylko pozornie, aby się przypodobać ludziom, lecz w szczerości serca, jako ci, którzy się boją Pana. Cokolwiek czynicie, z duszy czyńcie jako dla Pana, a nie dla ludzi, wiedząc, że od Pana otrzymacie jako zapłatę dziedzictwo, gdyż Chrystusowi Panu służycie [Kol 3,22-24]. Pomagając i usługując ludziom,  chrześcijanin w istocie cały czas służy Panu Jezusowi.

Kończący się dziś rok 2014 był w moim życiu wypełniony służbą. Nie ma w tym nic wyjątkowego, zwłaszcza, że była ona nieudolna i wielce niewystarczająca. Nie czas więc na żadne podsumowania. Pan przecież powiedział: Kto zaś z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie do niego, gdy powróci z pola: Chodź zaraz i zasiądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż się najem i napiję, a potem i ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze, że uczynił to, co mu polecono? Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: Sługami nieużytecznymi jesteśmy, bo co winniśmy byli uczynić, uczyniliśmy [Łk 17,7-10]. Gdy o mnie chodzi, to w pełni nie wykonałem nawet tego, co winienem był uczynić. Mam wszakże wspaniałomyślnego Pana, który wybacza mi moje uchybienia i nie wyrzuca mnie ze służby. Rozglądam się więc już za nowymi zadaniami z myślą, aby przynosić Panu więcej chwały niż dotychczas.

Jestem szczęśliwy, że dane mi jest służyć Bogu i codziennie krzątać się wokół spraw mających na celu interes Królestwa Bożego. Cieszę się, że w tej służbie nie jestem osamotniony. Dziękuję Bogu za grono sprawdzonych już i wiernych współpracowników. Dobrze mi razem z nimi wykonywać pracę Bożą. Spodziewam się, że to grono będzie rosnąć, bo Nowy Rok zdaje się zapowiadać jeszcze więcej trudu. Proszę więc o wsparcie w modlitwie i zapraszam do służby.

Mamy wiele do zrobienia. Dla ewangelii, dla siebie nawzajem, dla obcych nam jeszcze ludzi, dla naszego miasta. A wszystko na chwałę Bożą.

25 grudnia, 2014

Dywersja świątecznych rozejmów

Posłuchaj
Sto lat temu. Święta Bożego Narodzenia 1914 roku. Front zachodni I wojny światowej w okolicach Ypres w Belgii. W wieczór wigilijny doszło do niecodziennego rozejmu między żołnierzami alianckimi i niemieckimi. Najpierw szeregowi żołnierze niemieccy udekorowali swoje okopy lampkami i ozdobami bożonarodzeniowymi. Zaczęli śpiewać kolędy i wykrzykiwać życzenia. Z obydwu stron żołnierze powychodzili z okopów, by uściskać się z wrogami. Potem doszło do kontaktu oficerów.  Zbratały się całe oddziały, wymieniając się drobiazgami, zawartością paczek świątecznych i używkami.

Abstrahując dziś od sensowności i celowości I wojny światowej, zwróćmy się do Słowa Bożego, które jednoznacznie mówi, że jest inna wojna. W jej ramach każdego dnia toczy się bój. Sprawdźmy, czy można w tym konflikcie zawrzeć jakiś rozejm na święta?

Przywdziejcie całą zbroję Bożą, abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi. Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się. Stójcie tedy, opasawszy biodra swoje prawdą, przywdziawszy pancerz sprawiedliwości i obuwszy nogi, by być gotowymi do zwiastowania ewangelii pokoju, a przede wszystkim, weźcie tarczę wiary, którą będziecie mogli zgasić wszystkie ogniste pociski złego; weźcie też przyłbicę zbawienia i miecz Ducha, którym jest Słowo Boże [Ef 6,11-17].

Wszystkim się to podoba, że świętowanie Urodzin Jezusa odbywa się w powszechnie miłej atmosferze.  Piękne dekoracje, wigilijne sianko, dobre jedzonko.  Choćby chwilowa, ale zgoda, życzenia, podarunki… Taki charakter nadaliśmy wspominaniu narodzin Jezusa. A jak było w rzeczywistości? Na niemowlę Jezus nie czekała kolorowa kołyska otoczona gronem dziadków i rozentuzjazmowanych cioć. Chwile narodzin Jezusa w Betlejem były pełne złowrogiego napięcia. Przymus ze strony okupanta, że nawet ciężarna kobieta musiała odbywać męczącą podróż, żeby się stawić do spisu ludności. Brak noclegu w Betlejem i przyzwoitych warunków do porodu. Zaraz potem zagrożenie ze strony obsesyjnego Heroda. Ucieczka do Egiptu. Rzeź niemowląt w Betlejem. W tym czasie Boży ludzie musieli otrzymywać konkretne instrukcje od Boga i ściśle według nich postępować. Nie można było sobie pozwolić na żadne, choćby chwilowe, zrobienie czegoś po swojemu. Józef miał wiać do Egiptu. Mędrcy mieli wracać inną drogą.

Faktycznie, całe życie i publiczna służba Jezusa przebiegała w niesprzyjających warunkach i wrogości ze strony świata. Nie było czasu i miejsca na żaden rozejm. Nie było kompromisów w dążeniu do celu, ani jednoczenia się z kimkolwiek.

Trzeba nam przyjąć do wiadomości, że trwa konflikt. Toczy się śmiertelny bój o twoją i moją duszę. Przeciwnik przychodzi tylko po to, aby kraść, zarzynać i wytracać. Wspomnianym na początku żołnierzom  trudno było odnaleźć się w nowej rzeczywistości, że od 28 lipca 1914 roku stali się częścią ogromnego konfliktu. Biblia objawia, że i my toczymy bój.  Nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich [Ef 6,12].

Nie od nas zależy, jak i pomiędzy kim  przebiega linia duchowego frontu. Czasem jest to dla nas trudne do zrozumienia i pogodzenia się z tym, ale Pan powiedział: Nie mniemajcie, że przyszedłem, przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową. Tak to staną się wrogami człowieka domownicy jego. Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłuje syna albo córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien [Mt 10,34-37]. Biblia jest pod tym względem bardzo jednoznaczna.  Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga [Jk 4,4]. Jak wobec powyższego należy patrzeć na to, że niektórzy chrześcijanie bratają się ze światem?

Postarajmy się zauważyć, że inicjatywa rozejmu i duchowego „zawieszenia broni” rodzi się zazwyczaj oddolnie i w okresie świątecznym. Rozejm bożonarodzeniowy nastąpił bez porozumienia z dowództwem. Żołnierzom nie chciało się potem w ogóle powracać do boju. Drugiego dnia świąt wyżsi oficerowie z obu stron próbowali doprowadzić do zakończenia rozejmu. Mimo że rozejm oficjalnie skończył się o 8:30, przez cały dzień nie podjęto walki. Żołnierze obu armii nie śpieszyli się.  Po stronie niemieckiej doszło nawet do krótkotrwałego buntu. W niektórych miejscach rozejm trwał dłużej przeciągając się do 31 grudnia i Nowego Roku. Szkoci utrzymali rozejm aż do 3 stycznia. W celu zakończenia rozejmu użyto  snajperów z obu stron, strzelających do tych żołnierzy, którzy wciąż próbowali przechodzić na drugą stronę okopów. Dopiero gdy  po niemieckiej stronie front obsadziły inne, świeże oddziały z Prus, wojna potoczyła się dalej.

Przyjaciele! Rozpoczęcie wojny lub jej zakończenie nie leży w kompetencji zwykłych żołnierzy. Toczy się ona w wyniku decyzji politycznych. Nie ma w niej miejsca na żadne oddolne inicjatywy. Obowiązuje wojskowa dyscyplina. A jak jest na polu walki duchowej? Czyja jest to wojna? Kto zadecydował, że trzeba ją rozpocząć?

Na różnych przykładach Biblia uzmysławia nam, że wojna, chociaż zaangażowani są w niej ludzie, wybucha i trwa z nadania Bożego. Przyłóż rękę do sztandaru Pana; wojna jest między Panem a Amalekitami z pokolenia w pokolenie! [2Mo 17,16]. Posłuchajcie uważnie, wszyscy Judejczycy i wy, mieszkańcy Jeruzalemu, i ty, królu Jehoszafacie! Tak mówi do was Pan: Wy się nie bójcie i nie lękajcie tej licznej tłuszczy! Gdyż nie wasza to wojna, ale Boża [2Kn 20,15]. Ludzie Boży mają więc obowiązek prowadzenia walki duchowej, aż wypełni się Boży rozkaz! Nie ma tu miejsca na żadnej oddolne opinie ani inicjatywy zawieszenia broni.

Niestety, czasem chrześcijanie, nie dbając o to, bratają się z bezbożnym światem. Wielu idzie za radą bezbożnych, stoi na drodze grzeszników i zasiada w gronie szyderców [Ps 1,1] Bagatelizując duchowe powody rozdźwięku między religiami, a nawet między wyznaniami chrześcijańskimi – wchodzą w bliskie, pokojowe relacje z ludźmi, którzy głoszą fałszywą ewangelię. Staje się nieważne Słowo Boże: Jeżeli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie [2Jn 1,10]. Nie inaczej postępują wobec tych, którzy źle się w życiu prowadzą pod względem moralnym lub etycznym. Rozkaz Pana brzmi jasno: Lecz teraz napisałem wam, abyście nie przestawali z tym, który się mieni bratem, a jest wszetecznikiem lub chciwcem, lub bałwochwalcą, lub oszczercą, lub pijakiem, lub grabieżcą, żebyście z takim nawet nie jadali [1Ko 5,11]. Ale niektórzy chrześcijanie wiedzą swoje. Uwaga! Tego rodzaju oddolne inicjatywy stają nieraz „świętą krową” chrześcijańskich społeczności. Strach się im sprzeciwić. Trzeba się na nie zgodzić, bo inaczej ludzie się obrażą i odejdą od zboru.

Dlatego pozwalam sobie tym rozważaniem przypomnieć Boży nakaz założenia zbroi i utrzymywania gotowości bojowej. Żołnierze uczestniczący w tzw. rozejmie  bożonarodzeniowym zignorowali rozkazy. Gdy doszło do kontaktu oficerów ustalono, że żołnierze obu stron mają pozostać w swoich okopach. To ustalenie pozostało jednak martwe. Żołnierze przechodzili do siebie nawzajem wymieniając się drobiazgami, zawartością paczek świątecznych i używkami.  Jak brzmi rozkaz Boży dla chrześcijan? Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się. Stójcie tedy, opasawszy biodra swoje prawdą, przywdziawszy pancerz sprawiedliwości i obuwszy nogi, by być gotowymi do zwiastowania ewangelii pokoju, a przede wszystkim, weźcie tarczę wiary, którą będziecie mogli zgasić wszystkie ogniste pociski złego; weźcie też przyłbicę zbawienia i miecz Ducha, którym jest Słowo Boże [Ef 6,13-17]. Każdego dnia mamy być opasani prawdą. Ubrani w pancerz sprawiedliwości. Mieć nogi do zwiastowania ewangelii. Mamy być ukryci za tarczą wiary. W polu widzenia mieć  zbawienie. Zawsze  miecz Słowa Bożego trzymać w dłoni.

To zdecydowanie nie pozwala chodzić na kawkę do okopów wroga! Lecz niektórzy chrześcijanie, nie tylko rezygnują z założenia zbroi Bożej na rzecz świątecznych rozejmów. Gotowi są razem się spotykać i bawić! Tak jest, w miejsce duchowej walki pojawia się wspólna rozrywka. W trakcie rozejmu bożonarodzeniowego rozegrano także  mecz futbolowy, który zakończony został wynikiem 3:2 dla Niemiec. Grali, aż futbolówka przebiła się na wystającym drucie kolczastym. Cóż za sympatyczne chwile?! – ktoś by powiedział. Fani piłki nożnej do dziś zachwycają się tym wydarzeniem.

Współcześni chrześcijanie są gotowi bawić się razem ze światem! Mówią: Odłóżmy na bok różnice doktrynalne. Niech będzie ekumenicznie. Zagrajmy i zbawmy się razem. jak to się ma do duchowej rzeczywistości? Wyobraźmy sobie, że ktoś zabił nam najbliższą osobą i należy do gangu, którego herszt nienawidzi nas i nas również chce dopaść i pochłonąć. Gramy z kimś takim w piłkę?
Okres świąteczny to sezon na duchowe rozejmy. Odpinamy pas prawdy. Przestajemy ja głosić i przy niej obstawać. Dla tak zwanej miłej zgody zrzucamy buty gotowości do  zwiastowania ewangelii.
Odstawiamy  tarczę wiary, odkładamy miecz Słowa Bożego. Są przecież święta, więc nie godzi się wykazywać błędów doktrynalnych i niepokoić ich wezwaniami do pokuty. Ciekawe a zarazem intrygujące jest to, że od lat, tuż po świętach mamy w tzw. Tydzień Ekumeniczny. Bóg powiedział: Co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością? Albo jaka zgoda między Chrystusem a Belialem, albo co za dział ma wierzący z niewierzącym? Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? [2Ko 6,14-16]. A ludzie wychodzą z okopów, obejmują się z duchowymi przeciwnikami, a do tego jeszcze mają przekonanie, że robią coś szlachetnego i wzniosłego, na co wielu innych nie stać, by to zrobić.

Na czym polega zło takich  rozejmów, choćby były one tylko chwilowe? Otóż w takich chwilach ludzie zza barykady mogą pomyśleć, że straciliśmy rezon i chęć do dalszej walki, że odstępujemy od naszych  ideałów  całkowitego oddania Chrystusowi. Obserwatorzy otrzymują mylący sygnał, że jednamy się ze światem. mało tego, nam samym może się takie zawieszenie broni bardzo spodobać. Uznanie, miejsce obok biskupa, akceptacja w gronie bogatych i bezbożnych – na tego rodzaju haczyk złapała się już niejedna chrześcijańska dusza.

Raz jeszcze powróćmy do ilustracji wstępnej. Miasteczko Ypres w Belgii zasłynęło z okresu I wojny światowej nie jako miasto zgody i zawieszenia broni. Jak na ironię, znane jest ono jako miasto wyjątkowo doświadczone i całkowicie zrujnowane. Okolice Ypres były miejscem czterech wielkich bitew.  W Jednej z nich, w dniach: 22 kwietnia – 25 maja 1915 roku Niemcy po raz pierwszy użyli chloru, jako bojowego środka trującego. Dwa lata później, właśnie pod Ypres po raz pierwszy na froncie zachodnim użyto gazu musztardowego, od nazwy miasta nazwanego iperytem. Czy nie daje to do myślenia? Tamtejszy rozejm bożonarodzeniowy nie przemienił owej ziemi w bezpieczną i pokojową. Wróg nie przestał być groźny.

Przyjaciele! Przeciwnik, diabeł wykorzystuje okresy świąteczne, podchodzi do nas bliżej, aby potem w sensie duchowym nas potraktować „chlorem i gazem musztardowym”. Rządzący w synach opornych książę tego świata może na jakiś czas przyjąć nawet postać anioła światłości. Stara się uśpić naszą czujność, aby tym bardziej nas potem zaskoczyć i zniszczyć duchowo. Dlatego wzywam: Pozostańmy w zbroi Bożej! Nigdy jej nie zdejmujmy i nie odkładajmy! Kto może niech to zrozumie.

Wersja audio powyższego przesłania

23 grudnia, 2014

Życzenia świąteczne 2014

Umiłowani w Chrystusie Jezusie Bracia i Siostry, Przyjaciele, Czytelnicy, Znajomi, Bliscy i Dalecy! Gdy rozmyślam, czego Wam życzyć na okoliczność tegorocznych Świąt Narodzenia Pańskiego, ciśnie mi się do głowy obraz biblijnego Symeona, który, gdy Józef i Maria wnosili dziecię Jezus do świątyni, by wypełnić przepisy zakonu co do niego, on wziął je na ręce i powiedział: Teraz, Władco, zgodnie z Twoimi słowami, pozwalasz swojemu słudze odejść w pokoju, gdyż moje oczy zobaczyły Twoje zbawienie [Łk 2,29-30]. Jak wiemy, Symeon żył w przekonaniu, że nie może umrzeć, zanim nie ujrzy Zbawiciela.  Wyglądał więc, oczekiwał na tę chwilę i w końcu się doczekał.

Każdy z nas nosi w sobie jakieś oczekiwanie. Jedni pragną ulgi pojednania i pokoju z Bogiem, wyzwolenia z mocy grzechu, który nimi zawładnął. Inni wyglądają poprawy relacji i zgody w rodzinie. Ktoś chciałby wyjść wreszcie z długów. Jeszcze inni mają dość tkwienia w martwym punkcie. Odczuwają potrzebę dalszego rozwoju. Pragną zaangażować się w coś dobrego i wreszcie poczuć, że są dla kogoś naprawdę potrzebni. Koniecznie trzeba nam wszystkie te oczekiwania powiązać z osobą Jezusa Chrystusa. On jest Zbawicielem. Symeon cieszący się z Jezusa przy wejściu do świątyni może być synonimem naszej radości w wyniku osobistego spotkania z Panem Jezusem Chrystusem.

Z całego serca życzę więc Wam i sobie, aby każdy z nas, możliwie najszybciej, zobaczył zbawienie w wyczekiwanych i upragnionych sprawach. Życzę, byśmy – podobnie jak Symeon – wkrótce doznali ulgi uwolnienia i spełnienia. Niech Syn Boży, Zbawiciel, przyjdzie i nas zbawi.

20 grudnia, 2014

Tysięczny wpis

Źródło: Wikipedia
Dziś rocznica oficjalnego podłączenia Polski do Internetu. 20 grudnia 1991 roku  to dobrodziejstwo spotkało jedynie niektóre placówki naukowe Uniwersytetu Warszawskiego i pojedyncze komputery w paru polskich miastach. Później, z roku na rok, Internet stawał się coraz bardziej dostępny, tak, że nawet ja – nie bez wewnętrznych oporów - zacząłem go używać, a w 2001 roku dysponowałem już kilkoma stronami internetowymi. Dziś publikuję tysięczny wpis na blogu Dzisiaj w świetle Biblii.

Internet, czyli ogólnoświatowa sieć komputerowa jest swoistym odzwierciedleniem globalnego społeczeństwa. Tworzą je bardzo różni, dobrzy i źli ludzie. Chrześcijanie są tą częścią ludzkości, która – dopóki Pan trzyma Kościół na ziemi – powinna wywierać pozytywny wpływ na pozostałych ludzi i dzielić się z nimi ewangelią. To wymaga obecności. Napisałem wam w liście, abyście nie przestawali z wszetecznikami; ale nie miałem na myśli wszeteczników tego świata albo chciwców czy grabieżców, czy bałwochwalców, bo inaczej musielibyście wyjść z tego świata [1Ko 5,9-10]. A nie o to przecież  chodzi.  Nie proszę, abyś ich wziął ze świata, lecz abyś ich zachował od złego. Nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Poświęć ich w prawdzie twojej; słowo twoje jest prawdą. Jak mnie posłałeś na świat, tak i ja posłałem ich na świat [Jn 17,15-18]. Trzeba nam żyć w duchowym oddzieleniu, zachowywać zdrowy dystans do tego, co na świecie, nie rozmiłowywać się w sprawach tego świata, lecz wolą Bożą jest, abyśmy byli w nim obecni.

Zachowując więc duchową czystość własnych szeregów trzeba nam umiejętnie używać wszelkich dostępnych w świecie środków, by nieść zgubionym duszom Dobrą Nowinę i ratować je od wiecznego potępienia. Internet jest ku temu wspaniałym narzędziem i cieszę się, że chrześcijanie nie oddali przeciwnikowi tego pola walkowerem.

W rocznicę podłączenia Polski do Internetu apeluję do polskich chrześcijan: Bądźmy obecni i aktywni w cyberprzestrzeni. Wypełniajmy ją Słowem Bożym!

19 grudnia, 2014

Plaga drogowych kapusiów

Panująca od niedawna moda na samochodowe rejestratory jazdy zdawała się mieć tylko same dobre strony. Mając taką kamerkę  kierowca w każdej chwili dysponował dowodem, jak było naprawdę. Kto komu zajechał drogę? Czy rzeczywiście przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle? Kto doprowadził do kolizji? Kto uciekł z miejsca wypadku? Jednym słowem, bardzo pożyteczne narzędzie, pozwalające udowodnić własną niewinność, albo pokazać znajomym niezwykłość jakiegoś zdarzenia z podróży. Amen. Na tym powinna się kończyć funkcja rejestratora jazdy.

Niestety, tak już jest, że to co dobre i pożyteczne, może być też użyte do złych celów. Nie inaczej dzieje się też z kamerkami samochodowymi. Otóż coraz częściej się zdarza, że kierowca z włączonym rejestratorem jazdy staje się tropicielem i kapusiem. Bierze sobie za cel innych kierowców, którzy nawet wcale osobiście mu nie zawinili a jedynie popełnili jakieś wykroczenie, nagrywa ich przez jakiś czas, a potem denuncjuje. Mniejsza o to, gdy wyśle swoje nagranie do podrzędnej redakcji, która zrobi z niego chwilową pożywkę dla żądnych sensacji internetowych klikaczy. Gorzej, że coraz częściej Polak Polakowi staje się wilkiem wysyłając takie nagranie na policję. Obrzydliwe.

Najwidoczniej Biblia jest bardziej życiowa i wspaniałomyślna od niejednego z nas, bo mówi: Dopuszczamy się bowiem wszyscy wielu uchybień [Jk 3,2]. Każdemu kierowcy zdarzy się popełnić jakiś błąd na drodze. Jednak człowiek z naturą kapusia nie bierze tego pod uwagę. Rusza w pościg i odnajduje w tym jakąś dziką satysfakcję, gdy  uda mu się cudzy błąd nagłośnić. Jego cała chluba, to na kogoś donieść. Co innego ma w naturze człowiek Boży. Chwałą Bożą  jest rzecz ukryć [Prz 25,2] – głosi Biblia.

Stąd mój apel: Okazujmy innym kierowcom wyrozumiałość. Raczej posądzajmy ich o dobre intencje lub o zwykły brak umiejętności, aniżeli o świadome wykroczenie na drodze. Owszem, czasem wyraźnie widać, że mamy do czynienia z przestępcą drogowym, lecz na Boga, w każdym, kto trochę inaczej pojechał, nie upatrujmy od razu pijaka lub wariata, którego trzeba ścigać, nagrać i zapodać organom ściągania. Nie wyręczajmy policjantów w ich pracy. Przede wszystkim miejcie wytrwałą miłość jedni ku drugim, bo miłość zakrywa wiele grzechów [1Pt 4,8].

Proszę, niech pożyteczne urządzenie, jakim jest rejestrator jazdy, nie będzie pożywką do mnożenia się w naszym społeczeństwie kapusiów drogowych.

18 grudnia, 2014

Czyżby byli już tylko sami dobrzy chrześcijanie?

W niektórych środowiskach chrześcijańskich zapanowała ostatnio moda na chwalenie siebie nawzajem. Jeden drugiego podziwia i poleca. Nie, żeby któryś dokonał czegoś heroicznego i wielkiego. Wychwalają w sobie cechy, postawy i czyny, które zasadniczo są normalne dla chrześcijanina. Nie ma przy tym żadnej uwagi lub słowa krytyki. Same superlatywy.

Z pewnością miło jest rozpływać się w pochwałach. Również Biblia ich nie szczędzi dla pobożności i bogobojności ludu Bożego. Można się domyślać, że Jezus Chrystus chwalił czasem swoich uczniów.  Jego apostołowie także zauważali akty poświęcenia i dobre zachowanie pierwszych chrześcijan, umiejętnie dając temu wyraz. Powinniśmy zawsze dziękować Bogu za was, bracia. Jest to rzecz słuszna. Wiara wasza bowiem bardzo wzrasta a wzajemna miłość wasza pomnaża się w was wszystkich, tak że i my sami chlubimy się wami w zborach Bożych, waszą wytrwałością i wiarą we wszystkich prześladowaniach waszych i uciskach, jakie znosicie [2Ts 1,3-4].

Czytając Pismo Święte odnosi się wszakże dość silne wrażenie, że póki co, ani sami nie mamy się czym chwalić, ani też za co wychwalać innych ludzi. Nasz Pan, po trzech latach codziennej pracy nad swoimi uczniami, na koniec ukazał się jedenastu uczniom, gdy siedzieli u stołu, i ganił ich niewiarę i zatwardziałość serca, że nie uwierzyli tym, którzy go widzieli zmartwychwskrzeszonego  [Mk 16,14]. Apostoł Paweł pisał do świętych z Koryntu: Czego chcecie? Czy mam przyjść do was z rózgą, czy też z miłością i w duchu łagodności? [1Ko 4,21]. Poruszając zaś sprawę nieprawidłowości w ich wspólnych zgromadzeniach, jasno dał do zrozumienia, że pochwał nie ma. A dając to zalecenie, nie pochwalam, że się schodzicie nie ku lepszemu, ale ku gorszemu [1Ko 11,17]. Co mam wam powiedzieć? Czy mam was pochwalić? Nie, za to was nie pochwalam [1Ko 11,22].

Chrześcijanie skupiać się powinni na wychwalaniu Pana Jezusa Chrystusa.  Trzeba nam, aby Jego miłość, świętość, łaska, mądrość i wspaniałomyślność  stale były w centrum naszej uwagi.  Biblia mówi, że pewni ludzie narazili się na Boży sprzeciw, ponieważ zamienili Boga prawdziwego na fałszywego i oddawali cześć, i służyli stworzeniu zamiast  Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki. Amen [Rz 1,25]. Do zapatrzonych w siebie nawzajem Żydów Pan Jezus powiedział: Jakże możecie wierzyć wy, którzy nawzajem od siebie przyjmujecie chwałę, a nie szukacie chwały pochodzącej od tego, który jedynie jest Bogiem? [Jn 5,44]. Dlatego chrześcijanie z Judei chwalili nie Pawła apostoła, lecz Boga, którego w nim zauważyli. A byłem nieznajomym z twarzy zborom żydowskim, które są w Chrystusie; Lecz tylko byli usłyszeli, iż ten, który prześladował nas niekiedy, teraz opowiada wiarę, którą przedtem burzył. I chwalili Boga ze mnie [Ga 1,22-23 wg Biblii Gdańskiej].

Ludzie są dziś coraz bardziej łasi na pochwały. Rosną kręgi wzajemnej adoracji i mają się coraz lepiej. Poszukiwacze afirmacji, zaniepokojeni porannym spojrzeniem prawdzie w oczy, przez cały dzień szerokim łukiem omijają miejsca, gdzie ta prawda o nich mogłaby wyjść na jaw. Nie chcą przykrości, więc szukają i sami tworzą miejsca, gdzie się wzajemnie honorują, doceniają, podziwiają i wychwalają. Czy takim miejscem może być zbór chrześcijański, gromadzący różnej maści grzeszników będących dopiero w procesie uświęcenia?  Czy już czas na pochwały?

Zakończmy pouczeniem Słowa Bożego: Przeto nie sądźcie przed czasem, dopóki nie przyjdzie Pan, który ujawni to, co ukryte w ciemności, i objawi zamysły serc; a wtedy każdy otrzyma pochwałę od Boga [1Ko 4,5]. Daj Boże, żeby każdy.

17 grudnia, 2014

Judaizacja zborów

Wielu Europejczyków bije na alarm! Trwa islamizacja naszych krajów. Jak tak dalej pójdzie, to około 2030 roku Francja będzie już krajem islamskim. Dwadzieścia lat później to samo spotka Niemcy i inne kraje Zachodu. Zapanuje prawo szariatu. W czasach rozmycia granic i wartości, atrakcyjne dla wielu, bo radykalne i wyraziste, lecz w rzeczy samej niemiłosierne i potworne.  Ogłoszenie w połowie 2014 roku powstania Państwa Islamskiego mocno wzmacnia proces islamizacji świata. Trzeba w porę przeciwdziałać temu zjawisku, bo jeżeli dalej, w imię źle pojętej tolerancji, będziemy biernie się temu przyglądać, to i nad Wisłą pewnego dnia obudzimy się z ręką w nocniku.

Mnie dzisiaj, jeszcze bardziej od islamizacji, niepokoi proces judaizacji ewangelicznych zborów. Bardziej, bo islamiści mogą nam co najwyżej odebrać fizyczne życie, natomiast przylgnięcie ewangelicznych serc do judaizmu, który odrzucił Jedynego Zbawiciela i Pana, Jezusa Chrystusa, skończy się utratą zbawienia z łaski. Reagując na podobny proces w zborach Galacji, Słowo Boże mówi: O nierozumni Galacjanie! Któż was omamił, was, przed których oczami został wymalowany obraz Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego? [Ga 3,1].

Chrześcijanie mają się zachwycać Synem Bożym, Jezusem Chrystusem . Każdego dnia z całego serca Go miłować, codziennie Go naśladować i z pełnym oddaniem Mu służyć. Galacjanie stopniowo zaczęli jednak zwracać swe serca ku przepisom i obrzędom zakonu. Odkrywali bogactwo zwyczajów żydowskich. Zachwycali się symboliką judaizmu. Zanim apostoł Paweł zdążył zareagować, Galacjanie już myśleli, że aby być zbawionym, trzeba się obrzezać.  Oto ja, Paweł, powiadam wam: Jeśli się dacie obrzezać, Chrystus wam nic nie pomoże. A oświadczam raz jeszcze każdemu człowiekowi, który daje się obrzezać, że powinien cały zakon wypełnić. Odłączyliście się od Chrystusa wy, którzy w zakonie szukacie usprawiedliwienia; wypadliście z łaski [Ga 5,2-4].

Obserwuję nasze środowiska ewangeliczne i stwierdzam, że najwyższa pora uderzyć na alarm! W wielu miejscach jeszcze tego zagrożenia nie widać. Na razie mamy jedynie – skądinąd właściwe dla chrześcijan – zainteresowanie kulturą i obyczajami żydowskimi, bo przecież zbawienie pochodzi od Żydów [Jn 4,22]. Więc gdy gdzieś w zborze organizuje się wykład na temat Izraela, to nie ma w tym nic złego. Jeżeli natomiast zbór ewangeliczny zaczyna urządzać spotkania szabatowe, sederowe wieczory paschalne, święta żydowskie itp. – to znaczy, że proces zwiedzenia zmierzającego ku judaizacji  ewangelicznych chrześcijan już się zaczął. Są w Polsce zbory, gdzie to zjawisko trwa od lat i wciąż się pogłębia. Obym się mylił, ale niektórzy zaszli w tym tak daleko, że wkrótce bez wahania dadzą się nawet obrzezać.

Owszem, dla lepszego rozumienia Pisma Świętego, dobrze jest studiować historyczne i kulturowe tło ksiąg biblijnych. Lecz nie dajmy się ogłupić. Do rozumienia Biblii potrzeba natchnienia Ducha Świętego, a nie praktykowania  żydostwa.  Wszystko, co przed poznaniem naszego Pana uznawaliśmy za wartościowe, przestaje być dla nas wiążące, a jeśli znaliśmy Chrystusa według ciała, to teraz już nie znamy. Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe [2Ko 5,16-17]. Pan Jezus Chrystus jest tak wspaniały i tak pociągający, że odrodzonemu z Ducha Świętego sercu szkoda już czasu na ceremonie i obrzędy martwej religii.

Z punktu widzenia wiecznego zbawienia, islamizacja nie jest aż tak straszna. Tragicznie dla wielu ewangelicznych chrześcijan może skończyć się flirtowanie z judaizmem.

15 grudnia, 2014

Jak uwolnić się od złych emocji?

Tuż przed świętami, kiedy to podobno nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem, dyskutujemy w Polsce o zjawisku narastającej w ludziach agresji. Debatę wywołał młody człowiek, który w minioną środę, 10 grudnia 2014 roku, wepchnął pod nadjeżdżający autobus 31 letniego rowerzystę.  Tragedia rozegrała się w Pabianicach. Rowerzysta jechał do pracy. Dogoniło go samochodem  trzech rozsierdzonych, młodych ludzi. Widząc zbliżający się pojazd, 24 letni pasażer samochodu wyskoczył z auta i silnym uderzeniem w głowę popchnął cyklistę na autobus. Rowerzysta zginął na miejscu, a oprawcy, najwidoczniej usatysfakcjonowani, że dopięli swego, czym prędzej odjechali.  Potworne.

Wiadomo, że na drodze można spotkać się z bardzo różnym, często mało życzliwym zachowaniem innych kierowców. Pokazywane w ramach rozpętanej dyskusji  filmiki, jak ludzie nawzajem zajeżdżają sobie drogę, udowodniają, że mają szybszy samochód, grożą sobie nawzajem i się biją, unaoczniają ogromny ładunek złych emocji, drzemiący w osobach wyjeżdżających na drogę. Naprawdę niewiele potrzeba, aby ta wrogość  eksplodowała. Czasem wystarczy niefortunny, niecelowy manewr, zwykły błąd, który każdemu może się przytrafić,  a już na ogonie mamy tropiciela, który chce wyładować na nas nagromadzoną w sobie złość.

Skąd się to w ludziach bierze? Zaczynając od zwykłego niezadowolenia z samego siebie, poprzez trudności w relacjach rodzinnych, kłopoty finansowe, niepowodzenia zawodowe, prowokującą niechęć innych ludzi, a na środkach odurzających i stymulujących złe emocje kończąc, można powiedzieć, że wiele takich złożonych powodów  agresji ma jedno podstawowe podłoże. Jest nim owładnięte grzechem, niepojednane z Bogiem serce. Albowiem z wnętrza, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, wszeteczeństwa, kradzieże, morderstwa, cudzołóstwo, chciwość, złość, podstęp, lubieżność, zawiść, bluźnierstwo, pycha, głupota;  wszystko to złe pochodzi z wewnątrz i kala człowieka [Mk 7,21-23].

Zrozumieć to można dopiero po przeżyciu duchowego odrodzenia.  Dla przykładu, człowiek, o którym czytamy: A Saul, dysząc jeszcze groźbą i chęcią mordu przeciwko uczniom Pańskim [Dz 9,1] napisał później:  Bo i my byliśmy niegdyś nierozumni, niesforni, błądzący, poddani pożądliwości i rozmaitym rozkoszom, żyjący w złości i zazdrości, znienawidzeni i nienawidzący siebie nawzajem. Ale gdy się objawiła dobroć i miłość do ludzi Zbawiciela naszego, Boga, zbawił nas nie dla uczynków sprawiedliwości, które spełniliśmy, lecz dla miłosierdzia swego przez kąpiel odrodzenia oraz odnowienie przez Ducha Świętego [Tt 3,3-5]. Saul narodził się na nowo i stał się pełnym miłości apostołem Pawłem.

Owszem, są ludzie z natury łagodni i pokojowo nastawieni. Są ludzie lękliwi, którzy z obawy, żeby od kogoś nie oberwać, nigdy nie podnoszą głosu. Trwająca dyskusja o agresji zdaje się jednak ujawniać prawdę, że nasze społeczeństwo w poważnej mierze owładnięte jest złością i niechęcią. Nie zmieni tego żadna terapia ani poprawa warunków bytowych. Nie wystarczy też pójście do kościoła i przyjęcie sakramentów. Trzeba nam nowego narodzenia. Tylko autentyczna wiara w Jezusa Chrystusa prowadzi do zmiany serca i sprawia, że to serce wypełnia się miłością, przebaczeniem i łagodnością.

12 grudnia, 2014

Uchodźcy z Ukrainy

Wracam dziś do trwającego na Ukrainie konfliktu zbrojnego. W minioną niedzielę gościliśmy w Gdańsku małżeństwo amerykańskich misjonarzy, którzy kawał życia poświęcili pracy socjalnej na Krymie, karmiąc bezdomnych i udzielając im schronienia w zakupionym przez siebie domu. Teraz musieli stamtąd uciekać, bo niechcący znaleźli się na terytorium zaanektowanym przez Rosję, podobnie zresztą jak inny tamtejszy misjonarz amerykański, który od lipca jest z nami w Gdańsku. Lecz nie tylko z ich powodu sprawy ukraińskie stały się nam bliskie. Od czerwca 2014 roku opiekujemy się dwoma rodzinami uchodźców ze wschodniej Ukrainy, udzielając im niezbędnego wsparcia i w możliwy dla nas sposób pomagając im stawiać czoła urzędowym procedurom.

Czynimy tak, ponieważ Biblia mówi: Jeżeli zubożeje twój brat i podupadnie, to ty go wspomożesz na równi z obcym przybyszem czy tubylcem, aby mógł żyć obok ciebie. Nie bierz od niego odsetek ani lichwy, a bój się swojego Boga, aby twój brat mógł żyć obok ciebie [3Mo 25,35-36]. Przychodnia nie uciskaj, sami bowiem wiecie, jak się czuje przychodzień; wszak byliście przychodniami w ziemi egipskiej [2Mo 23,9].

Brat w Chrystusie, któremu siłą odebrano własność i przepędzono go z żoną i dwójką małych dzieci. Siostra w Chrystusie, wdowa z trójką dzieci, która musiała czym prędzej porzucić mieszkanie i uciekać z Mariupola przed panoszącymi się tam separatystami – te przypadki idealnie wpisują się w powyższe fragmenty Pisma Świętego. Nie ma dla wyznawców Jezusa Chrystusa innej drogi, jak tylko taka, że podzielisz twój chleb z głodnym i biednych bezdomnych przyjmiesz do domu, gdy zobaczysz nagiego, przyodziejesz go, a od swojego współbrata się nie odwrócisz [Iz 58,7].

Z „naszymi” uchodźcami zapoznałem się, gdy byli jeszcze w Ośrodku dla Cudzoziemców w Grupie k. Grudziądza, a ponieważ są zielonoświątkowcami, czyli naszymi braćmi i siostrami w Chrystusie, nie mogłem zbagatelizować ich problemów. Z tym większą więc przyjemnością obserwuję dobrze przebiegający proces ich adaptacji w polskim społeczeństwie. Aktywnie włączają się w życie wspólnoty. Są odpowiedzialni i bardzo użyteczni. Zresztą, jakże mogłoby być inaczej, skoro narodzili się na nowo i codziennie są prowadzeni przez Ducha Świętego.

W świetle powyższego bardzo ucieszył mnie podpis, jaki dzisiaj w Europejskim Centrum Solidarności  Prezydent Miasta Gdańska złożył  pod listem intencyjnym o współpracy między Gdańskiem a ukraińskim Mariupolem oraz jego oświadczenie, że Polacy nie są biernymi obserwatorami sytuacji na Ukrainie. Okazuje się bowiem, że naszym podaniem ręki wspomnianym rodzinom uchodźców ze wschodniej Ukrainy wpisujemy się już w tę współpracę jako Gdańszczanie. Tym bardziej też spodziewamy się teraz dla nich przyjaznego klimatu w polskich urzędach, umożliwiającego im legalny pobyt w Gdańsku.

10 grudnia, 2014

Kryzys bojaźni Bożej

1Pt, 1,17
Natrafiłem dziś w Księdze Malachiasza na słowa świadczące o poważnym kryzysie wiary. Stwierdziliście: Próżna to rzecz służyć Bogu! I jaki pożytek, że przestrzegaliśmy Jego poleceń i że chodzimy niczym pokutnicy przed JHWH Zastępów? My teraz uważamy zuchwałych za szczęśliwców. Powiodło się też czyniącym niegodziwość. Wystawiają przy tym na próbę Boga i uchodzi im to [bezkarnie]. Tak to mówili bojący się JHWH, każdy do swego bliźniego, a JHWH zwrócił na to uwagę i usłyszał, i zostało to zapisane w księdze pamiątkowej przed Jego obliczem dla bojących się JHWH i poważających Jego imię [Ml 3,14-16].

W głowach zasadniczo bojących się Boga ludzi nastąpiła poważna zmiana myślenia. Wcześniej o mały włos  doszłoby też  do czegoś takiego w sercu Asafa, który w Psalmie 73 opisał własne rozterki na tym polu. Tak jest do dzisiaj. Widok pomyślności ludzi bezbożnych sprowadza niejedną bogobojną duszę nad urwisko zwątpienia. Dlaczego mamy wciąż pod górkę, a oni, lekceważący Boga i Jego Słowo, mają się tak dobrze?

Trudno było przemilczeć tak bolesną przykrość. I bardzo dobrze, że wychowani w bojaźni Bożej ludzie zaczęli rozmawiać. Okazało się bowiem, że Bóg nie puścił mimo uszu tego, co między sobą mówili. Mocne słowa wypowiadacie przeciwko Mnie — mówi JHWH. I mówicie: Co zostało przez nas powiedziane przeciwko Tobie? [Ml 3,13]. Jeszcze chwila i – nieświadomi rzeczy Żydzi - zabrnęliby w ślepy zaułek gorzknienia i buntu przeciwko Bogu. Ujawniając narastające zwątpienie w sens dalszego życia w bojaźni Bożej, zwrócili uwagę Pana i usłyszeli, co On ma w tej sprawie do powiedzenia.

Otóż ludziom bogobojnym Pan przede wszystkim zapewnił ocalenie na końcu drogi. I będą dla Mnie — mówi JHWH Zastępów — na dzień, w którym Ja przygotowuję cenną własność, i oszczędzę ich, jak człowiek oszczędza swojego syna, który mu służy [Ml 3,17]. Bóg zapowiedział też  zbliżający się czas ujawnienia zasadniczej różnicy między bezbożnymi a bogobojnymi. Wtedy znowu dostrzeżecie różnicę między sprawiedliwym a bezbożnym, między tym, kto Bogu służy, a tym, kto mu nie służy [Ml 3,18]. Jak wynika z powyższego, Słowo Boże uznaje za fakt, że w pewnym okresie tej różnicy nie widać. Jednak niechybnie dla wszystkich stanie się jasne, że warto żyć w bojaźni Bożej.

W jaki sposób Bóg to pokaże? Bo oto nadchodzi dzień, który spala jak piec. I staną się wszyscy zuchwali i wszyscy czyniący niegodziwość słomą. I spali ich ten nadchodzący dzień — mówi JHWH Zastępów — tak, że nie pozostawi im ani korzenia, ani gałązki [Ml 3,19]. Taki będzie końcowy los bezbożnych. A co z ludźmi bojącymi się Boga? Lecz dla was, bojących się mego imienia, wzejdzie słońce sprawiedliwości z uzdrowieniem na swoich skrzydłach. I będziecie wychodzić i podskakiwać, jak cielęta z obory. I podepczecie bezbożnych, gdyż staną się prochem pod stopami waszych nóg w dniu, który Ja przygotowuję — mówi JHWH Zastępów [Ml 3,20-21].

Podobnie jak Izraelitom na 450 lat przed Chrystusem należało trwać w bojaźni Bożej i respektować Słowo Boże, tak i nam dzisiaj trzeba bardzo uważać, aby niechcący nie wypielęgnować w sobie postaw serca i złych myśli przeciwko Bogu. Wystrzegajmy się krótkowzroczności, która  stanowi poważne zagrożenie dla wierzącego. Gdy nie patrzymy dostatecznie daleko, wówczas postawa bojaźni Bożej może stracić dla nas sens. Gdy oceniamy wszystko z punktu widzenia doczesności, wówczas  w naszym sercu może zrodzić się w stosunku do Boga złe nastawienie. Mocne słowa wypowiadacie przeciwko Mnie — mówi JHWH. To świadectwo poważnego kryzysu bojaźni Bożej.

Wielu ludzi uległo już duchowi antychrysta i bluźni Bogu. Wielu chrześcijan z coraz większą łatwością wypowiada słowa zwątpienia i niewiary. Nie chcą już dłużej na sto procent żyć dla Pana, ponieważ przestali patrzeć na końcową zapłatę. Kto jeszcze żyw, niech będzie  dalekowzroczny!  Żyjmy w świetle zbliżającego się końca. Trwajmy w bojaźni Bożej.

09 grudnia, 2014

No to w końcu, jak było?

Dzisiejszy transport generała Kiszczaka z Warszawy do Gdańska na przymusowe badania lekarskie, które rzekomo przez trzy dni ma przeprowadzać aż jedenastu specjalistów, domaga się postawienia paru pytań. I wcale nie pytam, na czyj koszt ów "chory" dziś podróżował? Nie pytam też dlaczego chory pan Kowalski musi czekać na jednego lekarza trzy miesiące, jeśli nie trzy lata, podczas gdy  „zdrowy” generał ma mieć ich do dyspozycji aż tylu i to przez parę dni? Intryguje mnie dziś zupełnie inna kwestia.

Otóż parę dni temu słyszałem jak ktoś wielce kogoś chwalił za bezkrwawe przeprowadzenie zmian ustrojowych w Polsce. Chwalony prężył pierś, bo najwidoczniej uważał, że to prawda. Dzisiaj natomiast usłyszałem, że generał Kiszczak jest sądzony za udział w zbrodniczej grupie przestępczej, która ma na sumieniu wiele krwawych ofiar z tego samego okresu. No i zbaraniałem. Skoro jednemu daje się medal za bezkrwawy upadek komunizmu, to na mój chłopski rozum wynika z tego, że nie ma kogo sądzić za krwawe ofiary tego przełomu. Jeśli natomiast takie ofiary rzeczywiście były, to należałoby przestać trąbić o majstersztyku bezkrwawego przejścia ustrojowego i - co za tym idzie - zmniejszyć nieco medal chwały dla chwalonych.

Prawdą jest, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. To samo zjawisko lub zdarzenie, ta sama rzecz, a jakże odmienna jej ocena. Wszystko zależy od tego, czy ktoś ma być w danej sytuacji pochwalony, czy zganiony. Oto biblijny przykład: Liche to, liche! mówi nabywca; lecz gdy odchodzi, chwali się [Prz 20,14]. Z wiadomych względów deprecjonuje sprzedawcę za rzekomo złą jakość jego towaru. Lecz za moment, z powodu tego samego towaru, udziela sobie pochwał jako jego nabywca. Można zbaranieć. Albo towar jest dobry i sprzedawcy też należy się dobre słowo, albo nabyty przedmiot jest rzeczywiście lichy i nabywca nie ma się czym chwalić.

Relatywizm zawsze ma oczywiście swoje uzasadnienie, lecz Biblia ostrzega: Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy zamieniają ciemność w światłość, a światłość w ciemność, zamieniają gorycz w słodycz, a słodycz w gorycz [Iz 5,20]. Trzeba ustalić, jaka jest prawda i przy niej obstawać. Albo coś jest dobre, albo złe. Albo były krwawe ofiary, albo odbyło się to w sposób bezkrwawy. Albo jestem synem światłości i postępuję, jak za dnia, albo żyję w ciemności i takie też są owoce mojego życia. Nie mogę kogoś chwalić za coś, za co Bóg człowieka sądzi. A jeśli Bóg go nie sądzi, to dlaczego ja miałbym potępiać?

06 grudnia, 2014

Stale w pamięci

Jan i Marta Brózdowie, 9.11.2001
Mam w mojej słabnącej pamięci osoby, o których już dawno wolałbym zapomnieć, ale mam i takie, które chciałbym pamiętać nawet w zaawansowanym stadium Alzheimera. Do tych drugich z pewnością  zalicza  się śp. Jan Brózda i pozwólcie mi dzisiaj – w dziesiątą rocznicę jego śmierci -  na parę słów o tym wyjątkowym dla mnie człowieku.

Sylwetkę Jana Brózdy przybliżyłem wiosną minionego roku w 90. rocznicę jego urodzin. Zainteresowanych odsyłam do tego tekstu. Dzisiaj pragnę jedynie napisać, że w dziesięć lat od chwili, gdy Jan odszedł z tego świata, mnie wciąż chce się jeździć do Puław Górnych, czyli do wioski, gdzie mieszkał. Ciągle pamiętam jego charakterystyczny język, pełen spolszczonych, czeskich słówek. Nie mogę zapomnieć jego niezwykłej serdeczności okazywanej każdemu napotykanemu człowiekowi. Przyłapuję się na tym, że sam używam wielu zasłyszanych u niego określeń.

Nawet w przypadku apostoła Piotra  trzeba było specjalnego działania podtrzymującego w ludziach pamięć: Dołożę też starań, abyście także po moim odejściu stale to mieli w pamięci [2Pt 1,15]. Brat Jan ze swoim sposobem bycia został w mojej pamięci bez żadnego o to starania. Z pewnością jest tak i dlatego, że tę samą życzliwość widzę teraz w jego synu, synowej, wnukach i mieszkających po sąsiedzku córce i zięciu, opiekujących się chorą mamą Martą. To wywołuje we mnie odczucie, jakby Jan wciąż był tam na Puławach. Być może podobny rodzaj pamięci miał apostoł Paweł gdy pisał do Tymoteusza: Przywodzę sobie na pamięć nieobłudną wiarę twoją, która była zadomowiona w babce twojej Loidzie i w matce twojej Eunice, a pewien jestem, że i w tobie żyje [2Tm 1,5]. Ja w każdym bądź razie zauważam związek mojej niesłabnącej pamięci o Janie Brózdzie z postawą obserwowaną u jego najbliższych.

Ponownie dziękuję dziś Bogu, że dane mi było przyjaźnić się z tak niezwykłym człowiekiem. A jak ja zostanę zapamiętany? Co będą pisać ludzie o tobie w dziesiątą rocznicę twojej śmierci?

01 grudnia, 2014

O czym mówi długość sprawowania władzy?

Dziś rano obudziliśmy się w Polsce z wynikami drugiej tury wyborów samorządowych. Już wiadomo, kto w nowej kadencji będzie prezydentem, burmistrzem czy wójtem. W moim mieście prezydent sprawuje władzę nieprzerwanie od 1998 roku. Wybranie go na nową kadencję oznacza, że Gdańsk będzie miał tego samego prezydenta przez 20 lat! Czy w świetle Biblii ma to jakieś znaczenie i czy warto w ogóle o tym wspominać?

Biblia, o dziwo, zawiera sporo wzmianek o długości sprawowania władzy. Jedni rządzili bardzo długo. Czterdzieści lat panował Dawid nad Izraelem. W Hebronie panował siedem lat, a Jeruzalemie panował trzydzieści trzy lata [1Kr 2,11]. Albo Azariasz: Miał szesnaście lat, gdy został królem, a panował w Jeruzalemie pięćdziesiąt dwa lata [2Kr 15,2]. Inni zaś  panowali zaledwie rok, a nawet kilka dni. Achazjasz miał dwadzieścia dwa lata, gdy objął władzę królewską, a panował jeden rok w Jeruzalemie [2Kr 8,26].  Natomiast Zimri objął władzę królewską w dwudziestym siódmym roku panowania Asy, króla judzkiego, ale panował tylko siedem dni w Tirsie [1Kr 16,15]. Nie było kadencji ani demokratycznych wyborów, a jednak  władcy się zmieniali i to z różną częstotliwością.

Według Pisma Świętego wszelka władza pochodzi od Boga. Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione [Rz 13,1]. Niech będzie błogosławione imię Boga od wieków na wieki, albowiem do niego należą mądrość i moc. On zmienia czasy i pory, On utrąca królów i ustanawia królów, udziela mądrości mądrym, a rozumnym rozumu [Dn 2,20-21]. Czyż z tych słów nie wynika, że każdy, i ten, który doszedł wczoraj do władzy (również ten w Słupsku), i ten który ją wczoraj utracił,  każdy otrzymał lub stracił władzę z postanowienia Bożego?

A o czym mówi długość sprawowania władzy? Dlaczego jednym Bóg pozwala dłużej trzymać ster społeczeństwa, a drugim co najwyżej jedną kadencję? Z Biblii bynajmniej nie wynika, że dobry rządzi długo, a zły krótko. Czy w niektórych przypadkach Bóg – widząc potencjał możliwości - daje więcej czasu na jego wykorzystanie, czy może – widząc mizerię – dłużej oczekuje na poprawę? Dlaczego w przeszłości Bóg w ogóle dopuścił do władzy takich szaleńców jak Hitler? Czy jest prawdą, że mamy takiego przywódcę, na jakiego aktualnie zasługujemy? Jak długo jeden i ten sam przywódca może dobrze służyć społeczeństwu?

Jedno jest jasne. Skoro opis królów jest w Biblii opatrzony adnotacją o długości sprawowania przez nich władzy, z pewnością oznacza, że musi mieć to jakieś znaczenie. Jakie?   Już sama analiza  wszystkich tych przypadków może okazać się bardzo interesująca i dać odpowiedź na tytułowe pytanie.

30 listopada, 2014

I teraz, i w każdej następnej turze

Jestem dziś w tej szczęśliwej sytuacji, że mogę potwierdzić mój wybór sprzed dwóch tygodni. Oznacza to, że wcześniej podjąłem decyzję na tyle przyszłościową, że dzisiaj mam na kogo głosować. Na szczęście też nie muszę zmieniać zdania, bo nadal wierzę w słuszność przyjętej wcześniej drogi.

Niechby ta prosta ilustracja - odnosząca się oczywiście do miejsc, gdzie dziś ma miejsce druga tura głosowania - stała się przyczynkiem do zastanowienia się nad naszymi wyborami o wiele ważniejszymi od samorządowych. Zdarza się ludziom podjąć takie decyzje życiowe, z których potem są niezadowoleni, albo które niczego dobrego nie rokują na przyszłość. Wtedy najmądrzej byłoby się z nich wycofać, lecz nie zawsze jest to możliwe i łatwe. Plują więc sobie w brodę i brną w zło, które wybrali. Są też ludzie bardzo niestabilni w swoich wyborach, co sezon zmieniający zdanie. O takich w ogóle nie chcę teraz pisać. Pochwalić dziś chcę osoby, które dokonały w życiu takich wyborów, których teraz nie muszą się wstydzić i przy których mogą nadal obstawać.

Takiego wyboru osobiście dokonałem w wieku osiemnastu lat. Postanowiłem wówczas, w 1977 roku, że całe moje przyszłe życie powierzam Jezusowi Chrystusowi i oddaję się Mu w służbę. Wielu moich rówieśników wybrało wówczas inaczej. Jeden oddał się karierze sportowej, drugi zdobywaniu pieniędzy, ktoś czym prędzej wybrał żeniaczkę, a kilku oddało się pijaństwu. Mój wybór był wówczas bardzo niepopularny w środowisku rówieśniczym. Gdy jednak upływały kolejne lata, stawało się jasne, że nie wszyscy byli zadowoleni z obranej drogi. O ile wiem, co najmniej trzech moich szkolnych kolegów już nie żyje, sportowiec nie osiągnął sukcesu, a zakochany wówczas nowożeniec wkrótce się rozwiódł. Ja natomiast byłem w tej szczęśliwej sytuacji, że każdego roku wciąż na nowo mogłem z radością potwierdzać wcześniejszy wybór. Tak jest do dzisiaj. Każdego ranka wybieram i wyznaję Jezusa, jako mojego Zbawiciela i Pana.

Parę lat temu pewien człowiek wyznał mi, że żal mu i wstyd przed rodziną z powodu podjętej wcześniej decyzji. Jako były już świadek Jehowy, żałował lat zmarnowanych na rzecz owej organizacji religijnej. Zrozumiał, że chociaż nie jest to łatwe, musi wycofać się ze swego wyboru. Szczerze mu współczułem. Nie jest łatwo przyznać się, że dokonało się złego wyboru.

Kto wybierze Pana Jezusa i pójdzie w Jego ślady, ten może być pewny, że nigdy nie będzie musiał zawracać. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki [Hbr 13,8]. Nie ma lepszego i pewniejszego kandydata. Przy tym wyborze z radością od lat chcę obstawać. I dzisiaj, i w każdej następnej turze pragnę potwierdzać mój związek z Panem Jezusem. Tej decyzji nigdy nie będę musiał się wstydzić.

29 listopada, 2014

Zbyt zawężona solidarność

Dziś Międzynarodowy Dzień Solidarności z Narodem Palestyńskim (ang. International Day of Solidarity with the Palestinian People). Jak dla mnie, problematyczne święto, ustanowione przez Zgromadzenie Ogólne ONZ, obchodzone 29 listopada, w rocznicę przyjęcia rezolucji nr 181 z 1947 roku o podziale Palestyny.

Nazwałem to święto problematycznym, ponieważ jako chrześcijanin chcę być solidarny zarówno z Żydami jak i z Palestyńczykami. Nacjonalizm bowiem i odmowa innym prawa do życia na ziemi, nie mieszczą się w kanonie myśli ewangelicznej. Przytulisko dla terrorystycznych organizacji w Strefie Gazy, wciąż na nowo odpalane z terytorium Palestyny rakiety wymierzone w osiedla żydowskie, to wszystko bardzo utrudnia sercu, by solidaryzowało się z narodem palestyńskim.

Palestyńczycy, niestety, nie chcą pokojowego współistnienia z Żydami. Nie tylko nie uznali rezolucji 181, ale wręcz otwarcie dążą do usunięcia Izraela z mapy Bliskiego Wschodu. Zabicie Izraelity, to dla wielu skrajnych Arabów oznaka bohaterstwa, czyn zasługujący na powszechne uznanie. Dla zmyłki uciekają się oni do wielu sztuczek propagandowych, m.in. takich, że Żydzi wciąż zabijają ludność cywilną i ich niewinne dzieci. Prawda natomiast jest taka, że wiele tych scen sfingowano, z myślą o tym, by na świecie zjednać Arabom współczucie i wywołać niechęć do Żydów. Oto przykład:

video

Syn Boży wyraźnie powiedział: Mam i inne owce, które nie są z tej owczarni; również i te muszę przyprowadzić, i głosu mojego słuchać będą, i będzie jedna owczarnia i jeden pasterz [Jn 10,16]. Bóg w Chrystusie otworzył drzwi do Królestwa Bożego dla obywateli różnych państw i narodów. Albowiem wszyscy jesteście synami Bożymi przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Bo wszyscy, którzy zostaliście w Chrystusie ochrzczeni, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie [Ga 3,26-28].

Najwyższy czas, by przyjąć biblijną prawdę, że Bóg nie ma względu na osobę, lecz w każdym narodzie miły mu jest ten, kto się go boi i sprawiedliwie postępuje. Posłał On synom izraelskim Słowo, zwiastując dobrą nowinę o pokoju przez Jezusa Chrystusa; On to jest Panem wszystkich [Dz 10,35-36]. Nie ma miejsca na gloryfikowanie Izraelitów kosztem Arabów. Źle się dzieje w niektórych  zborach chrześcijańskich, że wszystko, co żydowskie jest w nich faworyzowane i urasta do rangi świętości. Jednakże nie można też ślepo wierzyć propagandzie palestyńskiej i w imię świętowanej dziś solidarności, źle myśleć o Żydach, bo naprawdę ten naród wart jest podziwu i szacunku.

Solidaryzowanie się chrześcijanina z jedną tylko stroną konfliktu w Ziemi Świętej nie jest na miejscu. Trzeba nam współczuć i jednym, i drugim. Trzeba traktować ich jednakowo i z jednakowym sercem myśleć o ich zbawieniu. A może nie mam racji?

28 listopada, 2014

Czy zawsze awans jest sukcesem?

Wspomnijmy dziś morską Bitwę pod Oliwą, do której doszło 28 listopada 1627 roku w Zatoce Gdańskiej pomiędzy 6 okrętami floty szwedzkiej, a 10 okrętami floty polskiej. Jak wiadomo, Polacy odnieśli w tej bitwie zwycięstwo i chociaż miało ono jedynie znaczenie propagandowe, to jednak do dzisiaj jest chlubą oręża polskiego.

Smutną ciekawostką Bitwy pod Oliwą okazała się przewrotność losu admirała Dickmanna. Normalnie, admirałem polskiej floty był wówczas Wilhelm Appelman.  Z powodu choroby jednakże nie mógł wziąć udziału w bitwie. Komisarze królewscy wyznaczyli więc przed bitwą nowe dowództwo. Funkcję admirała i dowództwo nad polskimi okrętami otrzymał Holender, Arend Dickmann. Z pewnością był to dla niego wielki awans, a zarazem koniec wszystkiego. Już po zakończeniu bitwy przypadkowa kula artyleryjska trafiła i uśmierciła 55 letniego Arenda Dickmana.

Na okoliczność tego wspomnienia warto zastanowić się nad zaskakująco przewrotnym następstwem zdarzeń, jakie mogą się nam czasem przytrafić. Bywa – jak w przypadku nieszczęsnego admirała Dickmanna – że uśmiech losu staje się zarazem pocałunkiem czarnej wdowy. Bywa jednak i tak, że to, co w danej chwili wydaje się niepowodzeniem, okazuje się dla nas wielkim błogosławieństwem i prawdziwym uśmiechem losu. Niejeden raz słyszeliśmy o ludziach, którzy przeklinali los, że np. nie zdążyli na samolot, a potem, po katastrofie nie mogli posiąść się ze szczęścia, że otrzymali niejako drugie życie.

Świadomi powyższego, chrześcijanie całkowicie ufają, że  Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują, to jest z tymi, którzy według postanowienia jego są powołani [Rz 8,28]. Z godnością i pełnym przekonaniem o słuszności tego, co nas spotyka, bierzemy za dobrą monetę nawet przeciwności, niepowodzenia i chorobę. Jeżeli naprawdę ofiarowaliśmy samych siebie Bogu, to możemy spokojnie patrzeć w przyszłość. Dobrze mi, żem został upokorzony, abym się nauczył ustaw twoich [Ps 119,71] – przyznał Dawid. Wieczorem bywa płacz, ale rankiem wesele [Ps 30,6]. W chwilach awansu palma nam nie odbija, a w chwilach przykrości nie pogrążamy się w żalu. Wiemy, że nad naszym losem czuwa Bóg.

Można się domyślać, że awansowany Arend Dickmann od 24 listopada prężył pierś z dumy, lecz po kilku dniach już go nie było. Niejeden z nas, pomijany i lekceważony, kuli się dziś od pogardy i dyskretnie ociera łzy niepomyślności. Jeżeli przez wiarę w Jezusa Chrystusa staliśmy się dziećmi Bożymi, bądźmy spokojni. Prawdziwy awans jest coraz bliżej.

27 listopada, 2014

Stawka większa, niż życie

Stanisław Mikulski, wówczas i ostatnio
Dzisiaj rano w wieku 85 lat zmarł Stanisław Mikulski, ulubieniec mojego pokolenia, główny bohater serialu telewizyjnego „Stawka większa niż życie” - czyli Hans Kloss. Miałem dziesięć lat, gdy po raz pierwszy pojawił się on na czarnobiałych ekranach polskich telewizorów. Do dziś pamiętam emocje, jakie budziły się we mnie na widok sympatycznego kapitana Klossa w akcji.

W tytule serialu zawarto ważne przesłanie. Miał on uczyć patriotyzmu i oddania się dla spraw ważnych, dla ojczyzny. Hans Kloss, człowiek poświęcający swoje życie dla sprawy, mógł być dla młodych Polaków godnym naśladowania bohaterem. Czy rzeczywiście był? Tego nie wiem, ale wiadomo, że wielu z nas powracało i chyba znowu w wolnej chwili chciałoby powrócić do „Stawki większej niż życie”. Postać Klossa ma w sobie jakąś dziwną siłę przyciągania. Może dlatego, że w narodzie brakuje nam bohaterów godnych naśladowania?

Podobnie mają się rzeczy w sferze życia duchowego. Jako chrześcijanie potrzebujemy bohaterów, którzy stymulowaliby naszą wiarę w Jezusa Chrystusa i bezgraniczne oddanie sprawom Bożym. W tym celu trzeba nam wciąż na nowo czytać Biblię i odświeżać w pamięci historię Noego, Abrahama, Jakuba czy Mojżesza. Analiza ich życiorysów i postaw, odkrywanie sposobów, w jaki Bóg ratował ich z opresji – to wspaniały budulec dla naszej wiary. Naśladowanie Jezusa Chrystusa zawiera w sobie konieczność czerpania z wielu biblijnych postaci wzorcowych.

I cóż powiem jeszcze? Zabrakłoby mi przecież czasu, gdybym miał opowiadać o Gedeonie, Baraku, Samsonie, Jeftem, Dawidzie i Samuelu, i o prorokach, którzy przez wiarę podbili królestwa, zaprowadzili sprawiedliwość, otrzymali obietnice, zamknęli paszcze lwom, zgasili moc ognia, uniknęli ostrza miecza, podźwignęli się z niemocy, stali się mężni na wojnie, zmusili do ucieczki obce wojska. Kobiety otrzymały z powrotem swoich zmarłych przez wskrzeszenie; inni zaś zostali zamęczeni na śmierć, nie przyjąwszy uwolnienia, aby dostąpić lepszego zmartwychwstania. Drudzy zaś doznali szyderstw i biczowania, a nadto więzów i więzienia; byli kamienowani, paleni, przerzynani piłą, zabijani mieczem, błąkali się w owczych i kozich skórach, wyzuci ze wszystkiego, uciskani, poniewierani; ci, których świat nie był godny, tułali się po pustyniach i górach, po jaskiniach i rozpadlinach ziemi [Hbr 11,32-38].

Każdego dnia wielu „bohaterów” chce zaskarbić sobie choć odrobinę naszej uwagi. Oferując lepsze życie, rozrywkę, popularność, władzę i pieniądze, narzucają nam swój styl życia i system wartości. Jakże często jednak okazuje się, że nie warto było za nimi podążać. Jest tylko jeden Bohater godny pełnego podziwu i całkowitego naśladowania. Co mówi? Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie [Łk 9,23]. Kto stara się zachować życie swoje, straci je, a kto straci życie swoje dla mnie, znajdzie je [Mt 10,39].

Jeżeli chcemy żyć wiecznie, trzeba nam koniecznie każdego dnia wstępować w Jego ślady. Stawka jest bowiem większa, niż życie.

26 listopada, 2014

Cena poszukiwania

Witold Bock, fot. Wojtek Jakubowski /KFP.PL
Ogłoszona dzisiaj w mediach rezygnacja znanego nie tylko w Gdańsku ks. Witolda Bocka z kapłaństwa i jego odejście z Kościoła Rzymskokatolickiego wywołały we mnie refleksję o potrzebie życia w prawdzie. Jeszcze Polska nie zginęła póki są ludzie, którzy w dążeniu do pełnej zgody między teorią i praktyką, między słowami a czynami, między wizerunkiem  publicznym a życiem prywatnym, są zdolni do tak dramatycznych kroków. Nie ma nic gorszego od życia w zakłamaniu, robienia mądrej miny do głupiej gry, udawania, że wszystko jest w porządku. Trzeba nam przeciskać się do światła. Trzeba odważnie przeciwstawić się złu i żyć w prawdzie. Brawo Witoldzie!

Jezus powiedział: Ja jestem drogą, prawdą i życiem [Jn 14,6]. Nie wiem na ile powyższa konwersja oznacza szczere i całkowite uchwycenie się Pana Jezusa Chrystusa, ale wiem z Biblii, że tylko przez nowe narodzenie i osobisty związek z Synem Bożym możliwym staje się życie w prawdzie, gdyż prawda jest w Jezusie [Ef 4,21]. Kto zaś nie ma Ducha Chrystusa, ten do Niego nie należy [Rz8,9] i chociażby nie wiem jak był religijny, jego życie toczy się gdzieś obok, poza drogą. Wierzę, że każdemu człowiekowi Bóg daje w życiu taką chwilę, gdy jego dusza ma już  dość życia w oparach zakłamania i silnie pragnie świeżego powietrza życia w prawdzie. To jest moment, którego nie wolno przegapić. Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli [Jn 8,32] - obiecał Jezus. Niestety, większość ludzi waha się przez jakiś czas, a potem z różnych powodów godzi się dalej żyć w zakłamaniu. Umiłowali bowiem bardziej chwałę ludzką niż chwałę Bożą [Jn 12,43].

Na szczęście wciąż są ludzie, którzy jednak chcą chodzić w światłości. Poszukują więc, pytają, sprawdzają, badają. Tak trzeba. Oczywiście płacimy cenę tych poszukiwań. Narażamy się swoim krewnym i opinii publicznej. Do dzisiaj płacę cenę odrzucenia, bo odszedłem z Kościoła Rzymskokatolickiego, bo mam odwagę myśleć inaczej. Zdecydowałem wszakże, że będę z całego serca swego, z całej myśli swojej i z całej siły swojej miłować i naśladować Chrystusa Pana, i nikogo innego. Wiara w Jezusa Chrystusa wniosła pokój i radość w moje życie. Jestem szczęśliwy i wdzięczny Bogu, że objawił mi Siebie i dał prawo, bym stał się Jego dzieckiem.

Spodziewam się, że wielu moich Rodaków w kolejnych miesiącach i latach wydostanie się z religijnych mroków, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu. Szukajcie Pana, dopóki można Go znaleźć, wzywajcie go, dopóki jest blisko! Niech bezbożny porzuci swoją drogę, a przestępca swoje zamysły i niech się nawróci do Pana, aby się nad nim zlitował, do naszego Boga, gdyż jest hojny w odpuszczaniu! [Iz 55,6-7]. Spotkanie i poznanie Boga warte jest zapłacenia każdej ceny.

25 listopada, 2014

Miej dla nich czas, jak on

25. dzień listopada, to od kilkunastu lat w wielu krajach na świecie Światowy Dzień Pluszowego Misia. Ustanowiono go w 2002 roku, w setną rocznicę wydarzenia, które zdaniem wielu przyczyniło się do narodzin tej uroczej maskotki. Otóż w 1902 roku w trakcie polowania z udziałem prezydenta Stanów Zjednoczonych Teodora "Teddy" Roosevelta, ktoś postrzelił młodego niedźwiadka. Gdy przyniesiono zwierzątko do prezydenta, ten - widząc jego przerażenie - użalił się i kazał je ocalić. Rysunek obrazujący tę scenkę, autorstwa Clifforda Berrymana, ukazał się potem w gazecie „The Washington Post” i zainspirował pewnego sklepikarza z Brooklynu, Morrisa Mitchoma, do produkcji pluszowych niedźwiadków o nazwie Teddy. Na podbudowie tak wzruszającej historyjki pluszowy miś bardzo szybko zyskał sobie niezwykłą popularność wśród dzieci i stał się znany na całym świecie.
 
Jednym z niewątpliwych atutów pluszowego misia jest ilość czasu poświęcanego na kontakt z dziećmi. Całymi godzinami jest z nimi w pokoju, bawi się, towarzyszy przy posiłku, razem z nimi ogląda bajki, a i chętnie idzie z nimi do przedszkola. Mało który tata jest w stanie mu dorównać. Dzięki temu miś jest tak kochany i ceniony, bo przecież dla dziecka czas mu poświęcany ma wartość bezcenną. Ciśnie mi się tutaj wzruszająca opowieść o małym chłopcu, który chciał pożyczyć od swojego taty 50 dolarów:

SYN: Tato, mogę Cię o coś zapytać?
TATA: No jasne, o co chodzi?
SYN: Tato, ile zarabiasz na godzinę?
TATA: To nie twoja sprawa. Dlaczego zadajesz mi takie pytanie?
SYN: Ciekawy byłem. Powiedz mi, proszę, ile zarabiasz na godzinę.
TATA: No, jak tak bardzo chcesz wiedzieć, to zarabiam 100 dolarów na godzinę.
SYN: Oj! (z opuszczoną głową), Tato, pożyczyłbyś mi 50 dolarów?
TATA: (wkurzony) Jedynym powodem, dlaczego mnie zapytałeś o zarobki jest to, że chciałeś żebym pożyczył ci pieniędzy na zakup jakieś głupiej zabawki, albo innej bezsensownej rzeczy. Marsz do swojego pokoju i do łóżka! Zastanów się nad tym, dlaczego jesteś takim egoistą. Ja  ciężko
pracuję cały dzień, a ty zachowujesz się tak niedojrzale.
Mały chłopczyk poszedł w ciszy do swojego pokoju i zamknął drzwi.
Mężczyzna usiadł myśląc o pytaniu chłopca i jeszcze bardziej się zdenerwował. Jak on mógł zadać mi takie pytanie? Ale jakoś nie mógł się od niego uwolnić. Może syn miał potrzebę kupić coś niezbędnego za te 50 dolarów? Nie pyta przecież często o pieniądze. W końcu wstał i poszedł do pokoju chłopca.

TATA: Śpisz synku?
SYN: Nie tato, nie śpię.
TATA: Tak sobie pomyślałem, że może byłem zbyt surowy dla ciebie. To był naprawdę ciężki dzień dla mnie i wyładowałem się na tobie. Oto 50 dolarów, o które mnie poprosiłeś.
Mały chłopiec usiadł na łóżko i uśmiechnął się.
SYN: Ach, dziękuję tato.
Po czym spod poduszki wyciągnął zmięte banknoty. Mężczyzna zobaczywszy, że chłopiec ma pieniądze, znowu zaczął się denerwować.
TATA: Dlaczego chcesz ode mnie pieniądze, skoro je masz?
SYN: Ponieważ nie miałem wystarczającej kwoty, ale teraz już mam.
Tato, mam 100 dolarów teraz. Mogę kupić jedną godzinę z twojego czasu. Proszę, przyjdź wcześniej jutro z pracy. Chciałbym zjeść z tobą kolację.

Tata oniemiał. Objął synka i błagał o przebaczenie.

Wzruszyłem się ponownie, przypominając dziś sobie tę historyjkę. Apeluję do ojców i matek o więcej waszego osobistego czasu dla waszych dzieci. Sam permanentnie przegrałem z pluszowym misiem w zawodach o ilość czasu poświęcanego trójce moich kochanych dzieci; Agnieszce, Kasi i Tomkowi. Jedyną dla mnie pociechą jest to, że się na mnie o to nie gniewają. Ale uwaga! Przecież wciąż wokół mnie są ludzie, dla których trzeba czas znaleźć i poświęcić. Chcę być na tę ich potrzebę należycie wrażliwy.

Wiem, jakie to dla mnie ważne, że sam na co dzień mogę cieszyć się z towarzystwa Syna Bożego, który powiedział: A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata [Mt 28, 20]. W Jego imieniu - najbardziej, jak to możliwe, chcę być bliski i dostępny dla wszystkich moich towarzyszy życia, wiary i służby.  I coraz bardziej chcę być dla Was miły, jak nasz dzisiejszy bohater
J

23 listopada, 2014

Konsekwentnie?

Dziś rocznica wygłoszonego przez Donalda Tuska w dniu 23 listopada 2007 roku najdłuższego w historii III RP expose. Mowa programowa nowo desygnowanego premiera  trwała w sejmie 3 godziny i 17 minut i zapowiadało się, że wreszcie zacznie się dobrze dziać nad Wisłą. Co czuję i widzę po siedmiu latach?

Owszem, trzeba powiedzieć, że wizerunkowo wiele się przez siedem lat zmieniło. Siłą rzeczy i unijnego pieniądza asfalt wylewa się z dróg aż na chłopskie pola, a chodniki i ścieżki rowerowe są dziś nawet tam, gdzie ich ludziom na co dzień nie trzeba. Jeżdżąc po kraju, orlików widzę więcej niż bocianów, ale wciąż z oporem wyruszam do urzędu załatwiać sprawy. Do lekarza w ogóle nie chodzę, bo wolę szybko umrzeć niż tak długo wyczekiwać na to, żeby się mną tam zajęli.

Smutno mi. Dopóki autor długiej mowy programowej był na stanowisku, wciąż liczyłem na nadchodzące zmiany. Wolno mi było myśleć, że dobre rzeczy nie rodzą się szybko, ale że nadejdą, bo mądry premier w końcu osiągnie to, co zamierzył i zapowiedział. Tej jesieni już nie mam złudzeń. Przykro mi, że intratna posada unijna tak łatwo odciągnęła premiera 'patriotę' w siną dal…

Jak na to spojrzeć w świetle Biblii? Znaleźć w niej można parę przypadków negatywnych, lecz na szczęście bije z niej budujący wzorzec konsekwencji w dążeniu do obranego celu. Korzyści materialne, wygoda, „święty spokój” a nawet pogróżki nie były w stanie odciągnąć ludzi Bożych od realizacji woli Bożej. Mojżesz wolał raczej znosić uciski wespół z ludem Bożym, aniżeli zażywać przemijającej rozkoszy grzechu, uznawszy hańbę Chrystusową za większe bogactwo niż skarby Egiptu; skierował bowiem oczy na zapłatę [Hbr 11,25-26]. Nehemiasz zapraszany do udziału w zagranicznym spotkaniu odpowiedział: Wielkiej pracy się podjąłem i nie mogę przybyć. Po cóż by miała ustać ta praca, gdybym ją przerwał, aby przybyć do was? [Neh 6,3]. Chrystus Pan natomiast w chwili największej próby powiedział: Teraz dusza moja jest zatrwożona, i cóż powiem? Ojcze, wybaw mnie teraz od tej godziny? Przecież dlatego przyszedłem na tę godzinę [Jn 12,27]. Konsekwentnie dotarł aż do samej Golgoty i tak dokonał dzieła Odkupienia.

Bóg chce, aby Jego słudzy trwali na stanowisku. Głoś Słowo, bądź w pogotowiu w każdy czas, dogodny czy niedogodny, karć, grom, napominaj z wszelką cierpliwością i pouczaniem. Albowiem przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich upodobań nazbierają sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, i odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom. Ale ty bądź czujny we wszystkim, cierp, wykonuj pracę ewangelisty, pełnij rzetelnie służbę swoją [2Tm 4,2-5]. Faktycznie wszyscy chrześcijanie powołani są do tego, aby trwali przy Panu ustawicznie [1Ko 7,35].

Pragnę do końca moich dni konsekwentnie trwać na obranym kursie i służyć Chrystusowi Panu. Za żadne pieniądze i przywileje nie odstąpię od tego. Tak mi dopomóż Bóg.

21 listopada, 2014

Do nieużytecznych

Podczas ostatniej wizyty na Litwie w dniu 18 listopada 2014 roku zaobserwowałem, że nastąpiła tam dość wyraźna zmiana w podejściu do ziemi uprawnej. Od kiedy zacząłem regularnie odwiedzać ten kraj, a więc od blisko dwudziestu lat, wszędzie rzucały mi się w oczy setki hektarów ziemi leżącej odłogiem. Tym razem po przekroczeniu granicy w Ogrodnikach, zauważyłem, że większość widzianych z drogi nieużytków została zaorana. Przez całe lata nikt się tą ziemią nie zajmował, a tu proszę, taka pozytywna zmiana!

W dużym stopniu ziemią tą zajęli się rolnicy z Polski. Latem tego roku minął bowiem czas ochronny dla ziemi litewskiej, chroniący ją przed obcokrajowcami, a ponieważ grunty kosztują tam pięć razy mniej niż w Polsce, więc nic dziwnego, że przyciągają polskich nabywców. Z drugiej strony ten stan rzeczy być może pobudził też miejscową ludność do zagospodarowania nieużytków, zwłaszcza z uwagi na możliwość corocznego uzyskiwania dopłat unijnych na każdy uprawiany hektar. Tak czy owak, okazuje się, że setki hektarów przygnębiających nieużytków na Litwie – o dziwo – mogą być ziemią uprawną.

Ta prosta obserwacja nasunęła mi ważną myśl o wydźwięku duchowym. Być może, przez całe lata nasze życie było całkowicie bezowocne. Jałowe lata inercji zwykle narzucają wniosek, że tak już musi pozostać, bo po prostu jesteśmy życiowymi nieudacznikami. Inni rozwinęli się, osiągnęli sukces, czują się potrzebni, a my jesteśmy - jak jałowa ziemia - jakby do niczego nieprzydatni. Trzeba nam zmienić tego rodzaju myślenie. Możemy zacząć od nowa na podstawie Słowa Bożego, które wprowadzi w nasze życie jakby nowy stan prawny. Jako ludzie odrodzeni nie z nasienia zniszczalnego, ale niezniszczalnego, przez Słowo Boga żywe, nieprzemijające [1Pt 1,23] staniemy się znowu, albo po raz pierwszy w życiu, naprawdę  użyteczni. Nawet całe dekady nieróbstwa, stagnacji i duchowej pustyni nie przekreślają szans na rozpoczęcie owocnego życia. Takie zmiany następują w nas w wyniku nowego narodzenia. Gdy krwią Jezusa zostaniemy wykupieni z mocy grzechu, gdy nasze marne życie znajdzie się w rękach Jezusa Chrystusa, wówczas nieużytek zamienia się w ziemię urodzajną. Choćby nawet przez ostatnie dwadzieścia lat kompletnie nic nam się w życiu nie chciało, zaczniemy na nowo odczuwać radość bycia potrzebnym i użytecznym.

Jeżeli ktokolwiek z nas czuje się - chociażby w jednej sferze życia – jak ziemia leżąca odłogiem,  niech wie, że na zmianę nie jest jeszcze za późno. Trzeba nam uwierzyć w Jezusa Chrystusa i tę wiarę zacząć wyznawać na co dzień. Niech się rozweseli pustynia i spieczona ziemia; niech się rozraduje i zakwitnie step! Niech jak złotogłów bujnie zakwitnie i weseli się, niech się raduje i wydaje radosne okrzyki! [Iz 35,1-2].

Powiedzmy Panu Jezusowi, że pragniemy takiej zmiany i szczerze poprośmy Go, aby się nami zajął. On ma sposób na ożywienie nas do tego stopnia, że jeszcze zdążymy zebrać dobre plony i mieć z tego powodu wiele radości.

17 listopada, 2014

Życie bez Długów

Od kilku lat 17. dzień Listopada w Polsce – to Dzień bez Długów.  Ma on na celu podniesienie świadomości społeczeństwa w sprawach zarządzania własnymi finansami. Zgodnie z intencją swoich pomysłodawców, Dzień bez Długów może stanowić dobry bodziec do kontaktu w sprawie zaległości, zwrócenia znajomym nawet najdrobniejszych pożyczek czy też podjęcia decyzji o zaniechaniu zaciągania kolejnego długu. Ideą Dnia bez Długów jest zwiększenie poziomu odpowiedzialności w zadłużaniu się i bardziej konstruktywnego radzenia sobie ze spłatą należności.

Dla wielu ludzi życie całkowicie wolne od długów wydaje się być utopią. Niemniej jednak Biblia takie właśnie daje nam zalecenie. Nikomu nic winni nie bądźcie prócz miłości wzajemnej [Rz 13,8]. Chociaż mnie osobiście z Bożą pomocą od lat udaje się trwać w posłuszeństwie temu wezwaniu, to jak najbardziej rozumiem osoby zadłużone z różnych względów. Szczerze współczuję tym wszystkim moim bliskim i znajomym, którzy na co dzień żyją i pracują pod pręgierzem konieczności spłacania kredytu.

Dwie rady cisną mi się na pióro w Dniu bez Długów. Nie kupujmy niczego, na co nas nie stać. Raczej najpierw uzbierajmy potrzebną kwotę, chociażby na żmudnej drodze systematycznego oszczędzania, a dopiero potem kupujmy. Jeżeli nie potrafimy chociażby przez rok regularnie odkładać kwoty w wysokości przyszłej raty spłaty, to na jakiej podstawie sądzimy, że potem, gdy już się zadłużymy, będziemy w stanie to robić? Dla przykładu, od kilku lat marzę o zakupie używanego motocykla Yamaha XT660Z TENERE. Czas nagli, bo się starzeję ;). Nie kupię go jednak, zanim nie uzbieram potrzebnej kwoty, chociaż bez problemu mógłbym przecież wziąć kredyt i latem już sobie tym motorkiem hasać. Podobnie było z domem, o czym pisałem tutaj.

Druga, ważna wskazówka dla ludzi poważnie traktujących Biblię: Ze względu na Pana i Jego Słowo, oddawajmy dziesięcinę ze wszystkiego. Wszelka dziesięcina z płodów ziemi, czy to z plonów polnych, czy z owoców drzew, należy do Pana. Jest ona poświęcona Panu [3Mo 27,30]. Zatrzymując sobie dziesiątą część jakiegokolwiek przychodu; np. kieszonkowego, stypendium, zysku, zarobku itd., co wg Biblii należy do Pana, ryzykujemy konieczność samodzielnego radzenia sobie w sprawach finansowych. Trudno bowiem prosić o wsparcie Kogoś, kogo pieniądze regularnie sobie przywłaszczamy i On o tym wie.

Oddając dziesięcinę, zyskujemy moralne prawo do zwracania się do Boga z prośbą o materialne błogosławieństwo dla naszego życia. Jeśli nie chcesz wciąż z trudem wiązać końca z końcem, zacznij czynić podobnie i w szczerej miłości do Boga bądź w tym staranny. Skończą się wówczas problemy finansowe, gdyż Pan, Bóg twój, błogosławić ci będzie, jak ci obiecał, abyś wielu ludom pożyczał w zastaw, ale ty sam nie będziesz się zapożyczał i dawał zastawu [5Mo 15,6].

Biblia mówi, że można żyć bez długów.

16 listopada, 2014

Wybieram niebo

Od kilku dni rozmyślam o dwóch duchowo odmiennych strefach życia - niebie i ziemi. Strefa ziemi charakteryzuje się ciągłym rozmyślaniem o sprawach doczesnych i oddawaniem im serca.  Życie w strefie nieba polega na skupieniu się na sprawach Królestwa Bożego i zachowaniu zdrowego dystansu do ziemskich spraw. A tak, jeśliście wzbudzeni wraz z Chrystusem, tego co w górze szukajcie,  gdzie siedzi Chrystus po prawicy Bożej;  o tym co w górze myślcie, nie o tym, co na ziemi [Kol 3,1-2]. Już tutaj, żyjąc jeszcze w ciele, w sensie duchowym, sercem można być w niebie.

W strefie ziemi rządzi Boży przeciwnik, szatan i jego demony. Został on wyrzucony z nieba. Biada ziemi i jej mieszkańcom, gdyż zstąpił do was diabeł pałający wielkim gniewem, bo wie iż czasu ma niewiele [Obj 12,12]. Ludzie w głębi serca przynależący do ziemi, siłą rzeczy podlegają jego władzy. Oczyszczona strefa nieba jest wolna od diabła. I wybuchła walka w niebie: Michał i aniołowie jego stoczyli bój ze smokiem. I walczył smok i aniołowie jego, lecz nie przemógł i nie było już dla nich miejsca w niebie [Obj 12,7-8]. Strefa nieba – to społeczność świętych, to zbór Pański, to każde odrodzone serce, to każdy narodzony z wody i z Ducha chrześcijanin! W tej strefie nie ma miejsca dla diabła!

Dziś w Polsce wybory samorządowe. Z punktu widzenia doczesnego życia ważny moment.  Pamiętajmy wszakże, że wybieramy ludzi, którzy oddają serca sprawom województwa, gminy i dzielnicy. Od spraw wiecznego zbawienia często ważniejsze dla nich jest to, żeby naprawić dziury w  chodniku, urządzić plac zabaw, czy chociażby nakarmić bezpańskie koty. Rozumiem ich pasję, chociaż jest mi smutno, że tak wspaniali ludzie spalają się w życiu głównie dla tak prozaicznych i tymczasowych celów. Niemniej są oni bardzo potrzebni i dziękuję za nich Bogu.

Punkt ciężkości mojego życia znajduje się w niebie. Owszem, staram się w czasie ziemskiego pielgrzymowania odpowiedzialnie pracować i dbać o to, co trzeba. Zaangażowałem się nawet w ratowanie jednego z gdańskich zabytków. Jednakże moje serce należy do Pana Jezusa i nie będę się oddawać sprawom tego świata. Żaden żołnierz nie daje się wplątać w sprawy doczesnego życia, aby się podobać temu, który go do wojska powołał [2Tm 2,4]. Wszystko, co czynię,  pragnę  robić w imieniu Jezusa Chrystusa, a On nie we wszystko się angażował. Wy jesteście z niskości, Ja zaś z wysokości; wy jesteście z tego świata, a Ja nie jestem z tego świata [Jn 8,23].

A to powiadam, bracia, czas, który pozostał, jest krótki; dopóki jednak trwa, winni również ci, którzy mają żony, żyć tak, jakby ich nie mieli; a ci, którzy płaczą, jakby nie płakali; a ci, którzy się weselą, jakby się nie weselili; a ci, którzy kupują, jakby nic nie posiadali; a ci, którzy używają tego świata, jakby go nie używali; przemija bowiem kształt tego świata [1Ko 7,29-31].

13 listopada, 2014

Zapewne

Tytułowe słówko przykuło dziś moją uwagę podczas porannego czasu z Biblią. Używamy go w sytuacjach, gdy w oparciu o swoje doświadczenia i obserwacje życiowe, próbujemy określić przewidywany ciąg zdarzeń. Zapewne w najbliższych wyborach zwycięży pan X i zostanie prezydentem miasta? Albo, siostra Y po ostatniej rozmowie zapewne już się nie pojawi w naszej społeczności? Domyślamy się jak będzie, chociaż nie wiemy tego na pewno.

Jezus w pewnym momencie swojej działalności zaczął mówić, że trzeba Mu iść do Jerozolimy na święto Paschy. W międzyczasie nastąpiła bardzo niesprzyjająca po temu zmiana okoliczności. Dopiero co, chciano w Judei Jezusa ukamienować [Jn 11,8]. Arcykapłani niejako wystawili za Nim list gończy. Zrobiło się niebezpiecznie. W tej sytuacji wśród pielgrzymów przybywających do świątyni pojawiło się przewidywanie: Cóż sądzicie? Zapewne nie przyjdzie na święto? [Jn 11,56]. Jak myślicie? Przyjdzie na święto, czy raczej nie? – rozmawiano o Jezusie w świątyni.

Wkrótce mocno się zdziwili. Poruszyło się całe miasto [Mt 21,10], gdy Jezus postąpił wbrew ich - na ludzki rozum - słusznym przewidywaniom. Podziwiam i miłuję Pana Jezusa Chrystusa. Ileż to razy ludzie myśleli, że On zapewne już nie podniesie danego grzesznika po kolejnym upadku? Byli wręcz przekonani, że Jezus zapewne nie stanie po stronie tak ryzykownego i nierozsądnego przedsięwzięcia?  Przewidywali, że z powodu zaistniałych okoliczności raczej Pan nie pobłogosławi zawieranego związku? A Pan Jezus – wbrew ludzkim prognozom – przyszedł, podniósł, stanął, pobłogosławił!

Niektórzy nie dowierzają też, że Syn Boży w widzialny sposób powtórnie przyjdzie na ziemię.  Żeby nie wyjść na całkowitych niedowiarków, kombinują z jasnym objawieniem Biblii w tej sprawie, głosząc pogląd, że powtórne przyjście Jezusa Chrystusa należy rozumieć symbolicznie. W tym sensie ono już nastąpiło ich zdaniem, więc zapewne nie ma na co czekać?

Wbrew ludzkim dywagacjom któregoś dnia Pan Jezus powróci, tak jak zapowiedział. Wierzę każdemu słowu, które pochodzi z ust Pana. Na pewno się nie zawiodę.

11 listopada, 2014

Błogosławiona zależność!

Dwór Olszynka przyozdobiony polską flagą
w Święto Niepodległości 2014
Dziś w Polsce Święto Niepodległości. Wspominam wydarzenia z 1918 roku, na budynek Dworu Olszynka zawieszam polską flagę i jako chrześcijanin, siłą rzeczy odczuwam potrzebę spojrzenia na ideę dzisiejszego święta w świetle Biblii.

Apostoł Paweł, przez którego Bóg wiele powiedział nam o wolności, nazywał samego siebie sługą, a dosłownie, wręcz niewolnikiem Jezusa Chrystusa [Rz 1,1; Tt 1,1]. Po osobistym spotkaniu z Synem Bożym, odkrył i przekonał się na własnej skórze, że dla niego Jezus to pan całkowicie odmienny od typowego właściciela niewolników. Wykupił go z niewoli grzechu i natychmiast nadał mu status wyzwoleńca. On zaś przylgnął całym sercem do Pana Jezusa i nie chciał ani jednego dnia przeżywać z dala od tak wspaniałomyślnego Pana.

Pamiętam, jak przed laty, w czasach kryzysu ekonomicznego, żartowaliśmy w Polsce, że najlepiej dla nas byłoby zrzucić z siebie zależność od ZSRR i poddać się Niemcom. Ten czarny humor zawierał w sobie odrobinę prawdy o pożytku dobrej zależności. Lepiej być niewolnikiem dobrego i bogatego pana, aniżeli głodnym luzakiem w podartych portkach i bez dachu nad głową. Syn marnotrawny z przypowieści Jezusa dość szybko zorientował się, że ojcowski dom ze swoim porządkiem rzeczy jest dla niego lepszy od swawolnej hulanki.

A jak jest ze mną? Otóż bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, czuję się zależny od Pana Jezusa. Błogością napełnia mnie dziś myśl, że oddychanie, apetyt, fizyczna zdolność poruszania, wzrok, słuch, mowa, praca, bliscy mi ludzie – wszystko to jest darem Bożym. Jakoś nie ciąży mi to, że każde moje plany i zamiary od lat opatruję biblijną klauzulą: Jeżeli Pan zechce, będziemy żyli i zrobimy to lub owo [Jk 4,15]. Świadomy całkowitej zależności od Boga jestem z tego powodu autentycznie szczęśliwy. Szczęśliwi świadomi swej nędzy, gdyż ich jest Królestwo Niebios [Mt 5,3].

Są ludzie, którzy nie znoszą myśli o jakiejkolwiek zależności. A ja? Moim szczęściem jest być blisko Boga. W Panu, w JHWH, znalazłem schronienie [Ps 73,28].

09 listopada, 2014

Zapłaczmy bardziej nad sobą, niż nad nimi

Dziś dzień modlitwy za prześladowany kościół. Nie bardzo mi wiadomo, kto go ustalił właśnie na dzień 9 listopada, ale różne środowiska, zarówno katolickie jak i protestanckie, organizują dziś spotkania informacyjne z udziałem przedstawicieli organizacji zajmujących się tą tematyką, zbierają pieniądze na pomoc prześladowanym oraz modlą się w intencji cierpiących chrześcijan.

Chociaż pisałem już kiedyś co nieco na ten temat, pozwolę sobie i dzisiaj na krótką refleksję w powyższej sprawie. Ażeby uniknąć nieporozumień chce podkreślić na wstępie, że jak najbardziej jestem zwolennikiem modlitwy o braci i siostry w Jezusie Chrystusie. Tego rodzaju modlitwa była zalecana przez apostołów Jezusa Chrystusa i praktykowana w okresie wczesnego kościoła. Przez nią właśnie chrześcijanie dawali świadectwo miłości wzajemnej i więzi duchowej między zborami Bożymi.

Nie wolno nam jednak nie zauważać, że prześladowanie za wiarę było w  czasach powstawania ksiąg Nowego Testamentu zjawiskiem powszechnym. Każdy ówczesny chrześcijanin rodził się do nowego życia z Jezusem w świadomości, że rusza w drogę, na której czeka go ucisk ze strony świata, prześladowanie, cierpienie a nawet śmierć. Spodziewanie się innego losu przeczyłoby prawdziwemu naśladowaniu Pana. Wspomnijcie na słowo, które do was powiedziałem. Nie jest sługa większy nad pana swego. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą [Jn 15,20]. Znakomita większość apostołów poniosła śmierć męczeńską i wcale nie było to traktowane jako ich klęska i nieszczęście. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie z powodu sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios. Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami [Mt 5,10-12].

Od pierwszych lat mojej świadomej wiary w Jezusa liczę się z koniecznością ponoszenia jej kosztów. Przecież Pan powiedział: Podniosą na was swe ręce i prześladować was będą i wydawać do synagog i więzień, i wodzić przed królów i namiestników dla imienia mego. To da wam sposobność do złożenia świadectwa [Lk 21,12-13]. Tragizowanie więc, że ktoś trafił do więzienia za wiarę, doznał krzywdy materialnej lub został zabity z powodu Jezusa, z biblijnego punktu widzenia świadczy o niezrozumieniu losu prawdziwych chrześcijan w tym świecie. Gdyż wam dla Chrystusa zostało darowane to, że możecie nie tylko w niego wierzyć, ale i dla niego cierpieć [Flp 1,29].

Owszem, napotykamy w Dziejach Apostolskich takich chrześcijan, którzy na myśl o zbliżającym się aresztowaniu apostoła Pawła podnieśli lamet. Jak zareagował na to rzeczony apostoł? Wtedy Paweł odrzekł: Co czynicie, płacząc i rozdzierając serce moje? Ja przecież gotów jestem nie tylko dać się związać, lecz i umrzeć w Jerozolimie dla imienia Pana Jezusa [Dz 21,13]. On, oddany sługa Jezusa wiedział, co to znaczy być chrześcijaninem na tej ziemi.  Oni – odważę się to napisać - dawali początek nowemu podejściu do sprawy, w którym prześladowanie za wiarę zostanie uznane za rzecz nienormalną.

Dlaczego docierające dziś do nas informacje o prześladowaniu chrześcijan tak nami wstrząsają? Dlaczego organizacje para kościelne zajmujące się nagłaśnianiem aktów męczeństwa za wiarę potrafią tak chwycić nas za serca i otworzyć kieszeń? Ponieważ większość z nas bardziej gotowa jest zająć się zaklinaniem rzeczywistości, aniżeli przyjąć do wiadomości i zgodzić się z biblijną myślą, że wszyscy, którzy chcą żyć pobożnie w Chrystusie Jezusie, prześladowanie znosić będą [2Tm 3,12]. Przeciętny chrześcijanin XXI wieku nie chce już cierpieć za wiarę. Gdy gdzieś na horyzoncie zauważa widmo prześladowania, zaczyna protestować, podpisywać petycje, domagać się sprawiedliwości itd.

Czy  jako naśladowcy Jezusa Chrystusa naprawdę chcemy być w tym świecie traktowani tak samo jak niewierzący? Czyśmy już zeświecczeli do tego stopnia, że wyśmianie, odrzucenie, pogardę, prześladowanie, ucisk i śmierć chcielibyśmy usnąć z naszych chrześcijańskich życiorysów? Owszem, módlmy się o prześladowanych chrześcijan, lecz – na Boga – nie w taki sposób, jakobyśmy chcieli i ich pozbawić chwały czekającej prawdziwych świadków Jezusa.

Kto dzisiaj ponosi jakąkolwiek szkodę z powodu swojej przynależności dla Pana, w rzeczy samej jest wielkim szczęśliwcem. Gorzej z tymi, którzy już od lat takich doświadczeń nie mają...