Pierwszym spostrzeżeniem tej analogii stał się opis reakcji
na niegodziwe postępowanie, żeby nie powiedzieć przestępstwo. Gdy pewnej matce
stało się jasne, że pieniądze uważane przez nią za skradzione, przywłaszczył
sobie jej rodzony syn, w jednej chwili zmieniła front i zamiast nagany,
udzieliła mu błogosławieństwa. Oddajmy głos Słowu Bożemu. Był pewien mąż z
pogórza efraimskiego imieniem Micheasz. Rzekł on do swojej matki: Te tysiąc sto
srebrników, które ci ukradziono, a ty przeklęłaś ten postępek, mówiąc to także
przede mną, otóż srebrniki te są u mnie, ja je wziąłem, ale ci je zwracam. I
rzekła jego matka: Niech będzie mój syn błogosławiony przez Pana! [Sdz
17,1-2].
Niejeden raz widziałem coś podobnego. Najpierw był jasno
wyrażany sprzeciw wobec określonych, nagannych postaw i czynów, a potem – gdy
się okazywało, że dotyczą one kogoś bliskiego i lubianego – następowała niespodziewana
zmiana w podejściu do sprawy. Tak. Nepotyzm i kolesiostwo jak najbardziej ma
miejsce także w środowiskach ewangelikalnych. Tak, bracia moi, być nie
powinno [Jk 3,10]. Ponieważ u Boga nie ma względu na osobę [Rz
2,11] i On nie jest przekupny, bo nie przyjmuje darów [5Mo 10,17],
dlatego też słudzy Boży powinni być zdolni – gdy zachodzi taka potrzeba - do
bezstronnego piętnowania grzechu, czy to brat, czy przyjaciel, czy krewny [2Mo
32,27].
I oto w atmosferze tej przedziwnej akceptacji, a nawet
zachwytu człowiekiem, którego raczej należało dyscyplinować aniżeli go
błogosławić, otóż na podłożu owego przyzwolenia na zło, powstało nowe miejsce
kultu. Wtedy rzekła jego matka: Poświęciłam te srebrniki Panu od siebie na
rzecz mojego syna, aby zrobiono z tego posąg ryty i lany. Zwrócił więc owe
srebrniki swojej matce. Matka jego wzięła z tego dwieście srebrników i dała je
odlewaczowi, a ten zrobił z tego posąg ryty i lany, który potem był w domu
Micheasza. Tak więc ten mąż, Micheasz, miał dom Boży. Kazał też sporządzić efod
kapłański i bożki domowe i powołał jednego ze swoich synów, aby był jego
kapłanem [Sdz 17,3-5]. Trefne srebrniki w rękach owej kobiety
zasponsorowały - alternatywny dla domu Bożego w Sylo – projekt „rodzinnego domu
Bożego”.
Biblia mówi, że to, co było, znowu będzie, a co się
stało, znowu się stanie; nie ma nic nowego pod słońcem. Czy jest coś, o czym
można by powiedzieć: Oto jest coś nowego? Dawno to już było w czasach, które
były przed nami [Kzn 1,9-10]. Nie trzeba być bacznym obserwatorem, by
zauważyć do iluż podobnych inauguracji nowych miejsc spotkań dochodzi obecnie.
Abstrahując od kwestii płci, gdy ludzie żywiący w sobie ducha niezależności dostaną
do dyspozycji też trochę pieniędzy, bardzo łatwo przystępują do tworzenia nowej
wspólnoty. I niezależnie od tego, czy będzie to formalnie zarejestrowany zbór,
czy jakiś tzw. kościół domowy, tak czy owak, zazwyczaj chodzi o utworzenie
czegoś lepszego, bo - własnego autorstwa.
Rzeczony założyciel domu Bożego, Micheasz, nie musiał nikogo
pytać o zgodę i robił we własnym sanktuarium, co tylko chciał. Najwidoczniej
odczuwał jednak jakiś dyskomfort, że jego projekt nie był zgodny z Prawem Bożym.
Potrzebował nadać swojej prywatnej inicjatywie trochę więcej powagi i autorytetu
poprzez zwerbowanie kogoś z plemienia Lewiego. Nie musiał nawet specjalnie
szukać, a jedynie skorzystać z tego, że po świecie błąkał się jakiś lewita nie
mogący znaleźć dla siebie miejsca. Wędrując tak, przyszedł na pogórze
efraimskie do domu Micheasza. I rzekł do niego Micheasz: Skąd przybywasz? A ten
odpowiedział: Jestem Lewitą z Betlejemu judzkiego, a idę, aby osiedlić się jako
obcy przybysz gdziekolwiek się nadarzy. I rzekł do niego Micheasz: Zamieszkaj u
mnie i bądź mi ojcem i kapłanem; dam ci za to dziesięć srebrników rocznie,
odzienie i żywność. I przymusił Lewitę. Zgodził się tedy Lewita pozostać u tego
męża i młodzieniec ten był dlań jak jeden z jego synów. Micheasz powołał tego
Lewitę i młodzieniec ten został jego kapłanem, i pozostał w domu Micheasza [Sdz
17,8-12]. Swój znalazł swego. Szybko się polubili, a Micheasz mógł odetchnąć,
że jego „dom Boży” wreszcie ma licencjonowanego kapłana.
Współcześni „Micheasze” tworzący swoje prywatne społeczności
też nie są w ciemię bici. Wiedzą, że potrzebne im jest jakieś znane nazwisko,
ktoś z duchowym autorytetem, kto uwierzytelniłby organizowane przez nich
spotkania. Najlepiej, żeby był to człowiek słynący z duchowego obdarowania i z
tego, że odniósł jakiś sukces. Byłoby wręcz idealnie, gdyby dał się zaprosić do
posługi w ich „kościele” i można by potem pokazywać się z nim na wspólnej fotografii.
Jeszcze lepszym sposobem na podbudowanie powagi niezależnej od nikogo społeczności,
jest zwerbowanie do niej kogoś powszechnie znanego z niegdysiejszej służby w
Kościele. Teraz takich wędrownych „mężów Bożych” jest coraz więcej. Utraciwszy miejsce
swojej posługi, są otwarci na każdą propozycję, zwłaszcza, gdy w grę wchodzą
też jakieś srebrniki, a przy tym nikt nie pyta o etyczną i moralną przeszłość.
Całkiem skutecznym też sposobem na zwiększenie popularności wspólnoty jest
możliwość pochwalenia się przynależnością do niej kogoś ze znanych celebrytów.
Zawsze też w celu zwiększenia frekwencji na spotkaniach, w odwodach pozostaje oferta
szybkiej ścieżki awansu dla osób przyłączających się do założonego „kościoła”.
Łatwość dojścia w nim do głosu przyciąga ludzi głodnych akceptacji i poczucia bycia ważnym.
Micheasz był zadowolony: Teraz wiem, że PAN będzie mi
szczęścił, kapłanem bowiem został u mnie Lewita! [Sdz 17,13]. Podobnie
myślą dzisiejsi, od nikogo niezależni, założyciele prywatnych społeczności. Lecz
pewność oparta na upozorowanych cechach Kościoła jest uczuciem zwodniczym. Przywódcy
i członkowie okolicznych zborów z czasem może i zaczną uznawać samozwańczych
pastorów za partnerów w służbie, lecz Chrystus Pan nie da się w coś takiego
wciągnąć. „Kościół”, który powstał na miałkich fundamentach ludzkich ambicji i niezdolności
do podporządkowania się duchowej zwierzchności, nie może cieszyć się Bożą
przychylnością. Wspólnota zrodzona w atmosferze rozłamu bądź pogardy dla istniejących
- mających świadectwo biblijnej, wieloletniej działalności - społeczności
chrześcijańskich, po jakimś czasie także mierzyć się będzie z podziałem, a
nawet z rozpadem.
Dobrze to obrazują dalsze losy „domu Bożego” Micheasza. Otóż pojawiła się w nim pięcioosobowa grupa ludzi
poszukujących miejsca dla siebie i dla swoich ziomków. W trakcie tego
rekonesansu, gdy byli obok domu Micheasza, przykuł ich uwagę głos młodego
Lewity. Wstąpili do niego i zapytali: Kto cię tutaj sprowadził? Co tu robisz? I
co cię tutaj trzyma? Lewita opowiedział, jak postąpił z nim Micheasz, i
zakończył: Wynajął on mnie i jestem u niego kapłanem. Skoro tak —
powiedzieli przybysze — to zapytaj, prosimy, Boga, czy powiedzie się nam w
naszej drodze? Chcielibyśmy to wiedzieć. Kapłan odpowiedział: Idźcie w
pokoju. PAN ma waszą drogę przed sobą [Sdz 18,3-6]. Zakontraktowany przez
Micheasza kapłan okazał się dla tych pięciu mężczyzn bardzo otwarty i życzliwy.
Udzielił im poparcia, a to nie pozostało bez echa. Po jakimś czasie bowiem, gdy
już owi zwiadowcy znaleźli dla siebie miejsce, zjawili się z bardzo konkretną,
a nawet nieznoszącą sprzeciwu, propozycją.
Krótko mówiąc, przyszli podebrać Micheaszowi jego kapłana wraz
z wyposażeniem. Gdy
zwiadowcy weszli do domu Micheasza i zabierali bożka, efod oraz terafy wraz z
ulanym posągiem, kapłan wykrzyknął: Co wy robicie?! Milcz! — nakazali. —
Połóż rękę na ustach i chodź z nami. Będziesz naszym doradcą i kapłanem. Co
wolisz? Być kapłanem dla rodziny jednego człowieka czy być kapłanem dla
plemienia i całego rodu w Izraelu? Kapłan się rozchmurzył. Zabrał efod,
terafy oraz bożka i dołączył do przybyłych [Sdz 18,18-20]. Tak oto niedawno
powołany i uposażony kapłan poszedł do służby w liczniejszym zborze, tym razem
Danitów. Mniejsza o to, że samowolnie utworzona przez Micheasza wspólnota została
ogołocona i przeżywała rozżalenie. Danici byli na fali ekspansji. Bezprawnie
przejęli nowe tereny i właśnie lokowali się w nich na stałe. Zapowiadała się im
świetlana przyszłość. I postawili sobie posąg, który sobie sporządził Micheasz, na cały
czas, dopóki dom Boży był w Sylo [Sdz 18,31]. Mogłoby się wydawać, że nasz lewita, opuszczając „dom Boży”
Micheasza, dobrze trafił. Mógł teraz działać w szerszym towarzystwie innych kapłanów.
Co z tego, że był to także nielegalny ośrodek kultu. Przecież nawet wnuk
Mojżesza był w tym gronie! Niestety, okazało się, że była to służba tylko do dnia uprowadzenia
mieszkańców tej ziemi do niewoli [Sdz 18,30].
Proszę mi
wybaczyć, że tym razem “rozprawiałem” się z nielegalnymi, samozwańczymi
ośrodkami kultu. Wolałbym być myślami przy domu Bożym w Sylo, chociaż i tam –
jak wiemy z Biblii – działy się rzeczy niegodne sług Bożych. Jednakże dom Boży
w Sylo miał Bożą rekomendację. Służyli tam powołani przez Boga kapłani i lewici,
a prorocy Pańscy mieli go na oku. Gdy coś złego się w nim działo, było komu reagować i wzywać do opamiętania. Prywatny
“dom Boży” Micheasza takiego nadzoru duchowego w ogóle nie posiadał.
Dzisiejsze
zbory, powstałe zgodnie z zasadami ewangelii Chrystusowej, też borykają się z
rozmaitymi trudnościami. Lecz w każdym normalnym zborze Pańskim jest rada braci
Starszych, którzy na co dzień dbają o prawowierność głoszonej w nim nauki, a
także troszczą się o zgodne z nauką apostolską praktykowanie pobożności. Gdyby
zaś nie udawało się im utrzymać wszystkiego w należytym porządku, to z racji denominacyjnej
przynależności lokalnego zboru, mają wsparcie duchowe i nadzór zwierzchnictwa
całego Kościoła.
Kończąc
dodam, że poszczególne wspólnoty chrześcijańskie łączy w Kościół wspólna
doktryna i podobny sposób praktykowania pobożności. Mamy różne Kościoły, bo różnimy
się w zrozumieniu Pisma Świętego i różne miewamy wyniki działalności misyjnej. Nowe
zbory, powstające w wyniku zdrowego pączkowania istniejących, lokalnych społeczności,
bądź w rezultacie ich pracy misyjnej, charakteryzują się tym, że chętnie przynależą
do Kościoła i poddają się duchowemu zwierzchnictwu jego przywódców. Czerwona
lampka niech pali się nam przy tych wspólnotach, które nad sobą żadnego zwierzchnictwa
nie uznają, bądź przynależą do Kościoła pozornie, jedynie ze względu na jakieś
korzyści i przywileje.
Wszakże
fundament Boży stoi niewzruszony, a ma tę pieczęć na sobie: Zna Pan tych,
którzy są jego, i: Niech odstąpi od niesprawiedliwości każdy, kto wzywa imienia
Pańskiego [2Tm
2,19].

