06 lipca, 2026

Jak wyrażamy bojaźń Bożą?

Greckie słowo fobos znaczy - strach, trwoga, lęk, bojaźń, ale jest również tłumaczone jako szacunek i cześć dla Boga lub władzy ludzkiej. Zależnie od kontekstu fobeo jest albo przykrym przerażeniem, albo głębokim szacunkiem i poważaniem. Izajasz prorokował o Jezusie Chrystusie, że spocznie na nim Duch Pana; Duch mądrości i rozumu, Duch rady i mocy, Duch poznania i bojaźni Pana. I będzie miał upodobanie w bojaźni Pana (Iz 11,2-3). Bóg zwrócił uwagę na rzymskiego setnika Korneliusza, ponieważ był to człowiek pobożny i bogobojny wraz z całym domem swoim (Dz 10,2). Z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie (Flp 2,12) - wzywa nauka apostolska, a w księdze Przypowieści Salomona czytamy, że szczęśliwy jest człowiek, który stale trwa w bojaźni Bożej (Prz 28,14). 

Bez cienia wątpliwości z Biblii wynika, że Bóg w swoich czcicielach chce widzieć postawę najwyższego respektu względem Niego. Służcie Panu z bojaźnią i weselcie się, z drżeniem złóżcie mu hołd, aby się nie rozgniewał i abyście nie zgubili drogi, bo łatwo płonie gniewem (Ps 2,11-12). Gdyż wielki jest Pan i godzien najwyższej chwały, godniejszy trwożnej czci niż wszyscy bogowie (Ps 96,4). Dlatego też prawdziwi chrześcijanie za przykładem wczesnego Kościoła, który, budując się i żyjąc w bojaźni Pańskiej, cieszył się pokojem po całej Judei, Galilei i Samarii, i wspomagany przez Ducha Świętego, pomnażał się (Dz 9,31), starają się to święte drżenie serca przed Bogiem zachować zarówno w codziennym życiu, jak i w służbie.

Jak praktycznie należy wyrażać bojaźń Bożą? Na szczęście nie musimy się tego domyślać. Wystarczy, że w każdy możliwy dla nas sposób i o każdym czasie będziemy postępować zgodnie z przykładem i wg wskazówek, jakie zostawili nam apostołowie naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Biblia uczy, że miłość do Boga nierozerwalnie splata się z bezgranicznym respektem i szacunkiem dla Niego. Cały nasz sposób bycia; słowa, gesty, postawy, czyny, ubiór itd., mają wyrażać to, jak bardzo liczymy się z naszym Zbawicielem i Panem. Także nasz stosunek do Zboru, jako lokalnej społeczności Kościoła, którego Głową jest Chrystus, odzwierciedla prawdę o poziomie bojaźni Bożej w naszych sercach. Każdy, kto prawdziwie miłuje Pana, miłuje też Jego Ciało, którego cząstką jest lokalny zbór. Podkreślmy również, że bojaźń Pańska nie jest emocją właściwą jedynie dla osób we wstępnej fazie poznania Boga, jako czynnik mobilizujący ich do opamiętania z grzechów. Ma ona stale towarzyszyć każdemu  chrześcijaninowi, który oczyszcza się od wszelkiej zmazy ciała i ducha, dopełniając świątobliwości swojej w bojaźni Bożej (2Ko 7,1).

Wybierając się więc na nabożeństwo lokalnego zboru Kościoła, stając przed Panem, zadbajmy o stosowny ubiór, punktualność i odpowiednie zachowanie. Podobnie jak do Gabinetu Owalnego mężczyźni nie wchodzą w czapce, w krótkich spodenkach, ani rozgadani i zajęci sobą, lecz wchodzi się tam w wyciszeniu i skupieniu uwagi na gospodarzu tego wyjątkowego miejsca, tak tym bardziej chrześcijanie wchodzący do miejsca zgromadzeń Kościoła, wyciszają się i skupiają na jego Głowie, czyli na Chrystusie. Jedną z oznak bojaźni Bożej jest też osobiste zaangażowanie w przebieg zgromadzenia. Śpiewamy więc, gdy zbór śpiewa. Modlimy się w czasie modlitwy. Gdy trwa kazanie Słowa Bożego, uważnie słuchamy, co Duch mówi do zboru. W ten sposób wyrażamy cześć i uwielbienie dla Jezusa Chrystusa, który zaszczyca swoją obecnością każde zgromadzenie uczniów Pańskich, zebranych w Jego imieniu. Gdy zaś kończy się nabożeństwo, gdy powracamy do naszych domów i obowiązków, świadomi tego, że w każdej chwili przed Bogiem jesteśmy jak na dłoni, żyjmy codziennie ulegając jedni drugim w bojaźni Chrystusowej (Ef 5,17-21).

Mam świadomość, że ludzie chcą żyć po swojemu i nie ma bojaźni Bożej przed ich oczami (Rz 3,18). Również w środowiskach kościelnych zauważam, że ludzie przestają się bać Boga. Omamieni błędnym przekonaniem o słuszności akceptowania każdego zachowania i stylu życia, myślą, że też Bóg toleruje wszystkie ich postawy i upodobania. Odpowiedzialność przed Bogiem za upowszechnianie takich poglądów z pewnością poniosą liberalni nauczyciele, którzy coraz wyraźniej jawią się jako zapowiedziani przez Pana fałszywi prorocy, siejący duchową dezorientację i zwodzący lud Boży. Dlatego wzywam: Umiłowani, nie każdemu duchowi wierzcie, lecz badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków wyszło na ten świat (1Jn 4,1). W ślad za apostołem Pawłem - każdego brata i siostrę w Chrystusie proszę: Wzoruj się na zdrowej nauce, którą usłyszałeś ode mnie, żyjąc w wierze i w miłości, która jest w Chrystusie Jezusie; tego, co ci dobrego powierzono, strzeż przez Ducha Świętego, który mieszka w nas (2Tm 1,13-14).

Spocznij na nas Duchu Pana. Duchu mądrości i rozumu. Duchu poznania i bojaźni Bożej...

29 czerwca, 2026

śp. Pastor Sergiusz Waszkiewicz

pastor Sergiusz Waszkiewicz w rozmowie po nabożeństwie. Lata 70. ub. wieku 
Dokładnie dzisiaj mija trzydzieści lat od śmierci śp. prezbitera Sergiusza Waszkiewicza, założyciela i pierwszego pastora zboru zielonoświątkowego w powojennym Gdańsku. Bóg odwołał go spośród nas w dniu 29 czerwca 1996 roku, dwa miesiące po założeniu Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE. Nie mogłem go wówczas powiadomić o fakcie utworzenia nowego zboru w Gdańsku, ponieważ brat Waszkiewicz przez parę ostatnich lat życia pozostawał już bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Ośmielam się wszakże uważać nasz Zbór, jako spadkobiercę i kontynuatora - tu w Gdańsku - jego sposobu życia i podejścia do służby Bożej. 

Pastor Sergiusz Waszkiewicz był dla mnie człowiekiem wyjątkowym. Poznałem go jesienią 1974 roku, gdy przyjechałem do Gdańska, by dołączyć do mojej mamy i rodzeństwa, którzy dotarli tu z Lubelszczyzny kilka miesięcy przede mną. Okazanie zainteresowania naszym losem, godność i powaga posługi duchowej, niezwykłe poczucie humoru i dbałość o zdrową naukę biblijną - wszystko to bardzo mnie w nim pociągało. W zborze pod duchowym przywództwem "wujka" Waszkiewicza od razu poczułem się jak w rodzinie. W ciągu kilku kolejnych lat dane mi było wielokrotnie rozmawiać z nim osobiście. Dzięki temu poznałem go nie tylko z jego publicznych wystąpień ale również z jego prywatnych przekonań oraz reakcji na to, co działo się w świecie i w Kościele.

Gdy jesienią 1978 roku znalazłem się w Szkole Biblijnej w Warszawie, z niemałą satysfakcją odkryłem, że pastor Waszkiewicz był znany i otaczany szacunkiem w różnych stronach Polski. Przez wiele wcześniejszych lat reprezentował sporą grupę zborów zielonoświątkowych w Radzie ówczesnego Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego. Byłem wręcz dumny, gdy został też zaproszony do naszej szkoły w celu przeprowadzenia kilku wykładów. Tym bardziej czułem się wyróżniony, gdy w trakcie nauki od czasu do czasu otrzymywałem od niego list, w którym dzielił się ze mną tym, co przeżywał. Już w pierwszym roku mojej nauki parokrotnie zaprosił mnie też do usługi Słowem Bożym w naszym gdańskim zborze. 

Chrzest mojej Gabrieli w 1976 roku (druga od strony pastora Waszkiewicza)
Jako młody chrześcijanin i początkujący kaznodzieja, w towarzystwie pastora Waszkiewicza odczuwałem zarówno przyjemność z bliskości tak ważnej dla mnie osoby jak i drżenie serca, by zachować się przy nim, jak należy. Mój pastor, choć był człowiekiem taktownym, to jednak niczego nie owijał w bawełnę. Dla przykładu, w prowadzonym w tamtych latach moim osobistym dzienniku, w dniu 21 czerwca 1979 roku pisałem: "Czwartek. Słoneczny dzień. Odwiedziłem brata Waszkiewicza w szpitalu. Spotkałem tam Daniela Ciszuka z żoną. Odwiedziny upłynęły w serdecznej atmosferze z tym tylko, że dostałem po głowie za kazanie, które mówiło o tym, jak Izraelici, wchodząc do Kanaanu, mieli wytępić pogańskie ludy. Izraelici zrobili to, jednak zlekceważyli resztki tych narodów. Poselstwo kazania brzmiało: Nie toleruj w sobie żadnych resztek starego życia". Zarzucono mi, że za dużo mówię o tych krwawych faktach Starego Testamentu i że ludzi to gorszy...". Przełknąłem tę krytykę, jak gorzką pigułkę, mając świadomość, że jest ona dla mojego dobra, bo przecież uwagę zwracał mi doświadczony, a zarazem bardzo mi życzliwy duszpasterz. Dodam, że pastor Waszkiewicz nie tylko ochrzcił mnie w 1977 roku. Także on trzy lata później, 25 października 1980 roku usłużył nam, gdy z Gabrysią zawieraliśmy związek małżeński, a następnie, po roku, modlił się o błogosławieństwo Boże dla naszej pierwszej córki, Agnieszki. Po prostu, był naszym pastorem.

Przejście pastora Sergiusza Waszkiewicza na emeryturę zostało poniekąd wymuszone podjętą przez ówczesną Radę Kościoła uchwałą, wyznaczającą wiek siedemdziesięciu lat, jako górną granicę sprawowania funkcji pastora. Byłem wtedy świeżo upieczonym kaznodzieją, powołanym wiosną 1980 roku na ewangelistę w gdańskim zborze. Trzeba tu dać świadectwo prawdzie, że już wcześniej nie wszyscy członkowie naszej wspólnoty jednakowo cieszyli się z przywództwa naszego pastora. Pamiętam, jak jeden z nich zaprosił mnie do kawiarenki na Starym Mieście w pobliżu Wielkiego Młyna i próbował namawiać do stworzenia wspólnego frontu przeciwko pastorowi, aby usunąć go ze stanowiska. Byłem wstrząśnięty i zbulwersowany tą propozycją. Na szczęście niedługo potem w naszym zborze zaczął pojawiać się brat Anatol Matiaszuk z Zielonej Góry jako oficjalny kandydat na przyszłego pastora, a ponieważ został zaakceptowany także przez samego brata Waszkiewicza, sprawy potoczyły się gładko i przykładnie.

W czasie pastorskiej zmiany warty w zborze przy ul. Menonitów nie było mnie już w Gdańsku. Latem 1982 roku - uzyskując błogosławieństwo gdańskiego Zboru - wyjechałem, by organizować wiejski zbór w Piątkowie (dawne woj. radomskie), potem zbór w Krośnie (1984) a następnie zbór w Gorzowie Wielkopolskim (1987). Za każdym razem jednak, gdy tylko przyjeżdżałem do Gdańska, starałem się odwiedzić brata Waszkiewicza, albo w jego mieszkaniu, albo na działce letniskowej w Wiczlinie k. Gdyni. Emerytowany pastor wciąż żywo interesował się życiem Kościoła i nowymi trendami w jego łonie. Dopytywał się też, jak radzę sobie w nowych miejscach mojej służby. Po moim powrocie do Gdańska w 1993 roku nie było już możliwości rozmowy z moim pastorem. Mogłem tylko posiedzieć przy jego łóżku, popatrzeć na niego i dziękować Bogu za jego służbę i dobry wpływ na wielu chrześcijan, w gronie których i dla mnie znalazło się miejsce.

Kalendarium:

  • Urodzony 7 listopada 1907 roku w Dołginowie k. Nowogródka [dzisiejsza Białoruś].
  • Nawrócenie przeżył w 1921 roku jako 14 letni chłopiec, w rok po śmierci swojego ojca. 
  • Chrzest wiary przyjął 25 września 1930 r.
  • W okresie międzywojennym wędrowny ewangelista na terenach Wileńszczyzny, Polesia i Wołynia.
  • W 1938 roku został pastorem zboru w Baranowiczach [dzisiejsza Białoruś].
  • W 1947 roku przyjechał do Gdańska i rozpoczął służbę duszpasterską. 
  • W 1953 roku został przełożonym gdańskiego zboru.
  • Na emeryturę przeszedł w 1982 roku, przekazując prowadzenie zboru gdańskiego prezb. Anatolowi Matiaszukowi.
  • Zmarł 29 czerwca 1996 roku w Gdańsku.

Wiele już lat temu, w 2007 roku na okoliczność setnej rocznicy urodzin Sergiusza Waszkiewicza, poprosiłem osoby z naszego środowiska kościelnego o odpowiedź na pytanie: Jak wspominasz śp. pastora Sergiusza Waszkiewicza? Kilka osób przysłało mi swoje wspomnienia, które bez żadnych zmian ponownie publikuję poniżej.

***

"Dla mnie jest on jak drugi ojciec, taki prawdziwy duchowy autorytet, szczególnie w okresie moich pierwszych kroków wiary. Dobrze pamiętam jego wizyty w naszym domu, gdy byłem jeszcze chłopcem. Przyjaźnił sie z moimi rodzicami. W Baranowiczach mój tata stacjonował w wojsku i brat Waszkiewicz był mu bardzo pomocny w rożnych sytuacjach. Był to czas wojny i dzięki jego wstawiennictwu, tata nie poszedł na front, o co bardzo się modlił jako młody chrześcijanin. Brat Waszkiewicz był moim chrzcicielem w 1964 roku. Chętnie słuchałem jego wykładów na kursach biblijno - umuzykalniających. Pamiętam jego stały temat: "Dlaczego nie jestem adwentystą". Szczególnie zapamiętałem jedną z jego wizyt w moim już domu, bodajże w 1981 roku. Kiedy wszedł do naszego mieszkania, a mieliśmy na ścianie, modną wówczas fototapetę z dużymi kwiatami i zielonymi roślinami. Myśląc, że to prawdziwe rośliny, chciał chwycić ręką za liście i mówiąc "jakie wspaniale rośliny", o mało co nie połamałby sobie palców.

Zawsze z wdzięcznością w sercu wspominam brata Waszkiewicza i Bogu dziękuję, że miałem możliwość znać go osobiście. - Henryk Hukisz [Chicago]".

***

Pamiętam GO jako bardzo dobrego wujka/bo tak nazywaliśmy jako dzieci naszych starszych wiernych/, rozdawał nam na wigilię paczki. Pamiętam jak po nabożeństwie zawsze się witał z członkami zboru. Te wspomnienia są ze zboru na ul. Traugutta i ze zboru na Menonitów. Moja MAMA grała w zborze na fisharmonii /pianinie/. Jak zobaczyłem JEGO zdjęcie na Waszej stronie to zrobiło mi się jakoś miło. - Z poważaniem Włodzimierz Sacewicz, wnuk pastora Jerzego Sacewicza. Szczęśliwego Nowego Roku 2008.

***

Podziwiałem go, że w rozmaitych sytuacjach konfliktowych, których przecież na przestrzeni tylu lat nie brakowało w życiu zboru, potrafił tak umiejętnie zażegnywać spory i rozładowywać napięcie. Spokojnie wysłuchał, nie próbował przekonywać ani bronić racji żadnej ze stron, ale w oparciu o Słowo Boże doprowadzał do zgody. Dobrze znał Słowo Boże i tak potrafił je zastosować do konkretnych sytuacji, że nieraz miałem skojarzenie, jakby mówił Gamaliel z Dziejów Apostolskich. - Mikołaj Jakoniuk (wieloletni współpracownik pastora Waszkiewicza, sekretarz Rady Zboru w Gdańsku)

***

Moje wspomnienia o nim kojarzą się z wczesnym dzieciństwem i smakiem gumy do żucia, którą nas częstował wraz z braćmi z Szwecji! Trudno mi określić datę, ale był to 1946/47r. Działo się to w Białowieży, w moim domu rodzinnym. Rodzice byli odrodzonymi chrześcijanami, a nasz ojciec należał do zaangażowanych w szerzenie prawdy o Zbawicielu! Z tej racji w naszym domu odbywała się ewangelizacja, na której to usługiwał brat Waszkiewicz. Było jak na wiejskie warunki dużo słuchaczy! Z relacji mojego starszego rodzeństwa wynika że posługa była dobrze przyjęta! Moja starsza siostra wspomniała także o tym że nas, dzieci, zebrał na klęczki wokoło siebie i sam klęcząc modlił się o nasze dusze i nawrócenie. A potem przyszedł taki czas, że każde z nas (a było nas siedmioro) oddało swoje życie w ręce Jezusa. Później w 1976 roku brat Sergiusz Waszkiewicz zanurzał mnie wodach chrztu! Na pewno będziemy pamiętać jego kazania a także jego słynne powiedzonka i anegdoty. - Paweł Prus

***

Pamiętam bardzo niewiele. Wspominam dziadka jako człowieka spokojnego, stonowanego. Prawdopodobnie starali się z babcią dbać o jedność i utrzymanie wzajemnych kontaktów w całej rodzinie - w niedzielę zazwyczaj można było liczyć na wspólny obiad w ich mieszkaniu przy budynku zborowym. W czasie dziadka kazań raczej dobrze mi się spało - o ile wypadała niedziela z wieczerzą Pańską i nie było szkółki niedzielnej. Kiedy go odwiedzałem, gdy był już na emeryturze, zawsze poświęcał chwilę czasu na rozmowę ze mną, pytał co się dzieje w moim młodym życiu. Ostatnie wspomnienia wiążą się z czasem, kiedy dziadek już nie miał kontaktu z otoczeniem, nie słyszał, nie widział, a opiekowała się nim babcia. Mieszkali wtedy w domu w gdyńskiej dzielnicy Wiczlino, ale wydawało się, że jest to wieś. Prawdę mówiąc chyba więcej pamiętam dziadka z opowiadań różnych ludzi, niż z "własnego doświadczenia". - Szymon Irzabek (wnuk Sergiusza Waszkiewicza).

***

Są ludzie, których pamięta się od "zawsze" i na zawsze.... Taką osobą dla mnie jest postać br. Sergiusza Waszkiewicza. Jego osoba związana jest z naszą rodziną przez kilkadziesiąt lat (blisko 50). Ja osobiście pamiętam Go, gdy mieszkał wraz z rodziną na ul. Trawki (boczna od ul. Słowackiego) – odwiedzaliśmy ich i zbór na ul. Traugutta. To były lata 50-te ub. wieku!!! Jak ten czas szybko leci... Brat Waszkiewicz chrzcił nas, udzielał ślubów, odwiedzał, nauczał Słowa, pocieszał, płakał razem z nami i cieszył się razem z nami... Przypominam sobie, jak bardzo smakowały mu placki ziemniaczane podane z kwaśną śmietaną usmażone przez moją mamę, kiedy byłem małym chłopcem. Był bardzo częstym gościem w naszym domu, a ja bardzo lubiłem słuchać jego opowieści z dawnych lat. Wpadał z br. Kudzinem na chwilę, a wychodzili po paru godzinach. Wielkim przeżyciem dla mnie było słuchanie tego, o czym mówił. A miał niesamowity dar przekazywania tego, co mówił w sposób prosty i zrozumiały dla słuchacza. Wiele z tych historii pamiętam do dzisiejszego dnia. Myślę, że wielu z nas pamięta Go jako człowieka z wielkim poczuciem humoru. Sypał przykładami z życia wziętymi przede wszystkim. Kiedyś zapisywałem jego powiedzonka i stwierdzenia. Przykład: CHRZEŚCIJANIN POWINIEN MIEĆ GORĄCE SERCE, ALE ZIMNĄ GŁOWĘ. NIE MOŻNA Z DRABINĄ W POPRZEK PRZEJŚĆ PRZEZ LAS. LEPIEJ JEST PROSTO IŚĆ, NIŻ WYSOKO SKAKAĆ.

Praktyka i czas pokazały, że miał rację w stu procentach. Najbardziej popularny i myślę, że znany w całej Polsce był w Jego wydaniu wąż (szatan). Był on określany jako "ŹMIEJ". Do dziś uśmiecham się, gdy wspominamy te zabawne powiedzonka i historie. Potrafił też, jeśli Go coś szczególnie "zeźliło" załatwić sprawę od ręki na poczekaniu. Oto przykład: Pewnej siostrze która podczas kazania oglądała się za siebie mocno wychylając się z ławki w celu zaspokojenia ciekawości, kto wchodzi do kaplicy, oświadczył kiedyś prosto z kazalnicy: SIOSTRO (tu wymienił jej nazwisko) WSZEDŁ BRAT... (podał jego nazwisko). Po tym fakcie przestała wychylać się z ławki. Nigdy nie zapomnę wizyt w Jego domu – wielkiego pieca, ogromnego biurka za wielkimi drzwiami i wielkiej biblioteki. Już wtedy marzyłem o książkach, wyobrażałem sobie ile ciekawych i niesamowitych historii zawierają. W tym miejscu należy wspomnieć o gościnności tego domu – WIELKIEJ ! Gospodarz miał zawsze czas dla gościa. Jeszce jedna sprawa – Jego przyjaciele, to samo pokolenie – bracia: Maksymowicz, Rapanowicz, Ciszuk sen., Poysti, Huk, Kapitaniak – można było ich słuchać dzień i noc. A kto pamięta wspaniały duet (śpiewający) szczególnie na Ścianie Wschodniej naszego kraju Waszkiewicz – chyba baryton i Maksymowicz na pewno bas...??? Może są gdzieś nagrania archiwalne?

Na zakończenie sprawa najważniejsza dla mnie – jego wierność Słowu. To zawsze było na pierwszym miejscu. Wszystko inne przeminęło... i ludzie, i ich nauki, trendy, ruchy, zachwyty i inne rzeczy. Podziwiałem Go za to, ceniłem i kochałem. Myślę, że kiedyś się spotkamy drogi Bracie… - Andrzej Gigiel (Wieloletni członek Rady Zboru w Gdańsku).

Trzydzieści lat po śmierci, pastor Sergiusz Waszkiewicz wciąż pozostaje żywy w mojej wdzięcznej pamięci. Pisząc te słowa patrzę na podarowaną mi przez niego, stojącą centralnie na półce mojej biblioteczki, dwutomową Podręczną Encyklopedię Biblijną, wydaną w1959 roku przez Księgarnię św. Wojciecha. Patrzę i dziękuję Bogu, że we wczesnym okresie mojej wiary i służby ktoś taki otoczył mnie duchową opieką i był dla mnie wzorem. Czuję się wyróżniony, że dane mi było uczyć się Chrystusa od człowieka tak zwyczajnego i dostępnego, a zarazem tak nietuzinkowego, jak śp. prezbiter Sergiusz Waszkiewicz.

Cześć Jego Pamięci!

15 czerwca, 2026

Na przykładzie Dawida i Natana

Różne miewamy fazy w życiu, w wierze i w duchowym rozwoju. Biblia mówi, że jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas zbiorów. Jest czas ranienia i czas leczenia; jest czas burzenia i czas budowy. Jest czas płaczu i czas uśmiechu… (Kzn 3,2-8). Przechodząc przez kolejne etapy, stajemy się dojrzalsi, mądrzejsi i bardziej użyteczni dla Boga. O Mojżeszu mówi się, że przez pierwsze czterdzieści lat jego życia stawał się wielki w tym świecie. W następnych czterdziestu latach dowiadywał się, jak wiele trzeba stracić w świecie, aby zyskać w oczach Bożych. Ostatnie czterdzieści lat Mojżesza, to faza, w której widzimy, jak wiele może osiągnąć człowiek, który stał się nikim w oczach świata, aby być narzędziem w rękach Bożych. W tym rozważaniu zapraszam do przyjrzenia się dwóm fazom w myśleniu i działaniu króla Dawida oraz dwóm fazom w posłudze proroka Natana. 

Oczywiste, że w życiu Dawida można wyodrębnić znacznie więcej różnych etapów, lecz tutaj ograniczymy się do dwóch. Gdy Dawid zamieszkał w pałacu, powiedział do proroka Natana: Oto ja mieszkam w cedrowym pałacu, a skrzynia Przymierza z PANEM — pod zasłonami! Natan odpowiedział: Czyń zatem wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ Bóg jest z tobą. Ale jeszcze tej samej nocy Bóg skierował do Natana Słowo tej treści: Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie (1Krn 17,1-4).

Po latach niedoli i tułaczki w życiu Dawida, nadszedł dla niego złoty wiek panowania. Przeszedł w fazę królewskich możliwości i wielkich planów. Dawid nabrał pewności, że to PAN ustanowił go królem nad Izraelem i że ze względu na swój lud przydał znaczenia jego królewskiej władzy (1Krn 14,2), sława Dawida rozeszła się po wszystkich krajach, a PAN rzucił strach przed nim na wszystkie narody (1Kn 14,17). Gdy król zamieszkał w pałacu, a PAN dał mu wytchnienie od wszystkich jego okolicznych wrogów, Dawid oznajmił prorokowi Natanowi: Spójrz, proszę, ja mieszkam w cedrowym pałacu, a skrzynia Boża — za kotarą namiotu! (2Sm 7,1-2).

Proroka Natana żyjącego pod berłem tak wspaniałego i zwycięskiego króla, najwyraźniej także na tyle opanowała atmosfera pomyślności, że znalazł się w fazie entuzjastycznego poparcia dla wszelkich pomysłów Dawida. Natan na to: Czyń, królu, wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ PAN jest z tobą (2Sm 7,3). Wszystko wydawało się oczywiste. Bóg pobłogosławił Dawida, więc Natan bez głębszego namysłu i dociekania, jak naprawdę się rzeczy mają, czym prędzej w imię Boże zapewnił króla, że może realizować swój zamiar. Prorok Boży poniekąd znalazł się na usługach króla. Zaczął służyć bardziej w duchu „teologii sukcesu”, aniżeli w Duchu Bożym. Ale jeszcze tej samej nocy PAN skierował do Natana Słowo tej treści: Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Czy ty miałbyś zbudować Mi dom na mieszkanie? (2Sm 7,4-5). Bóg nie pozwolił Natanowi spać spokojnie. Trzeba było czym prędzej wycofać się z pochopnego poparcia. Idź i powiedz mojemu słudze, Dawidowi: Tak mówi PAN: Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie (1Krn 17,4). Zadanie budowy świątyni było wyznaczone dla kogoś innego. A gdy dopełnią się twoje dni i będziesz miał połączyć się z twoimi ojcami, wzbudzę ci potomka, który będzie jednym z twoich synów - i utrwalę jego panowanie. On zbuduje Mi dom, a Ja na wieki utrwalę jego tron (1Kn 17,11-12).

I tak oto prorok Natan przeszedł w fazę wiernego przekazywania woli Bożej. To rozstrzygnięcie Pańskie z pewnością nie było miłe dla uszu Dawida. Miał przecież tak wspaniały plan! Był władcą.  Miał możliwości i pełne poparcie, nawet ze strony innych władców. Mógłby uprzeć się przy swoim i dalej realizować swój pobożny zamysł. Jednakże król Dawid przeszedł w fazę pokornego uznania tego, że chociaż jest królem, to jednak nie wszystko może. Następnie Dawid wezwał swojego syna Salomona i nakazał mu zbudować świątynię PANU, Bogu Izraela. Synu — powiedział — to ja miałem na sercu zbudowanie tej świątyni dla imienia PANA, mojego Boga. Jednak PAN skierował do mnie Słowo tej treści: Ty przelałeś wiele krwi i prowadziłeś wielkie wojny. Nie możesz zbudować świątyni dla mojego imienia. Tak, wiele krwi wylałeś przede Mną na ziemię. Ale urodzi ci się syn, który będzie człowiekiem spokojnym. Pozwolę mu wytchnąć od wszystkich okolicznych wrogów. Bo jak na imię będzie miał Salomon, tak też za jego dni obdarzę Izrael trwałym pokojem. On zbuduje świątynię dla mojego imienia (1Krn 22,6-10).

Wyżej wyodrębnione dwie fazy w postawie Dawida i w służbie prorockiej Natana, dobrze ilustrują nasze myślenie i postępowanie na różnych etapach naszej drogi wiary. Mogą też pomóc nam zrozumieć, dlaczego nawet najlepsze nasze pomysły czasem wymagają korekty, a nawet zmiany. Chciejmy się z nich uczyć, bo cokolwiek zaś wcześniej napisano, ma służyć naszemu pouczeniu, abyśmy dzięki wytrwałości i pociesze, których źródłem są Pisma, trwali przy nadziei (Rz 15,4).

Gdy po latach niewiary i życia bez Boga dane nam jest poznać Jezusa Chrystusa, dostąpić odpuszczenia grzechów i pojednania z Bogiem – roztacza się przed nami „morze możliwości”. Każdy chrześcijanin szybko przechodzi wtedy w fazę myślenia o nieograniczonych możliwościach. Spory udział mają w tym rozmaici ewangeliści i nauczyciele, którzy „nakręcają” w nas taki sposób myślenia. Owszem, nie bez racji uświadamiają nowo nawróconym, że oto stali się dziećmi Bożymi i że w Chrystusie są beneficjentami wszystkich obietnic Bożych. Jest dzisiaj wielu takich proroków, którzy, jak Natan Dawidowi, tak i oni świeżo upieczonym chrześcijanom pochopnie przyklaskują i udzielają błogosławieństwa, nie dociekając, jaka naprawdę jest dla nich wola Boża.

Wszakże rozentuzjazmowany chrześcijanin, pełen nowych pomysłów i gotowy do wielkich czynów na chwałę Bogu, będąc w fazie nastawienia na duchowe sukcesy, dość często potrzebuje niezwłocznej korekty. Potrzebuje sługi Słowa Bożego, który po nieprzespanej nocy zmagania się z niepopularnym przesłaniem, ogłosi mu i objaśni rozstrzygnięcia Pańskie, obowiązujące w Kościele. Czasem będą to słowa wzywające – jak w przypadku Dawida - do zaniechania powziętych planów. Dzięki temu chrześcijanin ma szansę znaleźć się w fazie zrozumienia, że może też czegoś nie móc. Nie dlatego, że brakuje mu wiary, albo że jest gorszy od innych, ale dlatego, że taka jest wola Boża. Uznać swoje miejsce w szeregu i zgodzić się z wolą Bożą, to jest wcale nie mniej ważny, ani nie mniej błogosławiony stan umysłu i serca! 

Nie każdy potrafi zgodzić się z tym, że z różnych powodów coś nie jest mu dane. Nie każda gorliwa, pragnąca służyć Bogu kobieta, chce uznać apostolskie rozstrzygnięcie: Nie pozwalam natomiast kobiecie ani nauczać, ani przewodzić mężowi; niech żyje w cichości. Przecież pierwszy został stworzony Adam, a potem Ewa. I nie Adam został zwiedziony, ale kobieta dała się zwieść i popełniła przestępstwo (1Tm 2,12-14). Nie każdy mężczyzna okazuje zrozumienie, że z racji wcześniejszych błędów i rys na życiorysie, niektóre rodzaje posługi w zborze nie są już dla niego. Nie każdy pastor gotów jest pogodzić się z myślą, że nie powinien forsować swoich planów, albo że inni zrobią coś lepiej od niego.

Przejście z fazy: - Czyń zatem wszystko, co ci leży na sercu, w fazę: - Nie ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie, nie jest łatwym procesem. Gdy jednak znajdziemy się na takim etapie, to mamy dobrą okazję do sprawdzenia się, czy naprawdę trwamy w wierze i w posłuszeństwie Słowu Bożemu. Nasze zachowanie w takich chwilach jest też możliwością udzielenia wsparcia innym i przyczynienia się do ich rozwoju. Jeżeli bowiem zobaczą, że w czasie niepomyślności potrafimy zachować się tak, jak Dawid, to zaświecimy im dobrym przykładem i przygotujemy ich na sytuacje, gdy i oni któregoś dnia usłyszą, że coś nie jest dla nich.

Ostatecznie chodzi o to, abyśmy, za przykładem jednego z apostołów Jezusa Chrystusa, znaleźli się w fazie, że możemy i jedno, i drugie. Nauczyłem się cieszyć tym, co jest. Wiem, co to skromność, znany mi dostatek. Radzę sobie wszędzie, w każdej sytuacji. Poznałem sytość, nieobcy mi głód; wiem, jak mieć dużo, i umiem żyć w biedzie. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie (Flp 4,11-13). Zbyt wielu chrześcijan na końcowych słowach tego cytatu buduje wiarę w swój sukces, nie biorąc pod uwagę tego, że wskazują one także na możliwość porażki. Dobrze jest słyszeć, że możemy realizować swoje pomysły i marzenia, bo Bóg jest z nami! Dla równowagi wszakże czasem trzeba usłyszeć, że czegoś nie możemy, że coś nie jest dla nas. Wówczas także należy przyjąć to z godnością i z pełnym zaufaniem do Boga.

A teraz parę słów nauki wynikającej z zachowania Natana. Lubimy być w sytuacji przekazywania wyłącznie pozytywnych treści. Łatwo jest stać się - jak w pierwszej fazie Natan - prorokiem chętnie słuchanym. Tak zresztą Biblia charakteryzuje nasze czasy. Gdyż przyjdzie czas, że przestaną tolerować zdrową naukę, a skłonni do słuchania tego, co odpowiada ich upodobaniom, otoczą się nauczycielami przyklaskującymi ich własnym żądzom. Czyniąc to, odwrócą się od słuchania prawdy i zwrócą ku baśniom (2Tm 4,3-4). W niektórych sytuacjach Pismo Święte wręcz obnaża niski poziom duchowy zarówno takich proroków, jak też ich słuchaczy. Tak mówi PAN Zastępów: Nie słuchajcie słów tych proroków, którzy wam prorokują! Oni wam głoszą widzenia własnego serca — nie to, co pochodzi z ust PANA! Wciąż powtarzają ludziom gardzącym Słowem PANA: Pokój mieć będziecie! A tym wszystkim, którzy żyją w uporze swego serca, powtarzają: Nie spadnie na was żadne nieszczęście! (Jr 23,16-17).

Na szczęście niejednego „Natana” Bóg nawraca do przekazywania Słowa Bożego, a nie własnych myśli. Przecież ani dla świata, ani dla innych chrześcijan, nie mamy jedynie przesłania o wydźwięku: Czyń wszystko, co ci leży na sercu, ponieważ Bóg jest z tobą! Ponieważ wszyscy potykamy się w wielu sprawach (Jk 3,2), potrzebujemy korekty, napomnienia i opamiętania. Obyśmy wszyscy znaleźli się w fazie wiernego mówienia prawdy. Głoś Słowo! Bądź gotowy w porę i nie w porę, aby poprawić, upomnieć, zachęcić — z całą cierpliwością, umiejętnie. […] Ty jednak zachowaj trzeźwość we wszystkim, znoś niedole, wykonuj pracę ewangelisty, rzetelnie pełnij swoją służbę (2Tm 4,2 i 4). Bóg potrzebuje odważnych i bezkompromisowych mężczyzn i kobiet, do utrzymywania biblijnego poziomu etyki i moralności w Kościele. Dobrze i miło jest głosić pozytywne treści, pełne zachęty! Liczmy się jednak i z tym, że niejeden raz Bóg pośle nas do kogoś z przesłaniem: „To nie dla ciebie”! 

Jesteśmy w różnych fazach naszego rozwoju duchowego i służby. Bywamy na fali, że wszystko nam się należy, a czasem boleśnie się przekonujemy, że jednak nie, i lądujemy „na czterech łapach”. Bywamy lubiani, bo przynosimy ludziom miłe dla nich, zgodne z ich oczekiwaniem, słowa, a czasem trzeba im przekazać jakąś gorzką prawdę. Bądźmy pewni, że w każdej fazie Pan Jezus jest z nami! Miejmy w pamięci Jezusa Chrystusa i Jego los na ziemi. Miejmy na uwadze los Jego apostołów, którzy w różnych fazach swej posługi, przetrwali wiele prześladowań i okazali się wiernymi sługami Bożymi. Trwając w Chrystusie jesteśmy niezatapialni! Różne fazy i zmiany w naszym życiu prowadzą nas w kierunku większej dojrzałości w wierze. Doskonalą nas w służbie. Dzięki nim możemy pełniej oddawać chwały Bogu.

Dawid usłyszawszy, że dzieło, na jakie się mocno nastawił, nie jest zadaniem dla niego – nie obraził się, nie popadł w apatię. Natan z dnia na dzień mocno skorygowany - zyskał zdolność głoszenia także bolesnej prawdy! My też bądźmy otwarci i pewni tego, że Bóg we wszystkim współdziała ku naszemu dobru!

09 czerwca, 2026

Odwrotny kierunek postępu

Z upływem lat coraz bardziej doceniam niezmienność i ponadczasowość Ewangelii. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki (Hbr 13,8). Mijają pokolenia, zmieniają się poglądy, pojawiają się nowe trendy społeczne, a tracą znaczenie wartości, za które dawniej ludzie oddawali życie. W imię postępu i rozwoju depcze się niejedną świętość minionych pokoleń. Niebo i ziemią przeminą, ale słowa moje nie przeminą (Mt 24,35) - powiedział Chrystus Pan. Nic dziwnego, że w tym świecie to co stare wciąż jest wypierane przez tzw. nowości i obserwujemy tak wiele zmian, gdyż wszelkie ciało jest jak trawa, a wszelka chwała jego jak kwiat trawy. Uschła trawa, i kwiat opadł, ale Słowo Pana trwa na wieki. A jest to Słowo, które wam zostało zwiastowane [1Pt 1,24-25].

Jakże lekko ci przychodzi zmieniać swoją drogę! (Jr 2,36) - zarzucił Bóg Izraelowi. W dziejach ludu Bożego z czasów Starego Przymierza wyraźnie widać, do czego doprowadziło postępowe myślenie Izraelitów. Bóg ich wybrał. Objawił się im i ogłosił wśród nich swoje Prawo. Mieli ściśle postępować według przykazań Bożych, trwać w posłuszeństwie Słowu Bożemu, a Bóg obiecał Izraelitom piękne i błogosławione życie w podarowanej im Ziemi Obiecanej. Wśród ludu Bożego pojawiły się jednak idee postępowe. Chcieli, na przykład, jak inne narody, mieć swojego króla. Przyjęli zasadę akceptacji i tolerancji wobec otaczającej ich bezbożności. Wbrew wyraźnym ostrzeżeniom, uznali za stosowne, by otworzyć się na kulturę okolicznych społeczeństw. Nie minęło wiele czasu, jak zaczęli kłaniać się obcym bóstwom, a Ziemia Święta zapełniła się miejscami pogańskiego kultu. Taki był społeczny i duchowy rezultat ich postępowych postaw.

Duch Chrystusowy prowadzi w zupełnie przeciwnym kierunku. Ludzi tkwiących w bałwochwalstwie wzywa do nawrócenia się od bałwanów do Boga, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu i oczekiwać Syna jego z niebios (1Ts 1,9). Ludziom zajętym naprawianiem świata Duch Święty zaleca skupienie się na sprawach Królestwa Bożego, tak jak żaden żołnierz nie daje się wplątać w sprawy doczesnego życia, aby się podobać temu, który go do wojska powołał (2Tm 2,4), nawet za cenę odrzucenia i prześladowania. Osobom myślącym, że osiągną duchową jedność z ludźmi pozostającymi w  niezgodzie z prawdziwą pobożnością, jednoznacznie nakazuje zaprzestanie ekumenicznych umizgów. Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością? Albo jaka zgoda między Chrystusem a Belialem, albo co za dział ma wierzący z niewierzącym? Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? Myśmy bowiem świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, i będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim. Dlatego wyjdźcie spośród nich i odłączcie się, mówi Pan, i nieczystego się nie dotykajcie; a Ja przyjmę was i będę wam Ojcem, a wy będziecie mi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący (2Ko 6,14-18). Chrześcijan przyjaźniących się z bezbożnym światem ostrzega: Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga (Jk 4,4).

Kiedyś moje myśli ewoluowały w stronę otwierania się na to, co w tym świecie aktualnie jest na topie. Myślałem, że jako duszpasterz i osoba odpowiedzialna za organizację życia lokalnej wspólnoty Kościoła, powinienem zadbać o to, aby zbór miał opinię społeczności wsłuchującej się w ludzkie oczekiwania. Chciałem być nowoczesny. Z upływem lat stało mi się jasne, że wielkim ewenementem i prawdziwą wartością Kościoła w tym świecie jest jego niezmienność i odmienność! W myśl nauki apostolskiej postanowiłem wręcz o niczym nie wiedzieć pośród was, jak tylko o Jezusie Chrystusie — i to tym ukrzyżowanym (1Ko 2,2). Kościół nie został powołany po to, by dostarczać ludziom rozrywki, próbując w tym dorównywać świeckim przybytkom kultury. Lokalny zbór Kościoła nie został zaprojektowany jako klub towarzyski. Ludzie potrzebują udziału w zgromadzeniach Kościoła, by zetknąć się z tym, co święte, a nie z tym, co pospolite! Topowej muzyki, rozmaitych uciech i rozkoszy podniebienia mają pod dostatkiem przy każdym rogu ulicy. Ludzka dusza potrzebuje Boga! Ma poznać drogę zbawienia, ukorzyć się przed Bogiem, nauczyć się bojaźni Bożej, oddać chwałę Bogu i usłyszeć, co Duch mówi do zborów (Obj 2,7). W tym kierunku biegną moje myśli. Tak dzisiaj rozumiem postęp. Na to się nastawiam, gdy myślę o funkcji niedzielnego nabożeństwa Zboru.

Z upływem lat coraz bardziej doceniam niezmienność i ponadczasowość Ewangelii. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki (Hbr 13,8).

02 czerwca, 2026

Kosztowny wybryk młodości

Podczas dzisiejszego czytania Pisma Świętego naszła mnie myśl, jak łatwo można bezpowrotnie stracić pozycję i błogosławieństwo, o które nawet nie musieliśmy zabiegać, bo zostały przypisane nam już z samego faktu urodzenia. Z synami Rubena rzecz ma się następująco. Był on pierworodnym Izraela, jednak zbezcześcił łoże swego ojca. Dlatego jego prawa pierworodztwa nie zostały wpisane do rodowodu. Zostały one przekazane synom Józefa, który był synem Izraela (1Krn 5,1).

Powyższa informacja o zmianie w rodowodzie synów patriarchy Jakuba odwołuje się do pewnego incydentu w jego rodzinie. Gdy Izrael mieszkał w tej ziemi, między Rubenem a Bilhą, nałożnicą jego ojca, doszło do zbliżenia — i Izrael dowiedział się o tym (1Mo 35,22). Sprawa przeszła jakby bez echa i najstarszy syn Jakuba mógł sobie myśleć, że nic takiego złego się nie stało. - Ot, zwykły wybryk młodości. O ciężarze gatunkowym swego czynu przekonał się dopiero w chwili, gdy sędziwy ojciec udzielał swoim synom końcowego błogosławieństwa. Rubenie, jesteś mym pierworodnym, moją siłą i pierwociną męskości, szczytem uniesienia i mocy. Lecz utracisz pierwszeństwo, ty, wzburzony jak woda, bo wszedłeś na łoże swego ojca! Splamiłeś je! Wszedłeś na me posłanie! (1Mo 49,3-4).

Dzięki temu, że uwierzyliśmy w Jezusa Chrystusa, zostaliśmy usprawiedliwieni, pojednani z Bogiem i nazwani dziećmi Bożymi. W żaden sposób nie musieliśmy sobie na to zapracowywać. Z łaski zostało nam przypisane całe błogosławieństwo Syna Bożego. Jego Boska moc obdarzyła nas wszystkim, co jest potrzebne do życia i pobożności. Otrzymujemy to dzięki poznaniu Tego, który nas powołał w swojej własnej chwale i wspaniałości. Dzięki nim darowane nam zostały drogocenne, największe obietnice, abyście przez nie stali się uczestnikami Boskiej natury, jako ci, którzy nie ulegli zepsuciu, do którego na tym świecie doprowadzają żądze (2Pt 1,3-4). Nic, tylko żyć, korzystać z danych nam praw i się cieszyć!

Biorąc wszakże pod uwagę przypadek Rubena, w ślad za natchnionym apostołem Pawłem powtarzam: czyńcie użytek ze swego zbawienia, w poczuciu czci i odpowiedzialności wobec Pana. Bóg to bowiem jest sprawcą waszych pragnień i działań płynących z dobrej woli (Flp 2,12-13). To, że samowola i lekceważenie przykazań Pańskich póki co uchodzi nam na sucho, nie oznacza, że Bóg przymyka na to oko. Co do fundamentu, nikt nie może położyć innego, poza tym, który już jest, a którym jest Jezus Chrystus. Natomiast, czy ktoś na tym fundamencie buduje ze złota, srebra, drogich kamieni, z drewna, siana czy słomy, to się okaże w tym Dniu. Każde dzieło przejdzie próbę ognia i w ten sposób wyjdzie na jaw jego wartość. Jeśli czyjeś dzieło, wzniesione na tym fundamencie, przetrwa, ten otrzyma nagrodę. Jeśli czyjeś dzieło spłonie, ten poniesie stratę, choć sam będzie zbawiony, tak jednak, jakby został ocalony z ognia (1Ko 3,11-15). Owszem, Ruben nie został zabity z powodu swego czynu. Jednak konsekwencje jego wybryku zaciążyły na całej przyszłości samego Rubena, jak i wszystkich jego potomków.

Myślę sobie, jakże wielu dzisiejszych chrześcijan łamie biblijne zasady życia i służby Bożej, nic sobie z tego nie robiąc. Oby w Dniu Pańskim nie usłyszeli czegoś podobnego, co usłyszał Ruben, a wcześniej także Ezaw.

21 maja, 2026

Dobro wymieszane ze złem

W przeddzień Święta Zesłania Ducha Świętego natrafiłem na biblijną opowieść o tym, jak Duch Boży odstąpił od króla Saula i spoczął na młodym Dawidzie. Oczywiście nie nastąpiło to, ot tak, bez żadnego powodu. Przyczyną Saulowej utraty obecności Ducha Bożego było jego nieposłuszeństwo Bogu i brak opamiętania. Wtedy na Dawidzie spoczął Duch PANA, od tego dnia i na dalsze […]. Kiedy Duch PANA odstąpił od Saula, zaczął go trapić, za sprawą PANA, duch zły (1Sm 16,13-14).

Myślę, że warto bliżej przyjrzeć się zachowaniu tych obydwu mężczyzn w kontekście obecności i działania Ducha Świętego w życiu dzisiejszych chrześcijan. Dawid, gdy zdarzyło mu się zgrzeszyć, bardzo tego żałował, a usilnie prosząc Boga o przebaczenie, wołał: Zasłoń swoje oblicze przed moimi grzechami i wymaż wszystkie me winy. Czyste serce stwórz we mnie, o Boże, prawość ducha odnów w moim wnętrzu. Nie wypędzaj mnie sprzed Twego oblicza i nie odbieraj mi swego Ducha Świętego (Ps 51,9-11). Niestety, o Saulu czegoś takiego przeczytać nie można. Szedł w zaparte. Nawet gdy przyznał się do błędu, szybko powracał do złego. Owszem, miał on wspaniałe początki. Wówczas zstąpi na ciebie Duch PANA i będziesz prorokował wraz z nimi - i przemienisz się w innego człowieka. A gdy te znaki spełnią się na tobie, poczynaj sobie dzielnie, ponieważ Bóg jest z tobą! (1Sm 10,6-7). Potem dobro mocno w nim pomieszało się ze złem. Bóg złemu duchowi przyzwolił na dostęp do Saula. 

Po tym, jak Duch PANA odstąpił od Saula, jeszcze przez wiele lat pozostawał on królem Izraela. Stał się jednak człowiekiem wewnętrznie bardzo niespójnym. Był zazdrosny, podejrzliwy, ulegał gwałtownym zmianom nastroju i na różne sposoby próbował zaszkodzić Dawidowi, a nawet go zabić. W tak złym stanie duchowym stał na czele narodu i - o dziwo - zdarzało się, że w tym czasie nawet prorokował. Wprawdzie w niektórych przekładach Pisma Świętego czytamy, że Saul szalał, lecz Biblia Gdańska mówi o prorokowaniu Saula. Najnowszy przekład dosłowny również. Już następnego dnia spoczął na Saulu duch Boży zły, tak że prorokował u siebie w domu. Dawid - jak zawsze - grał tego dnia [na strunach] swoją ręką, a Saul miał w ręku włócznię. Wtem Saul rzucił włócznią i powiedział: Przygwożdżę Dawida do ściany! Lecz Dawid - dwukrotnie - przed nim uskoczył. I Saul zaczął bać się Dawida, ponieważ JHWH był z nim, a od Saula odstąpił (1Sm 18,10-12). Prorokował także idąc z zamiarem zabicia Dawida. Saul ruszył więc do siedziby proroków w Ramie, ale również na niego zstąpił Duch Boży. Szedł i prorokował, aż dotarł na miejsce (1Sm 19,23).

Czy również chrześcijanin, podobnie jak Saul, może do tego stopnia popaść w duchowe zamieszanie, że będzie mówił i robił rzeczy przeciwne sobie? Czy może nadal prorokować, pomimo tego, że Duch Święty od niego odstąpił? Czy może zazdrościć, szkodzić, knuć intrygi, a w międzyczasie - jakby nigdy nic - zachowywać się jak człowiek duchowy? Dawid by tak nie potrafił. Za każdym razem, gdy zgrzeszył, żałował tego i szybko jednał się z Bogiem. Dlatego - jak mówi Biblia Gdańska - został Duch Pański nad Dawidem od onegoż dnia, i na potem. Saul szybko utracił społeczność z Duchem Bożym. Całymi latami żył w duchowym rozdwojeniu i bardzo źle skończył.

Święto Zesłania Ducha Świętego - to dobry czas na osobiste przemyślenia tej kwestii.

13 maja, 2026

Nowy etap

Przypadający na 21 kwietnia 2026 roku Jubileusz 30-lecia Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE to dla mnie mentalny początek nowego etapu w życiu i w służbie. Jestem wdzięczny Bogu za okazaną mi łaskę, że pomimo wielu popełnionych przeze mnie błędów, przez całe trzy dekady pozwalał mi służyć naszej wspólnocie kościelnej i organizować jej działalność. Jako zbór miewaliśmy trudniejsze chwile, zwłaszcza gdy zgromadzaliśmy się we Wrzeszczu i w Oliwie, wszakże Chrystus Pan, jako Głowa Kościoła, na tyle zachował nas w jedności, że pod każdym względem mogliśmy nieprzerwanie kontynuować naszą służbę. W ciągu minionych trzydziestu lat, również w czasach tzw. pandemii, w każdą niedzielę w naszej siedzibie odbywało się nabożeństwo ku chwale i czci naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Zorganizowaliśmy całkiem sporo rozmaitych konferencji, koncertów i spotkań. Mieliśmy trzydzieści osiem uroczystości chrztu wiary, podczas których łącznie ochrzciliśmy sto siedemdziesiąt siedem osób. Nieprzerwanie prowadziliśmy też pracę z dziećmi i młodzieżą. Wszystko dzięki temu, że wspierał nas Duch Święty, za co bardzo dziękuję Bogu.

Myśląc o minionych trzydziestu latach istnienia Zboru, coraz wyraźniej też widzę, że tajemnicą naszego wiernego trwania w nauce apostolskiej, we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach [Dz 2,42], byli otaczający mnie ludzie. Owszem, zdarzały się nam osoby zawodne i chimeryczne, lecz znakomita większość z grona członkowskiego Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE, to chrześcijanie miłujący Boga i Zbór, zarówno w dniach dobrych, jak i w złych. Ich stałość w wierze, wytrwałość w służbie, pracowitość, ofiarność finansowa, cierpliwe znoszenie przeciwności, gotowość do przebaczania i okazywania wzajemnej pomocy, te i inne jeszcze ich cechy, skutecznie stabilizowały działalność naszego Zboru. Bardzo jestem wdzięczny Bogu za moich towarzyszy w wierze i w służbie. Nigdy tego nie zapomnę, jak pod koniec drugiej dekady istnienia Zboru, gdy przechodziłem najtrudniejsze chwile, Bóg w szczególny sposób posłużył się wieloma z nich, zwłaszcza moją żoną i synem, dzięki którym przetrwałem tamte burzliwe miesiące. Takich osób w naszym gronie jest coraz więcej. Mógłbym - podobnie jak apostoł Paweł w końcówce Listu do Rzymian - długo ich wymieniać. 

Niezmiernie jestem też wdzięczny Bogu za miejsce, w którym na stałe już ulokował nasz Zbór. Przez niespełna dwie pierwsze dekady istnienia Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE borykaliśmy się z problemami lokalowymi. Najpierw zbyt mały lokal na Zaspie. Potem zbyt duży, trudny do ogrzania i mało funkcjonalny obiekt we Wrzeszczu. Następnie znowu za małe i trudno dostępne miejsce w Oliwie. Aż Bóg w swojej łasce wskazał nam zespół dworsko-parkowy na Olszynce i - wprawdzie nie bez trudności - wprowadził nas do tej "ziemi obiecanej" dla naszego Zboru. Hektarowa działka. Dwa funkcjonujące już budynki. Przestronny parking. Możliwość odbudowania w celach socjalnych budynku trzeciego, który pozwoli nam lepiej zatroszczyć się o seniorów i znacznie poszerzy zborową ofertę noclegową. Wszystko to jest dziś własnością Zboru. Nie było nam dane korzystać ani z pomocy finansowej Kościoła, ani ze wsparcia macierzystego zboru, ani też z tzw. środków publicznych. Zaczynaliśmy z niczym, a dzięki ofiarności i pracowitości naszych członków oraz wspaniałomyślności różnych darczyńców spoza Zboru, cieszymy się teraz wspaniałą "miejscówką", zaspokajającą nie tylko bieżące potrzeby nas samych, ale pozwalającą też na dalszy rozwój pracy Pańskiej. Bogu niech będą dzięki.

Wkraczając w wiek emerytalny, przywódcy wielu zborów borykają się z problemem znalezienia w służbie stosownych następców. Mnie Bóg okazał i tę łaskę, że przyglądając się braciom z Rady Starszych Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE mogę spać spokojnie. Niektórzy z nich są tu od dziecka, inni zaś przyłączyli się do naszego Zboru już jako dojrzali chrześcijanie. Wszyscy są sprawdzonymi w służbie, odpowiedzialnymi i spolegliwymi pracownikami Pańskimi. Wśród nich jest też mój syn, absolwent Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i Biblijnego Seminarium Teologicznego. Wiele lat temu zrezygnował z dalszej kariery zawodowej w korporacji na rzecz poświęcenia się pracy Pańskiej w naszym Zborze. Od dekady jest duchownym Kościoła Zielonoświątkowego, a od siedmiu lat pełni tu funkcję pastora pomocniczego. Jestem wdzięczny Bogu, że mam sprawdzonego i odpowiedzialnego następcę, otoczonego gronem wspaniałych współpracowników. Śmiało mogę zejść z pierwszej linii, bo naprawdę jest komu mnie zastąpić. 

 Mam nadzieję, że zarówno Starsi Zboru jak i całe grono członkowskie Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE, zaakceptują mój plan przekazania służby. Zamierzam w najbliższej przyszłości zapoczątkować - określone Prawem Wewnętrznym Kościoła Zielonoświątkowego - procedury, zmierzające do tego, by podczas Jesiennego Zebrania Członkowskiego dokonać zmiany na stanowisku pastora naszego Zboru. Przechodząc na emeryturę pragnę nadal być użytecznym w służbie. W miarę moich możliwości i zapotrzebowania zgłaszanego ze strony przywódców Zboru, chcę być gotowy do posługi Słowem Bożym i do każdej innej pracy na rzecz naszej społeczności. Mówiąc trochę żartobliwie, nasz PAN, już po spełnieniu swojego zasadniczego dzieła, został w pewnej chwili wzięty za ogrodnika, więc i ja uznam to za zaszczyt, gdy dane mi będzie pełnić rolę ogrodnika w naszym przykościelnym ogrodzie. Mam też zamiar odwiedzać inne, zwłaszcza mniejsze, zbory na terenie kraju, by wspierać w nich posługę Słowa Bożego, jeżeli oczywiście ich pastorzy będą mnie do tego zapraszać. 

Tak z grubsza widzę nowy etap mojego życia w naśladowaniu Chrystusa Pana. Wszystkich członków i przyjaciół Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE serdecznie proszę o wsparcie w modlitwie.

09 maja, 2026

Rozprawka o wielu dzisiejszych "kościołach"

Czytając w tych dniach Księgę Sędziów, opisującą czasy, gdy każdy robił, co mu się podobało [Sdz 17,6] natrafiłem na dość trafną analogię do tego, co obserwuję w dzisiejszych środowiskach ewangelicznych i charyzmatycznych. Podłoże i okoliczności powstawania wielu nowych wspólnot jako żyw przypomina tamtejsze zachowanie ludzi będących potomkami Jakuba i – bądź co bądź – przynależących do ludu Bożego.

Pierwszym spostrzeżeniem tej analogii stał się opis reakcji na niegodziwe postępowanie, żeby nie powiedzieć przestępstwo. Gdy pewnej matce stało się jasne, że pieniądze uważane przez nią za skradzione, przywłaszczył sobie jej rodzony syn, w jednej chwili zmieniła front i zamiast nagany, udzieliła mu błogosławieństwa. Oddajmy głos Słowu Bożemu. Był pewien mąż z pogórza efraimskiego imieniem Micheasz. Rzekł on do swojej matki: Te tysiąc sto srebrników, które ci ukradziono, a ty przeklęłaś ten postępek, mówiąc to także przede mną, otóż srebrniki te są u mnie, ja je wziąłem, ale ci je zwracam. I rzekła jego matka: Niech będzie mój syn błogosławiony przez Pana! [Sdz 17,1-2].

Niejeden raz widziałem coś podobnego. Najpierw był jasno wyrażany sprzeciw wobec określonych, nagannych postaw i czynów, a potem – gdy się okazywało, że dotyczą one kogoś bliskiego i lubianego – następowała niespodziewana zmiana w podejściu do sprawy. Tak. Nepotyzm i kolesiostwo jak najbardziej ma miejsce także w środowiskach ewangelikalnych. Tak, bracia moi, być nie powinno [Jk 3,10]. Ponieważ u Boga nie ma względu na osobę [Rz 2,11] i On nie jest przekupny, bo nie przyjmuje darów [5Mo 10,17], dlatego też słudzy Boży powinni być zdolni – gdy zachodzi taka potrzeba - do bezstronnego piętnowania grzechu, czy to brat, czy przyjaciel, czy krewny [2Mo 32,27].

I oto w atmosferze tej przedziwnej akceptacji, a nawet zachwytu człowiekiem, którego raczej należało dyscyplinować aniżeli go błogosławić, otóż na podłożu owego przyzwolenia na zło, powstało nowe miejsce kultu. Wtedy rzekła jego matka: Poświęciłam te srebrniki Panu od siebie na rzecz mojego syna, aby zrobiono z tego posąg ryty i lany. Zwrócił więc owe srebrniki swojej matce. Matka jego wzięła z tego dwieście srebrników i dała je odlewaczowi, a ten zrobił z tego posąg ryty i lany, który potem był w domu Micheasza. Tak więc ten mąż, Micheasz, miał dom Boży. Kazał też sporządzić efod kapłański i bożki domowe i powołał jednego ze swoich synów, aby był jego kapłanem [Sdz 17,3-5]. Trefne srebrniki w rękach owej kobiety zasponsorowały - alternatywny dla domu Bożego w Sylo – projekt „rodzinnego domu Bożego”.

Biblia mówi, że to, co było, znowu będzie, a co się stało, znowu się stanie; nie ma nic nowego pod słońcem. Czy jest coś, o czym można by powiedzieć: Oto jest coś nowego? Dawno to już było w czasach, które były przed nami [Kzn 1,9-10]. Nie trzeba być bacznym obserwatorem, by zauważyć do iluż podobnych inauguracji nowych miejsc spotkań dochodzi obecnie. Abstrahując od kwestii płci, gdy ludzie żywiący w sobie ducha niezależności dostaną do dyspozycji też trochę pieniędzy, bardzo łatwo przystępują do tworzenia nowej wspólnoty. I niezależnie od tego, czy będzie to formalnie zarejestrowany zbór, czy jakiś tzw. kościół domowy, tak czy owak, zazwyczaj chodzi o utworzenie czegoś lepszego, bo - własnego autorstwa.

Rzeczony założyciel domu Bożego, Micheasz, nie musiał nikogo pytać o zgodę i robił we własnym sanktuarium, co tylko chciał. Najwidoczniej odczuwał jednak jakiś dyskomfort, że jego projekt nie był zgodny z Prawem Bożym. Potrzebował nadać swojej prywatnej inicjatywie trochę więcej powagi i autorytetu poprzez zwerbowanie kogoś z plemienia Lewiego. Nie musiał nawet specjalnie szukać, a jedynie skorzystać z tego, że po świecie błąkał się jakiś lewita nie mogący znaleźć dla siebie miejsca. Wędrując tak, przyszedł na pogórze efraimskie do domu Micheasza. I rzekł do niego Micheasz: Skąd przybywasz? A ten odpowiedział: Jestem Lewitą z Betlejemu judzkiego, a idę, aby osiedlić się jako obcy przybysz gdziekolwiek się nadarzy. I rzekł do niego Micheasz: Zamieszkaj u mnie i bądź mi ojcem i kapłanem; dam ci za to dziesięć srebrników rocznie, odzienie i żywność. I przymusił Lewitę. Zgodził się tedy Lewita pozostać u tego męża i młodzieniec ten był dlań jak jeden z jego synów. Micheasz powołał tego Lewitę i młodzieniec ten został jego kapłanem, i pozostał w domu Micheasza [Sdz 17,8-12]. Swój znalazł swego. Szybko się polubili, a Micheasz mógł odetchnąć, że jego „dom Boży” wreszcie ma licencjonowanego kapłana.

Współcześni „Micheasze” tworzący swoje prywatne społeczności też nie są w ciemię bici. Wiedzą, że potrzebne im jest jakieś znane nazwisko, ktoś z duchowym autorytetem, kto uwierzytelniłby organizowane przez nich spotkania. Najlepiej, żeby był to człowiek słynący z duchowego obdarowania i z tego, że odniósł jakiś sukces. Byłoby wręcz idealnie, gdyby dał się zaprosić do posługi w ich „kościele” i można by potem pokazywać się z nim na wspólnej fotografii. Jeszcze lepszym sposobem na podbudowanie powagi niezależnej od nikogo społeczności, jest zwerbowanie do niej kogoś powszechnie znanego z niegdysiejszej służby w Kościele. Teraz takich wędrownych „mężów Bożych” jest coraz więcej. Utraciwszy miejsce swojej posługi, są otwarci na każdą propozycję, zwłaszcza, gdy w grę wchodzą też jakieś srebrniki, a przy tym nikt nie pyta o etyczną i moralną przeszłość. Całkiem skutecznym też sposobem na zwiększenie popularności wspólnoty jest możliwość pochwalenia się przynależnością do niej kogoś ze znanych celebrytów. Zawsze też w celu zwiększenia frekwencji na spotkaniach, w odwodach pozostaje oferta szybkiej ścieżki awansu dla osób przyłączających się do założonego „kościoła”. Łatwość dojścia w nim do głosu przyciąga ludzi głodnych akceptacji i poczucia bycia ważnym.

Micheasz był zadowolony: Teraz wiem, że PAN będzie mi szczęścił, kapłanem bowiem został u mnie Lewita! [Sdz 17,13]. Podobnie myślą dzisiejsi, od nikogo niezależni, założyciele prywatnych społeczności. Lecz pewność oparta na upozorowanych cechach Kościoła jest uczuciem zwodniczym. Przywódcy i członkowie okolicznych zborów z czasem może i zaczną uznawać samozwańczych pastorów za partnerów w służbie, lecz Chrystus Pan nie da się w coś takiego wciągnąć. „Kościół”, który powstał na miałkich fundamentach ludzkich ambicji i niezdolności do podporządkowania się duchowej zwierzchności, nie może cieszyć się Bożą przychylnością. Wspólnota zrodzona w atmosferze rozłamu bądź pogardy dla istniejących - mających świadectwo biblijnej, wieloletniej działalności - społeczności chrześcijańskich, po jakimś czasie także mierzyć się będzie z podziałem, a nawet z rozpadem.

Dobrze to obrazują dalsze losy „domu Bożego” Micheasza. Otóż pojawiła się w nim pięcioosobowa grupa ludzi poszukujących miejsca dla siebie i dla swoich ziomków. W trakcie tego rekonesansu, gdy byli obok domu Micheasza, przykuł ich uwagę głos młodego Lewity. Wstąpili do niego i zapytali: Kto cię tutaj sprowadził? Co tu robisz? I co cię tutaj trzyma? Lewita opowiedział, jak postąpił z nim Micheasz, i zakończył: Wynajął on mnie i jestem u niego kapłanem. Skoro tak — powiedzieli przybysze — to zapytaj, prosimy, Boga, czy powiedzie się nam w naszej drodze? Chcielibyśmy to wiedzieć. Kapłan odpowiedział: Idźcie w pokoju. PAN ma waszą drogę przed sobą [Sdz 18,3-6]. Zakontraktowany przez Micheasza kapłan okazał się dla tych pięciu mężczyzn bardzo otwarty i życzliwy. Udzielił im poparcia, a to nie pozostało bez echa. Po jakimś czasie bowiem, gdy już owi zwiadowcy znaleźli dla siebie miejsce, zjawili się z bardzo konkretną, a nawet nieznoszącą sprzeciwu, propozycją.

Krótko mówiąc, przyszli podebrać Micheaszowi jego kapłana wraz z wyposażeniem. Gdy zwiadowcy weszli do domu Micheasza i zabierali bożka, efod oraz terafy wraz z ulanym posągiem, kapłan wykrzyknął: Co wy robicie?!  Milcz! — nakazali. — Połóż rękę na ustach i chodź z nami. Będziesz naszym doradcą i kapłanem. Co wolisz? Być kapłanem dla rodziny jednego człowieka czy być kapłanem dla plemienia i całego rodu w Izraelu? Kapłan się rozchmurzył. Zabrał efod, terafy oraz bożka i dołączył do przybyłych [Sdz 18,18-20]. Tak oto niedawno powołany i uposażony kapłan poszedł do służby w liczniejszym zborze, tym razem Danitów. Mniejsza o to, że samowolnie utworzona przez Micheasza wspólnota została ogołocona i przeżywała rozżalenie. Danici byli na fali ekspansji. Bezprawnie przejęli nowe tereny i właśnie lokowali się w nich na stałe. Zapowiadała się im świetlana przyszłość. I postawili sobie posąg, który sobie sporządził Micheasz, na cały czas, dopóki dom Boży był w Sylo [Sdz 18,31]. Mogłoby się wydawać, że nasz lewita, opuszczając „dom Boży” Micheasza, dobrze trafił. Mógł teraz działać w szerszym towarzystwie innych kapłanów. Co z tego, że był to także nielegalny ośrodek kultu. Przecież nawet wnuk Mojżesza był w tym gronie! Niestety, okazało się, że była to służba tylko do dnia uprowadzenia mieszkańców tej ziemi do niewoli [Sdz 18,30].

Proszę mi wybaczyć, że tym razem “rozprawiałem” się z nielegalnymi, samozwańczymi ośrodkami kultu. Wolałbym być myślami przy domu Bożym w Sylo, chociaż i tam – jak wiemy z Biblii – działy się rzeczy niegodne sług Bożych. Jednakże dom Boży w Sylo miał Bożą rekomendację. Służyli tam powołani przez Boga kapłani i lewici, a prorocy Pańscy mieli go na oku. Gdy coś złego się w nim działo,  było komu reagować i wzywać do opamiętania. Prywatny “dom Boży” Micheasza takiego nadzoru duchowego w ogóle nie posiadał.

Dzisiejsze zbory, powstałe zgodnie z zasadami ewangelii Chrystusowej, też borykają się z rozmaitymi trudnościami. Lecz w każdym normalnym zborze Pańskim jest rada braci Starszych, którzy na co dzień dbają o prawowierność głoszonej w nim nauki, a także troszczą się o zgodne z nauką apostolską praktykowanie pobożności. Gdyby zaś nie udawało się im utrzymać wszystkiego w należytym porządku, to z racji denominacyjnej przynależności lokalnego zboru, mają wsparcie duchowe i nadzór zwierzchnictwa całego Kościoła.

Kończąc dodam, że poszczególne wspólnoty chrześcijańskie łączy w Kościół wspólna doktryna i podobny sposób praktykowania pobożności. Mamy różne Kościoły, bo różnimy się w zrozumieniu Pisma Świętego i różne miewamy wyniki działalności misyjnej. Nowe zbory, powstające w wyniku zdrowego pączkowania istniejących, lokalnych społeczności, bądź w rezultacie ich pracy misyjnej, charakteryzują się tym, że chętnie przynależą do Kościoła i poddają się duchowemu zwierzchnictwu jego przywódców. Czerwona lampka niech pali się nam przy tych wspólnotach, które nad sobą żadnego zwierzchnictwa nie uznają, bądź przynależą do Kościoła pozornie, jedynie ze względu na jakieś korzyści i przywileje.

Wszakże fundament Boży stoi niewzruszony, a ma tę pieczęć na sobie: Zna Pan tych, którzy są jego, i: Niech odstąpi od niesprawiedliwości każdy, kto wzywa imienia Pańskiego [2Tm 2,19].

06 maja, 2026

Posłuchaj głosu swego sumienia

Sumienie. Postępujemy zgodnie z sumieniem albo wbrew sumieniu. Mamy czyste sumienie albo wyrzuty sumienia. Budzimy sumienie albo je zagłuszamy. Czasem sumienie nas gryzie i dręczy... Każdy człowiek został wyposażony w życiową nawigację – zwaną sumieniem. Bo gdy poganie, nie mający Prawa, z natury czynią to, co Prawo nakazuje, to sami — choć Prawa nie mają — stanowią je dla siebie. Dowodzą też, że czyn zgodny z Prawem pochodzi z tego, co mają wypisane w swych sercach. Poświadcza to ich sumienie oraz myśli, które wzajemnie się oskarżają lub biorą w obronę (Rz 2,14-15). Niestety, jak w starszych modelach samochodów fabryczna nawigacja nie działa prawidłowo, bo np. nie rozpoznaje drogi, – tak też z powodu grzechu podobnie stało się z ludzkim sumieniem.

Zasadniczo rzecz biorąc, sumienie to zdolność pozwalająca odpowiednio oceniać własne postępowanie jako zgodne lub niezgodne z przyjętymi normami etycznymi. Sęk w tym, że te normy są w nas kształtowane przez środowisko, kulturę, ideologię, okoliczności i mogą bardzo odbiegać od norm biblijnych. Biblia mówi, że dla czystych wszystko jest czyste, natomiast dla skalanych i niewierzących nic nie jest czyste. Splamione są zarówno ich umysły, jak i sumienia (Tt 1,15). Niektórzy, wciąż przyzwyczajeni, że naprawdę istnieją jakieś bóstwa, spożywają złożone im ofiary i ich sumienie - wciąż słabe - ulega splamieniu (1Ko 8,7), a wskazania złego, splamionego sumienia nie mogą poprowadzić nas drogą życia.

Na szczęście Bóg w swojej niepojętej łasce oferuje nam możliwość duchowego odrodzenia i dar dobrego sumienia. Otrzymujemy go przez wiarę w Jezusa Chrystusa, gdy nawracamy się do Boga i przyjmujemy chrzest. Nie jest on obmyciem brudu ciała, lecz wyrażonym Bogu pragnieniem dobrego sumienia, odwołującym się do zmartwychwstania Jezusa Chrystusa (1Pt 3,21). Narodzeni na nowo z wody i z Ducha możemy zbliżać się do Boga ze szczerym sercem, w pełni wiary, mając serca oczyszczone od złego sumienia i ciało obmyte czystą wodą (Hbr 10,22). Innymi słowy, sam Bóg przez Ducha Świętego nadaje sumieniu chrześcijanina właściwość prawidłowego odczytywania Jego wskazań i stosowania ich w życiu.

Sumienie człowieka żyjącego bez Boga nie jest instrumentem spolegliwym. Posłużmy się ilustracją urządzenia pomiarowego bez homologacji. Przede wszystkim nie można ufać jego wskazaniom. Miałem kiedyś tani manometr. Gdy sprawdzałem ciśnienie w oponie, za każdym razem dawał mi inne wskazania. W końcu kupiłem sobie porządny. Pomiar urządzeniem bez świadectwa homologacji nie daje też podstawy do jakichkolwiek dochodzeń i nawet nie ma sensu go używać. Można powiedzieć, że odrodzony człowiek dostaje od Boga dobre sumienie z duchową homologacją. Świadectwo tej homologacji składa się z trzech powiązanych ze sobą czynników: Norm Słowa Bożego, napełnienia Duchem Świętym i przynależności do lokalnej wspólnoty Kościoła. Sumienie to gr. syneidesis - tłumaczone też jako pomysł, rada, świadomość. Tym właśnie charakteryzuje się działanie dobrego sumienia. W każdych okolicznościach mamy pomysł, radę i właściwy ogląd sprawy. Pismo Święte zapewnia nam sprawdzony, wiarygodny punkt odniesienia. Dzięki Duchowi Świętem możemy wszystko prawidłowo odczytywać. Trwanie we wspólnocie owocuje wyważoną interpretacją otrzymywanych wskazań.

Sumienie jest psychiczną właściwością, o którą trzeba dbać i bardzo uważać, aby nie marnować jego wskazań. Zachowuj wiarę i dobre sumienie. Niektórzy je odrzucili i stali się rozbitkami w wierze (1Tm 1,19). Na czym polega odrzucanie dobrego sumienia? W natchnionym tekście pojawia się gr. apotheomai, czyli po polsku - odepchnąć, odsunąć, odpędzić, odegnać, wzgardzić. Dochodzi do tego, po pierwsze, gdy ktoś nie ma i nie chce mieć dobrego sumienia. Większość osób nie jest zainteresowana posiadaniem dobrego sumienia. Chcą żyć po swojemu. Może i czasem ruszy ich sumienie, jak po słowach Jezusa: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem [Jn 8,7], lecz szybko się z tego otrząsają. Notorycznie odrzucają Bożą ofertę dobrego sumienia. Apostolskie wezwanie do zachowywania dobrego sumienia dotyczy osób, które je otrzymały w darze od Boga, a teraz, gdy się odzywa, tłamszą je i czym prędzej odrzucają. Pozwolę tu sobie na prostą ilustrację. Samochód mojej żony został wyposażony w funkcję „start – stop”. Co z nią robię? Odrzucam ją, wyłączam, zanim dojadę do pierwszych czerwonych świateł. Podobnie niektórzy chrześcijanie zwykli robić z dobrym sumieniem.

Zaczynamy odrzucać dobre sumienie, gdy bagatelizujemy i lekceważymy Słowo Boże. Gdy przestajemy się modlić i zaniedbujemy społeczność z Bogiem. Gdy flirtujemy w myślach z pokusą do grzechu. Gdy zgrzeszyliśmy i od razu z tego nie pokutujemy. Gdy zaniedbujemy więzi rodzinne. Gdy opuszczamy zgromadzenia lokalnego zboru. Tak. Powyższe sytuacje stanowią pierwszy krok do całkowitego zagłuszenia dobrego sumienia. Diabeł chce trzymać nas z dala od Biblii, bo jej nieznajomość pozbawia nas bardzo ważnego czynnika utrzymującego nas na właściwym kursie. Zdawkowa modlitwa robi miejsce dla własnych myśli i emocji, a przebywanie w polu silnego pokuszenia wpływa na sumienie  bardzo wyniszczająco. Przechodzenie do porządku dziennego nad popełnionym grzechem coraz bardziej znieczula naszą wrażliwość na głos sumienia. W końcu dochodzi do tego, że nienawiść, brak przebaczenia czy trwanie w otwartym konflikcie nie powoduje już w nas żadnych wyrzutów sumienia.

Czym kończy się takie powolne zabijanie dobrego sumienia? Niektórzy je odrzucili i stali się rozbitkami w wierze. Jest tu gr. nauageo, co znaczy ulec rozbiciu na morzu, rozbić się. Dokładnie tego samego słowa użył apostoł Paweł, gdy opisując swoje wcześniejsze losy napisał, że trzy razy rozbił się ze mną okręt (2Ko 11,25). Rozbitek, to ktoś, kto przestał dalej płynąć, bo nie ma już na czym. Fale wyrzuciły go na jakąś wyspę i wprawdzie żyje, ale już nie zdąża do obranego wcześniej celu. Leży sobie na plaży, gdy inni wciąż są w drodze. Utknął w pół drogi i – jeżeli nikt go nie poratuje – będzie całymi latami, jak Robinson Crusoe, tkwił w miejscu.

Aby nie stać się takimi rozbitkami, należy zachowywać wiarę i dobre sumienie. Dar dobrego sumienia domaga się używania go w codziennym życiu. Trzeba nam nie tylko słuchać, ale dać posłuch, okazać posłuszeństwo głosowi swego sumienia! Odzywając się, sumienie wspomaga nas na różnych kierunkach dobrego myślenia i postępowania. Pierwszym i najważniejszym z nich jest miłość. A celem tego, co przykazałem, jest miłość płynąca z czystego serca i z dobrego sumienia, i z wiary nieobłudnej (1Tm 1,5). Innym kierunkiem dyktowanym przez dobre sumienie jest stosowanie się do obowiązującego prawa, uchwalanego i nakazywanego nam przez władzę. Stąd należy się jej podporządkowywać, nie tylko ze względu na gniew, ale także ze względu na sumienie (Rz 13,5). Jeszcze innym kierunkiem, w którym prowadzi nas głos sumienia, jest dobre świadectwo życia. W tym wszystkim naszą chlubą było świadectwo naszego sumienia. Potwierdzało nam ono, że w stosunkach z ludźmi, a szczególnie z wami, postępowaliśmy z właściwą Bogu prostotą i szczerością — nie jako po ludzku mądrzy, lecz jako polegający na Jego łasce (2Ko 1,12).

Jak ten posłuch głosowi dobrego sumienia okazujemy na co dzień? Gdy, na przykład, rodzi się w nas niechęć do jakiegoś człowieka, bo nas obgadał, zdenerwował lub skrzywdził, sumienie delikatnie się odzywa i zaczyna nas prowadzić w stronę przebaczenia. Przebaczajcie sobie nawzajem, podobnie jak wam Bóg przebaczył w Chrystusie (Ef 4,32). Dając temu posłuch, oszczędzamy sobie mnóstwa szkodliwych emocji oraz zyskujemy upodobanie u Boga i ludzi. Gdy zaniedbujemy społeczność z Bogiem i udział w życiu zboru – dobre sumienie niepokoi nas i wzywa do duchowej odnowy. Przejmując się tym, szybko powracamy do rozważania Słowa Bożego, modlitwy i regularnego udziału w nabożeństwach i spotkaniach, co podoba się Bogu i ludziom. Gdy ogarnia nas lenistwo i awersja do poleceń rodziców lub przełożonych, dobre sumienie podpowiada nam, abyśmy czym prędzej wzięli się w garść i potraktowali te polecenia jako znak, że jesteśmy komuś przydatni. Iluż ludzi chciałoby poczuć, że są jeszcze potrzebni, a nikt ich już o nic nie prosi. Gdy mąż lub żona milknie w codziennych kontaktach i zaczyna się od nas oddalać, skłonni jesteśmy ze zwykłej przekory robić podobnie. Posłuchajmy wszakże, co w takiej sytuacji mówi nam wewnętrzny głos dobrego sumienia? Gdy damy mu posłuch i przełamiemy impas odzywając się, przytulając, proponując wspólną kawkę itp. – horyzont się przejaśnia i od razu w mieszkaniu robi się jakoś radośniej.

Tak. Przez wiarę w Jezusa Chrystusa, potwierdzoną chrztem wiary, otrzymaliśmy dar dobrego sumienia. W związku z tym usilnie się staram mieć zawsze czyste sumienie wobec Boga oraz wobec ludzi (Dz 24,16) – oświadczył apostoł Paweł. My też korzystajmy z tego daru. Bądźmy posłuszni głosowi swego sumienia! Utrzymujmy swoje sumienie w należytej sprawności poprzez regularny kontakt z Biblią, dbałość o napełnienie Duchem Świętym oraz trwanie we wspólnocie Kościoła.

Posłuchaj głosu swego sumienia - w wersji video

26 kwietnia, 2026

Jezusowi Chrystusowi na chwałę!

Jest w Piśmie Świętym kilka opisów sytuacji, gdy ludzie żyjący w społeczności z Bogiem ustawiali kamienie w celu upamiętnienia ważnych wydarzeń. Tak m.in. uczynił Jozue, gdy Izraelici na stałe osiedlili się w Ziemi Obiecanej. Tak to Jozue zawarł tego dnia przymierze w imieniu ludu i nadał ludowi w Sychem ustawy oraz prawa. Jozue spisał też te słowa w zwoju Prawa Bożego, a następnie wziął głaz, ustawił go pod dębem, w miejscu świętym należącym do PANA, i powiedział do całego ludu: Ten oto kamień będzie nam na świadka, bo słyszał wszystkie słowa PANA, w których przemówił On do nas. Kamień ten będzie też świadczył przeciw wam, jeśli nie dochowacie wierności waszemu Bogu [Joz 24,25-27].

Wzorując się nieco na tym wydarzeniu jako społeczność Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE, ulokowana już na stałe we własnej siedzibie w Gdańsku przy ul. Olszyńskiej 37, na okoliczność Jubileuszu Trzydziestolecia Zboru - zrobiliśmy podobnie. Wzięliśmy ogromny kamień, postawiliśmy go w pobliżu wjazdu na naszą posesję, a na tym kamieniu umieściliśmy tablicę pamiątkową z napisem: Jezusowi Chrystusowi na chwałę! w Trzydziestą Rocznicę Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE. Gdańsk, 21 kwietnia 2026. Dokonaliśmy tego z trzech powodów:

Po pierwsze, ponieważ Biblia mówi: cokolwiek czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Bożą [1Ko 10,31], chcemy również w ten sposób oddać chwałę naszemu Panu, Jezusowi Chrystusowi za to, że powołał naszą społeczność, byśmy byli Jego świadkami w Gdańsku i głosili tu ewangelię. Pragniemy Jezusowi Chrystusowi, jako Głowie Kościoła, oddać chwałę, że przez trzydzieści lat nas prowadził i wspierał, a w ostatnich latach obdarował nas tak przestronnym miejscem do dalszej działalności, dając nam tę nieruchomość na własność. Alleluja! Chwalcie, słudzy PANA, chwalcie imię PANA! [Ps 113,1].

Po drugie, ustawiliśmy ten kamień i zamieściliśmy na nim tę tablicę, aby wszystkich gości Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE oraz turystów informować, komu w tym miejscu oddajemy chwałę i komu naprawdę się ona należy. Przecież mojej chwały nie oddam nikomu [Iz 48,11] - powiedział Bóg. Niech każdy, kto wchodzi na nasz teren od razu wie, że utworzyliśmy to miejsce i dbamy o nie, aby w całości służyło ono chwale Jezusa Chrystusa, naszego umiłowanego Zbawiciela i Pana!

Wreszcie, po trzecie, niech ten wielki kamień, a na nim pamiątkowa tablica, świadczą przeciwko nam, gdyby komuś z nas kiedykolwiek przyszło do głowy, aby chwałę z tego miejsca zatrzymać dla siebie. Jakie to niebezpieczne, przekonał się król Herod, gdy swego czasu przemawiał, a ludzie byli zachwyceni: To głos boga, nie człowieka! — wołali. W tym momencie anioł Pana uderzył Heroda. Nie oddał on bowiem chwały Bogu [Dz 12,22-23]. Niech widok tego kamienia przypomina nam, aby ze wszystkiego, gdy zdarzy się nam usłyszeć coś miłego, czym prędzej chwałę przekierować ku naszemu Panu, Jezusowi Chrystusowi. 

Nie nas, PANIE, nie nas, ale swoje imię otocz chwałą — ze względu na Twoją łaskę, ze względu na Twoją wierność! [Ps 115,1]. Amen.

Uroczystość odsłonięcia tablicy pamiątkowej - 26 kwietnia 2026 - YouTube

11 kwietnia, 2026

Dobry jest tylko Bóg!

Dąb ocalony z wycinki
Jeżeli poza doczesnym życiem w ciele jest jeszcze coś więcej, jeżeli z chwilą fizycznej śmierci ludzka dusza nadal żyje i przechodzi do wieczności, to każdy chciałby, aby ta wieczność była wspaniała. Pismo Święte, które jest jedynym wiarygodnym źródłem wiedzy na ten temat, mówi wszakże wyraźnie, że po odejściu z tego świata, owszem, może być wspaniale, ale też może być strasznie i to na wieki wieków. I odejdą ci ludzie, by ponieść wieczną karę, sprawiedliwi zaś wkroczą w życie wieczne [Mt 25,46]. Dotyczy to wszystkich ludzi bez wyjątku. Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy odebrał zapłatę za to, czego dokonał w ziemskim życiu — dobrego czy złego [2Ko 5,10]. Oto przyjdę wkrótce, a zapłata moja jest ze mną, by oddać każdemu według jego uczynku [Obj 22,12] - obwieścił Jezus Chrystus na ostatniej kartce Biblii.

Ponieważ Słowo Boże w wielu miejscach wskazuje na znaczenie dobrych uczynków w ostatecznym rozliczaniu nas przed Bogiem, można pomyśleć, że do zbawienia wystarczy być dobrym człowiekiem. I rzeczywiście, dość często słyszymy, że ludzie właśnie w swojej dobroci upatrują nadzieję na niebo. Swego czasu pewien dobry człowiek zagadnął Jezusa: Co mam czynić, aby odziedziczyć żywot wieczny? [Mk 10,17]. Znasz przykazania: Masz nie zabijać, nie cudzołożyć, nie kraść, nie poświadczać nieprawdy, nie oszukiwać, szanować ojca i matkę. A on Mu odpowiedział: Nauczycielu, tego wszystkiego przestrzegałem od młodych lat [Mk 10,19-20]. Najwidoczniej spodziewał się, że Jezus pochwali go i zapewni, że to wystarczy mu do zbawienia.

Wtedy Jezus przyjrzał mu się z miłością i powiedział: Jednego ci brak. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj Mnie. On jednak sposępniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Tymczasem Jezus rozejrzał się wokoło i powiedział do swoich uczniów: Jak trudno będzie tym, którzy mają pieniądze, wejść do Królestwa Bożego! [Mk 10,21-23]. O tym, że do zbawienia nie wystarczy być dobrym człowiekiem, dowiedział się od Jezusa podczas nocnej rozmowy także powszechnie szanowany Nikodem. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego [Jn 3,3].

Ludzie, którzy naprawdę zetknęli się z Jezusem Chrystusem, szybko odkrywali, że sami z siebie dobrzy nie są. Szymon Piotr przypadł do kolan Jezusa, mówiąc: Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny [Łk 5,8]. Przekonuję się więc, że nie mieszka we mnie, to jest w moim ciele, dobro. Bo chociaż odczuwam pragnienie dobra, wykonania tego, co dobre — brak. Nie czynię dobra, którego chcę, lecz popełniam zło, którego nie chcę [Rz 7,18-19] - napisał później apostoł Paweł. Gdy ktoś daje się uwieść przekonaniu, że do zbawienia wystarczy być dobrym człowiekiem, to skazuje się na ogromne fiasko, ponieważ w świetle Biblii nikt nie jest dobry, tylko jeden — Bóg [Łk 18,19]. Po prostu, nie ma dobrych ludzi. Jak nie w jednym, to w drugim, zawsze coś mamy za uszami. Bo gdyby ktoś zadośćuczynił całemu Prawu, a potknął się tylko na jednym przykazaniu, i tak byłby winien naruszenia całości [Jk 2,10]. Dobry jest tylko Bóg!

Co zatem potrzebne jest do zbawienia? Jasnej odpowiedzi na to pytanie udziela Pismo Święte Nowego Testamentu. Jeżeli komuś zależy na zbawieniu, niech je czyta z modlitwą, aby Duch Święty objawił mu, co trzeba i go na drogę zbawienia wprowadził.

09 kwietnia, 2026

Ocalony!

W ubiegłym roku zaistniała potrzeba posadzenia na kościelnej działce trzech drzew liściastych o obwodzie pnia co najmniej 16 cm, mierzonych na wysokości 1 m od ziemi. W związku z tym zacząłem rozpytywać się i rozglądać za jakąś możliwością sprostania temu zadaniu. Któregoś dnia, tuż przed świętami Narodzenia Pańskiego, dojeżdżając do siedziby Centrum Chrześcijańskiego NOWE ŻYCIE usłyszałem piłę motorową i zauważyłem koparkę pracującą w pobliskich zaroślach. Od razu błysnęła mi myśl, ażeby przejść się na miejsce rozpoczętej wycinki i z bliska zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że operator koparki otrzymał zlecenie na oczyszczenie działki i usuwa z niej wszystkie samosieje. Szybko wśród nich wyszukałem pasujące do w/w parametrów drzewko i poprosiłem o jego ocalenie. Chociaż ratowanie młodego dębu napotkało na szereg trudności i nieco przesunęło się w czasie, to jednak wczoraj wybrane przez mnie drzewko znalazło się w bezpiecznym, nowym miejscu, w bliskim sąsiedztwie domu modlitwy.

Wyratowanie młodego dębu od zniszczenia w trwającej wycince dobrze ilustruje to, co w sensie duchowym stało się z niejednym z nas. Cała ludzkość z powodu grzechu znalazła się pod przekleństwem. Wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej [Rz 3,23], a zapłatą za grzech jest śmierć [Rz 6, 23]. Bez Boga na świecie, z ciążącym wyrokiem potępienia, byliśmy w beznadziejnym położeniu, a przed nami tylko jakaś straszna perspektywa sądu i żar ognia mający trawić przeciwników [Hbr 10,27]. Lecz na szczęście na ziemi pojawił się On - Syn Boży, Jezus Chrystus. Przyszedł bowiem Syn Człowieczy, aby szukać i zbawić to, co zginęło [Łk 19,10].

Podobnie jak ja spośród wielu dorodniejszych drzewek wybrałem ten niepozorny dąbek, tak Bóg - z tylko Jemu wiadomych powodów - wybrał ciebie i mnie, abyśmy wraz z tym światem nie zostali potępieni. Bo właśnie to, co w oczach świata głupie, Bóg wybrał, aby zawstydzić mądrych. To, co w oczach świata słabe, Bóg wybrał, aby zawstydzić mocnych. To, co w oczach świata uchodzi za niskiego rodu, co wzgardzone — to, co jest niczym, Bóg wybrał, aby unieważnić to, co jest czymś [1Ko 1,27-28]. Biblia mówi, że okazanie miłosierdzia nie zależy od osoby, która tego pragnie, albo która o to zabiega, lecz od Boga, który je okazuje [Rz 9,16]. Nie wy mnie wybraliście, ale ja was wybrałem i przeznaczyłem was, abyście szli i owoc wydawali i aby owoc wasz był trwały [Jn 15,16] - powiedział Jezus od swoich uczniów.

Niech w tych poświątecznych dniach przepełni nas wdzięczność dla Jezusa, który nas ocalił przed nadchodzącym gniewem Bożym [1Ts 1,10]. A jeśli wciąż jeszcze jesteś "drzewkiem" zagubionym w zaroślach świata, to osobiście zwróć się do Boga i w prostych słowach poproś o ocalenie. Jezus powiedział: Wszystko, co Mi daje Ojciec, przyjdzie do Mnie, a tego, który do Mnie przychodzi, z pewnością nie odrzucę [Jn 6,37].

08 kwietnia, 2026

Dwuetapowy powrót do Boga

Ty też obracasz człowieka w proch i mówisz: Wracajcie, synowie ludzcy! [Ps 90,3].

Wszyscy zostaliśmy stworzeni w celu oddawania Bogu chwały i przeznaczeni do życia w społeczności z Bogiem. Niestety, wszyscy jak owce zbłądziliśmy; zboczyliśmy — każdy na własną drogę [Iz 53,6]. Stąd wezwanie do powrotu. Może on odbyć się na dwa sposoby. Albo, widząc swoje oddalenie od Boga, sami zgłosimy się i poprosimy o umożliwienie nam powrotu już teraz za życia, albo zostaniemy sprowadzeni niezależnie od naszej woli, jak postanowiono, że człowiek raz umiera, a potem czeka go sąd [Hbr 9,27]. Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy odebrał zapłatę za to, czego dokonał w ziemskim życiu — dobrego czy złego [2Ko 5,10]. Na użytek tego rozważania porównajmy wszystkich ludzi do Polaków rozsianych poza Ojczyzną, którzy znaleźli się w zagrożonej strefie i są wzywani przez MSZ do niezwłocznego powrotu do kraju. Rząd w takiej sytuacji zapewnia bezpłatną ewakuację, ale też określa jej warunki.

Otóż – po pierwsze – trzeba nam wiedzieć, że powrót do Boga możliwy jest tylko według Bożego planu zbawienia. Sam Bóg wyznaczył drogę i sposób powrotu. Jezus odpowiedział: Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie [Jn 14,6]. Aby powrócić do społeczności z Bogiem, trzeba uwierzyć w Jezusa Chrystusa, oddać Mu swoje serce i wstąpić w Jego ślady. Bóg bowiem tak bardzo ukochał świat, że dał swego Jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg nie posłał swego Syna na świat, aby wydał On na świat wyrok, lecz aby świat został przez Niego zbawiony [Jn 3,16-17]. Jak dostąpić zbawienia, dowiadujemy się z Pisma Świętego Nowego Testamentu.

Po drugie, Biblia wskazuje, że powrót do Boga odbywa się w dwóch etapach. Powróćmy do obrazu Polaków będących w strefie zagrożenia i wzywanych do powrotu. Kilka lat temu, gdy wraz z wycofaniem się Amerykanów talibowie przejmowali kontrolę nad Afganistanem, rząd polski ogłosił ewakuację Polaków z tego kraju. Była to ewakuacja dwuetapowa. Najpierw należało dotrzeć na lotnisko w Uzbekistanie. Dopiero stamtąd ewakuowanych zabierano do Ojczyzny samolotami LOT-u.

Tak właśnie jest z naszym powrotem do Boga. Najpierw – teraz za życia w ciele - trzeba narodzić się na nowo i pojednać z Bogiem przez osobistą wiarę w Jezusa Chrystusa. Trzeba koniecznie znaleźć się we właściwym - wskazanym przez Boga - miejscu ewakuacji. Tym właściwym miejscem jest Chrystus i Jego Kościół! Duch Święty, niczym polscy komandosi w Afganistanie, wyszukuje ludzi przeznaczonych do zbawienia. Wzbudza pragnienie powrotu do Boga. Przekonuje o grzechu, i o sprawiedliwości, i o sądzie [Jn 16,8], i doprowadza do Chrystusa. Wtedy w posłuszeństwie i zaufaniu możemy w społeczności lokalnego zboru Kościoła oczekiwać na swój czas ewakuacji, i na spotkanie z Bogiem. Jezus powiedział: Idę przygotować wam miejsce. A gdy pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem [Jn 14,2-3]. Polega to na tym, że – póki co - Chrystus Pan pojedynczo zabiera nas z tego świata, a któregoś dnia powróci, aby zabrać do Siebie cały Kościół.

I po trzecie, Bóg wzywając: Wracajcie synowie ludzcy – sam wyznacza nam datę powrotu. Pora pierwszego etapu powrotu do Boga została wyznaczona na dzisiaj! Ponownie powróćmy do obrazu Polaków potrzebujących powrotu do kraju. Tym razem do ewakuacji z Iranu. Pamiętamy, jak Premier RP wezwał do natychmiastowego opuszczenia Iranu, bo już za kilkanaście godzin może to być niemożliwe. Należało jak najszybciej zgłosić się do systemu „ODYSEUSZ” i będąc już pod opieką polskich służb czekać na swój transport do Polski. Tak właśnie jest z powrotem do Boga. Teraz, jak najszybciej, trzeba uwierzyć w Jezusa Chrystusa, dać się ochrzcić w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego [Mt 28,19] i znaleźć się na liście zbawionych. Nawróćcie się synowie ludzcy! – wzywa Biblia Gdańska - aby można było powiedzieć: Cieszcie się (…) z tego, że wasze imiona zapisane są w niebie [Łk 10,20].

Koniecznie trzeba to zrobić bez żadnej zwłoki, czytamy bowiem: W czasie przychylności wysłuchałem cię i w dniu zbawienia pomogłem ci. Właśnie teraz jest ten czas przychylności! Teraz jest dzień zbawienia! [2Ko 6,2]. W wyniku pojednania z Bogiem przez wiarę w Jezusa Chrystusa uzyskujemy status ludzi nawróconych od bałwanów do Boga, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu i oczekiwać Syna jego z niebios, którego wzbudził z martwych, Jezusa, który nas ocalił przed nadchodzącym gniewem Bożym [1Ts 1,9-10]. Mając dar życia wiecznego już nie boimy się śmierci, bo Jezus powiedział: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby nawet umarł — żyć będzie [Jn 11,25]. A zatem, pierwszy etap powrotu do Boga mamy zaliczony. Jesteśmy bezpieczni. Możemy cieszyć się życiem tutaj, gdzie jesteśmy, i nie martwić się o jutro.

A co z drugim etapem powrotu do Boga. Otóż ta pora jest nam nieznana! Zarówno w aspekcie indywidualnym, tj. chwili naszej śmierci, jak też zbiorowym, tj. pochwycenia Kościoła, Bóg utrzymuje ten czas w tajemnicy przed nami. Jedno wiemy, że powinniśmy zachowywać czujność, aby w każdej chwili być na to gotowym. Tak właśnie wy czuwajcie. Bo nie wiecie, kiedy przyjdzie pan domu: czy wieczorem, czy o północy, czy gdy zapieje kogut, czy o poranku, aby gdy nagle przyjdzie, nie zaskoczył was we śnie. To, co wam mówię, powtarzam wszystkim: Czuwajcie! [Mk 13,35-37]. Bogu niech będą dzięki, że nie znamy dnia ani godziny naszego odejścia z tego świata. Kto pojednał się z Bogiem i jest w Chrystusie, jest jak Noe przed potopem, po wejściu do arki. Niezależnie od tego, kiedy miało zacząć padać, on był już bezpieczny. Tak i my, pojednani z Bogiem przez wiarę w Jezusa Chrystusa, spokojnie czekamy na tę chwilę naszego powrotu do Boga.

Zatem, mając świadomość, że powrót do Boga odbywa się w dwóch etapach, apeluję do wszystkich, którzy jeszcze nie są zapisani w „niebiańskim systemie Odyseusz”, aby jak najprędzej o to zadbali. W ślad za nauką apostolską wołam: Ratujcie się spośród tego wypaczonego pokolenia! [Dz 2,40]. Zwróćcie się w tej sprawie do Jezusa Chrystusa, bo nie ma w nikim innym zbawienia, gdyż nie dano nam ludziom żadnego innego imienia pod niebem, w którym moglibyśmy być zbawieni [Dz 4,12]. Jako sługa Słowa Bożego nie spałbym spokojnie, gdybym tego nie napisał. Dlatego w miejsce Chrystusa głosimy poselstwo jakby samego Boga, który przez nas kieruje do ludzi wezwanie. W miejsce Chrystusa błagamy: Pojednajcie się z Bogiem [2Ko 5,20].