30 lipca, 2026

Czy zainteresowany weźmie udział?

Kto ma konto na Facebooku ten z łatwością może się domyśleć, co takim tytułem chcę zasygnalizować. Zazwyczaj wiele osób jest zainteresowana zapowiadanym wydarzeniem. Znacznie mniej natomiast bierze w nim udział. Jest pewna ewangeliczna opowieść, od której chciałbym zacząć. A gdy wybierał się w drogę, przybiegł ktoś, upadł przed Nim na kolana i pytał Go: Dobry Nauczycielu! Co mam czynić, aby odziedziczyć życie wieczne? Jezus odpowiedział: Dlaczego nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden — Bóg. Znasz przykazania: Masz nie zabijać, nie cudzołożyć, nie kraść, nie poświadczać nieprawdy, nie oszukiwać, szanować ojca i matkę. A on Mu odpowiedział: Nauczycielu, tego wszystkiego przestrzegałem od młodych lat. Wtedy Jezus przyjrzał mu się z miłością i powiedział: Jednego ci brak. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj Mnie. On jednak sposępniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości (Mk 10,17-22).

Niejeden człowiek jest zainteresowany zbawieniem swej duszy i życiem wiecznym. Przychodzi z tym do Jezusa. Zostaje ochrzczony i przyłącza się do lokalnej wspólnoty Kościoła. Formalnie staje się chrześcijaninem. Przy bliższym kontakcie z Jezusem, którego imię też brzmi: Słowo Boże (Obj 19,3), okazuje się jednak, że nie stać go na pełne podporządkowanie się Chrystusowi Panu. Połowiczność jego oddania się Bogu wcześniej czy później wychodzi na jaw, gdyż Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż jakikolwiek obosieczny miecz. Przenika ono aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne jest osądzić zamysły i zamiary serca. Nie ma też stworzenia zdolnego skryć się przed Jego obliczem. Przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami Tego, przed którym przyjdzie nam zdać sprawę (Hbr 4,13-14). Tak właśnie się stało w wyniku osobistego kontaktu majętnego dostojnika z Panem Jezusem. Nie potrafił odwiązać serca od posiadanych dóbr i pozycji.

Piszę te słowa przejęty głęboką obawą o zbawienie wielu dzisiejszych chrześcijan. Samo ich zainteresowanie zbawieniem nie oznacza, że na pewno wejdą do Królestwa Bożego. W dużym stopniu przyczyniają się do tego źli nauczyciele Słowa Bożego. Natchniona wypowiedź apostolska: Gdyż z łaski jesteście zbawieni, przez wiarę. Nie jest to waszym osiągnięciem, ale darem Boga. Nie stało się to dzięki uczynkom, aby się ktoś nie chlubił (Ef 2,8-9), często i gęsto służy dziś do wypaczania ewangelii Chrystusowej. Przywołując ją, mówi się ludziom, że ich uczynki są nieważne i wystarczy, aby zwrócili się do Jezusa, a od ręki zostaną zbawieni. Faktycznie zaś te słowa wcale nie odsuwają uczynków na dalszy plan. Już w następnym wersecie czytamy, że zostaliśmy stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów. Bóg przygotował je już wcześniej, by były treścią naszego życia (Ef 2,10). Syn Boży zapowiedział, że odda każdemu według uczynków jego (Mt 16,27; Rz 2,6; Obj 22,12). Wszyscy, bez wyjątku, musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy odebrał zapłatę za to, czego dokonał w ziemskim życiu — dobrego czy złego (2Ko 5,10).

Łatwiej by mi było dołączyć do grona piewców hiper łaski Bożej, usypiających ludziom sumienia i ogłaszających powszechne zbawienie niezależne od uczynków, ale tak nie mogę. Dlaczego? Bo Syn Boży powiedział, że nie każdy, kto się do Mnie zwraca: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios. Wejdzie tam tylko ten, kto pełni wolę mojego Ojca, który jest w niebie. W tym Dniu wielu mi powie: Panie, Panie, przecież prorokowaliśmy w Twoim imieniu, w Twoim imieniu wypędzaliśmy demony i w Twoim imieniu dokonaliśmy wielu cudów. Wówczas im oświadczę: Nigdy was nie poznałem. Odejdźcie ode Mnie wy wszyscy, którzy dopuszczacie się bezprawia (Mt 7,21-23). Tak! Dzięki ofierze złożonej przez Jezusa Chrystusa, Bóg – dla tych, co uwierzą w Syna Bożego - z łaski uchyla ciążący na całej ludzkości wyrok wiecznego potępienia i otwiera dostęp do zbawienia. W tym sensie jest ono darem łaski Bożej. Niezasłużenie obdarowani tym dostępem jesteśmy wszakże zobowiązani do opamiętania się i do całkowitej zmiany życia. Objawiła się bowiem łaska Boża, zbawienna dla wszystkich ludzi. Poucza nas ona, abyśmy wyrzekli się bezbożności oraz świeckich żądz i żyli w obecnym wieku rozsądnie, sprawiedliwie i pobożnie (Tt 2,11-12).

Wspomnianego na wstępie bogacza Chrystus Pan zaprosił do grona zbawionych, lecz ten – chociaż był zainteresowany darem życia wiecznego – uznał, że zbyt wiele od niego się żąda. Miłe spotkanie z Jezusem nie zmieniło jego serca. Poszedł swoją drogą. Nie inaczej bywa i dzisiaj. Wielu ludzi – owszem - chciałoby żyć wiecznie. Są zainteresowani Królestwem Bożym, lecz nie wezmą w nim udziału, bo - bez rzeczywistego narodzenia się na nowo - wezwania Słowa Bożego są dla nich zbyt wygórowane. Dawca życia sprawę postawił bardzo jasno: Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się wyrzeknie samego siebie, weźmie swój krzyż i naśladuje Mnie. Kto bowiem pragnie swoją duszę ocalić, utraci ją, a kto utraci swoją duszę ze względu na Mnie i dobrą nowinę, ocali ją (Mk 8,34-35). Gdyby Bóg obdarowywał życiem wiecznym i obsypywał nagrodami w niebie za samo tylko zainteresowanie się Jezusem Chrystusem, to ludzi zbawionych byłoby bardzo wielu. Ponieważ jednak ciasna jest brama oraz wąska droga, która prowadzi do życia (Mt 7,14) - niewielu jest tych, którzy ją znajdują. Wielu bowiem jest zaproszonych, lecz niewielu wybranych (Mt 22,14) - powiedział Pan.

Zwykliśmy na Facebooku okazywać zainteresowanie proponowanymi nam wydarzeniami. Łatwo jest nam kliknąć i komuś sprawić w ten sposób jakąś tam przyjemność. Przeważnie jest wszakże tak, że zainteresowanie nie jest równoznaczne z udziałem. Oby tak nie było z naszym wejściem do Królestwa Bożego.

19 lipca, 2026

Zmienić, lecz nie opuścić!

Po wpisie sprzed paru dni pt. "Nigdy nie bawiłem się w kościół" winienem zainteresowanym Czytelnikom mojego bloga kilka słów wyjaśnienia. Otóż dzieląc się przedwczoraj moimi obserwacjami nasilającej się krytyki wobec zorganizowanych, istniejących od lat wspólnot kościelnych, miałem na uwadze jej szkodliwość dla szczerych, prostolinijnie myślących chrześcijan, przynależących do zboru, w środowisku którego poznali Pana Jezusa. Wpisy pod hasłem: "Przestańcie bawić się w kościół" w oczach takich osób podważają słuszność ich dotychczasowego stosunku do zboru. Autorzy tych wpisów, zestawiając przykłady niedoskonałej działalności zboru z idyllicznymi obrazami idealnej wspólnoty i przeciwstawiając je sobie, mogą wzbudzać wśród członków niezadowolenie z istniejącego stanu rzeczy. Krótko mówiąc, nawet zadowolony ze swojego zboru i budujący się w nim chrześcijanin, natrafiając na takie treści, może zacząć rozpamiętywać poszczególne postawy i czyny braci i sióstr, zwłaszcza przywódców zboru, co wkrótce mu ich odbrązowi, a nawet wzbudzi w nim do nich niechęć.

Wiem, co piszę, bo sam czasem dawałem złapać się na ten haczyk. Wczytywałem się i wsłuchiwałem w twórczość ludzi krytykujących Kościół i jego zbory, dociekałem wielu zakulisowych szczegółów, a potem trudno mi przychodziło praktykowanie szczerej społeczności z takimi zborami i ich przywódcami. Biblia mówi, że wszyscy potykamy się w wielu sprawach (Jk 3,2). Skupianie się na potknięciach braci i sióstr może skończyć się naszym własnym upadkiem. Może też pobudzać w innych osobach myśl o odejściu od zboru, a nikt z nas nie chciałby przecież podpaść pod słowa instrukcji apostolskiej: Z kimś, kto wywołuje rozłamy, po pierwszym i drugim ostrzeżeniu przestań mieć cokolwiek do czynienia (Tt 3,10). Dobrze jest też pamiętać, że sianie niezgody między braćmi (Prz 6,19) jest wymienione wpośród rzeczy, których Pan nienawidzi.

Koronnym argumentem przemawiającym za odejściem od lokalnej wspólnoty Kościoła, którym często posługują się osoby ją opuszczające, jest krzywda, jakiej w swoim zborze te osoby doznały. Jako przyczynę zazwyczaj podają brak miłości i zrozumienia, nieudzielenie im spodziewanej pomocy, wygórowane oczekiwania, odsunięcie od służby, manipulację itd. Poczucie krzywdy urosło w nich do takich rozmiarów, że dłużej już nie chcą przynależeć do zboru. Oczywiste, że nikt w zborze nie ma prawa kogokolwiek krzywdzić. Biblia wyraźnie ostrzega, że jeśli ktoś wyrządza krzywdę, otrzyma odpłatę za krzywdę bez względu na osobę (Kol 3,25). Jednakowoż Słowo Boże, zauważając ten problem, nie daje skrzywdzonemu przyzwolenia do opuszczania zboru. W ogóle, już to przynosi wam ujmę, że się z sobą procesujecie. Czemu raczej krzywdy nie cierpicie? Czemu raczej szkody nie ponosicie? Tymczasem wy sami krzywdzicie i szkodę wyrządzacie, i to braciom (1Ko 6,7-8). Wolą Bożą jest raczej wzajemne odpuszczanie krzywd, aniżeli ich rozpamiętywanie i kierowanie się nimi. W cierpliwości zaznacza się roztropność człowieka, a chlubą jego jest, gdy zapomina o krzywdach (Prz 19,11). Przebaczenie w cudowny sposób naprawia związki międzyludzkie i niejeden zbór uchroniło przed rozłamem.

Chociaż więc doznanie jakiejś krzywdy w zborze automatycznie nie usprawiedliwia porzucenia społeczności, to jednak istnieją przyczyny, dla których zmiana przynależności zborowej może być jak najbardziej zasadna, a nawet wskazana. Z pewnością do takich przyczyn należy przyjęcie przez zbór fałszywej nauki, bądź porzucenie moralnych i etycznych norm ewangelii Chrystusowej. Gdy takie zjawisko ma charakter jednostkowy, a zbór wraz z jego przywódcami reaguje nań prawidłowo, wówczas następuje usunięcie zagrożenia. Zgodnie z nauką apostolską mamy nie przestawać z tym, który się mieni bratem, a jest wszetecznikiem lub chciwcem, lub bałwochwalcą, lub oszczercą, lub pijakiem, lub grabieżcą, żebyście z takim nawet nie jadali. Bo czy to moja rzecz sądzić tych, którzy są poza zborem? Czy to nie wasza rzecz sądzić raczej tych, którzy są w zborze? Tych tedy, którzy są poza nami, Bóg sądzić będzie. Usuńcie tego, który jest zły, spośród siebie (1Ko 5,11-13). Podobnie ma się rzecz z infekowaniem zboru zwodniczą nauką. Kto się za daleko zapędza i nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga. Kto trwa w niej, ten ma i Ojca, i Syna. Jeżeli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie (2Jn 1,9-10).

Gdy więc ktoś zaczyna głosić w zborze jakąś błędną naukę, nie powinniśmy opuszczać zboru, a starać się o wykazanie błędności jego nauczania i neutralizację tej aktywności. Prawdziwy problem pojawia się wówczas, gdy fałszywa doktryna zagości w sercach przywódców zboru i w większości jego członków. Wtedy - po kilku wezwaniach do opamiętania - jeżeli nie odnoszą one żadnego skutku, trzeba pomyśleć o zmianie przynależności zborowej. Podkreślam, o zmianie, a nie opuszczeniu wspólnoty wierzących i dalszym praktykowaniu pobożności w pojedynkę. Jest w Polsce wiele społeczności chrześcijan żyjących w bojaźni Bożej i trzymających się prawowiernej, zdrowej nauki. Trzeba tylko dobrze się rozejrzeć, poprosić Ducha Świętego o prowadzenie, a z pewnością każdy, kto znajdzie się w takiej potrzebie, nie będzie musiał całymi miesiącami pozostawać poza zborem Pańskim.

17 lipca, 2026

Nigdy nie bawiłem się w kościół

W chrześcijańskich kręgach internetowych zagościł ostatnio temat bawienia się w kościół. Ktoś jeden utworzył profil "Przestańcie bawić się w kościół", a ktoś inny, w podobnym duchu, odpowiedział profilem "Przestajemy bawić się w kościół". Czy zatem można z tego wywnioskować, że w polskich środowiskach ewangelikalnych mamy, a może - za sprawą ww. akcji internetowych - już tylko mieliśmy, całkiem pokaźne grono osób w kościół się bawiących?

Z grubsza rzecz biorąc pod hasłem "Przestańcie bawić się w kościół" kryje się negacja instytucji Kościoła. Zła jest zorganizowana działalność lokalnych zborów Kościoła. Podejrzana jest posługa ich pastorów i starszych. Niepotrzebne są budynki kościelne i odbywające się w nich nabożeństwa. Źle się dzieje, gdy w zgromadzeniu jeden naucza, a inni słuchają, albo, gdy uwielbienie Boga w pieśniach i modlitwach prowadzi jakaś służba muzyczna, bo prowadzić je ma Duch Święty. Chrześcijanie powinni zrezygnować z całej tej organizacji. Należy zakładać kościoły domowe. Trzeba zbierać się po domach, przy stole, gdzie każdy ma prawo wypowiedzi i może się czuć tak samo ważny, jak pozostali. Tak właśnie - zdaniem osób "przestających bawić się w kościół" - rzekomo wyglądało praktykowanie pobożności w czasach biblijnych. 

W świetle Biblii powyższe postulaty - chociaż towarzyszy im wiele słów dobrze brzmiących - mocno rozmijają się z prawdą. Spójrzmy prawdzie w oczy. Organizując życie duchowe i społeczne Izraela w Ziemi Obiecanej, Bóg wyznaczył miejsce do zbiorowego oddawania Mu chwały. Trzy razy w roku każdy mężczyzna zjawi się zatem przed obliczem PANA, swojego Boga, na miejscu, które On wybierze (5Mo 16,16). Ba, cały zbór synów Izraela miał wręcz zakaz tworzenia alternatywnych miejsc kultu. Gdy potem zabrakło świątyni, Żydzi zaczęli budować synagogi w celu zgromadzania się w nich lokalnej społeczności wyznawców. Sam Jezus miał zwyczaj, by z takiego miejsca zgromadzeń korzystać. Tak też przyszedł do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu, zgodnie ze swoim zwyczajem, wszedł do synagogi i zgłosił się do czytania (Łk 4,16). Klimat galilejski przez większość roku pozwalał zgromadzać się na świeżym powietrzu, więc Jezus często nauczał ludzi w plenerze. W Jerozolimie widzimy Go nauczającego w świątyni. Ja zawsze uczyłem w synagodze i w świątyni, gdzie się wszyscy Żydzi schodzą, a potajemnie nic nie mówiłem (Jn 18,20).

Z chwilą narodzin Kościoła wcale nie ustało zapotrzebowanie na miejsce wspólnych zgromadzeń. Uczniowie Jezusa po wniebowstąpieniu Pana udali się do sali na piętrze, w której zatrzymali się [...]. Ci wszyscy trwali jednomyślnie w modlitwie wraz z kobietami oraz Marią, matką Jezusa, i Jego braćmi. W tych dniach Piotr wystąpił wśród braci — a było tam zgromadzonych około stu dwudziestu osób... (Dz 1,13-15). A gdy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, byli wszyscy razem zgromadzeni w jednym miejscu (Dz 2,1). Oczywiste, że pierwsi chrześcijanie odwiedzali się wzajemnie i spotykali się w miejscach, gdzie mieszkali, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali pokarm z wielką radością i w prostocie serca. Zauważmy wszakże, że wcale nie mniejszą ich potrzebą było gromadzenie się wszystkich wierzących, skoro codziennie też jednomyślnie gromadzili się w świątyni (Dz 2,46).

Również w dalszych latach Wczesnego Kościoła wyraźnie widać, że poszczególne zbory wyznawców Chrystusa miały ustalone miejsca wspólnych zgromadzeń i były konkretnie zorganizowane. Kierowanie zborem musiało oznaczać coś znacznie większego, niż prowadzenie spotkania domowego, skoro czytamy, że jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży? (1Tm 3,5). To, że nauka apostolska robi różnicę pomiędzy zgromadzeniem całego zboru, a tym, co ma miejsce w domu, można zauważyć np. w pouczeniu dot. Wieczerzy Pańskiej. Wy tedy, gdy się schodzicie w zborze, nie spożywacie w sposób należyty Wieczerzy Pańskiej. [...] Czy nie macie domów, aby jeść i pić? (1Ko 11,20-22). Nie inaczej jest z pewną wskazówką dla kobiet. Albowiem Bóg nie jest Bogiem nieporządku, ale pokoju. Jak we wszystkich zborach świętych. Niech niewiasty na zgromadzeniach milczą [...]. A jeśli chcą się czegoś dowiedzieć niech pytają w domu swoich mężów; bo nie przystoi kobiecie w zborze mówić (1Ko 14,33-35).

Od ponad pięćdziesięciu lat czytam Pismo Święte i staram się okazywać posłuszeństwo Słowu Bożemu w społeczności Kościoła. Przez wszystkie te lata zawsze byłem członkiem któregoś z lokalnych jego zborów. Nawet jeśli stałem na czele któregoś, to żaden z nich oczywiście nie był doskonały. Nigdy wszakże nie bawiłem się w kościół. Wszędzie starałem się odnosić do zboru z najwyższym respektem i oddaniem, mając świadomość, że każdy zbór, jako własność Jezusa Chrystusa, jest pod Jego szczególnym nadzorem. Bywało, że zakładając zbór, najpierw spotykaliśmy się w domu, bo było nas zaledwie kilka osób. Nigdy jednak spotkania domowe nie były przez nas rozumiane jako lepsza, bardziej biblijna forma praktykowania pobożności, jak to chcą nam wmówić dzisiejsi krytycy zorganizowanych nabożeństw. Kto traktuje zbór jako ludzką organizację, źle o nim mówi i odnosi się do niego z pogardą, ten będzie musiał się z tego wytłumaczyć przed samym Panem jako Głową Kościoła. Komu ciąży zorganizowane życie zboru Pańskiego i jeśli się komuś wydaje, że może się upierać przy swoim, niech to robi, ale my takiego zwyczaju nie mamy ani też zbory Boże (1Ko 11,16).

Twórcy i zwolennicy apelu "Przestańcie bawić się w kościół" to ludzie, którzy z różnych powodów wybrali życie poza Kościołem i jego lokalnym zborem. Mają oczywiście swoje argumenty i postulaty. Żaden z nich nie jest w stanie nakłonić mnie do oddzielenia się od lokalnej wspólnoty Kościoła i praktykowania chrześcijaństwa na własną rękę.

06 lipca, 2026

Jak wyrażamy bojaźń Bożą?

Greckie słowo fobos znaczy - strach, trwoga, lęk, bojaźń, ale jest również tłumaczone jako szacunek i cześć dla Boga lub władzy ludzkiej. Zależnie od kontekstu fobeo jest albo przykrym przerażeniem, albo głębokim szacunkiem i poważaniem. Izajasz prorokował o Jezusie Chrystusie, że spocznie na nim Duch Pana; Duch mądrości i rozumu, Duch rady i mocy, Duch poznania i bojaźni Pana. I będzie miał upodobanie w bojaźni Pana (Iz 11,2-3). Bóg zwrócił uwagę na rzymskiego setnika Korneliusza, ponieważ był to człowiek pobożny i bogobojny wraz z całym domem swoim (Dz 10,2). Z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie (Flp 2,12) - wzywa nauka apostolska, a w księdze Przypowieści Salomona czytamy, że szczęśliwy jest człowiek, który stale trwa w bojaźni Bożej (Prz 28,14). 

Bez cienia wątpliwości z Biblii wynika, że Bóg w swoich czcicielach chce widzieć postawę najwyższego respektu względem Niego. Służcie Panu z bojaźnią i weselcie się, z drżeniem złóżcie mu hołd, aby się nie rozgniewał i abyście nie zgubili drogi, bo łatwo płonie gniewem (Ps 2,11-12). Gdyż wielki jest Pan i godzien najwyższej chwały, godniejszy trwożnej czci niż wszyscy bogowie (Ps 96,4). Dlatego też prawdziwi chrześcijanie za przykładem wczesnego Kościoła, który, budując się i żyjąc w bojaźni Pańskiej, cieszył się pokojem po całej Judei, Galilei i Samarii, i wspomagany przez Ducha Świętego, pomnażał się (Dz 9,31), starają się to święte drżenie serca przed Bogiem zachować zarówno w codziennym życiu, jak i w służbie.

Jak praktycznie należy wyrażać bojaźń Bożą? Na szczęście nie musimy się tego domyślać. Wystarczy, że w każdy możliwy dla nas sposób i o każdym czasie będziemy postępować zgodnie z przykładem i wg wskazówek, jakie zostawili nam apostołowie naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Biblia uczy, że miłość do Boga nierozerwalnie splata się z bezgranicznym respektem i szacunkiem dla Niego. Cały nasz sposób bycia; słowa, gesty, postawy, czyny, ubiór itd., mają wyrażać to, jak bardzo liczymy się z naszym Zbawicielem i Panem. Także nasz stosunek do Zboru, jako lokalnej społeczności Kościoła, którego Głową jest Chrystus, odzwierciedla prawdę o poziomie bojaźni Bożej w naszych sercach. Każdy, kto prawdziwie miłuje Pana, miłuje też Jego Ciało, którego cząstką jest lokalny zbór. Podkreślmy również, że bojaźń Pańska nie jest emocją właściwą jedynie dla osób we wstępnej fazie poznania Boga, jako czynnik mobilizujący ich do opamiętania z grzechów. Ma ona stale towarzyszyć każdemu  chrześcijaninowi, który oczyszcza się od wszelkiej zmazy ciała i ducha, dopełniając świątobliwości swojej w bojaźni Bożej (2Ko 7,1).

Wybierając się więc na nabożeństwo lokalnego zboru Kościoła, stając przed Panem, zadbajmy o stosowny ubiór, punktualność i odpowiednie zachowanie. Podobnie jak do Gabinetu Owalnego mężczyźni nie wchodzą w czapce, w krótkich spodenkach, ani rozgadani i zajęci sobą, lecz wchodzi się tam w wyciszeniu i skupieniu uwagi na gospodarzu tego wyjątkowego miejsca, tak tym bardziej chrześcijanie wchodzący do miejsca zgromadzeń Kościoła, wyciszają się i skupiają na jego Głowie, czyli na Chrystusie. Jedną z oznak bojaźni Bożej jest też osobiste zaangażowanie w przebieg zgromadzenia. Śpiewamy więc, gdy zbór śpiewa. Modlimy się w czasie modlitwy. Gdy trwa kazanie Słowa Bożego, uważnie słuchamy, co Duch mówi do zboru. W ten sposób wyrażamy cześć i uwielbienie dla Jezusa Chrystusa, który zaszczyca swoją obecnością każde zgromadzenie uczniów Pańskich, zebranych w Jego imieniu. Gdy zaś kończy się nabożeństwo, gdy powracamy do naszych domów i obowiązków, świadomi tego, że w każdej chwili przed Bogiem jesteśmy jak na dłoni, żyjmy codziennie ulegając jedni drugim w bojaźni Chrystusowej (Ef 5,17-21).

Mam świadomość, że ludzie chcą żyć po swojemu i nie ma bojaźni Bożej przed ich oczami (Rz 3,18). Również w środowiskach kościelnych zauważam, że ludzie przestają się bać Boga. Omamieni błędnym przekonaniem o słuszności akceptowania każdego zachowania i stylu życia, myślą, że też Bóg toleruje wszystkie ich postawy i upodobania. Odpowiedzialność przed Bogiem za upowszechnianie takich poglądów z pewnością poniosą liberalni nauczyciele, którzy coraz wyraźniej jawią się jako zapowiedziani przez Pana fałszywi prorocy, siejący duchową dezorientację i zwodzący lud Boży. Dlatego wzywam: Umiłowani, nie każdemu duchowi wierzcie, lecz badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków wyszło na ten świat (1Jn 4,1). W ślad za apostołem Pawłem - każdego brata i siostrę w Chrystusie proszę: Wzoruj się na zdrowej nauce, którą usłyszałeś ode mnie, żyjąc w wierze i w miłości, która jest w Chrystusie Jezusie; tego, co ci dobrego powierzono, strzeż przez Ducha Świętego, który mieszka w nas (2Tm 1,13-14).

Spocznij na nas Duchu Pana. Duchu mądrości i rozumu. Duchu poznania i bojaźni Bożej...