Parę dni temu powróciłem z Izraela, gdzie cały tydzień spędziłem w rejonie Jeziora Galilejskiego. W wyniku szeregu doznanych tam wrażeń ze zdwojoną siłą powróciła do mnie treść Jezusowego Kazania na Górze. W Galilei bowiem, na łagodnie schodzącym do jeziora zboczu góry, Pan wygłosił szereg mów pomieszczonych w trzech rozdziałach Ewangelii św. Mateusza [5-6] oraz w 6. rozdziale Ewangelii św. Łukasza.
Tak się składa, że w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku nie tak dawno temu omówiliśmy, werset po wersecie, całe Kazanie na Górze. Poświęciliśmy na to trzydzieści wieczorów. Dzięki temu kolejno przyjrzeliśmy się wszystkim podstawowym aspektom nauki Chrystusowej. Zainteresowanych zapraszam do skorzystania z dokonanej przez nas pracy. Wystarczy kliknąć: Wykład Kazania na Górze i cała seria wykładowa znajdzie się w Waszym zasięgu.
Patrząc ze zbocza Góry Błogosławieństw w stronę Jeziora Genezaret rozmyślałem o Jezusie z Nazaretu i zadziwiałem się rangą i oddziaływaniem Jego nauki. Kazanie na Górze zrewolucjonizowało świat. Miliony ludzi na całym świecie uznało to nauczanie Chrystusa Pana za normę swojego życia i postępowania. Wypowiedziane tam słowa Pana wciąż są cytowane i powtarzane na całym świecie. To są słowa niezwykłe. Pochodzą z ust samego Boga!
A Ty? Czy wiesz, czego Pan Jezus nauczał w Kazaniu na Górze?
Aktualne tematy, wydarzenia, zjawiska, święta, rocznice i trendy społeczne z biblijnej perspektywy
27 lutego, 2013
24 lutego, 2013
Napełniajcie się Duchem!
Nasz dwunastodniowy wypad z grupą przyjaciół do Izraela dobiegł
końca. Wczoraj powróciliśmy szczęśliwie do Gdańska i słowa te piszę już siedząc
znowu w zaciszu mojego gabinetu. Pełny różnych wrażeń wracam przede wszystkim
do miejsca, do którego wracaliśmy wszyscy każdego dnia w Izraelu, czyli do Cezarei
nad Morzem Śródziemnym.
Jak wiadomo z Biblii, Cezarea to miejsce, gdzie Duch Święty po raz pierwszy zstąpił na ludzi spoza grona judeochrześcijan. A gdy Piotr jeszcze mówił te słowa, zstąpił Duch Święty na wszystkich słuchających tej mowy. I zdumieli się wierni pochodzenia żydowskiego, którzy z Piotrem przyszli, że i na pogan został wylany dar Ducha Świętego; słyszeli ich bowiem, jak mówili językami i wielbili Boga [Dz 10,44-46].
Napełnienie pogan Duchem Świętym całkowicie zmieniało ich duchową pozycję. Niektórym Żydom, którzy mieli trudności z uznaniem tego faktu, Piotr wyjaśniał: A gdy zacząłem mówić, zstąpił na nich Duch Święty, jak i na nas na początku. I przypomniałem sobie słowo Pana, gdy powiedział: Jan chrzcił wodą, ale wy będziecie ochrzczeni Duchem Świętym. Jeżeli więc Bóg dał im ten sam dar, co i nam, którzy uwierzyliśmy w Pana Jezusa Chrystusa, to jakże ja mogłem przeszkodzić Bogu? A gdy to usłyszeli, uspokoili się i wielbili Boga, mówiąc: Tak więc i poganom dał Bóg upamiętanie ku żywotowi [Dz 11,15-18].
Związek Cezarei z zstąpieniem Ducha Świętego na pogan ma swoją symbolikę w odniesieniu do naszego pobytu w Izraelu. Zmęczeni, pełni różnych wrażeń, głodni, czy najedzeni, z poczuciem niedosytu, czy bardzo usatysfakcjonowani, szczęśliwi, czy niezadowoleni, z bliska, czy z bardzo daleka – codziennie wracaliśmy do naszej bazy. W Cezarei wypoczywaliśmy, odzyskiwaliśmy siły i nakreślaliśmy nowe plany. Dzięki temu rano mogliśmy znowu ruszać do nowych miejsc i przeżyć.
Ludzie mają różne swoje sposoby na relaks, odreagowywania stresu i nabieranie chęci do dalszego działania. Chrześcijanom Słowo Boże udziela następującej wskazówki: Nie upijajcie się też winem, bo przy tym łatwo o nieprzyzwoitość, ale dbajcie o to, aby Duch mógł was stale napełniać [Ef 5,18].
Swego czasu Jezus tak bardzo zasmucił się marnymi skutkami swej służby w Chorazynie, Betsaidzie i Kafarnaum, że wypowiedział nad tymi miastami sławetne „Biada tobie…” Wszakże zaraz potem został napełniony Duchem. W owej godzinie rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: Wysławiam cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom; zaprawdę, Ojcze, bo tak się tobie upodobało [Łk 10,21].
Nie inaczej było, gdy pierwsi chrześcijanie znaleźli się w ogniu prześladowań. Zatrwożeni narastającym zagrożeniem padli na kolana przed Bogiem i szybko zostali przeniesieni do ich „Cezarei”, czyli miejsca odzyskania sił poprzez napełnienie Duchem: A gdy skończyli modlitwę, zatrzęsło się miejsce, na którym byli zebrani, i napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym, i głosili z odwagą Słowo Boże [Dz 4,31].
Jakże przetrwalibyśmy dwanaście dni w Izraelu, gdybyśmy nie mieli swojej bazy w Cezarei? Żaden chrześcijanin nie przetrwa też w wierze na tym świecie, jeżeli wciąż na nowo nie będzie napełniany Duchem Świętym.
Jak wiadomo z Biblii, Cezarea to miejsce, gdzie Duch Święty po raz pierwszy zstąpił na ludzi spoza grona judeochrześcijan. A gdy Piotr jeszcze mówił te słowa, zstąpił Duch Święty na wszystkich słuchających tej mowy. I zdumieli się wierni pochodzenia żydowskiego, którzy z Piotrem przyszli, że i na pogan został wylany dar Ducha Świętego; słyszeli ich bowiem, jak mówili językami i wielbili Boga [Dz 10,44-46].
Napełnienie pogan Duchem Świętym całkowicie zmieniało ich duchową pozycję. Niektórym Żydom, którzy mieli trudności z uznaniem tego faktu, Piotr wyjaśniał: A gdy zacząłem mówić, zstąpił na nich Duch Święty, jak i na nas na początku. I przypomniałem sobie słowo Pana, gdy powiedział: Jan chrzcił wodą, ale wy będziecie ochrzczeni Duchem Świętym. Jeżeli więc Bóg dał im ten sam dar, co i nam, którzy uwierzyliśmy w Pana Jezusa Chrystusa, to jakże ja mogłem przeszkodzić Bogu? A gdy to usłyszeli, uspokoili się i wielbili Boga, mówiąc: Tak więc i poganom dał Bóg upamiętanie ku żywotowi [Dz 11,15-18].
Związek Cezarei z zstąpieniem Ducha Świętego na pogan ma swoją symbolikę w odniesieniu do naszego pobytu w Izraelu. Zmęczeni, pełni różnych wrażeń, głodni, czy najedzeni, z poczuciem niedosytu, czy bardzo usatysfakcjonowani, szczęśliwi, czy niezadowoleni, z bliska, czy z bardzo daleka – codziennie wracaliśmy do naszej bazy. W Cezarei wypoczywaliśmy, odzyskiwaliśmy siły i nakreślaliśmy nowe plany. Dzięki temu rano mogliśmy znowu ruszać do nowych miejsc i przeżyć.
Ludzie mają różne swoje sposoby na relaks, odreagowywania stresu i nabieranie chęci do dalszego działania. Chrześcijanom Słowo Boże udziela następującej wskazówki: Nie upijajcie się też winem, bo przy tym łatwo o nieprzyzwoitość, ale dbajcie o to, aby Duch mógł was stale napełniać [Ef 5,18].
Swego czasu Jezus tak bardzo zasmucił się marnymi skutkami swej służby w Chorazynie, Betsaidzie i Kafarnaum, że wypowiedział nad tymi miastami sławetne „Biada tobie…” Wszakże zaraz potem został napełniony Duchem. W owej godzinie rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: Wysławiam cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom; zaprawdę, Ojcze, bo tak się tobie upodobało [Łk 10,21].
Nie inaczej było, gdy pierwsi chrześcijanie znaleźli się w ogniu prześladowań. Zatrwożeni narastającym zagrożeniem padli na kolana przed Bogiem i szybko zostali przeniesieni do ich „Cezarei”, czyli miejsca odzyskania sił poprzez napełnienie Duchem: A gdy skończyli modlitwę, zatrzęsło się miejsce, na którym byli zebrani, i napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym, i głosili z odwagą Słowo Boże [Dz 4,31].
Jakże przetrwalibyśmy dwanaście dni w Izraelu, gdybyśmy nie mieli swojej bazy w Cezarei? Żaden chrześcijanin nie przetrwa też w wierze na tym świecie, jeżeli wciąż na nowo nie będzie napełniany Duchem Świętym.
21 lutego, 2013
Jezusa, czy chleba?
Na koniec naszego pobytu w Izraelu powróciliśmy do Galilei. Wykorzystując
piękną pogodę pojechaliśmy do Tyberiady, aby spędzić ten dzień nad Jeziorem
Galilejskim. Wynajęliśmy też dużą łódź i popływaliśmy trochę po jeziorze, aby
nasze doznania wzbogacić i o takie doświadczenie.
Gdy wypłynęliśmy z Tyberiady, przyszedł mi na myśl następujący fragment ewangelii: Nazajutrz lud, który pozostał na drugim brzegu morza, zauważył, że tam nie było innej łódki prócz tej jednej, w którą wstąpili uczniowie Jezusa, i że Jezus nie wszedł z uczniami swoimi do tej łodzi, ale że sami uczniowie jego odpłynęli. Tymczasem nadeszły inne łódki od Tyberiady w pobliże tego miejsca, gdzie jedli chleb, nad którym Pan wypowiedział dziękczynienie. Gdy więc lud zauważył, że tam nie ma Jezusa ani jego uczniów, wsiedli i oni do łódek i przeprawili się do Kafarnaum, szukając Jezusa [Jn 6,22-24].
Ludzie szukali Jezusa. Wypatrywali Jego łodzi, płynęli za Nim, dopytywali się, czy nie popłynął z uczniami. Tropili każdy Jego ruch. Byłoby to bardzo budujące i godne naśladowania, gdyby powodowali się oni miłością do Jezusa i pragnieniem bycia z Nim samym.
Płynąc dziś łodzią od Tyberiady zacząłem myśleć o powodach, dlaczego jestem tu w Izraelu? Dlaczego grupę wspaniałych i kochanych przeze mnie ludzi ciągam śladami Jezusa? Czy przypadkiem nie dlatego tylko, żeby zaspokoić zwykłą ciekawość, jak tu jest? Czy ta wyprawa nie jest podyktowana próżnością mojej duszy, domagającej się po prostu „zaliczenia” pobytu w Ziemi Świętej zorganizowanego na tzw. 'własną rękę'? Czy chodzi tu o Jezusa, czy o mnie?
Do tamtych ludzi Jezus powiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, szukacie mnie nie dlatego, że widzieliście cuda, ale dlatego, że jedliście chleb i nasyciliście się. Zabiegajcie nie o pokarm, który ginie, ale o pokarm, który trwa, o pokarm żywota wiecznego, który wam da Syn Człowieczy: na nim bowiem położył Bóg Ojciec pieczęć swoją [Jn 6,26-27].
Co Pan Jezus powiedziałby dziś do mnie, gdy widzi mnie, jak wypatruję z łodzi przeciwległych brzegów Jeziora Galilejskiego? On dobrze wie, dlaczego to robię i po co tu jestem. On zna prawdziwe powody mojego sięgania po Biblię, modlitwy, uczestnictwa w zgromadzeniach wspólnoty chrześcijańskiej i okazywania miłości bliźniemu.
Badaj mnie, Boże, i poznaj serce moje. Doświadcz mnie i poznaj myśli moje! I zobacz, czy nie kroczę drogą zagłady, a prowadź mnie drogą odwieczną! [Ps 139, 23-24].
Gdy wypłynęliśmy z Tyberiady, przyszedł mi na myśl następujący fragment ewangelii: Nazajutrz lud, który pozostał na drugim brzegu morza, zauważył, że tam nie było innej łódki prócz tej jednej, w którą wstąpili uczniowie Jezusa, i że Jezus nie wszedł z uczniami swoimi do tej łodzi, ale że sami uczniowie jego odpłynęli. Tymczasem nadeszły inne łódki od Tyberiady w pobliże tego miejsca, gdzie jedli chleb, nad którym Pan wypowiedział dziękczynienie. Gdy więc lud zauważył, że tam nie ma Jezusa ani jego uczniów, wsiedli i oni do łódek i przeprawili się do Kafarnaum, szukając Jezusa [Jn 6,22-24].
Ludzie szukali Jezusa. Wypatrywali Jego łodzi, płynęli za Nim, dopytywali się, czy nie popłynął z uczniami. Tropili każdy Jego ruch. Byłoby to bardzo budujące i godne naśladowania, gdyby powodowali się oni miłością do Jezusa i pragnieniem bycia z Nim samym.
Płynąc dziś łodzią od Tyberiady zacząłem myśleć o powodach, dlaczego jestem tu w Izraelu? Dlaczego grupę wspaniałych i kochanych przeze mnie ludzi ciągam śladami Jezusa? Czy przypadkiem nie dlatego tylko, żeby zaspokoić zwykłą ciekawość, jak tu jest? Czy ta wyprawa nie jest podyktowana próżnością mojej duszy, domagającej się po prostu „zaliczenia” pobytu w Ziemi Świętej zorganizowanego na tzw. 'własną rękę'? Czy chodzi tu o Jezusa, czy o mnie?
Do tamtych ludzi Jezus powiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, szukacie mnie nie dlatego, że widzieliście cuda, ale dlatego, że jedliście chleb i nasyciliście się. Zabiegajcie nie o pokarm, który ginie, ale o pokarm, który trwa, o pokarm żywota wiecznego, który wam da Syn Człowieczy: na nim bowiem położył Bóg Ojciec pieczęć swoją [Jn 6,26-27].
Co Pan Jezus powiedziałby dziś do mnie, gdy widzi mnie, jak wypatruję z łodzi przeciwległych brzegów Jeziora Galilejskiego? On dobrze wie, dlaczego to robię i po co tu jestem. On zna prawdziwe powody mojego sięgania po Biblię, modlitwy, uczestnictwa w zgromadzeniach wspólnoty chrześcijańskiej i okazywania miłości bliźniemu.
Badaj mnie, Boże, i poznaj serce moje. Doświadcz mnie i poznaj myśli moje! I zobacz, czy nie kroczę drogą zagłady, a prowadź mnie drogą odwieczną! [Ps 139, 23-24].
20 lutego, 2013
Duch łatwego zarobku
Ponowny pobyt w Jerozolimie i konieczność przejścia w
poprzek Starego Miasta zostawia we mnie niemiły
obraz wąskich, dusznych uliczek owładniętych duchem handlu. Niemal na każdym
metrze, w każdym zaułku ktoś chce na tobie jakoś zarobić. Okropne.
Z tego powodu powraca do mej wyobraźni ewangeliczna scena,
gdy swego czasu Pan Jezus przyszedł do Jerozolimy. A gdy się zbliżała Pascha
żydowska, udał się Jezus do Jerozolimy. I zastał w świątyni sprzedających woły
i owce, i gołębie, i siedzących wekslarzy. I skręciwszy bicz z powrózków,
wypędził ich wszystkich ze świątyni wraz z owcami i wołami; wekslarzom rozsypał
pieniądze i stoły powywracał, a do sprzedawców gołębi rzekł: Zabierzcie to
stąd, z domu Ojca mego nie czyńcie targowiska [Jn 2,13-16].
Przeciskając się uliczkami Jerozolimy miałem ochotę zrobić
podobnie. Pokonując kawał drogi z Galilei, Pan Jezus oczekiwał tu podniosłej atmosfery
modlitwy i rozważania Słowa Bożego. Chciał zobaczyć ludzi skupionych na
sprawach duchowych. Tymczasem trafił w sam środek targowiska. Czy je na zawsze
rozpędził? Z ewangelii wynika, że był zmuszony ponownie tak zrobić również na koniec swej publicznej
działalności.
W dzisiejszej Starej Jerozolimie znowu wszystko wydaje się
być za pieniądze. Każde pytanie, każda informacja wciąż okazuje się wzbudzać tu
finansowe oczekiwania. Żądania chłopaka zapytanego przez nas o drogę przypomniały mi Judasza, który dowiedziawszy
się, że arcykapłani zaś i faryzeusze wydali rozkaz każdy, kto się dowie o nim,
gdzie przebywa, doniósł, ażeby go mogli pojmać [Jn 11,57], chciał zrobić na tym szybki interes. Zgłosił się do nich i umówił
się z arcykapłanami i dowódcami straży co do sposobu, jak im go wydać. I ucieszyli się, i ułożyli się z nim, że mu
dadzą pieniądze. A on zgodził się i szukał sposobu, jak by go wydać z dala od
ludu [Łk 22,4-6].
Biblia mówiąc o tej postawie Judasza stwierdza, że wstąpił w
niego szatan [Łk 22,3]. Przeliczanie wszystkiego na pieniądze i szukanie na
każdym kroku jakiegoś zarobku jest niewątpliwą oznaką obecności ducha
diabelskiego w sercu człowieka. Chrońmy przed nim nasze kręgi zborowe i
dawajmy mu mocny odpór!
19 lutego, 2013
Odnaleziony wątek
W czasie dzisiejszej obecności w Ogrodzie Grobu Pańskiego w Jerozolimie nie miałem za bardzo okazji do spokojnej zadumy. Z jednej strony miał na to wpływ spory tłok, bo z dziesięć grup wycieczkowych naraz przyszło do ogrodu. Z drugiej strony nie poszedłem tam dziś sam. Gdy jest się w grupie dziesięciorga przyjaciół to pewne sprawy - owszem - przeżywa się lepiej i pełniej, ale trudniej jest znaleźć czas na osobistą zadumę.
Dlatego dziś powróciła do mnie refleksja sprzed czterech lat, gdy w Ogrodzie Grobu Pańskiego byłem sam:
Zdarzyło się nam wypuścić niechcący końcówkę przewodu i zgubić go w plątaninie zwojów albo zdekoncentrować się na moment w rozmowie i stracić wątek wypowiedzi? Czasem przytrafia się nam też coś dużo poważniejszego. Tracimy życiową orientację. Gubimy drogę. Ogarnia nas rozczarowanie.
Spędziłem dziś dwie godziny w Ogrodzie Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Rozmyślałem o różnych sprawach, ale najbardziej przychodziła mi na myśl Maria Magdalena. Wiele lat przede mną właśnie ona stała tu, gdzie dziś ja stałem, to znaczy w pobliżu pustego grobu Pańskiego. Wczesnym rankiem przyszła z innymi niewiastami, aby namaścić pośpiesznie pogrzebane przed sabatem ciało Jezusa. Po odkryciu, że grób jest pusty, kobiety natychmiast powiadomiły o tym uczniów Pańskich. Zrobiło się niezłe zamieszanie. Do grobu przybiegli Jan i Piotr. W końcu jednak wszyscy odeszli i tylko ona pozostała w ogrodzie. Ale Maria stała zewnątrz grobu i płakała [Jn 20,11].
Parę lat wcześniej siedem demonów na co dzień targało jej duszą. Niczego nie potrafiła zbudować, w niczym okazać wierności, na niczym dłużej się skoncentrować. Była życiowo zupełnie pogubioną osobą. Tak było do chwili spotkania z Jezusem. Syn Boży uwolnił ją od demonów i życie nabrało sensu. Zrozumiała swoją przeszłość. Wiedziała, co teraz chce w życiu robić. Tydzień po tygodniu konsekwentnie w tym trwała, przyłączając się do Jezusa i Jego uczniów. Aż przyszedł ten ostatni, tragiczny tydzień. Zdrada Judasza, brutalny proces, niesprawiedliwy wyrok, śmierć poza murem miasta, na pobliskim wzgórzu i ten grób. Ledwo jej życie zaczęło dobrze się rozwijać, a już miałoby znowu się poplątać?
Wszystko zależało od tego, co stało się z Jezusem. Przerażała ją myśl, że mogłaby Go już nigdy nie zobaczyć. Jeżeli miałoby nie być Pana, to i dla niej wszystko się urywało i traciło sens. Coś mi się zdaje, że rozumiem, jakie uczucia wypełniały jej serce i co chodziło jej po głowie. Stała zewnątrz grobu i płakała. Żaden człowiek, ba, żaden anioł nie mógł rozwiać rozterki jej duszy...
Czy pamiętamy uczucie ulgi, gdy po czasie dezorientacji i błądzenia na nowo odnaleźliśmy właściwą drogę? Albo gdy w trakcie rozmowy z ważną osobą, po rozpaczliwym „skanowaniu” pamięci przypomnieliśmy sobie, o czym to przed chwilą mówiliśmy? Znamy tę radość z odnalezienia zgubionego wątku?
W Ogrodzie Grobu Pańskiego, po paru dniach smutku i rozterki, Maria Magdalena przeżyła jedną z najpiękniejszych chwil swego życia. Mario – usłyszała za sobą. Rabbuni! – wyrwało się z jej ust. W jednej chwili zaświeciło słońce! Znowu była na właściwej drodze. Znowu wiedziała, co ma mówić i jak ma dalej żyć!
Poznanie woli Bożej, codzienne naśladowanie Pana, stałe kierownictwo Ducha Świętego – to wielki przywilej prawdziwych uczniów Jezusa. Służcie Panu z bojaźnią i weselcie się, z drżeniem złóżcie mu hołd, aby się nie rozgniewał i abyście nie zgubili drogi [Ps 2,11–12].
Utrata społeczności z Bogiem, zgubienie drogi – to prawdziwy dramat duchowy! Gdyby coś takiego się nam przytrafiło, to nie róbmy dobrej miny, brnąc dalej w niepewności. Raczej, jak Maria Magdalena, zatrzymajmy się i zapłaczmy. Pan to zobaczy i na pewno do nas przyjdzie…
Dlatego dziś powróciła do mnie refleksja sprzed czterech lat, gdy w Ogrodzie Grobu Pańskiego byłem sam:
Zdarzyło się nam wypuścić niechcący końcówkę przewodu i zgubić go w plątaninie zwojów albo zdekoncentrować się na moment w rozmowie i stracić wątek wypowiedzi? Czasem przytrafia się nam też coś dużo poważniejszego. Tracimy życiową orientację. Gubimy drogę. Ogarnia nas rozczarowanie.
Spędziłem dziś dwie godziny w Ogrodzie Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Rozmyślałem o różnych sprawach, ale najbardziej przychodziła mi na myśl Maria Magdalena. Wiele lat przede mną właśnie ona stała tu, gdzie dziś ja stałem, to znaczy w pobliżu pustego grobu Pańskiego. Wczesnym rankiem przyszła z innymi niewiastami, aby namaścić pośpiesznie pogrzebane przed sabatem ciało Jezusa. Po odkryciu, że grób jest pusty, kobiety natychmiast powiadomiły o tym uczniów Pańskich. Zrobiło się niezłe zamieszanie. Do grobu przybiegli Jan i Piotr. W końcu jednak wszyscy odeszli i tylko ona pozostała w ogrodzie. Ale Maria stała zewnątrz grobu i płakała [Jn 20,11].
Parę lat wcześniej siedem demonów na co dzień targało jej duszą. Niczego nie potrafiła zbudować, w niczym okazać wierności, na niczym dłużej się skoncentrować. Była życiowo zupełnie pogubioną osobą. Tak było do chwili spotkania z Jezusem. Syn Boży uwolnił ją od demonów i życie nabrało sensu. Zrozumiała swoją przeszłość. Wiedziała, co teraz chce w życiu robić. Tydzień po tygodniu konsekwentnie w tym trwała, przyłączając się do Jezusa i Jego uczniów. Aż przyszedł ten ostatni, tragiczny tydzień. Zdrada Judasza, brutalny proces, niesprawiedliwy wyrok, śmierć poza murem miasta, na pobliskim wzgórzu i ten grób. Ledwo jej życie zaczęło dobrze się rozwijać, a już miałoby znowu się poplątać?
Wszystko zależało od tego, co stało się z Jezusem. Przerażała ją myśl, że mogłaby Go już nigdy nie zobaczyć. Jeżeli miałoby nie być Pana, to i dla niej wszystko się urywało i traciło sens. Coś mi się zdaje, że rozumiem, jakie uczucia wypełniały jej serce i co chodziło jej po głowie. Stała zewnątrz grobu i płakała. Żaden człowiek, ba, żaden anioł nie mógł rozwiać rozterki jej duszy...
Czy pamiętamy uczucie ulgi, gdy po czasie dezorientacji i błądzenia na nowo odnaleźliśmy właściwą drogę? Albo gdy w trakcie rozmowy z ważną osobą, po rozpaczliwym „skanowaniu” pamięci przypomnieliśmy sobie, o czym to przed chwilą mówiliśmy? Znamy tę radość z odnalezienia zgubionego wątku?
W Ogrodzie Grobu Pańskiego, po paru dniach smutku i rozterki, Maria Magdalena przeżyła jedną z najpiękniejszych chwil swego życia. Mario – usłyszała za sobą. Rabbuni! – wyrwało się z jej ust. W jednej chwili zaświeciło słońce! Znowu była na właściwej drodze. Znowu wiedziała, co ma mówić i jak ma dalej żyć!
Poznanie woli Bożej, codzienne naśladowanie Pana, stałe kierownictwo Ducha Świętego – to wielki przywilej prawdziwych uczniów Jezusa. Służcie Panu z bojaźnią i weselcie się, z drżeniem złóżcie mu hołd, aby się nie rozgniewał i abyście nie zgubili drogi [Ps 2,11–12].
Utrata społeczności z Bogiem, zgubienie drogi – to prawdziwy dramat duchowy! Gdyby coś takiego się nam przytrafiło, to nie róbmy dobrej miny, brnąc dalej w niepewności. Raczej, jak Maria Magdalena, zatrzymajmy się i zapłaczmy. Pan to zobaczy i na pewno do nas przyjdzie…
17 lutego, 2013
Pierwszy wyjazd do Jerozolimy
Moją poranną lekturą Pisma Świętego był dziś Psalm 48. Ktoś
mógłby nazwać to zbiegiem okoliczności, ale dla mnie ten fragment Słowa Bożego
okazał się bardzo wymowny i poruszający, bowiem właśnie na dziś mieliśmy
zaplanowany pierwszy wyjazd do Jerozolimy.
Cośmy usłyszeli, tośmy zobaczyli w mieście Pana Zastępów, w mieście Boga naszego; Bóg je utwierdzi na wieki […]. Okrążcie Syjon i obejdźcie go, policzcie jego wieżyce! Zwróćcie uwagę na jego wały, przejdźcie się po pałacach jego, abyście mogli opowiadać to przyszłemu pokoleniu [Ps 48,9.13-14].
Po wspólnym odczytaniu Psalmu 48 i modlitwie w naszej kwaterze w Cezarei, pojechaliśmy więc dziś do Jerozolimy. Dystans 115 km przy dobrej sieci ekspresowych dróg w Izraelu swobodnie można przejechać w 1,5 godziny. Po znalezieniu parkingu w dogodnym miejscu udaliśmy się najpierw na Górę Oliwną. Nasz Pan właśnie od strony tej góry wjechał do Jerozolimy na początku Wielkiego Tygodnia. Spoglądając z jej zbocza zapłakał nad złym stanem wiary mieszkańców miasta i zapowiedział jego zburzenie. My również patrzyliśmy z Góry Oliwnej na Jerozolimę i rozważaliśmy niektóre wypowiedzi Pana z tym miejscem związane.
Potem doliną Cedronu, mijając grób Absaloma, obeszliśmy część Starego Miasta i przez sadzawkę Siloe ruszyliśmy Tunelem Hiskiasza w górę, aby dojść do Wzgórza Świątynnego. Tunel ten został wydrążony w VIII wieku przed Chrystusem w celu doprowadzenia wody do wnętrza miasta. Tunel ma długość 534 metrów. Połączył on źródło Gichon z sadzawką Siloe i przebiega na głębokości od kilkudziesięciu centymetrów do ponad czterech metrów pod powierzchnią ziemi.
Przejście tunelem Hiskiasza zrobiło na nas naprawdę spore wrażenie. Kończy się on w pobliżu Muru Płaczu, więc weszliśmy tam, aby następnie uliczkami starej Jerozolimy dojść do sadzawki Betezda zlokalizowanej w pobliżu Bramy Szczepana, czy Bramy Lwiej, jeśli ktoś tak woli ją nazywać. Prosto stamtąd udaliśmy się jeszcze do Ogrodu Getsemane i zmęczeni wróciliśmy do samochodów.
Piękno Syjonu miało brać się z bliskiej więzi jego mieszkańców z Bogiem. Świętość zachwyca, jeśli jest prawdziwa, jeżeli nie ma dwojakiego oblicza. Dzisiejsza Jerozolima pięknie wygląda jednak tylko z daleka. Jak życie niejednego chrześcijanina, gdy przyjrzeć mu się bliżej, kryje wiele brudów i prowizorki, tak i to miasto oglądane od zaplecza raczej wstrząsa, niż podnosi na duchu.
Z dzisiejszej wyprawy do Jerozolimy jedno jest dla mnie jasne. Pan, który widzi każdy szczegół mojego życia godzien jest tego, aby zaglądając do środka, przepatrując zakamarki serca, widział, że dążę do jego uświęcenia w całości. Ozdobą domu twego, Panie, jest świętość po wsze czasy [Ps 93,5]. Świętość wypiękniająca fasady ulic, ale też ich zaplecze. Obchodząc dziś to osławione miasto mogliśmy się poczuć trochę tak, jakbyśmy zamieszkując w domu sławnego człowieka, odkryli, że jego codzienne życie wcale nie jest takie świetliste, jak się wydawało z daleka.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w żydowskiej dzielnicy skosztować jak smakuje falafel i przed ósmą wieczorem wróciliśmy do Cezarei. Wkrótce wybierzemy się do Jerozolimy ponownie. Może wtedy będę miał bardziej budujące refleksje? Póki co jednak, jeśli Bóg pozwoli, to jutro ruszamy nad Morze Martwe.
Cośmy usłyszeli, tośmy zobaczyli w mieście Pana Zastępów, w mieście Boga naszego; Bóg je utwierdzi na wieki […]. Okrążcie Syjon i obejdźcie go, policzcie jego wieżyce! Zwróćcie uwagę na jego wały, przejdźcie się po pałacach jego, abyście mogli opowiadać to przyszłemu pokoleniu [Ps 48,9.13-14].
Po wspólnym odczytaniu Psalmu 48 i modlitwie w naszej kwaterze w Cezarei, pojechaliśmy więc dziś do Jerozolimy. Dystans 115 km przy dobrej sieci ekspresowych dróg w Izraelu swobodnie można przejechać w 1,5 godziny. Po znalezieniu parkingu w dogodnym miejscu udaliśmy się najpierw na Górę Oliwną. Nasz Pan właśnie od strony tej góry wjechał do Jerozolimy na początku Wielkiego Tygodnia. Spoglądając z jej zbocza zapłakał nad złym stanem wiary mieszkańców miasta i zapowiedział jego zburzenie. My również patrzyliśmy z Góry Oliwnej na Jerozolimę i rozważaliśmy niektóre wypowiedzi Pana z tym miejscem związane.
Potem doliną Cedronu, mijając grób Absaloma, obeszliśmy część Starego Miasta i przez sadzawkę Siloe ruszyliśmy Tunelem Hiskiasza w górę, aby dojść do Wzgórza Świątynnego. Tunel ten został wydrążony w VIII wieku przed Chrystusem w celu doprowadzenia wody do wnętrza miasta. Tunel ma długość 534 metrów. Połączył on źródło Gichon z sadzawką Siloe i przebiega na głębokości od kilkudziesięciu centymetrów do ponad czterech metrów pod powierzchnią ziemi.
Przejście tunelem Hiskiasza zrobiło na nas naprawdę spore wrażenie. Kończy się on w pobliżu Muru Płaczu, więc weszliśmy tam, aby następnie uliczkami starej Jerozolimy dojść do sadzawki Betezda zlokalizowanej w pobliżu Bramy Szczepana, czy Bramy Lwiej, jeśli ktoś tak woli ją nazywać. Prosto stamtąd udaliśmy się jeszcze do Ogrodu Getsemane i zmęczeni wróciliśmy do samochodów.
Piękno Syjonu miało brać się z bliskiej więzi jego mieszkańców z Bogiem. Świętość zachwyca, jeśli jest prawdziwa, jeżeli nie ma dwojakiego oblicza. Dzisiejsza Jerozolima pięknie wygląda jednak tylko z daleka. Jak życie niejednego chrześcijanina, gdy przyjrzeć mu się bliżej, kryje wiele brudów i prowizorki, tak i to miasto oglądane od zaplecza raczej wstrząsa, niż podnosi na duchu.
Z dzisiejszej wyprawy do Jerozolimy jedno jest dla mnie jasne. Pan, który widzi każdy szczegół mojego życia godzien jest tego, aby zaglądając do środka, przepatrując zakamarki serca, widział, że dążę do jego uświęcenia w całości. Ozdobą domu twego, Panie, jest świętość po wsze czasy [Ps 93,5]. Świętość wypiękniająca fasady ulic, ale też ich zaplecze. Obchodząc dziś to osławione miasto mogliśmy się poczuć trochę tak, jakbyśmy zamieszkując w domu sławnego człowieka, odkryli, że jego codzienne życie wcale nie jest takie świetliste, jak się wydawało z daleka.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w żydowskiej dzielnicy skosztować jak smakuje falafel i przed ósmą wieczorem wróciliśmy do Cezarei. Wkrótce wybierzemy się do Jerozolimy ponownie. Może wtedy będę miał bardziej budujące refleksje? Póki co jednak, jeśli Bóg pozwoli, to jutro ruszamy nad Morze Martwe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)