28 marca, 2016

Dla kogo moc zmartwychwstania?

Kilka lat temu kupiłem do domu zestaw muzyczny. Byłem bardzo zadowolony z nowego nabytku. Niestety, pomimo zrobienia wszystkiego, co  wiedziałem, że trzeba zrobić, głośniki milczały. Coś tam się zapalało, coś migało, ale nie działało jak trzeba. Zadzwonił telefon. Zacząłem opowiadać o wspaniałości zakupionego sprzętu, ale rozmówca nie słyszał żadnej muzyki w moim pokoju. Odpaliłem Internet i obejrzałem demonstrację możliwości tego sprzętu - ale mój wciąż nie działał. W końcu spokorniałem… i wziąłem do ręki instrukcję. Trzeba było poczytać i dotrzeć do tajemniczego dla mnie powodu milczenia głośników. Okazało się, że należało wcisnąć jeden malutki przycisk. I wreszcie zadziałało!

Słyszymy niesamowite opowieści o mocy zmartwychwstania, która Chrystusa Jezusa wzbudziła z martwych. Słyszymy, jak cudownie ta moc działa w wierzących! Próbujemy, żeby i w nas tak samo działała. Coś nam się zapala, budzi się nadzieja, że już będzie działać, ale nadal coś jest nie tak. Jak włączyć moc zmartwychwstania w naszym życiu? Co zrobić, żeby poznać go i doznać mocy zmartwychwstania jego, i uczestniczyć w cierpieniach jego, stając się podobnym do niego w jego śmierci, aby tym sposobem dostąpić zmartwychwstania [Flp 3,10-11]. Na szczęście mamy instrukcję Słowa Bożego.

Zacznijmy od prostej, aczkolwiek fundamentalnej prawdy, że Jezus naprawdę umarł i trafił do grobu. Fakty były jednoznaczne. Wypływająca z Jego - przebitego włócznią boku - woda i krew świadczyły, że umarł z powodu pęknięcia serca i uduszenia. Zapieczętowany grób i straż u jego wejścia były gwarancją, że w nim pozostanie. Nie można było mówić o jakiejkolwiek manipulacji. Jezus naprawdę umarł. To jest właśnie podstawowy warunek zmartwychwstania. Już sama etymologia tę prawdę nam podpowiada. „Z martwych”  „wstanie”. Tylko w przypadku stuprocentowej śmierci mamy do czynienia ze zmartwychwstaniem. Inaczej można mówić jedynie o obudzeniu, ocuceniu, pobudzeniu, odświeżeniu, uzdrowieniu, zachęceniu itd. Jezus zmartwychwstał, czyli był naprawdę martwy. I uwaga! Z martwych wstał już nie do takiego samego życia jak poprzednio. Już nie można było go ponownie zabić, jak np. wskrzeszonego Łazarza. Jezus zmartwychwstał w ciele chwalebnym, na zawsze wolnym od fizycznych ograniczeń i słabości.

Tak więc moc zmartwychwstania działa tylko w jednym przypadku: gdy naprawdę zostaniemy ukrzyżowani wraz z Chrystusem. Nie ma tu  co nadrabiać miną, pozorować albo brać sprawę na intuicję. Trzeba nam utożsamić się wraz z Chrystusem w Jego śmierci. Z Chrystusem jestem ukrzyżowany [Ga 2,20]. To ukrzyżowanie o charakterze duchowym ma konkretny cel. Wiedząc to, że nasz stary człowiek został wespół z nim ukrzyżowany, aby grzeszne ciało zostało unicestwione, byśmy już nadal nie służyli grzechowi; kto bowiem umarł, uwolniony jest od grzechu [Rz 6,6-7]. Ukrzyżowani z Chrystusem już  nie służymy grzechowi.

Z Chrystusem ukrzyżowani mamy odpuszczone wszystkie grzechy. I was, którzy umarliście w grzechach i w nieobrzezanym ciele waszym, wespół z nim ożywił, odpuściwszy nam wszystkie grzechy; wymazał obciążający nas list dłużny, który się zwracał przeciwko nam ze swoimi wymaganiami, i usunął go, przybiwszy go do krzyża [Ko 2,13-14]. Oto tajemnica, dlaczego grzechy starego życia nam już nie ciążą. Przestępcę można ściągać i karać do momentu jego śmierci. Gdy upozoruje swą śmierć, wciąż podlega ciążącym na nim wyrokom. Gdy natomiast naprawdę umrze, to już żadnej karze nie podlega.

Z Chrystusem ukrzyżowani zaczynamy z Nim prowadzić nowe życie. Prawdziwa to mowa: Jeśli bowiem z nim umarliśmy, z nim też żyć będziemy [2Tm 2,11]. W miarę tego, jak umieramy,  zaczyna działać w nas moc zmartwychwstania. Bo jeśli wrośliśmy w podobieństwo jego śmierci, wrośniemy również w podobieństwo jego zmartwychwstania [Rz 6,5]. Oczywiście, wrastanie w podobieństwo Jego śmierci nie jest łatwe. Umieranie dla grzechu wiąże się z cierpieniem. Ponieważ więc Chrystus cierpiał w ciele, uzbrójcie się też i wy tą myślą, gdyż kto cieleśnie cierpiał, zaniechał grzechu [1Pt 4,1].

W każdym razie, trzeba nam jednak podjąć  krzyż i umrzeć – oto tajemnica działania w nas  mocy zmartwychwstania. Nie ma na to żadnego innego sposobu! Uważajcie siebie za umarłych dla grzechu, a za żyjących dla Boga w Chrystusie Jezusie, Panu naszym [Rz 6,11]. Dodajmy tu, że zgodnie z nauką apostolską umieranie i zmartwychwstawanie jest procesem. A tak, jeśliście wzbudzeni z Chrystusem, tego co w górze szukajcie, gdzie siedzi Chrystus po prawicy Bożej; o tym, co w górze, myślcie, nie o tym, co na ziemi. Umarliście bowiem, a życie wasze jest ukryte wraz z Chrystusem w Bogu; gdy się Chrystus, który jest życiem naszym, okaże, wtedy się i wy okażecie razem z nim w chwale. Umartwiajcie tedy to, co w waszych członkach jest ziemskiego: wszeteczeństwo, nieczystość, namiętność, złą pożądliwość i chciwość, która jest bałwochwalstwem, z powodu których przychodzi gniew Boży. Niegdyś i wy postępowaliście podobnie, kiedy im się oddawaliście; ale teraz odrzućcie i wy to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, bluźnierstwo i nieprzyzwoite słowa z ust waszych; nie okłamujcie się nawzajem, skoro zewlekliście z siebie starego człowieka wraz z uczynkami jego, a przyoblekli nowego, który się odnawia ustawicznie ku poznaniu na obraz tego, który go stworzył [Ko 3,1-5].

Podsumujmy. W tych dniach słuchamy o cudownej mocy zmartwychwstania. Ta sama moc, która Jezusa wzbudził a z martwych może działać i w naszym życiu! Zmartwychwstanie  nie działa jednak  jak jakiś suplement diety, lekarstwo, środek dopingowy albo rozweselający. Z natury rzeczy więc zmartwychwstanie nie jest nadzieją dla tych, którzy chcieliby jedynie poprawić sobie nastrój, podreperować reputację, czy od czasu do czasu zrobić coś dobrego. Zmartwychwstanie jest nadzieją wyłącznie dla tych, którzy umarli! Moc zmartwychwstania włącza się w tych, którzy umierają dla starego życia w grzechu, którzy umierają dla swoich ambicji, własnej wygody, własnych racji, samowoli, czy własnej kariery. Z Chrystusem są ukrzyżowani i żyją już nie oni, ale żyje w nich Chrystus! Czy to jasne, dla kogo jest moc zmartwychwstania?

Być może dziś czujesz się trochę podobnie jak ja po kupieniu domowego zestawu muzycznego. Słuchasz i opowiadasz o cudowności mocy zmartwychwstanie, ale nie za bardzo możesz ją zaprezentować na własnym przykładzie. Tutaj nie można zdać się na intuicję. Jeśli coś nie działa w tobie, jak trzeba  – to ukórz się i weź do ręki instrukcję  – Słowo Boże! Bóg objawi ci, co ty osobiście potrzebujesz zrobić, aby i w tobie moc zmartwychwstania zaczęła skutecznie działać.

27 marca, 2016

Czy ta moc już działa w tobie?

Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego

26 marca, 2016

Skąd pewność, że Bóg podniesie?

Rozmyślam dziś nad powodami, dla których Syn Boży stał się Synem Człowieczym i umarł na krzyżu za grzech świata. Dlaczego chciał podnieść upadłego człowieka? Skąd mogę być pewny, że gdy już jako chrześcijanin upadnę, On zawsze mnie podniesie?

Po pierwsze, ponieważ każdy, nawet największy grzesznik, nosi w sobie jakiś obraz Stwórcy. I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich [1Mo 1,27]. Bóg ma szczególny stosunek do swego stworzenia, a człowieka uczynił właśnie na swój obraz. Wyobraź sobie, że przychodzisz do śmietnika, a tam wśród setek innych papierów na ziemi leży jakaś kartka z twoją fotografią. Czy jej nie zabierzesz stamtąd? Raczej nie możesz przejść obojętnie na tym, że twój wizerunek wala się po śmietniku. Nachylasz się i go podnosisz. Biblia mówi:  Któż jest jak Pan, Bóg nasz, który mieszka na wysokościach i patrzy w dół na niebo i na ziemię? Podnosi nędzarza z prochu, a ubogiego wywyższa ze śmieci, aby posadzić go z książętami, z książętami ludu swego [Ps 113,5-8].

To jest kapitalna myśl dla wszystkich grzeszników! Mogą liczyć na łaskę Bożą, bo są Jego tworem.  Pamiętam, mój syn w dzieciństwie samodzielnie uszył sobie pluszaka. Przy okazji licznych przeprowadzek  wiele  zabawek bezpowrotnie nam przepadało, ale nie jego dzieło. Dlaczego? Bo miał do tej zabawki osobisty stosunek.  Niech każdy człowiek to wie, że już z samej racji bycia Bożym stworzeniem jest obiektem Jego miłości i troski. Jest to podstawowy, uniwersalny powód, dlaczego przyszedł Syn Człowieczy, aby szukać i zbawić to, co zginęło [Łk 19,10].

Mało tego. Kto uwierzył w Syna Bożego, Jezusa Chrystusa, ten ma daleko lepszą podstawę do pewności, że pomimo upadku zostanie podniesiony. Warunkiem jest tu bycie własnością Syna Bożego. On nas wykupił swoją  krwią. My jesteśmy w tym, który jest prawdziwy, w Synu jego, Jezusie Chrystusie [1Jn 5,20], przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy [Rz 14,8].  Innymi słowy, przez wiarę przynależymy do Jezusa Chrystusa i jesteśmy Jego własnością.  Z tego tytułu bez najmniejszej wątpliwości możemy więc być pewni, że Bóg nas nie pozostawi w upadku.

Wyobraź sobie, że przechodzisz koło szkoły i zauważasz na chodniku walający się szalik. Normalnie takie szaliki cię nie obchodzą, ale poznajesz, że jest to szalik twojego dziecka. Natychmiast więc podnosisz go i ratujesz z tej poniewierki. Bóg rozpoznaje ludzi, którzy są własnością Syna Bożego. Kto należy do Jezusa, ten zawsze może liczyć na to, że zostanie podniesiony, bo choć sprawiedliwy siedem razy upadnie, jednak znowu się podniesie [Prz 24,16].

Jest i trzeci powód, dla którego Bóg podnosi z upadku. Jest nim krew Jezusa, przez którą staliśmy się członkami Bożej rodziny. Swego czasu Abraham dowiedział się, że wśród ograbionych i uprowadzonych  osób znalazł się jego bratanek Lot. Co w tej sytuacji zrobił? Czym prędzej zebrał najlepszych do walki  ludzi i natychmiast wyruszył, aby go odbić. Nie zostawił swojego krewniaka na pastwę losu. Tak odzyskał cały dobytek. Również przyprowadził na powrót Lota, bratanka swego, i jego dobytek, a także kobiety i ludzi [1Mo 14,16].

Biblia mówi: Ale teraz wy, którzy niegdyś byliście dalecy, staliście się w Chrystusie Jezusie bliscy przez krew Chrystusową [Ef 2,13]. Jesteśmy synami i córkami Bożymi. Tym zaś, którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię jego, którzy narodzili się nie z krwi ani z cielesnej woli, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga [Jn 1,12-13]. Każde dziecko Boże może nosić w sercu następującą pewność: Przeto rozweseliło się serce moje i rozradował się język mój, a nadto i ciało moje spoczywać będzie w nadziei, bo nie zostawisz duszy mojej w otchłani I nie dopuścisz, by święty twój oglądał skażenie [Dz 2,26-27].  Bóg nas podniesie, bo jesteśmy mu bliscy przez krew Chrystusową.

Podsumujmy. Są trzy powody, dla których Bóg nas podnosi; (1) Każdy grzesznik nosi na sobie jakiś ślad Stwórcy. (2) Wierzący w Jezusa jest Jego własnością. (3) Przez krew Chrystusową jesteśmy członkami Bożej rodziny. Bóg nie potrzebuje żadnej dodatkowej motywacji, aby się nad nami pochylać. Robi to ze względu na samego Siebie. Uwierzmy w to! Bądźmy tego pewni, gdy sami znajdziemy się w jakimś upadku i tak myślmy o innych. Wielu mówi o mnie: Nie ma dla niego ratunku u Boga. Ale Ty, Panie, jesteś tarczą moją, chwałą moją, i Ty podnosisz głowę moją [Ps 3,3-4].  Śmierć Jezusa Chrystusa za grzech świata jest najdobitniejszym dowodem na to, że Bóg gotów jest zrobić wszystko, aby nas podnieść. Świętujmy wspaniałomyślność Bożą!

Jak najlepiej uczcić śmierć Jezusa?

Wielka Sobota

25 marca, 2016

24 marca, 2016

22 marca, 2016

21 marca, 2016

20 marca, 2016

Wiara i złudzenia w jednym korowodzie

Wspominając wjazd Jezusa do Jerozolimy...


18 marca, 2016

Drogi wyższe niż moje

Jak bumerang wraca dziś do mnie zadziwienie nad sposobami prowadzenia ludu Bożego. Gdybym miał sam  układać  plan mojej pracy dla Pana, to  wybrałbym  sposoby  już sprawdzone i  poszedłbym dobrze utartą drogą. Tymczasem Bóg bardzo często prowadzi inaczej. Bo myśli moje, to nie myśli wasze, a drogi wasze, to nie drogi moje - mówi Pan, lecz jak niebiosa są wyższe niż ziemia, tak moje drogi są wyższe niż drogi wasze i myśli moje niż myśli wasze [Iz 55,8-9]. Przekonałem się o tym wielokrotnie.

Klasycznym przykładem owej dziwności Bożych dróg jest wędrówka Izraela do Ziemi Obiecanej. A gdy faraon wypuścił lud, nie prowadził ich Bóg drogą do ziemi Filistynów, chociaż była bliższa, bo pomyślał Bóg, że lud, przewidując walki, mógłby żałować i mógłby zawrócić do Egiptu. Prowadził więc Bóg lud drogą okrężną przez pustynię ku Morzu Czerwonemu [2Mo 13,17-18]. Na ludzki rozum rzecz biorąc, okrężna droga nie jest lepsza od drogi krótszej. A jednak Bóg poprowadził  Izraela po swojemu. Zgodnie z Bożym zamysłem wkrótce mieli napotkać na wody nie do przejścia i zasmakować tam prawdziwej przygody.

Lata życia w wierze i chodzenia ścieżkami Pana pozwoliły mi dziś poczuć bliskość  natchnionych  słów  Pisma Świętego z porannej lektury: Twoja droga wiedzie przez morze, Twoja ścieżka przez wielkie wody, a Twoje ślady - niepoznane [Ps 77,20]. Bóg ma upodobanie w sytuacjach, gdy potrzebujemy Jego nadnaturalnej pomocy. Nie wybiera dla nas ścieżek, na których czulibyśmy się samowystarczalni. Jako pielgrzymi i wychodźcy [1Pt 2,11] kroczymy drogą licznych przeszkód. Zmusza to nas do okazywania wiary. Wzywamy imienia Pańskiego i otrzymujemy pomoc. Nasza wiara rośnie, a Bóg jest uwielbiony.

Właśnie tak było z Izraelem. Gdyby Pan nie był z nami - niechże powie Izrael - gdyby Pan nie był z nami, gdy ludzie powstali przeciwko nam, to byliby nas pożarli żywcem, gdy płonęli gniewem przeciwko nam, to byłyby nas zalały wody, potok zatopiłby nas, to przeszłyby nad nami wody wezbrane. Błogosławiony Pan, który nie wydał nas na łup zębom ich! Dusza nasza jak ptak umknęła z sidła ptaszników; sidło się podarło, a myśmy wolni. Pomoc nasza w imieniu Pana, który uczynił niebo i ziemię [Ps 124].

Nie chcę chadzać naturalnymi ścieżkami racjonalnego myślenia, na których wszystko jest policzone i przewidziane. Szybko mógłbym zgnuśnieć. Wielka przygoda wiary zaczyna się na dobre, gdy wyruszam z motyką na słońce, gdy porywam się na rzeczy niemożliwe, gdy idę drogą przez morze. Ci, którzy na statkach płynęli po morzu, uprawiając handel na wielkich wodach, widzieli dzieła Pana i cuda jego na głębinach [Ps 107,23-24]. Jakże miałbym coś takiego przegapić...

12 marca, 2016

Zbawienność mocnego cięcia


Gotowi, by pójść dalej?

Zamyślam się dziś o świcie nad możliwościami pójścia dalej w rozwoju duchowym i docieraniu do obiecanych przez Boga celów.  Historia biblijnego Izraela dobitnie pokazuje, że muszą być spełnione po temu określone przez Boga warunki.

Izrael po wyjściu z niewoli w Egipcie chciał się dostać do Kanaanu. Chociaż była to Ziemia Obiecana im przez Boga, to jednak przez czterdzieści lat okazała się dla nich nieosiągalna. Bóg bowiem przeklął wszystkich Izraelitów, którzy w stosownym na przejęcie tej ziemi momencie, mimo zdatności do walki, wypowiedzieli posłuszeństwo i zbuntowali się przeciwko Bogu.  I rzekł Pan:  […]  żaden z tych mężów, którzy widzieli moją chwałę i moje znaki, jakich dokonywałem w Egipcie i na pustyni, a oto już dziesięciokrotnie wystawiali mnie na próbę i nie słuchali mojego głosu, nie zobaczy ziemi, którą przysiągłem ich ojcom. Żaden z tych, którzy mnie znieważyli, jej nie zobaczy.  […] Słyszałem bowiem szemranie synów izraelskich, z jakim występują przeciwko mnie. Powiedz im więc: Jako żyję - mówi Pan - uczynię wam tak, jak mówiliście wobec mnie: Na tej pustyni legną wasze trupy i wszyscy zapisani spośród was, w pełnej liczbie, od dwudziestego roku życia wzwyż, wy, którzy szemraliście przeciwko mnie, nie wejdziecie do ziemi, w której poprzysiągłem was osiedlić, z wyjątkiem Kaleba, syna Jefunnego i Jozuego, syna Nuna [4Mo 14,20-30].

Nastąpiły długie lata tułania się po pustyni. Rok po roku w szeregach Izraelitów ubywało nieposłusznych, obłożonych klątwą mężczyzn. Aż pewnego dnia Bóg ponowie rozkazał przeliczyć zdolnych do walki Izraelitów. Wyniki porównano z listą z poprzedniego spisu. To są objęci spisem przez Mojżesza i Eleazara, kapłana, którzy sporządzili spis synów izraelskich na stepach Moabu nad Jordanem, naprzeciw Jerycha. Wśród nich nie było ani jednego z objętych spisem przez Mojżesza i Aarona, kapłana, którzy sporządzili spis synów izraelskich na pustyni Synaj, gdyż Pan powiedział o nich, że umrą na pustyni. I nie ostał się nikt z nich oprócz Kaleba, syna Jefunnego i Jozuego, syna Nuna [4Mo 26,63-65]. Niesamowite. Mojżesz tak oto wspominał tę chwilę: A od Kadesz-Barnea aż do czasu, gdyśmy przekroczyli potok Zered, wędrowaliśmy trzydzieści osiem lat, aż wymarło całe pokolenie wojowników z obozu, jak im to poprzysiągł Pan. Tak zaciążyła nad nimi ręka Pańska i do ostatniego wyginęli z obozu. A gdy wyginęli wszyscy wojownicy z ludu, przemówił Pan do mnie tymi słowy… [5Mo 2,14-17]. Klątwa została zdjęta. Ziemia Obiecana stanęła przed Izraelitami otworem.

Nikt nie pójdzie dalej w duchowym rozwoju, nie może zasmakować wspaniałości obietnic Bożych, zanim nie  pozbędzie się ze swojego życia nieczystości starej natury. Są chrześcijanie, którzy wprawdzie ogłaszają i świętują swe sukcesy duchowe bez uprzedniej pokuty, ale faktycznie wciąż są po tej samej stronie Jordanu. Do prawdziwej Ziemi Obiecanej nie wkracza się po swojemu i na własną rękę. Tamci z powodu nieposłuszeństwa w stan odpocznienia nie weszli. A my? Wierząc, że przez ofiarę Jezusa Chrystusa zostaliśmy usprawiedliwieni i oczyszczeni, szczerze pokutując ze swoich grzechów, winniśmy całym sercem zwrócić się ku uświęceniu naszego życia. Albowiem nie powołał nas Bóg do nieczystości, ale do uświęcenia [1Ts 4,7]. To jest określony przez Boga warunek. Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy Pana [Hbr 12,14].

Nic, co zostało obłożone klątwą nie może uczestniczyć w Bożej świętości. Albo czy nie wiecie, że niesprawiedliwi Królestwa Bożego nie odziedziczą? Nie łudźcie się! Ani wszetecznicy, ani bałwochwalcy ani cudzołożnicy, ani rozpustnicy, ani mężołożnicy,  ani złodzieje, ani chciwcy, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy Królestwa Bożego nie odziedziczą [1Ko 6,9-10]. Żadne ogłaszanie i wyznawanie hiper-łaski tego nie zmieni. I nie wejdzie do niego nic nieczystego ani nikt, kto czyni obrzydliwość i kłamie [Obj 21,27]. Łaska Boża nie polega na wybielaniu i unieważnianiu grzechu. Albowiem okazała się łaska Boża, zbawienna wszystkim ludziom, ćwicząca nas, abyśmy odrzekłszy się niepobożności i świeckich pożądliwości, trzeźwie i sprawiedliwie, i pobożnie żyli na tym świecie [Tt 2,11-12 w przekł. Biblii Gdańskiej].

Po latach oczyszczania szeregów izraelskich na pustyni Bóg ponownie rozkazał je przeliczyć. Okazało się, że są już wolne od hamującego je przekleństwa.  Próbuję wyobrazić sobie podniosłość owej chwili. Mogli pójść dalej!  A ja? A ty? Czy wszystkie myśli, czyny i postawy obłożone w nas Bożą klątwą zostały już ukrzyżowane?  Ziemia Obiecana od lat na to czeka…

10 marca, 2016

Dom Pogodnej Jesieni Życia na Olszynce?

Dom Opieki Hillcrest Home w USA
Dwudniowa wizyta w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE ośmioosobowej grupy młodych mennonitów z USA pobudza mnie do wyjawienia pomysłu, który od dłuższego już czasu chodzi mi po głowie. Tym mocniej bije mi serce, gdyż nasi goście są wolontariuszami Domu Opieki „Hillcrest Home”, pięknego domu seniora prowadzonego przez społeczność amerykańskich mennonitów, w którym roztaczają opiekę nad setką sędziwych mężczyzn i kobiet.

Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale przy każdym spojrzeniu na ruiny zawalonej w 2005 roku stajni  na Olszynce ciśnie mi się do głowy myśl o stworzeniu tutaj - właśnie domu seniora!  Rekonstrukcja długiego na pięćdziesiąt metrów i szerokiego na dziesięć metrów budynku gospodarczego pozwoliłaby urządzić  na parterze około dwadzieścia  pokoi gościnnych. Umożliwiłoby  to pogodną jesień życia dla wielu sędziwych  osób, które skądinąd nie mogą liczyć na żadną pomoc. Pismo Święte zobowiązuje zbór do zaopiekowania się wiekowymi już braćmi i siostrami w Chrystusie:

Otaczaj szacunkiem wdowy, które rzeczywiście są wdowami. Jeżeli zaś która wdowa ma dzieci lub wnuki, to niech się one najpierw nauczą żyć zbożnie z własnym domem i oddawać rodzicom, co im się należy; to bowiem podoba się Bogu. Ale wdowa, która jest nią rzeczywiście i jest całkowicie osamotniona, pokłada nadzieję swą w Bogu i trwa w prośbach i modlitwach w nocy i we dnie; […] Na listę wdów może być wciągnięta niewiasta licząca lat co najmniej sześćdziesiąt i raz tylko zamężna, mająca dobre imię z powodu szlachetnych uczynków: że dzieci wychowała, że gościny udzielała, że świętym nogi umywała, że prześladowanych wspomagała, że wszelkie dobre uczynki gorliwie pełniła [1Tm 5,3-10].

Mam marzenie, by takim kochanym siostrom, które przez wiele lat życia trudziły się dla Pana wspierając pracę Kościoła, stworzyć na stare lata prawdziwe schronisko. Siostry i bracia z powyżej zakreślonym życiorysem mają prawo do tego, by – gdy już nie są w stanie pracować - zbór Boży otoczył  ich miłością i opieką. Miejsce, którym dysponujemy idealnie się do tego nadaje. Rozległa, hektarowa działka z dużą ilością zieleni,  w sąsiednim budynku sala zgromadzeń zboru, wszystko bez żadnych schodów – to jest to!

Trzeba nam modlić się w tej sprawie do naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Moje osobiste marzenia to za mało, by taki pomysł zrealizować.  Nie chciałbym zresztą zabierać się za to, zanim nie będziemy mieć przekonania, że właśnie nam Bóg powierza  zadanie stworzenia domu dla sędziwych braci i sióstr. Proszę więc, rozmawiajmy o tym z naszym Ojcem w niebie. Prośmy Ducha Świętego, aby nami pokierował. Wierzę, że w odpowiednim czasie On nam odpowie i będziemy wiedzieli, jaka jest wola Boża. Z radością oczekuję na Jego znak w tej sprawie.

05 marca, 2016

Mamusia

W Dniu Teściowej

01 marca, 2016

O pracownikach Bożych

Czytam dziś rankiem o potencjale osobowym służby Bożej w Przybytku, w czasach wędrówki Izraela do Ziemi Obiecanej. Zgodnie z prawem ustanowionym przez Boga, wszystko pierworodne w Izraelu należało do Pana. Jednocześnie Bóg postanowił, że bezpośrednio w służbę Bożą nie będą angażowani wszyscy - jak leci - pierworodni synowie. Wybrał sobie plemię Lewiego, aby jego mężczyźni stanowili niejako ekwiwalent wszystkich pierworodnych Izraelitów. Tylko lewici przeznaczeni zostali do służby Bożej i na pełny etat zajmowali się Przybytkiem.

Interesująco zabrzmiało mi dziś i to, że gdy po przeliczeniu okazało się, że wszystkich spisanych pierworodnych mężczyzn od miesiąca wzwyż, według liczby imion było dwadzieścia dwa tysiące dwieście siedemdziesiąt trzy [4Mo 3,43], wszystkich zaś spisanych Lewitów, [...] wszystkich mężczyzn, od miesiąca wzwyż, było dwadzieścia dwa tysiące [4Mo 3,39] wówczas Bóg polecił Mojżeszowi: A jako okup za owych dwustu siedemdziesięciu trzech pierworodnych spośród synów izraelskich, którzy przewyższają liczbę Lewitów, weź po pięć sykli na głowę, weźmiesz zaś według sykla świątynnego, po dwadzieścia ger za sykl; Pieniądze te dasz Aaronowi i jego synom jako okup za tych, którzy są nadwyżką liczbową [4Mo 3,46-48]. Dzięki temu stojący na czele służby Bożej arcykapłan Aaron miał nie tylko dostateczną liczbę oddanych służbie lewitów ale i także potrzebne do służby środki finansowe. Cały następny, piąty rozdział Księgi Liczb wyraża Bożą troskę o to, aby w Izraelu nigdy nie zabrakło ludzi troszczących się o Jego Przybytek.

W świetle powyższego zamyślam się dziś nieco nad rekrutacją do służby Bożej w naszych czasach i jakością służby pełnionej w zborach Bożych. Serce mi płacze, że wielu młodych "lewitów", którzy wyrośli u boku swych ojców w wierze, którzy od dziecka uczestnicząc w życiu zboru siłą rzeczy znają blaski i cienie pracy Pańskiej, nie otrzymują od nas dostatecznej zachęty do pracy w Kościele. Tymczasem miejsce w służbie zajmują ludzie przypadkowi i z wątpliwą przeszłością, czasem w sposób samozwańczy sięgając po stanowisko i chwytając za stery. Tym bardziej robi się przykro, że słuchając  owych  "liderów"  odnosi się wrażenie, jakoby cała służba Boża w Polsce dopiero od nich się zaczynała i dzięki ich błyskotliwości uzyskiwała wreszcie odpowiedni poziom. Serce mi drży na myśl o przyszłości wielu dzisiejszych zborów, na czele których stanęli ludzie czerpiący bardziej z osiągnięć współczesnej psychologii i socjologii, aniżeli z Pisma Świętego.

Nauka apostolska nakazuje powierzanie pracy Pańskiej ludziom godnym zaufania. Niech oni najpierw odbędą próbę, a potem, jeśli się okaże, że są nienaganni, niech przystąpią do pełnienia służby [1Tm 3,10]. Gwarancją dobrej służby kapłanów i lewitów w Przybytku miało być to, że ich synowie do trzydziestego roku życia obserwowali na co dzień pracę ojców, następnie sami przez dwadzieścia lat stawali się czynnymi kapłanami i lewitami, aby po pięćdziesiątym roku życia przejść do roli życzliwych doradców i nauczycieli. Dzięki temu służba Boża miała szansę zachować ciągłość i należyty poziom. Nie wolno nam odchodzić od tych wzorców. To zbyt wielkie ryzyko, uczyć się od ludzi, którzy już mają tak wiele do powiedzenia, że brak w nich ochoty do wsłuchania się w głos starszych braci. Nie ci, którzy - póki co - zaledwie chcą, lecz tylko ci, którzy dobrze służbę pełnili, zyskują sobie wysokie stanowisko i prawo występowania w sprawie wiary, która jest w Chrystusie Jezusie [1Tm 3,13].

Kapłanem i lewitą w Izraelu nikt nie stawał się tylko dlatego, że chciał nim zostać. A jak jest z rekrutacją do współczesnej służby Bożej?