21 września, 2022

Abyśmy nowe życie prowadzili - wykład 18. [Rz 13,8-14]

[zapis słowa mówionego]

Mając do czynienia ze Słowem Bożym, powinniśmy się spodziewać tego, że to Słowo będzie dokonywać w naszym życiu wielu, często cudownych, zmian. Słowo Boże ma w sobie taką moc, że czasem niespodziewanie, gdy zabrzmi, gdy spotka się ze szczerym posłuchem, powoduje niezwykłe zmiany. Pierwszy rozdział Pierwszej Księgi Mojżeszowej opisuje chaos, w którym nagle Bóg przemówił: „Niech stanie się światłość”. I stała się światłość! I potem wszystko po kolei, cały porządek rzeczy powstał dlatego, że Bóg wypowiedział Słowo.

Moglibyśmy przytoczyć wiele miejsc z Pisma Świętego, jako ilustrację tego, że tam, gdzie zabrzmiało Słowo Boże, następowały zmiany. Ciśnie mi się taki przykład, gdy za czasów króla Jozjasza robiono porządki w świątyni. Świątynia już od dawna w ogóle nie funkcjonowała, ponieważ stała się dla narodu nieinteresująca i mało atrakcyjna. Znalazły się inne ciekawsze ceremonie i obrzędy pogańskie. Były bardziej huczne, dające więcej zabawy i rozrywki. Jednakże król wydał zarządzenie i robiono w niej porządki.

Tak więc, grzebiąc w świątynnym skarbcu, ludzie natrafili na zwój Pisma. Rozwinęli, zaczęli czytać, ktoś złapał się za głowę i powiedział, że trzeba z tym pójść do króla. Następnie przeczytali to królowi, a ten rozdarł szaty i powiedział: Trzeba zrobić porządek. Bóg do nas przemówił! I tak nastąpiła gruntowna reforma. Całe życie narodu zostało zmienione, wszystko zostało odnowione, a lud powrócił do Boga. Wszystko zaczęło się od tego, że ktoś gdzieś w rupieciach natrafił na zwój Świętej Księgi, prawdopodobnie Piątej Księgi Mojżeszowej.

Inny przykład. Przy cle siedział Lewi i liczył pieniądze. Gdy zbliżył się do niego Jezus i wypowiedział te proste słowa: „Pójdź za mną”, celnik zachował się jakby został zaczarowany. Zostawił cały swój interes i od tego momentu stał się świętym Mateuszem. Już nie był dłużej Lewim, celnikiem. Dzięki cudownemu wpływowi prostego wezwania Bożego, możemy dziś czytać ewangelię św. Mateusza!

Gdy schodzimy się, by słuchać Słowa, lub gdy w naszym pokoju bierzemy Słowo Boże do ręki, aby je poczytać, miejmy w sercu to wyczekiwanie. Bądźmy świadomi, że w jednej chwili Bóg może przez swoje Słowo dokonać z nami cudu. Może być tak, że nawet jeśli wcześniej już 150 razy to samo czytaliśmy, gdy znowu powtarzamy ten sam temat, gdy po raz kolejny czytamy ewangelię, Bóg do nas przemówi przez swoje Słowo i nastąpi wielka zmiana! Słowo Boże, gdy dociera do człowieka w stosownym momencie, w Bożym czasie, to dokonuje cudu! Nawet jeśli wcześniej to samo Słowo było czytane i rozważane, i wówczas wcale tego cudownego wpływu nie wywarło.

Trzeba być uważnym, bo może właśnie teraz Bóg ma dla nas coś, co zmieni nasze życie. Zmieni nasz sposób myślenia, wyprowadzi nas na wolność z jakiegoś problemu czy nałogu, ulży nam  w  jakimś zmaganiu. Sięgając po Słowo Boże  trzeba się spodziewać, że w każdej chwili możemy natrafić na coś, co wyprostuje nam drogę, co rozjaśni nam horyzont, co da nam wreszcie zrozumienie, dlaczego tak, a nie inaczej dzieje się w naszym życiu. Spodziewajmy się tego, bo Słowo Boże ma tę moc!

W poprzednim wykładzie podejmowaliśmy temat naszego stosunku do władzy zwierzchniej [Rz 13,1-7]. Teraz będziemy mówić o miłości bliźniego. Czytamy wersety od 8. do 10.: „Nikomu nic winni nie bądźcie prócz miłości wzajemnej; kto bowiem miłuje bliźniego, zakon wypełnił. Przykazania bowiem: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj i wszelkie inne w tym słowie się streszczają: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Miłość bliźniemu złego nie wyrządza; wypełnieniem więc zakonu jest miłość” [Rz 13,8-10].

Słowo Boże naucza nas tutaj, że nie powinniśmy być nikomu nic winni. Podkreślmy to. Dobrze jest, gdy nikomu nie jesteśmy nic winni. Nie należy chwytać się innego fragmentu Słowa Bożego, mówiącego, że jeśli ktoś komuś pożycza, to nie powinien oczekiwać zwrotu. Wielu chrześcijan tak właśnie się odnosi do tych, którzy im coś pożyczyli. Bezczelnie twierdzą, że ich wierzyciele nie powinni oczekiwać zwrotu, gdyż tak jest powiedziane w Piśmie Świętym. Niech się ćwiczą w swoim chrześcijaństwie, podczas gdy oni przez całe miesiące, a nawet lata, nie oddają im tego, co oddać powinni! Z tego fragmentu płynie ważna nauka: Jeżeli macie gdzieś jakiś dług, to trzeba go oddać! Trzeba zrobić wszystko, żeby dług uregulować! Powtórzmy, co mówi Słowo Boże: „Nikomu nic dłużni nie bądźcie (...) oprócz miłości wzajemnej”.

Jeśli chodzi o miłość, to w tej sferze jak najbardziej zawsze powinniśmy się czuć dłużnikami. Patrząc na brata, na siostrę, na sąsiada, na kogokolwiek, powinniśmy czuć się tak, jakbyśmy byli im dłużni miłość. Dlaczego to jest takie ważne i w jaki sposób ta postawa praktycznie pomaga nam we właściwych stosunkach międzyludzkich? Otóż na pewno wiemy z życiowego doświadczenia, że jeżeli jesteśmy czyimiś dłużnikami, to w stosunku do tego człowieka zachowujemy się jakby trochę bardziej poprawnie. To znaczy dbamy bardziej o właściwe kontakty z tą osobą, żeby jej nie urazić, żeby być dla niej miłym. Bardziej się z taką osobą liczymy, bo przecież ona nam pożyczyła i my jesteśmy jej dłużnikami.

Jeżeli udalibyśmy się do jakiegoś brata czy siostry, by pożyczyć pięć tysięcy złotych, co znaczyłoby, że jesteśmy w problemie, że musiało nas naprawdę mocno przycisnąć, i ten brat zgodziłby się nam pożyczyć, to powiedzielibyśmy wtedy, że jest on naszym przyjacielem. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” – głosi znane przysłowie. W tym jednym momencie, przez to, że staliśmy się jego dłużnikami, urósł on w naszych oczach. Gdy odchodzimy, gdy rozmawiamy z innymi, cenimy sobie wielce tego brata i dobrze mówimy o nim, a gdy usłyszymy, że ktoś gdzieś źle o tym bracie się wypowiada, bronimy jego imienia. Przecież komuś, komu zawdzięczamy pomoc, nie będziemy pluć w oczy, nie będziemy się do niego źle odnosić! Chociaż byśmy nawet z natury byli złymi ludźmi i zazwyczaj inaczej się odnosili do ludzi, to jednak w tym przypadku przełamujemy się, ponieważ to jest człowiek, któremu coś w życiu zawdzięczamy. Pamiętam, że gdy w czasach szkolnych pewnemu chłopakowi siejącemu postrach na szkolnych korytarzach parę razy pomogłem w nauce, to potem stał za mną murem i nie pozwolił mnie tknąć.

Tę ludzką sytuację odnieśmy i zastosujmy do kwestii bycia dłużnikiem miłości wzajemnej. Pomyślmy, jak wiele się zmieni, gdy będziemy w ciele Chrystusowym czuć się względem siebie, jako dłużnicy miłości? Gdy zaczynamy o sobie myśleć, że pożyczyliśmy od siebie nawzajem sporo tej miłości i że mamy tę miłość sobie z wdzięcznością oddawać – to takie podejście zmienia nasze wzajemne stosunki. Nie bez kozery ten fragment jest oddany w taki sposób. „Nikomu nic winni nie bądźcie prócz miłości wzajemnej; kto bowiem miłuje bliźniego, zakon wypełnił”. Bez miłości bliźniego nie ma mowy o wypełnieniu zakonu.

Kiedyś Pan Jezus został przez znawcę zakonu zagadnięty o najważniejsze przykazanie. Możemy o tym przeczytać w ewangelii Mateusza 22,35-40: „A jeden z nich, znawca zakonu, wystawiając go na próbę, zapytał: Nauczycielu, które przykazanie jest największe? A On mu powiedział: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy”.

W rzeczywistości nie potrzeba żadnych innych przykazań i żadnych innych przepisów. Nie potrzeba szczegółowych 613-tu przepisów judaizmu. Pan Jezus powiedział, iż w tych dwóch przykazaniach, w przykazaniach miłości, streszcza się wszystko! I chociaż to wezwanie  do miłości znane jest od samego początku istnienia Kościoła, to jednak tutaj, w trzynastym rozdziale Listu do Rzymian przykazanie miłości pojawia się znowu. Oznacza to, że gdy ktoś staje się chrześcijaninem, to miłość w sposób naturalny nie wsiąka w niego, tak że już nierozerwalnie jest w nim i już nie ma on możliwości innego zachowania. Gdyby tak było, to Słowo Boże nie wzywałoby nas do miłości.

Okazuje się, że ciągle miewamy problemy z miłością wzajemną, z miłością bratnią. Tu nie chodzi o taką miłość, która kryje się pod słowem „przyjaźń”. Nie chodzi tu o miłość określaną z grecka „filadelfia” czyli przyjaźń braterską – najwyższy poziom wzajemnych uczuć i relacji, jakie mogą się wytworzyć pomiędzy ludźmi. Tu chodzi o miłość „agape”, o miłość, która jest bezwarunkowa. Chodzi o miłość, która jest raczej decyzją woli, niż serca człowieka. To jest postawa serca niezależna od tego, co ktoś inny zrobił w stosunku do nas. Ktoś może być nam nieżyczliwy, lecz my mamy taką postawę, jakbyśmy byli mu dłużni życzliwość w stosunku do niego. Chociaż ktoś będzie się nam odgrażać, robić nam na złość, chociaż będzie nas oczerniał, my jednak będziemy w sposób niestrudzony i niezachwiany nadal dla niego życzliwi.

O taką postawę chodzi w tym fragmencie. O postawę miłości bezwarunkowej. Takiej miłości, jaką Bóg ma do wszystkich ludzi. Jego słońce świeci nad jednymi i drugimi, deszcz pada i na  dobrych, i na złych. Taki jest Bóg i takimi my mamy się stawać.

Jednak, jeśli chodzi o taką miłość, to – niestety – mamy problemy. Potrafimy miłować tych, którzy nas miłują i potrafimy odpowiedzieć pięknie tym, którzy do nas pięknie przemówili. Tacy wspaniałomyślni jesteśmy! Dopóki nie ma jakiegoś punktu zapalnego, czy konfliktu interesów, dopóki panuje sielanka bratersko-siostrzana, dopóki nie zetkniemy się bliżej w rozmaitych okolicznościach, bo np. zaczęliśmy razem pracować lub razem realizować jakiś projekt, dopóty się wręcz kochamy. Lecz gdy dochodzi do konfliktu interesów, pojawia się ta kwestia. Wtedy dzieje się tak, jak w pewnej bajce Iwana Kryłowa o przyjaźni psów:

Koło kuchni pod oknem stojącym otworem
Wygrzewali się w słońcu pies As z psem Azorem,
Choć im raczej pilnować należało wrót;
Ale gdy się najadły w bród –
A trza wiedzieć swoją drogą,
Że psy takie rozpieszczone
W dzień nie warczą na nikogo –
Na rozmowy się puściły uczone
O przeróżnych różnościach: o ich pieskiej służbie,
O złu i dobru, a w końcu o drużbie.

„Czy być może – As rzecze – przyjemniej i raźniej,
Jak gdy dwa serca bratnie złączą się w przyjaźni?
Żeby sobie wzajemnie oddawać usługi,
Nie jeść, gdy je ten drugi,
Walczyć, gdy trzeba, choć na śmierć,
Za swego przyjaciela sierść,
I zawsze wzajem patrzeć sobie w oczy,
I tylko na ten moment wyglądać uroczy,
Żeby czym przyjaciela ucieszyć, ubawić,
Na jego szczęście całe swe szczęście postawić!
Więc gdyby nas na przykład taka siła,
Taka przyjaźń zespoliła
To, jak się chyba nie mylę,
Anibyśmy spostrzegli, jakby nam te chwile
Schodziły prędko i mile”.

„Otóż to! – odrzekł Azor – z dawna mnie to boli,
Że przy dworze tym samym, w tejże służąc roli,
Nie możemy jednego dnia przeżyć bez bitki.
Dlaczego? Skąd ten nawyk brzydki?
Nie głodno nam, nie chłodno, a jednak, niestety,
Wstyd pomyśleć! Wszak przyjaźń, wierność to zalety,
Którymi z dawien dawne pies we świecie słynie,
Nie masz ich jednak wśród naszych psów ninie,
Zupełnie jak wśród ludzi”.

„Nie masz, ale się teraz dzięki nam obudzi”.
Rzekł As: „My damy przykład!” „Daj łapę!” „Wspaniale!”
I nowe druhy nuż się obejmować,
Nuż się całować!
Nie wiedzą już, co mówić w tym radosnym szale:
„Mój Oreście!” „Piladzie!” „Precz swary, zawiść, złość!”

Wtem kucharz na nieszczęście rzucił z okna kość.
I oto druhy nasze już lecą w zawody!
Cóż z tych przyrzeczeń zostało i zgody?
Pilades z Orestesem żrą się i tarmoszą,
Że aż się kłaki z nich wkoło roznoszą;
Aż rozdzielił ich w końcu kubeł zimnej wody.

Przyjaciół takich dziś na świecie wiele.
Ale te ich przyjaźnie wszystkie jednakowe:
W słowach to zda się jeden duch w dwoistym ciele,
Lecz spróbuj kość im rzucić, żrą się jak psy owe.

To życiowa bajka. Niestety, nie omija to Kościoła, nie omija to ludzi wierzących. Czasem, pomimo tego, że dzień wcześniej podawali sobie rękę, mówili do siebie „drogi bracie”, „droga siostro” i nawet życzenia sobie składali, i nawet pomoc sobie okazywali, gdy diabłu udało się podrzucić im jakąś „kość”, to następuje między nimi nieporozumienie, gwałtowna zmiana stanowiska. Ludzie sobie najbliżsi, nie tylko odwracają się do siebie plecami, ale też potrafią kąsać się wzajemnie. 

Słowo Boże powiada: „Miłość bliźniemu złego nie wyrządza” [Rz 13,10]. Miłość Boża nigdy nie jest taka, że kocha, a zarazem rani. Jeżeli ludzie miłują się nawzajem Bożą miłością, to na pewno nie popełnią cudzołóstwa. Werset  9. mówi: „Przykazania bowiem: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj i wszelkie inne w tym słowie się streszczają: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”.

Jeżeli naprawdę miłujemy, to żadnej z tych rzeczy nie uczynimy. Nie będziemy kraść, bo kradzież jest zaprzeczeniem miłości. Nikt nikomu z miłości niczego nie kradnie. Z miłości się nie pożąda, z miłości się nie zabija. Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie pożądaj – to są przykazania, ale gdy jest miłość, to nie potrzeba już żadnego z tych przykazań. Wypełnieniem zakonu jest miłość. 

Chciałbym w tym miejscu zaapelować: Miłujmy się wzajemnie, bo miłość jest z Boga! Każdy, kto się z Boga narodził, miłuje braci i siostry i chodzi w tej miłości. Nie wyrządza nikomu złego ani w słowach, ani w czynach, ani w postawie. Zawsze dba o dobro bliźniego. Nie dopuszczajmy do tego, aby mówienie o miłości było truizmem w naszym gronie, takim starym, oklepanym tematem, który i tak nie będzie miał większego zastosowania w praktyce. Umówmy się, że tak długo będziemy mówić o miłości, aż tę miłość będziemy widzieć na każdym kroku. 

Nie podchodźmy do tego, co Paweł napisał w Liście do Rzymian odnośnie naszego stosunku do władzy, odnośnie naszego życia chrześcijańskiego i miłości bliźniego, jako do przepisów, które ot tak, po prostu są i trzeba je znać, chociaż niekoniecznie zawsze stosować. Tak jak na przykład mamy przepisy drogowe i raczej luźny do nich stosunek. Ponieważ są, to je znamy i teoretycznie stosujemy, ale zazwyczaj jest tak, że dopiero gdy widzimy policjanta, to na dobre przypominamy sobie, że trzeba je stosować.

Jeśli chodzi o te wskazania Słowa Bożego, to werset 11. mówi nam, jaki powinniśmy mieć stosunek do tego, co jest tam napisane: „A to czyńcie, wiedząc, że już czas, że już nadeszła pora, abyście się ze snu obudzili, albowiem teraz bliższe jest nasze zbawienie, niż kiedy uwierzyliśmy” [Rz 13,11]. Oznacza to, że mamy czynić to wszystko nie dlatego, żeby cokolwiek dobrego czynić, ale dlatego, że kończy się czas, że zbliża się koniec tego porządku rzeczy.

Jeśli chodzi o nas, to niewiele nam zostało czasu na to, byśmy mogli to powprowadzać w życie i zmienić, co trzeba. Czas mija bardzo szybko. Coraz bardziej brakuje nam czasu na wiele rzeczy. Czas się skraca, choć doba nadal ma dwadzieścia cztery godziny, choć nadal jest tyle samo minut w godzinie i sekund w minucie. Czasu jest tylko tyle, ile my go mamy w sensie praktycznym. Trzeba więc sobie zadać pytanie: Czy znajdę w ogóle kiedyś czas na uporządkowanie mojego życia, jeśli nie zrobię tego teraz?

Nie raz już było tak, że odłożyliśmy jakąś rzecz na potem, ale potem nie znaleźliśmy już na nią czasu. Tak samo jest w komnacie naszego serca. Wiemy, że parę rzeczy trzeba uporządkować, postawić wszystko na miejscu, odkurzyć, doczyścić, wypolerować, dopilnować, żeby nabrało właściwego kształtu i wyglądu. Jednak my ciągle odkładamy to na potem. Jeśli w zwykłych ziemskich sprawach brakuje nam czasu, żeby wziąć np. kawałek listwy, przyciąć i przybić, aby w naszym domu nie było takiej prowizorki, to o ile bardziej dzieje się tak w naszym wnętrzu duchowym, którego nie widać. To co zewnętrzne, wszyscy widzą. Więc nawet ze wstydu przed sąsiadami w końcu weźmiesz i przytniesz tę wspomnianą listwę. Duszy ludzkiej nie widzą sąsiedzi, ale Pan Jezus widzi. On powiedział do faryzeuszy: „Podobni jesteście do grobów pobielanych, które na zewnątrz wyglądają pięknie, ale wewnątrz są pełne trupich kości i wszelakiej nieczystości” [Mt 23,27].

Duch Święty pewnego dnia odkryje  w nas straszne robactwo, jeśli przez całe lata nie będziemy porządkować swojej duszy. Tak Bóg kiedyś zrobił z Dawidem, gdy przyszedł do niego prorok Natan i zdjął z twarzy Dawida maskę. Słowo Boże mówi nam: „To czyńcie wiedząc, że już czas, że już nadeszła pora, abyście się ze snu obudzili, albowiem teraz bliższe jest nasze zbawienie, niż kiedy uwierzyliśmy”. Jesteśmy bliżej bram zbawienia. Ten czas, który był nam dany, upływa i już go nie wrócimy. Nikt nam też nie zagwarantował, że jutro się jeszcze obudzimy, by można było cokolwiek uporządkować. 

Słowo Boże wzywa: „Noc przeminęła, a dzień się przybliżył. Odrzućmy tedy uczynki ciemności, a obleczmy się w zbroję światłości. Postępujmy przystojnie jak za dnia, nie w biesiadach i pijaństwach, nie w rozpustach i rozwiązłości, nie w swarach i zazdrości. Ale obleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie czyńcie starania o ciało, by zaspokajać pożądliwości” [Rz 13,12-14]. Nie łudźmy się, bracia i siostry,  że kiedyś w przyszłości uporządkujemy nasze życie, że kiedyś poukładamy wszystko, nawrócimy się i coś na dobre zmienimy. Teraz mamy to zrobić! Teraz jest czas, żeby naprawić, co trzeba!

Gdy przemija noc, gdy zaczyna się świt i zaczyna widnieć, to wszystko to, co żyje nocą, włazi czym prędzej do dziur. Gdy biją pierwsze dzwony, gdy nastaje brzask, to znaczy, że już noc przeminęła i wszystko się zmienia. Tak ma być w naszym życiu. „Noc przeminęła, a dzień się przybliżył”. Słowo Boże wzywa nas tutaj do natychmiastowego przygotowania się do dziennego życia, do życia w jasności dnia. A jak się żyje za dnia?

Mamy tutaj sześć obrazów tego, jak się żyje w nocy, w ciemności. Takie życie jest zaprzeczeniem życia za dnia. Z takiego życia trzeba się wycofać, aby można było powiedzieć, że żyjemy, jak za dnia.

Pierwsza rzecz to biesiadowanie. Tu nie chodzi o spotkanie przy lampce wina i kawałku kurczaka na przekąskę. Użyte tutaj greckie słowo oznaczało na początku grupę przyjaciół towarzyszących zwycięzcy w drodze powrotnej z zawodów i gromkimi okrzykami fetujących  jego zwycięstwo. Potem zaczęto nim określać grupę głośnych wyrostków, którzy przewalają się nocą ulicami miasta, niepokojąc jego mieszkańców. Podobnie jak dzisiaj młodzież wracająca z dyskotek zachowuje się tak, jakby całe miasto do nich należało. Słowo Boże mówi, że taki rodzaj zachowania należy do nocy, do ciemności i nawołuje nas do odrzucenia takich uczynków. Chrześcijanin, syn światłości, nie ma co robić w towarzystwie cechującym się uczynkami ciemności.

Kolejną rzeczą jest pijaństwo. W tamtych czasach picie wina było bardzo rozpowszechnione, praktycznie tak, jak dzisiaj u nas picie herbaty. Pito wprawdzie wino rozcieńczone z wodą, ale czasami zdarzało się, że wody brakowało i nie było czym tego wina rozcieńczyć. Ludzie pili więc taki nie rozcieńczony trunek i wkrótce popadali w pijaństwo. Picie wina, które było normalną, codzienną, rozpowszechnioną czynnością, doprowadzać mogło do pijaństwa, które nazwane jest w Słowie Bożym uczynkiem ciemności. Ta myśl dotyczy wielu innych rzeczy w naszym życiu, ponieważ czasem z czegoś, co jest normalne i powszechnie uznane, a nawet właściwe, może zrobić się uczynek ciemności. Tak się dzieje, gdy człowiek przekroczy granice lub tej granicy nie wyczuje. Ta granica jest często bardzo subtelna i można ją zauważyć tylko w Duchu Świętym.

Następnym przykładem uczynków ciemności jest rozpusta. W tamtych czasach czystość moralna nie była uważana za cnotę. Kiedy ktoś dochowywał wierności małżeńskiej swojemu partnerowi, nie miało to społecznie żadnego większego znaczenia. Człowiek korzystał z przyjemności przy każdej nadarzającej się okazji i nie było takich norm, które uznawałyby to, za coś niewłaściwego, za grzech. W tych właśnie czasach Pan Jezus, jako prawdziwa światłość, ustanowił normy, które tak bardzo wyraźnie kontrastowały z tym, co było przedtem. W kazaniu na górze Pan Jezus wypowiadał się na temat cudzołóstwa, mówiąc, że nawet każdy, kto tylko patrzy na kobietę pożądliwie, popełnia z nią cudzołóstwo w swoim sercu. W rozumieniu ludzi tamtego okresu nie istniała taka sytuacja. Słowo Boże mówi jednak, że rozpusta jest uczynkiem ciemności. Uczeń Chrystusa Pana nie może być wodzony za nos przez pożądliwości ciała.

Kolejną rzeczą jest rozwiązłość, w innym tłumaczeniu – bezwstyd i to chyba lepiej oddaje istotę rzeczy. Opisuje bowiem człowieka, który nie potrafi się wstydzić, który zatracił normy i wyczucie, co jest przyzwoite i moralne. Nie zależy mu na reputacji, na godności ludzkiej. Robi publicznie rzeczy wstydliwe i nie potrafi się już nawet zarumienić z tego powodu.

Następnie, Słowo Boże wymienia sprzeczki i swary, czyli ducha niezdrowej rywalizacji, któremu towarzyszy ciągłe napięcie między ludźmi. Rywalizujemy o to, żeby być ważniejszym, żeby mieć więcej, żeby mieć większe względy, żeby być bardziej popularnym. Rywalizujemy o władzę, o poważanie, jednym słowem – o wszystko! A dlaczego? Bo chcemy być aktorem pierwszoplanowym, bo jesteśmy niezadowoleni z życia w cieniu kogoś innego, z bycia na dalszym planie. To jest postawa spod ciemnej gwiazdy,  dosłownie, bo zrodziła się w sercu Lucyfera.

Wracając do listy uczynków ciemności, widzimy, że na szóstym miejscu wymieniona jest zazdrość. Zauważmy, że istnieje zazdrość pozytywna. Podsyca ona w nas determinację, żeby coś dobrego osiągnąć. Jest podłożem gorliwego dążenia do rzeczy szlachetnych i wspaniałych. Taką zazdrość-gorliwość mamy mieć dla sprawy Bożej! Jednakże zazdrość – to przede wszystkim cecha negatywna. Polega ona na patrzeniu złym okiem na bliźniego, tylko  dlatego, że ma coś, czego my nie mamy.  Na przykład dlatego, że jest szlachetny, że potrafi się wspaniale zachować wobec innych. Opanowani zazdrością nie lubimy takich ludzi. Zaczynają nas oni drażnić, a to dlatego, że sami tych cech nie posiadamy, że nam brakuje szlachetności, mądrości itd.

Takie są właśnie uczynki ciemności. Z powodu tego, że dzień się przybliżył i już jaśnieje, a Pan nadchodzi, te uczynki nie mają prawa bytu! Odrzućmy uczynki ciemności! Nie czyńmy starania o ciało, by zaspokajać pożądliwości. Oprócz potrzeb naturalnych, takich jak normalna porcja jedzenia, ani za mało, ani za dużo, jak normalna ilość snu itp., nasze ciało ma także swoje „zachcianki”, swoje pożądliwości. Słowo Boże nawołuje nas, abyśmy potrafili powiedzieć swojemu ciału „nie”! Żebyśmy potrafili postawić tamę, rozsądną granicę. Czytamy w Słowie: „Ale obleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa” [Rz 13,14], co oznacza, że mamy ubrać Jego szatę. Wonność Chrystusową mamy po świecie roznosić. Mamy być do złudzenia tak podobni do Niego, że gdy gdzieś wejdziemy, to ludzie powinni poczuć się tak, jakby to sam Jezus znalazł się wśród nich. 

Pomyślmy więc, jak Pan Jezus by się zachowywał, gdyby wszedł do danego domu lub wjechał do miasta, do którego właśnie się wybieramy. Przyobleczenie się w Jezusa Chrystusa jest przeciwstawieniem się zaspokajaniu zachcianek własnego ciała. Słowa zapisane w końcówce trzynastego rozdziału doprowadziły kiedyś do nawrócenia Augustyna, jednego ze starożytnych ojców Kościoła. Pisał on o tym w swoich wyznaniach. Możemy tam przeczytać, jak kiedyś spacerował po ogrodzie, czując się rozczarowany i załamany, ponieważ nie był w stanie prowadzić dobrego życia. Zasmucony z tego powodu wciąż zadawał pytanie, kiedy wreszcie się to zmieni. Najczęściej odpowiadał sobie: „Jutro”. Aż nagle uświadomił sobie, dlaczego to miałoby być jutro, a nie dziś. Dlaczego nie skończyć ze złem już w tej chwili. Gdy tak się wewnętrznie zmagał i płakał, nagle usłyszał głos: „Weź i czytaj!” Pobiegł więc do swojego przyjaciela, przy którym zostawił księgi z listami Pawła, wziął je do ręki i przeczytał właśnie ten tekst. „Postępujmy przystojnie jak za dnia, nie w biesiadach i pijaństwach, nie w rozpustach i rozwiązłości, nie w swarach i zazdrości. Ale obleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie czyńcie starania o ciało, by zaspokajać pożądliwości”. I wtedy serce jego rozjaśniła pewność. Wtedy znikły wszystkie cienie jego wcześniejszych wątpliwości i rozterek. Bóg przemówił do Augustyna przez to Słowo. Nikt go nie napominał, nie wzywał do upamiętania. Nastąpiło to w taki zwyczajny, mało spektakularny sposób. Przeczytał dokładnie ten fragment Słowa i jego życie zostało zmienione. 

Słowo Boże zawsze, w każdej chwili, może znaleźć drogę do ludzkiego serca. Właśnie dzisiaj może znaleźć drogę do twojego serca, do twojego problemu!  Bez żadnych spektakularnych wydarzeń i niesamowitych okoliczności. W zaciszu twojego serca już dziś może nastąpić kontakt i Bóg przez swoje Słowo coś w tobie włączy. Bądźmy na to otwarci. Słuchajmy uważnie, gdy Słowo Boże jest głoszone, bo gdy będziemy słuchać Jego Słowa, zawsze jest taka szansa! (cdn.)

20 września, 2022

Abyśmy nowe życie prowadzili - wykład 17. [Rz 13,1-7]

[zapis słowa mówionego]

Przechodzimy teraz do rozdziału trzynastego. Czytajmy pierwszych siedem wersetów, mówiących o stosunku wierzącego człowieka do władzy zwierzchniej: „Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione. Przeto kto się przeciwstawia władzy, przeciwstawia się Bożemu postanowieniu; a ci, którzy się przeciwstawiają, sami na siebie potępienie ściągają. Rządzący bowiem nie są postrachem dla tych, którzy pełnią dobre uczynki, lecz dla tych, którzy pełnią złe. Chcesz się nie bać władzy? Czyń dobrze, a będziesz miał od niej pochwałę; jest ona bowiem na służbie u Boga, tobie ku dobremu. Ale jeśli czynisz źle, bój się, bo nie na próżno miecz nosi, wszak jest sługą Boga, który odpłaca w gniewie temu, co czyni źle. Przeto trzeba jej się poddawać, nie tylko z obawy przed gniewem, lecz także ze względu na sumienie. Dlatego też i podatki płacicie, gdyż są sługami Bożymi po to, aby  tego właśnie strzegli. Oddawajcie każdemu to, co mu się należy; komu podatek, podatek; komu cło, cło; komu bojaźń, bojaźń; komu cześć, cześć”.

Bardzo dobrze i budująco brzmi to Słowo w naszych uszach. Uszach chrześcijan żyjących w XXI wieku, kiedy to zdarza nam się mieć wręcz chrześcijańską władzę, gdy możemy widzieć, jak ludzie władzy nie kryją swoich poglądów chrześcijańskich i walczą o wartości chrześcijańskie w społeczeństwie. Jednak trzeba nam pamiętać, że odczytany tekst napisany został w całkiem odmiennych okolicznościach. Napisano go w czasach Imperium Rzymskiego, ok. roku 58, czyli w latach, kiedy władcą Imperium był cesarz Neron. Kojarzymy Nerona z książek, filmów i chyba wszyscy z grubsza wiemy, jaki on był. Wiemy nie tylko to, że był szalony i niepoczytalny w niektórych swoich decyzjach. Nie tylko był obłąkanym artystą, który dla realizacji swoich dewiacji artystycznych gotów był spalić swoje miasto, a potem oskarżyć o to chrześcijan. Nie tylko siał taki postrach wśród ludzi, że wszyscy musieli mu bić brawa, kiedy występował ze swoją mierną twórczością, bo inaczej straciliby życie. Wiemy nie tylko to, że był to rozwiązły człowiek, który wprowadzał swoich poddanych w jeszcze większe grzechy. Wiemy również to, że był on wielkim prześladowcą Kościoła!

Właśnie do chrześcijan żyjących w Rzymie, do ludzi, którzy na co dzień słyszeli o tych wyczynach cesarza, skierowany jest ten tekst. Jak wiadomo, zbory judeochrześcijańskie składały się z wierzących Żydów, a wiemy, jaki stosunek mieli Żydzi do rzymskiej władzy. Jak na przykład odnosili się oni do kwestii rzymskiej okupacji Judei. W społeczeństwie żydowskim istniało przecież stowarzyszenie zelotów, ludzi, których dzisiaj – być może – nazwalibyśmy terrorystami. Nosili oni przy sobie długie noże, mieszali się z tłumem i w zgodzie ze swoim najświętszym przyrzeczeniem obrony własnego narodu i nienawiści do Rzymian, wykorzystywali okazje, by dźgnąć jakiegoś Rzymianina. Mówiąc krótko, Żydzi nienawidzili i nie uznawali władzy rzymskiej, bo tylko Bóg miał prawo być nad nimi. Właśnie do chrześcijan wywodzących się z takiego środowiska św. Paweł skierował odczytane przed chwilą słowa.

Pomyślmy też o tym, jaki jest nasz własny stosunek do władzy. Potrzebne jest to, by nasz odbiór Słowa był pełny. Jaki jest nasz stosunek do zwierzchności, najpierw w sensie władzy świeckiej, a następnie kościelnej? Jak wyrażamy się o władzy świeckiej? Chociaż czasem mamy władzę nienajgorszą, to w naszych opiniach jest ona wiadomo jaka. Mówi się o nich, że „są przy korycie”, że jak się „nachapią”, to potem przyjdą następni. Tak się mówi o władzy. Jakaż ona jest zła!

A w Kościele? Ach, jakże wszyscy miłują zwierzchność w Kościele! Prezbiterów, Radę Naczelną Kościoła, pastora, starszych – ach, jak wszyscy ich kochają! Niechby tylko ktoś ośmielił się powiedzieć coś dwuznacznego na temat pastora, to nie przeżyje do jutra, bo wszyscy przecież bardzo „kochają” zwierzchność w zborze!

Nieprawda? No właśnie – nieprawda. Taki niestety mamy stosunek do wszelkiej zwierzchności. Tak już jest i właśnie dlatego Słowo Boże wzywa nas wszystkich do uległości i poddania się władzy zwierzchniej. Jakby nie czytać tego tekstu, jakby nie próbować go zrozumieć, nasuwa się, po pierwsze, jedno: „Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga” [w. 1]. A więc właśnie! Słowo Boże objawia nam tutaj, że każda władza jest od Boga. Czy to możliwe? Czy tu czasem nie wkradł się jakiś błąd drukarski? Każda władza jest od Boga? A ta nasza? A ta ich? To jest władza od Boga?!

Otóż Słowo Boże mówi nam, że każda. Zarówno ta ustanowiona  w obrębie Kościoła, jak i ta świecka. Świadectwo tego znajdujemy w dwóch innych miejscach w Biblii. W Księdze Daniela 4,14 czytamy: „Na rozstrzygnięciu stróżów opiera się ten wyrok, a sprawa jest postanowiona przez świętych, a to w tym celu, aby żyjący poznali, że Najwyższy ma moc nad królestwem ludzkim; daje je, komu chce, może nad nim ustanowić najuniżeńszego z ludzi”. Najwyższy daje władze komu chce. Inne miejsce to wypowiedź Pana Jezusa podczas rozmowy z Piłatem, kiedy ten drugi twierdzi, że ma moc zrobić z Jezusem, co tylko zechce. W Ewangelii Jana 19,11 czytamy odpowiedź Jezusa: „(...) Nie miałbyś żadnej władzy nade mną, gdyby ci to nie było dane z góry (...)”. Znaczy to, że Piłat, namiestnik rzymski, posłany do Judei przez szalonego cesarza, był tam, bo Bóg go tam postawił. 

Każda władza jest od Boga, zarówno ta, która naszym zdaniem jest dobra, jak i ta, która według nas jest zła. Kiedy otwieramy Pierwszy List Piotra 2,13, czytamy takie słowa: „Bądźcie poddani wszelkiemu ludzkiemu porządkowi ze względu na Pana, czy to królowi jako najwyższemu władcy, czy to namiestnikom, jako przezeń wysyłanym dla karania złoczyńców, a udzielania pochwały tym, którzy dobrze czynią. Albowiem taka jest wola Boża, abyście dobrze czyniąc, zamykali usta niewiedzy ludzi głupich, jako wolni, a nie jako ci, którzy wolności używają za osłonę zła, lecz jako słudzy Boga. Wszystkich szanujcie, braci miłujcie, Boga się bójcie, króla czcijcie”.

Dla tych, którzy uważnie czytają Stary Testament, zdumiewające stało się w pewnym momencie to, że Bóg przyznaje się do związku z ludźmi, którzy z etycznego, moralnego punktu widzenia byli źli. Weźmy na przykład Asyrię. Było to mocarstwo, które wyrządziło wiele krzywdy innym, mniejszym narodom. A jednak w Księdze Izajasza 10,5 czytamy tak: „Biada Asyryjczykowi, lasce mojego gniewu, w którego ręku jest rózga mojej zawziętości”. W tym samym rozdziale, wersety 10. i 11. mówią: „Jak moja ręka dosięgła państw bożków, których posągi były liczniejsze niż jeruzalemskie i samaryjskie, jak uczyniłem Samarii i jej bałwanom, tak uczynię Jeruzalemowi i jego bałwanom (...)”. Bóg powiedział tutaj, że Asyria była laską jego gniewu, rózgą jego zawziętości. Bóg posługiwał się tym mocarstwem, by wykonać swoje wyroki.

W Księdze Jeremiasza 25,9 czytamy: „Oto Ja poślę i zbiorę wszystkie plemiona z północy – mówi Pan – i poślę po Nebukadnesara, króla babilońskiego, mojego sługę, i sprowadzę ich na tę ziemię i na jej mieszkańców, i na wszystkie narody dokoła. I zniszczę je doszczętnie, i uczynię je przedmiotem zgrozy, pośmiewiskiem i hańbą na zawsze”. Bóg nazwał Nabukadnesara swoim sługą? 

Jakież to budujące, kiedy możemy usłyszeć w oparciu o Słowo Boże, że jesteśmy sługami Bożymi. To wielki zaszczyt. A Bóg nazwał tak tego barbarzyńcę, który, gdy najechał Jerozolimę, bez skrupułów mordował wszystkich, nawet niemowlęta. Oczywiście, mówiąc, że wszelka władza jest od Boga, trzeba podkreślić, że nie każdy sposób dochodzenia do władzy i sprawowania władzy jest zgodny z wolą Bożą. 

Biorąc pod uwagę władzę świecką, możemy powiedzieć, że zasadniczo nie jest ona z woli Bożej, a jedynie z Bożego dopustu. To znaczy, że ludzie sami, bez pytania o wolę Bożą, ustanawiają sobie władzę, a Bóg do tego dopuszcza. Każdy naród ma władzę albo z woli Bożej, albo z Bożego dopustu. 

Kiedy naród modli się o władzę, gdy wybierając ją, prosi Boga o światło, to Bóg błogosławi i obdarza ten naród władzą z woli Bożej. Kiedy naród lekceważy Boga i wybiera po swojemu, to Bóg dopuszcza tę władzę. W 1. Księdze Samuela 8,1-10 mamy przykład: „A gdy się Samuel zestarzał, ustanowił swoich synów sędziami nad Izraelem. Starszemu jego synowi było na imię Joel, młodszemu zaś Abiasz. Byli oni sędziami w Beer-Szebie. Lecz jego synowie nie chodzili jego drogami, gonili raczej za zyskiem, brali datki i naginali prawo. Zebrali się tedy wszyscy starsi izraelscy, przyszli do Samuela do Ramy i rzekli do niego: Oto zestarzałeś się, a twoi synowie nie chodzą twoimi drogami, ustanów więc nad nami króla, aby nas sądził, jak to jest u wszystkich ludów. 

Ale Samuelowi nie podobało się to, że mówili: Daj nam króla, aby nas sądził. I modlił się Samuel do Pana. A Pan rzekł do Samuela: Wysłuchaj głosu ludu we wszystkim, co mówią do ciebie, gdyż nie tobą wzgardzili, lecz mną wzgardzili, bym nie był królem nad nimi. Zgodnie ze swoimi postępkami, jak postępowali ze mną od dnia, gdy wyprowadziłem ich z Egiptu, aż do dnia dzisiejszego, porzucając mnie, aby służyć innym bogom, tak postępują oni także z tobą. Otóż teraz usłuchaj ich głosu. Ostrzeż ich jednak uroczyście i podaj im do wiadomości uprawnienie króla, który będzie nad nimi królował. I powiedział Samuel wszystkie te słowa Pana ludowi, który domagał się od niego króla”.

Widzicie, jaka była atmosfera tego zdarzenia? Bóg powiedział po prostu: Chcą? Niech mają! To nie było wyrazem woli Bożej. Gdy Bóg chciał coś zrobić, to pobudzał takiego Samuela i mówił mu: Idź i zrób tak i tak! W tej historii to nie Bóg był inicjatorem wyboru, a naród. A Bóg dopuścił do tego. Znamy dalej historię Saula, jak szybko jego lot się załamał, jak niedaleko zaleciał, jak nieposłuszeństwo Bogu przerwało jego królewską karierę.

Są więc takie sytuacje, kiedy władza nie jest kwestią woli Boga, ale Jego dopustu. Niemniej jednak każda władza jest od Boga. Każda władza ma być traktowana, jako wyraz rządów Bożych na tej ziemi. Księga Przypowieści 8,15 mówi: „Dzięki mnie królują królowie i władcy wydają sprawiedliwe prawa”. Niezależnie od tego, w jaki sposób ludzie dochodzą do władzy, czy zgodnie z wolą Bożą, czy w sposób samowolny, uzurpatorski i bezprawny, Słowo Boże wzywa nas, abyśmy byli poddani władzom zwierzchnim, bo nie ma innej władzy, jak tylko od Boga. I przeciwstawianie się władzy oznacza przeciwstawianie się Bogu, bo: „(...) kto się przeciwstawia władzy, przeciwstawia się Bożemu postanowieniu (...)” [Rz 13,2].

Mamy w Biblii przykład, jak kiedyś w Izraelu duża grupa ludzi przeciwstawiła się Bożemu porządkowi.  Zbuntowali się przeciwko władzy w narodzie, będącej powiązaniem władzy duchowej i kapłańskiej z władzą administracyjną. Chodziło o to, że Mojżesz, przywódca Izraela, zgodnie z objawioną mu wolą Bożą, powołał na kapłana, Aarona, swojego brata. I oczywiście wkrótce znaleźli się tacy, którym się to nie spodobało: Rodzinką się obstawia! Teraz razem będą nami rządzić!

Otwórzmy Czwartą Księgę Mojżeszową 16, 1- 33: „Wtedy Korach, syn Jishara, syna Kehata, syna Lewiego, oraz Datan i Abiram, synowie Eliaba, i On, syn Peleta, z synów Rubena, zbuntowali się przeciwko Mojżeszowi, a wraz z nimi dwustu pięćdziesięciu mężów izraelskich, książąt zboru, powoływanych na uroczyste zebrania, mężów znakomitych, połączyli się, by wystąpić przeciwko Mojżeszowi i Aaronowi, i rzekli do nich: Dość tego! Cały bowiem zbór, wszyscy w nim są święci, i Pan jest wśród nich; dlaczego więc wynosicie się ponad zgromadzenie Pańskie?

Gdy to Mojżesz usłyszał, padł na oblicze swoje, a potem przemówił do Koracha i do całego jego zastępu: Jutro ukaże Pan, kto jest jego i kto jest święty, i może zbliżyć się do niego; kogo zaś wybierze, temu pozwoli zbliżyć się do siebie. Tak uczyńcie, ty, Korach i wy, i cały zastęp jego: Weźcie sobie kadzielnice i włóżcie w nie ogień, i jutro nasypcie nań kadzidła przed Panem; ten mąż, którego Pan sobie obierze, będzie świętym; dość tego, synowie Lewiego! 

I rzekł Mojżesz do Koracha: Posłuchajcie, synowie Lewiego! Czy wam było za mało, iż Bóg Izraela wyróżnił was w zborze izraelskim, aby was zbliżyć do siebie, byście mogli sprawować służbę w przybytku Pańskim i stawać przed zborem, aby im służyć? Pozwolił tobie, a z tobą wszystkim twoim braciom, synom Lewiego, zbliżać się do siebie, a wy żądacie jeszcze i kapłaństwa? Dlatego ty i cały twój zastęp połączyliście się, aby wystąpić przeciwko Panu, kim zaś jest Aaron, że szemrzecie przeciwko niemu? 

I rozkazał Mojżesz przywołać Datana i Abirama, synów Eliaba, lecz oni odpowiedzieli: Nie przyjdziemy! Czy mało tego, że nas wyprowadziłeś z ziemi opływającej w mleko i miód, aby nas wygubić na pustyni, że jeszcze chcesz narzucić się nam jako władca? Wszak nie wprowadziłeś nas do ziemi opływającej w mleko i miód ani nie dałeś nam w posiadanie pól i winnic. Czy chcesz tym mężom wyłupić oczy? Nie przyjdziemy! 

Wtedy Mojżesz bardzo się rozgniewał i rzekł do Pana: Nie zważaj na ich ofiarę. Nie wziąłem od nich ani jednego osła, ani też nikogo z nich nie skrzywdziłem. 

I rzekł Mojżesz do Koracha: Ty i cały twój zastęp oraz Aaron stawcie się jutro przed Panem. Weźcie każdy swoją kadzielnicę i nałóżcie na nie kadzidła, i złóżcie przed Panem każdy swoją kadzielnicę, razem dwieście pięćdziesiąt kadzielnic; ty i Aaron też, każdy ze swoją kadzielnicą. I wziął każdy swoją kadzielnicę, i włożyli w nie ogień, i nasypali kadzidła, i stanęli u wejścia do Namiotu Zgromadzeniu, a także Mojżesz i Aaron. Korach zgromadził naprzeciw nich cały zbór u wejścia do Namiotu Zgromadzenia i wtedy ukazała się całemu zborowi chwała Pańska. 

I przemówił Pan do Mojżesza i do Aarona tymi słowy: Odłączcie się od tego zboru, a Ja ich zniszczę w mgnieniu oka. Lecz oni upadli na swoje oblicza i rzekli: Boże, Boże duchów wszelkiego ciała! Czy jeżeli zgrzeszy jeden mąż, będziesz się gniewał na cały zbór? 

Wtedy odezwał się Pan do Mojżesza tymi słowy: Przemów do zboru tak: Oddalcie się z obrębu mieszkań Koracha, Datana i Abirama. I wstał Mojżesz, i poszedł do Datana i Abirama, a za nim poszli starsi izraelscy. I przemówił do zboru tymi słowy: Odstąpcie od namiotów tych bezbożnych mężów. Nie dotykajcie niczego co do nich należy, abyście nie zginęli przez wszystkie ich grzechy. I oddalili się od mieszkań Koracha, Datana i Abirama. Datan zaś i Abiram wyszli i stanęli u wejścia do swoich namiotów ze swoimi żonami, synami i dziećmi. 

A Mojżesz rzekł: Po tym poznacie, że Pan mnie posłał, abym dokonał wszystkich tych czynów, i że z własnej woli nic nie czyniłem: Jeżeli oni umrą taką śmiercią jak wszyscy ludzie i spotka ich los wszystkich ludzi, to nie Pan mnie posłał. Lecz jeżeli Pan dokona rzeczy nadzwyczajnej, że ziemia otworzy swoją czeluść i pochłonie ich oraz wszystko, co do nich należy, i żywcem zstąpią do podziemi, wtedy poznacie, że ci mężowie zbezcześcili Pana. 

A gdy wypowiedział wszystkie te słowa, rozstąpiła się ziemia pod ich nogami. Ziemia rozwarła swoją czeluść i pochłonęła ich oraz ich domy i wszystkich ludzi Koracha i cały ich dobytek. Oni zaś wpadli ze wszystkim, co mieli, żywcem do podziemi, a ziemia zamknęła się nad nimi; tak zginęli spośród zgromadzenia”.

Cóż za niesamowita historia! Niezły bunt się zrobił w Izraelu. Zbuntowali się ważni ludzie –  prawdziwa śmietanka narodu. To byli ludzie, którzy mogli sprawować służbę Pańską. Byli lewitami. Wchodzili do przybytku Pańskiego, mieli dostęp do tego co święte. Niesamowite, że Bóg tak zareagował, kiedy ktoś przeciwstawił się Bożemu porządkowi, nazywając go ludzkim porządkiem i poplecznictwem.

Takich przykładów w Słowie Bożym jest więcej. Przeciwstawianie się władzy jest przeciwstawianiem się Bogu i w jakiś sposób sprowadza karę. Na szczęście ziemia nie rozstępuje się  pod każdym, bo nie wiem, jak poorany byłby nasz kraj, gdyby tak się działo z każdym, kto przeciwstawia się władzy, tj. Bożemu porządkowi. 

Słowo Boże uczy nas w tym fragmencie, że władza, nawet ta świecka, jest na służbie u Boga. Dlaczego? Werset 4. mówi: „(...) tobie ku dobremu (...)”. Co to znaczy? Bóg, troszcząc się o nas, zwykłych ludzi, wyznacza tę władzę, abyśmy mogli normalnie funkcjonować. Przecież gdyby nie ta władza, nie ten ludzki porządek rzeczy, nie wiem jak byśmy tu dojechali do tej kaplicy. Czy nie zastalibyśmy tu zgliszczy albo jakichś pijaczków na tym miejscu? Wszędzie lałaby się krew i byłoby bezprawie. Wystarczy wspomnieć, co działo się w Nowym Orleanie w czasie powodzi w 2005 roku. Gdy zapanowało chwilowe bezkrólewie, natychmiast w wielu ludziach obudziły się żarłoczne bestie.

Na szczęście jest władza, która ma miecz i rozmaite instrumenty prawne, by chronić obywatela. A nad tym wszystkim jest Bóg, który chce, abyśmy mogli wieść ciche i spokojne życie na tej ziemi. 

Już Platon napisał kiedyś, że „państwo chroni człowieka przed dzikimi zwierzętami i dzikimi ludźmi”. Jest w tym wiele mądrości opartej na obserwacji życia. Społeczna i prawna ochrona człowieka, to wola Boża, realizowana przez władzę świecką. Na przykład, dzięki określonemu porządkowi na tym świecie następuje  udostępnianie rozmaitych dóbr i środków technicznych. Na własną rękę  nie bylibyśmy w stanie zapewnić sobie wody, gazu, elektryczności, transportu. Zawdzięczamy to władzy, która ustanawia reguły i pilnuje przy tym porządku. Nikt nie dostałby się do Ameryki, gdyby nie linie lotnicze. Wszystko jest zorganizowane. Wystarczy kupić bilet i polecieć. To takie proste i banalne, ale czasem tego nie zauważamy i myślimy o władzy źle. Ona zaś jest u Boga na służbie, dla naszego dobra. Kiedy w ten sposób spojrzymy na rządzących, gdy zauważymy, że oni świadomie lub nieświadomie działają dla naszego dobra, to już nie chce nam się na nich tak pluć. To wtedy nawet się za nich pomodlimy, żeby lepiej rządzili, żeby było im łatwiej, żeby mądre decyzje mogli podejmować.

Tak właśnie naucza Słowo Boże. Mamy się modlić o władzę. Mało tego. Jeżeli każda władza jest na służbie u Boga i to dla naszego dobra, to wobec tego coś tej władzy jesteśmy winni. Już sam rozsądek nam coś takiego podpowiada, a Słowo Boże to uściśla i poucza nas, że mamy być ulegli wobec władzy. Co to znaczy? Czy znaczy to, że możemy strajkować, walczyć z władzą, stawiać się i protestować? Czy to jest uległość względem władzy? Nie. Uległością wobec władzy nie jest też bierne podejście typu: A niech się dzieje, co chce. To nie jest żadna uległość, a raczej bierna krytyka władzy. Uległość to czynne stosowanie się do zarządzeń władzy. Gdy kierowca wie, jakie są przepisy dotyczące prędkości, ale nie widząc policji dociska pedał gazu, to nie jest uległość względem władzy. I musimy uderzyć się w piersi, bo kto jak kto, ale wierzący ludzie, mają tutaj wyraźną naukę, że winni być ulegli wobec władzy. Mają stosować się do jej zarządzeń. Jeśli oczekuje się czegoś od obywatela, powinien on się do tego stosować.

Dalej napisane jest, że mamy płacić podatki. Przecież te podatki to kość w gardle, to nasze prawdziwe nieszczęście! Wszyscy chcieliby uniknąć płacenia tak wysokich podatków. Jeśli jednak przyjmiemy to, co mówi Słowo Boże, a mianowicie, że władza jest sługą Boga dla naszego dobra – to jak miałaby ona sprawować tę służbę,  gdyby nie miała na to środków materialnych. A podatki to są właśnie środki na to, by władza mogła realizować zadania względem i dla dobra obywateli. Kiedy płacimy podatki, udzielamy pomocy ludziom będącym przy władzy, aby mogli spełnić swoje zadania. Kiedy unikamy podatków, to nie wspieramy tego, kogo Bóg postawił, by działał dla naszego dobra. To, w jaki sposób działa, to już inna sprawa i nie nam to oceniać, w każdym razie, nie podczas tego rozważania. Jednakże dzięki tej władzy mamy oświetlone ulice i gaz w rurach, i drogi przynajmniej połatane.

Dalej czytamy o cle. Jeśli komuś należy się cło, to trzeba mu je zapłacić. Przecież jak świat światem, nikt celników nie lubił. Jednak Słowo poucza, że mamy cło płacić, bo cło to pomoc gospodarce własnego kraju, aby mogła osiągnąć taki poziom, jaki jest w tym kraju, z którego przywozimy towary, by nie trzeba było stamtąd ich przywozić. Jeżeli ktoś myśli o cle tylko jako o czymś negatywnym, to rozmija się z wolą Bożą.

Słowo Boże mówi także, że należy szanować władzę. Uległość to jedna sprawa, a poszanowanie to co innego. Można ulec policjantowi, który z pałką stoi przy nas i ze spuszczoną głową przyznać się do winy, bo się go boimy, ale wcale tego policjanta nie szanować. Gdy tylko się oddali na kilkadziesiąt metrów, nierzadko jest obsypywany różnymi epitetami.

Trzeba szanować władzę. Wszelką zwierzchność! Dlaczego jest to takie ważne? Dlatego, że ludzie, którzy sprawują władzę, narażeni są na szereg stresów i napięć. Są to ludzie, którym nie jest łatwo. Na pewno większość z nas nie chciałoby życia tych ludzi. Myślimy o premierze czy prezydencie, że mu tak dobrze dzięki wybraniu przez naród, ale rzadko kto pomyśli, jak wygląda życie takiego człowieka. On nie może sobie w sobotę do godziny 10. po mieszkaniu w piżamie chodzić. Nie może sobie po godzinie 22. wyłączyć telefonu.

Życie człowieka sprawującego władzę jest pełne stresu. Gdy do tego ludzie nie szanują tej władzy i cały czas ją atakują, to taki człowiek niosący ciężar funkcji publicznej, może się w końcu załamać. No bo po co mu ona do szczęścia? Zaglądają mu do kieszeni, ile zarabia, grzebią w przeszłości, męczą z każdej strony, nękają pytaniami, wyciągają brudy, prawdę i nieprawdę, a nawet jednego dobrego słowa o nim nie powiedzą.

Oto między innymi dlaczego ludzie u sterów władzy tak często się wymieniają. Nie dlatego, że myśmy im zabronili, ale dlatego, że mają tego dosyć. I trzeba to przenieść także na grunt Kościoła, bo tu także brakuje poszanowania zwierzchności duchowej. Niestety bywa tak, że ludzie, którzy pełnią funkcje publiczne w Kościele, nie są szanowani i krążą o nich różne komentarze. Jak to temu pastorowi dobrze, bo nic nie robi, tylko sobie kawę popija i od czasu do czasu z ludźmi pogada.

Warto byłoby się zastanowić, czy te rozmaite komentarze, które docierają do osób pełniących funkcje publiczne w Kościele, czasem nie mogą ich doprowadzić do tego, że się im odechce tej służby. W Pierwszym Liście do Tesaloniczan 5,12 czytamy: „A prosimy was, bracia, abyście darzyli uznaniem tych, którzy pracują wśród was, są przełożonymi waszymi w Panu i napominają was (...)”. Jak to? Mamy szanować kogoś, kto nas upomina, kto wytyka nam nasze błędy? Jak darzyć uznaniem kogoś, kto jest wyrzutem sumienia w  naszym życiu? 

A jednak Słowo Boże mówi nam, by ich szanować. A to dlatego, aby ci ludzie, którzy sprawują tę służbę, choć zawsze będą spotykać się z rozmaitymi negatywnymi komentarzami, mogli spotykać się także z szacunkiem i uznaniem.  Potrzebują tego, bo są zwykłymi ludźmi, którzy też mają określoną wytrzymałość, Dość powszechnie atakowani, przynajmniej od czasu do czasu powinni usłyszeć też coś budującego. Na przykład to, że ich służba jest potrzebna.

Poruszam tę kwestię, byśmy to zrozumieli i stosowali w naszym życiu. Pastor, starsi zboru mogą się zmienić, ale ważne, by zbór stosował się do tego Słowa, byśmy czasem, przeciwstawiając się zwierzchności, nie narazili się na sąd Boży.

Są oczywiście granice uległości wobec ludzkiej zwierzchności. Pamiętamy, kiedy Rada Najwyższa w Izraelu zabroniła Piotrowi i Janowi głosić ewangelię, opowiadać o Jezusie Chrystusie, cóż odpowiedzieli? „Trzeba bardziej słuchać Boga, niż ludzi” [Dz 5,29] i poszli dalej głosić Słowo Boże. Wniosek jest następujący: Nie należy słuchać władzy niższego szczebla, wbrew władzy wyższej. Jeżeli jakiś przedstawiciel władzy mówi nam coś, co stoi w sprzeczności z tym, co mówi wyższa władza, obowiązuje nas to, co mówi władza wyższej rangi. Polecenie kaprala w każdej chwili może być anulowane bezpośrednim rozkazem generała.

Jeżeli jakaś niższa władza wyda polecenie przeciwne temu, co powiedział Bóg, trzeba bardziej słuchać tego, co rozkazał Bóg. Nawet przypłacić to życiem, ale słuchać bardziej Boga, niż ludzi! Jeśli jakaś władza każe nam się zapierać Chrystusa, to nie powinniśmy jej słuchać. Jeśli jakaś władza każe nam krzywdzić drugiego człowieka, to nie musimy jej słuchać, ponieważ Bóg powiedział, że nie wolno wyrządzać krzywdy. Oczywiście, nie mówimy tutaj o aresztowaniu i karaniu przestępców. Każdy chrześcijanin ma w tych sprawach stosowne rozeznanie. (cdn.)

19 września, 2022

Abyśmy nowe życie prowadzili - wykład 16. [Rz 12,14-21]

[zapis słowa mówionego] 

Ostatnio omówiliśmy trzynaście zasad obowiązujących w działaniu, czyli w codziennym życiu wspólnoty chrześcijańskiej.

Pierwsza z nich głosi, że miłość ma być nieobłudna. Jeśli mówię ci, że cię kocham, że się z ciebie cieszę, to naprawdę cię kocham i naprawdę się cieszę. Jeśli się uśmiecham, to jest to prawdziwy uśmiech, a nie jedynie jakiś milszy wyraz twarzy. Między wierzącymi inaczej być nie może. Wierzący mają brzydzić się złem – to druga zasada. Trzecia, że mają lgnąć do tego, co dobre. Po czwarte, że mają być w miłości braterskiej czuli względem siebie. Po piąte, że mamy jedni drugich wyprzedzać szacunkiem. Tak jak kierowca wyprzedza jeden drugiego, tak i uczeń Jezusa chce pierwszy okazać szacunek, wyciągnąć pojednawczą rękę, przywitać się, bo szanuje bliźniego, kimkolwiek jest; stary czy młody, długo wierzący, czy krótko, czy mu się podoba, czy nie, czy widzi w jego oczach życzliwość, czy napięcie. 

Po szóste – w gorliwości nie mamy być leniwi, ale też nie dokuczliwi dla innych. Po siódme – duchem wrzący. Po ósme – Panu służący. Po dziewiąte – nadzieją się radujący. Wierzący zawsze mają nadzieję i powinni się nią radować. Czasem po ludzku nie ma się czym radować, bo jesteśmy chorzy, bo straciliśmy pracę, ale wierzący zawsze mają nadzieję i mogą się nią radować. W utrapieniu, w ucisku, mamy być cierpliwi, mówi dziesiąta zasada. Jedenasta zaś, że w modlitwie winniśmy być wytrwali, niezłomni, a nawet natarczywi. Po dwunaste – potrzeb świętych będący wspólnikami, czyli zaradzający potrzebom świętych. Jeżeli dowiadujemy się, że ktoś jest w potrzebie, automatycznie jest to także nasza potrzeba.  Naszym obowiązkiem jest pomyśleć, jak zaradzić tej potrzebie. Wreszcie po trzynaste – gościnności nie zapominajcie. Odwiedzajcie się. Bądźcie gościnni.

Tych trzynaście zasad życia chrześcijańskiego można by porównać do trzynastu okrążeń murów Jerycha, kiedy to Izraelici zaczęli zdobywać Kanaan. Mury padły po trzynastym okrążeniu. Gdy będziemy stosować tych trzynaście zasad życia chrześcijańskiego na co dzień, mury w relacjach międzyosobowych muszą upaść. Kiedy dopilnujemy, by wszystkie trzynaście zasad były na co dzień praktykowane, zauważymy zmiany w naszym życiu. Trzeba to sobie powtarzać, przypominać i sprawdzać, czy czasem nie odchodzimy od tych zasad. Gdy odejdziemy od jednej z nich, nasze chrześcijaństwo staje się niekompletne. Tracimy wówczas świadectwo i radość.

Idąc dalej w naszych rozważaniach Listu do Rzymian, wychodzimy teraz poza obręb zboru i porozmawiamy o naszych kontaktach z ludźmi niewierzącymi, chociaż będziemy jeszcze oczywiście wracać do naszych relacji z braćmi i siostrami w Chrystusie. Czytamy fragment z dwunastego rozdziału, od 14. wersetu do końca: „Błogosławcie tych, którzy was prześladują, błogosławcie, a nie przeklinajcie. Weselcie się z weselącymi się, płaczcie z płaczącymi. Bądźcie wobec siebie jednakowo usposobieni; nie bądźcie wyniośli, lecz się do niskich skłaniajcie; nie uważajcie sami siebie za mądrych. Nikomu złem za złe nie oddawajcie, starajcie się o to, co jest dobre w oczach wszystkich ludzi. Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie. Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu, albowiem napisano: Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę, mówi Pan. Jeśli tedy łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go; jeśli pragnie, napój go; bo czyniąc to, węgle rozżarzone zgarniesz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.

Na drodze naśladowania Pana Jezusa nieraz spotykamy się z prześladowaniem. Gdy ktoś wstępuje w ślady Jezusa, natrafia na przeciwności i tak już jest. Ci, którzy chcą prowadzić pobożne życie w Chrystusie Jezusie, „prześladowanie znosić będą”, czytamy w Drugim Liście do Tymoteusza [3,12]. Nie jest to przyjemna rzecz. To przykre, gdy ktoś, kto nie ma racji, kto nie ma prawa moralnego, by to robić, dokucza nam, nazywa nas sektą, mówi od rzeczy i w swoich opiniach o nas w ogóle nie trzyma się Słowa Bożego. Jest to przykre i naturalną rzeczą jest, że rodzą się wtedy w człowieku emocje. Jakim prawem?! – oburzamy się i w rozżaleniu cisną się nam do ust ostre słowa. Może ich nie wypowiadamy, ale często w takich momentach mamy je na myśli. 

Słowo Boże powiada nam tutaj, że nie wolno rzucać klątw.  Nie możemy przeklinać. Mamy błogosławić. Pan Jezus w kazaniu na górze powiedział: „Błogosławcie tym, którzy was przeklinają, módlcie się za tych, którzy was krzywdzą” [Łk 6,28]. Cóż znaczą te słowa, że mamy błogosławić naszych prześladowców? Czy miałoby to oznaczać, że wierzący powstaje, wyciąga rękę i patrząc w oczy mówi: Prześladowco, błogosławię cię w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego? Mogłoby to przecież wywołać jeszcze większą wrogość. Nie o to w tym chodzi.

Na szczęście, nie trzeba się wcale domyślać, o co Bogu chodzi, gdy wzywa nas do błogosławienia naszym prześladowcom. Wystarczy popatrzeć na Pana Jezusa i apostołów. Mówiąc krótko, błogosławić, znaczy – życzyć im dobrze, ubolewać z powodu ich grzechu, pragnąć ich upamiętania. Na tym polega błogosławienie i modlitwa o swojego prześladowcę.

Jonasz nie miał postawy błogosławienia Niniwie. Gdy Bóg posyłał go do Niniwy, on tak naprawdę w głębi serca nie chciał, żeby oni się nawrócili. Chciał, żeby zginęli. Wtedy byłby szczęśliwy. Nie miał tej właściwej postawy. Dlatego Bóg go upomniał i Jonasz musiał zmienić swoje zdanie.

Oczywiście, nie wolno nam nie zauważyć, że czasem apostoł Paweł, w natchnieniu Ducha Świętego kierował słowa, które są jakby przekleństwem. W Pierwszym Liście do Koryntian 16,22 czytamy: „Jeśli kto nie miłuje Pana, niech będzie przeklęty”. Także w Liście do Galacjan 1,8, gdy wyrażał troskę o głoszenie zdrowej nauki, stwierdził: „Ale choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty!”

Jest więc w tych przypadkach zapowiedziane przekleństwo, ale nie dotyczy ono sytuacji, kiedy wypowiadający to słowo, mówi je z powodu osobistej krzywdy. Wynika ono z niewłaściwego stosunku do Boga lub do Jego Słowa. Jeżeli ktoś mnie prześladuje, nie wolno mi go przeklinać. Mam mu błogosławić. Jeśli jednak ktoś wypowiada się przeciwko Bogu, odwraca się od Niego, naśmiewa się z Niego, mam prawo go upomnieć: Uważaj, bo wchodzisz w przekleństwo i nie chodzi o to, że ja cię mogę przekląć, ale że jesteś pod przekleństwem Bożym, skoro coś takiego robisz. Jest to jednak marginalna sprawa, o której chciałem tu jedynie wspomnieć.

To, co chcę mocno podkreślić, to przykład Pana Jezusa i apostołów, którzy w prześladowaniach i cierpieniu błogosławili swoich prześladowców. W Dziejach Apostolskich 7,59-60 czytamy: „I kamienowali Szczepana, który się modlił tymi słowy: Panie Jezu, przyjmij ducha mego. A padłszy na kolana, zawołał donośnym głosem: Panie, nie policz im grzechu tego. A gdy to powiedział, skonał”. 

Szczepan modlił się za swoich prześladowców, a wśród nich był Saul, przyszły apostoł Paweł. Pilnując szat oprawców, patrzył z zimną krwią na to, co się działo. Jeden z ojców Kościoła napisał później, że tak naprawdę, to apostoła Pawła zawdzięczamy modlitwie Szczepana. Szczepan modlił się i Bóg go wysłuchał. Nie poczytał im tego grzechu. Nie mógł go poczytać, skoro potem powołał tego człowieka, Saula, aby stał się apostołem narodów. To wspaniały związek. Ofiara modli się za prześladowcę, a potem ten prześladowca nawraca się i staje się wielkim apostołem, który wywiera wpływ na miliony. Chwała Bogu za takie przykłady.

Najbardziej jednak jaśnieje nam przykład Pana Jezusa. W Ewangelii Łukasza 23,34 Pan Jezus, wisząc na krzyżu, powiedział: „(...) Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią”. Modlił się o odpuszczenie im grzechów i nawet jeszcze ich tłumaczył przed obliczem Bożym. Taki jest prawdziwy wstawiennik. Bogu bardzo podoba się taka postawa. Z historii Kościoła wiemy, że widok chrześcijan przebaczających swoim winowajcom i oprawcom nierzadko zdobywał serce tych oprawców. Ktoś powiedział, że największą siłą pociągającą ludzi do chrześcijaństwa było właśnie to pogodne przebaczenie wypowiadane przez męczenników wszystkich wieków. Kiedy mordowano ich, kiedy znęcano się nad nimi, oni z podniesioną głową mówili: Przebaczam ci w imieniu Chrystusa i modlę się o ciebie, abyś zrozumiał swój błąd.

„Błogosławcie tych, którzy was prześladują” – tego właśnie uczy nas Słowo Boże w odniesieniu do naszych prześladowców. „Błogosławcie a nie przeklinajcie”. Ci, którzy rzucali klątwy na swoich prześladowców, na miasta, na całe społeczności, to nie byli prawdziwi uczniowie Pana. A przynajmniej, jak należałoby się domyślać, nie doczytali Słowa Bożego do tego miejsca, bo gdyby doczytali, nie robiliby tego, bo nie jest to zgodne z ewangelią.

Następna ważna, płynąca ze Słowa Bożego, zasada dla nas: „Weselcie się z weselącymi się, płaczcie z płaczącymi” [w. 15]. Prawdą jest, że w relacjach międzyludzkich więzy smutku należą do najsilniejszych. Smutek, jakaś tragedia, potrafi ludzi na dobre połączyć ze sobą. Z historii wiadomo, że wojny bardzo scalają społeczeństwo. Choć wcześniej ludzie żyli niemal tylko sami dla siebie, nie kontaktując się specjalnie między sobą, to gdy przyjdzie wojna, jednoczą się, bo dotknęło ich doświadczenie. Kiedy wydarzy się komuś jakaś tragedia, inni, widząc jego nieszczęście, przychodzą i pocieszają, współczują, płaczą razem z nim. To bardzo scala ludzi między sobą.

Można powiedzieć, że stosunkowo łatwo jest zapłakać z płaczącymi. Nawet najtwardszy człowiek czasem zapłacze, gdy inny płacze. Jednak weselić się z weselącymi, to już nie lada sztuka. Chodzi tu oczywiście o weselenie się w szczęściu, w tym, co dobre. Nie dotyczy to sytuacji, gdy ktoś się weseli, bo sobie podpił lub dlatego, że kogoś oszukał. Czy wówczas powinniśmy się z nim weselić? Czasem trzeba powiedzieć tak, jak naucza Słowo Boże w Liście św. Jakuba: „Biadajcie i smućcie się, i płaczcie; śmiech wasz niech się w żałość obróci, a radość w przygnębienie” [Jk 4,9]. Czasem trzeba kimś potrząsnąć i krzyknąć: Ty się tak nie ciesz człowieku! Normalnie jednak, Słowo Boże wzywa nas do dzielenia radości z weselącymi się. Powinniśmy się szczerze ucieszyć z  tego, co dobre, pozytywne, zdrowe i prawidłowe w życiu drugiego człowieka.

Uwaga! Nie przychodzi to w sposób naturalny. Powiedzmy to wprost: Nie jest tak łatwo weselić się z weselącymi. Jeden z wielkich mężów wczesnego Kościoła, żyjący na przełomie III i IV wieku, Jan Chryzostom, dlatego, że był świetnym kaznodzieją znany także jako Jan Złotousty, tak kiedyś na ten temat napisał: „Większego chrześcijańskiego opanowania wymaga radowanie się z radującymi, niż płacz z płaczącymi. Natura doskonale wypełnia tu swoje zadanie. Nawet zatwardziałe serca potrafią płakać nad nieszczęściem innych. Jednak druga strona wymaga bardzo szlachetnej duszy, która nie tylko powstrzymywałaby się od zazdrości, ale czułaby się naprawdę zadowolona z radości innej osoby”. 

Gdy powiodło się komuś nam bliskiemu, gratulujemy. Kiedy jednak mamy do czynienia z sukcesem kogoś, komu zazdrościmy, wówczas raczej cieszymy się z nieszczęścia tej osoby, a nie z jej sukcesu. Trudniej jest pogratulować sukcesu, niż współczuć pogrążonej w żałobie osobie. Nie znaczy to jednak, że można tego zaniechać. 

Słowo Boże uczy nas, że mamy podzielać radość ludzi, którzy się weselą.  Jeżeli bratu się powiodło, bo kupił mieszkanie, dostał dobrą pracę, podwyżkę itd., wesel się z nim, choć tobie się nie powodzi. Jest to bardzo życiowa okazja do sprawdzania własnej dojrzałości duchowej. Czy potrafimy naprawdę szczerze, nieobłudnie cieszyć się z tego, że komuś się wiedzie, choć nam się nie wiedzie? To wielka sztuka. Nie jest żadną sztuką pogratulować komuś kupna Trabanta, gdy samemu jeździ się Mercedesem. Sztuką jest pogratulować komuś szczerze zakupu Mercedesa, gdy samemu jeździ się starym Trabantem.

Słowo Boże wzywa nas, byśmy nie byli sędziami czyjejś kieszeni, tylko uczyli się weselić z jego sukcesu. Oczywiście, żeby tak mogło być, potrzebna jest śmierć własnego „ja”. Dopóki  żyje nasze „ja”, jest ono strasznie ranione, gdy komuś się wiedzie. Byle głupota zaczyna nas razić, drażnić i czynić nas nieszczęśliwym. Cóż za paradoks: To, że ktoś jest szczęśliwy, czyni nas nieszczęśliwymi. Jeżeli tak bywa, najwyższy czas wziąć się z tą przypadłością za bary!

Czytamy dalej: „Bądźcie wobec siebie jednakowo usposobieni; nie bądźcie wyniośli, lecz się do niskich skłaniajcie; nie uważajcie sami siebie za mądrych” [w. 16]. Słowo Boże wzywa nas tutaj do tego, byśmy wspólnie uczyli się odczuwać to samo. Byśmy starali się być zespoleni. Chrześcijańska społeczność jest bowiem towarzystwem braci i sióstr, jest gronem rodzinnym. W Pierwszym Liście do Koryntian 1,10 czytamy: „(...) abyście wszyscy byli jednomyślni i aby nie było między wami rozłamów, lecz abyście byli zespoleni jednością myśli i jednością zdania”.  To właśnie znaczy – odczuwający tak samo. To jedna myśl, jedno zdanie. W Liście do Filipian 2,2-3 napisane jest: „Dopełnijcie radości mojej i bądźcie jednej myśli, mając tę samą miłość, zgodni, ożywieni jednomyślnością. I nie czyńcie nic z kłótliwości ani przez wzgląd na próżną chwałę, lecz w pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie”. 

Uważać jedni drugich za wyższych od siebie – to nie lada sztuka. Już o tym mówiliśmy wcześniej. Gdy człowiek zaczyna się porównywać z innymi, to jakoś zawsze ten rachunek wychodzi mu na własną korzyść. Mimo wszystko, zdaje mu się, że jest mądrzejszy, większy, starszy, bardziej doświadczony i tak dalej.

Mamy tu także wymienione przeszkody we wzajemnej zgodzie w społeczności zborowej. Pierwszą z nich jest pycha, która chce siebie wynosić. Pycha zawsze szuka dowodów własnej wyższości i innych próbuje uzależnić od siebie. A z tego zawsze wyniknie jakaś niezgoda. „Zuchwałość wywołuje tylko zwady” – czytamy w Księdze Przypowieści 13,10, a w innym przekładzie: „Między pysznymi zawsze są kłótnie”. Jeżeli gdzieś są kłótnie, to znaczy, że jest tam pycha. Napisane jest więc: „(...) nie bądźcie wyniośli, lecz się do niskich skłaniajcie” [w. 16]. Nie myślcie o sobie wysoko, a nisko!

W zborze chrześcijańskim wczesnego Kościoła nie było tak, by zależności, które panowały w świecie, były przenoszone na zbór. Nie mogło być tak, że jeśli w świecie był pan i niewolnik, to i w zborze nadal jeden był panem, a drugi niewolnikiem. To było zdumiewające i stanowiło swego rodzaju ewenement, że w obrębie zboru przestawało się to liczyć, że ktoś tam jest panem, a ktoś inny niewolnikiem. Tutaj obydwaj siadali w jednej ławce, obok siebie. Bywało nawet tak, że niewolnik stawał i głosił kazanie, a pan kulił się w ławce, ponieważ tamten głosił mu Słowo Boże. W zborze Pańskim nie może być tak, że szanuje się profesora, a lekceważy zwykłego pracownika. Wszystkich mamy szanować i przyjąć taką postawę, by skłaniać się do niskich.

Inną poważną przeszkodą w zachowaniu zgody w zborze może być uznawanie siebie samego za mądrego. Praktycznie polega to na tym, że uważamy, iż nasze zdanie jest najlepsze, że jesteśmy najbardziej kompetentni w danych sprawach i wobec powyższego nie musimy słuchać tego, co inni mają nam do powiedzenia. Po co mamy słuchać kogoś młodszego, jakiejś kobiety albo kogoś, kto się dopiero co nawrócił? Nie ma potrzeby ich słuchać, bo przecież to, co my myślimy jest duchowe i słuszne. W ten sposób odrzucamy zdanie innych i wcale się z nim nie liczymy. 

To wielka przeszkoda we wzajemnych relacjach. Słowo Boże powiada tutaj: „(...) nie uważajcie sami siebie za mądrych” [w. 16]. Znaczy to, że potrzebujemy usłyszeć, co inni mają do powiedzenia. Potrzebujemy czyjegoś świadectwa, bo może tak być, że Duch Święty powiedział mu wczoraj, podczas lektury Słowa Bożego, o wiele więcej niż mnie przez całe studia teologiczne. Powinienem to usłyszeć z jego ust i być zbudowany. Taką powinniśmy mieć otwartość. W Księdze Izajasza 5,21 czytamy tak: „Biada tym, którzy we własnych oczach uchodzą za mądrych i we własnym mniemaniu za rozumnych!” W Liście do Rzymian 11,25 Słowo Boże mówi: „A żebyście nie mieli zbyt wysokiego o sobie mniemania, chcę wam, bracia odsłonić tę tajemnicę (...)”. Celem apostolskiej nauki było więc to, by wierzący nie mieli o sobie samych wysokiego mniemania.

Dalej czytamy, że mamy wystrzegać się odpłacania złem za zło. „Nikomu złem za złe nie oddawajcie (...)” [w. 17]. Trzeba tutaj odróżnić oddawanie złem za zło, czyli odwet, od sprawiedliwego karania winowajców za ich przestępstwa. Ludzki wymiar sprawiedliwości nie miałby prawa bytu, gdyby przyjąć ten fragment w sposób ogólny. Jeśli ktoś komuś coś ukradł, to trzeba go zmusić, żeby oddał według ludzkiego wymiaru sprawiedliwości. Działanie przeciwko takiemu złodziejowi jest w gruncie rzeczy dobre, bo inaczej nastąpiłoby całkowite zachwianie wszelkiej sprawiedliwości. 

Dobro może być w niektórych przypadkach odbierane jako zło, niemniej jednak pozostaje dobrem. W Pierwszym Liście do Koryntian, w rozdziale 5. mamy tego przykład, kiedy apostoł Paweł pouczył zbór o oddaniu szatanowi na zatracenie ciała kogoś, kto strasznie grzeszy, aby jego duch był zbawiony. Człowiek ten miał być wystawiony na jakąś karę, cierpienie, aby jego duch był uratowany. W tym przypadku zło odbierane przez tego winowajcę, w gruncie rzeczy jest dobrem, bo ratuje jego duszę. Słowo Boże niezmiennie uczy nas jednak, by człowiek wierzący nie kierował się odwetem w stosunku do drugiego człowieka, by nie szukał zemsty.

Dalej Słowo Boże poucza, że mamy starać się „o to, co dobre w oczach wszystkich ludzi” [w. 17]. Oczywiście, kryterium dobra stanowi to, co Bóg uznaje za dobre, a nie to, co ludzie uważają za dobre. Są jednak takie sprawy, o których Biblia wyraźnie nie mówi, że są dobre lub złe, a są to rzeczy obiektywnie dobre w oczach wszystkich ludzi. O takie rzeczy powinniśmy dbać. To na przykład patriotyzm, poszanowanie środowiska naturalnego czy też powstrzymanie się od publicznego wykonywania pracy w dniu świętowanym przez sąsiadów.

Nigdzie nie jest o tym napisane w Biblii, ale są to rzeczy, które ogólnie w oczach ludzi są właściwe i należy o nie dbać. W Pierwszym Liście do Koryntian 10,32 czytamy: „Nie dawajcie zgorszenia ani Żydom, ani Grekom, ani zborowi Bożemu”. Drugi List do Koryntian 8,21 powiada tak: „Staramy się bowiem o to, co dobre, nie tylko przed Panem, ale i przed ludźmi”. Taki mamy obowiązek. Ważne jest, aby czynić tak nie dla własnej chwały, ale dla chwały Bożej. Ważne, by było jasne, że robimy to ze względu na Boga, gdyż nosimy Jego imię. Wtedy ludzie zobaczą, jak wygląda prawdziwe chrześcijaństwo.

„Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie” [w. 18]. List do Hebrajczyków 12,14 mówi: „Dążcie do pokoju ze wszystkimi (...)”. Oczywiście, czasem utrzymanie pokoju z innym człowiekiem nie jest możliwe, bo wymagałoby to na przykład popełnienia grzechu, a tego chrześcijanin robić nie powinien. Nie zrobi tego nawet dla tzw.  świętego spokoju i miłej zgody z ludźmi. Są granice i trzeba w tym być mądrym. 

Następna myśl: „Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu (...)” [w. 19]. Innymi słowy: Nie brońcie się sami. Chodzi tu nie o klasyczną zemstę, ale o zadawanie bliźniemu we własnej obronie jakiegoś zła. Ktoś nas uderza, więc my, żeby się bronić, też go uderzamy. Słowo Boże przestrzega nas przed tym. Księga Izajasza 50,6 powiada: „Mój grzbiet nadstawiałem tym, którzy biją, a moje policzki tym, którzy mi wyrywają brodę; mojej twarzy nie zasłaniałem przed obelgami i pluciem”. To jest świadectwo. To duch Pana Jezusa tak się modlił.

W Ewangelii Mateusza, w tak zwanym kazaniu na górze, Pan Jezus uczył swoich uczniów nadstawiać drugi policzek. Są trzy powody, by nie bronić się samemu. Po pierwsze, pomsta należy do Boga. On widzi i odpłaci w swoim czasie. Po drugie, dlatego że uprzejmy stosunek do człowieka może poruszyć jego serce. Jeśli jednak zaczynamy pyskować, bronić się i zacietrzewiamy się, wówczas  w tym momencie tracimy szansę na to, by tego człowieka pozyskać dla Chrystusa i zdobyć jego serce. Poprzez uprzejmy stosunek do człowieka, który nas uderza, możemy zjednać jego serce. 

„Jeśli tedy łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go; jeśli pragnie, napój go; bo czyniąc to, węgle rozżarzone zgarniasz na jego głowę” [w. 20]. Nie chodzi tu o to, że on kiedyś i tak dostanie za swoje. Chodzi o to, że gdy okazujemy życzliwość, to jest szansa na to, że jego serce może się rozpalić. Może mu się zrobić wstyd, że on do nas z karabinem, a my do niego z kwiatkiem. Może to go zawstydzić i wzruszyć jego sercem. Może otworzyć jego oczy na to, że wcale nie trzeba pyskować, wyzywać, ranić, że można inaczej. Po trzecie, nie należy bronić się samemu, bo w tej samoobronie zawsze jakoś ucierpi też nasza dusza. 

Z czasów nauki w szkole biblijnej mam zapisane w albumie ze starymi fotografiami: „Nie podnoś kamienia, którym cię uderzono. Nie bierz go w rękę, bo się zarazisz nienawiścią. Ona błyskawicznie rozprzestrzeni się w tobie, spęta cię, stoczy jak robak. Staniesz się w krótkim czasie podobny do swoich wrogów. To nie oni cię zabiją. Ty sam siebie zabijesz. Nie schylaj się po kamień, którym cię uderzono. Idź dalej!” 

Wreszcie dochodzimy do tej pięknej zasady: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” [w. 21]. Kiedy ktoś robi  nam coś złego i my mu tak samo zaczynamy robić, to on nas zwycięża. To nieprawda, że my po prostu używamy jego broni i go zwyciężamy. To on jest zwycięzcą, bo używał metody złej, a my wzięliśmy tę złą metodę i też jej użyliśmy. Gdy natomiast on ma coś złego w stosunku do nas, a my mu odpłacamy dobrem, w tym momencie dobro może go poruszyć i taki człowiek zacznie się zastanawiać. Świadcząc dobro, odciągamy innych od zła. (cdn.)

17 września, 2022

Komu potrzebna dziś skromność?

Skromność wasza niech będzie znana wszystkim ludziom: Pan jest blisko! [Flp 4,5].  Skromność - wg Słownika Języka Polskiego - to niewygórowane mniemanie o sobie, brak zarozumiałości. Skromny to nie dbający o rozgłos, uznanie; nie mający wygórowanego mniemania o sobie; nie rzucający się w oczy, niezarozumiały. 

Trzeba powiedzieć, że taka cecha nie jest dziś w cenie. Pokorne ciele nie wyssie dziś wiele - trawestuje się znane przysłowie. Nastały czasy intensywnej, żeby nie powiedzieć - agresywnej, autoprezentacji. Niemal w każdym środowisku zatriumfowała hiperbola! Zwyczajnie dobre postawy i czyny podnosi się do rangi wyczynu. Wyolbrzymia się i przesadnie nagłaśnia własne, nawet nie sukcesy, a pospolite zachowanie. 

W świetle Biblii dobrze widać, że coś takiego nie przystoi prawdziwym naśladowcom Jezusa Chrystusa. Powiadam bowiem każdemu spośród was, mocą danej mi łaski, by nie rozumiał o sobie więcej, niż należy rozumieć, lecz by rozumiał z umiarem stosownie do wiary, jakiej Bóg każdemu udzielił [Rz 12,3]. Tak właśnie Pismo Święte charakteryzuje ludzi naprawdę wielkich. Mojżesz był człowiekiem bardzo skromnym, najskromniejszym ze wszystkich ludzi, którzy są na ziemi [4Mo 12,3]. Podobnie zachowywał się król Dawid. Panie, nie wywyższa się serce moje i nie wynoszą się oczy moje; ani nie chodzi mi o rzeczy zbyt wielkie i zbyt cudowne dla mnie [Ps 131,1].

Dobrym przykładem skromności świeci również apostoł Paweł. Bo jeśli nawet zechcę się chlubić, nie będzie to przechwałka głupiego, bo prawdą będzie to, co powiem; lecz wstrzymuję się, aby ktoś nie myślał o mnie więcej nad to, co u mnie widzi lub co ode mnie słyszy [2Ko 12,6]. Mając na swoim koncie takie przeżycia duchowe, mógłby zająć się autoprezentacją. Z całą pewnością w każdym zborze czekałyby na niego tłumy słuchaczy. Lecz ten sługa Boży czuł się niezręcznie, gdy ktoś zaczynał go wychwalać. Bo któż to jest Apollos? Albo, któż to jest Paweł? Słudzy, dzięki którym uwierzyliście, a z których każdy dokonał tyle, ile mu dał Pan. Ja zasadziłem, Apollos podlał, a wzrost dał Bóg. A zatem ani ten, co sadzi, jest czymś, ani ten, co podlewa, lecz Bóg, który daje wzrost [1Ko 3,5-7].

Duch tego świata nakręca spiralę hiperboli w autoprezentacji. Sprzeciwia się temu zacytowane na wstępie wezwanie apostolskie do skromności. Chodzi w nim nie tyle o właściwe, rzetelne ocenianie innych, co bardziej o słuszne, stosowne i uczciwe spojrzenie na samego siebie. Jeśli już, to niech inny cię chwali, a nie własne usta, obcy, a nie własne wargi [Prz 27,2]. 

Na tytułowe pytanie: Komu potrzebna dziś skromność?  - odpowiedzmy: Nam jest ona potrzebna! Wierzącym w Jezusa Chrystusa mężczyznom i kobietom. Seniorom, dzieciom i młodzieńcom należących do Chrystusa! Kaznodziejom, ewangelistom i muzykom chrześcijańskim. Wszystkim pracownikom kościoła! 

Więcej i szerzej na ten temat w jutrzejszym kazaniu Słowa Bożego podczas nabożeństwa w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE 18 września 2022 roku. Zapraszam.

Abyśmy nowe życie prowadzili - wykład 15. [Rz 12,9-12]

[zapis słowa mówionego]

Kontynuujemy rozważanie dwunastego rozdziału Listu do Rzymian. Czytamy wersety 9-13. Jest to fragment, w którym apostoł Paweł omówił zasady życia, obowiązujące wśród wierzących. „Miłość niech będzie nieobłudna. Brzydźcie się złem, trzymajcie się dobrego. Miłością braterską jedni drugich miłujcie, wyprzedzajcie się wzajemnie w okazywaniu szacunku, w gorliwości nie ustawając, płomienni duchem, Panu służcie, w nadziei radośni, w ucisku cierpliwi, w modlitwie wytrwali; wspierajcie świętych w potrzebach, okazujcie gościnność”.

Jeżeli wczytamy się w te wersety i zechcemy trochę policzyć, to okaże się, że jest tutaj trzynaście zasad życia wewnątrz społeczności ludzi wierzących. Chciałbym, byśmy postarali się każdą z tych zasad troszeczkę sobie przybliżyć i nieco się nad każdą z nich zastanowić.

Po pierwsze, przeczytaliśmy, że miłość ma być nieobłudna. Zasadą życia ludzi wierzących jest miłość. Wie to każdy z nas. Od samego początku wiemy, że mamy okazywać sobie miłość. Uśmiechać się do siebie, być dla siebie życzliwi, mówić sobie wzajemnie miłe słowa. Jednak czasem bywa tak, że zewnętrzne objawy tej miłości nie są wcale szczere. 

Może się tak zdarzyć, że uśmiechamy się do siebie, ale tak naprawdę, w środku, wcale się nie uśmiechamy. Może być tak, że mówimy do kogoś miłe słowa, a myślimy o nim, że jest głupi. Niestety, może tak się zdarzyć, że chociaż wierzący powszechnie wiedzą, że mają okazywać sobie miłość, część tej okazywanej miłości jest zewnętrzna, tylko dla ludzkiego oka. Żeby nie stwarzać problemów, uśmiechamy się, przywitamy, powiemy coś dobrego albo nic nie powiemy. Dlatego Słowo Boże mówi: „Miłość niech będzie nieobłudna” [w. 9].

Zasadą życia w zborze, normą relacji pomiędzy wierzącymi ludźmi ma być miłość nieobłudna. Znaczy to, że jest też miłość obłudna. Spotkałem się wielokrotnie z tym, że wśród wierzących ludzi znalazł się ktoś, kto mile się uśmiechał, podczas gdy fakty wcześniejsze i późniejsze świadczyły o braku miłości. Wskazywały na to, że owa miłość była niczym więcej jak tylko zwykłą maskaradą. Czasem może się tak zdarzyć w naszych kręgach. Możemy się mocno zdziwić tym, że ktoś do nas coś miłego powiedział, a potem poszedł i nas obgadał. Czy jego miłość była więc prawdziwa, nieobłudna? Potem ponownie się z nami spotkał i podał nam rękę, uśmiechnął się i jakby nigdy nic, zaczął do nas zagadywać. W takich sytuacjach w sercu czujemy kłucie. Boli nas serce, bo nie wiemy, jak traktować taką osobę. Tym bardziej nas boli, gdy widzimy, że ów człowiek w najlepsze przechodzi sobie nad tym do porządku dziennego.

Dlatego w Pierwszym Liście Jana 3,18 jest napisane: „Dzieci, miłujmy nie słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą”. Miłość wyraża się czynem i prawdą. Wtedy jest to miłość nieobłudna. Czyn bowiem jest faktem. Słowa mogą być piękne ale naciągane lub przesadzone. Czyn jest, jaki jest. Raczej nie da się tu nic naciągnąć. Jeśli jest pozytywny, stanowi wyraz miłości. Gdy jest negatywny, wskazuje na brak miłości.

Pomyślmy więc, jak to jest z naszą miłością? Pomyślmy o relacjach między wierzącymi. Na tym koncentruje się nasze rozważanie tego fragmentu. Słowa „Miłość niech będzie nieobłudna” oznaczają, że czasem trzeba będzie powiedzieć coś gorzkiego. Nikt z nas nie zasługuje na to, aby mu mówić same miłe słowa. Jeśli ktoś mówi mi same miłe słowa, to znaczy, że w jakiejś mierze jest obłudny. Jeżeli nigdy nie powie mi, że się źle zachowałem, to znaczy, że coś przemilcza. Być może robi tak ze względu na to, by mnie nie urazić, by nie wywoływać wilka z lasu, by nie było problemów. Ja tracę jednak poczucie pewności, że jestem miłowany miłością nieobłudną. Miłość nieobłudna bowiem, to taka miłość, która wypowiada prawdę. Która wiele razy wymaga wypowiedzenia czegoś, co płynie z miłości, z głębi serca, a co uderza w złe postawy osoby miłowanej. Taka jest miłość nieobłudna. Miłość polukrowana, słodka, wygładzona, niestety, często jest obłudna.

Druga zasada: „Brzydźcie się złem (...)” [w. 9]. W innych przekładach: „Brzydzący się niegodziwością” lub „Zło miejcie w nienawiści”. Jest to ta sama myśl, choć ujęta w różny sposób. Miłość, o której wcześniej mówiliśmy, to miłość, która nie przytakuje przyjacielowi w złem, ale tak go miłuje, że jego wadę ma w nienawiści. Jeżeli zauważam jakąś wadę, to trzymanie się zasady: „Brzydźcie się złem”, sprawia, że zareaguję. Nie będę patrzył na zło, które popełniasz, z uwagi na twoje miłe oblicze, portfel, twoje kontakty lub to, w jaki sposób się do mnie odnosisz. Nic nie będzie mi zniekształcać mojej reakcji. Jeżeli jest zło, to mam się nim brzydzić i muszę zareagować. W Pierwszym Liście do Koryntian 13,6, gdzie apostoł Paweł opisał, jaka jest miłość, Słowo Boże stwierdza między innymi, że miłość „nie raduje się z niesprawiedliwości”.

Prawdziwa miłość nigdy nie raduje się z niesprawiedliwości. Nigdy nie wejdzie na tę ścieżkę. Jeśli jakiś brat coś nieuczciwie skombinuje, to ja nie będę się radował z tego powodu. Powiem, że źle zrobił, że to grzech, że brzydzę się tym, co zrobił! Nie nim samym się brzydzę, ale tym, co zrobił. To zło staje pomiędzy nami. W Psalmie 119,113 Dawid napisał: „Ludzi chwiejnych nienawidzę”. Chodzi tu o takich ludzi, którzy nie chcą zdecydować się na bezkompromisowe zachowywanie Słowa Bożego, tylko wciąż paktują ze złem. Gdy na horyzoncie pojawi się coś dla nich korzystnego, to tracą swoją wierność Panu i schodzą na bok, by wykorzystać sytuację, a potem znów wszystko jest jakby w porządku.

Zasadą zdrowych relacji między wierzącymi jest to, by się brzydzić złem, które próbuje się wkradać pomiędzy nas. W praktyce widzimy jednak, że wielu chrześcijan nie tyle brzydzi się złem, co jego konsekwencjami. To konsekwencje grzechu są złe. Brzydzimy się konsekwencjami, ale sam grzech wydaje się nam przyjemny. Zło ma piękną i przyjemną stronę. Każdy o tym wie. Stąd tak wielu ludzi trwa w złym. Pierwszy List Jana 5,19 powiada, że „(...) cały świat tkwi w złem”. Dlaczego? Bo diabeł wspaniale się reklamuje. Bo zło zdaje się być smaczne i piękne. Jednakże wierzący nie mogą w nim tkwić. Wierzący mają się nim brzydzić.

Jak ma to wyglądać praktycznie? Czy mamy ze wstrętem odwracać głowę od każdego, kto coś złego zrobił? Nie. Chodzi o to, byśmy uczyli się patrzeć i reagować na grzech tak, jak Bóg to robi. Bóg kocha grzesznika, a nienawidzi grzechu. Jest to stara zasada, którą wciąż na nowo trzeba nam sobie przypominać, bo bywa, że nie potrafimy tego rozróżnić i gdy ktoś popełni grzech, to zaczynamy się brzydzić tym człowiekiem. Nie chcemy już z nim mieć nic do czynienia, nawet, jeżeli się opamiętał i nawrócił. Cokolwiek teraz by nie zrobił, jest już dla nas na zawsze przekreślony. Nie reagujemy wówczas tak, jak Bóg reaguje. Bóg przebacza! Bóg brzydzi się grzechem i dlatego musi on być usunięty, bo grzech oddziela nas od Boga. Ale gdy upadek jest wyznany, przebaczony, jeśli człowiek się opamiętał, to staje się miły w oczach Bożych, choćby nie wiem, jaką miał przeszłość i jak głęboko by wcześniej upadł. Czy potrafimy tak reagować?

„Brzydźcie się złem” – znaczy brzydzić się samym złem, a nie ludźmi. Ma to być wyraźnie postawione między nami. Pomyślmy przez chwilę, czy znienawidziliśmy zło tak, jak Bóg je nienawidzi? Czy może nadal toczy się w nas ta walka, że miłujemy zło, a tylko jego konsekwencje są nam kością w gardle? Dążmy do tego, aby znienawidzić grzech tak, jak Bóg go nienawidzi. Życzę  tego sobie i wam z całego serca, bo wtedy wszystko staje się bardziej czytelne. Gdy zaś przychodzi kusiciel, nie jest tak trudno dać mu odpór.

Wierzący ludzie nie tylko mają się brzydzić złem. Mają oni trzymać się dobrego. Oto trzecia zasada: „(...)  trzymajcie się dobrego” [w. 9]. Jedno z drugim ma być powiązane. Jest to bardzo ważne. W innym przekładzie napisane jest: „Przylgnijcie do dobra” lub dosłownie – „Bądźcie łączący się z dobrem”. Jeśli ktoś interesuje się chemią, to wie, że pewne substancje łączą się ze sobą, a inne wzajemnie się odpychają.

Wierzący mają odpychać się od złego i łączyć się chętnie z dobrem. Gdziekolwiek widać dobro, wierzący od razu sercem się  do tego przyłącza. Nie wystarczy tylko stronić od grzechu i mieć zło w nienawiści. Są ludzie, którzy bardzo krytycznie i z odrazą odnoszą się do czyjegoś grzechu, błędu, ale ani przez chwilę nie zachwycą się czyjąś cnotą. Znacie takich? Zawsze widzą tych, którzy robią źle, ale nie zauważą, gdy obok są i ci, którzy czynią dobrze. O dobrych nigdy nie opowiadają. 

Prawdziwy chrześcijanin lgnie sercem do tego, co dobre, czyli do tego, co miłe w oczach Bożych. Zauważa to. Cieszy się z tego. Faworyzuje to i rozgłasza. W Liście do Galacjan 4,18 napisane jest: „A dobra to rzecz zawsze zabiegać gorliwie o dobrą sprawę (...)”. Jest to ta sama myśl. Zabiegać o dobrą sprawę to zawsze wyszukać, znaleźć, wypatrzyć to, co jest pozytywne i się z tym połączyć. Utożsamiać się z tym, dziękować za to Bogu i to rozgłaszać. Praktykujemy takie postawy? 

Zróbmy sobie doświadczenie: Przez tydzień próbujmy wyszukiwać i łączyć się z tym, co dobre, choćby tylko w obrębie naszej rodziny. To trudne, wiem, ale spróbujmy. Pójdźmy w naszych kontaktach w tym kierunku, by relacje pomiędzy nami mogły być budowane. Co nam w tym przeszkadza? To, że zauważamy wady, niewłaściwe postawy. To przerywa kontakt. Sprawia, że się oddzielamy od siebie. Odwracamy się do siebie plecami. Nie rozmawiamy ze sobą, stajemy się oschli. Jednak gdy zaczniemy się łączyć z tym, co dobre, nastąpi porozumienie, jedność, budowanie relacji. Zachęcam was do tego.

Czwarta zasada życia pomiędzy wierzącymi: „Miłością braterską jedni drugich miłujcie (...)” [w. 10. W dosłownym tłumaczeniu: „Kochaniem braci jedni ku drugim tkliwi”. Trzeba się trochę skupić, a może nawet wytężyć myśli, żeby to zrozumieć. Słowo Boże mówi, że powinniśmy być czuli względem siebie w miłości braterskiej. Występuje tu greckie słowo filostorgoi, a storge oznacza miłość rodzinną, czyli miłość, która jest obecna w relacjach rodzinnych. 

Zbór nie jest zbiorowiskiem znajomych. Nie jest nawet grupą przyjaciół. Jest gronem braci i sióstr. Zbór nie jest społecznością znajomych, bo wielu z was w innych okolicznościach nigdy bym nie poznał. Nie jest gronem przyjaciół, bo z wieloma z was nigdy się nie zaprzyjaźnię. Przyjaźń to coś więcej, niż tylko regularne spotykanie się pięć razy w tygodniu i myślenie o sobie pozytywnie. Zbór nie funkcjonuje jako grono przyjaciół i myli się ten, kto żąda, by w zborze wszystko funkcjonowało tak, jak w gronie przyjaciół. Wystarczy bowiem, że masz inną osobowość, charakter, czegoś innego oczekujesz i już stanie to na drodze do przyjaźni, bo przyjaźń – to przyleganie duszy.

Zbór jest gronem braci i sióstr. Praktycznie oznacza to bardzo wiele. Możesz myśleć inaczej ode mnie, zrobić inaczej, niż ja cię proszę, a ja nadal mam być swoją duszą i swym sercem tkliwy względem ciebie. Mam miłować cię, bo jesteś moim bratem, moją siostrą. Jak miłuje się brata? Ano tak, że czasem wezmę się z nim za czuprynę. Nieraz pomyślę, że to najgorszy brat, jaki mógł mi się trafić w życiu, ale następnego dnia, kiedy on wyjeżdża lub coś się mu stanie, to się rozrzewniam: „Mój kochany braciszek!” A jakby kto próbował wejść nam w drogę, to ja mu pokażę! To przecież mój brat, moja siostra, moja krew! Zbór to grono braci i sióstr – czyli Boża rodzina. Tak mamy na siebie patrzeć i tak funkcjonować. Mamy prawo się ze sobą nie zgadzać. Może zdenerwować nas czyjś wyraz twarzy lub sposób wypowiadania się. Może tak być. W gronie rodzinnym ludzie się tego nie wstydzą.

Więzy rodzinne są jednak niezależne od upodobań. Nawet gdy siostra nie podoba się bratu, nie przestaje być jego siostrą. W Chrystusie Panu, przez krew Chrystusową, staliśmy się sobie właśnie tak bliscy. Połączyły nas więzy krwi Chrystusowej. Jesteśmy rodziną. W Liście do Hebrajczyków 13,1 dosłownie napisane jest: „Kochanie braci niech trwa”. Tym właśnie charakteryzuje się miłość pomiędzy wierzącymi.

Kolejna zasada: „(...) wyprzedzajcie się wzajemnie w okazywaniu szacunku” [w. 10]. W innym tłumaczeniu Biblii: „szacunkiem jedni drugich wyprzedzający” czy też: „w okazywaniu czci wzajemnie się wyprzedzajcie”. W gronie wierzących ludzi potrzebujemy się nawzajem szanować. W Liście do Filipian 2,3 napisane jest: „(...) w pokorze uważajcie jedni drugich za wyższych od siebie”. Znaczy to, że w społeczności chrześcijańskiej nie ma dla nikogo takiej pozycji, z której mógłby on pomyśleć o drugim, że jest on od niego niżej. Wręcz przeciwnie. Dosłownie chodzi o uznanie innych za „stojących wyżej od siebie”.

Gdy patrzę na brata lub siostrę, starszego czy młodego, wierzącego z długim stażem, czy wczoraj nawróconego, i robię to we właściwym, duchowym nastawieniu mojego serca, to widzę go jako stojącego wyżej niż ja. Taki ma być nasz pogląd na drugiego człowieka. Tak dzieje się, gdy patrzymy na swoje wady i czyjeś zalety. Wtedy innych widzimy, jako wyższych od siebie. Gdy natomiast zauważamy swoje zalety, a czyjeś wady, to widzimy go niżej od siebie. Proste. Gdy widzę zalety drugiego i pomyślę, jaki sam jestem marny w tym i w tamtym, pomaga mi to patrzeć na niego, jako na stojącego wyżej ode mnie.

W okazywaniu czci zawiera się nie tylko szacunek wobec drugiego człowieka, ale i okazywanie mu pomocy w potrzebie. Posłużmy się przykładem. Przykazanie Boże mówi: „Czcij ojca swego i matkę swoją”. Jest tu mowa o szacunku względem ojca i matki, ale także o czymś więcej. Pan Jezus wyjaśnił to w piętnastym rozdziale Ewangelii Mateusza, kiedy wytknął uczonym w Piśmie i faryzeuszom, że poprzez zręczne przekręcanie Słowa Bożego, odprowadzają ludzi od tego, by okazywali pomoc swoim rodzicom. Uczeni w Piśmie i faryzeusze nauczali, że jeśli ktoś – w miejsce tego, co normalnie powinien dać swoim rodzicom – złoży dar na świątynię, to wówczas zostaje zwolniony z powinności świadczenia im pomocy. Pan Jezus powiązał to z przykazaniem: „Czcij ojca swego i matkę swoją”. Znaczy to, że w tej czci zawiera się też powinność okazywania swoim rodzicom w podeszłym wieku stosownej pomocy. Szacunek polegający na tym, że interesuję się tobą, twoimi potrzebami, że dbam o to, byś nie został sam ze swoim problemem – to jest prawdziwy szacunek.

Napisane jest: „Wyprzedzajcie się w okazywaniu szacunku”. Znaczy to, że mamy go okazywać natychmiast, gdy tylko zaistnieje taka potrzeba, gdy wystąpi taka sytuacja. Nie trzeba się zastanawiać, czy należy okazać ten szacunek, czy nie. „Wyprzedzajcie się!” Cóż nam ze słów? Co z tego, że zapewnimy kogoś o swoim szacunku względem niego, skoro w sytuacji jego konkretnej potrzeby, ociągamy się z pomocą!? Można się usprawiedliwiać, że to młodzian i przyda mu się trochę pocierpieć. Albo, że to staruszek i mu wcale nie zależy na naszej pomocy. Smutne jest to, że tak często ociągamy się z okazaniem pomocy.

Szósta zasada: „W gorliwości nie ustawając (...)” [w. 11]. W innym przekładzie Słowa Bożego: „Nie bądźcie leniwi w gorliwości”. Trzeba przyznać, że brak gorliwości zaczyna być problemem powszechnym. Ludzie wierzący przestają być gorliwi, a ich chorobą staje się to, co Pan Jezus zarzucił zborowi w Laodycei, a mianowicie, że stali się letni. Ani zimni, ani gorący.

Potrzeba nam zapału. Gorliwości, w której byśmy nie ustawali, w której płonęlibyśmy bez przerwy, w której nie popadalibyśmy w stan lenistwa. Gorliwość wymaga jednak trzymania się zasad Słowa Bożego. Inaczej może być trudzeniem się na darmo. Ktoś, kto w swojej gorliwości wyjdzie poza ramy Słowa Bożego, może się zapracować na śmierć i to wszystko będzie na darmo. Dowodem tak źle pojętej gorliwości byli Żydzi. Czytaliśmy o tym w 10. rozdziale Listu do Rzymian: „Mam obawę, co do moich braci w wierze, że mają gorliwość dla Boga, ale gorliwość nierozsądną”, bo po swojemu próbują służyć Bogu. Jest wielu ludzi, którzy są bardzo gorliwi. Trudzą się. Oddają całe swoje życie i majętności, ale to wszystko na darmo, bo nie trzymają się Słowa Bożego.

Gdy naszej gorliwości zabraknie kontaktu z wolą Bożą, ze Słowem Bożym, to może ona szkodzić drugiemu człowiekowi. Paweł, zanim stał się apostołem, w gorliwości wielkiej prześladował Kościół Boży. Tępił zbór Pański. Owszem, był gorliwy. Robił to w imię Boże. Jednak w tym samym czasie szkodził innym. Może być tak i z nami, że ktoś płonie gorliwością, ale krzywdzi przy tym innych. W gorliwości można dokuczać innym. W dosłownym tłumaczeniu mamy tu napisane: „Gorliwością niedokuczliwi (...)”. Kiedy to ostatnio odkryłem, to aż usiadłem. Jak można być dokuczliwym swoją gorliwością? Na przykład, kiedy ciągle głośno się modlę, ciągle chcę czytać Biblię, ciągle urządzam post w domu lub ciągle chcę śpiewać i chcę, by reszta też ze mną to robiła. A ta reszta może wreszcie powiedzieć: Bracie, stałeś się nam dokuczliwy. Mamy prawo sami się modlić i śpiewać ile chcemy i ile możemy, ale nie wolno nam tego narzucać.

W domu też można być dokuczliwym w gorliwości. Na przykład, można ciągle chodzić za jednym lub drugim i pytać się, czy czytał dziś Biblię, czy się modlił, itd. Prawdziwa gorliwość nie może się narzucać, nie może zmuszać bliźniego. Ona musi być przyjemna, piękna. Taka, że gdy patrzę na czyjąś gorliwość, to aż mi się chce być takim samym, jak on.

Następna zasada mówi: „(...) płomienni duchem (...)” [w. 11]. Inne tłumaczenia mówią: „duchem wrzący” lub „bądźcie płomiennego ducha”. Nie chodzi tutaj o płomienność uczuć. Rzecz nie w tym, że trzeba być rozemocjonowanym. Ludzkie emocje mogą narobić dużo złego. Kiedy człowiek zapali się do czegoś, a ma ognisty charakter, to może wiele niepotrzebnych rzeczy narobić. Czasem z tego wyjdzie coś dobrego, ale także i złego. Chodzi o to, by nasz duch był w stanie wrzenia przed Bogiem. Ten duch, który jest ośrodkiem naszego kontaktu z Bogiem. Ten duch, do którego dostęp ma Duch Święty. Tutaj wola Boża spotyka się z moją wolą. Tutaj następuje zgoda, decyzja i działanie.

Jeśli duch człowieka jest wrzący, pałający, płomienny, to wtedy całe działanie będzie błogosławione i będzie przynosić efekty. W Dziejach Apostolskich, w 18. rozdziale mamy przykład Apollosa. Kiedy przybył do Koryntu, był płomiennym kaznodzieją. Głosił Chrystusa i choć niewiele jeszcze wiedział, jego duch płonął dla Boga: „Był on obeznany z drogą Pańską, a pałając duchem przemawiał i nauczał wiernie tego, co się odnosi do Jezusa, choć znał tylko chrzest Jana” [w. 25].  Gdyby to był człowiek pałający jedynie emocjami, to potem, gdy Akwila i Pryscyla wzięli go do domu, widząc, że ma on pewne braki w rozumieniu drogi Pańskiej, zapłonąłby, ale tzw. „świętym” gniewem. On płonął jednak nie emocjami, a duchem, więc był pokorny i przyjął pouczenie prostych rzemieślników.

Płomienność duchem charakteryzuje się właśnie tym, że człowiek się nie oburza. Pokornie przyjmuje to, co inni mówią. Nie wolno nam być letnimi. Obojętność to przykry, żałosny stan ducha wierzącego człowieka. Wiliam Barclay, komentator Nowego Testamentu, napisał tak: „Chrześcijanin może się spalić, ale nie może zardzewieć”. Zapamiętajmy sobie tę sentencję. Możemy się spalać, ale biada nam, jeśli zaczniemy rdzewieć. Rdzewienie jest głęboko niechrześcijańskim stanem ducha!

Kolejna zasada: „(...) Panu służcie” [w. 11]. „Pełnijcie służbę Panu” mówi inne tłumaczenie. Trzeba powiedzieć, że służba chrześcijańska jest ściśle ukierunkowana. Nie służymy naszym własnym celom, ambicjom, swojemu kościołowi, swojej denominacji. Chociaż niektórzy to robią. Prawdziwy chrześcijanin nigdy nie jest sługą jakiejś denominacji. Jest sługą Bożym. Służy Panu i gdy Pan coś mówi, to choćby cała wspólnota lub grupa wspólnot chrześcijańskich twierdziła coś innego, to on się tym nie będzie przejmował. Służy Bogu i posłuszny jest Słowu Bożemu.

To wezwanie: „Panu służcie” było powtarzane wielokrotnie w Starym Testamencie. W 5. Księdze Mojżeszowej 6,13, na przykład, czytamy: „Będziesz przejęty czcią dla Pana twojego Boga, i jemu będziesz służył (...)”. W Psalmie 2,10 napisane jest: „Służcie Panu z bojaźnią i weselcie się (...)”. W zborze Pańskim usługujemy sobie wzajemnie, ale tylko w imię i w ramach służby Pańskiej. Wszyscy służymy Panu. Nie może być tak, że zrobię to, co ktoś mówi, niezależnie od tego, co mówi Pan, motywowany oczekiwaniami zboru, że powinienem być sługą wszystkich.

Jestem sługą Bożym. Jeśli twoje oczekiwania są zgodne z wolą Bożą, ze Słowem Bożym, chętnie zrobię to, co mówisz. Jeśli jednak zaczynasz wymyślać dla mnie jakieś zadania i postawy dalekie od woli Pana, to ja nie dam się sterroryzować. Jestem sługą Bożym. Mam podobać się Bogu, nie ludziom. Służba ludziom ma sens tylko wtedy, gdy odbywa się w granicach służby Bogu.

Następny punkt: „W nadziei radośni (...)” [w. 12]. W innym przekładzie: „Nadzieją radujący się”, lub: „Weselcie się nadzieją”. Chrześcijanin jest pewien, że najlepsze jest ciągle przed nim. Nigdy nie ma takiej sytuacji, gdy myśli, że to najlepsze jest już za nim. Zdajecie sobie sprawę, jaki to ma praktyczny wymiar? Pomyślmy: To, co lepsze, jest przed nami. Jest więc nadzieja! Może nam być źle, ale jest nadzieja, bo to lepsze jest przed nami!

W życiu wierzącego człowieka nie ma beznadziejnej sytuacji. Ogólnie, w życiu ludzi też nie ma beznadziejnych sytuacji. Są tylko ludzie pozbawieni nadziei. Spotykamy takich na co dzień. W życiu człowieka wierzącego nadziei nigdy nie brakuje. Nie może jej brakować, jeśli bowiem jest on wierzący, to ma Chrystusa, a to oznacza, że najlepsze wciąż jest przed nim. Zawsze jest nadzieja dla wierzącego człowieka.

Po dziesiąte: „(...) w ucisku cierpliwi (...)” [w. 12] albo inaczej: „W utrapieniu będący wytrwali”. Taka jest zasada życia wierzących. W zborze Pańskim wiele będzie tego, co nazywamy uciskiem, utrapieniem. Jest to normalne. Inaczej nie byłoby tutaj tej myśli.

Ucisk jest wpisany w życie chrześcijanina. Istnieje jednak zasada dla wierzących, by w tym ucisku być cierpliwym i wytrwałym. Zapytano kiedyś pewnego cierpiącego człowieka: „Czy to prawda, że cierpienia zabarwiają życie?” „Tak – odpowiedział cierpiący – i dlatego wolę kolorowe życie”. Mówił to z własnego doświadczenia. Jeżeli ktoś przez całe lata nie przeżywa żadnych przeciwności, to jego życie duchowe zaczyna blednąć.

Słowo Boże w Liście do Rzymian 5,3 powiada, że ucisk wyrabia cierpliwość. To dzięki uciskowi stajemy się cierpliwi, czyli osiągamy owoc Ducha Świętego w naszym życiu. Jeżeli ktoś modli się o cierpliwość, to naprawdę modli się o ucisk. Dlatego nie módlmy się bezmyślnie. Gdy modlimy się o cierpliwość, to wiedzmy, że modlimy się o ucisk. A jak przyjdzie ucisk i zaczniemy prosić Boga, by go zabrał, bo zrobiło się nam ciężko, to pomyślmy, czyśmy przypadkiem jakiś czas temu nie modlili się o cierpliwość? Trzeba wiedzieć, o co się modlimy. Nie znaczy to oczywiście, że mamy się przestać modlić o cierpliwość. Jeżeli nie będziemy cierpliwi, to jakże inaczej owoc Ducha Świętego objawi się w naszym życiu?

„(...) w modlitwie wytrwali” [w. 12] – to następna zasada. Inne tłumaczenie mówi: „Przy modlitwie niezłomnie trwający”. W Liście do Tesaloniczan czytamy: „Bez przestanku się módlcie” [1Ts 5,17].  Pan Jezus opowiedział podobieństwo o wdowie i niesprawiedliwym sędzi, ale zanim je zaczął mówić, czytamy: „Powiedział im też podobieństwo o tym, że powinni zawsze się modlić i nie ustawać” [Mt 18,1]. Mamy cierpliwie, wytrwale, stale modlić się o różne rzeczy. Czasem może nas to nużyć i zadajemy sobie pytanie: Jak to jest? Modlę się i modlę o to tyle czasu, a tu nic. Bóg mnie chyba nie kocha. Już pół roku się modlę, a tu żadnej odpowiedzi. Po co wtedy ta zasada, żeby nie ustawać w modlitwie? Znaczy to, że pojawią się pewne przesłanki wskazujące na to, że Bóg jakby nie odpowiada, ale jest sens, by nadal prosić. Pan Jezus sam to powiedział. On tak chce i pewnego dnia usłyszymy: „Masz to, bo jesteś wytrwały”. Trwajmy w modlitwie.

Dwunasta zasada: „Wspierajcie świętych w potrzebach” [w. 13] albo: „Potrzeb świętych będący wspólnikami” lub „Zaradzajcie potrzebom świętych”. Będąc w gronie wierzących, mamy zauważać potrzeby i zaradzać im. Nie wystarczy tylko stwierdzić, że są i ewentualnie na czyjąś prośbę pomodlić się o zaspokojenie tych potrzeb. Trzeba im także zaradzać. Kto to jest człowiek „zaradny”? To ktoś taki, kto trochę pogłówkuje, żeby rozwiązać problem. Jeśli nasz bliźni ma potrzebę, jest to także nasza potrzeba. Natychmiast staje się to naszą potrzebą. Tak właśnie mamy reagować. Jest taka zasada, że to, co zatrzymujemy dla siebie, to tak naprawdę tracimy. Jeżeli coś dajemy, to faktycznie to posiadamy. Tak mówi Słowo Boże – jeśli kto zachowa swoje życie, to je straci; jeśli odda swoje życie, to je zyskuje.

Ostatnia zasada: "(...) okazujcie gościnność" [w. 13]. W innym przekładzie: „gościnność ścigający” lub „przestrzegajcie gościnności”. W Hbr 13,2 napisane jest: „Gościnności nie zapominajcie; przez nią bowiem niektórzy, nie wiedząc o tym, aniołów gościli”. W 1 Liście Piotra 4,9 czytamy: „Okazujcie gościnność jedni drugim bez szemrania”.

W dzisiejszych czasach domy zamykają się coraz częściej. Najpierw musi być telefon, trzeba uzgodnić, kiedy ewentualnie można wpaść, jeśli w ogóle można. Dziś słowa: Wpadnij do mnie kiedyś znaczą: Raczej na ciebie nie czekam. Życie wymaga konkretnych terminów. Gdy nie będziemy konkretni, to szybko przestaniemy się odwiedzać. Dlatego Słowo Boże wzywa nas, by ją okazywać. Tak łatwo gościnność stracić z oczu. Tylko trochę się zagapimy, a oddali się od nas na kilometr. Mamy więc ścigać gościnność. Mamy szukać, kogo jeszcze w domu nie mieliśmy, kogo jeszcze mamy „ścignąć”, by przyszedł do nas. Trzeba się rozejrzeć, kogo można by zaprosić do stołu, byśmy mogli pobyć razem i wreszcie mogli spokojnie porozmawiać.

To jest obowiązek. To zasada życia pomiędzy wierzącymi. Jest to zasada obowiązująca na zawsze. To ma nas odróżniać od reszty świata. Pomyślcie więc, ileż kontaktów można odświeżyć i poszerzyć. To, co dajesz, to masz; to, co zatrzymujesz dla siebie, to tracisz. Tym się kierujmy. (cdn.)