W dniu 22 października warto wspomnieć wielkie rozczarowanie, jakiego w XIX wieku doznało tysiące wierzących, którzy pod przewodnictwem niejakiego Williama Millera, byłego kapitana Armii Stanów Zjednoczonych, farmera i baptystycznego pastora zarazem, dokładnie tego dnia w 1844 roku wyczekiwali na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa na Ziemię.
Miller uważał, że na podstawie Księgi Daniela [Dn 8,14] można ustalić datę ponownego przyjścia Jezusa Chrystusa i sądu ostatecznego. Dokonał takich obliczeń i zaczął ogłaszać rychłą Paruzję. Wkrótce ruch zwolenników Millera osiągnął ponad sto tysięcy wyznawców. Ludzie posprzedawali farmy, porzucili pracę i całą uwagę skupili na zbliżającym się dniu 22 października 1844 roku.
Brak oczekiwanego pojawienia się Mesjasza w tym dniu nazwano wielkim rozczarowaniem. Wiele tysięcy zwolenników Millera odeszło od niego. Część poszła jednak w zaparte i aby z tego zamieszania jakość wyjść z twarzą, dokonała reinterpretacji ustaleń swojego przywódcy. W świetle ich nowych rewelacji faktycznie chodziło nie o przyjście Chrystusa na Ziemię, a o Jego wejście do miejsca najświętszego niebiańskiej świątyni oraz rozpoczęcie drugiej fazy Jego pośrednictwa w celu ostatecznego oczyszczenia zbawionych z grzechu, zanim powróci On na Ziemię.
Z jednej strony, jest mi przykro z powodu uczucia zawodu, którego doznało wielu szczerych i poczciwych wierzących tamtego okresu. Z drugiej jednak strony dziwię się, a nawet oburzam, że najwidoczniej musieli oni zaniedbać osobistą lekturę Słowa Bożego, skoro tak łatwo dali się zbałamucić.
Co się zaś tyczy przyjścia Pana naszego Jezusa Chrystusa i spotkania naszego z nim, prosimy was, bracia, abyście nie tak szybko dali się zbałamucić i nastraszyć, czy to przez jakieś wyrocznie, czy przez mowę, czy przez list, rzekomo przez nas pisany, jakoby już nastał dzień Pański. Niechaj was nikt w żaden sposób nie zwodzi; bo nie nastanie pierwej, zanim nie przyjdzie odstępstwo i nie objawi się człowiek niegodziwości, syn zatracenia, przeciwnik, który wynosi się ponad wszystko, co się zwie Bogiem lub jest przedmiotem boskiej czci, a nawet zasiądzie w świątyni Bożej, podając się za Boga. Czy nie pamiętacie, że jeszcze będąc u was, o tym wam mówiłem? [2Ts 2,1–5].
W związku z tym myślę dziś znowu o odpowiedzialności przywódców duchowych. Oni to bowiem czuwają nad duszami waszymi i zdadzą z tego sprawę [Hbr 13,17] - poucza Słowo Boże wzywając do okazywania im posłuszeństwa. Czy jednak winniśmy okazywać ślepe zaufanie do wszystkiego, co usłyszymy z kazalnicy? William Miller najwyraźniej robił na ludziach wrażenie człowieka duchowego i dobrze poinformowanego. A jednak okazał się zwodzicielem.
A dzisiaj? Czyż nie zdarza się nam natknąć na podobnych kaznodziejów i przywódców, którzy z absolutną pewnością wygłaszają swoje twierdzenia? Iluż poczciwych chrześcijan doznało z tego tytułu rozmaitych rozczarowań? Jakież rozterki mogą wywołać w ludzkich duszach np. nauczyciele ruchu wiary, obwieszczający nadejście rozmaitych błogosławieństw, zwłaszcza materialnych, które nigdy się nie ziszczą?
Także autor tego bloga rozczarował już niejednego swoimi poglądami ;). Nie traci jednak nadziei, że jego Czytelnicy nie ulegną powierzchownym odczuciom lub tendencyjnym komentarzom i zadadzą sobie trud, by osobiście sprawdzić jak się rzeczy mają w świetle Biblii, a następnie spokojnie przeanalizują zaprezentowane tu myśli.
Jak uchronić się przed wielkim rozczarowaniem? Słowo Boże zadaje pytanie: Czy może ślepy ślepego prowadzić? Czy obaj nie wpadną do dołu? [Łk 6,39]. Brak dobrego widzenia może wystąpić po obydwu stronach kazalnicy, albowiem wszyscy dopuszczamy sie wielu uchybień [Jk 3,2]. Dlatego trzeba również uważać nawet na najbardziej uznanych mówców, że o krasomówcach, którzy przez piękne a pochlebne słowa zwodzą serca prostaczków [Rz 16,18] już nie wspomnę. Nikomu po prostu nie należy zbyt pochopnie dawać wiary.
Na szczęście każdy dziś może sam osobiście sprawdzić w Biblii, jak naprawdę się rzeczy mają. Słowo twoje jest pochodnią nogom moim i światłością ścieżkom moim [Ps 119,105].
Aktualne tematy, wydarzenia, zjawiska, święta, rocznice i trendy społeczne z biblijnej perspektywy
22 października, 2010
19 października, 2010
Przecedzanie komara
Zaostrza się kolejny etap publicznej dyskusji o wzbudzaniu potomstwa metodą in vitro. Na przeciwległych jej biegunach nieliczne grono osób, dla których niemal wszystko jest tu oczywiste, podczas gdy pośrodku mamy mnóstwo ludzi zdezorientowanych i niepewnych swego stanowiska.
Koronnym argumentem przeciwników metody in vitro jest jej uboczny, ale nieodłączny skutek uśmiercania embrionów odrzuconych po wyselekcjonowaniu tego jednego, uznanego za najlepszy. Zwolennicy in vitro zaś podkreślają wartość rodzącego się w ten sposób życia i szansę rodziców na upragnione potomstwo.
Wszyscy wiedzą, że celem in vitro nie jest zabijanie. Kto skupia się na tym, że przy tej metodzie dochodzi do uśmiercania zarodków powinien pamiętać, że życie i śmierć splatają się ustawicznie w rozmaitych konfiguracjach i są od siebie uzależnione. Nowe życie powstaje i rodzi się z procesu umierania.
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje; lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje [Jn 12,24]. Czy jest w nas jakiś żal, że ziarno musi umrzeć, ażeby pojawiło się nowe życie i zwielokrotniony owoc?
Ta prawidłowość ma swoje odniesienie do duchowej sfery życia. Czy nie wiecie, że my wszyscy, ochrzczeni w Chrystusa Jezusa, w śmierć jego zostaliśmy ochrzczeni? Pogrzebani tedy jesteśmy wraz z nim przez chrzest w śmierć, abyśmy jak Chrystus wskrzeszony został z martwych przez chwałę Ojca, tak i my nowe życie prowadzili [Rz 6,3–4]. Nie ma życia bez śmierci.
Metody in vitro nie wymyślono po to, żeby zabijać, a jedynie po to, żeby wzbudzać życie! Nic dziwnego, że w tym procesie napotykamy na zagadnienie śmierci. Nie ma tu jednak absolutnie mowy o takim uśmiercaniu, które w świetle Biblii łamałoby prawa Dekalogu i zasługiwałoby na karę.
Obserwując rażącą drobiazgowość w niektórych kwestiach i daleko idącą pobłażliwość w sprawach dużo poważniejszych, Jezus powiedział kiedyś do duchowych przywódców narodu: Ślepi przewodnicy! Przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda [Mt 23,24]. Mam wrażenie, że dziś znowu tak mówi...
Koronnym argumentem przeciwników metody in vitro jest jej uboczny, ale nieodłączny skutek uśmiercania embrionów odrzuconych po wyselekcjonowaniu tego jednego, uznanego za najlepszy. Zwolennicy in vitro zaś podkreślają wartość rodzącego się w ten sposób życia i szansę rodziców na upragnione potomstwo.
Wszyscy wiedzą, że celem in vitro nie jest zabijanie. Kto skupia się na tym, że przy tej metodzie dochodzi do uśmiercania zarodków powinien pamiętać, że życie i śmierć splatają się ustawicznie w rozmaitych konfiguracjach i są od siebie uzależnione. Nowe życie powstaje i rodzi się z procesu umierania.
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje; lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje [Jn 12,24]. Czy jest w nas jakiś żal, że ziarno musi umrzeć, ażeby pojawiło się nowe życie i zwielokrotniony owoc?
Ta prawidłowość ma swoje odniesienie do duchowej sfery życia. Czy nie wiecie, że my wszyscy, ochrzczeni w Chrystusa Jezusa, w śmierć jego zostaliśmy ochrzczeni? Pogrzebani tedy jesteśmy wraz z nim przez chrzest w śmierć, abyśmy jak Chrystus wskrzeszony został z martwych przez chwałę Ojca, tak i my nowe życie prowadzili [Rz 6,3–4]. Nie ma życia bez śmierci.
Metody in vitro nie wymyślono po to, żeby zabijać, a jedynie po to, żeby wzbudzać życie! Nic dziwnego, że w tym procesie napotykamy na zagadnienie śmierci. Nie ma tu jednak absolutnie mowy o takim uśmiercaniu, które w świetle Biblii łamałoby prawa Dekalogu i zasługiwałoby na karę.
Obserwując rażącą drobiazgowość w niektórych kwestiach i daleko idącą pobłażliwość w sprawach dużo poważniejszych, Jezus powiedział kiedyś do duchowych przywódców narodu: Ślepi przewodnicy! Przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda [Mt 23,24]. Mam wrażenie, że dziś znowu tak mówi...
18 października, 2010
Pora pośmiać się z samego siebie
No cóż? Facetowi w moim wieku osiemnasty dzień października ze swoją tematyką, w tych latach staje się bardzo bliski. Jest to bowiem Światowy Dzień Menopauzy i Andropauzy ustanowiony przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) i Międzynarodowe Towarzystwo Menopauzy (IMS), a jego celem jest zwrócenie uwagi na problemy oraz sposoby radzenia sobie z objawami i następstwami zmian zachodzących w organizmie około 50 roku życia.
Nieznana mi wcześniej, jak na razie zabawna ociężałość fizyczna, coraz częstsza pewność, że nie należy biec, bo i tak nie zdążę – to chyba pierwsze objawy wieku średniego. Jest to czas przełomu i rozmaitych zmian w organizmie.
Zaczynam wreszcie rozumieć takie fragmenty Słowa Bożego, jak: O tym mamy wiele do powiedzenia, lecz trudno wam to wyłożyć, skoro staliście się ociężałymi... [Hbr 5,11], albo: Dlatego opadłe ręce i omdlałe kolana znowu wyprostujcie... [Hbr 12,12].
W świetle Biblii widać też jednak, że Bóg na szczęście pozostaje Panem nawet w kwestiach menopauzy i andropauzy. Dla przykładu, zapowiedział poczęcie i narodziny Izaaka, mimo że Abraham i Sara byli starzy, w podeszłym wieku. Ustało zaś już u Sary to, co zwykle bywa u kobiet. Toteż roześmiała się Sara sama do siebie, mówiąc: Teraz, gdy się zestarzałam, mam tej rozkoszy zażywać! I pan mój jest stary! [1Mo 18,11–12].
Powyższy obraz może być ilustracją prawdy o możliwościach zachowania nieustannej świeżości duchowej w życiu ludzi wierzących. Zasadzeni w domu Pańskim wyrastają w dziedzińcach Boga naszego. Jeszcze w starości przynoszą owoc, są w pełni sił i świeżości [Ps 92,14-15]. Fizycznie starzeje się każdy, lecz są ludzie, którzy dzięki trwaniu w społeczności z Bogiem, duchem pozostaną zawsze młodzi!
Menopauza i andropauza nieuchronnie się pojawia. Nie wszyscy jednakowo ten etap przechodzą, wszyscy jednak powinni się liczyć z tym, że jest to naturalny proces biologiczny i lepiej go świadomie powitać i przeżyć, niż przed nim uciekać i go lekceważyć. Ja mam zamiar przynajmniej trochę pośmiać się z samego siebie.
Czy dodaje mi otuchy fakt, że nie jestem w tym osamotniony? W Polsce blisko 6 milionów kobiet i 5 milionów mężczyzn to osoby po 50 roku życia. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia do 2030 roku na świecie będzie 1,2 miliarda kobiet i 1 miliard mężczyzn po 50 roku życia, a każdego roku szybko nas przybywa.
Byłoby dobrze, gdyby z wiekiem wszyscy przynajmniej także mądrzeli. Z autopsji wiem jednak, że nie jest to tak nieuchronne, jak sama andropauza... J
Nieznana mi wcześniej, jak na razie zabawna ociężałość fizyczna, coraz częstsza pewność, że nie należy biec, bo i tak nie zdążę – to chyba pierwsze objawy wieku średniego. Jest to czas przełomu i rozmaitych zmian w organizmie.
Zaczynam wreszcie rozumieć takie fragmenty Słowa Bożego, jak: O tym mamy wiele do powiedzenia, lecz trudno wam to wyłożyć, skoro staliście się ociężałymi... [Hbr 5,11], albo: Dlatego opadłe ręce i omdlałe kolana znowu wyprostujcie... [Hbr 12,12].
W świetle Biblii widać też jednak, że Bóg na szczęście pozostaje Panem nawet w kwestiach menopauzy i andropauzy. Dla przykładu, zapowiedział poczęcie i narodziny Izaaka, mimo że Abraham i Sara byli starzy, w podeszłym wieku. Ustało zaś już u Sary to, co zwykle bywa u kobiet. Toteż roześmiała się Sara sama do siebie, mówiąc: Teraz, gdy się zestarzałam, mam tej rozkoszy zażywać! I pan mój jest stary! [1Mo 18,11–12].
Powyższy obraz może być ilustracją prawdy o możliwościach zachowania nieustannej świeżości duchowej w życiu ludzi wierzących. Zasadzeni w domu Pańskim wyrastają w dziedzińcach Boga naszego. Jeszcze w starości przynoszą owoc, są w pełni sił i świeżości [Ps 92,14-15]. Fizycznie starzeje się każdy, lecz są ludzie, którzy dzięki trwaniu w społeczności z Bogiem, duchem pozostaną zawsze młodzi!
Menopauza i andropauza nieuchronnie się pojawia. Nie wszyscy jednakowo ten etap przechodzą, wszyscy jednak powinni się liczyć z tym, że jest to naturalny proces biologiczny i lepiej go świadomie powitać i przeżyć, niż przed nim uciekać i go lekceważyć. Ja mam zamiar przynajmniej trochę pośmiać się z samego siebie.
Czy dodaje mi otuchy fakt, że nie jestem w tym osamotniony? W Polsce blisko 6 milionów kobiet i 5 milionów mężczyzn to osoby po 50 roku życia. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia do 2030 roku na świecie będzie 1,2 miliarda kobiet i 1 miliard mężczyzn po 50 roku życia, a każdego roku szybko nas przybywa.
Byłoby dobrze, gdyby z wiekiem wszyscy przynajmniej także mądrzeli. Z autopsji wiem jednak, że nie jest to tak nieuchronne, jak sama andropauza... J
16 października, 2010
Dzień rozbudzonej nadziei
Pamiętam ten dzień, jakby działo się to wczoraj. 16 października 1978 roku siedziałem w stołówce Szkoły Biblijnej w Warszawie, gdy wszedł nasz nauczyciel i obwieścił, że w Watykanie dokonano właśnie wyboru nowego papieża. Został nim polski kardynał – Karol Wojtyła.
Wybór tego wspaniałego i światłego Polaka na zwierzchnika Kościoła Rzymskokatolickiego rozbudził we mnie, słuchaczu pierwszego roku Szkoły Biblijnej, ogromne nadzieje. Dwa tygodnie wcześniej pozostawiłem przecież wszystkie swoje wcześniejsze obowiązki i pasję, aby całkowicie oddać się studiowaniu i głoszeniu Słowa Bożego.
Wypełnione ideałami serce zapulsowało nadzieją! Papież Polak przybliży ludziom Prawdę! Przecież to człowiek, który zna Biblię – pomyślałem. Wkrótce katolicy na całym świecie usłyszą, jak wielkim uchybieniem w stosunku do nauki Pisma Świętego jest kult świętych, zwłaszcza kult maryjny, modlitwa za zmarłych, nauka o czyśćcu, czczenie figur i obrazów itd.
Naprawdę się spodziewałem niejako nowej Reformacji. Tymczasem Jan Paweł II okazał się człowiekiem dalekim od Biblii. Jako wyjątkowy czciciel Maryi kilkakrotnie zadedykował jej cały swój pontyfikat, koronował jej obrazy, powierzał pod jej opiekę całe narody, w tym naród polski, ustanawiał kolejnych świętych, zachęcał, by ludzie się do nich modlili itd.
Pamiętam, jak bardzo to przeżyłem, gdy papież Polak powierzył pod opiekę Maryi cały ruch Odnowy w Duchu Świętym. Niemniej smutno mi było czytać Dominus Iesus o jedynozbawczej roli Kościoła Rzymskokatolickiego, patrzeć na jego wspólną modlitwę z wszystkimi religiami w Asyżu, całowanie Koranu, potem słuchać, że wszystkie drogi prowadzą do Boga i zbawienia, podczas gdy Biblia stwierdza, że poza Jezusem Chrystusem nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni [Dz 4,12].
Z roku na rok moje marzenia obracały się w pył. Tym bardziej było mi smutno, że mało kto dostrzegał to subtelne zwiedzenie i pociąganie tłumów ku coraz większemu nieposłuszeństwu Słowu Bożemu. Nawet przywódcy wspólnot ewangelicznych zdawali się jakby tego faktu nie dostrzegać i jeden po drugim chylili papieżowi czoła.
W końcu, w Watykanie złożono wniosek o beatyfikację a polski Parlament uchwałą z dnia 27 lipca 2005 roku ustanowił dzień 16 października Dniem Papieża Jana Pawła II. W uchwale sejmowej można przeczytać: W hołdzie największemu autorytetowi XX wieku, człowiekowi, który sięgając do źródeł chrześcijaństwa uczył nas solidarności, odwagi i pokory.
Niewątpliwie, Jan Paweł II był człowiekiem wielkiego formatu. Był idealnym papieżem katolickim, zręcznym politykiem, ulubieńcem tłumów, polskim patriotą itd. Nie był jednak człowiekiem Słowa Bożego. Nie naprowadził ludzi na drogę zbawienia, nie odwrócił się od bałwanów do Boga, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu [1Ts 1,9].
Ostatecznie sam stał się bożkiem. Dziś wielu ludzi na świecie, pozostając w duchowych mrokach, modli się do niego nie zdając sobie sprawy z tego, że ich modlitwy są absolutnie bezprzedmiotowe, ponieważ Jan Paweł II nie jest w stanie już nikogo wysłuchać ani też cokolwiek zmienić na ziemi lub w niebie.
Dlaczego Bóg nie posłużył się człowiekiem o tak wielkich możliwościach wywierania wpływu, a zleca zadanie głoszenia Słowa Bożego ludziom, których prawie nikt nie chce słuchać? Może ktoś wie, dlaczego?
Wybór tego wspaniałego i światłego Polaka na zwierzchnika Kościoła Rzymskokatolickiego rozbudził we mnie, słuchaczu pierwszego roku Szkoły Biblijnej, ogromne nadzieje. Dwa tygodnie wcześniej pozostawiłem przecież wszystkie swoje wcześniejsze obowiązki i pasję, aby całkowicie oddać się studiowaniu i głoszeniu Słowa Bożego.
Wypełnione ideałami serce zapulsowało nadzieją! Papież Polak przybliży ludziom Prawdę! Przecież to człowiek, który zna Biblię – pomyślałem. Wkrótce katolicy na całym świecie usłyszą, jak wielkim uchybieniem w stosunku do nauki Pisma Świętego jest kult świętych, zwłaszcza kult maryjny, modlitwa za zmarłych, nauka o czyśćcu, czczenie figur i obrazów itd.
Naprawdę się spodziewałem niejako nowej Reformacji. Tymczasem Jan Paweł II okazał się człowiekiem dalekim od Biblii. Jako wyjątkowy czciciel Maryi kilkakrotnie zadedykował jej cały swój pontyfikat, koronował jej obrazy, powierzał pod jej opiekę całe narody, w tym naród polski, ustanawiał kolejnych świętych, zachęcał, by ludzie się do nich modlili itd.
Pamiętam, jak bardzo to przeżyłem, gdy papież Polak powierzył pod opiekę Maryi cały ruch Odnowy w Duchu Świętym. Niemniej smutno mi było czytać Dominus Iesus o jedynozbawczej roli Kościoła Rzymskokatolickiego, patrzeć na jego wspólną modlitwę z wszystkimi religiami w Asyżu, całowanie Koranu, potem słuchać, że wszystkie drogi prowadzą do Boga i zbawienia, podczas gdy Biblia stwierdza, że poza Jezusem Chrystusem nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni [Dz 4,12].
Z roku na rok moje marzenia obracały się w pył. Tym bardziej było mi smutno, że mało kto dostrzegał to subtelne zwiedzenie i pociąganie tłumów ku coraz większemu nieposłuszeństwu Słowu Bożemu. Nawet przywódcy wspólnot ewangelicznych zdawali się jakby tego faktu nie dostrzegać i jeden po drugim chylili papieżowi czoła.
W końcu, w Watykanie złożono wniosek o beatyfikację a polski Parlament uchwałą z dnia 27 lipca 2005 roku ustanowił dzień 16 października Dniem Papieża Jana Pawła II. W uchwale sejmowej można przeczytać: W hołdzie największemu autorytetowi XX wieku, człowiekowi, który sięgając do źródeł chrześcijaństwa uczył nas solidarności, odwagi i pokory.
Niewątpliwie, Jan Paweł II był człowiekiem wielkiego formatu. Był idealnym papieżem katolickim, zręcznym politykiem, ulubieńcem tłumów, polskim patriotą itd. Nie był jednak człowiekiem Słowa Bożego. Nie naprowadził ludzi na drogę zbawienia, nie odwrócił się od bałwanów do Boga, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu [1Ts 1,9].
Ostatecznie sam stał się bożkiem. Dziś wielu ludzi na świecie, pozostając w duchowych mrokach, modli się do niego nie zdając sobie sprawy z tego, że ich modlitwy są absolutnie bezprzedmiotowe, ponieważ Jan Paweł II nie jest w stanie już nikogo wysłuchać ani też cokolwiek zmienić na ziemi lub w niebie.
Dlaczego Bóg nie posłużył się człowiekiem o tak wielkich możliwościach wywierania wpływu, a zleca zadanie głoszenia Słowa Bożego ludziom, których prawie nikt nie chce słuchać? Może ktoś wie, dlaczego?
15 października, 2010
Utracone, czy raczej ponad wszelką wątpliwość już zbawione?!
Każdego roku w Polsce 40 tysięcy kobiet przeżywa poronienie, 2 tysiące dzieci rodzi się martwych, a kolejne 5 tysięcy nie dożywa swoich osiemnastych urodzin z powodu chorób i wypadków.
Sześć lat temu z inicjatywy Organizacji Rodziców po Stracie oraz Rodziców Dzieci Chorych – "Dlaczego" 15 dzień października ustanowiono Dniem Dziecka Utraconego. Sporo wcześniej ustanowiono go także w Stanach Zjednoczonych pod nazwą Pregnancy and Infant Loss Remembrance Day.
Poronienie samoistne oraz martwe narodziny traktowane są w świadomości społecznej jako zabieg medyczny. Tymczasem strata upragnionego dziecka, poronienie, martwy poród, śmierć tuż po narodzeniu, są traumatycznym przeżyciem dla rodziców. Dlatego hasłem tegorocznych obchodów jest apel skierowany do personelu medycznego – „Proszę, pomóż mi pożegnać się z dzieckiem”.
Zachodzi potrzeba uwrażliwienia społeczeństwa na problemy, z jakimi borykają się rodzice po stracie dziecka. Amerykanie zakładają różowo-błękitne wstążeczki, składają kwiaty w kościołach, szpitalach i na cmentarzach, wyrażając w ten sposób solidarność z osieroconymi rodzicami. Mam nadzieję, że i Polacy z roku na rok będą bardziej czuli na tę sprawę.
Rzeczywiście, śmierć dziecka w łonie matki, to ogromna przykrość dla rodziców. W świetle Biblii można jednak spojrzeć dalej niż normalnie się patrzy i w tym bólu dostrzec łaskę Bożą.
Wiadomo, że dzięki zastępczej śmierci Jezusa Chrystusa jako Baranka Bożego, który złożył ofiarę za grzech świata, przeznaczeniem wszystkich niemowląt jest Królestwo Boże. Pozwólcie dziatkom przychodzić do mnie i nie zabraniajcie im, albowiem takich jest Królestwo Boże [Mk 10,14]. Z Biblii wynika, że na mocy ofiary Chrystusa gładzącej grzech świata, każde dzieciątko dostępuje zbawienia.
Nie zawsze więc jest tak, że normalne narodziny oznaczają Boże błogosławieństwo, a utrata dziecka jego brak. Ileż matek i ojców płacze widząc, co robią ich narodzone i wyrośnięte dzieci. Ileż dzieci po tym jak narodzą się i urosną odrzuca dar zbawienia i odchodzi od Boga.
Patrząc z tego punktu widzenia dostrzegamy, że ta sprawa nie wygląda już tak jednoznacznie. Syn Człowieczy wprawdzie odchodzi, jak o nim napisano, ale biada owemu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Lepiej by było, gdyby się nie narodził ów człowiek [Mk 14,21]. Kto się urodził i żyje, może popełnić czyny, które na zawsze pozbawią go żywota wiecznego.
Inną kwestią jest też los człowieka na ziemi. Czasem życie staje się udręką nie do zniesienia. Przeklęty dzień, w którym się urodziłem; dzień, w którym mnie porodziła moja matka, niech nie będzie błogosławiony! Przeklęty mąż, który przyniósł mojemu ojcu radosną wieść: Urodził ci się chłopiec - i tym go bardzo ucieszył. Niech z tym dniem będzie jak z miastem, które Pan bezlitośnie zburzył! Niech słyszy krzyk z rana, a wrzawę wojenną w samo południe! Za to, że nie uśmiercił mnie w łonie, aby mi moja matka stała się grobem, a jej łono wiecznie brzemienne. Po cóż to wyszedłem z łona matki, aby doznać tylko znoju i udręki i swoje dni trawić w hańbie! [Jr 20,14–18].
Kilka dni temu wstrząsnęła mną wiadomość, że córeczka bliskiego memu sercu czarnoskórego lekarza z Warszawy wyjechała z mamą w odwiedziny do Nigerii i tam utopiła się wstudni. Straszna przykrość. Zabrakło mi słów. Lecz oto z ust jej taty, prawdziwego chrześcijanina, usłyszałem mniej więcej takie słowa: Wiem, że Bóg jest wielki. Trzeba Mu i za to podziękować, bo On wie, co robi. Biblijny Hiob dodaje: Pan dał, Pan wziął, niech będzie imię Pańskie błogosławione [Jb 1,21].
W Dniu Dziecka Utraconego utożsamiam się z bólem rodziców, których ta przykrość dotknęła i jednocześnie zachęcam do ufności. Bóg wie lepiej, co akurat dla naszego dziecka jest najlepsze.
Sześć lat temu z inicjatywy Organizacji Rodziców po Stracie oraz Rodziców Dzieci Chorych – "Dlaczego" 15 dzień października ustanowiono Dniem Dziecka Utraconego. Sporo wcześniej ustanowiono go także w Stanach Zjednoczonych pod nazwą Pregnancy and Infant Loss Remembrance Day.
Poronienie samoistne oraz martwe narodziny traktowane są w świadomości społecznej jako zabieg medyczny. Tymczasem strata upragnionego dziecka, poronienie, martwy poród, śmierć tuż po narodzeniu, są traumatycznym przeżyciem dla rodziców. Dlatego hasłem tegorocznych obchodów jest apel skierowany do personelu medycznego – „Proszę, pomóż mi pożegnać się z dzieckiem”.
Zachodzi potrzeba uwrażliwienia społeczeństwa na problemy, z jakimi borykają się rodzice po stracie dziecka. Amerykanie zakładają różowo-błękitne wstążeczki, składają kwiaty w kościołach, szpitalach i na cmentarzach, wyrażając w ten sposób solidarność z osieroconymi rodzicami. Mam nadzieję, że i Polacy z roku na rok będą bardziej czuli na tę sprawę.
Rzeczywiście, śmierć dziecka w łonie matki, to ogromna przykrość dla rodziców. W świetle Biblii można jednak spojrzeć dalej niż normalnie się patrzy i w tym bólu dostrzec łaskę Bożą.
Wiadomo, że dzięki zastępczej śmierci Jezusa Chrystusa jako Baranka Bożego, który złożył ofiarę za grzech świata, przeznaczeniem wszystkich niemowląt jest Królestwo Boże. Pozwólcie dziatkom przychodzić do mnie i nie zabraniajcie im, albowiem takich jest Królestwo Boże [Mk 10,14]. Z Biblii wynika, że na mocy ofiary Chrystusa gładzącej grzech świata, każde dzieciątko dostępuje zbawienia.
Nie zawsze więc jest tak, że normalne narodziny oznaczają Boże błogosławieństwo, a utrata dziecka jego brak. Ileż matek i ojców płacze widząc, co robią ich narodzone i wyrośnięte dzieci. Ileż dzieci po tym jak narodzą się i urosną odrzuca dar zbawienia i odchodzi od Boga.
Patrząc z tego punktu widzenia dostrzegamy, że ta sprawa nie wygląda już tak jednoznacznie. Syn Człowieczy wprawdzie odchodzi, jak o nim napisano, ale biada owemu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Lepiej by było, gdyby się nie narodził ów człowiek [Mk 14,21]. Kto się urodził i żyje, może popełnić czyny, które na zawsze pozbawią go żywota wiecznego.
Inną kwestią jest też los człowieka na ziemi. Czasem życie staje się udręką nie do zniesienia. Przeklęty dzień, w którym się urodziłem; dzień, w którym mnie porodziła moja matka, niech nie będzie błogosławiony! Przeklęty mąż, który przyniósł mojemu ojcu radosną wieść: Urodził ci się chłopiec - i tym go bardzo ucieszył. Niech z tym dniem będzie jak z miastem, które Pan bezlitośnie zburzył! Niech słyszy krzyk z rana, a wrzawę wojenną w samo południe! Za to, że nie uśmiercił mnie w łonie, aby mi moja matka stała się grobem, a jej łono wiecznie brzemienne. Po cóż to wyszedłem z łona matki, aby doznać tylko znoju i udręki i swoje dni trawić w hańbie! [Jr 20,14–18].
Kilka dni temu wstrząsnęła mną wiadomość, że córeczka bliskiego memu sercu czarnoskórego lekarza z Warszawy wyjechała z mamą w odwiedziny do Nigerii i tam utopiła się wstudni. Straszna przykrość. Zabrakło mi słów. Lecz oto z ust jej taty, prawdziwego chrześcijanina, usłyszałem mniej więcej takie słowa: Wiem, że Bóg jest wielki. Trzeba Mu i za to podziękować, bo On wie, co robi. Biblijny Hiob dodaje: Pan dał, Pan wziął, niech będzie imię Pańskie błogosławione [Jb 1,21].
W Dniu Dziecka Utraconego utożsamiam się z bólem rodziców, których ta przykrość dotknęła i jednocześnie zachęcam do ufności. Bóg wie lepiej, co akurat dla naszego dziecka jest najlepsze.
14 października, 2010
Normalizacja skazana na fiasko
Mamy dziś dziwny dzień zachwytu nad procesem ujednolicania na świecie wszystkiego, co tylko możliwe, a mianowicie Światowy Dzień Normalizacji (ang. World Standards Day).
Trzy międzynarodowe organizacje normalizacyjne ISO, IEC i ITU przekształcają naszą wydajność, efektywność, ekonomiczność, jakość, ekologiczność, bezpieczeństwo, wiarygodność, kompatybilność, interoperacyjność itp., nadając im ściśle określoną charakterystykę wytwarzania i dostarczania wyrobów oraz usług, a nawet ich utylizacji.
Ten światowy system normalizacji ma oczywiście pozytywną stronę. Wiadomo, że wyroby i usługi muszą być transportowane, dostarczane, przekazywane lub w inny sposób wymieniane pomiędzy producentami, dostawcami i klientami na całym świecie. Wymaga to różnego rodzaju połączeń i tzw. interfejsów.
Normy międzynarodowe harmonizują te połączenia i ułatwiają wymianę. Z przyjemnością zauważamy, że rury, złączki, urządzenia do transportu, palety, kontenery, przełączniki, kable, osprzęt i oprogramowanie komputerowe itd., – stopniowo stają się takie same na całym świecie.
Światowy system normalizacji łączy rynki umożliwiając krajom rozwijającym się dostęp do nowoczesnych technologii know-how, zwiększanie własnych możliwości eksportowych oraz konkurencyjność. Oprócz korzyści technicznych i ekonomicznych, jakie przynoszą normy międzynarodowe, uczestnictwo w ich opracowywaniu wzmacnia więzi międzyludzkie. Oto tysiące kobiet i mężczyzn o odmiennych przekonaniach politycznych i religijnych, o różnym pochodzeniu narodowym i kulturowym, działają wspólnie w ramach ISO, IEC i ITU.
Jednym słowem, normy dostarczają rozwiązań, wykonują zadania, łączą ludzi. Normy scalają świat!
W Światowym Dniu Normalizacji nie ulegam jednak powszechnej euforii i zastanawiam się dlaczego już na początku Biblii, gdy wydawało się, że ludzkość bardzo dobrze się komunikuje i współdziała, Bóg tak drastycznie wystąpił przeciwko tej normalizacji?
I rzekł Pan: Oto jeden lud i wszyscy mają jeden język, a to dopiero początek ich dzieła. Teraz już dla nich nic nie będzie niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Przeto zstąpmy tam i pomieszajmy ich język, aby nikt nie rozumiał języka drugiego! I rozproszył ich Pan stamtąd po całej ziemi, i przestali budować miasto [1Mo 11,6–8].
Czyżby, ot tak sobie, Bóg nie chciał, żeby wszystkie ogórki na całym świecie były tak samo zakrzywione? A może On nie chce, żebyśmy stali się niewolnikami ujednoliconego systemu? Może nawet kryje się za tym jakiś konkretny plan dotyczący losów i końca świata?
Jeśliby królestwo samo w sobie było rozdwojone, to takie królestwo nie może się ostać. A jeśliby dom sam w sobie był rozdwojony, to taki dom nie będzie mógł się ostać. I jeśliby szatan powstał przeciwko sobie samemu i był rozdwojony, nie może się ostać, albowiem to jest jego koniec [Mk 3,24–26].
Światowy system normalizacji zdaje się wskazywać na inną, niż zapowiedziana w Biblii, przyszłość świata. Dlatego dziwnie mi jakoś pachnie...
Trzy międzynarodowe organizacje normalizacyjne ISO, IEC i ITU przekształcają naszą wydajność, efektywność, ekonomiczność, jakość, ekologiczność, bezpieczeństwo, wiarygodność, kompatybilność, interoperacyjność itp., nadając im ściśle określoną charakterystykę wytwarzania i dostarczania wyrobów oraz usług, a nawet ich utylizacji.
Ten światowy system normalizacji ma oczywiście pozytywną stronę. Wiadomo, że wyroby i usługi muszą być transportowane, dostarczane, przekazywane lub w inny sposób wymieniane pomiędzy producentami, dostawcami i klientami na całym świecie. Wymaga to różnego rodzaju połączeń i tzw. interfejsów.
Normy międzynarodowe harmonizują te połączenia i ułatwiają wymianę. Z przyjemnością zauważamy, że rury, złączki, urządzenia do transportu, palety, kontenery, przełączniki, kable, osprzęt i oprogramowanie komputerowe itd., – stopniowo stają się takie same na całym świecie.
Światowy system normalizacji łączy rynki umożliwiając krajom rozwijającym się dostęp do nowoczesnych technologii know-how, zwiększanie własnych możliwości eksportowych oraz konkurencyjność. Oprócz korzyści technicznych i ekonomicznych, jakie przynoszą normy międzynarodowe, uczestnictwo w ich opracowywaniu wzmacnia więzi międzyludzkie. Oto tysiące kobiet i mężczyzn o odmiennych przekonaniach politycznych i religijnych, o różnym pochodzeniu narodowym i kulturowym, działają wspólnie w ramach ISO, IEC i ITU.
Jednym słowem, normy dostarczają rozwiązań, wykonują zadania, łączą ludzi. Normy scalają świat!
W Światowym Dniu Normalizacji nie ulegam jednak powszechnej euforii i zastanawiam się dlaczego już na początku Biblii, gdy wydawało się, że ludzkość bardzo dobrze się komunikuje i współdziała, Bóg tak drastycznie wystąpił przeciwko tej normalizacji?
I rzekł Pan: Oto jeden lud i wszyscy mają jeden język, a to dopiero początek ich dzieła. Teraz już dla nich nic nie będzie niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Przeto zstąpmy tam i pomieszajmy ich język, aby nikt nie rozumiał języka drugiego! I rozproszył ich Pan stamtąd po całej ziemi, i przestali budować miasto [1Mo 11,6–8].
Czyżby, ot tak sobie, Bóg nie chciał, żeby wszystkie ogórki na całym świecie były tak samo zakrzywione? A może On nie chce, żebyśmy stali się niewolnikami ujednoliconego systemu? Może nawet kryje się za tym jakiś konkretny plan dotyczący losów i końca świata?
Jeśliby królestwo samo w sobie było rozdwojone, to takie królestwo nie może się ostać. A jeśliby dom sam w sobie był rozdwojony, to taki dom nie będzie mógł się ostać. I jeśliby szatan powstał przeciwko sobie samemu i był rozdwojony, nie może się ostać, albowiem to jest jego koniec [Mk 3,24–26].
Światowy system normalizacji zdaje się wskazywać na inną, niż zapowiedziana w Biblii, przyszłość świata. Dlatego dziwnie mi jakoś pachnie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





