02 marca, 2010

Znamienna nowinka

Znana już z kilku kontrowersyjnych projektów artystycznych absolwentka Akademii Sztuk Pięknych, Kamila Szejnoch, zaprezentowała niedawno swój najnowszy pomysł pod nazwą Holy Machine. Latem ubiegłego roku projekt był wystawiony przed katedrą we Fryburgu (Szwajcaria) a teraz miał stanąć na Dworcu Centralnym w Warszawie. Ostatecznie trafi na jakiś czas do jednego z teatrów, a zaraz potem stanie w parafialnym kościele w Sierpcu.

Holy Machine – to maszyna oferująca usługi religijne. Taki sobie uproszczony rytuał w wersji elektronicznej. Z wyglądu przypomina bankomat, ale zamiast pieniędzy oferuje usługi duchowe. W menu można wybrać "intencje", "grzechy" i "problemy". Potem otrzymuje się paragon: z poradą, gdy zwracasz się z problemem, z pokutą, gdy wyznałeś maszynie grzech i z potwierdzeniem intencji, gdy chciałeś ją zgłosić.

Oddajmy głos autorce pomysłu: Maszyna, którą zaprojektowałam, to maszyna katolicka. Katolicyzm jest religią bardzo namacalną, mamy obrazy i figury. Stąd ekran dotykowy. Moim punktem wyjścia były też zamknięte kościoły w Zachodniej Europie; zamknięte, lub przekształcone w coś innego. Skoro nie ma kościoła, zróbmy coś zamiast; gdy bank jest zamknięty, mamy bankomat.
 [...] – To jest kombinacja religii i techniki, dwóch rzeczywistości, które z pozoru się wykluczają. Ja chciałam je połączyć. Inspiracją było to, co współcześnie dzieje się z ludzką religijnością. Z jednej strony pustoszeją kościoły, z drugiej coraz większą popularnością cieszy się np. spowiedź przez Internet.


Chociaż „Święta Maszyna” to tylko instalacja artystyczna pomysłowej dziewczyny, to jednak jej w niej coś naprawdę znamiennego dla naszych czasów. Nie tylko obnaża bowiem automatyzm niektórych aspektów religijności katolickiej ale także prowokuje do przemyślenia tego, co ta wszechogarniająca nas technika może zrobić z ludzką duszą.

Biblia jasno wskazuje, że Bóg chce osobistego kontaktu z każdym człowiekiem. Nie uznaje i nie posługuje się żadnym pośrednictwem. Ani żaden człowiek, ani żaden rytuał, ani tym bardziej żadne urządzenie, nie może zastąpić nam osobistej modlitwy i lektury Pisma Świętego.

 Jedyną możliwością prawdziwego kontaktu i związku z Bogiem jest napełnienie Duchem Świętym. Jeśli zaś kto nie ma Ducha Chrystusowego, ten nie jest jego [Rz 8,9]. Bo ci, których Duch Boży prowadzi, są dziećmi Bożymi [Rz 8,14]. A ponieważ jesteście synami, przeto Bóg zesłał Ducha Syna swego do serc waszych, wołającego: Abba, Ojcze! [Ga 4,6]. Każdy normalny ojciec pragnie osobistej i bezpośredniej rozmowy ze swoimi dziećmi. Nie rozmawiam z własnym synem za pośrednictwem innych ludzi. Absolutnie nie zlecę tego żadnemu urządzeniu. Chcę sam go słuchać i sam mu odpowiadać.

 Stało się całkiem normalne, że załatwienie wielu życiowych spraw nie wymaga już bezpośredniego kontaktu z innymi ludźmi. Można całymi tygodniami nie wychodzić z domu, a wszystko mieć pozałatwiane, jak trzeba. Nigdy jednak nie będziemy mieli prawdziwego pokoju z Bogiem, jeżeli zaniedbamy pielęgnowania osobistej społeczności z Duchem Świętym, a tym bardziej, jeżeli byśmy świadomie próbowali się w tym wyręczyć jakimś urządzeniem lub rytuałem.

01 marca, 2010

Madera, Chile, Xynthia... i my

1 marca – to Światowy Dzień Obrony Cywilnej, ustanowiony w 1972 roku przez Międzynarodową Organizację Obrony Cywilnej, aby stale podnosić w społeczeństwie świadomość w tym zakresie. Przypomnijmy,  że  podobnie  jak w innych krajach, tak i w Polsce mamy Obronę Cywilną Kraju. Do jej zadań należy ochrona ludności cywilnej przed niebezpieczeństwami wynikającymi z klęsk żywiołowych lub działań zbrojnych, przezwyciężanie ich bezpośrednich następstw, a także zapewnienie ludziom warunków koniecznych do przetrwania.

Działalność Obrony Cywilnej Kraju w praktyce sprowadza się do planowania, prowadzenia szkoleń i upowszechniania wśród dzieci i młodzieży ogólnej wiedzy z zakresu obrony cywilnej. Wciąż brak jest dostatecznie uporządkowanych przepisów prawnych, które uwzględniałyby aktualne i nowe zagrożenia, z jakimi w każdej chwili może zetknąć się polskie społeczeństwo. Niezwyczajni, żeby w Polsce dochodziło do jakichś większych klęsk żywiołowych, raczej nie zastanawiamy się, jak należałoby postępować, gdyby nagle na dużym obszarze kraju wystąpił jakiś niszczący wszystko kataklizm.

Tegoroczny Dzień Obrony Cywilnej zbiega się z doniesieniami o strasznych skutkach huraganu Xynthia, który w samej Francji spowodował wczoraj śmierć blisko 50 osób i ogromne zniszczenia. Niebezpiecznie było w Hiszpanii, Niemczech i kto wie, czy podobnie nie zrobi się też w Polsce? Na ile, jako społeczeństwo, jesteśmy przygotowani mentalnie do stawienia czoła podobnej klęsce żywiołowej?

 Nie zamierzam tu wchodzić w kompetencje OCK, ale jako chrześcijanin chciałbym zauważyć, że Biblia udziela praktycznych wskazówek także z zakresu obrony cywilnej. Na przykład: Gdy tedy ujrzycie ohydę spustoszenia, stojącą tam, gdzie stać nie powinna - kto czyta, niech uważa - wtedy ci, co są w Judei, niech uciekają w góry. A kto jest na dachu, niech nie zstępuje na dół i nie wchodzi do środka, aby coś wziąć z domu swego. A kto jest na roli, niech nie wraca, by zabrać swój płaszcz. Biada też kobietom brzemiennym i karmiącym w owych dniach. Módlcie się tylko, aby to nie wypadło zimą [Mk 13,14–18]. Tego rodzaju instrukcji na rozmaite okoliczności jest w Biblii więcej.Trzeba je tylko odkryć i dobrze zrozumieć.

Z zacytowanych słów Jezusa, skierowanych oczywiście przede wszystkim do ówczesnych Żydów, można wywnioskować, że bezpieczeństwo chrześcijan jest też powiązane z ich mądrym zachowaniem. A gdy was prześladować będą w jednym mieście, uciekajcie do drugiego [Mt 10,23]. Z tego rozumiem, że rozsądnym byłoby odpowiednio przemyśleć sobie niektóre kwestie, tak aby w obliczu zagrożenia móc i samemu mądrze się zachować, i skutecznie zatroszczyć się o innych.

 Nic przecież gorszego od chaotycznego działania ludzi ogarniętych paniką. W obliczu kataklizmu czy innego zagrożenia, uczniowie Jezusa powinni wykazać się spokojem, mądrością postępowania i życzliwością w stosunku do bliźnich. Może warto o tym w porę pomyśleć, uzgodnić kilka podstawowych zasad postępowania i wzajemnych kontaktów, przynajmniej z najbliższymi...

28 lutego, 2010

Podziw i wdzięczność za zwycięstwo

Dziś koniec Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. I tym razem dewiza olimpijska – Citius, Altius, Fortius (Szybciej, Wyżej, Mocniej) nie tylko zaowocowała wspaniałymi osiągnięciami sportowymi ale i dostarczyła mnóstwa emocji.

 Dla Polaków szczególne znaczenie miał sobotni wieczór. Złoty medal Justyny Kowalczyk sprawił, że wszyscy choć trochę, a mieszkańcy Kasiny Wielkiej szczególnie, poczuliśmy się zwycięzcami. Na starcie do trzydziestokilometrowego biegu narciarskiego stanęło 55 kobiet, a złoty medal był tylko jeden. Od razu było wiadomo, że tylko jedna z nich będzie mogła go zdobyć. Ileż wysiłku fizycznego, mądrości, taktyki i hartu ducha było potrzeba, aby przed wszystkimi dobiec na metę i w końcu stanąć na najwyższym podium! Brawo Justyno! Jesteśmy z Ciebie dumni!

 Biblia posługuje się obrazem takiego biegu, aby pouczyć nas i zmotywować w mądrym i wytrwałym staraniu o wieniec żywota wiecznego. Czy nie wiecie, że zawodnicy na stadionie wszyscy biegną, a tylko jeden zdobywa nagrodę? Tak biegnijcie, abyście nagrodę zdobyli [1Ko 9,24]. Pomyślmy o Norweżce Marit Bjoergen: Trzydzieści kilometrów prawie cały czas na pierwszym miejscu, a wystarczyło, że na ostatnich metrach tylko na moment zawahała się co do techniki biegu i złoty medal przypadł komu innemu. W tym biegu tylko Justyna Kowalczyk pobiegła tak, że zdobyła złoty medal!

 Myślę o moich szansach na zdobycie korony żywota wiecznego o własnych siłach i uśmiecham się z politowaniem. Żadnego człowieka nie stać na takie zwycięstwo. Tylko jeden mógł to osiągnąć. Przyjął postać człowieka, stanął do boju i zwyciężył! Jest pierwszy we wszystkim! Teraz do udziału w owocach swego zwycięstwa zaprasza wszystkich chętnych.

 To jest absolutnie niezwykła wspaniałomyślność Syna Bożego! On pobiegł i zdobył nagrodę, a każdy, kto w Niego uwierzy, może cieszyć się koroną żywota! On to wszystko zrobił za nas i dla nas! Ale w tym wszystkim zwyciężamy przez tego, który nas umiłował [Rz 8,37]. Ależ wielkie szczęście spotkało wierzących! My jesteśmy w tym, który jest prawdziwy, w Synu jego, Jezusie Chrystusie. On jest tym prawdziwym Bogiem i życiem wiecznym [1Jn 5,20].

Złoty medal Justyny Kowalczyk cieszy nas wszystkich, chociaż nie będzie to miało większego znaczenia w naszym życiu na przyszłość. Pełne zwycięstwo Syna Bożego na śmiercią, grzechem i szatanem – to gwarancja życia wiecznego i pewność zbawienia dla wszystkich wierzących! A z jego pełni myśmy wszyscy wzięli, i to łaskę za łaską [Jn 1,16].

Bogu niech będą dzięki, który nam zawsze daje zwycięstwo w Chrystusie [2Ko 2,14]. Cała nasza odpowiedzialność to nie to, żeby zwyciężyć, ale - do końca wytrwać we wierze w Jezusa Chrystusa, który zwyciężył dla nas! Nie porzucajcie więc ufności waszej, która ma wielką zapłatę [Hbr 10,35]. Przyjdę rychło; trzymaj, co masz, aby nikt nie wziął korony twojej [Obj 3,11]. 

Justyna po odebraniu trofeum zaprosiła na najwyższe podium stojące po obydwu jej stronach dziewczyny do wspólnego zdjęcia. To był jednak tylko piękny gest, bo przecież nie oddała im swego medalu. Jezus zaprosił tych, którzy w Niego uwierzyli i powiedział: A Ja przekazuję wam Królestwo, jak i mnie Ojciec mój przekazał, abyście jedli i pili przy stole moim w Królestwie moim, i zasiadali na tronach, sądząc dwanaście plemion Izraela [Łk 22,29–30].

 Moja dusza rozpływa się w podziwie i wdzięczności dla naszego Pana i Zbawiciela!

27 lutego, 2010

Zwierzęce odruchy

Wieloma z nas wstrząsnęła w tych dniach wiadomość o tragedii w parku rozrywki SeaWorld na Florydzie. Treserka orki, 40-letnia Dawn Brancheau, podczas objaśniania widzom przebiegu przedstawienia, niefortunnie pośliznęła się i wpadła do basenu. Samiec orki natychmiast zaatakował. Chwycił za kucyk swoją treserkę, wciągnął ją pod wodę i zabił na oczach zszokowanych zwiedzających. Jak na ironię nosił imię Tilikum, co po indiańsku oznacza "przyjaciel".

Sprawą nieszczęścia na Florydzie czym prędzej zajęły się dwie agencje amerykańskiego rządu. Pomyślałem, że urzędnikom federalnym chodzi o ustalenie przyczyn śmierci treserki. Nic bardziej błędnego. Jeden z nich oświadczył, że śledztwo jest prowadzone pod kątem dobra zwierzęcia. Urzędnicy chcą ustalić, czy zostały zachowane wszystkie standardy dotyczące warunków bytowania orki. Jeśli doszło do naruszeń przepisów, dochodzenie może zakończyć się nałożeniem grzywny na park rozrywki lub odebraniem mu licencji. Jeśli okaże się, że zwierzę cierpiało, zostanie ono odebrane dotychczasowym właścicielom.

 Jestem zbulwersowany takim podejściem amerykańskich urzędników do sprawy. Biblia w tego rodzaju zdarzeniach nakazuje całkiem inne postępowanie: Jeżeli wół zabodzie mężczyznę albo kobietę na śmierć, to należy wołu ukamienować i nie jeść jego mięsa, właściciel zaś wołu będzie niewinny. Jeżeli jednak wół bódł od dawna, a ostrzeżono o tym jego właściciela, ten zaś go nie pilnował, i wół zabił mężczyznę albo kobietę, to wół będzie ukamienowany, a jego właściciel poniesie śmierć [2Mo 21,28–29].

Jak się okazało, Tilikum już wcześniej zachowywał się agresywnie. Przed dziewiętnastoma laty w towarzystwie kilku waleni zabił inną treserkę. Ponad wszelką więc wątpliwość nie należy się roztkliwiać nad jego losem, a czym prędzej uśpić go jako zwierzęcego recydywistę. Mało tego. Zgodnie z Biblią konsekwencje powinien ponieść też człowiek, który po tamtym ujawnieniu się krwiożerczych odruchów tej orki jest odpowiedzialny za dopuszczenie jej do dalszych, bezpośrednich kontaktów z ludźmi.

Podobnie należy postąpić z każdym psem i wszelkim innym zwierzęciem, które zaatakowało i zagryzło człowieka. Smak świeżej krwi pozostawia w jego mózgu trwały ślad. Przy takim zwierzęciu już nikt nigdy nie będzie mógł czuć się bezpieczny. Biblia nakazuje je uśmiercić nie dlatego, że Bóg nie lubi zwierząt. Chodzi o bezpieczeństwo i życie człowieka.

A może w obliczu takich zdarzeń należałoby ponownie rozważyć sens oferowania turystom takich form rozrywki?

26 lutego, 2010

Polityka miłości?

Wczoraj wieczorem z ust jednego z dotychczasowych frontmanów najpopularniejszej w Polsce partii, usłyszeliśmy między innymi następujące słowa:
 – Jestem dowodem na to, że Polska jest w dalszym ciągu dzikim krajem. Zabito mi matkę, taka jest prawda. W związku z tym nie mam odrobiny dobrych emocji do ludzi, którzy to zrobili. Na całe szczęście wiem - bo wierzę w Boga - że jest piekło, że ci ludzie trafią do piekła.
 – Jestem 20 lat w parlamencie i nigdy nie myślałem, że polityka jest takim okrutnym zwierzakiem, który potrafi zjadać ludzi po prostu. Gardzę tym, gardzę polityką.


 Próbuję tę wypowiedź byłego już ministra zestawić z wcześniejszymi, pięknymi słowami lidera rządu o polityce miłości i wychodzi mi na to, że z miłością w tych kręgach najwidoczniej nie do końca jest tak, jak trzeba.

Miłość prawdziwa objawia się i szczególnie triumfuje w chwilach próby i przeciwności. Słyszeliście, iż powiedziano: Będziesz miłował bliźniego swego, a będziesz miał w nienawiści nieprzyjaciela swego. A Ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście byli synami Ojca waszego, który jest w niebie, bo słońce jego wschodzi nad złymi i dobrymi i deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Bo jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeślibyście pozdrawiali tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy tedy doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest [Mt 5,43–48].

 Tak miłować może tylko prawdziwy chrześcijanin. Wielu polskich polityków, nierzadko obnoszących się ze swoją religijnością, gdy tylko ktoś ich obrazi, natychmiast się odgraża i zapodaje go do sądu. O czym to świadczy? Że są naśladowcami Chrystusa? Co Jezus  powiedział o ludziach, którzy Go krzyżowali? Takie reakcje naszych polityków raczej świadczą o tym samym, co Syn Boży odkrył w religijnych Żydach: - ale poznałem was, że nie macie w sobie miłości Bożej [Jn 5,42].

Od dawna mam przekonanie, że polityka i prawdziwe chrześcijaństwo – to dwa przeciwległe światy. Kto chce naśladować Jezusa, nie ma w polityce czego szukać. W polityce nie ma – jak widać – miejsca na czystą miłość. Albo polityka w końcu ograbi z miłości, albo miłość czym prędzej odstąpi od polityki.

 Ze smutkiem przywołuję dziś tę wczorajszą odsłonę 'polityki miłości', bo mam wrażenie, że wielu ludzi jakby tego nie dostrzega. Sam Jezus niejednokrotnie odkrywał prawdę o wewnętrznym stanie ducha ówczesnych kapłanów i starszych ludu, aby zabezpieczyć prostych ludzi przed ich mamiącym wpływem.

 Porzucajmy złudzenia. Dochodźcie tego, co jest miłe Panu i nie miejcie nic wspólnego z bezowocnymi uczynkami ciemności, ale je raczej karćcie, bo to nawet wstyd mówić, co się potajemnie wśród nich dzieje. Wszystko to zaś dzięki światłu wychodzi na jaw jako potępienia godne [Ef 5,10–13].

25 lutego, 2010

Zaszczyt służenia Osobistościom

Dziś w Polsce święto 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego – czyli jednostki odpowiedzialnej za loty krajowe i zagraniczne najważniejszych osób w państwie [Prezydenta RP, Premiera, Marszałków Sejmu i Senatu, Ministrów i in.]. Wchodzi on w skład Sił Powietrznych Rzeczypospolitej Polskiej i podlega pod ich Dowództwo. Miejscem bazowania Pułku jest Wojskowy Port Lotniczy Warszawa-Okęcie.

Święto obchodzone jest 25 lutego, bowiem właśnie tego dnia w 1945 roku 36 SPLT został utworzony na mocy rozkazu Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego. Łatwo zauważyć, że tegoroczne święto Pułku zbiega się z 65. Rocznicą jego utworzenia.

Trzeba przyznać, że żołnierze 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego pełnią wyjątkowo zaszczytną służbę. Nie są zwykłymi pracownikami i żołnierzami a ich samoloty nie są, jak każde inne. Mają do czynienia z najważniejszymi głowami Rzeczypospolitej Polskiej. Są do ich dyspozycji i zapewniają im bezpieczną podróż. Każdy ich samolot i każdy ich lot ma więc charakter szczególny, bo służy szczególnym Osobistościom.

Przypomina mi się pewne zdarzenie z życia znanego kaznodziei radiowego Earla Poysti, mieszkającego przed laty w malutkim Księstwie Monaco [powierzchnia niecałe 2 km kw.]. Opowiadał on, jak któregoś dnia zadzwonił do niego osobiście książę Monaco z prośbą, czy nie zgodziłby się użyczyć mu na niedzielne popołudnie swojego minibusa. Przyjeżdżali do niego krewni i chciałby pojechać z nimi na przejażdżkę, a nie miał odpowiednio dużego samochodu. Wiedział natomiast, że Earl Poysti jeździ takim busem po ulicach Monaco.

Earl opowiadał, jak wielkim przeżyciem była dla niego ta chwila. Sam książę Monaco zainteresował się jego samochodem i chciał z niego skorzystać! Wow! Wysprzątał go więc, wszystko posprawdzał czy dobrze działa, zawiesił w środku odświeżacz powietrza itd. Dlaczego? Bo tej niedzieli jego zwykły samochód miał służyć ważnej Osobistości!

Piotr też miał kiedyś podobne przeżycie związane z jego łodzią i Jezusem. Pewnego razu, gdy On stał nad jeziorem Genezaret, a tłum tłoczył się dokoła niego, by słuchać Słowa Bożego, ujrzał dwie łodzie, stojące u brzegu jeziora; ale rybacy, wyszedłszy z nich, płukali sieci. A wszedłszy do jednej z tych łodzi, należącej do Szymona, prosił go, aby nieco odjechał od brzegu; i usiadłszy, nauczał rzesze z łodzi [Łk 5,1–3]. W tej jednej chwili zwykła łódź rybacka stała się niezwykła, bo siedział w niej Syn Boży – Król królów!

Jakiegoż wielkiego zaszczytu dostąpić może każdy z nas, gdy użycza np. samochodu do celów służących interesom Królestwa Bożego, albo gdy w swoim domu udziela ludziom gościny w imię ich przynależności do Jezusa! Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście [Mt 25,40]. Gościnności nie zapominajcie; przez nią bowiem niektórzy, nie wiedząc o tym, aniołów gościli [Hbr 13,2].

Żołnierze 36 SPLT wiedzą, komu na co dzień służą i są z tego dumni. Ja też wiem, Komu służę. Mam ten zaszczyt, że należę do grona sług Bożych. Poczytuję to sobie za najwyższy honor, gdy Chrystus Pan chce posłużyć się mną osobiście lub czymś z tego, co dał mi do codziennej dyspozycji.