25 listopada, 2011

Damskim bokserom - STOP!

Dziś Międzynarodowy Dzień Eliminacji Przemocy wobec Kobiet. Został on ustanowiony przez Organizację Narodów Zjednoczonych w grudniu 1999 roku, ażeby każdego roku w dniu 25 listopada rządy i organizacje pozarządowe miały impuls i poniekąd narzędzie do podnoszenia tego problemu w społeczeństwach.

 Termin obchodów tego Dnia nie jest przypadkowy. Upamiętnia on rocznicę dramatycznej śmierci trzech sióstr Mirabal, opozycyjnych działaczek z Dominikany, walczących z dyktaturą Trujillo. Na jego rozkaz 25 listopada 1960 roku wszystkie naraz zostały pojmane, zaprowadzone na pole trzcinowe i pobite na śmierć. To morderstwo wywołało ostrą reakcję społeczeństwa Dominikany. Nie tylko nie przyniosło ono dyktatorowi żadnej ulgi, ale po niedługim czasie sprowadziło śmierć na niego samego.

 Siostry; Patria, Minerva i Antonia Mirabal, bestialsko zabite w 36, 34 i 26 roku ich życia, w swoim środowisku znane były jako Las Mariposas, czyli Motyle. Stąd też tytuł książki amerykańskiej pisarki Julii Alvarez – "In the Time of the Butterflies", opisującej ich życie, a także powstałego na tej kanwie filmu pt. Czas Motyli.

 W Dniu Eliminacji Przemocy wobec Kobiet nie należy jednak się skupiać na tragicznej przeszłości wspomnianych trzech sióstr. Może ludzie wygrzewający się na słonecznych plażach Dominikany powinni poświęcić im trochę swojej uwagi i choć na chwilę pochylić opalone czoła w Mirabal Museum w Conuco, my natomiast rozejrzyjmy się uważniej wokoło siebie.

Zjawisko przemocy nie tylko nie zmniejsza się z upływem lat, ale stale narasta. W samej tylko Polsce w ubiegłym roku na numer Niebieskiej Linii - tel. 801 12-00-02 - zadzwoniło ponad 12 tysięcy osób w sprawie przemocy w rodzinie. Statystyki wskazują, że 95% takich telefonów wykonują kobiety.

Być może więc za ścianą, czy w pobliskim domu, jakaś nasza sąsiadka przeżywa koszmar ze strony brutalnego ojca, brata, męża lub syna. Nie przechodźmy obok takich spraw obojętnie. Wiadomo, występowanie przeciwko przemocy wobec kobiet nie jest sprawą łatwą, bo i samo zagadnienie jest często bardzo złożone. Pochopne więc i nieprzemyślane reakcje mogą nic nie dać, a nawet obrócić się przeciwko nam. W tych sprawach trzeba mądrości ale i zdecydowania.

Żaden mężczyzna nie ma prawa bić kobiety, bo żadna z nich nie jest jego własnością! Owszem, niejedna kobieta potrafi mężczyźnie nieźle zaleźć za skórę. Jednakże Biblia daje wierzącym mężczyznom tylko jedno rozwiązanie w kwestii kobiet: Podobnie wy, mężowie, postępujcie z nimi z wyrozumiałością jako ze słabszym rodzajem niewieścim [1Pt 3,7].

 Stosując przemoc wobec sióstr Mirabal dyktator Trujillo sam na siebie ukręcił bicz. Tak niech będzie i tutaj, w naszym kraju i w lokalnej społeczności. Ktokolwiek ośmiela się stosować przemoc wobec kobiet, każdy damski bokser musi zostać społecznie napiętnowany i doprowadzony do porządku. Domaga się tego zwykła godność człowieka ale i Słowo Boże: Kto tak uderzy człowieka, że ten umrze, poniesie śmierć.[2Mo 21,12]. Kto uderzy ojca swego albo matkę swoją, poniesie śmierć [2Mo 21,15]. Celowe krzywdzenie drugiego czlowieka nie może pozostawać bezkarne. Trzeba reagować, oczywiście stosując się do obowiązujących w Polsce przepisów prawa.

Wyrządzenie kobiecie szkody, nawet nie specjalnie, a tylko przy okazji bójki mężczyzn, zostało w Biblii obwarowane sankcjami: Jeżeli dwaj mężowie się biją, a przy tym uderzą kobietę brzemienną tak, że poroni, ale nie poniesie dalszej szkody, to sprawca zapłaci grzywnę, jaką mu wyznaczy mąż tej kobiety, a uiści ją w obecności rozjemców. Jeżeli zaś poniesie dalszą szkodę, to wtedy da życie za życie, oko za oko, ząb za ząb, rękę za rękę, nogę za nogę, oparzelinę za oparzelinę, ranę za ranę, siniec za siniec [2Mo 21,22–25].

Krótko mówiąc, wszystkim damskim bokserom trzeba powiedzieć nasze zdecydowane – Nie!

23 listopada, 2011

Jak nazbierać dobrych wspomnień?

W przeddzień okrągłej rocznicy urodzin mojej żony, towarzyszę jej w podróży sentymentalnej po miejscach bliskich jej z dzieciństwa. Oznacza to przejażdżkę niemal przez cały kraj, a przy tym niecodzienną okazję do licznych wspomnień związanych z tymi miejscami.

 Wielu ludzi przechowuje w pamięci złe wspomnienia, bo ich przeszłość nie była dobra. Wolą nie przypominać sobie dawnych lat. Moja Gabrysia przeciwnie. Z przyjemnością obserwuję, że docierając do miejsc, gdzie bywała jako mało dziewczynka, ożywia się i opowiada same miłe rzeczy, niezależnie od tego, że widoki jakie zastajemy, znacznie różnią się od tamtych sprzed lat.

 Tajemnicą jakości jej wspomnień jest to, że wyrastała w rodzinie chrześcijańskiej i każde wakacje spędzała albo u wierzącej babci i dziadka, otoczona gronem rówieśników z tamtejszych zborów, albo na ogólnopolskich obozach dla dzieci i młodzieży, organizowanych przez Kościół. I tak od Pomorza, Mazur i Podlasia aż po Dolny Śląsk i Kujawy, wszędzie mamy radość przemiłych wspomnień.

 Dobre wspomnienia uzbierane przez lata życia w bliskiej społeczności z Jezusem i we wspólnocie z ludźmi wierzącymi, stanowią bardzo ważny rezerwuar sił duchowych i optymizmu na przyszłość. Gdy, nie daj Boże, zostaniemy zaatakowani przez złych ludzi, gdy przyjdą lata życiowych przeciwności, wówczas w naszym wytrwałym zaufaniu do Boga możemy posiłkować się dobrymi doświadczeniami, uzbieranymi w przeszłości.

 Można to zaobserwować w życiu króla Dawida. Nieprzyjaciel prześladuje mnie, miażdży na proch życie moje, wtrąca mnie w ciemności, jak tych, którzy dawno umarli. Omdlewa we mnie duch mój, trwoży się we mnie serce moje. Wspominam dni dawne, rozmyślam o wszystkich dziełach twoich, rozważam czyny rąk twoich [Ps 143,3–5]. Można się domyślać, że dobre wspomnienia z wcześniejszych lat życia z Bogiem skuteczne pomagały mu przejść przez chwile trudne.

Nie inaczej było z synami Koracha. Wspominam to z wielkim rozrzewnieniem, jak chodziłem w tłumie, pielgrzymując do domu Bożego wśród głosów radości i dziękczynienia tłumu świętującego [Ps 42,5]. Te wspomnienia okazały się bardzo ważne, gdy w pewnym momencie jego życia łzy stały się codziennym chlebem.

 Tak więc zbierajmy dobre wspomnienia i napełniajmy się nimi. Wykorzystujmy każdą możliwość, by choć trochę czasu spędzić z ludźmi odrodzonymi duchowo, bo w takim środowisku możemy się zbudować, odpocząć i nabrać sił. Tak planujmy sobie weekendy, zwłaszcza te długie, żeby nie zabrakło w nich przynajmniej kilku godzin spędzonych z ludźmi, którzy miłują Jezusa i żyją z Nim na co dzień. Weźmy to również pod uwagę, układając swoje plany urlopowe na lato.

 A jeżeli mamy dzieci, to już koniecznie zadbajmy o to, by w każde ferie i wakacje całymi tygodniami mogły one przebywać w środowisku ludzi ewangelicznie wierzących. Dzięki temu będą miały możliwość zaprzyjaźniania się wierzącymi rówieśnikami i okazję do bliższego zaobserwowania budujących postaw i zachowań dojrzałych już ludzi wierzących. W ten sposób – podobnie jak moja żona – nagromadzą sobie w pamięci mnóstwo dobrych wspomnień.

Podróż sentymentalna dobiega końca. Jutro wracamy do Gdańska.

21 listopada, 2011

Dochowuj cudzej tajemnicy

Na mocy artykułu 121.4 ustawy z dnia 12 marca 2004 roku o pomocy socjalnej (Art. 121.4.) 21 listopada w Polsce jest Dniem Pracownika Socjalnego. Upamiętnia on specjalne spotkanie kierownictwa ministerstwa pracy i polityki społecznej z pracownikami pomocy społecznej szczebla wojewódzkiego, jakie miało miejsce 21 listopada 1989 roku w miejscowości Charzykowy k. Chojnic.

 Dzień Pracownika Socjalnego jest okazją do podkreślenia roli służb społecznych, prezentację wybitnych i nowatorskich przykładów pracy i pomocy socjalnej oraz wręczenia pracownikom socjalnym resortowych nagród i wyróżnień za wzorową realizację postawionych przed nimi zadań.

 Najogólniej mówiąc, zadaniem pracowników socjalnych jest zapewnienie ich klientom podstawowych warunków do życia poprzez pomoc finansową, rzeczową i psychiczną. Powinni oni również działać na rzecz wzmacniania zdolności swoich podopiecznych do samodzielnego rozwiązywania własnych problemów, a także starać się aktywizować ich zawodowo i społecznie.

Dziś jednak pomińmy typowe zagadnienia pracy socjalnej, ażeby zamyślić się nad pewnym jej szczegółem. Jedną z ważnych kwestii dotyczących tego zawodu jest tzw. "tajemnica pracownika socjalnego". Jest to termin prawniczy obowiązujący na podstawie art 119 ust. 2 pkt 5: ustawy z dnia 12 marca 2004 roku o pomocy społecznej, który brzmi: „Przy wykonywaniu zadań Pracownik socjalny jest obowiązany zachować w tajemnicy informacje uzyskane w toku czynności zawodowych, także po ustaniu zatrudnienia, chyba że działa to przeciwko dobru osoby lub rodziny.”

 Innymi słowy, kto uczestniczy w pracy socjalnej i w związku z tym poznaje najróżniejsze szczegóły życia swoich podopiecznych, w tym sprawy intymne, ten powinien w sposób wyjątkowy zadbać o dyskrecję. Ludzie otwierający się przed pracownikiem socjalnym, mają prawo być spokojni o to, że poufne szczegóły ich życia nigdy nie zostaną upublicznione.

Nie inaczej jest w obrębie społeczności chrześcijańskiej. Wspólnota wiary, szczerość i zaufanie, wyrastające na podłożu relacji braterskich, nieuchronnie wiążą się z poznawaniem wielu szczegółów z osobistego życia braci i sióstr. Stać się powiernikiem ludzkich tajemnic, to wielki zaszczyt ale i ogromna odpowiedzialność, zwłaszcza że w dzisiejszych czasach już niemal tylko zdradzaniem czyichś sekretów można przyciągnąć ludzką uwagę.

 Jakaż to przykrość, w zaufaniu pozwolić komuś zajrzeć głęboko do duszy, do mieszkania, spiżarni, a nawet pod kołdrę, a potem dowiedzieć się, że opowiada o tym całe środowisko. Coś takiego przeżyli niektórzy moi koledzy po lekturze pewnej autobiografii, gdzie intymne szczegóły ich życia, nie wiadomo dlaczego bez ich zgody, zostały wplecione w życie autora.

 Biblia wyraźnie opowiada się za zapisem zobowiązującym pracowników socjalnych do trzymania języka za zębami. Obmówca obchodząc objawia tajemnice; ale kto jest wiernego serca, tai zwierzonej rzeczy [Prz 11,13 wg Biblii Gdańskiej]. Kto objawia tajemnicę, zdradliwie się obchodzi; przetoż z tymi, którzy pochlebiają wargami swemi, nie miej towarzystwa [Prz 20,19 wg Biblii Gdańskiej].

 Niech więc w Dniu Pracownika Socjalnego i każdy chrześcijanin na nowo przejmie się wezwaniem Słowa Bożego do dochowania tajemnicy: Załatw swoją sprawę ze swoim bliźnim, lecz nie wydawaj cudzej tajemnicy [Prz 25,9].

19 listopada, 2011

Nie wyłączaj go, ani nie oszukuj!

Rozmyślam dziś nad znaczeniem sumienia w procesie podejmowania decyzji i we właściwej orientacji życiowej człowieka. Sumienie, zależnie od tego, w jakim jest stanie, albo naprowadza na właściwe tory i chroni przed zboczeniem z drogi, albo pogłębia dezorientację i wyprowadza w pole.

 Każdy prawdziwy chrześcijanin zostaje obdarowany dobrym sumieniem z chwilą chrztu, który teraz i was zbawia, a jest nie pozbyciem się cielesnego brudu, lecz prośbą do Boga o dobre sumienie [1Pt 3,21]. W wyniku nowego narodzenia umysł zostaje odnowiony i człowiek w jednej chwili zyskuje zdolność poprawnego odczytywania sygnałów ostrzegawczych, wysyłanych przez sumienie.

 Jak wiadomo, sygnały ostrzegawcze z reguły wprowadzają dyskomfort psychiczny. Ażeby więc uniknąć przykrości ich częstego odbierania, zdarza się, że próbujemy je jakoś wyłączyć, a przynajmniej oszukać. Z czasów pracy jako maszynista kolejowy pamiętam, że w kabinie lokomotywy mieliśmy specjalny przycisk czuwania. Prowadząc pociąg należało przez cały czas przytrzymywać go ręką lub nogą. Z chwilą zwolnienia tego tzw. czuwaka, rozlegał się przykry sygnał alarmowy i przy braku natychmiastowej reakcji uruchamiały się hamulce. Czego złego wkrótce nauczyłem się od starszych kolegów? Rozmaitych metod oszukiwania tego układu ostrzegania.

 Ponieważ żyjemy w złym świecie, otoczeni bezbożnymi ludźmi, sumienie raz po raz, wielokrotnie nawet w ciągu jednego dnia, odzywa się w nas, sygnalizując rozmaite zagrożenia. Na przykład: Wzrastający poziom niechęci! Naruszona granica przyzwoitości! Naciągana prawda w negocjowanej umowie! Przekroczone normy moralności! Zagrożenie wybuchem złych emocji! Zbyt wielkie nasycenie erotyzmem!

 Początkowo natychmiast reagujemy prawidłowo, ciesząc się przy tym, że tak wiele w nas się zmieniło i zachowując należytą wrażliwość na sygnały sumienia. Z czasem, niestety, może się zdarzyć, że zaczyna ulegać to zmianie. Duchowa rutyna, pewność siebie lub zły przykład innych wierzących może doprowadzić nas do samopozbawienia się sygnałów dobrego sumienia.

 Za trafną ilustrację niebezpieczeństwa, jakie się z tym wiąże, niech posłuży nam wybuch w kopalni Halemba z 2006 roku. Gdy w kopalni stężenie metanu podnosi się do poziomu 2 procent zawartości powietrza, czujniki systemu ostrzegania zaczynają nieprzyjemnie to sygnalizować. Ponieważ wiadomo, że realne niebezpieczeństwo jest jeszcze daleko, więc nagminnie zasłania się te czujniki, żeby nie przeszkadzały. Tak właśnie zrobiono w Halembie. Wybuchu i śmierci 19 górników nie poprzedziły już żadne sygnały ostrzegawcze.

 Jak to praktycznie wygląda z dobrym sumieniem? Za sprawą wyżej wspomnianych powodów, najpierw zaczynamy ignorować sygnały ostrzegawcze dobrego sumienia, potem, na różne sposoby próbujemy je wyłączyć, a nawet posuwamy się do tego, że samowolnie zmieniamy ustalone w Biblii duchowe parametry dobrego sumienia. Wszystko po to, aby przestało nas ono niepokoić. W końcu sumienie milknie. Popełniamy grzech, a żadna czerwona lampka się już się nam nie zapala.

 Sytuacja jest tym bardziej niebezpieczna, że początkowo wszystko wydaje się nadal toczyć tak, jak wcześniej. Odrzuciliśmy dobre sumienie, a dalej żyjemy, działamy, a nawet posługujemy w Kościele! Bez żadnych wyrzutów sumienia prowadzimy podwójne życie. Jak dugo może się to udawać?

 Ten nakaz daję ci, synu Tymoteuszu, abyś według dawnych głoszonych o tobie przepowiedni staczał zgodnie z nimi dobry bój, zachowując wiarę i dobre sumienie, które pewni ludzie odrzucili i stali się rozbitkami w wierze [1Tm 1,18–19]. Kto odrzuci dobre sumienie, ten wcześniej czy później stanie się duchowym rozbitkiem.

W niejednym przypadku, po wyłączeniu lub oszukaniu systemu ostrzegania, możemy mieć wrażenie, że wszystko jak najbardziej nadal dobrze działa. Zdaje się, że zyskaliśmy święty spokój i dlatego nawet gotowi jesteśmy mędrkować w ogóle nad zasadnością instalowania odrzuconej przez nas sygnalizacji. Aż w końcu następuje tragedia.

 Chrześcijaninie! Dane ci na początku drogi dobre sumienie nie jest zbytecznym instrumentem!

18 listopada, 2011

Nie każdą myśl warto ujawniać

Wilhelm Tell z synem
pomnik w Altdorf
Wspomnijmy dziś niezwykle dramatyczne zdarzenie z 18 listopada 1307 roku, kiedy to – jak głosi legenda – Wilhelm Tell został zmuszony do strzelania z kuszy do jabłka umieszczonego na głowie jego syna.

 Wszystko zaczęło się od tego, że austriacki starosta, Hermann Geßler, ustawił na rynku szwajcarskiego miasteczka Altdorf słup, zatknął na nim swój kapelusz i nakazał, aby każdy przechodzący obok słupa mieszkaniec pokłonił się przed nim.

 Wilhelm Tell tego nie zrobił, więc pojmano go i sprowadzono przed oblicze starosty. Ponieważ Szwajcar był słynnym kusznikiem, Geßler (może dlatego nie lubię zachowań pewnej pani o podobnie brzmiącym nazwisku ;) wymyślił dla niego przedziwną karę i próbę zarazem: Musiał zestrzelić z kuszy lub łuku jabłko ustawione na głowie swojego syna Waltera. Jeśliby chybił - obu czekała śmierć.

 Tell, jak wiadomo, z próby wyszedł zwycięsko. Ktoś zapytał go jednak o to, w jakim celu miał w kołczanie dwie strzały. Wówczas nasz bohater poczciwie wyznał, że gdyby niechcący trafił w syna, wówczas drugą strzałą zabiłby starostę.

 Natychmiast oskarżono go więc o zamiar zabójstwa starosty i skazano na dożywocie w twierdzy Küssnacht. Jednak w drodze do twierdzy Wilhelm Tell uciekł transportującym go żołnierzom i wszczął powstanie, doprowadzając do uwolnienia szwajcarskich kantonów spod władzy cesarskiej.

 O ile dobrze świadczy o Wilhelmie Tellu to, że nie dał się wciągnąć w idiotyczne kłanianie się przed kapeluszem na słupie, to już w kwestii drugiej strzały zabrakło mu roztropności. Prostolinijna prawdomówność w niektórych okolicznościach nie jest zalecana przez Słowo Boże.

 Pan zna myśli ludzi [Ps 94,11] i przed Nim nie da się niczego ukryć. Jeżeli zaś chodzi o ludzi, to nie wszyscy powinni znać każdą myśl, jaką nosimy w głowie. Nieroztropnie jest ujawniać wszystkie swoje tajemnice i zamiary. Głupiec nie lubi roztropności, lecz chętnie wyjawia to, co ma na sercu [Prz 18,2].

 Czy Wilhelm Tell musiał ujawniać swoje ukryte myśli przed ludźmi mu nieżyczliwymi? Czy chrześcijanin jest zobowiązany zaspokajać każdą ludzką ciekawość? Odpowiedz głupiemu według jego głupoty, aby się nie uważał za mądrego [Prz 26,5] poucza nas Biblia.

 Podstępnym arcykapłanom i starszym ludu, którzy nie chcieli potwierdzić oczywistej prawdy o Janie Chrzcicielu, Jezus powiedział: To i Ja wam nie powiem, jaką mocą to czynię [Mt 21,27]. Czy Tell nie mógł postąpić podobnie?

 Duch Święty daje nam mądrość, żebyśmy – nie posiłkując się żadnym kłamstwem – część naszych myśli i zamiarów potrafili zachować dla siebie. Doświadczenie życiowe pokazuje, że niektóre z nich, albo w ogóle nie są warte ujawniania, albo że odkrywanie się ze swoimi myślami przed obcymi może czasem pociągać za sobą wiele niepotrzebnych problemów.

Lepiej dla nas, żeby przynajmniej część naszych motywów pozostała ukryta na dnie duszy, aż przyjdzie Pan i ujawni to, co ukryte w ciemności, i objawi zamysły serc; a wtedy każdy otrzyma pochwałę od Boga [1Ko 4,5].

16 listopada, 2011

Podglądnijmy Jezusa: Czy mogę zaniechać twardych słów?

Od paru miesięcy w Centrum Chrześcijańskim NOWE ŻYCIE w Gdańsku omawiamy życie Jezusa. Od narodzin w Betlejem aż po górę Betanię i wniebowstąpienie, chcemy prześledzić życie i publiczną służbę Jezusa Chrystusa, starając się uporządkować sobie tę wiedzę pod względem chronologicznym.

 Przyglądając się wnikliwiej życiu i służbie Jezusa można dokonać ważnych odkryć i wyciągnąć wiele cennych wniosków, istotnych dla kogoś, kto naprawdę chce być naśladowcą Jezusa.

 Chcę dziś wskazać na cechę posługi Chrystusa Pana, która w niektórych kręgach współczesnego chrześcijaństwa jest bardzo niemile widziana. Uważa się bowiem, że chrześcijanin, a zwłaszcza kaznodzieja i duszpasterz, powinien wypowiadać się wyłącznie pozytywnie, zachęcać, jednoczyć i we wszystkim starać się dostrzec coś dobrego. Na tym – zdaniem nowoczesnej myśli chrześcijańskiej – polega budowanie Kościoła.

 Tymczasem Jezus, bezsprzeczny wzór duszpasterza i męża Bożego, nie ograniczał się w swojej posłudze wyłącznie do pozytywnych słów i zachowań. Jako Pierwszy Budowniczy Kościoła i jego Głowa zarazem, wpływał na ludzi także poprzez krytykę ich zachowań i udzielanie im ostrej nagany. Badając publiczną służbę Jezusa nie można nie zauważyć, że nie była ona wcale zdominowana pokojowym duchem dialogu ani poszukiwaniem tego, co łączy, a nie, co dzieli. Oto kilka przykładów:

 Już pierwszy raz przychodząc na święto paschy do Jerozolimy, Jezus skręciwszy bicz z powrózków, wypędził ich wszystkich ze świątyni wraz z owcami i wołami; wekslarzom rozsypał pieniądze i stoły powywracał, a do sprzedawców gołębi rzekł: Zabierzcie to stąd, z domu Ojca mego nie czyńcie targowiska [Jn 2,15–16]. Czemu Pan najpierw nie podjął z tymi ludźmi spokojnego dialogu, tylko od razu ich wygonił?

 W rozmowie z Żydami, którzy uwierzyli w Niego i twierdzili, że Bóg jest ich Ojcem, wydaje się, że Jezus powinien był wypowiadać słowa, które łączą. Tymczasem zaś czytamy: Na to mu rzekli: My nie jesteśmy zrodzeni z nierządu; mamy jednego Ojca, Boga. Rzekł im Jezus: Gdyby Bóg był waszym Ojcem, miłowalibyście mnie, Ja bowiem wyszedłem od Boga i oto jestem. Albowiem nie sam od siebie przyszedłem, lecz On mnie posłał. Dlaczego mowy mojej nie pojmujecie? Dlatego, że nie potraficie słuchać słowa mojego. Ojcem waszym jest diabeł i chcecie postępować według pożądliwości ojca waszego. On był mężobójcą od początku i w prawdzie nie wytrwał, bo w nim nie ma prawdy. Gdy mówi kłamstwo, mówi od siebie, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa [Jn 8,41–44].

 Nie wspominając już o całych, długich wypowiedziach Pana Jezusa przeciwko faryzeuszom, uczonym w Piśmie i arcykapłanom, weźmy pod uwagę Jego relacje z krewnymi i najbliższymi uczniami. Gdy pewnego razu krewni wraz z matką Jezusa przyszli, aby się z Nim spotkać, zareagował następująco: I powiedzieli mu: Oto matka twoja i bracia twoi, i siostry twoje są przed domem i poszukują cię. I odpowiadając, rzekł im: Któż jest matką moją i braćmi? I powiódł oczyma po tych, którzy wokół niego siedzieli, i rzekł: Oto matka moja i bracia moi. Ktokolwiek czyni wolę Bożą, ten jest moim bratem i siostrą, i matką [Mk 3,32–35]. Jak taką postawę oceniono by w dzisiejszym Kościele?

 Gdy apostoł Piotr na boku zwrócił uwagę Jezusowi, ażeby nie kreślił dla siebie takiej strasznej przyszłości, Syn Boży mógł przecież jakoś milej odezwać się do niego. A On, obróciwszy się, rzekł Piotrowi: Idź precz ode mnie, szatanie! Jesteś mi zgorszeniem, bo nie myślisz o tym, co Boskie, lecz o tym, co ludzkie [Mt 16,23].

Po tym, jak pewna wioska samarytańska nie przyjęła Jezusa, uczniowie Jakub i Jan, rzekli: Panie, czy chcesz, abyśmy słowem ściągnęli ogień z nieba, który by ich pochłonął, jak to i Eliasz uczynił? A On, obróciwszy się, zgromił ich i rzekł: Nie wiecie, jakiego ducha jesteście [Łk 9,54-55]. Przecież oni chcieli dobrze, chcieli na swój sposób konkretnie stanąć po stronie Jezusa.

I ostatni przykład. Nawet po zmartwychwstaniu, tuż przed odejściem do nieba, mowa Jezusa nie stała się aksamitna. Na koniec ukazał się jedenastu uczniom, gdy siedzieli u stołu, i ganił ich niewiarę i zatwardziałość serca, że nie uwierzyli tym, którzy go widzieli zmartwychwskrzeszonego [Mk 16,14].

 Powie ktoś, że tendencyjnie wybrałem tu fragmenty ewangelii, które potwierdzają mój punkt widzenia, a rzeczywisty obraz Jezusa był całkiem inny. Oczywiste, że Jezus okazywał ludziom empatię, był łagodny i miłosierny. Patrząc jednak na całokształt Jego publicznej służby należy dostrzegać obydwie jej strony. Zachowanie i reakcje Jezusa były po prostu adekwatne do zaobserwowanej sytuacji i stanu ludzkich serc.

Ten sam, który powiedział: Pokój zostawiam wam, mój pokój daję wam; nie jak świat daje, Ja wam daję [Jn 14,27], w innym miejscu wyjaśnia:  Nie mniemajcie, że przyszedłem, przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową. Tak to staną się wrogami człowieka domownicy jego [Mt 10,34–36].

Jezus, jakim był wczoraj, takim jest i dzisiaj. Jako uczeń Jezusa nie mam innej drogi, jak tylko naśladować mojego Zbawiciela i Pana. Dlatego trzeba mi być i łagodnym, i unieść się gniewem. Pochwalić i zachęcić, ale też poddać krytyce i zganić. Tak więc robię. Inaczej nie mogę.