31 sierpnia, 2009

Śmierć niezwykła

Dwa lata temu w felietonie pt. Ryzyko pachnące chwałą pisałem o śmierci dwóch pilotów na pokazach lotniczych w Radomiu. Tegoroczny Air Show wczoraj został przerwany kolejną tragedią. Dwóch białoruskich pilotów wykonało ostatni, nieudany lot swego życia. Wspaniali chłopcy, wspaniała maszyna, tłumy ludzi, niesamowite widowisko i tragiczna śmierć.

 W śmierci Białorusinów zarysował się jednak motyw, który nie pozwala nam patrzeć na nią, jak na pospolity i przewidywalny koniec ludzi ryzykujących życie dla poklasku i wywołania na innych wrażenia.

 Ci dwaj piloci w obliczu śmierci zachowali się naprawdę wspaniale. Mogli się natychmiast katapultować i ratować własne życie. Pomyśleli jednak o ludziach zebranych na dole. Oni prawdopodobnie by przeżyli, ale pilotowany przez nich SU–27 runąłby gdzieś w tłum i zabił wielu ludzi. Trzeba było wytrwać przy sterach i tracącą sterowność maszynę odciągnąć gdzieś dalej.

 Kilka sekunda później maszyna runęła wraz z pilotami na ziemię, a setki ludzi zobaczyło potężne kłęby dymu [fot. Izabela Procyk-Lewandowska, Onet.pl], lecz z całkowicie już bezpiecznej odległości! Chwała bohaterom! Zachowali nie tylko do końca zimną krew ale – co najważniejsze – zapanowali nad odruchem ratowania własnego życia i nie zrobili tego kosztem narażenia na szwank życia innych ludzi.

 Jakże dalece różni potrafią być ludzie w swoich postawach! Są tacy, którzy dla marnego zysku, czasem zaledwie dla kilku złotych, gotowi są z zimną krwią zamordować drugiego człowieka. Najwięcej jest takich, którzy wprawdzie innych nie zabijają, ale też i o nich wcale się troszczą. Myślą tylko o sobie. Na szczęście zdarzają się i tacy, których – jak tych dwóch śp. pilotów – stać na poświecenie własnego życia w celu ochrony życia innych, i to całkiem obcych im ludzi. Brawo!

 Jakże tu nie wspomnieć o Zbawicielu grzeszników – Jezusie Chrystusie?! On jest na pierwszym miejscu listy tych wszystkich, którzy poświęcili swe życie za innych. Rzadko się zdarza, że ktoś umrze za sprawiedliwego; prędzej za dobrego gotów ktoś umrzeć. Bóg zaś daje dowód swojej miłości ku nam przez to, że kiedy byliśmy jeszcze grzesznikami, Chrystus za nas umarł [Rz 5,7–8].

 Dlaczego Jezus bezdyskusyjnie jest na pierwszym miejscu? Ponieważ, po pierwsze, Jego śmierć ma rangę ofiary za grzech całego świata, a tak nie można powiedzieć o żadnej, najszlachetniejszej nawet śmierci jakiegokolwiek innego człowieka. Po drugie, wartość śmierci Jezusa jest unikalna, ponieważ wszyscy inni umierali w sytuacji jakiejś konieczności, natomiast On zdecydował się na śmierć za nas na ochotnika. Dlatego Ojciec miłuje mnie, iż Ja kładę życie swoje, aby je znowu wziąć. Nikt mi go nie odbiera, ale Ja kładę je z własnej woli. Mam moc dać je i mam moc znowu je odzyskać; taki rozkaz wziąłem od Ojca mego [Jn 10,17–18]. Postawa Jezusa stanowi jednocześnie wielkie wyzwanie dla wszystkich Jego uczniów. Po tym poznaliśmy miłość, że On za nas oddał życie swoje; i my winniśmy życie oddawać za braci [1Jn 3,16].

 Gdy staram się wyobrazić sobie, co przez te ułamki sekund działo się wczoraj w głowach owych bohaterskich pilotów, to tym bardziej podziwiam mojego Zbawiciela – Jezusa Chrystusa! Oni nie mieli czasu na żadne rozważania. On miał wiele czasu do namysłu nad tym, jak ocalić własną skórę, a jednak poszedł na pewną śmierć, aby nas uratować przed piekłem!

 Więc nawet jeżeli okaże się, że białoruscy piloci nie byli aż tak bohaterscy, jak tu napisałem i ich śmierć w wyniku eksperckich wyjaśnień utraci nimb chwały, to jednak po wsze czasy nic nie przyćmi wspaniałomyślności Syna Bożego w zbawianiu nas z naszych grzechów. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

30 sierpnia, 2009

Powszechna mobilizacja

Równo siedemdziesiąt lat temu, 30 sierpnia 1939 roku Prezydent RP, Ignacy Mościcki wydał dekret o powszechnej mobilizacji, czyli o przejściu polskich sił zbrojnych ze stanu pokojowego w stan wojenny. Jednocześnie oznaczało to przekształcenie gospodarki pokojowej w gospodarkę wojenną oraz dostosowanie administracji państwowej do potrzeb wojny. Pierwszym dniem mobilizacji wyznaczono czwartek, 31 sierpnia. Jak wiadomo, już w piątek, 1 września 1939 roku, Niemcy zaatakowali Polskę.

Staram się wejść w skórę Polaków żyjących w tamtych dniach. Było piękne, powoli kończące się lato. Ludzie psychicznie byli już oswojeni z działalnością Hitlera. Każdy wiedział, że hitlerowcy są niebezpieczni i coś z tego w przyszłości złego wyniknie. Jak przyjęli dekret o mobilizacji?

Z pewnością dla wielu naszych Rodaków bardzo nie odpowiadał jej termin. Czemu tak nagle? Akurat teraz? Lepiej byłoby za tydzień, albo w przyszłym roku! Ten dekret psuje nam szyki! Za bardzo rozwala nasze plany! Mieliśmy właśnie wyjechać sobie za miasto! Za tydzień chcemy zaczynać budowę domu! Czyż niektórzy Polacy nie myśleli tak 30 sierpnia?

A jak 30 sierpnia myśli współczesny chrześcijanin? Słowo Boże ogłasza dla wszystkich uczniów Jezusa stan wojenny. Bądźcie trzeźwi, czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając kogo by pochłonąć [1Pt 5,8]. Jesteśmy w stanie duchowej wojny, co wymusza na nas konieczność zachowania codziennie wielkiej rozwagi duchowej i czujności. To, co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie! [Mk 13,37].

Wielu z nas już zbyt oswoiło się z tą myślą o duchowym niebezpieczeństwie. Niektórzy przestali dawać wiarę, że diabeł rzeczywiście istnieje. Od lat słyszymy, że zbliża się koniec, że toczy się duchowa walka o zbawienie naszej duszy. Lecz my sami, jakby coraz mniej zdajemy się być zainteresowani tym, co się dzieje w sferach duchowych i własnym wybawieniem.

W końcu, bracia moi, umacniajcie się w Panu i w potężnej mocy jego. Przywdziejcie całą zbroję Bożą, abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi. Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się [Ef 6,10–13].

Czyż nie jest to biblijny dekret ogłaszający mobilizację? Jak bliskie i realne jest zagrożenie? Ile czasu nam zostało od 30 sierpnia? Siedemdziesiąt lat temu okazało się, że tego czasu było już naprawdę bardzo mało. Błogosławieni, którzy słuchają Słowa Bożego i strzegą go [Łk 11,28].

29 sierpnia, 2009

W szczęściu i w nieszczęściu

Powróćmy dziś na chwilę do 29 sierpnia 2005 roku, kiedy to potężny, wiejący z prędkością ponad 200 km/h huragan Katrina nawiedził i spustoszył południowo–wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Śmierć poniosło wówczas 1836 osób a starty materialne oszacowano na więcej niż osiemdziesiąt miliardów dolarów. Jedna z dzielnic Nowego Orleanu do dziś pozostaje zamknięta dla mieszkańców.

Grozę tamtych chwil opisywano już i przedstawiano na wiele sposobów. Dzięki telewizji satelitarnej można było śledzić akcję ratunkową i oglądać skutki Katriny. Nie o tym chcę więc pisać. Wspomnienie owego kataklizmu pobudza mnie dzisiaj do refleksji nad koniecznością życia w respekcie dla Boga i w bojaźni Bożej nawet w tragicznych chwilach.

Pismo Święte wyjawia nam prawdę o tym, kto jest autorem rozmaitych kataklizmów i nieszczęść. Oto zawierucha Pana zrywa się i huragan unosi się kłębami, nad głowami bezbożnych się kłębi [Jr 23,19]. Czy zdarza się w mieście nieszczęście, którego by Pan nie wywołał? [Am 3,6].

Tak więc jeśli ktoś szukały osoby odpowiedzialnej za wywołanie nieszczęścia z 2005 roku, to nie musi się trudzić. Bóg otwarcie przyznaje się do takich zdarzeń jak Katrina. Ja tworzę światłość i stwarzam ciemność, Ja przygotowuję zarówno zbawienie, jak i nieszczęście, Ja, Pan, czynię to wszystko [Iz 45,7].

Czy taka może być prawda o Bogu? Przecież Pismo mówi, że Bóg jest miłością [1Jn 4,8]. Tak, ponad wszelką wątpliwość Bóg jest miłością. Lecz tak samo jest też sprawiedliwością, świętością i mądrością. Pan czyni wszystko, co zechce, na niebie i na ziemi, w morzach i we wszystkich głębinach. On sprowadza chmury z krańców ziemi, wywołuje błyskawice z deszczem, wypuszcza wiatr ze swoich komór [Ps 135,6–7].

Gdyby ludzie mogli, to na pewno osądziliby Boga i wtrącili Go do więzienia. Pewien senator stanowy z Nebraski w ubiegłym roku dosłownie pozwał Boga do sądu. Twierdził, że Bóg zagraża jemu i mieszkańcom stanu Nebraska i powoduje "wszechobecną śmierć, zniszczenie i terroryzuje miliony mieszkańców ziemi". Lecz Bóg nasz jest w niebie, czyni wszystko, co zechce [Ps 115,3]. Sędzia nie mógł więc otworzyć przewodu sądowego.

Najwyższe trybunały świata nie mogą w najmniejszym stopniu powstrzymać działania Bożego i zmienić Jego woli. Bóg jest absolutnie suwerenny i wszechmogący w swoim postępowaniu! Mało tego. Któregoś dnia wezwie przed swoje oblicze i rozliczy każdego człowieka.

Wobec tego nie ma najmniejszego sensu sprzeciwiać się Bogu. Trzeba raczej zadbać o to, żeby znaleźć łaskę w Jego oczach i żeby Mu się podobać. Jest to możliwe dzięki Jezusowi. Jedynym sposobem na to jest wiara w Jezusa Chrystusa, ukorzenie się przed Bogiem, upamiętanie z grzechów i życie w bojaźni Bożej. Bóg obiecał, że gdy zobaczy taką zmianę w człowieku, to z pewnością okaże mu łaskę.

Raz grożę narodowi i królestwu, że je wykorzenię, wywrócę i zniszczę, lecz jeżeli się ów naród odwróci od swojej złości, z powodu której mu groziłem, to pożałuję tego zła, które zamierzałem mu uczynić. Innym razem zapowiadam narodowi i królestwu, że je odbuduję i zasadzę, lecz jeżeli uczyni to, co jest złe w moich oczach, nie słuchając mojego głosu, to pożałuję dobra, które obiecałem mu wyświadczyć [Jr 18,7–10].

Tak więc w czwartą rocznicę kataklizmu Katrina pokornie uniżmy się przed wszechmogącym Bogiem. Złóżmy Mu hołd, oddajmy Mu chwałę i serdecznie dziękujmy za łaskę, jaką okazuje nam w Chrystusie Jezusie, Panu naszym. Bóg wie, co robi. Nawet w nieszczęściu należy się z Nim zgodzić i Mu ufać. Pamiętajmy, że Bóg pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje [1Pt 5,5].

Kogo stać na to, by w największym nieszczęciu mówił Bogu, że Go miłuje i  jest w Nim szczęśliwy - ten podoba się Bogu i jest miły w Jego oczach. Taka postawa jest okazaniem dla Boga prawdziwej czci!

28 sierpnia, 2009

A o czym Ty marzysz?

28 sierpnia 1963 roku ze stopni Pomnika Lincolna w Waszyngtonie, czarnoskóry pastor Martin Luther King, wygłosił sławne przemówienie, które przeszło do historii pod nazwą „I Have a Dream”. Ta wielka mowa w obecności 200 tysięcy ludzi była aktem końcowym prowadzonego przez dr Kinga Marszu na Waszyngton po Chleb i Wolność i stała się momentem przełomowym w walce Afroamerykanów o prawa obywatelskie.

Warto zaznaczyć, że przemówienie dr Martina Luthera Kinga miało cechy kazania i zawierało kilka wyraźnych odniesień do Biblii. Mówiąc na przykład o nadejściu radosnego poranka kończącego długą noc ich niewoli, nawiązał do jednego z psalmów, gdzie Pismo mówi: Wieczorem bywa płacz, ale rankiem wesele [Ps 30,6]. Gdy wołał: „Nie, nie jesteśmy usatysfakcjonowani, i nie będziemy usatysfakcjonowani aż do chwili, kiedy prawo popłynie jak woda i sprawiedliwość jak potężny strumień”, to w o oczywisty sposób nawiązywał do Księgi Amosa 5,24: Niech raczej prawo tryska jak woda, a sprawiedliwość jak potok nie wysychający!

Pastor King po tym przemówieniu został w Ameryce okrzyknięty Człowiekiem Roku, następnego roku uhonorowany Pokojową Nagrodą Nobla, a pięć lat później zastrzelony.

Gdy dziś jakoś brzmi mi w uszach ta sławna fraza z wystąpienia Kinga – I have a dream – to wraz z nią nasuwa się niepokojące pytanie o moje własne marzenia. Czy w ogóle noszę je w sobie i czego dotyczą?

Są ludzie, których marzenia skupiają się niemal wyłącznie na zaspokojeniu ich osobistych pragnień i potrzeb. Tęsknią za spełnioną miłością, za większą wygodą życia a ostatecznie za tzw. świętym spokojem.

Dr Martin Luther King marzył o lepszym jutrze swoich bliźnich! Przejmował się złym losem milionów ludzi i chciał jego poprawy. Z pewnością nie myślał tylko o sobie. Tak bardzo zależało mu na innych, że nie zrezygnował ze swoich działań nawet w obliczu groźby utraty własnego życia.

A co z nami? Może i sporo wokół nas ludzi egocentrycznych, którzy myślą tylko o sobie. Czy to jednak oznacza, że i my mamy tak zacząć myśleć i postępować? O nie! Nawet w otoczeniu samych egoistów można być innym i miłować bliźnich czynem i prawdą.

Takim człowiekiem był Tymoteusz w odniesieniu do ludzi z Filippi. Albowiem nie mam drugiego takiego, który by się tak szczerze troszczył o was; bo wszyscy inni szukają swego, a nie tego, co jest Chrystusa Jezusa [Flp 2,20–21] - zaświadczył o nim św. Paweł. Co z tego, że inni kręcili się wokół własnej osi? On szczerze troszczył się o innych.

Gdyby apostoł Paweł pisał dziś list do Gdańszczan, czy mógłby wspomnieć o mnie w podobnych słowach? To zależy od tego, jakie marzenia noszę w swojej duszy?

27 sierpnia, 2009

Znak zaufania dany na drogę

27 sierpnia to Dzień Tira. TIR [skrót od fr. Transports Internationaux Routiers] oznacza Międzynarodowy Tranzyt Drogowy. Jego zasady określa międzynarodowa konwencja celna z 1975 roku, pozwalająca uprościć procedury na granicach i w urzędach celnych, celem większej efektywności przewozów drogowych.

W konwencji TIR chodzi przede wszystkim o to, żeby ciężarówka jadąca poprzez kilka krajów do jakiegoś odległego państwa, nie była poddawana szczegółowym procedurom kontrolnym na każdej z granic, a dopiero odplombowywana i sprawdzana w kraju docelowym.

Pojazd przewożący ładunek pod osłoną karnetu TIR jest oznakowany niebieską tabliczką z białym literowym skrótem TIR. To chyba dlatego w języku potocznym wszystkie duże ciężarówki błędnie nazywa się tirami. Nieważne. Ważne jest to, że tak oznakowany samochód korzysta z określonego mandatu zaufania i dużo łatwiej może zdążać do celu.

Ta myśl o okazaniu wspólnego zaufania i odstąpienia od ciągłego ponawiania kontroli w trakcie transportu, budzi we mnie szereg skojarzeń dotyczących wiary i służby chrześcijańskiej.

Przede wszystkim pomyślałem o zapieczętowaniu prawdziwych uczniów Jezusa na całą ziemską wędrówkę Duchem Świętym. W nim i wy, którzy usłyszeliście słowo prawdy, ewangelię zbawienia waszego, i uwierzyliście w niego, zostaliście zapieczętowani obiecanym Duchem Świętym, który jest rękojmią dziedzictwa naszego, aż nastąpi odkupienie własności Bożej, ku uwielbieniu chwały jego [Ef 1,13–14].

Próba realizowania w tym życiu odpowiedzialności chrześcijańskiej bez Ducha Świętego skazuje człowieka na mnóstwo nieporozumień i ostatecznie na fiasko, ponieważ do takiego ‘chrześcijanina’ Bóg się nie przyznaje. Jeśli zaś kto nie ma Ducha Chrystusowego, ten nie jest jego [Rz 8,9].

Ten znak, ta Boża pieczęć położona na duszy chrześcijanina w zasadniczym stopniu upraszcza życie i służbę. Znak Ducha to podstawa wzajemnego zaufania między braćmi, a co za tym idzie, warunek dobrej współpracy. Kto działa w Duchu jest wiarygodny. Postanowiliśmy Duch Święty i my, aby... – pisali apostołowie do poganochrześcijan [Dz 15] Na to ‘oznakowanie’ powoływał się apostoł Paweł, udzielając praktycznych pouczeń Koryntianom: ...a sądzę, że i ja mam Ducha Bożego [1Ko 7,40].

Dlatego Jezus nie wypuścił swoich uczniów w drogę bez tego oznakowania: Wy zaś pozostańcie w mieście, aż zostaniecie przyobleczeni mocą z wysokości [Łk 24,49]. Dlatego też i apostołowie tak bardzo dbali, aby każdy nowy uczeń Jezusa otrzymał ten znak, czyli dar Ducha.

Oczywiście, należy pamiętać, że nie każda tabliczka TIR jest prawdziwa. Czasem ktoś pod jej pozorem próbuje coś przemycić, ale o tym nie będę już wspominać, bo i tak niektórzy Czytelnicy zarzucają mi brak pozytywnego oglądu rzeczywistości. Dajmy im odetchnąć.J

26 sierpnia, 2009

Kto zbawi całą Polskę?

26 sierpnia to dobra data, by przypomnieć dość intrygujące wydarzenie. Właśnie tego dnia przed 53 laty zostały złożone tzw. Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego. Była to modlitwa w formie przyrzeczenia skierowana do Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski, napisana przez kardynała Stefana Wyszyńskiego, prymasa Polski.

Pełna treść tych ślubów ukazuje wprawdzie szlachetność zamiarów duchowieństwa rzymskokatolickiego, ale jednocześnie odsłania skalę odejścia od nauki Pisma Świętego i próbę prowadzenia całego narodu własnymi drogami. Zenit kultu maryjnego rani duszę chrześcijan miłujących Słowo Boże i budzi wewnętrzny sprzeciw.

Jasnogórskie Śluby Narodu zostały uroczyście wygłoszone 26 sierpnia 1956 roku na Jasnej Górze przy udziale około miliona wiernych. Rotę Ślubów odczytał bp Michał Klepacz pełniący obowiązki przewodniczącego Episkopatu Polski.

26 sierpnia 2006 roku, czyli równo po pięćdziesięciu latach, ponowiono Śluby Jasnogórskie. Przy udziale ponad 200 tysięcy wiernych zebranych w Częstochowie, tekst ślubów odczytał Kardynał Józef Glemp.

No cóż? Mieliśmy w kraju wielkie wydarzenie medialne. Padły wzniosłe słowa. Ktoś zabrał głos w imieniu całego narodu, chociaż spora część Polaków wcale się z tymi słowami nie utożsamia. Rodzi się pytanie, co te śluby praktycznie dały? Czy rzeczywiście dodatnio wpłynęły na moralność i duchowość Polaków? Kto żyje w tym kraju, dobrze wie, jak jest.

Ambicje przemawiania w imieniu całego narodu i uzdrawiania go w stylu Ślubów Jasnogórskich noszą także niektórzy przedstawiciele środowisk ewangelikalnych. Chociaż, nawiasem mówiąc, reprezentują zaledwie kręgi wielkości jednej, miejskiej parafii rzymsko–katolickiej, to jednak zabierają się za cały kraj. Oto co planuje zrobić we wrześniu 2009 roku Ruch „Polska dla Jezusa” w Legnicy:

„ [...] Jesteśmy przekonani na podstawie tego, co Bóg mówi do nas, że tak jak proroczo wykonywaliśmy warunki w latach poprzednich, tak w tym roku mamy stanąć razem, aby proroczo ogłosić uzdrowienie naszej ziemi.

Tym razem znów idziemy za proroczą wizją i głosem. Na ziemi polskiej przelana została ogromna ilość niewinnej krwi. Ziemia została tą krwią zbezczeszczona. Tak mówi Pismo Święte. Nie chodzi dzisiaj o szukanie winnych, chodzi o oczyszczenie, którego dokonać może tylko ofiara Jezusa.

Podczas tej konferencji razem z pastorami, liderami i wszystkimi ludźmi Królestwa, którzy zechcą przyjechać, chcemy to wspólnie uczynić. Wierzymy, że będzie to szczególny i ważny czas dla uczestników konferencji, dla Kościoła i całego kraju”.


Cóż na to powiemy? Kolejna próba stworzenia wydarzenia medialnego. Padną wzniosłe słowa inspirowane jedynie odczuciami ‘proroków’, bo już w tych zapowiedziach widać brak rzeczywistego związku tego przedsięwzięcia z treścią Pisma Świętego. Ktoś zabierze głos w imieniu całego narodu, chociaż większa część Polaków wcale się z tymi słowami nie utożsami...

Rodzi się pytanie, po co to przedstawienie? Kto chce, niech oczywiście sobie tak robi, ale ja nie widzę w Biblii podstaw do twierdzenia, że Bóg uzdrowi całą Polskę. Od samego początku uczniowie Jezusa nie zajmowali się zbawianiem całych narodów i pokoleń. Nieśli ludziom wezwanie: Ratujcie się spośród tego pokolenia przewrotnego [Dz 2,40]. Bóg nie zbawi całego narodu polskiego, ani żadnego innego. Nawet z Izraela zbawiona będzie tylko „święta resztka”. Bóg chce z każdego narodu wywołać i zbawić niektórych!

Zachęcam do pilnego studiowania Pisma Świętego, jak naprawdę się rzeczy mają. Bez ulegania szumnym i pobożnie brzmiącym hasłom, zajmujmy się codziennym wykonywaniem woli Bożej w granicach wyznaczonych nam przez Słowo Boże.

25 sierpnia, 2009

410 Rocznica wydania Biblii Wujka

25 sierpnia 1599 roku to pamiętny dzień wydania drukiem Biblii ks. Jakuba Wujka. Jest to przekład Pisma Świętego dokonany w duchu kontrreformacji. Jak wiadomo, w roku 1563 polscy kalwini wydali Biblię Brzeską [Radziwiłłowską]. Niecałe dziesięć lat później, w 1572 roku pojawił się w Polsce inny [dokonany wprawdzie w duchu antytrynitarnym] przekład protestancki, czyli Biblia Nieświeska. W obliczu tak dużej aktywności translatorskiej protestantów, katolicy w Polsce zobaczyli pilną potrzebę wydania kanonu rzymskokatolickiego.

Zadanie to zlecono księdzu Jakubowi Wujkowi z Wągrowca. Jako dobrze wykształcony, aktywnie broniący wiary katolickiej przed innowiercami jezuita, świetnie nadawał się do tego zadania. Pracę nad przekładem rozpoczął ks. Wujek około roku 1584. Gdy w 1597 roku umierał, dzieło było gotowe do druku, ale z powodu jego nadgorliwości w zwalczaniu protestantyzmu uznano, że wcześniej trzeba je przejrzeć i oczyścić przynajmniej od niektórych komentarzy. Przekład ks. Wujka poddano więc cenzurze kościelnej i opublikowano dwa lata po jego śmierci, czyli w roku 1599.

Biblia Jakuba Wujka stała się na kilka wieków podstawowym kanonem Pisma Świętego dla polskich katolików. Dopiero wydana w 1965 roku Biblia Tysiąclecia oficjalnie przejęła tę rolę. Nawiasem mówiąc, zupełnie podobnie było od 1632 roku w środowisku polskich protestantów z Biblią Gdańską, którą zastąpiła dopiero w 1975 roku tzw. Biblia Warszawska.

W 410 Rocznicę wydania Biblii Jakuba Wujka pochylam się z szacunkiem nad mozolną pracą tłumaczy Pisma Świętego. Jestem wdzięczny Bogu za twórczy mozół Szanownych Rodaków, którzy w przeszłości poświęcili wiele lat życia, aby Polakom udostępnić i przybliżyć kanon Starego i Nowego Testamentu. Kocham Biblię i już przez to, każdy, kto poświęca się jej studiowaniu, a tym bardziej jej udostępnianiu, staje mi się bardzo bliski.

Gdy dzisiaj sięgam po Biblię, muszę jednak także pamiętać i o tym, że nawet święty tekst niektórzy ludzie gotowi są potraktować instrumentalnie i naciągać go do swoich poglądów. Tak niedawno zrobili przecież polscy świadkowie Jehowy wydając w 1997 roku Biblię w tzw. przekładzie Nowego Świata. Niestety, przekład Jakuba Wujka także nosi ślady konfesyjnej walki.

Zachęcam do studiowania Biblii. Wielkie są dzieła Pana, godne badania przez wszystkich, którzy je kochają [Ps 111,2]. Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości [2Tm 3,16]. Na szczęście mamy dziś dostęp do rozmaitych przekładów Pisma Świętego i nawet bez znajomości języka hebrajskiego czy greki, porównując różne tłumaczenia, z łatwością możemy docierać do sedna natchnionego oryginału.

24 sierpnia, 2009

Czy to jest nasza wojna?

24 sierpnia 1949 roku, czyli równo 60 lat temu, wszedł w życie podpisany wcześniej w Waszyngtonie Traktat Północnoatlantycki, co było równoznaczne z powołaniem do życia Paktu Północnoatlantyckiego [NATO ang. North Atlantic Treaty Organization].

Wówczas początkowym motywem powołania do życia tej polityczno–wojskowej organizacji była obrona militarna jej członków przed atakiem ZSRR. Dzisiaj Sojusz ogólnie stawia sobie za cel zagwarantowanie – środkami politycznymi i militarnymi – wolności i bezpieczeństwa wszystkim państwom członkowskim.

Jak wiadomo, 12 marca 1999 roku do NATO dołączyła też Polska, a obecnie Sojusz grupuje 28 państw członkowskich. Ostatnio, po śmierci polskiego żołnierza w Afganistanie, ożywiła się dyskusja, czy konflikt w Afganistanie, to jest naprawdę nasza wojna? Czy muszą tam być nasi żołnierze i co w rzeczywistości tam robią?

Otóż artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego głosi, że zbrojna napaść na jednego członka Sojuszu w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego sojusznicy zgadzają się, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, to każdy z nich udzieli pomocy napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie jak i w porozumieniu z innymi, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.

Misja w Afganistanie, to odpowiedź NATO na tzw. atak terrorystyczny na wieże WTC w Nowym Jorku 11 września 2001 roku. Zaatakowano Stany Zjednoczone. Obowiązkiem wszystkich sojuszników Paktu Północnoatlantyckiego jest stanie murem za USA i wspólna walka przeciwko wrogom. Ich wróg jest naszym wrogiem, bez względu na to, co w tej konkretnej sytuacji o naszym sojuszniku, a tym bardziej, co o tym wrogu myślimy.

Przypomina mi się historia z okresu obejmowania przez Izraelitów Ziemi Obiecanej. Izrael nieświadomy prawdy, dał się wciągnąć w sojusz z Gibeonitami. Jozue zawarł z nimi pokój i przymierze, że zachowa ich przy życiu, a przełożeni zboru im to zaprzysięgli [Joz 9,15].

Wkrótce prawda o Gibeonitach wyszła na jaw, ale sojusz pozostał. Gibeonici zostali zaatakowani. Wtedy mężowie Gibeonu wysłali do Jozuego do obozu w Gilgal poselstwo tej treści: Nie cofaj swojej ręki od sług twoich, przybądź do nas śpiesznie, ocal nas i pomóż nam; bo zebrali się przeciwko nam wszyscy królowie amorejscy, mieszkający w górach [Joz 10,6].

Jakże mógł się zachować Jozue inaczej, niż stanąć w obronie Gibeonitów? Takie są prawidła sojuszu. Chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że to nie była ich wojna to jednak wyruszyli więc Jozue z Gilgal, on, a z nim cały lud wojenny i wszyscy zbrojni mężowie. [Joz 10,7]. Mało tego. Gdy po wielu latach król Saul złamał to prawo sojuszu, jego rodzina zapłaciła za to bardzo wysoką cenę [zobacz 2Sm 21].

Pismo Święte uczy nas, że ludzie należący do ludu Bożego, są przez wspólnie wyznawaną wiarę członkami Przymierza. Najpierw należeli do tego Przymierza tylko Izraelici, a teraz członkami Nowego Przymierza są wszyscy wierzący w Jezusa Chrystusa i to już bez względu na narodowość.

Uczestnictwo w takim Przymierzu zobowiązuje! Gdy brat lub siostra w Chrystusie znajdzie się w potrzebie, to możesz nie czuć się najlepiej, to choćby nie wiem jak ci się nie chciało, a od swojego współbrata się nie odwrócisz [Iz 58,7].

Siły tego duchowego sojuszu doświadczyłem niedawno, gdy z grupą przyjaciół znalazłem się w potrzebie w rejonie Warszawy. W trybie natychmiastowym potrzebowaliśmy busa, by dojechać do Gdańska. Po kilku telefonach i upływie jednej godziny bez zaglądania do kościelnych rejestrów wiedziałem, kto jest, a kto nie jest moim bratem w Chrystusie. Siedzieliśmy w takim samym, co nasz, busie i kontynuowaliśmy podróż.

Piękne to doznanie, mieć braci i siostry w Panu! Niekoniecznie trzeba żyć na co dzień w jakiejś zażyłości z nimi, a jednak w chwilach trudności ma się oparcie i pomoc! Bez żadnych ceregieli stają obok nas i udzielają każdego potrzebnego wsparcia.

Udział w tym duchowym sojuszu ma jednak i drugą stronę. Tak jak daje nam prawo do otrzymania pomocy, tak też zobowiązuje nas samych do jej udzielania innym. Chcę zawsze o tym z radością pamiętać.

23 sierpnia, 2009

Wyzwoleni i niewolnicy zarazem

23 sierpnia uznawany jest przez Organizację Narodów Zjednoczonych za Międzynarodowy Dzień Pamięci o Handlu Niewolnikami i jego Zniesieniu.

Pismo Święte nie nawołuje do zniesienia niewolnictwa i zaprzestania handlu niewolnikami. Stoi na stanowisku, że cała tajemnica właściwego i przyjaznego stosunku człowieka do człowieka tkwi w odrodzeniu jego serca. Miłość bliźniemu złego nie wyrządza [Rz 13,10].

Biblia używa natomiast obrazu niewolnictwa do zilustrowania kilku ważnych prawd duchowych. Naucza na przykład, że przez wiarę w Jezusa Chrystusa człowiek wewnętrznie staje się innym człowiekiem. Jeżeli był w swojej duszy niewolnikiem, to przez nowe narodzenie osiąga wolność. Jeżeli wcześniej był w duszy człowiekiem nieposłusznym i samowolnym, to teraz, przez wiarę w Jezusa Chrystusa staje się tak uzależniony od Syna Bożego, jak niewolnik od swego pana.

Kto bowiem jako niewolnik został powołany w Panu, ten jest wyzwoleńcem Pana; podobnie - kto jako wolny został powołany, jest niewolnikiem Chrystusa. Drogoście kupieni; nie stawajcie się niewolnikami ludzi [1Ko 7,22–23].

Jednym z najcenniejszych dla naszej duszy obrazów zaczerpniętych z ówczesnych stosunków społecznych jest myśl o wykupieniu nas przez Chrystusa. Byliśmy w niewoli grzechu, wystawieni na zły los, niczym niewolnik na targu niewolników. I oto zostaliśmy kupieni przez Najlepszego z Panów wiedząc, że nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego [1Pt 1,18–19].

Od tej chwili nie jesteśmy już na sprzedaż. Na zawsze jesteśmy własnością Pana Jezusa Chrystusa. Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera; bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy [Rz 14,7–8]. Prawdziwy uczeń Jezusa nie da się już zniewolić ludziom. Raczej umrze. Nie można go niczym przekupić. Jest sługą Chrystusa Pana na zawsze.

Tak więc w Chrystusie jesteśmy zarazem ludźmi całkowicie wolnymi jak i niewolnikami Chrystusa. Kto może, niech to zrozumie.

22 sierpnia, 2009

Nie dajmy się zwariować

Dzisiejsze serwisy informacyjne odnotowują fakt, że dyrektor Radia Maryja przeprosił zakonnika, Michała Kossi Egah’a za słowa, które w związku z nim wypowiedział. Przypomnijmy, że 12 lipca tego roku w czasie pielgrzymki Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę, na widok czarnoskórego zakonnika zawołał on do mikrofonu przy 200-tysięcznym tłumie: - Kochani, jeszcze Murzyn! Boże, gdzieś ty się nie mył? Chodź tutaj, bracie! On się nie mył wcale, zobaczcie! Teraz szef toruńskiego radia wypowiada słowa skruchy. Pomimo tego, że wówczas żartował, przeprasza. Dlaczego?

Otóż lipcowe wystąpienie o. Rydzyka wywołało burzę w społeczeństwie. Uznano je za obraźliwe i rasistowskie. Na słowa redemptorysty ostro zareagowali nie tylko ludzie mu nieżyczliwi, ale nawet zakonni współbracia. "Odrzucamy z największą siłą ignorancję i rasizm okazany przez brata Tadeusza. Jesteśmy tym zawstydzeni, silnie dotknięci i - jako cząstka ludu Bożego - przepraszamy nasze siostry i braci oraz prosimy ich o wybaczenie" – napisał jeden z nich.

Odnoszę wrażenie, że chyba już na dobre daliśmy się zwariować. W normalnych warunkach nikomu do głowy by nie przyszło, że zakonnik wypowiedział te słowa z intencją obrazy współbrata lub choćby z zamiarem ośmieszenia go. Domyślam się, że zwyczajnie próbował, być może niefortunnie, zastosować żart sytuacyjny. Zobaczył gdzieś w pobliżu czarnoskórego brata, ucieszył się i chciał jakoś zabawnie wszystkim powiedzieć o jego obecności. To wszystko.

Niezależnie od tego, czy ktoś lubi szefa Radia Maryja, czy nie lubi, nie powinien do jego słów dobudowywać ideologii oraz intencji, których tam nie ma. Ale wszystkich nas zaczyna opanowywać jakaś fobia poprawności politycznej. Publicznie reagujemy z histerią na rzeczy, które w życiu prywatnym nam samym nie są obce. Piętnujemy to, z czym sami mamy trudności. Potępiamy postawy, które sami na co dzień nieraz przyjmujemy. Rażą nas słowa, które dość często padają także z naszych własnych ust.

Biblia każe się nam nad tym zastanowić. Ty więc, który uczysz drugiego, siebie samego nie pouczasz? Który głosisz, żeby nie kradziono, kradniesz? Który mówisz, żeby nie cudzołożono, cudzołożysz? Który wstręt czujesz do bałwanów, dopuszczasz się świętokradztwa? [Rz 2,21–22].

Przecież każdemu zdarzyło się tak zażartować [jeśli w ogóle ma poczucie humoru], że ktoś nieżyczliwy mógłby odwrócić znaczenie jego niefortunnych słów. Nie chcielibyśmy, żeby ktoś łapał nas za słówka i przypisywał naszym wypowiedziom nieznane nam intencje? Chcielibyśmy, ażeby inni dali nam prawo do swobodnych wypowiedzi i przestrzeń dla naszego poczucia humoru? A jak chcecie, aby ludzie wam czynili, czyńcie im tak samo i wy [Łk 6,31].

Dożyliśmy czasów, że cokolwiek powiemy, może być użyte przeciwko nam. Ciągle ktoś kogoś nagrywa, śledzi, domyśla się i knuje intrygę. Gdzie tu jeszcze jest miejsce na wolność słowa? Czy już całkiem daliśmy się zwariować?

21 sierpnia, 2009

Zdziwiony?

Dwudziesty pierwszy dzień sierpnia pozostanie w mojej pamięci, jako dzień refleksji nad tym, do czego może posunąć się bezduszna religia. Obejrzałem dziś film pt. „Siostry Magdalenki” i nie ukrywam, że chociaż już niejedno w życiu widziałem, jestem mocno nim poruszony.

Lata siedemdziesiąte XX wieku, to przecież czasy zupełnie nieodległe. Aż trudno pogodzić się z myślą, że kobiety w zakonnych habitach mogły dopuszczać się takich zachowań. Jednak ten film, to prawdziwa historia. To mroczne i bulwersujące, ale autentyczne sceny ukazujące codzienność dziewcząt zamkniętych w ośrodku wychowawczym prowadzonym przez zakon i zmuszanych do pracy bez żadnej zapłaty.

Mamy też dzisiaj interesującą rocznicę. 21 sierpnia 1811 roku w Reszlu na Warmii miał miejsce ostatni w Europie przypadek spalenia na stosie rzekomej czarownicy. Ofiarą była niejaka Barbara Zdunk. Oskarżono ją o czary i o podpalenie zamku w Reszlu. Po prostu, nie przystawała należycie do miejscowego społeczeństwa. Jedyną okazaną jej łaską było to, że przed spaleniem ją uduszono.

Dwieście lat temu, trzydzieści lat temu, parę lat temu... Różne czasy, miejsca i ludzkie losy, a wciąż ta sama, przerażająca władza religii, której mało kto ma siłę i w ogóle chce się przeciwstawić.

Najsmutniejsze jest to, że takie tragedie działy się i dzieją w obliczu ogólnie wyznawanej i szanowanej religii. Część z nich oczywiście ma miejsce w ukryciu i bez wiedzy ogółu, ale wiele tych krzywd stawała się przy aprobacie całej społeczności.

Po części sam sobie się dziwię, że jestem tym dziś jakby zaskoczony. A kto, jeśli nie bardzo religijni ludzie, doprowadzili do ukrzyżowania naszego Pana? Kto ukamienował Szczepana? Kto wychłostał publicznie Piotra i Jana? Kto za wszelką cenę starał się zabić apostoła Pawła? Łatwo sprawdzić, że byli to ludzie mający Boga na ustach.

Chciałoby się wierzyć, że koszmarne historie sprzed lat już się nie powtarzają i nie będą się powtarzać. Lecz Biblia wskazuje, że ludzie religijni potrafią być strasznie zakłamani. Rehabilitują osoby skrzywdzone przed laty, a gnębią wciąż nowe i nowe.

Oto co Chrystus Pan zarzucił współczesnemu mu systemowi religijnemu: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że budujecie grobowce prorokom i zdobicie nagrobki sprawiedliwych, i mówicie: Gdybyśmy żyli za dni ojców naszych, nie bylibyśmy ich wspólnikami w przelaniu krwi proroków. A tak wystawiacie sobie świadectwo, że jesteście synami tych, którzy mordowali proroków. Wy też dopełnijcie miary ojców waszych. Węże! Plemię żmijowe! Jakże będziecie mogli ujść przed sądem ognia piekielnego? Oto dlatego Ja posyłam do was proroków i mędrców, i uczonych w Piśmie, a z nich niektórych będziecie zabijać i krzyżować, innych znowu będziecie biczować w waszych synagogach i przepędzać z miasta do miasta [Mt 23,29–34].

Niech mi ktoś nie mówi, że to tylko w dawnych czasach tak bywało. Tak zwana obraza uczuć religijnych – to wciąż groźna i nieobliczalna bestia. Z byle powodu może się obudzić, rozgniewać i zaatakować. Powiesz coś nie tak i zaraz masz prokuratora na karku. Wychylisz się, nie spodobasz się i masz kłopoty. Wystarczy, że np. nie myślisz 'po polsku', a od razu stajesz się niemile widziany.

Jako uczeń Jezusa nie powinienem być tym tak zdziwiony. Jezus powiedział: Jeśli świat was nienawidzi, wiedzcie, że mnie wpierw niż was znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby to, co jest jego; że jednak ze świata nie jesteście, ale Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Wspomnijcie na słowo, które do was powiedziałem. Nie jest sługa większy nad pana swego. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą; jeśli słowo moje zachowali i wasze zachowywać będą. A to wszystko uczynią wam dla imienia mego, bo nie znają tego, który mnie posłał [Jn 15,18–21].

Rozumiem przyczynę prześladowania prawdziwych chrześcijan, ale dlaczego ta religijna machina krzywdzi także innych, jakby swoich ludzi? Tego jakoś nie rozumiem.

19 sierpnia, 2009

Jak wykasować niektóre sceny z fotogalerii życia

19 sierpnia 1839 roku – to dzień oficjalnie przyjmowany za datę narodzin fotografii. Tego dnia Francuz, Louis Jacques Daguerre zademonstrował Akademii Francuskiej zdjęcie fotograficzne otrzymane na warstewce jodku srebra, powstałej w wyniku działania pary jodu na wypolerowaną płytę miedzianą pokrytą srebrem.

Chociaż metoda Daguerre’a, zwana od nazwiska twórcy dagerotypią, pozwalała na otrzymanie zdjęcia tylko w jednym egzemplarzu, gdyż utworzony na płytce obraz był od razu obrazem pozytywowym, to jednak jego sukces uruchomił szereg następnych wynalazków, umożliwiających coraz doskonalsze i łatwiejsze fotografowanie.

Tak więc od 170 lat ludzie potrafią utrwalić na fotografii jakiś widok i zatrzymać w kadrze dziejącą się akcję. Można potem precyzyjnie ustalić wiele szczegółów i faktów, a nade wszystko można łatwiej przywołać wspomnienia z przeszłości. Przechowywanie fotografii w rodzinnych albumach przede wszystkim temu właśnie służy, chociaż czasem zarejestrowane sceny mogą też być wykorzystane w celach zupełnie niepożądanych.

A jakimi możliwościami rejestracji obrazów i scen dysponuje Bóg? Czy On w ogóle czymś takim się zajmuje? O, tak. Tyś policzył dni mojej tułaczki, zebrałeś łzy moje w bukłak swój. Czyż nie są zapisane w księdze twojej? [Ps 56,9]. Biblia poucza, że wszystko, co się wydarzyło przez całe tysiąclecia jest zarejestrowane i zostanie wzięte pod uwagę na sądzie ostatecznym.

Z Biblii wynika też, że Bóg ma już zarejestrowane nawet te wydarzenia z naszego życia, które jeszcze są przed nami i dopiero nastąpią. Oczy twoje widziały czyny moje, w księdze twej zapisane były wszystkie dni przyszłe, gdy jeszcze żadnego z nich nie było [Ps 139,16].

Cieszy nas ta myśl, że żaden z naszych dobrych czynów i gestów nie pójdzie w niepamięć. Nawet te uczynki, które nigdy nie zostały docenione przez ludzi, pewnego dnia spotkają się z Bożą pochwałą. Przeto nie sądźcie przed czasem, dopóki nie przyjdzie Pan, który ujawni to, co ukryte w ciemności, i objawi zamysły serc; a wtedy każdy otrzyma pochwałę od Boga [1Ko 4,5].

Problem w tym, że każdy z nas ma na swoim koncie także wiele złych czynów. Ileż przykrości i wstydu mają dziś ludzie, których ktoś nieżyczliwy sfotografował w niekorzystnych dla nich okolicznościach i te zdjęcia opublikował. W ten sposób w jeden dzień można komuś zniszczyć dobre imię i karierę. Przecież nie ma ludzi bezbłędnych i nieskazitelnych.

Więc co z myślami, słowami i czynami, których się wstydzimy? Czy można je jakoś wymazać i na zawsze uniknąć przykrości ich prezentacji? Istnieje taka opcja. Warunki są nam objawione w Piśmie Świętym. Co należy zrobić? Trzeba pojednać się z Bogiem przez wiarę w Jezusa Chrystusa.

Praktycznie polega to na tym, że uznajemy swój grzech przed Bogiem, korzymy się przed Nim, prosimy Go o wybaczenie naszych grzechów. Musi to być powiązane z wiarą, że Syn Boży złożył ofiarę przebłagalną za nasze grzechy, czyli, że On zamiast nas poniósł karę za nasze grzechy. Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy, i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości [1Jn 1,9].

Słowo Boże zapewnia: Ja, jedynie Ja, mogę przez wzgląd na siebie zmazać twoje przestępstwa i twoich grzechów nie wspomnę [Iz 43,25]. Wszystko, co wydarzyło się w moim życiu Bóg oczywiście ma zarejestrowane, ale na szczęście zapewnił mnie, że niektóre sceny i obrazy z mojej galerii życia nigdy nie zostaną użyte przeciwko mnie. Przez wiarę w Jezusa Chrystusa zostałem usprawiedliwiony! A Ty?

18 sierpnia, 2009

Ahoj!

Mamy dziś Międzynarodowy Dzień Latarni Morskiej. Latarnia morska to znany i stosowany od starożytności znak nawigacyjny usytuowany odpowiednio blisko brzegu w rejonie portu, wysyłający znaki świetlne.

Początkowo był to po prostu ogień rozpalany gdzieś wysoko na skale lub unoszony za pomocą żurawia. Później zaczęto budować charakterystyczne wieże, które dawały gwarancję dobrej widoczności wysyłanego sygnału z dużej odległości. Czasem wykorzystywano do tego celu istniejące obiekty. Na przykład na Helu pierwszą latarnią był ogień rozpalany na wieży kościoła.

Nawet szczury lądowe wiedzą o tym, że latarnia morska jest po to, by wskazywać żeglarzom bezpieczną drogę do portu. Z drugiej zaś strony, nawet najbardziej wprawne wilki morskie potrzebują latarni morskiej, ażeby ominąć groźne skały podwodne i szczęśliwie przybić do przystani.

Gdy myślę dziś o bezpiecznym docieraniu do upragnionego brzegu, przypomina się następująca historia ewangeliczna: A gdy nastał wieczór, uczniowie jego zeszli nad morze i wsiedli w łódź, i popłynęli na drugi brzeg morza do Kafarnaum. Ciemność już zapadła, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł. Morze zaś burzyło się pod wpływem silnego wiatru. Gdy więc przepłynęli około dwudziestu pięciu do trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa chodzącego po morzu i zbliżającego się do łodzi, i strach ich ogarnął. A On odezwał się do nich: Ja jestem, nie bójcie się! Chętnie więc zabrali go do łodzi, a łódź od razu przybiła do brzegu, do którego płynęli [Jn 6,16–21].

Tajemnicą bezpiecznego osiągnięcia celu w tym przypadku stała się obecność Jezusa w łodzi. Uczniowie nie musieli się już trwożyć i w ciemności wypatrywać brzegu. To jak gdyby przeskoczyć całą epokę i zamiast wypatrywania sygnału nawigacyjnego z brzegu, otrzymać do ręki dobrze działające urządzenie GPS.

Takim właśnie światłem przewodnim dla naszego życia stał się Pan Jezus. Pismo Święte mówi o Nim: Prawdziwa światłość, która oświeca każdego człowieka, przyszła na świat [Jn 1,9]. On sam to potwierdził mówiąc o sobie: Ja jestem światłością świata; kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, ale będzie miał światłość żywota [Jn 8,12].

Praktycznie polega to na tym, że gdy Chrystus przez wiarę zamieszka w sercach naszych, przestajemy błąkać się w życiu. Nabieramy właściwej orientacji. W Jezusie Słowo Boże ciałem się stało i przez Ducha Świętego zamieszkało w nas. Słowo twoje jest pochodnią nogom moim i światłością ścieżkom moim [Ps 119,105].

Stąd też mamy w Biblii modlitwę apostolską, żeby Chrystus przez wiarę zamieszkał w sercach waszych, a wy, wkorzenieni i ugruntowani w miłości, zdołali pojąć ze wszystkimi świętymi, jaka jest szerokość i długość, i wysokość, i głębokość [Ef 3,17–18]. Oto wszystkie dane nawigacyjne, niezbędne do poprawnego określenia naszego położenia!

Na koniec przypomnijmy jeszcze, że ludzie chodzący na co dzień z Jezusem mają zadanie, by pomagać innym odnajdywać właściwą drogę. Wy jesteście światłością świata; nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu. Tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie [Mt 5,14–16].

Ahoj!

15 sierpnia, 2009

Czy to święto widać w świetle Biblii?

W dniu dzisiejszym, poza wzbudzającym od tygodni liczne kontrowersje, warszawskim występem Madonny oraz poza kolejną rocznicą tzw. 'cudu nad Wisłą', mamy w Polsce przede wszystkim święto religijne. Wynika ono z ustanowionego przez papieża Piusa XII w dniu 1 listopada 1950 roku dogmatu o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny.

"Określamy jako dogmat objawiony przez Boga, że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej".

Z chwilą ogłoszenia tego dogmatu, wniebowzięcie Maryi bezwzględnie stało się dla katolików obowiązującym faktem i od tego momentu nie mają oni już nawet prawa poddawać tego w wątpliwość. Kto bowiem "odważyłby się temu zaprzeczyć albo dobrowolnie podawać w wątpliwość to, co zostało przez Nas zdefiniowane, niech wie, że odpadł od Boskiej i katolickiej wiary".

Ponieważ nie jestem rzymskokatolikiem, mogę sobie pozwolić na wyrażenie w związku z tym świętem paru wątpliwości. Zastanawiam się, jak to jest, że w kościele katolickim dopiero w 1950 roku stało się jasne, gdzie znalazła się matka Jezusa po śmierci? Czyżby wcześniejsze pokolenia katolików i ich papieże tego nie wiedzieli? Jak najbardziej wiedzieli i najwidoczniej zgodnie z tą wiedzą uważali, że zmarła ona naturalnie i została pochowana. Zresztą w następnych wiekach w niektórych miejscach przechowywano i czczono nawet jej relikwie, co potwierdza powszechność tego sposobu myślenia.

Należy zaznaczyć, że Maria, matka naszego Pana, miała należne i zaszczytne miejsce w gronie pierwszych chrześcijan. Zaraz po śmierci Jezusa wziął ją do siebie apostoł Jan, uczeń Jezusa. Trzymała się towarzystwa apostołów, bo została imiennie wymieniona jako oczekująca w gronie około 120 osób w Jerozolimie na napełnienie Duchem Świętym. Później Nowy Testament nic już o niej nie wspomina. Ma się rozumieć wobec tego, że napełniona Duchem Świętym normalnie uczestniczyła w życiu wczesnego Kościoła, a potem ktoregoś dnia zmarła i została pochowana.

Była wyjątkową osobą, bo urodziła Jezusa, ale tak samo jak każdy z apostołów i wszystkich innych grzeszników, potrzebowała Zbawiciela. Gdyby w sposób niepokalany została poczęta, to nie mogłaby wypowiedzieć tych słów: "... i rozdarował się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim" [Łk 1,47], bo nie potrzebowałaby zbawienia. Z pewnością nie była obiektem uwielbienia w zborze w Jerozolimie. Dopiero od IV wieku zaczął się kult Maryi.

Czy to więc aby nie ten pielęgnowany od lat w kościele rzymskokatolickim kult Maryi domagał się jakiegoś nowego, silnego bodźca motywującego masy do większej jej adoracji? W Biblii nie ma najmniejszej wzmianki o uwielbianiu i modleniu się do Marii, więc nie można było na nią się powoływać. Czy należało więc pozwolić, aby ten kult powoli wygasł? O, nie. Kult maryjny to dla religijności ludowej tak ważna sprawa, że trzeba było go jakoś zdynamizować. Co można było zrobić? Gdybym był po tamtej stronie, z pewnością szukałbym jakiegoś sposobu na to, żeby ją wyidealizować w oczach ludzi, na przykład ogłoszając, że Maryja ciałem i duszą znalazła się w niebie.

Papież Pius XII był właściwym do tego człowiekiem, bo sam gorliwie adorował Maryję. Był pierwszym papieżem, który uznał znaczenie objawień w Fátimie. W 1954 roku wprowadził maryjne Święto Królowej Świata. Były i akcenty polskie: W maju 1957 roku poświęcił kopię Obrazu Jasnogórskiego, przeznaczoną do wędrówki po całej Polsce, a rok później w Grotach Watykańskich poświęcił kaplicę polską Matki Bożej Częstochowskiej.

Wiadomo, że dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny papież ogłosił - "na usilne prośby wiernych". Toż to całkowite odwrócenie duchowego porządku rzeczy! W relacji: Bóg – człowiek, to Bóg określa, w co ludzie mają wierzyć i w jaki sposób należycie mają Go czcić, a nigdy nie mogą o tym przesądzać ludzkie upodobania. Biskup ma znać i głosić ludowi Słowo Boże, a nie starać się zadowolić lud. Nasłuchiwanie czego chcą ludzie i dostarczanie im tego, to domena firmy usługowej, a nie Kościoła!

Z ewangelii wiadomo, jakie są owoce zadowalania ludu. Wtedy Piłat, chcąc zadowolić lud, wypuścił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie [Mk 15,15]. Podobnie jest z tym dogmatem. Wychodzenie naprzeciw ludzkim oczekiwaniom zaowocowało całkowicie niebiblijnym świętem, które nie tylko zasmuca Boga, ale i – jeśli można tak powiedzieć – matkę naszego Pana stawia w niezręcznej sytuacji, bo na nią przekierowuje uwielbienie, które należy się wyłącznie Bogu!

W świetle Biblii nie widać święta Wniebowzięcia Maryi Panny.

14 sierpnia, 2009

Stały czy zmienny?

Mamy dziś w Polsce Dzień Energetyka. Geneza ustalenia tego święta na 14. dzień sierpnia jest dość zaskakująca. Otóż 14 sierpnia 1941 roku w obozie koncentracyjnym z rąk hitlerowców zginął zakonnik Maksymilian Kolbe. Ponieważ zaś był on rzekomo pasjonatem elektryczności, w 1991 roku ogłoszono go w Polsce patronem energetyków i na tę właśnie datę przeniesiono obchody Dnia Energetyka.

Mniejsza o to. Pomyślmy raczej o tym, jak bardzo jesteśmy dziś zależni od prądu elektrycznego. Niemal wszystkie nasze cuda techniki wymagają dopływu prądu i bez niego są bezużyteczne. Niewidzialny prąd, a jakże widzialny i wymierny skutek jego dopływu!

Prąd jest dobrą ilustracją obecności Ducha Świętego w nas. Kościół może być bardzo liczebny i świetnie zorganizowany, ale jeżeli zabraknie w nim obecności Ducha Świętego, jest martwy duchowo. W latach, gdy jeszcze nie było pojęcia prądu elektrycznego, Jezus chcąc opisać działanie Ducha Świętego w człowieku, posłużył się obrazem wiatru. Wiatr wieje, dokąd chce, i szum jego słyszysz, ale nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie; tak jest z każdym, kto się narodził z Ducha [Jn 3,8]. Duch Święty – jak prąd – jest niewidzialny, ale Jego działanie jest jak najbardziej widoczne i odczuwalne. Bez Ducha Świętego chrześcijanin jest jak tramwaj bez prądu.

I druga myśl. Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że polski rząd przyjął projekt wybudowania w Polsce do roku 2020 dwóch elektrowni atomowych. Szykują się więc w naszym kraju poważne zmiany w pozyskiwaniu energii. Nie to jednak jest dla mnie zaskakujące. Zdumiały mnie wypowiedzi ludzi z okolicy Żarnowca, tj. miejsca nieudanej próby budowy elektrowni atomowej w Polsce pod koniec XX wieku. Wtedy protestowali tak mocno, że aż zatrzymali inwestycję. Dziś są za elektrownią atomową i chcieliby jej budowy. Zaledwie dwie dekady, a w społeczeństwie tak zasadnicza zmiana stanowiska?

Zmusza mnie to do refleksji, jak dalece zmieniło się też podejście wierzących do różnych spraw w Kościele? To co przed laty było nie do pomyślenia, dziś staje się już rzeczą niemal ‘normalną’. Rozwody wśród ewangelicznych chrześcijan, imprezy taneczne, współżycie przedmałżeńskie, picie alkoholu itd. Czyżby Słowo Boże się zmieniło?

Zmienność stanowiska w rozmaitych sprawach życiowych jest dopuszczalna w świetle Biblii. Nikt nie powinien upierać się jak osioł, gdy pojawiają się na przykład nowe, lepsze urządzenia i możliwości. Jednakże należy pamiętać, że Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki [Hbr 13,8]. Stanowiska, co do treści zwiastowanej przez nas ewangelii zmieniać nie wolno. Ale choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty! Jak powiedzieliśmy przedtem, tak i teraz znowu mówię: Jeśli wam ktoś zwiastuje ewangelię odmienną od tej, którą przyjęliście, niech będzie przeklęty! [Ga 1,8–9].

W energetyce zmiany są jak najbardziej wskazane. Trzeba poszukiwać nowych rozwiązań i je wprowadzać. W zwiastowaniu ewangelii też oczywiście można używać nowych form przekazu, ale granic samej Ewangelii naruszać nie wolno! Słowo Boże trwa na wieki! Wszystko, co ja wam powiedziałem, starannie wypełniajcie. Nic do tego nie będziesz dodawał ani niczego od tego nie ujmiesz [5Mo 13,1].

Są sprawy, w których chrześcijanin jak najbardziej może być zmienny, ale co do treści głoszonej ewangelii - koniecznie musi być stały!

13 sierpnia, 2009

Życzenia dla leworęcznych i Kościoła

13 sierpnia to Międzynarodowy Dzień Osób Leworęcznych. Corocznie od 1992 roku organizuje je światowy Klub Leworęcznych z Wielkiej Brytanii, aby uświadomić społeczeństwu specyfikę życia takich osób i stworzyć okazję do ich lepszej integracji.

Leworęczność to odwrócona w stosunku do większości ludzi funkcjonalność prawej i lewej ręki. Dotyczy 8–15% ludności i wynika z silniejszego rozwoju prawej półkuli mózgu, co objawia się nie tylko w częstszym używaniu lewej ręki, lecz także w lepszym i sprawniejszym funkcjonowaniu całej lewej strony ciała.

Największa liczba osób leworęcznych występuje wśród Eskimosów i Żydów (20%). Najmniejszy odsetek występuje w Chinach i Japonii (zaledwie 3%). Sam nie wiem, dlaczego dwie moje córki są leworęczneJ. Tendencja do leworęczności pojawia się w niemowlęctwie i utrwala do około 2 roku życia.

Jak się zorientowałem, poważnym problemem osób leworęcznych jest przerabianie ich na praworęcznych. Presja rodziców, krewnych, nauczycieli a nawet grupy rówieśniczej w tym względzie sprawia im wiele przykrości. Są bowiem leworęczni, a oczekuje się od nich, aby działali jak praworęczni.

Podobnie bywa czasem z przerabianiem człowieka kierującego się naturalnymi zmysłami, na człowieka duchowego. Z natury rzeczy nie może on inaczej myśleć i reagować jak tylko zgodnie z duchem tego świata. Takie są jego naturalne odruchy. Oczekiwanie od niego, że zachowa się inaczej, że będzie działał po myśli Chrystusowej, jest żądaniem od niego czegoś, co jest absolutnie obce jego zmysłom.

Nie ma sensu napinać zmysłów i tego przerabiać. Co się narodziło z ciała, ciałem jest, a co się narodziło z Ducha, duchem jest. Nie dziw się, że ci powiedziałem: Musicie się na nowo narodzić [Jn 3,6–7]. Oto Boży sposób jak zostać chrześcijaninem! Zostać zrodzonym z Boga! Kto się narodził praworęcznym jest praworęczny, kto się narodził leworęcznym, jest leworęczny. Kropka.

Kto narodził się z Boga, ma naturę dziecka Bożego. Szuka i dąży do tego, co miłe w oczach Bożych, pragnie poznawać Boga i podobać się Bogu. Ale człowiek zmysłowy nie przyjmuje tych rzeczy, które są z Ducha Bożego, bo są dlań głupstwem, i nie może ich poznać, gdyż należy je duchowo rozsądzać [1Ko 2,14]. Musiałby się wcześniej narodzić na nowo. Jeżeli zaś bez tego wewnętrznego przeżycia zaczniemy go wdrażać w chrześcijańskie życie, to tak jak byśmy przerabiali leworęcznego na praworęcznego.

W Dniu Waszego święta życzę Wam Leworęczni pełnej akceptacji w społeczeństwie i coraz więcej praktycznych udogodnień takich jak nożyce, obieraczki, linijki itd. dla leworęcznych. Niech nikt nie ośmiela się Was przerabiać na praworęcznych! Jesteście całkowicie normalni, a nawet wyjątkowi. Nawiasem mówiąc bardzo wielu wybitnych ludzi, to osoby leworęczne!

Mam też życzenie dla współczesnego Kościoła: Wypełniaj się ludźmi odrodzonymi z Ducha Świętego, zrodzonymi z Boga, a nie ludźmi żyjącymi według starej natury, a tylko na siłę przerabianymi na chrześcijaństwo! Tylko wtedy będziesz radosny i szczęśliwy Kościele, tylko wówczas będziesz prawidłowo funkcjonował, gdy będziesz się składał z osób żyjących według Ducha, a nie według ciała.

12 sierpnia, 2009

Młodość i Chrystus!

Z ustanowienia ONZ mamy dziś Międzynarodowy Dzień Młodzieży. Celem tej inicjatywy jest przede wszystkim próba uaktywnienia samej młodzieży w poszczególnych krajach ale także zwrócenie uwagi władz lokalnych na sprawy dotyczące młodych ludzi.

Przyznam się szczerze, że nie zauważyłem, aby obchody tego Dnia były jakoś szczególnie obecne w życiu mojego miasta i kraju ale brak tej obserwacji zrzucam na karb pogarszającego się wzroku ;) Chcę jednak skorzystać z okazji i poruszyć kilka kwestii związanych z młodzieżą.

Po pierwsze, miejmy świadomość, że młodych ludzi wokół nas procentowo będzie coraz mniej. Trwają poważne, zakulisowe działania wpływowych osobistości, zmierzające do radykalnej redukcji światowej populacji. Oznacza to, że już w niedalekiej przyszłości będziemy odczuwać skutki starzenia się społeczeństwa.

Ta świadomość powinna pobudzać w nas tym większą troskę o należyte ewangelizowanie młodego pokolenia. Źle się dzieje, że wielu młodych ludzi w kościele nie otrzymuje solidnego fundamentu wiary na całe swoje życie. Chwilowo angażują się entuzjastycznie w działalność tego lub owego zboru, aby następnie skupić się już niemal wyłącznie na zdobywaniu i konsumowaniu dóbr materialnych. Jak przeciwdziałać owej tymczasowości?

Przede wszystkim zadbajmy o własną stałość w wierze! Młody Tymoteusz najwidoczniej miał już w dzieciństwie dobry wzorzec, skoro w liście od św. Pawła mógł przeczytać: przywodzę sobie na pamięć nieobłudną wiarę twoją, która była zadomowiona w babce twojej Loidzie i w matce twojej Eunice, a pewien jestem, że i w tobie żyje [2Tm 1,5]. Gdy przyszła młodość, było się więc do czego odwołać: Ale ty trwaj w tym, czegoś się nauczył i czego pewny jesteś, wiedząc, od kogoś się tego nauczył, i ponieważ od dzieciństwa znasz Pisma święte, które cię mogą obdarzyć mądrością ku zbawieniu przez wiarę w Jezusa Chrystusa [2Tm 3,14–15].

Warto też zapraszać młodych ludzi do współpracy na Niwie Pańskiej, nawet jeśli jeszcze w tym lub owym nie są dostatecznie dojrzali. Wcześniejsze upoważnienie i zaangażowanie Tymoteusza w pracę duchową stało się potem ważnym argumentem, gdy pojawiła się przy nim pokusa odstąpienia od służby Bogu: Z tego powodu przypominam ci, abyś rozniecił na nowo dar łaski Bożej, którego udzieliłem ci przez włożenie rąk moich [2Tm 1,6].

Młodość to pod wieloma względami kluczowy okres życia. Jak to ktoś mądry powiedział - młodości nie można zatrzymać, ale można ją zmarnować. Zbyt wielu ludzi powierza swoje życie Bogu dopiero wówczas, gdy ich młodość przeminie. Przecież Jezus jest godny tego, aby dać Mu do dyspozycji całe życie, a nie tylko często już rozbitą jego resztkę.

Dlatego w Międzynarodowy Dzień Młodzieży ośmielam się zaapelować do młodych współwyznawców Chrystusa Pana słowami dobrze mi znanej pieśni, która przed laty odegrała inspirującą rolę w moim życiu:

Piękne dni życia naszego! Siły młodości, wiosenny czas
My poświęcimy dla Zbawcy! Młodość swą dajmy Mu wraz!
Cóż może być piękniejszego, jak w służbie dla Pana trwać!
On celem życia naszego! Serca swe chciejmy Mu
dać!

Cała pieśń w Śpiewniku Pielgrzyma pod numerem 837.

11 sierpnia, 2009

Dar poczucia humoru

W dzisiejszym rozważaniu poruszymy sprawę żartowania. Dwadzieścia pięć lat temu, 11 sierpnia 1984 roku prezydent Stanów Zjednoczonych, Ronald Reagan w ramach próby głosu przed rozpoczęciem audycji radiowej wypowiedział następujące słowa: Rodacy, miło mi oznajmić, iż podpisałem ustawę na zawsze delegalizującą Związek Radziecki. Za pięć minut rozpoczynamy bombardowanie. To był oczywiście żart, ale czy coś takiego miało prawo pojawić się na ustach tak ważnego człowieka?

Ogólnie rzecz biorąc, lubimy ludzi z poczuciem humoru. W ich towarzystwie robi się nam raźniej. Są kontaktowi, optymistyczni i potrafią w porę rozładować niejedno napięcie emocjonalne. Wcale nie muszą przy tym opowiadać dowcipów i anegdot. Zwyczajnie, są chodzącą wesołością i jeśli tryskają tym humorem umiejętnie, świat wokół nich jest dla nas piękniejszy.

Podstawowym nośnikiem humoru są gesty i słowa. Pismo Święte udziela wielu wskazówek dla mówiących. Mowa wasza niech będzie zawsze uprzejma, zaprawiona solą, abyście wiedzieli, jak macie odpowiadać każdemu [Kol 4,6]. A rozpusta i wszelka nieczystość lub chciwość niech nawet nie będą wymieniane wśród was, jak przystoi świętym, także bezwstyd i błazeńska mowa lub nieprzyzwoite żarty, które nie przystoją, lecz raczej dziękczynienie [Ef 5,3–4]. Jak widać, Biblia nie ma nic przeciwko dobrym żartom. Piętnuje to, co nieprzyzwoite. Chrześcijanin nie musi być ciągle śmiertelnie poważny. Chodzi o to, żeby był czysty.

Jakie są granice dobrego poczucia humoru? Z pewnością są one uzależnione od osobowości i nastroju towarzyszących nam ludzi. To, co w jednym przypadku wywoła zdrowy uśmiech, w innej sytuacji może zadziałać zupełnie odwrotnie i zranić lub wkurzyć naszego towarzysza. Trzeba uważać, żeby nasze żarty nie przerodziły się w kpienie i wyśmiewanie bliźniego. Już zupełnie nie można doprowadzać do sytuacji, gdy ktoś z powodu naszych żartów czuje się oszukany. Do obłąkanego, który rzuca płonące głownie i śmiertelne strzały, podobny jest człowiek, który oszukał swojego bliźniego, a potem mówi: Ja tylko żartowałem [Prz 26,18–19].

Są ludzie, którzy nie znają się na żartach. Oni zawsze skrytykują nasze poczucie humoru. Miejmy to na uwadze, ale nie rezygnujmy. Dobre poczucie humoru jest wielki darem. Jeżeli Bóg nas nim obdarzył, to nie ważmy się go nie go używać J

09 sierpnia, 2009

Ile i kiedy?

Upalne lato sprowokowało mnie do chwili refleksji nad kwestią tzw. gospodarki wodnej organizmu. Większość z nas spotkało się zapewne z dość nachalnymi reklamami, które próbują przekonać nas, że nasz organizm, ażeby prawidłowo funkcjonował, potrzebuje na dobę 2–3 litry płynów. Powinniśmy więc wypijać co najmniej osiem szklanek wody mineralnej, albo co najmniej sześć szklanek określonego soku, albo...

Jaka jest prawda? W rzekomej trosce o nasze zdrowie firmy od produkcji wody mineralnej i napojów przygotowują kampanie reklamowe, mające w rzeczy samej zapewnić nie tyle prawidłową gospodarkę wodną naszego organizmu, co bardziej własny dobry wynik gospodarczy i coraz lepszą sprzedaż.

Pomyślmy. Skąd ludzie wiedzieli, ile powinni wypijać wody w dawnych latach, gdy nie było jeszcze żadnego z tych mądrych, sponsorowanych przez koncerny branży spożywczej, laboratoriów? Bez zastanawiania się każdy odpowie, że po prostu kierowali się naturalnym pragnieniem. Pili wówczas, gdy mieli pragnienie.

Właśnie! Bóg wpisał w naszą naturę instynkt pragnienia, który zabezpiecza nas przed odwodnieniem i gwarantuje prawidłową gospodarkę wodną organizmu. Wprawdzie działanie tej naturalnej busoli może zostać zakłócone np. przez bardzo sugestywne reklamy, przez programy odchudzania czy też z powodu zaburzeń psychicznych, ale niezmiennie najzdrowszym dla nas pozostaje kierowanie się tu swoim naturalnym pragnieniem.

W świetle Biblii nie inaczej jest w sferze ducha. Gdy Bóg widział, że Jego lud jest zwodzony rozmaitymi ofertami złudnego zaspokojenia potrzeb, przypomniał się jako źródło prawdziwego zaspokojenia. Jednakże w tej odezwie odwołał się do ich pragnienia: Nuże, wszyscy, którzy macie pragnienie, pójdźcie do wód, a którzy nie macie pieniędzy, pójdźcie, kupujcie i jedzcie! Pójdźcie, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia wino i mleko! Czemu macie płacić pieniędzmi za to, co nie jest chlebem, dawać ciężko zdobyty zarobek za to, co nie syci? Słuchajcie mnie uważnie, a będziecie jedli dobre rzeczy, a tłustym pokarmem pokrzepi się wasza dusza! [Iz 55,1–2].

Nie inaczej postąpił Jezus wzywając ludzi do nawrócenia i zapowiadając napełnienie Duchem Świętym. A w ostatnim, wielkim dniu święta stanął Jezus i głośno zawołał: Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do mnie i pije. Kto wierzy we mnie, jak powiada Pismo, z wnętrza jego popłyną rzeki wody żywej [Jn 7,37–38]. Nic na siłę. Żadnej manipulacji, żadnego wciskania! Pragniesz, to przyjdź i pij!

Ten motyw pragnienia jest w Biblii obecny aż do samego końca. Ja pragnącemu dam darmo ze źródła wody żywota [Obj 21,6]. A ten, kto pragnie, niech przychodzi, a kto chce, niech darmo weźmie wodę żywota [Obj 22,17]. Właśnie dlatego jestem chrześcijaninem. Jezus mnie do niczego nie zmusza. Mam w duszy pragnienie, więc piję. Podobnie, jak niegdyś synowie Izraela na pustyni – ten sam napój duchowy piję, piję bowiem ze skały, która mi towarzyszy, a skałą tą jest Chrystus [por. 1Ko 10,4].

Jaka jest prawidłowa, dobowa dawka tego napoju? Ile czasu powinienem czytać Biblię? Jak długo się modlić? Niech o tym na co dzień po prostu przesądza moje duchowe pragnienie. Jeżeli jestem duchowo normalny, to tak będzie najzdrowiej. A może się mylę?

07 sierpnia, 2009

Pod czyją to banderą?

Zrobiło się głośno, bo dziś ma wjechać do Polski kilkudziesięciu młodych Ukraińców, którzy wybrali się w wiodący przez Polskę do Monachium, rajd rowerowy szlakiem swego sławnego rodaka, Stepana Bandery.

Stepan Bandera to postać wielce kontrowersyjna. Dla jednych jest on ukraińskim patriotą i bohaterem narodowym. Dla drugich pozostaje ludobójcą, a co najmniej, ideologiem nacjonalizmu ukraińskiego, który dopuścił się strasznych mordów nie tylko na polskiej ludności cywilnej ale i na Ukraińcach, którzy nie podzielali metod działania banderowców.
Leczenie tak okrutnych ran przeszłości wymaga nie tylko czasu ale i mądrości. Z jednej strony konieczne jest przebaczenie, ale z drugiej nie może zabraknąć taktu i stosownej wrażliwości. Epatowanie Polaków z rejonu Podkarpacia probanderowskim rajdem wydaje się więc być krokiem wielce niestosownym.

Pismo Święte prezentuje akt przebaczenia, zasadniczo jako odpowiedź na skruchę winowajcy. Jeśli wyznajemy grzechy swoje, wierny jest Bóg i sprawiedliwy, i odpuści nam grzechy, i oczyści nas od wszelkiej nieprawości [1Jn 1,9]. W pojednaniu z Bogiem obowiązkowo trzeba uznać swe winy. Czy inaczej jest przy naprawianiu relacji między ludźmi? Gdy pada słowo – przepraszam, przebaczenie staje się realnie możliwym. Gdy zaś nad źródłem naszej goryczy słychać słowa zachwytu – krzywdzicielowi najwyraźniej na przebaczeniu nie zależy.

Jako chrześcijanin wiem, że Ukraińcy, to naród miłowany przez Boga tak samo, jak Żydzi, Polacy, Niemcy i wszyscy inni! Wielu z nich od zawsze chce jedności między naszymi narodami. Mało tego. Na Ukrainie żyje kilkaset tysięcy narodzonych na nowo, napełnionych Duchem Świętym ludzi, którzy zgodnie z Ewangelią potrafią miłować nawet swoich nieprzyjaciół. Mówiąc krótko, banderowski duch z pewnością nie unosi się nad całym narodem ukraińskim. Byłem na Ukrainie i spotykałem się tam niemal wyłącznie z życzliwością Ukraińców.

Mając powyższe na uwadze, należałoby się zastanowić, czemu ma służyć ten rajd ukraińskiej młodzieży? Czy wspomoże on proces zapominania krzywd, czy na nowo je przypomni? Pod jaką banderą się to odbywa? Szkoda, że nie możemy być pewni, że tym razem Bandera jest już dobra(y).

06 sierpnia, 2009

Bono w Polsce

Dzisiaj na stadionie narodowym w Chorzowie zagra irlandzka grupa U2. Frontman zespołu, Paul David Hewson, pseudonim artystyczny - Bono [od ulicznego określenia dobrego głosu] pochodzi z rodziny mieszanej wyznaniowo. Ojciec, Bobby, był katolikiem, matka, Iris - protestantką. Paul był wychowywany w wierze protestanckiej. Chodził na nabożeństwa z matką. Mówi się, że Bono wierzy w Boga i czyta Pismo Święte, ale z powodu przykrych doświadczeń z dzieciństwa związanych z jego rodzicami - jest bezwyznaniowcem.

Bono, obok swojej działalności muzycznej jest znany na świecie z dużego zaangażowania w działalność na rzecz rozwiązywania problemów społecznych i politycznych. Ta aktywność zaprowadziła go przed największych tego świata, zaowocowała nominacją do Pokojowej Nagrody Nobla oraz Orderem Imperium Brytyjskiego z tytułem Rycerza Komandora.

To piękne i budujące, że ludzie tej sławy co Bono, pamiętają o biednych, chorych i pokrzywdzonych. Tym charakteryzowała się działalność misyjna apostoła Pawła. Mieliśmy tylko pamiętać o ubogich, czym się też gorliwie zająłem i co starałem się wykonać [Ga 2,10].

Chociaż wiadomo, że działalność charytatywna w życiu gwiazd często bywa niczym więcej jak tylko elementem dobrego PR, to jednak – tak czy owak – korzystają na tym ludzie w potrzebie. Nie mnie oceniać motywy tej działalności Bono. Cieszę się jego wrażliwością i zaangażowaniem w to, co dobre.

Myśl o popularności Bono i wielki rozmach jego przedsięwzięć prospołecznych może wszakże mieć negatywny wpływ na moje osobiste zaangażowanie w te sprawy. Czy moje skromne próby niesienia pomocy mają w takim razie jeszcze jakieś znaczenie? Czy warto podejmować się jakiegokolwiek działania, gdy już na tym polu aktywne są takie kombajny jak Bono?

Otóż nie wolno mi na tyle zauroczyć się dobrą działalnością innych, aby samemu zaprzestać robienia tego co dobre, oczywiście na moją skalę i dostępnymi dla mnie środkami. Praktycznie dla mnie dużo ważniejsze od tego, co gdzieś hen robi Bono na rzecz krajów afrykańskich jest to, co ja robię dla ludzi z mojego miasta, a zwłaszcza z najbliższego sąsiedztwa.

Biblia jednoznacznie wzywa nas do codziennego praktykowania miłości chrześcijańskiej. Jeśli zaś ktoś posiada dobra tego świata, a widzi brata w potrzebie i zamyka przed nim serce swoje, jakże w nim może mieszkać miłość Boża? Dzieci, miłujmy nie słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą [1Jn 3,17–18]. Poucza też, że w tym właśnie wyraża się prawdziwa pobożność. Czystą i nieskalaną pobożnością przed Bogiem i Ojcem jest to: nieść pomoc sierotom i wdowom w ich niedoli i zachowywać siebie nie splamionym przez świat [Jk 1,27].

Czy Bono jest prawdziwym chrześcijaninem? Bóg to wie. Jest jednak w tym coś niezwykłego, gdy wielki ‘show’ gwiazdy rocka wywołuje we mnie właśnie takie, a nie inne skojarzenia i refleksje...

05 sierpnia, 2009

Użyj wyobraźni!

Trwa wielka kampania społeczna na rzecz poprawy bezpieczeństwa na polskich drogach. Po trzech miesiącach apelowania do wyobraźni motocyklistów, przyszła pora na młodych kierowców. Cała akcja korzystająca z wszelkich dostępnych środków przekazu jest pomysłem specjalistów ruchu drogowego Komendy Głównej Policji.

Statystycznie, każdego dnia młodzi kierowcy z grupy wiekowej 18-24 lata, powodują wypadki, w wyniku których giną trzy osoby. Najczęstszą przyczyną wypadków jest brawurowa jazda i brak doświadczenia w kierowaniu samochodem lub motocyklem, głównym zaś motywem rzeczonej brawury jest chęć zaimponowania rówieśnikom. W ubiegłym roku młodzi kierowcy spowodowali 9357 wypadków, w których zginęło 1018 osób, a 13588 zostało rannych.

Bardzo podoba mi się w tej kampanii apelowanie do wyobraźni. W tym kontekście wyobraźnia – to umiejętność przewidywania możliwych, przyszłych zdarzeń na podstawie bieżących. Pozwala ona uniknąć negatywnych zdarzeń lub przygotować się do nich na okoliczność, gdy ich wyeliminowanie okaże się niemożliwe. Właśnie w tym sensie mówimy o kierowcach jeżdżących z wyobraźnią.

Trzeba zaznaczyć, że zdarzają się kierowcy z wyobraźnią wybujałą. Przekraczają oni miarę zdrowego rozsądku i wyobrażają sobie, że im jakoś się uda to, co zdrowa wyobraźnia absolutnie musi odrzucić, jako zbyt niebezpieczne. Wzywanie takich ludzi do użycia wyobraźni zda się na niewiele, bo oni jej na co dzień nadużywają. Jednakże na szczęście większość kierowców ma zdrową wyobraźnię i siadając za kółkiem, koniecznie powinni jej bez przerwy używać.

A co na to Biblia? Pismo Święte porusza kwestię jazdy brawurowej, przypominając, że kto śpiesznie kroczy naprzód, może się potknąć [Prz 19,2]. Można się w nim doczytać przestrogi przed zbytnim zaufaniem do mocy silnika i niezawodności pojazdu, czytając opis ludzi, którzy polegają na koniach i ufność pokładają w wozach [Iz 31,1]. Wreszcie, są też w Biblii wezwania do stosowania zasady ograniczonego zaufania do ludzi, tak ważnej przecież na drodze. Przeklęty mąż, który na człowieku polega i z ciała czyni swoje oparcie [Jr 17,5].

Codzienna praktyka pokazuje jednak, że tajemnicą bezpiecznej jazdy nie jest wiek ani płeć kierowcy. Jest nią towarzysząca nam łaska Boża. Nawet najlepszym kierowcom zdarza się 'zawinąć na drzewie' a niektóre 'leśne dziadki' przez całe życie dojeżdżają do celu. Nie ma bezbłędnych kierowców, jest natomiast dobry Bóg, który łaskawie ochrania tych, którzy proszą Go o zachowanie na drodze od złego. Powierz Panu drogę swoją, zaufaj Mu, a On wszystko dobrze uczyni [Ps 37,5].

Hasło „Użyj wyobraźni” prowokuje mnie do innej jeszcze refleksji. Wszyscy poruszamy się drogą swojego życia. Dokąd dojedziemy? Jaki jest cel naszej podróży? Czy dotrzemy do upragnionego celu, bez dokonywania korekty kierunku i sposobu prowadzenia naszego życia? Niejedna droga zda się człowiekowi prosta, lecz w końcu prowadzi do śmierci [Prz 14,12]. Jakże ktoś, lekceważąc i łamiąc określone przez Boga zasady, może liczyć na to, że osiągnie żywot wieczny?

Użyjmy wyobraźni! Słowo Boże podaje następujące informacje: Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują [Mt 7,13–14]. Wszystkim siedzącym za kierownicą własnego życia życzę - wąskiej drogi ;)

04 sierpnia, 2009

Doceniona zdolność słuchania

Sto pięćdziesiąt lat temu, 4 sierpnia 1859 roku odszedł z tego świata Jan Maria Vianney — francuski duchowny katolicki. Pod względem wykształcenia i predyspozycji kaznodziejskich prezentował on poziom znacznie niższy od przeciętnej. Miał poważne kłopoty z łaciną i wobec teologii był niemal całkowicie bezradny. Za to, gdy chodzi o duszpasterski kontakt z ludźmi, to był to tak wyjątkowy czlowiek, że jego biskup powiedział o nim: „Nie jest on może wykształcony, ale jest oświecony”.

Po objęciu wiejskiej parafii Vianney modlił się następująco: „O Boże mój, pozwól mi nawrócić moją parafię...”. Tak zaczął się wsłuchiwać w ludzkie dusze, że wkrótce jego mała wiejska parafia zaczęła przyciągać setki osób przybywających nawet z bardzo daleka, aby wyspowiadać się u proboszcza z Ars. Jan zasłynął jako niezwykły spowiednik, który miał dar słuchania ludzi i czytania w ich sumieniach.

Vianney spędzał w konfesjonale od 13 do 17 godzin dziennie. W ciągu czterdziestu lat pełnienia funkcji proboszcza wysłuchał około miliona spowiedzi. Nie poszło to w niepamięć. Papież Pius XI kanonizował go w roku 1925 i w cztery lata później ogłosił św. Jana Marię Vianney'a patronem wszystkich proboszczów Kościoła katolickiego.

Ta niezwykła cecha Vianneya niech będzie i dla nas dzisiaj przyczynkiem do zastanowienia się nad naszą zdolnością słuchania. Poza uproszczoną konstatacją, że dlatego mamy jedne usta a dwoje uszu, abyśmy więcej słuchali, niż mówili, warto poważniej podejść do tej kwestii.

Czy posiedliśmy umiejętność cierpliwego wysłuchania do końca naszych rozmówców? Czy słuchamy ich z uwagą i otwartością, czy raczej tylko czekamy, aż my będziemy mogli zabrać głos i wypowiedzieć swoje zdanie? Czy staramy się wczuć w położenie bliźniego, uchwycić, co stara się nam powiedzieć, także poprzez to, czego nie mówi nam wprost?

Najważniejsze zaś jest to, czy umiemy słuchać Boga? Biblia mocno podkreśla znaczenie tej umiejętności. Począwszy od osławionego – Słuchaj Izraelu.., wielokrotnie jesteśmy wzywani do słuchania i do posłuszeństwa. Czy takie ma Pan upodobanie w całopaleniach i w rzeźnych ofiarach, co w posłuszeństwie dla głosu Pana? Oto: Posłuszeństwo lepsze jest niż ofiara, a uważne słuchanie lepsze niż tłuszcz barani. [1Sm 15,22].

Z Biblii jasno wynika, że to uważne słuchanie otwiera nam drogę do zbawienia. Jezus stał się dla wszystkich, którzy mu są posłuszni, sprawcą zbawienia wiecznego [Hbr 5,9]. Dotyczy to również kwestii napełnienia Duchem Świętym. A my jesteśmy świadkami tych rzeczy, a także Duch Święty, którego Bóg dał tym, którzy mu są posłuszni [Dz 5,32].

Mało tego, gdy Bóg widzi w nas należyty posłuch dla Jego słów, wówczas słucha i tego, co my mówimy do Niego. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, ale tego, kto jest bogobojny i pełni wolę jego, wysłuchuje [Jn 9,31]. Kto ma uszy, niechaj słucha...

Abstrahując dziś od oceny katolickiej praktyki spowiedzi, pochylam się nad odnotowaną u księdza Jana umiejętnością słuchania ludzi, która uczyniła zeń wzór dla wszystkich proboszczów. Pomimo wzrastającego tempa życia nie może mi zabraknąć czasu na uważne i refleksyjne wsłuchiwanie się w to, co moi bliźni chcą i próbują mi mówić...

01 sierpnia, 2009

Godzina „W”

Sześćdziesiąt pięć lat temu, 1 sierpnia 1944 roku rozpoczęło się Powstanie Warszawskie. Był to zbrojny, trwający 63 dni zryw mieszkańców Warszawy przeciwko Niemcom, którzy od pięciu lat terroryzowali stolicę.

Powszechnie wiadomo, że to Powstanie pociągnęło za sobą ogromne straty. Obok 18 tysięcy powstańców, którzy polegli w walce z hitlerowskim okupantem, zginęło także około 180 tysięcy cywilnej ludności Warszawy. Po upadku powstania przez jakiś czas widać było bezludne morze ruin i tysiące grobów, ale za to do dziś nad Warszawą unosi się chwała moralnego zwycięstwa Polaków.

Nie wdając się w polityczną ocenę zasadności Powstania Warszawskiego, z najwyższym szacunkiem pochylam głowę nad bohaterstwem i patriotyzmem Warszawiaków. Alianci od lat nie rwali się do pomocy. Zbliżająca się Armia Czerwona niosła nie żadną tam wolność, a jedynie inny rodzaj zniewolenia. Nie było na co i na kogo się oglądać. Wydano rozkaz. 1 sierpnia o siedemnastej wybiła godzina „W”.

Chcę dziś z tych tragicznych kart polskiej historii wyczytać przynajmniej jedną poważną refleksję i przenieść ją na grunt duchowy. Nad każdym z nas zbierają się jakieś czarne chmury. Niewola osobistych nałogów, niezgoda w rodzinie, pogarszający się stan zdrowia czy wszędobylska dziś depresja. Temu podobne rzeczy potrafią zatruć nam życie na całego.

W takich okolicznościach niektórzy z nas bezwolnie poddają się przeciwnościom i zaczynają spływać z prądem. Apatia, bezradność a czasem zwykłe lenistwo prowadzi do coraz większego upokorzenia i beznadziejności. Czy jest dla nas jakaś alternatywa? Czy można w jakiś sposób odwrócić te duchowe i psychiczne procesy?

Oczywiście, że można! Wystąpmy przeciwko swojemu grzechowi! Wypowiedzmy poddaństwo swoim nałogom! Weźmy się za bary ze słabościami! Walczmy o wiarę, która jest poważnie zagrożona w naszym życiu. Biblia wzywa nas do sprzeciwienia się Złemu! Przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was [Jk 4,7]. Przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając kogo by pochłonąć. Przeciwstawcie mu się, mocni w wierze [1Pt 5,8–9].

Problem w tym, że zbyt łatwo dajemy się mu okłamywać i bezradnie rozkładamy ręce przekonani o tym, że nie stać nas już na podjęcie zwycięskiego działania. Jednak Słowo Boże wzywa nas do śmiertelnego zrywu. Mamy wyznaczyć dla siebie godzinę "W". Mamy uchwycić się Chrystusa Jezusa i podjąć walkę, jakkolwiek w naszej ocenie wyglądałyby szanse na zwycięstwo, bo to jest jedyny sposób na to, by z Nim żyć wiecznie! Wy nie opieraliście się jeszcze aż do krwi w walce przeciw grzechowi [Hbr 12,4].

Co stanie się z nami, gdy ogłosimy swoją godzinę „W” i zerwiemy się do walki? Czy nie będzie to przypadkiem porywanie się z motyką na słońce? Czy nie czeka nas klęska, tak jak powstańców warszawskich? Z pewnością nie będzie nam łatwo. Raczej trzeba nam będzie zejść z piedestału, uniżyć się, przeprosić, znieść przykrość upokorzenia. Poznamy smak potu a nawet poleje się krew. Trzeba będzie umierać. W tej walce przecież o to chodzi! Nasza stara natura musi zostać ukrzyżowana przez wiarę w Chrystusa.

Takie przekonanie pierwszych chrześcijan owocowało umartwianiem tego, co w ich ciele było grzesznego. I my również wystąpmy przeciwko grzechowi wiedząc to, że nasz stary człowiek został wespół z nim ukrzyżowany, aby grzeszne ciało zostało unicestwione, byśmy już nadal nie służyli grzechowi; kto bowiem umarł, uwolniony jest od grzechu. Jeśli tedy umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że też z nim żyć będziemy [Rz 6,6-8]. Oto droga życia! Zawsze bowiem my, którzy żyjemy na śmierć wydawani bywamy, aby i życie Jezusa na śmiertelnym ciele naszym się ujawniło [2Ko 4,11].

Mam jednak dobrą nowinę! Gdy Pan zobaczy, że posłuchaliśmy wezwania Słowa Bożego i ogłosiliśmy osobistą godzinę „W” - przyjdzie nam w sukurs. Prawdziwa to mowa: Jeśli bowiem z nim umarliśmy, z nim też żyć będziemy [2Tm 2,11]. Gdy wezwiemy Jego imienia, na pewno obdarzy nas nowym życiem. Po dwóch dniach wskrzesi nas do życia, trzeciego dnia podniesie nas i będziemy żyli przed jego obliczem [Oz 6,2]. Wówczas prawdziwie za apostołem Pawłem będziemy mogli powtórzyć: Z Chrystusem jestem ukrzyżowany, żyję wiec już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus [Ga 2,20].

Czyż nie dość nam już władzy szatana nad naszym życiem? Powstając, poznamy smak duchowego zwycięstwa. Tylko wtedy nad naszym życiem ukaże się chwała Boża. Przestańmy się mazać i rozczulać nad sobą. Przed nami wielka szansa! Bogu niech będą dzięki, który nam zawsze daje zwycięstwo w Chrystusie [2Ko 2,14].

Słowo Boże zapewnia, że imiona zwycięzców w Chrystusie na wieki są zapisane w niebie! Ale uwaga! Początkiem tego boju i tej chwały jest osobista godzina „W”. Nie zwlekajmy. Przez wiarę wyznaczmy ją dla samych siebie. Zróbmy to teraz.